Wojna Kolorów część II - Aleksandra Wilk

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po drugiej stronie muru

Od tamtych wydarzeń minęło dokładnie siedemnaście lat. Czas niby tak odległy, a jednak w pamięci pozostający. Mogłam to rozegrać inaczej, lecz czyż nie wszystko dzieje się właśnie z jakiegoś powodu?

Urodziłam się młoda, umieram też młoda... Nigdy nie potrafiłam znaleźć czasu na zestarzenie się, to zawsze naiwność ciągnęła mnie w zakamarki wiecznie młodego świata. A ja, jak głupia podążałam za nią. Teraz zostało mi jedynie to głupie marzenie o zestarzeniu się. Marzenie, w którym młody człowiek mówi, że mimo przeszkód i trudu, nie poddał się. Może moje dziecko? Wnuczka? Wskazując mnie, tłumaczy, że warto żyć, bo jeżeli ona dała radę, to ty też. Potem całuje mnie w czoło i siada obok mnie.

Lecz marzenia na łożu śmierci tracą swą moc. One umierają przed nami.

*

Przede mną rozciągała się ogromna łąka pełna roztańczonej, żywej zieleni. Zauważyłam ścieżkę wykonaną z maleńkich kamyczków, ułożonych jeden obok drugiego. Zaznaczały krawędzie owej drogi, przez którą dane mi było przejść, by zatracić się już do końca. By zwariować bez opamiętania. By umrzeć po cichu, tak, by nikt się nie domyślił. By nikt mi nigdy nie powiedział, że się nie poddałam. Bym nigdy nie pokazała córce, że życie jest piękne. Bym nigdy nie przytuliła syna. Bym nigdy nie ścięła włosów i nie zafarbowała ich na blond. Bym nigdy nie przestała bać się ptaków. Bym nigdy się nie zakochała. Bym nigdy już nie przeczytała ciekawej książki. Bym zastanawiała się, jak brzmi głos mojej mamy. Bym zapomniała twarze tych, których kochałam. Bym nie zjadła już napoleonki ani czekolady, nie zagrała w chowanego, nie zatańczyła, nie posłodziła miodem herbaty. Bym nigdy nie dała sobie pomóc. Bym zdała sobie sprawę, że chcę do domu.

Nagle moim oczom ukazała się koperta z niebieską pieczęcią, samotnie błądząca po tej samej drodze.

"Droga panienko Emily,

Uroczyście zapraszamy cię na herbatkę w królestwie Lady in Blue. Będziemy wszystkie. Na tę okazję prosimy Cię bardzo, byś była idealna."

I brak podpisu... Za to ciekawa prośba...

Odetchnęłam z ulgą. Już po wszystkim, mogę wreszcie oddychać świeżym powietrzem, wiedząc, że na to zasłużyłam. Byłam taka dzielna, mogłam się przecież w każdej chwili cofnąć, lecz się nie ugięłam. Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam dumę z własnych wyborów, z samej siebie. Tę rozpierającą dumę w kruchej piersi, niemal zastępującą samo serce.

Tak sobie wówczas właśnie rozmyślałam, idąc ścieżką, co to małe kamyczki zaznaczały jej krawędź, trzymając w drżącej ręce kopertę z niebieską pieczęcią. A może drżałam cała? W końcu było to siedemnaście lat temu... Zdaje się, że coś mogło umknąć mej pamięci. Wtedy jeszcze chciało mi się być idealną, a teraz? Teraz nic mi się nie chce.

Pamiętam jednak ten moment, jakby to zupełnie było wczoraj, kiedy spojrzałam w niebo, doszukując się słońca. Pamiętam to uczucie... ten szok, że słońca nie było. Pustka jedynie. Bo to wszystko jedynie głupią pustką było.

Cały czas szłam wzdłuż drogi w drgawkach ekscytacji i idąc tak samotnie, przypomniałam sobie kołyskę, którą śpiewała mi moja mama przed snem.

Żółte kwiaty dla ciebie uszyję

z pozostałości gwiazd na niebie.

Na żółtej podam je tacy,

przyprawię żółtą kokardą.

Podpiszę je żółtym markerem,

abyś nie miał cienia wątpliwości

I zostawię gdzieś pod drzewem w czasie burzy.

Zawsze, gdy czułam się źle, śpiewałam tę piosenkę. Nuciłam ją wtedy, gdy kogoś pocieszałam. I nawet teraz, idąc tą ścieżką, nie wiedząc gdzie, ani dokąd, nuciłam sobie właśnie tę piosenkę dla otuchy. Bałam się przeraźliwie, lecz nie na tyle, by zawrócić. Na to było już za późno, nie było już odwrotu. Nawet gdybym pragnęła odejść z całych sił, musiałabym i tak zostać, gdyż mur murem na nowo scalonym się stał.

W oddali ujrzałam kształt ogromnych wrót. Tak, wrota zaledwie, bez budynku. Zaczęłam więc ku nim biec z łomoczącym sercem w piersi. Biegłam coraz szybciej, szybciej, najszybciej, jak mogłam, będąc w pewnym momencie na tyle blisko, by móc dostrzec wrota w całej okazałości. Były piękne. Nigdy jeszcze nie widziałam takich drzwi. Zrobione ze szczerego złota, emanowały oślepiającym blaskiem, a wokół nich piętrzyła się dzika zieleń. Zapachniało lasem, a ja czułam się, jakbym znalazła się nagle w środku mrocznej baśni. Kolorowe ważki co jakiś czas przelatywały przede mną, a na gałązkach szeleszczących drzew, spoczywały kolorowe dżdżownice Mopane, ochoczo między sobą o czymś rozprawiając. Spojrzałam w dół, koło żyjących własnym życiem kwiatów, w rzędzie cicho stały wielkie kruki, uważnie mnie obserwujące. Wzdrygnęłam się. Dziwnymi zasadami kierowała się tutejsza natura. Piękno jednak tkwiło w jej dzikości, zupełnie jak w baśni.

Gdy stanęłam jeszcze bliżej, dostrzegłam we wrotach wzory, we wzorach zaś historię. Zamknęłam oczy i jak dziecko, zaczęłam przesuwać palcami po wzorzystej części drzwi, chłonąc przy tym z pełną dokładnością każde słowo, nawet to wyszeptane.

Wrota mówiły, że po drugiej stronie jest wojna. Wojna, która trwa już od bardzo dawna. Czwarta melodia mimo że piękna wielce, nie pasowała do trzech pozostałych. Próżność zasłoniła im oczy, nie widziały bowiem, że jest szczera.

Przesuwałam coraz dalej palcami po powierzchni wrót, a te opowiadały mi więcej i więcej.

Opowiedziały mi o tych wszystkich niesprawiedliwie wylanych łzach, wszystkich godzinach w rozpaczy, bólu i cierpieniu tylko dlatego, że ktoś stał się zupełnie głuchy na najpiękniejsze dźwięki świata- serca.

W tym świecie rozegrało się już sześć wojen. Kto je wygrał? Tego dowiedzieć miałam się później. Moim zadaniem było wygrać siódmą wojnę. Czy będę miała własną armię? Czy kot i kruk przyjdą mi na pomoc? Tego również dowiedzieć miałam się później.

Wrota wyglądały na bardzo mosiężne, byłam niemal pewna, iż nic na tym świecie nie byłoby w stanie ich otworzyć. Postanowiłam jednak, wbrew logice spróbować. Niekiedy i najczystszy absurd potrafi człowieka uratować z najgorszych tarapatów.

I zaiste, wrota te tylko na pierwszy rzut oka wydawały się tak ciężkie. W rzeczywistości były lekkie, jak piórko. A nawet nie zaskrzypiały, kiedy je otwierałam.

Za drzwiami znajdowała się ścieżka, prowadząca do królestwa Lady in Blue. A wiedziałam to, ponieważ po drugiej stronie przymocowana tabliczka była drogowskazem, o tym mówiącym.

Drzwi nie były przymocowane do żadnej konstrukcji, stały tak po prostu, jakby same dla siebie, samoistnie. Widok po drugiej stronie wskazywałby z logicznego punktu widzenia na jakieś, jakiekolwiek przymocowanie, ścianę chociażby rozdzielającą. Lecz to nie zdrowy rozsądek otworzył mi drzwi, a absurd jedynie. Natura po drugiej stronie drzwi była znacznie bardziej okiełznana. I nie oznacza to bynajmniej, iż była piękniejsza, o nie!

Wszystko w niej miało jakiś konkretny kształt, była kolorystycznie dobrana i nie sięgała wyżej, niż ja. Była to uczta dla oczu, lecz nie dla duszy.

No cóż... nie pozostało mi nic innego, jak zamknąć wrota za sobą i iść prosto na herbatkę. Prosto w pułapkę królowych próżności.

VJadalnia

Przez cały wieczór rozmyślałam o Malarzu. Jest nas więcej... Tylko jak ich rozpoznać? Ujawnią się, czy będę musiała się domyślać? Rozmowa z nim bardzo podniosła mnie na duchu, smutek i strach, który mną owładnął, znikł. Znowu poczułam się lekko. A w moim brzuchu dał o sobie znać cichy trzepot skrzydełek miliona kolorowych motylów. Byłam tym aż zażenowana, bo i na cóż tracić głowę dla kogokolwiek? To strata czasu i najczęściej nieuchronnie prowadzi do zguby.

Wojna to zarazem najpiękniejszy, jak i najokrutniejszy czas na trzepot skrzydeł motyli. To czas rozkojarzenia, kiedy trzeba mieć umysł ostry, jak brzytwa. To głupota! A jednak nawołująca do jakiejś dziwnej mądrości. Spojrzałam na mój pierścionek i nacisnęłam na środek stokrotki. Ta natychmiast przeistoczyła się w kompas. Na południu było morze, na północy rozciągająca się nicość. Zastanawiałam się, kiedy powinnam wyruszyć w drogę do Czarnego Królestwa. Czy droga przez pustkę może być bezpieczna? Coraz bardziej ciągnęło mnie do Niebieskiej Bramy, mogłabym już teraz odejść. Ostatni raz spojrzeć na wodę, wziąć głęboki wdech, trochę jedzenia z kuchni i już nie wracać. Moje myśli przerwał ruch kotary w wejściu do mojej komnaty.

- Tak? - zapytałam podejrzliwie, szybko naciskając na środek stokrotki, która w mgnieniu oka zamieniła się w normalny pierścionek.

- To ja - odrzekł ostry głos Lady in Blue.

Westchnęłam cicho rozdrażniona, po czym wyszłam jej na spotkanie w progu komnaty. Uśmiechnęłam się uprzejmie.

- No i jak tam, Emily? - zapytała.

- W porządku - odparłam wolno, nadal mając w pamięci zajście w chacie.

- Może chciałabyś dzisiaj zobaczyć jadalnie? - zaproponowała.

- To stacja nie jest jadalnią?

- Nie, korzystam z niej tylko, by wykwintniej ugościć specjalnych gości- mrugnęła do mnie.

- W porządku, tylko się przebiorę.

- Będę czekać na dziedzińcu, obok schodów.

- Czyli już jest z nimi dobrze?

- Tak - triumfalnie kiwnęła głową, po czym wyszła, zostawiając mnie samą.

Każdego ranka czekała na mnie ta sama, czysta, różowa sukienka na wieszaku. Każdego dnia miałam ją na sobie. Każdego dnia wyglądałam tak samo. Wzięłam zimny prysznic, uczesałam włosy, umyłam twarz i zęby, po czym założyłam różową sukienkę i wyszłam z komnaty.

Na dziedzińcu Niebieska Królowa gawędziła z jedną z Niebieskiego Ludu.

- Bardzo dobrze - pochwaliła ją, po czym odwróciła się w moją stronę, a niska kobieta w niebieskim kimono nas opuściła.

Patrzyłam za nią jeszcze przez chwilę. Postanowiłam nie nawiązywać do tej rozmowy, gdyż będąc szczerą, mało mnie to obchodziło. W mojej głowie nadal miałam obraz Malarza, tak usilnie starając się go rozmyć.

- Znaleziony został nowy gatunek jadowitych wodnych pająków - wytłumaczyła, a ja starałam się udawać tym zainteresowanie.

- Och, doprawdy?

- Tak, im więcej takich, tym lepiej.

Mruknęłam w odpowiedzi i na nowo się rozmarzyłam.

Chwilę potem weszłyśmy do ogromnego pokoju z trzema długimi stołami na środku. Na stołach pobłyskiwały niebieskie naczynia, przez które przechodziło niemrawe światło z bezsłonecznego nieba, tworząc przy tym istną ucztę wszelkich odcieni koloru niebieskiego.

Wyglądało to magicznie, jakby ktoś za pomocą różdżki rozprowadził eliksir miłości, nakazując wszystkim absolutną adorację tego widoku.

Na suficie rozprzestrzeniało się to samo pochmurne niebo, które ujrzałam zaraz po wejściu do zamku. Lecz skupić się na tym przepychu niemożliwego piękna nie mogłam, gdyż uwagę moją przykuła Lily, siedząca na końcu jednego ze stołów. Od razu zrozumiałam, że nie tam powinna się znajdować. Wiedziałam też, że lada moment stanie się coś nieprzyjemnego, a ja będę mogła tylko na to patrzeć, nie będąc w stanie jej obronić. To było odejście, o którym mówiła.

Kiedy Lady in Blue tylko ją spostrzegła, na jej twarzy pojawił się grymas zniesmaczenia, kompletnie obdzierający ją przy tym z piękna. Zniknął w końcu ten paskudny, obłudą przyprawiony uśmiech, robiąc miejsce prawdziwemu obliczu.

- Momencik - rzuciła pośpiesznie w moją stronę, po czym ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę Lily. Zatrzymała się naprzeciwko niej, po drugiej stronie stołu. Obie przez moment utkwiły w sobie wzrok. Z odległości w jakiej się od nich znajdowałam, nie mogłam rzecz jasna dostrzec ich oczu, jednak byłam pewna, że jedne pałają nienawiścią, kiedy drugie tryskają życiem.

Nagle znikąd pojawiła się szóstka kobiet. Wszystkie na swych skroniach wytatuowane miały te wzory... Od reszty istot tutaj mieszkających, różniły się wzrostem (były wyższe ode mnie o głowę) i paskiem na talii koloru oceanu. W pasku tym dostrzegłam średniej wielkości puste przegródki, jakby na narzędzia. Ominęły mnie szerokim łukiem, kierując się w stronę Lily tym samym, znanym mi już, zdecydowanym krokiem. Jak się domyśliłam, ominęły również i samą królową po to, by niczym burza porwać w swe wojownicze ramiona Lily. Traktowały ją, jak najgorszego więźnia, zbiega, mordercę... jak zdrajcę...

Lily zupełnie jakby się tego spodziewając, kompletnie się przy tym nie opierała, pozwalając im się nad sobą pastwić. Kobiety mimo jej biernej postawy używały wobec niej siły, wbijając swe kościste palce w jej kruche ciało. Lily była od nich znacznie mniejsza, znacznie młodsza.

Okropna niesprawiedliwość i widoczna przewaga rozdzierała me serce. Kiedy jedna z nich z przegródki wyciągnęła wcześniej przeze mnie niezauważony sztylet i zamaszyście rozcięła nim niebieskie kimono Lily, myślałam, że krzyknę z rozpaczy, przeto zakryłam sobie usta dłonią i gryzłam się w palce. Kiedy ujrzałam, jak materiał coraz gęściej przesiąka ciemną czerwienią, zachwiałam się na własnych nogach, pojawiły się przed moimi oczami mroczki. Po omacku wymacałam przed sobą ławę, na którą runęłam z łoskotem.

"Nie reaguj" - mówiłam do siebie w duchu.

"Pod żadnym pozorem nie reaguj, mdlej, gryź rękę do krwi, ale nie reaguj" - nakazywałam. Dostałam w końcu instrukcje, co do których przysięgłam, stosować się skrupulatnie.

Odważyłam się w końcu otworzyć oczy, Lily i wojowniczki zniknęły, a Lady in Blue szła lekkim, jak piórko krokiem do mnie. Wyobrażałam sobie, jak podmuch wiatru znienacka wpada do jadalni, przewracając szkło i zabierając ze sobą królową do jakiejś odległej zimnej krainy, do której tak naprawdę należy. Ale ta zdawała się nadal iść w moją stronę, wiatr jej nie dzisiaj nie zabierze. Usiadła obok mnie, przybierając łagodny wyraz twarzy osoby niewinnej i rzekła głosem słodkim, jak te ciasteczka malinowe, którymi miałam nadzieję, że się kiedyś udławi.

- Wybacz, że musiałaś być świadkiem tak nieprzyjemnego zdarzenia, jednak ona... Lily swoją obecnością tutaj zakłócała spokój. Widzisz, jej nie wolno tutaj przebywać samej i gwarantuję ci, że ona o tym doskonale wiedziała. Takie nieposłuszeństwo nie jest tutaj tolerowane. Ale nie bój się, tobie włos z głowy nie spadnie- wygłosiła.

- Po stokroć przeklinałam ją w duchu, moje ciało zbyt ociężałe i ogłupiałe nie chciało się ruszyć. Zamknęłam oczy, czując jakieś dziwne, nagłe zmęczenie, czując jej morderczy oddech i jej krwisty zapach obok mnie. To się ciągnęło w nieskończoność. Po długich chwilach, rozmiarami malującymi się, jako godziny, otworzyłam oczy i poczułam ulgę. Zostałam sama. W ciszy siedziałam jeszcze przez chwilę, pustym wzrokiem wpatrując się gdzieś w przestrzeń.

- Przecież dopiero, co poznałam Lily, to wszystko stało się tak nagle, tak szybko... Nie spędziłam z nią nawet jednego dnia. Kręciło mi się w głowie od tego wszystkiego, dopiero, co ją poznałam... Dlaczego Niebieska Królowa kazała zrobić jej krzywdę? Kim tak naprawdę była Lily? Kim jest jej matka? Milion pytań przelatywało przez moją głowę. To wszystko stało się tak szybko.

Nieprzytomna udałam się do mojej komnaty. Idąc tak przez najpiękniejszy na świecie dziedziniec zamkowy, nie przyszło mi wtedy do głowy, by choć przelotnie na niego spojrzeć. Nieobecny wzrok utkwiłam w myślach, w tych wirujących pytaniach.

Kiedy dotarłam do komnaty, usiadłam na podłodze, pozwalając chłodowi przenikać przez moje ciało. Od niechcenia z odmętów niewyraźnej pamięci, przypomniałam sobie o kocie i kruku. Przypomniałam sobie, jak kot nie walczył z ptaszyskiem, tylko pozwolił się zabrać tymi szponami. I ona wcale z nimi nie walczyła. Dotknęłam mojego czoła, było rozpalone. Po gorących policzkach spłynęły łzy, a wkrótce ból głowy dopełnił me cierpienie. Zasypiając już, przyszła do mnie inna myśl. A myśl zamieniła się w zapach trawy cytrynowej, unoszącej się w powietrzu. Zapach przeszedł przez całe moje ciało po to, by znów zmienić się w słowa... podążaj za kotem...

VIIISiedemnaście

Byłam tym wszystkim już zmęczona, tyleż intryg kryło się w najprostszych rzeczach! Niebieski Lud był pod surowym reżimem ich królowej, która sprzedała im bajkę o złym, niepasującym kolorze. Podczas mojego pobytu Czarna Część tego świata została raz wspomniana i mieszające się pomruki obrzydzenia, nienawiści i strachu, udowodniły, że bajka Lady in Blue sprzedała się całkiem nieźle. Nienawidzono tu Czarnej Królowej. Byłam jedną z niewielu, która znała prawdę. Po jakimś czasie musiałam oczywiście opuścić Niebieskie Królestwo i zmierzać dalej do Czarnej Bramy, lecz wszystko ma swój czas i swoje miejsce w tej opowieści.

Po zawodach lud nie zachowywał się podejrzanie, zdawały się naprawdę wierzyć, iż zaginiona zawodniczka się odnajdzie, były niczym owieczki ślepo zapatrzone w swego pasterza. Jedynie Isabel ponuro snuła się po zamku, wyraźnie poruszona. Kto wie? Może nawet żałowała, że poznała Lunę? W końcu to ona otworzyła jej oczy, obdarzając ją niezwykłym prezentem, nadzieją i prawdą. Gdyby nie ona, Isabel byłaby, jak reszta. Nigdy jej o to nie zapytałam, co na koniec okazało się zbawienne. Moja nauczycielka pływania okazała się być szpiegiem Lady in Blue, lecz musiałam jej to wybaczyć. Sama mi o tym poniekąd powiedziała, co dopiero później potwierdziła Niebieska Królowa. Pani w Niebieskiem miała na nią oko od kiedy Luna zanurzyła się w wodzie i już nie wróciła na ląd. Musiała zauważyć, że Isabel widzi więcej, rozumie więcej i jest bardziej podejrzliwa od pozostałych mieszkanek Niebieskiego Królestwa. Uwięziła jej matkę, przetrzymując ją w ciemnym lochu na samej górze zamku. Kazała jej wyjawić, dokąd popłynęła Luna. Gdy ta nie chciała jej wyjawić, Niebieska Królowa nie wypuszczała jej matki. W końcu ta przełamała się, by swą matkę ocalić, lecz było już za późno. Jej matka umarła.

- Dlaczego mi to mówisz? Przecież ona wypuściłaby twoją matkę- zapytałam ją, gdy już odchodziłam do zielonej karocy.

Stałyśmy wtedy przed Niebieską Bramą, kiedy strażniczki miały ćwiczenia przed zbliżającą się wojną.

- Już jest za późno, moja matka nie żyje, to było dawno temu, widziałaś Lily... Teraz jest już duża, gdy Luna uciekła, była jeszcze malutka. Poza tym, byłaś w stanie połączyć swe serce z wodą. A uczynić to może jedynie istota o czystych zamiarach, o dobrym sercu. Niebieska Królowa nawet nie weszłaby do wody, ta od razu by ją pochłonęła. Ma zbyt ciężkie serce od zadanych innym krzywd, a morze lubi lekkość. Ona nawet nie potrafi pływać.

Isabel była szpiegiem królowej z tego względu, że wiedziała, co to znaczy kara. Nie chciała znowu przechodzić przez podobny ból, dlatego zgodziła się na przekazywanie informacji ze spotkań ze mną. Jednak nie mówiła jej wszystkiego, mówiła jej tylko to, co ona chciała usłyszeć, resztę szeptała na ucho wodzie.

Złapała mnie za rękę i nieśmiało spojrzała mi w oczy.

- Może... może jeszcze dane nam będzie się zobaczyć...

Pamiętałam o Lily, oczywiście, że tak... Jednak nie mogłam na nią tutaj czekać, musiałam iść dalej. Sama mi zresztą zabroniła, bym czekała. Moja podróż dopiero się wówczas zaczynała, przede mną malowały się jeszcze inne Kolory.

*

Jak już wspomniałam na początku, od tych wydarzeń minęło siedemnaście lat. Siedemnaście lat może spowodować ogromny rozwój, i ciała, i umysłu. W ciągu siedemnastu lat człowiek może całkowicie zmienić podejście do życia, swoje morale i poczucie wartości. Może również skończyć na dnie, staczając się całkowicie. Może zostać alkoholikiem, narkomanem, może zostać pisarzem, pływakiem, czy też inżynierem. Każdy dzień w ciągu tych siedemnastu lat może okazać się istną, niekończącą się katorgą. Ktoś może nawet chcieć skrócić ten czas... oczekiwania. Oczekiwania na co? W ciągu siedemnastu lat człowiek zapewne zada sobie choć raz pytanie, czy życie ma sens i jeżeli tak, to w zasadzie jaki. Czy my nadajemy sens całemu wszechświatu, jako inteligenty gatunek ludzki, czy może wszechświat nadaje sens nam? Czy wielkie czyny wielkich ludzi doczekają się w końcu dnia zapomnienia? A może powinniśmy się wszyscy skupić na chwili obecnej, kochać ludzi i nie zadawać sobie filozoficznych pytań, na które i tak znamy odpowiedzi, choć niechętnie je przyjmujemy, bo na pierwszy rzut oka wydają się tak uciążliwe i niesprawiedliwe?

Dla rozbitka na bezludnej wyspie, siedemnaście lat może być wyrokiem śmierci. Siedemnaście lat dla więźnia może być czasem pokory, jak i snucia planów zemsty. Dla osoby nienawidzącej swojej pracy, ten czas może być torturą. Dla kogoś, kto właśnie przeżywa rozłąkę z ukochanym, będzie to czas niewyobrażalnej tęsknoty. Dla gwiazdy filmowej może być to czas blasku.

Dla motyla to jeden dzień,

dla psa to kilkanaście lat,

dla żółta, to sto pięćdziesiąt lat.

Dla osoby uwięzionej będzie to wieczność. Nie liczy się lat, miesięcy, dni, czy godzin. Łatwiej jest mierzyć czas zniecierpliwionymi westchnieniami. Dla mnie siedemnaście lat, to zarówno wieczność, jak i jeden dzień. Wszystko zlewa się w jedno, dni nie różnią się od siebie aż tak. Jestem gdzieś, skąd nie ma ucieczki, a serce mi się łamie, gdyż jestem tu z własnego wyboru, bo tak chciałam i już. Mówię sobie: "możesz zakończyć swoje męki tutaj", ale skąd tak naprawdę wiem, czy nie będzie ich gdzieś indziej?

Nie powinnam zdradzać zakończenia mojej opowieści, lecz by wytłumaczyć istotę siedemnastu lat samotności, muszę to powiedzieć- siedemnaście lat jest katorgą i okrutnym żalem, jeśli żyjesz nawet choć przez chwilę bez nich. Patrzyłam, jak umierają i nic z tym zrobić nie mogłam. Chciałam pomóc i pomogłam, lecz poświęcając życia. Brakuje mi ich wszystkich, bez nich odczuwam pustkę. Wszyscy tu za nimi tęsknimy, wszyscy ich kochaliśmy. Ale ich już nie ma. Ich już nieznośnie i uciążliwie nie ma.

XOgród

"Nie reaguj na krzywdy mi zadawane, są one częścią planu. A na każdym kroku oferowane ci skrzydła, nie zabiorą cię do mnie. Będziesz musiała to zrobić sama"...

Śniła mi się Lily. Śniłam, że ją odnalazłam, była cała i zdrowa. W śnie podarowała mi pana Żabę, który znowu zatańczył swinga. Potem spojrzała na mnie i powiedziała: idź do ogrodu. Wtedy obudziłam się. Przeciągnęłam się, po czym poszłam do łazienki, by przygotować się do dnia. Usiadłam na podłodze, rozmyślając, co może znajdować się po drugiej stronie drzwi z napisem ogród. Może... ogród? Może jednak to królestwo ma ogród, tyle że ukryty za drzwiami? Rozmyślałam o Lily, Malarzu, chatce z morskimi stworzeniami, o Niebieskiej Armii. I czułam, że koniec mojej niebieskiej wędrówki się zbliża. Niebawem wyruszę w drogę do kolejnego Koloru. Tylko który to będzie? Może Żółty? Zielony? Wątpiłam, by był to Czarny. On będzie ostatni, a po nim... ach, nie chcę nawet myśleć.

Podłoga, na której siedziałam, nagle zrobiła się diabelnie zimna, a ściany pokryły się szronem. Było lodowato, a ja nadal byłam w sukience na ramiączkach. Pragnęłam wstać, lecz hipnotyzujący odcień niebieskiego, bijący z każdej rzeczy, każdego kąta mi na to nie pozwalał. Nakazywał mi siedzieć, siedzieć i siedzieć...

Szelest kotary w wejściu.

Próbowałam z całych sił wstać, lecz nadaremno. Jakaś nieprzezwyciężona siła wciąż ciągnęła mnie do lodowatej podłogi i im bardziej z tym walczyłam, tym trudniej było mi wstać. Musiałam zatem przestać, by się uwolnić. Wlokąc moje jakże posłuszne tej sile ciało, musiałam tym razem stoczyć walkę z ogromnymi zaspami śniegu. Wyciągniętymi przed siebie rękoma, starałam się, by zamieć mnie nie przewróciła.

Z wielkim trudem zdołałam w końcu dotrzeć do kotary. Rozsunęłam ją z lekkością, a w pokoju znienacka zaczęło unosić się ciepło, ogrzewające moje zmarznięte ciało. I nagle przyszła mi do głowy myśl, a może jednak nadzieja... że po drugiej stronie stoi Sue. Jak zawsze z wymalowaną troską i bijącą miłością z jej twarzy. Bardzo się rozczarowałam, gdy jednak ujrzałam tam Lady in Green.

- Dzień dobry, pomyślałam, że może masz ochotę zobaczyć moje królestwo?

- To wy nie mieszkacie razem? - zapytałam z roztargnieniem.

Lady in Green roześmiała się serdecznie.

- Nie, Emily. Wszystkie mamy swoje własne królestwa. Po prostu postanowiłyśmy, że herbatkę wypijemy w królestwie Pani w Niebieskim. Do mojego będziemy musiały wybrać się karocą.

- A wrócę tutaj?

- Ależ oczywiście, jeżeli tylko będziesz miała na to ochotę. Nie jesteś tutaj przecież żadnym więźniem. Możesz wrócić nawet dziś wieczorem - odpowiedziała na moją troskę, po czym dodała - to pewnie przez to łoże, co? Mówiłyśmy ci, że się w nim zakochasz! - zaniosła się śmiechem. - No... to zbierz się prędziutko i spotkajmy się przed zamkiem. Będę już na ciebie czekać w karocy.

Wahałam się, nie wiedziałam, co będzie z Lily. Nie chciałam jej opuszczać, zależało mi na niej. Ona także nie należała do tego świata.

- Nie mogę opuścić tego miejsca. Muszę tu zostać.

Twarz Pani w Zielonym spoważniała.

- Jeżeli tu zostaniesz, nie znajdziesz jej.

Spojrzałam na nią zdziwiona.

- Jeżeli obiecasz, że wyjedziesz ze mną jeszcze dziś, przyrzekam, że ją znajdę.

Kiwnęłam głową, a Lady in Green wyszła z mojej komnaty. Nie wierzyłam jej.

Miałam jeszcze połowę dnia. Policzyłam do dziesięciu i wyjrzałam zza kotary. Nikogo nie było, mogłam bezpiecznie wyjść.

Delikatnie pociągnęłam za klamkę pokoju z napisem ogród i zrobiłam krok wgłąb. Okazało się, że pokój ów nie miał podłogi, co spostrzegłam zbyt późno. Spadłam na sam dół. Nic mi się nie stało, nie była to duża wysokość, ale niespodzianka ta niemal przyprawiła mnie o zawał serca. Położyłam dłoń na tym biednym sercu i brałam głębokie wdechy. Jeden za drugim... Spokojnie...

Wdech nosem...

Wydech ustami...

Jeszcze raz, jeszcze dwa razy, policz do dziesięciu. I wstań. Tak, jak robiłaś to przez całe życie.

Roześmiałam się, myśląc, ile jeszcze niespodzianek będzie mi dane przeżyć.

Rozejrzałam się dookoła, był to dobrze oświetlony, długi pokój. Gołe, niebieskie ściany, goła, niebieska podłoga. Spojrzałam w górę i przeszedł mnie niepokój na myśl o zostawieniu otwartych drzwi. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać siebie w nadziei, że znajdę cokolwiek, czym będę mogła je zamknąć. Nie miałam niczego takiego przy sobie. Rozejrzałam się zatem za jakąś konstrukcją, rurami, czymkolwiek, co mogłabym wykręcić i byłoby na tyle długie, że zdołałabym dosięgnąć drzwi. Pokój jednak pozostawał złośliwie pusty.

Ku mojemu zadowoleniu dostrzegłam drabinkę, ciągnącą się idealnie od podłogi do drzwi. Uśmiechnęłam się, jak zawsze najciemniej jest pod latarnią. Wdrapałam się po niej i bezszelestnie je zamknęłam. No! Komu w drogę, temu czas, została jeszcze połowa dnia.

Na końcu pokoju ukazały się kolejne drzwi. Tyle już w tym świecie ich otwierałam, że nie wahałam się otworzyć również i tych. Po drugiej stronie znajdował się ten sam, niebieski pokój. Lecz czy może być tym samym pokojem, jeśli na jego końcu tym razem nie było drzwi?

Serce zabiło mi mocniej, gdy zamiast nich zobaczyłam mur z przejściem.

Czy to możliwe, bym mogła wrócić do domu? Ze wzruszeniem ruszyłam przed siebie, tym razem nawet nie starając się uspokoić serca. Jak dla mnie mogło walić w rytm wariacji Paganiniego. Czy już po wszystkim? Czy jednak po tylu trudach uda mi się wrócić? Może był to tylko sen? Rozpłakałam się ze szczęścia. Stanęłam przed murem, jak wryta i padłam na kolana, wyjąc i przytulając się do niego. Był taki szorstki... ale cóż z tego! To właśnie on pomoże mi dotrzeć do domu! Tak długo... tak długo mnie tam nie było! Ciekawe, co u nich, może jednak czary w tym świecie sprawiły, że tego nie zauważyli? Ja miałam życiową lekcję, której oni nie odczuli na osi czasu? Jezu, w końcu zobaczę słońce!

Przejście było znacznie szersze od tego, którym przedostałam się do tego świata. Odetchnęłam z ulgą, wiedząc, że przechodząc nie grozi mi przeraźliwy ból. Idąc korytarzem, obserwowałam jego wnętrze. Był to zwyczajny, pospolity mur. Wyobraziłam sobie, że na ścianach przejścia wymalowane są hieroglify, opisujące dzieje tego świata. Podziwiałabym je, tak, jak turysta podziwia Dolinę Robotników w Egipcie- nie wiedząc dokładnie, co oznaczają wszystkie symbole, lecz znając historię. Kto wie? Może poczułabym się nawet, jak w świątyni bogini Izydy? To uczucie piękna i prawdy, które poczuć można jedynie parę razy w ciągu swojego życia.

Przedostałam się w końcu do mojego mieszkania. Do mojego starego, kochanego mieszkania! Przez całe moje ciało przeszło ciepło, byłam niemal odurzona tą chwilą. Zachwyt zabrał mi dech w piersiach, miałam nadzieję, że nie śnię. Obrzuciłam wzrokiem każdy kąt, po czym rzuciłam się na podłogę, wdychając zapach wnętrza. Leżałam na plecach, później na brzuchu, ze szczęścia wymachując rękoma. Klasnęłam trzy razy, wrzeszcząc z zachwytu i podbiegłam do biblioteczki, patrząc na tytuły moich ukochanym książek. Dotknęłam troskliwie moich figurek, stojących obok nich i zdjęłam z nich kurz palcem.

Gdy wnikliwiej rozejrzałam się po mieszkaniu, spostrzegłam, że kurzu wcale nie było aż tak dużo, jedynie na figurkach. Nawet kwiaty pozostały żywe. Odwróciłam się, by sprawdzić, czy przejście nadal znajduje się za mną. I o dziwo nadal tam było. W ścianie w mieszkaniu przejście do innego świata najwyraźniej nie zamierzało się zamknąć, a w głowie mały głosik cały czas powtarzał "już po wszystkim".

- Mam nadzieję - powiedziałam na głos, tak bardzo pragnąc, by głosik miał rację.

Pobiegłam do sypialni i z ulgą rzuciłam się na łóżko. Było takie wygodne...

Tak nieopisanie wygodne i milusie, że zasnęłam...

XISue

Obudził mnie szmer w mieszkaniu. Przetarłam zmęczone oczy i jak z procy, wyskoczyłam z łóżka. Przejście do innego świata nadal mogło tkwić w drugim pokoju. Królowe próżności miałyby kolejną ofiarę, gdyby osoba, znajdująca się w moim mieszkaniu postanowiła nim przejść. Myśl, że nie jestem sama nie przerażała mnie aż tak bardzo, jak pozwolenie komuś innemu na przejście bez powrotu.

Momentu wejścia do mojego mieszkania nie zapomnę nigdy. To uczucie szczęścia nigdy nie zniknie z mojej głowy. Czy śniłam? Czy naprawdę miałam szansę jeszcze raz odwiedzić świat, którego piękna wcześniej nie dostrzegałam? Nie wiem. Wiem za to, że leżąc teraz na łożu w ramionach niewiadomej, rozciągającej się dziwnie przestrzeni, nie to jest ważne. Istotne jest uczucie, ono tworzy sens wspomnienia.

Gdy tak leżę, zdarza mi się tęsknić za domem. Po siedemnastu latach nadal nie mogę zapomnieć, jaką małą była szczelina, przez którą dane mi było przejść. Była malutka, jak ziarenko grochu, tyciusieńka. I delikatna, jak ziarenko grochu! Można było taką szczelinę umiejscowić pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym i z łatwością rozgnieść.

Często też żałuję, czuję się ociężała. Żałuję, że pragnęłam czegoś więcej, padając na kolana i krzycząc "poddaję się". Pozwoliłam wbić sobie strzałę obietnicy niemożliwego piękna i zastanawiam się, czy istnieje większy błąd, który człowiek może popełnić w swoim życiu. Większy błąd od poddania się, od zostawienia najbliższych. Oni myślą, że to przez nich, że mogliby coś więcej zrobić. Wąchają ubrania, przesiąknięte naszym zapachem, tulą do serca to, co niegdyś należało do nas. Oni płaczą... oni tak strasznie płaczą po nocach, nie mogąc się z tym pogodzić. Czasami się godzą, a czasami umierają razem z nami. Lecz nic nie jest w stanie powstrzymać ludzi, których trafiła strzała niemożliwego.

A ty, człowieku, któryś się dał przebić strzałą obietnicy, idź ich pocieszaj... Powiedz językiem umarłych, że to nie ich wina...

Gdy weszłam do salonu, ujrzałam Sue, siedzącą przy stoliku. Spokojnie wystukiwała na nim rytm palcami, patrząc pustym wzrokiem w okno.

- Dzień dobry - rzekłam, nie mogąc opanować wzruszenia.

Lecz Sue ani drgnęła. Pomyślałam, że może mnie nie usłyszała.

- Dzień dobry! - krzyknęłam raz jeszcze i raz jeszcze, i znowu, i znowu.

Nadal nic. Sue nie mogła mnie ani zobaczyć, ani usłyszeć. Nikt nie mógł. W tym świecie to ja byłam widownią, mogłam co najwyżej podziwiać, lecz nie mogłam być jego częścią. I sama nie wiem, co jest gorsze, wojowanie z Kolorami, czy nieobecna obecność wśród ludzi, których wzrok niegdyś pałający życiem, nagle stracił iskrę. Ich wolne ruchy, dziwne oczy, spokój na twarzy, opuchnięte oczy, obojętność w ruchach- na zawsze będę naznaczona ich bólem. Ból, który nie został wysłuchany.

Sue wstała od stolika chwilę po moim wejściu i zaczęła kręcić się po pokoju. Szła spokojnym, pełnym zrezygnowania krokiem do momentu, aż się zatrzymała. Zaczęła się cała trząść, była wtedy plecami do mnie. Gdy ją okrążyłam, ujrzałam, że płacze. Na początku płakała po cichutku, z jedną ręką na policzku, drugą zaś na brzuchu. Lecz płacz z czasem stawał się coraz gwałtowniejszy. Tak bardzo pragnęłam jej pokazać, że jestem. Jestem tuż obok niej. Lecz jak mogę być obok niej, jeśli płacze, gdyż mnie nie ma? Nigdy się o tym nie dowie, ale płakałam razem z nią. Starałam się wziąć jej rękę w moją dłoń, lecz wszystko nadaremno, nie poczuła nic. Nie istniałam. Widok jej twarzy rozdzierał moje serce. Nigdy nie widziałam, by choć raz w życiu przybrała taki wyraz, tak wykrzywioną bólem maskę. Powtarzałam raz za razem "jestem tu", "jestem obok ciebie"... Wszystko na nic.

"Nie płacz", "Nie płacz, Sue", lecz łzy wylewały się rzewnie z jej oczu.

Schudła, jej drobna dłoń stała się jeszcze drobniejsza, a włosy miała rozczochrane. Zaczęłam ją po nich głaskać, starając się je rozplątać. Bawiłam się jej lokami. Jej złocistymi, jak słońce lokami.

Nie potrafiłam ich rozplątać, musiałam to zrobić obiema dłońmi. Przynajmniej jednego loczka zdołałam jej rozplątać. Zazwyczaj chodziła w rozpuszczonych włosach, ale pamiętam, jak zobaczyłam ją kiedyś w koku. Wyglądała wtedy zjawiskowo, uważam, że w koku wyglądała najpiękniej.

Sue nagle kucnęła, kuląc się i objęła się rękoma. Kiwała się na wszystkie strony, wydając z siebie niepokojący dźwięk. Jakby stłumiony pomruk lwa, mieszający się z przeraźliwie wysokim piskiem. Powtarzała w kółko "nie", a ja z bezradności chciałam wyrwać sobie włosy i zedrzeć z siebie skórę. Cierpiąca z mojego powodu Sue, było tragedią. Moja bezradność względem jej katuszy, była czymś żałosnym.

- Emily - szepnęła.

- Emily, Emily, kochanie Emily, przepraszam.

Nie, nie, nie!