W pół godziny po
opowiedzianej przez nas scenie, okno w oberży pana Biscarros, które
poprzednio z takim hałasem zamknięto, otworzyło się ostrożnie. Z
okna tego wyjrzał młodzieniec osiemnastoletni. Całe jego ubranie
było czarne, z karbowanemi podług ówczesnej mody mankietami
koszuli; jego mała, pełna wdzięku i pulchna ręka, mięła z
niecierpliwości danielowe rękawiczki, na szwach haftowane;
jasno-szarego koloru kapelusz, z wspaniałem błękitnem piórem,
pokrywał długie złociste jego włosy, cudownie otaczając owalną
twarzyczkę, nadzwyczaj białą z różowemi ustami i czarnemi brwiami.
Lecz wszystkie te wdzięki, które młodzieńca między najpiękniejszych
owego czasu mężczyzny policzyć mogły, niknęły teraz pod cieniem
złego humoru, będącego zapewne skutkiem bezskutecznego oczekiwania,
gdyż młodzieniec chciwym wzrokiem przebiegał drogę, pokrywającą się
już zmierzchem wieczornym.
Z niecierpliwości uderzał rękawiczkami o lewą rękę. Biscarros,
ciągle skubiący kuropatwę, usłyszawszy ten szelest, podniósł głowę,
zdjął czapkę i zapytał:
- O której godzinie będziesz pan jadł kolację? Wszystko już
gotowe, czekam tylko rozkazu.
- Wiesz dobrze, że sam jeść nie będę, gdyż czekam na mego
towarzysza. Jak go tylko zobaczysz, możesz podać kolację.
- A panie - odrzekł Biscarros - nie chcę ganić pańskiego
przyjaciela, gdyż on może przyjechać lub nie; lecz z tem
wszystkiem, dać na siebie tak długo czekać, to bardzo złe
przyzwyczajenie.
- On nie ma tego przyzwyczajenia i dziwię się, że go tak
długo nie widać.
- A ja się nie dziwię, lecz smucę z jego opóźnienia;
pieczyste się spali!...
- To go zdejm z rożna.
- Jeśli go zdejmę, to ostygnie.
- Wsadź na rożen drugą kuropatwę.
- Ta nie dopiecze się znowu.
A więc rób sobie co chcesz, mój przyjacielu - rzekł
młodzieniec, mimowolnie uśmiechając się z rozpaczy oberżysty.
Rozwiązanie tego pytania pozostawiam twemu doświadczeniu i wysokiej
mądrości.
- Żadna mądrość, chociażby samego króla Salomona, nie może
dodać smaku odgrzewanemu obiadowi - odpowiedział oberżysta.
Wyrzekłszy tę wielką i niezaprzeczoną prawdę, którą we
dwadzieścia lat później Boileau opisał wierszem. Biscarros wszedł
do swej oberży, smutnie potrząsając głową.
Wtedy młodzieniec, starając się ukrócić niecierpliwość
swoją, zaczął chodzić po pokoju; przez chwilę rozlegał się miarowy
odgłos kroków. Wkrótce, usłyszawszy wdali tentent koni, żywo
przybiegł do okna.
- Otóż i on nakoniec!... - zawołał - Bogu dzięki!
Rzeczywiście, za gaikiem, gdzie śpiewał słowik, na którego
świergotanie młodzieniec wcale uwagi nie zwracał, pokazała się
głowa rycerza; lecz jakież było jego zdziwienie, gdy rycerz nie
wyjechał na wielki gościniec, lecz zwrócił się na prawo w zarośla,
w których zniknął, co było najlepszem znakiem, że rycerz zsiadł z
konia. Po chwili młodzieniec spostrzegł przez gałęzie z
ostrożnością rozłożone, szary kaftan i odblask promieni
zachodzącego słońca, na lufie muszkietu.
Młodzieniec stał w oknie zamyślony; rycerz ukrywający się w
gaju, widocznie nie był jego towarzyszem. Wyraz niecierpliwości,
malujący się na jego twarzy, zamienił się w ciekawość.
Wkrótce drugi rycerz ukazał się na skręcie drogi;
młodzieniec cofnął się wgłąb pokoju, żeby nie być widzianym.
Drugi przybysz, także w szarym kaftanie i z muszkietem,
powiedział do pierwszego kilka słów, których dla znacznej
odległości nasz młodzieniec nie mógł słyszeć. Pierwszy, otrzymawszy
jakieś polecenie, wjechał w las na przeciwnej stronie drogi będący,
zsiadł z konia, schował się za skałę i czekał.
Z okna młodzieniec mógł widzieć po nad skałą kapelusz, obok
kapelusza błyszczał punkt jasny: koniec lufy muszkietu.
Uczucie nieopisanego strachu opanowało młodzieńca, który,
patrząc na ową scenę, coraz bardziej cofał się w tył.
- Oho!... - rzekł - czy to czasem nie przeciwko mnie i moim
tysiącu luidorom knuje się ten spisek?... Ale nie!... To być nie
może!... Jeśli Richon przyjedzie, a ja będę się mógł udać w drogę
dziś wieczór, pojadę do Libournu a nie do Cubzac i tym sposobem nie
będę przejeżdżał tą stroną, w której się ci ludzie zasadzają. Gdyby
tu był mój stary Pompée, onby mi najlepszej mógł udzielić rady.
Lecz jeśli się nie mylę, oto jeszcze dwóch przybywa; ci także łączą
się z dwoma pierwszymi. Oj! to zupełna zasadzka.
I jeszcze na jeden krok się cofnął.
W istocie, w tej chwili ukazało się na drodze dwóch rycerzy,
lecz tym razem jeden tylko z nich był w szarym kaftanie, drugim
jechał na czarnym wspaniałym koniu, owinięty wielkim płaszczem, w
kapeluszu obszytym galonami i zdobnym piórem. Kiedy wiatr wieczorny
rozwiał płaszcz jego, dawał się widzieć bogaty haft, wyszyty na
spencerze koloru wiśniowego.
Słońce, jakby umyślnie nie zachodziło, by oświecać tę scenę.
Promienie jego wydobywszy się z pod masy chmur czarnych, które
niekiedy tak malowniczo rozciągają się po horyzoncie oświetliły
nagle szyby okien pięknego domku, stojącego o sto kroków od rzeki;
gdyby nie to, młodzieniec nie spostrzegłby go, bo był ukryty między
gałęziami gęstego lasu. Za wzmocnieniem światła można było widzieć
jak spojrzenia szpiegów ciągle zwracały się ku wejściu do wsi, lub
też na mały domek z błyszczącemi szybami. Szare kaftany okazywały
szczególny szacunek dla białego pióra i rozmawiając z ulem,
zdejmowały kapelusze. Wkrótce jedno z oświeconych okien otworzono i
na balkonie pokazała się kobieta; popatrzyła chwilę, jakby ze swej
strony także kogoś oczekiwała, i zaraz weszła do pokoju, lękając
się zapewne by jej nie spostrzeżono.
Kiedy wchodziła, słońce zaczęło się chować za górę, w miarę
czego dolne piętro domku zdawało się pogrążać w cieniu; światło
niknąć pomału z okien, zaczęło się ukazywać na łupkowym dachu, a
nareszcie zniknęło, zatrzymawszy się przez chwilę... już ostatnią,
na pęku złotych strzał, stanowiących chorągiewkę na dachu.
Dla każdego rozsądnego człowieka, było w tej scenie wiele
wskazówek, z których można było ugruntować wiele domysłów
prawdopodobnych.
Ludzie ukryci, o których jużeśmy wyżej wspomnieli,
szpiegowali mały odosobniony domek z balkonem, na którym przed
chwilą pojawiła się kobieta. Kobieta ta czekała jedną i tąż samą
osobę co i owi ludzie, nie z tymi jednak, co oni, zamysłami.
Oczekiwała przez nich osoba, miała przejeżdżać przez wieś, zatem i
obok oberży, stojącej na samej drodze. Nakoniec rycerz z białem
piórem był naczelnikiem rycerzy w szarych kaftanach. Z jego zapału,
z jakim się podnosił na strzemionach, by mógł dalej widzieć, można
było się domyśleć, że rycerz ten jest zazdrosny i jedynie dla
siebie na zdobycz czatuje.
W chwili kiedy nasz młodzieniec tak rozmyślał, otworzyły się
drzwi jego pokoju i wszedł Biscarros.
- Kochany gospodarzu - rzekł młodzieniec, nie dając czasu
oberżyście przemówić ani słowa - zbliż się tutaj i powiedz mi,
jeśli tylko możesz odpowiedzieć na moje pytanie, do kogo należy ten
mały domek, który się oto tam... pośród topól bieli?
Oberżysta spojrzał w kierunku wskazującego palca młodzieńca
i poskrobał się w głowę.
- E!... on należy raz do tej, to znowu innej osoby - odrzekł
z uśmiechem, któremu starał się nadać jak można najwięcej wyrazu
przebiegłości. Domek ten może nawet należeć do pana, jeśli z
jakiejkolwiek przyczyny szukasz samotności, czy to żeby się ukryć
sam, czy też, mówiąc bez ogródki, chcąc tam ukryć kogo.
Młodzieniec zarumienił się, a po chwili spytał:
- Lecz teraz, któż mieszka w tym domu?
- Młoda dama, która się mieni być wdową, i którą cień jej
pierwszego, a może nawet i drugiego męża niekiedy nawiedza. Tylko
jedna rzecz jest tu godną uwagi; chyba... oba cienie muszą się z
sobą porozumiewać, gdyż nigdy nie spotykają się.
- Od jakiegoż to czasu - spytał, uśmiechając się młodzieniec
- piękna ta wdowa mieszka w odosobnionym domku, nawiedzanym przez
duchy?
- Już blisko od dwóch miesięcy. Zresztą żyje ona bardzo
samotnie, i nikt nie może się szczycić, że ją widział, w przeciągu
tych dwóch miesięcy; wychodzi bowiem bardzo rzadko, a jeśli
wychodzi, to tak się zasłania, że wcale jej rysów dojrzeć nie
można. Co rano przychodzi do mnie mała, śliczna jej służąca,
zamawiać obiad. Jedzenie odnoszą im, ona odbiera go w sieni, płaci
hojnie i natychmiast drzwi za chłopcem zamyka. O!., i dziś wieczór
naprzykład, jest tam uczta; dla niej to właśnie przygotowywałem
kuropatwy i przepiórki, które widziałeś pan, gdy je skubałem.
- I kogóż ona będzie częstować tą wieczerzą?
- Bezwątpienia jednego z tych cieni, o których panu mówiłem.
- Czyś widział kiedy te dwa cienie?
- Widziałem, lęcz tylko w przejeździe wieczorem po zachodzie
słońca, albo rano przed świtem.
- Jednakowoż jestem przekonany, że ich znasz choć z
powierzchowności, kochany panie Biscarros, gdyż a mowy twej widać,
żeś dobrym obserwatorem. No, powiedz, coś szczególnego dostrzegł w
tych dwóch cieniach?
- Jeden z nich, starszy, może mieć sześćdziesiąt do
sześćdziesięciu pięciu lat i ten zdaje mi się być pierwszym mężem,
gdyż przybywa jak cień, ufny w dawność praw swoich. Drugi jest
młodzieńcem najwięcej dwudziesto-ośmioletnim, i ten, muszę
przyznać, jest daleko bojaźliwszym, i robi wrażenie cierpiącego.
Dlatego też gotówbym przysiąc, że to cień drugiego męża.
- A o której godzinie kazano ci dziś przysłać kolację?
- O ósmej.
- Już jest w pół do ósmej - rzekł młodzieniec, wyjmując z
kieszonki wytworny zegarek, nie masz więc czasu do stracenia.
- O!... bądź pan spokojny, tamta kolacja będzie gotowa,
przyszedłem tylko pomówić z panem o jego kolacji i oświadczyć, żem
ją zaczął! zupełnie na nowo; postaraj się pan zatem, aby towarzysz,
który się tak opóźnia, przybył za godzinę.
- Posłuchaj kochany gospodarzu, - rzekł młodzieniec z miną
znakomitego człowieka, nie troszczącego się o jedzenie - nie rób
żadnych przygotowań do kolacji, chociażby nawet mój towarzysz
przyjechał, gdyż mamy z sobą wiele do mówienia. Jeśli nie będzie
przygotowaną, pomówimy przed nią, jeśli zaś będzie gotową, pomówimy
potem.
- A!... pan woale nie jesteś wymagającym i jeśli raczysz na
mnie polegać, będziesz zupełnie zadowolony.
Powiedziawszy to, Biscarros skłonił się i wyszedł.
- Aha!... - rzekł do siebie młodzieniec, zajmując znowu
stanowisko u okna - teraz wszystko pojmuję. Dama czeka na kogoś, co
ma przybyć z Litbournu, a uzbrojeni ludzie mają zamiar uderzyć na
przybywającego, nim ten do drzwi zastuka.
Wkrótce też, jakby dla poparcia domysłów młodzieńca, na lewo
od oberży dał się słyszeć tentent konia. Szybko, jak błyskawica,
skierowały się oczy jego na lasek, by rozpoznać postawę uzbrojonych
ludzi. Chociaż pomroka nocna nie dozwalała dojrzeć wszystkiego,
zdawało mu się jednak, że jedni, z nich ostrożnie usuwali gałęzie,
inni zaś podnosili się, wyglądając z po za skał, gotowi do
poruszenia, na napad zakrawającego. W tymże czasie ozwał się zgrzyt
jakby odwodzonego kurka muszkietu.
Młodzieniec to usłyszał, zadrżał i zwrócił się ku stronie
Libournu, starając się dostrzec tego, któremu zagrażało
niebezpieczeństwo.
Wtedy pośród ciemności ujrzał pięknego młodzieńca, jadącego
truchtem na kształtnym koniu, z zwycięską postawą opierając rękę o
siodło; z jego prawego ramienia spadał z wdziękiem krótki płaszcz,
podszyty białym atłasem.
Zdaleka postać ta zdawała się być pełną wytworności,
szczęścia i dumy radosnej.
Zbliska, młodzieniec nasz ujrzał twarz delikatnych zarysów,
z żywemi rumieńcami, ognistemi oczyma, z ustami na wpół otwartemi z
przyzwyczajenia do uśmiechu, z pięknymi czarnemi wąsami, i drabnami
białemi zębami.
Chowem, młodzieniec ten zdawał się być jednym z wytwornisiów
owego czasu.
O pięćdziesiąt kroków za nim jechał konno lokaj, wymuszony,
nadęty i starający się naśladować wszystkie poruszenia pana; lokaj
ten zdawał się zajmować między równymi sobie tak zaszczytne
miejsce, jakie pan, jego między szlachtą zajmował.
Piękny młodzieniec, patrząc z okna, oberży na przygotowującą
się scenę, mimowolnie zadrżał na myśl, że obaj podróżni, tak
nieostrożni, niedomyślając się niebezpieczeństwa, zostaną
niezawodnie rozstrzelani, skoro zbliżą się do oczekującej na nich
zasadzki.
W młodzieńcu wszczęła się straszna walka, między jego
dziecinną bo jaźnią a miłością bliźniego.
Nakoniec szlachetne uczucie wzięło górę i gdy rycerz
przejeżdżał obok oberży, nie raczywszy nawet zwrócić na nią swego
spojrzenia, młodzieniec, korzystając z jego przybliżenia się,
wyjrzał oknem i zawołał na pięknego podróżnika:
- Hola! panie! zatrzymaj się! Mam ci udzielić bardzo ważną
wiadomość.
Na te słowa podróżny podniósł głowę, a ujrzawszy w oknie
młodzieńca, wstrzymał konia tak doskonaleni poruszeniem ręki, że
ono przynieśćby mogło zaszczyt najlepszemu masztalerzowi.
- Nie zatrzymuj pan konia - ciągnął dalej młodzieniec - lecz
owszem, zbliżaj się do mnie jak można najspokojniej.
Podróżny wahał się chwilę, lecz przypatrzywszy się
młodzieńcowi, widząc szlachetność, malującą się w jego spojrzeniu,
zdjął kapelusz i zbliżywszy się do niego z ujmującym na ustach
uśmiechem:
- Jestem na pańskie rozkazy - rzekł - co pan potrzebujesz?
- Podjedź pan jeszcze bliżej - mówił dalej nieznajomy z okna
- wiadomość bowiem, którą mam panu udzielić, nie może być
powiedzianą głośno. Włóż pan kapelusz, gdyż trzeba żeby myślano, że
się oddawna znamy, i że przyjechałeś do oberży dla widzenia się ze
mną.
- Lecz, panie - rzekł podróżny - ja nic nie rozumiem.
- Zaraz pan wszystko zrozumiesz; a teraz włóż kapelusz... No
dobrze! Podejdź jeszcze bliżej... bliżej, podaj rękę... A! mocno
się cieszę, że pana oglądam!... Teraz zatrzymaj się pan w oberży,
bo jeśli nie, to zginąłeś.
- Co to jest? Doprawdy pan mię zatrważasz - rzekł z
uśmiechem podróżny.
- Nieprawdaż, że pan jedziesz do tego oto małego domku, w
którym błyszczy światełko?
Rycerz drgnął.
- Na drodze do tego domku prowadzącej, ot tam, w tym ciemnym
lasku, jest ukrytych czterech ludzi, którzy na pana czekają.
- Ba!... - powiedział podróżny, spoglądając na zbladłego
młodzieńca. I pan jesteś tego pewny?
- Widziałem ich, jak przyjeżdżali jeden za drugim, jak
zsiadali z koni, jak się chowali, jedni za drzewa, drudzy za skały.
Nakoniec, jak tylko się pan ukazałeś, słyszałem jak nabijali
muszkiety.
- Czy być może!... - rzekł podróżny, zkolei zaczynając się
lękać.
- Tak panie, wszystko to jest istną prawdą - mówił dalej
młodzieniec - i gdyby było nieco widniej, mógłbyś pan ich nawet
zobaczyć i poznać.
- O! ja nie potrzebuję ich widzieć - odpowiedział rycerz - i
tak wiem doskonale, co to za ludzie. Lecz któż ci powiedział mój
panie, że ja jadę do tego domku, i że to na mnie czatują na drodze?
- Zgadłem...
- Jesteś pan zachwycającym Edypem. Dziękuję. Więc chcą mnie
zastrzelić? A wieluż ich jest?
- Czterech, z których jeden zdaje się być dowódcą.
- Dowódca jest z nich najstarszy, nieprawdaż?
- Tak mi się zdaje.
- Zgarbiony?
- Cokolwiek; ubrany zaś jest w haftowany spencer i w płaszcz
ciemnego koloru; przytem u kapelusza ma białe pióro.
- Tak, tak... zupełnie; to książę d'Epernon.
- Książę d'Epernon!... - powtórzył młodzieniec.
- A! otóż zacząłem opowiadać panu moje tajemnice - rzekł
śmiejąc się podróżny. Lecz to nic nie szkodzi; pan wyświadczyłeś mi
tak ważną usługę, iż nic nie mogę przed nim ukrywać. A jak też są
ubrani jego towarzysze?
- W szarych kaftanach.
- Właśnie tak; są to jego giermkowie.
- To też wszyscy są dziś uzbrojeni.
- Na moją cześć. Bardzo dziękuję. Teraz, czy pan wiesz, co
powinienbyś uczynić?
- Nie wiem, lecz powiedz mi pan swoje zdanie i jeśli będę
mógł być mu w czetn użytecznym, gotów jestem uczynić wszystko, co
mi pan rozkażesz.
- Masz pan broń?
- A jakże mam szpadę.
- A masz pan lokaja?
- To się rozumie; lecz go tu niema, gdyż posłałem go na
spotkanie mego towarzysza, którego oczekuję.
- A więc musisz mi pan pomóc...
- W czem?
- Pomóc mi uderzyć na tych nędzników, i zmusić ich lub
dowódcę do błagania nas o łaskę.
- Czyś pan oszalał?... - zawołał młodzieniec, głosem,
okazującym, że wcale nie był usposobiony do przyjęcia udziału w tej
wyprawie.
- A! wybacz mi pan - rzekł podróżny - i zupełnie
zapomniałem, że ta sprawa pana się nie tyczy.
Potem odwrócił się do swego lokaja, w tyle za nim stojącego,
i zawołał:
- Castorin! Zbliż się.
I w tym samym czasie podniósł rękę do olstrów, jakby dla
przekonania się, czy pistolety są w dobrym stanie.
- A! panie - zawołał młodzieniec, wyciągając rękę, jakby w
zamiarze zatrzymania go. Zaklinam cię, nie narażaj życia w podobnym
wypadku. Lepiej pan wejdź do oberży, by nie wzbudzić podejrzenia w
tych co na niego czatują. Pomyśl pan, że tu idzie o honor kobiety.
- Masz pan słuszność - powiedział rycerz - chociaż w tej
okoliczności rzecz nie idzie jedynie o honor, lecz o pieniądze.
Castorin - dodał, obracając się do swego lokaja - już dziś nie
pojedziemy dalej.
- Jakto!... - zawołał zdziwiony Castorin. Co pan mówisz?
- Mówię, że Franczyneta zostanie dziś wieczór pozbawioną
przyjemności oglądania ciebie; noc bowiem dzisiejszą przepędzimy w
oberży pod "Złotem Cielęciem". Idź więc zamówić kolację i każ mi
przygotować łóżko.
A ponieważ rycerz zauważył, że Castorin ma chętkę stawiać
opór, do ostatnich więc słów swoich dodał znaczące poruszenie
głową, które położyło tamę dalszej sprzeczce.
Poczem Castorin zwiesiwszy głowę, i nie wyrzekłszy ani
słowa, znikł w bramie.
Podróżny spoglądał przez chwilę za Castorinem, następnie, po
chwilowym namyśle, powziął widać jakiś zamiar, zsiadł bowiem z
konia, wszedł w bramę za swoim lokajem, rzucił mu cugle i pobiegł
do pokoju młodzieńca.
Młodzieniec usłyszawszy szelest otwierających się drzwi,
drgnął mimowoli z podziwienia i obawy; lecz gość nie dostrzegł tego
w ciemności.
- A więc - rzekł podróżny, wesoło zbliżając się do
młodzieńca i serdecznie ściskając rękę, której ten podać mu się
wzbraniał - a więc winienem nami życie.
- A! pan za wysoko oceniasz mą przysługę - odpowiedział
młodzieniec, cofając się w tył.
- Poco ta skromność? Pan istotnie ocaliłeś mi życie. Znam ja
księcia, djablo on okrutny. Pan zaś, jak uważam, jesteś wzorem
przenikliwości, feniksem miłości chrześcijańskiej. Ale, ale...
powiedz no mi pan, czyś nie posłał tam czasem kogo, by uprzedzić o
tym wypadku.
- Idzie?
- Dokąd?
- Tam, gdzie jechałem... do domu, w którym na mnie czekają.
- Nie - odpowiedział młodzieniec - przyznam się panu, że o
tem wcale nie pomyślałem, a gdyby mi nawet przyszło to do głowy,
nie mógłbym spełnić mego zamiaru dla braku środków. Jestem tu sam
zaledwie od dwóch godzin, i nie znam nikogo w oberży.
- A! do djabła!... - mruknął podróżny z widoczną
niespokojnością. Biedna Nanona! Daj Boże, żeby się jej nic złego
nie przytrafiło.
- Co za Nanona?... Czy Nanona de Lartigues!... - zawołał
młodzieniec zdumiony.
- Ależ pan jesteś czarownikiem?... - rzekł podróżny. Pan
widzisz czatujących na drodze ludzi i zgadujesz na kogo się
zasadzili. Ja mówię imię, a pan natychmiast nazwisko odgadujesz.
Wyjaśnij mi pan czemprędzei, bo w przeciwnym razie, gdy go
zaskarżę, parlament w Bordeaux na stos pana skaże.
- O! jak na ten raz nie wiele potrzeba było przenikliwości,
by odgadnąć o co rzecz idzie. Przecież już pan wymieniłeś księcia
d'Epernon jako swego rywala; potem wspomniałeś o Nanonie. Musi to
być więc taż sama piękna, bogata, dowcipna Nanona de Lartigues, w
której książę do szaleństwa jest rozkochany, i która rządzi jego
prowincją za co ją cała Guyenna, nienawidzi inarówni z księciem...
Więc pan jechałeś do tej kobiety?... - dodał młodzieniec z
wyrzutem.
- Tak, przyznaję się... Ponieważ już wymieniłem jej imię,
więc się nie wypieram. A chociaż nikt nie zna Nanony, wszyscy jej
imię spotwarzają. Namona jest to zachwycająca kobieta, wierna swoim
obietnicom, dopóki te jej przyjemność sprawiają i oddaną duszą i
ciałem temu, kogo kocha.. Miałem się z nią dziś wieczerzać, lecz
książę stanął na zawadzie. Czy chcesz pan, żebym cię jutro jej
przedstawił? Bo przecież książę odjedzie za parę godzin do Agen.
- Dziękuję panu - sucho odpowiedział młodzieniec. Znam pannę
de üLartigues tylko z nazwiska, i nie mam chęci poznania jej
bliżej.
- Przeciwnie, do kata! Nanona jest to kobieta pod każdym
względem godna poznania.
Młodzieniec zmarszczył brwi.
- A! wybacz pan - rzekł zdziwiony podróżny - lecz sądziłem,
że w pańskim wieku...
- Bezwątpienia, w moim wieku przyjmują się już zazwyczaj
podobne propozycje - odpowiedział młodzieniec, dostrzegłszy, że
jego zbytnia surowość zły sprawia skutek - i jabym je chętnie
przyjął, gdybym nie musiał wyjechać jeszcze tej nocy.
- Nim się rozstaniemy, niech się przynajmniej dowiem, kto mi
tak wspaniale życie ocalił.
Młodzieniec zdawał się wahać, jednak po chwili rzekł:
- Jestem wicehrabia de Cambes.
- Aha... - powiedział podróżny - wiele słyszałem o
przyjaciółce Księżnej de Condé, pięknej wicenrabinie de Canibes,
posiadającej wiele dóbr około Bordeaux.
- To moja krewna - żywo odrzekł młodzieniec.
- Winszuję ci, wicehrabio; mówią, że piękność jej jest
niezrównaną. Mam nadzieję, że przy sposobności przedstawisz mnie
jej. Jestem baron de Canolles, kapitan w Nawalskim pułku; teraz
korzystam z urlopu, udzielonego mi przez księcia d'Epernon na
prośbę panny de Lartigues.
- Baron de Canolles!... - zawołał wicehrabia, spoglądając na
niego ze szczególną ciekawością, którą w nim obudzało to nazwisko,
wsławione we wszystkich prawie ówczesnych przygodach miłosnych.
- Czy pan mnie znasz?... - rzekł Canolles.
- Tylko z głośnej sławy - odpowiedział wicehrabia.
- I z niesławy, nieprawdaż?... Lecz cóż robić, każdy idzie
za swą naturą. Ja lubię życie burzliwe.
- Pan jesteś zupełnie wolnym i możesz żyć, jak ci się podoba
- odpowiedział wicehrabia. Lecz jednak pozwól pan sobie uczynić
jedną uwagę.
- Jaką?
- Oto teraz kobieta z przyczyny pańskiej zostanie
skompromitowaną, a książę zemści się na niej za niepomyślność swej
wyprawy.
- Do djabła... Tak pan sądzisz?
- Ma się rozumieć. I chociaż panna de Lartigues jest...
płochą... jednakowoż jest kobietą, a nadto, skompromitowaną przez
pana, pańskim więc teraz obowiązkiem jest czuwać nad jej
bezpieczeństwem.
- Na honor, masz słuszność, mój młody Nestorze; pańska
rozmowa tak mnie zajęła, żem zapomniał o obowiązkach szlachcica.
Zdradzono nas i książę niezawodnie wie o wszystkiem. Gdyby tylko
można było uprzedzić Nanonę... ona jest tak zręczną... że pewnie
wybłagałaby u księcia przebaczenie dla mnie. No, młodzieńcze, czy
znasz wojnę?
- Jeszcze inie - odrzekł wicehrabia z uśmiechem - lecz
sądzę, że się jej nauczę tam, dokąd jadę.
- Dobrze! otóż jej pierwsza lekcja. Wiesz zapewne
wicehrabio, że tam, gdzie siła jest bezużyteczną, trzeba użyć
wybiegu. Pomóż mi więc wykonać takowy.
- Jestem gotów. Lecz jakim sposobem? powiedz pan.
- Oberża ma dwa wyjścia.
- O tem nie wiem.
- Ja wiem jednak; jedno z nich prowadzi na wielki gościniec,
a drugie ma pole. Wyjdę do domku Nanony, w którym także są drzwi
tylne.
- Dobrze! - a jeśli pana pochwycą w tym domku?... - zawołał
wicehrabia. Jak widzę, doskonały z pana taktyk.
- Co pochwycą?... - powtórzył Canolles.
- Bezwątpienia. Książę, znudzony czekaniem, wejdzie do domu.
- Lecz ja tam tylko chwilę zabawię, i natychmiast wyjdę.
- Skoro pan wejdziesz... już nie wyjdziesz więcej.
- Doprawdy, pan jesteś czarnoksiężnikiem.
- Porwą pana, i może w jej oczach zamordują.
- Ba!... - odrzekł Canolles - przecież ma szafy, szafy.
- O!... - mruknął wicehrabia.
To O! było powiedziane tak wymownie, mieściło w sobie tyle
skrytych wyrzutów, tyle dziewiczej wstydliwości, tyle słodkiej
delikatności, że Canolles natychmiast się zatrzymał i pomimo
ciemności, zwrócił swe przenikliwe spojrzenie na młodzieńca,
opartego o okno.
Wicehrabia uczuł cały ciężar tego spojrzenia i rzekł wesoło:
- Zresztą, masz słuszność, baronie, idź tam, lecz schowaj
się dobrze, by cię nie schwytano.
- Nie, to pan masz słuszność - powiedział Canolles - lecz
jakżeż ją uprzedzić?
- Listem....
- A kto go zaniesie?
- Zdaje mi się, że za panem przyjechał służący; użyj go
więc, bo w podobnych okolicznościach kiedy on naraża tylko swój
grzbiet, pan mógłbyś to przypłacić życiem.
- W istocie tracę głowę - rzekł Canolles - Castorin sprawi
się doskonale, tem lepiej, bo mam hultaja w podejrzeniu, że
nawiązał w tym domu mały romans.
- Widzisz pan więc, że to wszystko da się załatwić -
powiedział wicehrabia.
- I jak tak sądzę; czy pan masz atrament, papier i pióro?...
- spytał baron.
- Nie mam - odrzekł wicehrabia - lecz wszystko można znaleźć
na dole.
- Wybacz mi pan - powiedział Canolles - lecz sam nie wiem,
co mi się dziś stało: głupstwo za głupstwem popełniam. Ale to nic
nie szkodzi, dziękuję ci wicehrabio za twe dobre rady, które
natychmiast przyprowadzę ido skutku.
I Cannoles, nie spuszczając oczu z młodzieńca, na którego od
kilku chwil ze szczególną spoglądał uwagą, opuścił pokój i zeszedł
ze schodów tymczasem wicehrabia, niespokojny i prawie pomieszany,
mówił do siebie:
- Jak on na mnie spoglądał... czyżby mnie poznał?
Canolles zszedł na dół i ze smutkiem spoglądał na
przepiórki, kuropatwy i inne przysmaczki, które Biscarros układał w
koszyku.
Gniewało to barona, że te wszystkie apetyczne potrawy,
pomimo, że jedynie dla niego były przeznaczone, zje jednak nie on,
lecz kto inny.
Zapytał o pokój, zamówiony przez jego lokaja, kazał
przynieść papieru, piór atramentu, i napisał do Nanony list
następujący:
"Moja luba!
"Jeśli natura obdarzyła twe piękne oczy zdolnością widzenia w
nocy, będziesz mogła dostrzec o sto kroków od swojej bramy, w
gęstwinie drzew, księcia d'Epernon, czatującego by mnie zamordować,
a następnie ciebie mocno skompromitować. Lecz ja wcale nie mam
chęci tracić życia, ani też ciebie narażać na nieprzyjemności; w
tym więc względzie możesz być zupełnie spokojną. Co do mnie,
korzystać będę z urlopu, któryś wyjednała, chcąc mi ułatwić
sposobność widzenia się z tobą. Gdzie pojadę sam nie wiem; nie wiem
nawet, czy gdzie pojadę. Cokolwiekbądź się stanie, skoro burza
przeminie, przywołaj wygnańca. W oberży pod "Złotem Cielęciem"
powiedzą ci, gdziem się udał. Mam nadzieję, że będziesz mi
wdzięczną za ofiarę, którą dla ciebie uczynię, bo spokojność twoja,
droższą mi jest nad własną przyjemność. Mówię przyjemność, gdyż
prawdziwie z wielką przyjemnością wygrzmociłbym skórę księciu
d'Epernon i jego towarzyszom.
"Wierzaj mi, życie moje, że jestem twym najżyczliwszym i
najwierniejszym przyjacielem".
Canolles, podpisawszy ten bilet, napisany z gaskońską
fanfaronadą, był pewnym, że na Nanonie, jak i on gaskonce, silne
uczyni wrażenie: następnie przywołał swego lokaja i rzekł:
- Zbliż-no się Castorin, i powiedz mi szczerze, jak dalekoś
zaszedł z Franczynętą?
- Ależ panie - odpowiedział Castorin, zdziwiony pytaniem --
nie wiem, czy mogę... czy powinienem...
- Bądź spokojny, ja względem niej żadnych nie mam zamiarów,
nie będziesz miał zaszczytu być moim rywalem. Zadałem to pytanie
jedynie dla mej wiadomości.
- A! to co innego; Franczyneta na tyle jest rozsądną, że
umiała ocenić moje przymioty.
- Więc ty, hultaju, dobrze z nią jesteś?
- Doskonale!
- Weź więc ten bilet, odejdź łąką...
- Znam drogę panie - odpowiedział Castorin zarozumiale.
- To dobrze; zastukasz do tylnych drzwi; bezwątpienia znasz
je?
- O! znam.
- Coraz lepiej... A więc idź przez łąkę, zastukaj do tylnych
drzwi i oddaj ten list Franczynecie.
- A potem, panie - rzekł z radością Castorin - czy mogę...
- Możesz powracać natychmiast, gdyż daję ci tylko dziesięć
minut na odbycie tej drogi tam i napownót. Ten list musi być oddany
zaraz pannie Nanonie de Lartigues.
- Lecz panie - rzekł Castorin, zaczynając się domyślać, że
tu się coś innego święci - a jeśli mi nie otworzą drzwi?
- To będziesz głupcem; przecież powinieneś mieć jaki
szczególny sposób stukania, za użyciem którego możesz być poznanym,
nie potrzebując długo czekać za drzwiami. Jeśli się zaś stanie
inaczej, będę szlachcicem godnym pożałowania, mając na swe usługi
gapia takiego.
- O tak! mamy znak umówiony - odpowiedział Castorin ze
zwycięską postawą. Naprzód stukam dwa razy, a po niejakim czasie
dodaję trzecie uderzenie.
- Nie pytam się, jakim stukasz sposobem, bo mnie to nie
obchodzi, główną tylko jest rzeczą, żeby ci otworzono. Ruszaj więc,
a jeśli cię schwycą, zjedz papier, gdyż inaczej, za powrotem obetnę
ci uszy.
Castorin wybiegł jak błyskawica, lecz będąc już na polu
zatrzymał się i wbrew wszelkim prawidłom przyzwoitości, wsunął w
but bilecik.
Potem wyszedł tylną bramą, obiegł całą łąkę, przedzierając
się przez krzaki jak lis, przeskakując przez doły jak chart, i
wkrótce zaczął pukać do ukrytych drzwi domku, tym umówionym
sposobem, który starał się objaśnić swemu panu: pukanie to było
skuteczne, drzwi bowiem natychmiast otworzono.
W dziesięć minut Castorin wrócił ze swej wycieczki, a nie
doznawszy żadnego wypadku, uwiadomił barona, że bilet znajduje się
już w pięknych rączkach Nanony.
Canolles w ciągu tych dziesięciu minut, rozpakował swój
tłomoczek, przygotował sobie szlafrok i kazał przynieść kolację.
Z widocznem zadowoleniem słuchał doniesienia Castorina.
Wyszedł do kuchni, głośno wydawał rozkazy na całą noc,
ziewając ciągle, jak człowiek, z niecierpliwością oczekujący chwili
spoczynku.
Tym sposobem baron miał na celu okazać księciu d'Epernon
(jeśli książę szpieguje go jeszcze), że wcale nie było zamiarem
jego jechać dalej jak do oberży, w której, jako zwyczajny i
spokojny podróżny chciał prosić o kolację i nocleg.
W rzeczy samej projekt ten otrzymał skutek, jakiego właśnie
spodziewał się baron: wieśniak jakiś, siedzący przy butelce w
najciemniejszym kącie sali, przywołał chłopca, zapłacił swą
należność, wstał i wyszedł po cichu, mrucząc pod nosem piosnkę.
Canolles szedł za nim do bramy i widział, jak wieśniak ten
znikł w gęstwinie drzew; w kilka minut potem dal się słyszeć
tentent koni.
Towarzysze księcia odjechali.
Baron powrócił do swego pokoju, a uspokoiwszy się co do
Nanony, przemyśliwał nad sposobami przepędzenia wieczoru jak
najweselej.
Dlatego kazał Castorinowi przygotować karty i kości, a
następnie iść zapytać wicehrabiego, czy zechce go przyjąć.
Castorin poszedł; lecz na progu pokoju wicehrabiego, spotkał
starego siwego masztalerza, który uchyliwszy drzwi, odpowiedział na
jego powitanie nieprzyjemnym głosem:
- W tej chwili nie można wejść; pan wicehrabia jest zajęty.
- I tak dobrze - rzekł Canolles, słysząc tę odpowiedź - a
więc zaczekam.
Podczas tego dał się słyszeć w kuchni straszny hałas; baron,
dla zabicia czasu, poszedł zobaczyć, co się stało w tej tak ważnej
części oberży.
Hałasu tego narobił kuchcik, zanoszący kolację dla Nanony.
Na skręcie drogi zatrzymało go czterech ludzi, wypytując o
cel nocnej przechadzki.
Dowiedziawszy się, że niesie kolację do właścicielki
samotnego domku, zdjęli mu czapkę, białą kurtkę i fartuch;
najmłodszy z - nich przywdział ubiór kuchcika, a postawiwszy kosz
na głowie, poszedł zamiast niego ku domkowi Nanony.
W kilka minut powróciwszy, zaczął rozmawiać po cichu z tym,
co zdawał się być dowódcą oddziału.
Wtedy oddano kuchcikowi czapkę, kurtkę i fartuch, postawiono
mu koszyk na głowie i puszczono.
Nieborak niczego więcej nie pragnąc, uciekał, co mu sił
stało, a ze strachu i znużenia padł prawie bez czucia, na progu
oberży, skąd go podniesiono.
Wypadek ten był niezrozumiały dla wszystkich, prócz barona,
który nie mając żadnego powodu objaśniać go, pozwolił gospodarzowi,
chłopcom, posługaczkom, kucharzowi i kuchcikowi gubić się w
domysłach, a gdy ci toczyli spory, udał się do wicehrabiego.
Sądząc, że pierwsze oznajmienie jego odwiedzin posłane przez
Castorina, uwalnia go od drugiego podobnego kroku, bez ceremonji
otworzył drzwi i wszedł.
Na środku pokoju stał oświetlony stół z dwoma nakryciami,
brakowało tylko jedzenia.
Canolles spostrzegł te dwa nakrycia, wyprowadzając z tego
pomyślną dla siebie wróżbę.
Jednakowoż wicehrabia spostrzegłszy go, powstał tak nagle,
że nie trudno poznać było baronowi, iż odwiedziny jego zdziwiły
młodzieńca, i że to drugie nakrycie nie dla niego było
przygotowane.
Wątpliwość ta, po pierwszych słowach wicehrabiego,
rozwiązaną została.
- Mogęż wiedzieć, baronie - spytał młodzieniec,
ceremonjalnie przystępując ku niemu - czemu winienem zaszczyt
ponownych odwiedzin pańskich?
- Najprostszemu wypadkowi - odpowiedział Canolles, zrażony
nieco niegrzecznym przyjęciem wicehrabiego. Zachciało mi się jeść,
sądziłem więc, że i pan masz apetyt. Pan jesteś sam, ja także,
przyszedłem go więc prosić do siebie na kolację.
Wicehrabia spojrzał na barona z widoczną nieufnością;
zdawało się, że nie wie co odpowiedzieć.
- Na honor - rzekł Canolles, śmiejąc się - pan mnie się
boisz. Czy czasem nie jesteś wicehrabio kawalerem Maltańskim? może
wstępujesz do zakonu, albo co być może, szanowni rodzice pana
wpoili w niego odrazę do familji baronów de Cannoles? Lecz na Boga
i ja nie zgubię pana, jeśli przepędzimy godzinę przy jednym stole.
- Nie mogę iść do ciebie, baronie.
- A więc pan nie chodź do mnie... lecz kiedy ja już
przyszedłem...
- Tem bardziej baronie przyjąć cię nie mogę. Czekam na
kogoś.
Canoiles zmięszał się.
- A! pan czekasz na kogoś?... - powiedział.
- Tak jest.
- Na honor!... - rzekł Canolles po chwili milczenia -
wolałbym wicehrabio, gdybyś nie zważając na grożące mi
niebezpieczeństwo w chwili naszego poznania, nie zatrzymywał mnie,
niechby się ze mną co bądź stało... niż odrazą jaką mi okazujesz,
niweczył usługę, za którą jeszcze me dosyć ci podziękowałem.
Młodzieniec poczerwieniał i zbliżając się do barona...
- Przebacz mi panie - rzekł drżącym głosem - widzę, że
bardzo jestem niegrzeczny. Gdyby nie ważne familijne interesy, o
których pomówić muszę z osobą, na którą czekam, poczytałbym sobie
za szczęście wieczerzać z panem; chociaż...
- O! kończ pan - powiedział Canolles - cokolwiek mi powiesz,
postanowiłem nie gniewać się na ciebie.
- Chociaż - mówił dalej młodzieniec - znajomość nasza jest
dziełem czy to nieprzewidzianego wypadku, czy też nagłego
spotkania.
- I cóż to stanowi?... - spytał Canolles. Przeciwnie,
właśnie w takich przypadkach zawiązuje się najtrwalsza i
najszczersza przyjaźń, lecz to co pan przypisujesz przypadkowi,
zdziałała Opatrzność.
- Opatrzność - odparł wicehrabia z uśmiechem. Ja chcę
wyjechać stąd za dwie godziny, lecz drogą zupełnie przeciwną tej,
którą pan pojedziesz; chciej mi wierzyć, baronie, że mocno żałuję,
nie mogąc przyjąć przyjaźni, którą mi z całego serca ofiarujesz, a
której wartość cenić umiem.
- Na honor!... - rzekł Canolles - szczególnym jesteś
chłopcem wicehrabio; twój pierwszy wyskok wspaniałomyślności
natchnął mię zupełnie inną o twym charakterze myślą. Lecz wreszcie,
niech się stanie podług twej woli; nie mam prawa być wymagającym,
gdyż zrobiłeś dla mnie daleko więcej, niż mogłem się spodziewać od
nieznajomego. Pójdę więc wieczerzać sam; lecz przyznam ci się,
wicehrabio, że mi to z przykrością uczynić przyjdzie; nie bardzo
lubię monologu.
I w rzeczy samej, pomimo swej obietnicy i postanowienia aby
odejść, Canolles nie odchodził; stał jak przykuty na miejscu, jakaś
nieprzezwyciężona siła przyciągała go do wicehrabiego, z czego
sobie sam zdać sprawy nie umiał.
Tymczasem młodzieniec wziął świecę, zbliżył się do barona z
zachwycającym uśmiechem i podając mu rękę, rzekł:
- Panie, chociaż nasze widzenie się dosyć było krótkie,
cieszę się jednak, mogąc być panu choć w czemkolwiek pożytecznym.
Cannolles widział w tych słowach prostą tylko grzeczność,
uścisnął rękę sobie podaną. Lecz wicehrabia, nie odpowiadając na
jego męskie i przyjacielskie uściśnienie, wyrwał z jego dłoni
swoją, drżącą i rozpaloną.
Tutaj baron pojmując, że młodzieniec jak najgrzeczniejszym
sposobem pragnie go się pozbyć, wyszedł, zawiedziony w swoich
nadziejach, z zadumą na czole.
We drzwiach spotkał bezzębny uśmiech starego lokaja, który,
odebrawszy świecę z rąk wicehrabiego, ceremonjalnie odprowadził
barona do jego pokoju i natychmiast powrócił do swego pana,
czekającego na schodach.
- No i cóż? - spytał wicehrabia po cichu.
- Zdaje się, że postanowił wieczerzać sam, odpowiedział.
Pompée.
- A więc już tu nie wejdzie?
- Tak sądzę przynajmniej.
- Każ przygotować konie, tym sposobem zawsze zyskamy na
czasie. Lecz - dodał wicehrabia, nadstawiając ucha - co to za
hałas? Zdaje mi się, że to głos Richona.
- I barona de Canolles.
- Oni się kłócą.
- Przeciwnie, poznają się, racz pan słuchać.
- A! jeśli Richon wygada się!
- Nie ma się czego obawiać, to człowiek bardzo ostrożny.
- Tss... tss...
Obaj zamilkli; po niejakiej chwili dał się słyszeć głos
barona.
- Daj dwa nakrycia, Biscarros!... - krzyczał Canolles -
prędzej!... dwa nakrycia!... Pan Richon wieczerza ze mną.
- O!... nie!... - odpowiedział Richon - niepodobna.
- Dlaczego!... więc pan chcesz wieczerzać sam, jak ten młody
szlachcic?
- Co za szlachcic?
- Ten na górze.
- Co za jeden?
- Wicehrabia de Cambes.
- Więc pan znasz wicehrabiego?
- A jakże! ocalił mi życie.
- On?
- Tak, on.
- Jakim sposobem?
- Zostań pan ze mną, przy wieczerzy opowiem ci wszystko.
- Nie mogę, wieczerzam u niego.
- W rzeczy samej on czeka na kogoś.
- To na mnie, a ponieważ się już spóźniłem, pozwolisz więc
baronie, życzyć ci dobrej nocy?
- Nie, do djabła... nie pozwolę na to!... - zawołał
Canolles. - Zamierzyłem wieczerzać w towarzystwie, a więc albo pan
ze mną, albo ja z panem wieczerzać muszę. Biscarros dwa nakrycia.
Lecz gdy Canolles odwrócił się i uważał, czy jego rozkaz
spełniono, Richon wbiegł na schody. Na ostatnim stopniu, ręka jego
spotkała małą rączkę, która wciągnęła go do pokoju wicehrabiego de
Cambes, zamknęła drzwi, a dla większego bezpieczeństwa, zasunęła go
na dwa rygle.
- Niech djabli porwą - mruczał Canolles, napróżno szukając
oczyma Richona i siadając do osamotnionego stołu - nie wiem
doprawdy, dlaczego wszyscy są przeciwko mnie w tym przeklętym
kraju; jedni ścigają mię, aby zabić, drudzy uciekają jak od
zapowietrzonego. Do djabła! mój apetyt słabnie; nudzę się
niewypowiedzianie, gotów jestem upić się dzisiaj. Hej!... Castorin,
chodź tu, obiję ci skórę!... Obaj zamknęli się tam na górze, jak
gdyby knuli jaki spisek, tak... i to mi wszystko wyjaśnia. Ale
teraz jeszcze pytanie... na czyją korzyść?... czy na korzyść
Koadjutora? Książąt? Parlamentu, czy nakoniec, na korzyść Królowej?
lub też Kardynała Mazzariniego? Lecz zresztą niech sobie knują
spiski przeciw komu tylko zechcą, wszystko mi jedno, bo mój apetyt
zaczyna powracać. Castorin, każ podać kolację i nalej mi wina...
Przebaczam ci już.
I Canolles filozoficznie wziął się do pierwszej kolacji
przygotowanej dla wicehrabiego de Cambes. Biscarros, bowiem, z
braku świeżej żywności, zmuszony był podać baronowi odgrzaną.