Wojna kolorów
Dawno, bardzo dawno temu
w czterech różnych historiach,
zastanawiano się, jak pójść na przekór złemu,
tak, aby nie pomylić się w melodiach.
Pierwsza wybrzmiała na żółto,
a Pani, jak z obrazu namalowana,
zdjęła i machnęła narzutą
i wnet cała magia została z niej wydziergana.
Druga swym dźwiękiem urzekła na niebiesko,
zaczęły rozkwitać rzeki, niebo i jeziora,
lecz pustka dawała się we znaki diabelsko
i zamiast niebieskiego słonia, namalowała niebieskiego bawoła.
Trzecia do Pani w zieleni,
patrzy, czuje, oddycha.
Lecz czymże jest drzewo bez korzeni?
Ach, jakże naiwna ta ludzka pycha...
Myślą trzy kolory, że to już koniec wszystkiego.
Och, gdyby tylko wiedziały, że
czwarta wydaje dźwięk koloru najpiękniejszego,
który nie z farby, lecz z serca powstały.
Czarny jest bowiem, jak smoła,
ciemniejszy niż noc o niegwiaździstym niebie.
A Ona rozgląda się niewinnie dookoła,
starając się wyrzucić ponure góry za siebie.
I myśli, jakby wyglądał nasz świat,
gdyby wszystkie kolory połączyły się w jedność?
Niestety! Życie udzieliło jej zbyt mało rad,
a Matka Natura urody kolejność.
I tak oto się zaczęła wojna kolorów domowa,
Pani w czerni spoczęła i spadła jej z głowy złota korona.
V
Moje rozkojarzenie trwało o wiele dłużej, niżeli trwać
powinno. Nie miałam już nad tym kontroli, zatraciłam się w czymś, czego nie znałam. Nie dokończyłam tamtego utworu, mimo że tego od siebie wymagałam. W mojej głowie mnożyły się coraz to nowsze obawy a propos mojego skrajnie, niewymownie nieodpowiedzialnego zachowania, jakim było pozostawienie na pastwę losu dziewczynki. Czymże ta jakże niewinna istotka zawiniła, zmuszona do spotkania tak złego
człowieka jak ja?
A jeżeli ktoś ją porwał? Jeżeli pochodzi z patologicznej rodziny? Jeżeli ją biją? Może miała siniaki, a ja tego nie zauważyłam? Może zrobiła już sobie krzywdę? Albo ktoś jej?
"To nie moje dziecko" - powtarzałam sobie w duchu. Nie moje, ale nadal dzieckiem było. Te istoty trzeba traktować z szacunkiem najwyższym. Łatwo je skrzywdzić, trochę zbyt łatwo. A ludzie lubią, jak życie jest łatwe. Nienawidzę ludzi. Gdyby każdy był jak ja, nie musiałabym się przejmować.
Minął tydzień, czyli raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem dni, a ja, jak zaczarowana dzień w dzień wychodziłam z domu po to tylko, by przejść koło tej głupiej ławki i się w nią wgapiać i wgapiać przez minimum dwadzieścia minut, by potem wrócić do domu i za parę godzin wejść w to błędne koło znowu i znowu, i znowu...
"Gdzie się podziało twoje samouwielbienie?" - ktoś mógłby mnie zapytać. Ja też nie wiedziałam. Jakoś przeistoczył się w coś innego, w jakąś chorą troskę. I to bynajmniej nie o mnie. To nowe uczucie zżerało mnie od środka, jak kwas. Najczarniejsze scenariusze wbiły się do mojej głowy, sprawiając, że myślałam o sobie, jako o największej zbrodniarce, która stąpała po tej ziemi. Ja zbrodniarką? Jeszcze tydzień temu bliżej mi było do Boga.
Dlaczego, dlaczego ją wtedy zostawiłam? Dlaczego,
och, dlaczego wypaliła w mojej pamięci tak niewdzięczny ślad? Dlaczego mnie obchodziła? Miała zaledwie parę lat... Taka malutka... Tak łatwo można skrzywdzić małe dziecko.
Dlaczego mi to zrobiła?
Aby kompletnie nie zwariować, musiałam w końcu
czymś zająć myśli. Odkopałam zatem w mojej biblioteczce niebieską encyklopedię i otworzyłam na stronie z żółtym paskiem, na rozdziale zatytułowanym: "CZERWONA PLANETA". Czytając, uświadomiłam sobie, że całe życie myślałam, iż "czerwona" oznacza wysoką temperaturę. Jednak planeta zwana "czerwoną" miała taki właśnie kolor, gdyż skały na niej występujące były bogate w związki żelaza. Co więcej, wcale taka gorąca nie była, temperatura na niej bowiem wahała się między 27°C a -170°C. Nie lubię żyć w błędzie. Sprawia mi to dotkliwy dyskomfort. Czy to nie przypadkiem aż nazbyt logiczne, że skoro Mars jest dalej położony od Słońca, to będzie zimniejszy? Nigdy o tym nie myślałam, a zdawać by się mogło, że powinnam. Ja się paskudnie pomyliłam. Rzuciłam ze złości księgą w kąt pokoju i naturalnie obrażona odwróciłam się od niej i nagle... usłyszałam jej śmiech. Cichy chichot wydostawał się ze stronic encyklopedii. Zakładam, że ludzie wiedzieli o tej planecie. A skoro jestem od nich lepsza, to dlaczego nie wiedziałam o tym ja? Durna encyklopedia. Niech się śmieje, zobaczymy, kto będzie się śmiał ostatni. Spalę ją niebawem.
Czytając o Marsie, nie myślałam o dziewczynce. Żartuję. O niej i tylko o niej - jak za sprawą zaklęcia. Wtargnęła w mój umysł, nie pozostawiając mi wyboru, jak dzielnie przeżyć ten napad. Ciekawe, jak miała na imię... Nie wiadomo, nie wiadomo! Nawet wydedukować nie można tej informacji było. Och, gdyby tylko ktoś jej powiedział, że gdybym była zapytana o to, kogo wzięłabym na Marsa, wybrałabym właśnie
ją. Właśnie ją i tylko ją. Dlaczego encyklopedia nie może leczyć ludzkich serc? Czy właśnie nie po to ją ludzie stworzyli? Już przestała się na szczęście śmiać, ale znowuż zaczęłam tym razem ja. Bo też kto to widział, by encyklopedia się zaśmiechiwała w niebogłosy? To rozmyślanie chyba mi nie służyło...
Zebrałam się czym prędzej, by ten ostatni raz spojrzeć przelotnie na ławkę. Przysięgłam sobie, że jak jej nie zastanę, nie będę jej szukać, zwyczajnie zapomnę. Nie będzie mnie już obchodziła. Dziecię w końcu nie moje, nie do moich myśli należy.
Przed wyjściem musiałam jeszcze w coś przyodziać
moje ciało. Wybrałam niebieską sukienkę w żółte kropki
i zielone rajstopy, a na koniec założyłam czarny płaszcz.
Wahałam się jeszcze chwilę, czy nie wziąć beretu, lecz czasu nie było, by się nad tym zastanawiać. Wyszłam przeto bez.
I tak właśnie, wlokąc me ociężałe ciało, smutnym krokiem udałam się do parku, którego nazwy nigdy nie chciało mi się zapamiętać.
Nie było jej! Nie było ani śladu! Moja twarz coraz gęściej pokrywała się łzami, które i tak nigdy nie byłyby w stanie ukazać żalu jakże zbrodniczego serca. Dlaczego nie przyszła? Co się teraz z nią dzieje? Dlaczego? Ach,
dlaczego spotkania z najwspanialszymi ludźmi trwają tak
krótko? Z łobuzami, z głupkami trwają wiecznie. Nic dziwnego, że świat jest pełen idiotów, skoro ci mądrzy nie czekają na ławkach!
Chciałam usiąść na ławce, by odzyskać trzeźwość
umysłu, lecz obraz przed moimi oczami zupełnie się rozmazał. Nie wiedziałam, co jest czym, wszystko wyglądało tak samo. Intensywnie mrugając oczami, chciałam przywrócić ostrość obrazu, ale nadaremno. Mój żal coraz łapczywiej mnie wchłaniał. I kiedy myślałam, że znajduję się przy ławce, w ostatniej
chwili oprzytomniałam, że nieszczęśliwie pomyliłam ławkę ze stawem. Niestety moje ciało nie nadążyło za umysłem, w rezultacie czego wpadłam do wody, która była piekielnie lodowata, myślałam, że nie wytrzymam. Cała obolała nie miałam nawet siły się ratować. Nie minęła jednak sekunda, a już ujrzałam przed oczami pomocną dłoń. Po pięciu sekundach byłam już z powrotem na lądzie, dygocząca i przemoczona do suchej nitki.
- Dziękuję - wykrztusiłam najwyraźniej, jak tylko potrafiłam, lecz słyszalne było jedynie kaszlnięcie.
Powoli dochodząc do siebie, podniosłam głowę, aby ujrzeć człowieka, który mi pomógł. Przede mną w żółtej sukni stała dumnie wyprostowana przepiękna kobieta. Był to niewątpliwie jej kolor... Pasował, jak ulał. Kiedy się w nią tak wpatrywałam, jej twarz okazywała wybitną obojętność. Żaden mięsień ani drgnął. Jakby posiadała niesamowitą kontrolę nad sobą z zupełnie innego świata... Jej piękno biło blaskiem niemal oślepiającym, wprawiając człowieka w osłupienie.
Lecz zdaje się, że zanadto ją ta chwila bezczynności znużyła, gdyż odwróciła się, by odejść. Jak na złość szok odebrał mi mowę, nie wiedziałam, co robić.
- Dziękuję z całego serca! - krzyknęłam, rozpaczliwie starając się ją zatrzymać.
Piękna pani zaiste zatrzymała się, stojąc plecami do mnie przez chwilę, gdy nagle odwróciła się. A zrobiła to z największą gracją, przez moment nawet poczułam się o to zazdrosna. Patrzyła na mnie ze śmiertelną powagą wypisaną na jej twarzy, po czym stał się cud, bowiem piękna nieznajoma uśmiechnęła się! Skinęła mi i odeszła tam, skąd przybyła. A przynajmniej wtedy mi się tak zdawało...
Jakiś cudowny anioł chyba musiał mi ją zesłać, gdyż
o tej porze w parku raczej świeciło pustkami. Zazwyczaj nie można było wtedy spotkać ani jednej żywej duszy. A tu taka miła niespodzianka, jakże punktualna... I ten kolor!
Zdaje się, że pierwszy raz w życiu spotkałam osobę, której tak z nim niezmiernie było do twarzy. I nie był bynajmniej to taki sprany żółty, bądź obficie przejaskrawiony, a żółty, jak to tylko żółty potrafi być. Był idealny.
I ta powaga w jej pięknej twarzy... Skąd tak pełna uroku i młodości twarz znajdowała w sobie tyle powagi? Przecież to niesamowite, wręcz niewyobrażalne, niemal zakrawające na cud...
Ludzie mówią, że powaga mąci w urodzie, że to uśmiech
rozświetla całą twarz, tak umiejętnie eksponując piękno.
Jednak ci głupi ludzie ewidentnie nie miali przyjemności ani sposobności spotkać tej twarzy. Tej konkretnej, pięknej twarzy, którą spotkałam ja. Och, jak często głupi ludzie się mylą. Pewnie dlatego są tak głupi.
Zatrważające zimno wstrząsało mym ciałem, tak że nie czułam palców u stóp. I jeśli mam być zupełnie szczera, w tamtym momencie myślałam, że umrę. Nigdy bowiem przedtem nie zdarzyło mi się wpaść znienacka do lodowatej wody, jeszcze uprzednio będąc rozemocjonowaną z byle błahostki. Leciało mi z nosa, bałam się nawet dotykać mojej twarzy dłońmi w obawie, że te się do niej przykleją i już nie odkleją, ewentualnie zerwą mą skórę. Czułam jak strach podchodzi mi do gardła i nic z tym nie mogłam zrobić. Dopiero po chwili udało mi się wstać. I jak już zaczynałam powoli się uspokajać, później poszło, jak z płatka. Powrócenie do normalnego stanu nie sprawiło mi takiego kłopotu, jak przypuszczałam trzy minuty temu.
Nie wróciłam od razu do domu. Przemoczona
usiadłam na ławce. Próbowałam się rozgrzać, energicznie pocierając rękoma moje nadal zszokowane ciało. Robiąc tak, poczułam dziwne uczucie ciepła, nie mające nic wspólnego z rozgrzewaniem ciała. Jak prąd przepływało przez środek mojego ciała, zastępując strach. Było to jakieś dziwne przeczucie. Czułam, że coś wielkiego czeka na mnie tuż za rogiem. Ostatnie zdarzenia nie mogły być kaprysem losu, wszystko przecież musi być z jakiegoś powodu.
Rozmyślając tak o tym wszystkim, co mnie ostatnio spotkało, zdałam sobie sprawę, jak bardzo zmęczona byłam moim życiem. Świat, w którym przyszło mi żyć, do mnie nie należał, a ja konsekwentnie nie należałam do niego. Moje rozległe interpretacje zdobiły jego szare ściany, a szary nie zawsze przecież musi być szary. W moim przypadku jednak szary naprawdę był
szary. Jaka szkoda... doprawdy w różu czy błękicie byłoby mu również do twarzy. Szczególnie w różu. Oprócz kolorowych ścian, podłoga mogłaby być usłana różami, pachniałoby wtedy właśnie nimi, wówczas nigdy nie wróciłabym do szarości. Już nie.
Nawet przeszło mi przez myśl, że mam ochotę zapłakać po raz drugi już dzisiaj, lecz nie było to takie proste. W płakaniu najwyraźniej nie chodziło tylko o powód, coś innego musiałoby to sprowokować. Od dawna nie widziałam pojedynczej łzy na mojej twarzy, nie licząc dzisiaj. Zdawałoby się nawet, że straciłam tę umiejętność, lecz ta noc pokazała co innego. Emocje dopuszczone do łez były o wiele łatwiejsze do opanowania. A tak były zmuszone do wiecznego rozgardiaszu w celu poszukiwania wyjścia. Czasami nachodziły na siebie, poniżały się, a niekiedy po prostu chwilowo przestawały oddychać. To ostatnie było najgorsze, bo przecież nie chciałam ich stracić.
Mogą siebie nie rozumieć, ale muszą istnieć. Bo czymże
jest miłość bez nienawiści, radość bez smutku, a fascynacja bez znudzenia? Jedno zniknie i nim się człowiek obejrzy, straci resztę. Wtedy byłaby to beznadziejne. Chyba ułatwiłabym sobie teraz, wypuszczając skłębione łzy, lecz wszystko na nic... Nie potrafiłam i tyle.
Najzabawniejsze, że wiedziałam dlaczego. Nie było tak zawsze, dopiero od jakiegoś czasu. Płakanie było dla mnie towarem luksusowym.
Ociężale wstałam z ławki i jak cień snułam się całą
drogę powrotną.
VI