Prolog
Mei
- Mei! - zawołała pani Carrie. - Zostaw malowanie. Przyszła twoja mama.
Minęło kilka sekund, zanim Mei zrozumiała, co mówi nauczycielka, i to
nie dlatego, że nie znała słów - miała już cztery lata, nie była
maluchem - po prostu nie pasowały do jej obrazu świata. Mama nie mogła
po nią przyjść. Opuściła Ganimedesa i poleciała na stację Ceres,
ponieważ, jak powiedział tatuś, potrzebowała trochę czasu dla siebie.
Wróciła, pomyślała nagle Mei, czując szybsze bicie serca.
- Mamusia?
Z miejsca, gdzie Mei siedziała przy małych sztalugach, widok na drzwi
szatni blokowało kolano pani Carrie. Dłonie Mei były lepkie od farb do
malowania palcami, czerwone, niebieskie, i zielone plamy sięgały aż po
nadgarstki. Przesunęła się do przodu i chwyciła nogę pani Carrie, po
części, żeby ją przesunąć, po części, by pomóc sobie przy wstawaniu.
- Mei! - krzyknęła nauczycielka.
Dziewczynka popatrzyła na plamę z farby na spodniach pani Carrie i ledwie kontrolowany gniew na szerokiej, ciemnej twarzy.
- Przepraszam, pani Carrie.
- W porządku - odpowiedziała kobieta napiętym głosem, świadczącym o tym,
że wcale nie było w porządku, ale Mei nie zostanie ukarana. - Idź umyć
ręce, a potem wróć posprzątać po swoim malowaniu. Zapakuję twój obrazek
i będziesz mogła dać go mamie. To piesek?
- Kosmiczny potwór.
- Bardzo ładny potwór. A teraz, proszę, skarbie, idź umyć ręce.
Mei przytaknęła i pobiegła do łazienki z fartuszkiem powiewającym wokół
niej jak szmata zaczepiona w przewodzie wentylacyjnym.
- I nie dotykaj ściany!
- Przepraszam, pani Carrie.
- Nic nie szkodzi. Po prostu wytrzyj to po umyciu rąk.
Odkręciła wodę na maksimum, spłukując ze skóry kolorowe mazaje. Ręce
suszyła, nie przejmując się, czy chlapie wodą na podłogę i ścianę. Miała
wrażenie, jakby ciążenie zmieniło kierunek, ciągnąc ją w stronę drzwi i poczekalni, zamiast w dół, do ziemi. Inne dzieci przyglądały się
podekscytowane - bo ona była podniecona - jak Mei z grubsza ściera ślady
farby ze ściany i pośpiesznie chowa słoiczki z farbą z powrotem do
pudełka i odstawia na półkę. Ściągnęła fartuch przez głowę, nie czekając
na pomoc pani Carrie, i wcisnęła go do kosza.
W poczekalni zastała panią Carrie z dwójką innych dorosłych, z których
żadne nie było mamusią. Była tam nieznana jej pani, która trzymała
ostrożnie obrazek Mei z kosmicznym potworem, uśmiechając się uprzejmie.
Drugim dorosłym był doktor Strickland.
- Nie, bardzo dobrze sobie radzi z samoobsługą w ubikacji - mówiła pani
Carrie. - Oczywiście, czasami zdarzają się wypadki.
- Oczywiście - zgodziła się kobieta.
- Mei! - powiedział doktor Strickland, schylając się tak, że zrobił się
niewiele większy od niej. - Jak się ma moja ulubiona dziewczynka?
- Gdzie jest... - zaczęła, ale zanim zdążyła powiedzieć "mamusia",
doktor Strickland wziął ją w ramiona.
Był większy od tatusia i pachniał jak sól. Odchylił ją do tyłu i zaczął
łaskotać boki, od czego roześmiała się tak bardzo, że nie mogła mówić.
- Bardzo dziękujemy - powiedziała kobieta.
- Miło było panią poznać - odpowiedziała pani Carrie, ściskając rękę
nieznanej pani. - Naprawdę miło jest mieć Mei w grupie.
Doktor Strickland nie przestawał łaskotać dziewczynki, aż zamknęły się
za nimi drzwi do Montessori. Mei wreszcie złapała oddech.
- Gdzie jest mamusia?
- Czeka na nas - odpowiedział doktor Strickland. - Zabierzemy cię teraz
do niej.
? ? ?
Nowsze korytarze Ganimedesa były szerokie i zielone, a wymienniki
powietrza ledwie pracowały. Z dziesiątków rynienek hydroponicznych
wyrastały wąskie jak noże liście areki. Po ścianach rozpełzały się
żółto-zielone liście epipremnum złocistego, a pod nimi rozkładały się
ciemnozielone, proste sansewierie gwinejskie. Pełnozakresowe diody
świeciły na złotobiało. Tata mówił, że tak właśnie wygląda światło
Słońca na Ziemi, a Mei wyobrażała sobie planetę jako olbrzymią,
skomplikowaną sieć roślin i korytarzy z rozciągniętym nad nimi w pasy
Słońcem pośród błękitnego nieba-sufitu. Można było się tam wspiąć na
ściany i trafić gdziekolwiek.
Mei oparła głowę na ramieniu doktora Stricklanda, wyglądając zza jego
pleców i wymieniając nazwy wszystkich mijanych roślin. Sansevieria
trifasciata. Epipremnum aureum. Poprawne nazywanie roślin zawsze
wywoływało uśmiech na twarzy tatusia. Kiedy robiła to po cichu, jej
ciało się uspokajało.
- Więcej? - zapytała pani. Była ładna, ale Mei nie podobał się jej głos.
- Nie - odpowiedział doktor Strickland. - Mei jest ostatnia.
- Chysalidocarpus lutenscens - powiedziała Mei na głos.
- Dobrze - powiedziała pani, a potem powtórzyła jeszcze raz, łagodniej:
- Dobrze.
Im bliżej byli powierzchni, tym węższe robiły się korytarze. Starsze
przejścia zawsze wydawały się brudniejsze, choć tak naprawdę nie było
tam żadnego brudu. Po prostu były bardziej zużyte. Mieszkania i laboratoria blisko powierzchni były miejscem zamieszkania dziadków Mei,
gdy przybyli na Ganimedesa. W tamtych czasach nie było niczego głębiej.
Powietrze tak wysoko miało dziwny zapach, a wymienniki musiały cały czas
pracować, szumiąc i dudniąc.
Dorośli nie rozmawiali ze sobą, ale doktor Strickland co jakiś czas
przypominał sobie o Mei i zadawał jej pytania: którą kreskówkę w kanałach stacji lubi najbardziej? Kto jest jej najlepszą przyjaciółką w przedszkolu? Co jadła dzisiaj na obiad? Mei spodziewała się, że zacznie
zadawać inne pytania, te, które zadawał zawsze później, i zaczęła sobie
przygotowywać odpowiedzi.
Czy drapie cię w gardle? Nie.
Czy budziłaś się spocona? Nie.
Czy w twojej kupce w tym tygodniu pojawiła się krew? Nie.
Czy brałaś leki dwa razy każdego dnia? Tak.
Ale tym razem doktor Strickland nie zapytał o żadną z tych rzeczy.
Korytarze, którymi szli, robiły się coraz starsze i węższe, aż pani
musiała iść za nimi, żeby przepuścić ludzi zmierzających z przeciwnej
strony. Wciąż niosła w ręku obrazek Mei zwinięty w rulon, żeby nie
pognieść papieru.
Doktor zatrzymał się przy nieoznaczonych drzwiach, przeniósł Mei na
drugie biodro i wyciągnął ręczny terminal z kieszeni spodni. Wstukał coś
w programie, którego dziewczynka jeszcze nigdy nie widziała, i drzwi
otworzyły się z głośnym pyknięciem rozszczelniania, jak ze starego
filmu. Korytarz po drugiej stronie był pełen śmieci i starych metalowych
pudeł.
- To nie jest szpital - zauważyła Mei.
- To bardzo specjalny szpital - odpowiedział doktor Strickland. - Chyba
jeszcze nigdy tu nie byłaś, prawda?
Według Mei to wcale nie wyglądało na szpital. Bardziej przypominało
jeden z tych opuszczonych tuneli, o których czasem mówił tatuś,
pozostałości z czasów, gdy dopiero budowano stację na Ganimedesie. Teraz
używano ich już tylko na magazyny. Ale w tym na końcu znajdowała się
śluza i kiedy przez nią przeszli, okolica zaczęła bardziej przypominać
szpital. Przynajmniej zrobiło się czysto, a w powietrzu czuć było zapach
ozonu, jak w komorach do odkażania.
- Mei! Cześć, Mei!
To był jeden z dużych chłopców, Sandro. Miał już prawie pięć lat. Mei
pomachała do niego, gdy doktor Strickland przechodził obok. Od razu
zrobiło się jej lepiej, gdy zobaczyła, że są tu też starsi chłopcy.
Skoro tu są, to pewnie wszystko jest w porządku, nawet jeśli pani idąca
z doktorem Stricklandem nie była mamusią. Co jej przypomniało...
- Gdzie jest mamusia?
- Spotkamy się z nią za kilka minut - zapewnił doktor Strickland. -
Musimy tylko najpierw zrobić kilka rzeczy.
- Nie - zaprotestowała Mei. - Nie chcę.
Doktor zaniósł ją do pokoju, który wyglądał trochę jak gabinet do badań,
tylko że na ścianach nie było kreskówkowych lwów, a stoły nie wyglądały
jak uśmiechnięte hipopotamy. Doktor Strickland posadził ją na stalowym
stole i pogłaskał po głowie. Mei złożyła rączki na piersi i skrzywiła
się.
- Chcę do mamusi - oświadczyła i sapnęła niecierpliwie, dokładnie tak,
jak tatuś.
- No cóż, poczekaj tu chwilę, a ja zobaczę, co mogę zrobić w tej sprawie
- odpowiedział z uśmiechem doktor Strickland. - Umea?
- Chyba jesteśmy gotowi. Sprawdź z operacyjnym, załaduj i wypuśćmy to.
- Pójdę im powiedzieć. Ty zostań tutaj.
Pani kiwnęła głową, a doktor Strickland wyszedł. Pani popatrzyła na nią
bez śladu uśmiechu na ładnej twarzy. Mei jej nie lubiła.
- Chcę mój obrazek - oświadczyła. - On nie jest dla pani, tylko dla
mamusi.
Kobieta spojrzała na obrazek, jakby zapomniała, że go ma, a potem go
rozwinęła.
- To kosmiczny potwór mamusi - wyjaśniła Mei. Tym razem kobieta się
uśmiechnęła. Wyciągnęła obrazek, a Mei natychmiast go chwyciła. Zrobiła
przy tym kilka zagnieceń na papierze, ale się tym nie przejęła. Znowu
złożyła rączki na piersi, skrzywiła się i sapnęła.
- Lubisz kosmiczne potwory, mała? - zapytała kobieta.
- Chcę do mamusi.
Pani podeszła bliżej. Pachniała jak sztuczne kwiaty i miała chude palce.
Zdjęła Mei na podłogę.
- Chodź, mała - powiedziała. - Coś ci pokażę.
Pani zaczęła odchodzić i przez chwilę Mei się zawahała. Nie lubiła jej,
ale jeszcze bardziej nie podobała jej się myśl, że mogłaby tu zostać
sama. Poszła za nią. Pani przeszła krótkim korytarzem, wstukała kod na
klawiaturze przy dużych metalowych drzwiach, które wyglądały jak wejście
do starej śluzy, i przeszła przez nie, gdy się otworzyły. Mei weszła za
nią. Pokój był zimny, nie podobało jej się tam. W środku nie było
leżanki do badań, tylko duża szklana skrzynia wyglądająca jak akwarium
na ryby, ale w środku nie było wody, a to, co tam siedziało, nie było
rybą. Pani gestem wezwała Mei do podejścia bliżej, a gdy dziewczynka to
zrobiła, pani ostro zastukała w szybę.
To coś w środku podniosło głowę. To był człowiek, tylko że goły, ale
jego skóra nie wyglądała normalnie. Jego oczy świeciły na niebiesko,
jakby miał ogień w głowie. I coś było nie tak z jego rękami.
Sięgnął w stronę szyby, a Mei zaczęła krzyczeć.
Rozdział pierwszy
Bobbie
- Snoopy znowu patroluje - skomentował szeregowy Hillman. - Dowódca
chyba się na niego wkurzył.
Sierżant kompanii, Roberta "Gunny" Draper z Marsjańskiego Korpusu
Marines, powiększyła obraz z wyświetlacza przeziernego hełmu i spojrzała
w kierunku wskazywanym przez Hillmana. Dwa tysiące pięćset metrów dalej
grupa czterech marines Organizacji Narodów Zjednoczonych maszerowała
wokół swojej placówki, oświetlona od tyłu przez strzeżoną przez nich
olbrzymią kopułę szklarni. Kopułę niemal we wszystkich aspektach
identyczną z tą, której pilnowała właśnie jej drużyna.
Jeden z czterech marines ONZ miał na bokach hełmu czarne krechy, które
wyglądały jak uszy psa beagle.
- Tak, to Snoopy - potwierdziła Bobbie. - Jak na razie był na wszystkich
dzisiejszych patrolach. Ciekawe, czym podpadł.
Patrole wokół szklarni na Ganimedesie oznaczały konieczność wymyślania
sposobów na zajęcie czymś umysłu. Włącznie ze snuciem domysłów na temat
życia marines z drugiej strony.
Druga strona. Osiemnaście miesięcy temu nie było stron. Planety
wewnętrzne stanowiły jedną dużą i szczęśliwą, choć nieco patologiczną
rodzinę.
Potem był Eros, a teraz dwie superpotęgi dzieliły między siebie Układ
Słoneczny, Ganimedes zaś był tym księżycem, z którego żadna strona nie
chciała zrezygnować: spichlerzem układu Jowisza.
Ponieważ tylko on dysponował wartą wzmianki magnetosferą, było to jedyne
miejsce, gdzie w pasie silnego promieniowania Jowisza miały szanse
wyrosnąć hodowane pod kopułami plony, choć i tak szklarnie i osiedla
mieszkalne musiały być ekranowane, by chronić cywilów przed ośmioma
remami trafiającymi codziennie na powierzchnię księżyca z Jowisza.
Pancerz Bobbie zaprojektowano tak, by żołnierz mógł przejść przez krater
po bombie jądrowej kilka minut po wybuchu, więc sprawdzał się też nieźle
jako ochrona przed usmażeniem marsjańskich marines przez Jowisza.
Za maszerującymi na patrolu ziemskimi żołnierzami kopuła jarzyła się w smudze słabego światła słonecznego, przechwyconego przez olbrzymie
lustra orbitalne. Nawet z lustrami większość ziemskich roślin umarłaby
tu z braku światła. Blask wystarczał do życia tylko mocno zmodyfikowanym
odmianom, stworzonym przez naukowców na Ganimedesie.
- Niedługo będzie zachód - zauważyła Bobbie, wciąż przyglądając się
ziemskim marines poza ich strażnicą, ze świadomością, że oni też
przyglądają się im.
Oprócz Snoopiego rozpoznała też Karzełka, który/która nie mógł/nie mogła
mieć więcej niż metr dwadzieścia pięć wzrostu. Ciekawiło ją, jakiego
przezwiska używają dla niej. Może Duża Czerwona. Jej pancerz wciąż był
pokryty marsjańskim kamuflażem. Była na Ganimedesie na tyle krótko, że
nie zdążyła jeszcze oddać go do pomalowania w szare i białe wzory.
W ciągu następnych pięciu minut kolejno gasły orbitalne lustra,
wchodzące wraz z Ganimedesem na kilka godzin w cień Jowisza. Blask ze
szklarni za jej plecami po włączeniu się sztucznego oświetlenia przybrał
niebieski odcień. Choć ogólne natężenie światła nie spadło szczególnie
mocno, cienie wydłużyły się w dziwne i subtelne sposoby. W górze Słońce
- z tego miejsca nawet nie krążek, a jedynie najjaśniejsza gwiazda -
błysnęło, przechodząc przez krawędź tarczy Jowisza i przez chwilę widać
było delikatne pierścienie planety.
- Wchodzą z powrotem do środka - zauważył kapral Travis. - Snoopy idzie
na końcu. Biedak. Czy my też możemy się schować?
Bobbie rozejrzała się po nieciekawym, brudnym lodzie Ganimedesa. Czuła
chłód księżyca nawet przez zaawansowany technicznie pancerz.
- Nie.
Usłyszała kilka niezadowolonych mruknięć, ale ruszyli posłusznie
prowadzeni wokół kopuły powolnymi susami w niskim ciążeniu. Oprócz
Hillmana i Travisa w tym patrolu uczestniczył całkiem zielony szeregowy
Gourab. I choć był w marines w sumie dopiero jakieś półtorej minuty,
marudził z akcentem z doliny Marinera równie głośno, jak dwaj pozostali.
W zasadzie nie miała do nich pretensji, to wszystko było pracą wymyślaną
na siłę. Jakimś zajęciem dla marsjańskich żołnierzy na Ganimedesie, żeby
nie mieli czasu na nudę. Jeśli Ziemia zdecyduje się zagarnąć księżyc
tylko dla siebie, czworo marines pilnujących szklarni nie zdoła jej
powstrzymać. Przy znajdujących się na orbicie dziesiątkach ziemskich i marsjańskich okrętów w pełnym napięcia zawieszeniu broni, gdyby doszło
do walki, piechociarze dowiedzieliby się o tym dopiero wraz z rozpoczęciem bombardowania.
Kopuła z lewej wznosiła się prawie na pół kilometra: trójkątne szklane
panele były rozdzielone jarzącymi się wspornikami o barwie miedzi, co
przywoływało na myśl olbrzymią klatkę Faradaya. Bobbie nigdy jeszcze nie
była wewnątrz żadnej z kopuł szklarni. Została skierowana z Marsa z pośpiesznie wysłanymi na planety zewnętrzne oddziałami i prawie od
pierwszego dnia chodziła na patrole po powierzchni. Ganimedes sprowadzał
się dla niej do portu kosmicznego, małej bazy marines i jeszcze
mniejszej placówki strażniczej, którą obecnie nazywała domem.
Podczas wędrówki wokół kopuły Bobbie przyglądała się nieciekawej
okolicy. Ganimedes nie zmieniał się zbytnio bez jakichś dramatycznych
wydarzeń. Jego powierzchnię pokrywały głównie krzemowe skały i zamarznięta woda o temperaturze tylko kilka stopni wyższej od próżni.
Atmosferę tworzył tlen tak rzadki, że mógł uchodzić za próżnię
techniczną. Na powierzchni księżyca nie zachodziła erozja. Zmieniała się
tylko wtedy, gdy z przestrzeni spadały skały lub gdy ciepła woda z płynnego rdzenia wydostawała się na powierzchnię i tworzyła krótkotrwałe
jeziora, a żadna z tych rzeczy nie zdarzała się często. W domu, na
Marsie, wiatr i pył zmieniały krajobraz co godzinę, tutaj szła po swoich
śladach z wczoraj, przedwczoraj i przedprzedwczoraj. A jeśli nigdy tu
już nie wróci, jej ślady zostaną na świecie dłużej niż ona. Prywatnie
uważała to za nieco makabryczne.
Przez zwykle gładkie syki i stuknięcia wydawane przez jej pancerz
zaczęło się przebijać rytmiczne skrzypienie. Zazwyczaj minimalizowała
wyświetlacz skafandra, bo generował taki zalew informacji, że wiedziała
o wszystkim - poza tym, co faktycznie znajdowało się przed nią. Teraz
wywołała ekran i mruganiem przerzuciła strony do ekranu diagnostycznego.
Żółta kontrolka ostrzegła o niskim poziomie płynu hydraulicznego
siłownika lewego kolana. Musiała mieć jakiś wyciek, choć powolny, bo
skafander nie potrafił go odnaleźć.
- Poczekajcie chwilę - powiedziała Bobbie. - Hilly, masz w zestawie
zapasowy płyn hydrauliczny?
- Tak - potwierdził Hillman, już po niego sięgając.
- Strzyknij mi trochę do lewego kolana, dobrze?
Gdy Hillman klęknął przed nią, zajmując się jej skafandrem, Gourab i Travis zaczęli się o coś spierać, dotyczyło to chyba sportu. Bobbie ich
uciszyła.
- Ten skafander jest strasznie stary - skomentował Hillman. - Powinna
pani przesiąść się na nowszy. Wiecie, sierżancie, takie rzeczy będą się
zdarzać coraz częściej.
- Tak, powinnam - zgodziła się Bobbie.
Ale prawdę mówiąc, łatwiej było to powiedzieć niż zrobić. Figura Bobbie
nie pasowała do standardowych skafandrów, a korpus zmuszał ją do
skakania przez płonące obręcze za każdym razem, gdy zgłaszała
zapotrzebowanie na nowy, dopasowany. Przy nieco ponad dwóch metrach
wzrostu była tylko nieznacznie powyżej średniej dla marsjańskich
mężczyzn, ale dzięki polinezyjskiemu pochodzeniu przy jednym g ciążenia
ważyła ponad sto kilogramów. Nic z tego nie było tłuszczem - jej mięśnie
zdawały się rosnąć za każdym razem, gdy choćby tylko przeszła przez
siłownię. A jako marine ćwiczyła praktycznie cały czas.
Noszony teraz przez nią opancerzony skafander był pierwszym od dwunastu
lat aktywnej służby, który naprawdę dobrze na nią pasował, i choć
zaczynał przypominać o swoim wieku, wciąż łatwiej było utrzymywać go na
chodzie niż błagać i składać podania o nowy.
Hillman zaczął chować narzędzia, gdy z trzaskiem ożyło radio Bobbie.
- Posterunek cztery do patrolu. Patrol, zgłoś się.
- Potwierdzam, czwórka - odpowiedziała Bobbie. - Tu patrol jeden. Mów.
- Gdzie jesteście, patrol jeden? Jesteście pół godziny do tyłu, a tu się
dzieje coś dziwnego.
- Przepraszam, problem ze sprzętem - odpowiedziała Bobbie, zastanawiając
się, co może się tam dziać, choć nie na tyle, by zapytać o to na
otwartym kanale.
- Natychmiast wracajcie na posterunek. W placówce ONZ oddano strzały.
Aktywujemy tryb bojowy.
Bobbie potrzebowała chwili, by to przyswoić. Widziała, że jej ludzie
patrzą na nią z malującą się na twarzach mieszaniną zdziwienia i strachu.
- Ziemianie do was strzelają? - zapytała w końcu.
- Jeszcze nie, ale strzelają. Natychmiast tu wracajcie.
Hillman wstał. Bobbie jeszcze raz zgięła kolano i zobaczyła na
wyświetlaczu zielone kontrolki. Kiwnęła w podzięce Hillmanowi, po czym
rozkazała:
- Galopem z powrotem na posterunek. Ruszać się!
? ? ?
Bobbie z drużyną była wciąż o pół kilometra od placówki, gdy rozległ się
ogólny alarm. Wyświetlacz jej skafandra ożył samodzielnie, przełączając
się w tryb bojowy. Zestaw czujników zajął się wyszukiwaniem przeciwników
i połączył się z jednym z satelitów w celu uzyskania widoku z góry.
Poczuła kliknięcie, gdy wbudowane w prawe przedramię skafandra działko
przełączyło się na tryb swobodnego strzału.
Gdyby zaczęło się bombardowanie orbitalne, rozbrzmiałoby tysiąc alarmów,
ale i tak nie potrafiła się powstrzymać przed zerknięciem w niebo.
Żadnych błysków ani śladów rakiet. Tylko potężna tarcza Jowisza.
Bobbie przyśpieszyła, pędząc w stronę strażnicy długimi susami. Drużyna
podążyła za nią bez słowa. Osoba przeszkolona w stosowaniu wspomaganego
skafandra, biegnąca w niskim ciążeniu, mogła szybko pokonać duże
dystanse. Strażnica wyłoniła się zza krzywizny kopuły po kilku
sekundach, a po kolejnych kilku zobaczyła też źródło alarmu.
Marines ONZ szarżowali na marsjańską placówkę. Trwająca od roku zimna
wojna właśnie się rozgrzała. Gdzieś głęboko pod chłodnym wyrachowaniem
szkolenia i dyscypliny poczuła zaskoczenie. Nie spodziewała się, że do
tego dojdzie.
Reszta jej plutonu opuściła strażnicę, ustawiając się w linię ostrzału
naprzeciw pozycji ONZ. Ktoś wyprowadził do szeregu Yojimbo -
czterometrowy bojowy mech górował nad pozostałymi marines. Wyglądał jak
bezgłowy olbrzym w pancerzu wspomaganym, potężne działka poruszały się
powoli, śledząc nadciągających przeciwników. Ziemscy marines pędzili z pełną prędkością przez dwa i pół tysiąca metrów, które oddzielały dwie
strażnice.
Czemu nikt nic nie mówi? - zaczęła się zastanawiać. Cisza jej plutonu
była upiorna.
I właśnie wtedy, gdy jej drużyna dotarła do linii bojowej, skafander
wrzasnął do niej ostrzeżenie o zagłuszaniu. Widok z góry zniknął w chwili, gdy urwał się kontakt z satelitą. Zgasły wskaźniki czynności
życiowych zespołu i raporty o stanie sprzętu. Zniknął cichy szum
otwartego kanału łączności, zostawiając po sobie jeszcze bardziej
upiorną ciszę.
Gestami ustawiła swoich ludzi na prawej flance, po czym ruszyła wzdłuż
szeregu, szukając dowódcy, porucznika Givensa. Zobaczyła jego skafander
na środku linii, stał niemal tuż pod Yojimbo. Podbiegła do niego i przysunęła swój hełm do jego hełmu.
- Co się tu, cholera, dzieje, poruczniku? - krzyknęła.
- Możesz zgadywać równie dobrze, jak ja - krzyknął gniewnie w odpowiedzi. - Przez zagłuszanie nie możemy kazać im się wycofać, a ignorują ostrzeżenia wizualne. Zanim odcięło nam radio, dostałem
upoważnienie do otwarcia ognia, jeśli dotrą na odległość pół kilometra
od naszej pozycji.
Bobbie miała jeszcze kilkaset pytań, ale oddziały ONZ mogły przekroczyć
linię pięciuset metrów za kilka sekund, więc pognała na pozycję na
prawej flance przy swojej drużynie. Biegnąc, kazała skafandrowi policzyć
nadchodzące siły i oznaczyć wszystkich jako wrogów. Skafander zgłosił
siedem celów. Czyli nawet nie jedną trzecią liczebności placówki ONZ.
To nie ma żadnego sensu.
Poleciła skafandrowi narysować na wyświetlaczu kreskę na dystansie
pięciuset metrów. Nie musiała mówić swoim chłopakom, że to strefa
swobodnego ostrzału. To nie było potrzebne. Otworzą ogień chwilę po
niej, nie zadając pytań o powody.
Żołnierze ONZ przekroczyli linię kilometra, wciąż nie oddając żadnego
strzału. Nadchodzili w rozproszonej formacji, sześciu z przodu w nierównej linii i siódmy za nimi, jakieś siedemdziesiąt metrów z tyłu.
Wyświetlacz jej skafandra wybrał jej na cel postać z lewego skraju linii
wroga, domyślnie wybierając najbliższego. Coś zaczęło ją męczyć w głębi
umysłu i odrzuciła ustawienia skafandra, wybierając cel z tyłu i żądając
powiększenia.
Mała postać nagle urosła w jej okienku celowniczym. Poczuła dreszcz
wzdłuż kręgosłupa i powiększyła obraz ponownie.
Postać goniąca sześciu marines ONZ nie miała na sobie skafandra
próżniowego. Właściwie nawet nie była człowiekiem. Jej skórę pokrywały
chitynowe płyty przypominające duże, czarne łuski. Głowa była jednym
wielkim koszmarem, ze dwa razy większa od zwykłej i pokryta dziwnymi,
wystającymi naroślami.
Ale najbardziej niepokojąco wyglądały ręce tego czegoś. Zdecydowanie za
duże jak na ciało i za długie w stosunku do szerokości - stanowiły
wersję rąk z dziecięcego koszmaru. Ręce trolla kryjącego się pod łóżkiem
lub wiedźmy podkradającej się do okna. Rozciągały się i chwytały pustkę
z nieustanną szaloną energią.
Żołnierze Ziemi nie atakowali. Uciekali.
- Strzelajcie do tego, co ich goni - Bobbie krzyknęła w pustkę.
Stworzenie dopadło żołnierzy ONZ, zanim przekroczyli dystans pół
kilometra, za którym Marsjanie otworzyliby ogień.
- Cholera jasna - wyszeptała Bobbie. - Niech to szlag!
Istota chwyciła marine ONZ swoimi wielkim rękami i rozerwała go na pół,
jakby był z papieru. Pancerz z tytanu i ceramiki rozerwał się równie
łatwo, co ciało w środku, rozsiewając po lodzie w równym stopniu kawałki
techniki, jak i ludzkie wnętrzności. Pozostałych pięciu żołnierzy
jeszcze przyśpieszyło, ale ścigający ich potwór prawie nie zwolnił,
zabijając ich kompana.
- Strzelajcie do niego, strzelajcie, strzelajcie - wrzasnęła Bobbie,
otwierając ogień.
Przeszkolenie i technika upakowana w pancerz bojowy czyniły z niej
wyjątkowo skuteczną maszynę do zabijania. Gdy tylko palec nacisnął spust
działka wbudowanego w skafander, z luf wyleciał strumień
dwumilimetrowych pocisków przeciwpancernych, lecących z szybkością ponad
tysiąca metrów na sekundę. Wystrzeliła pięćdziesiąt pocisków w niecałą
sekundę. Stworzenie było stosunkowo powolnym celem wielkości człowieka,
biegło w linii prostej, a komputer celowniczy mógł wprowadzić poprawki
balistyczne pozwalające jej trafić w obiekt wielkości piłki do tenisa,
sunący z prędkością naddźwiękową. Każdy wystrzelony przez nią nabój
trafił w potwora.
To jednak nie miało znaczenia.
Pociski przeleciały przez niego, prawdopodobnie nawet nie zwalniając
znacząco przed wylotem z drugiej strony. Z każdej rany wystrzeliwała
chmura czarnych włókien, które spadały na śnieg zamiast krwi.
Przypominało to strzelanie do wody. Rany zamykały się niemal szybciej
niż powstawały i jedynym znakiem trafienia w stworzenie był ślad
zostawianych za nim czarnych włókien.
A potem potwór dopadł drugiego marine ONZ. Zamiast rozerwać go na
strzępy jak poprzedniego, wykręcił i rzucił w pełni opancerzonym
Ziemianinem - o łącznej masie przekraczającej zapewne pięćset kilo - w stronę Bobbie. Jej wyświetlacz śledził żołnierza ONZ na wznoszącym się
łuku i usłużnie poinformował, że potwórz nie rzucił go w jej stronę
tylko w nią. Po bardzo płaskiej trajektorii. Czyli z dużą prędkością.
Uskoczyła na bok tak szybko, jak tylko pozwolił na to masywny pancerz.
Bezradny marine ONZ zgarnął stojącego obok niej Hillmana i obaj
zniknęli, z zabójczą prędkością odbijając się od lodu.
Zanim zdołała się odwrócić z powrotem do potwora, ten zabił dwóch
kolejnych żołnierzy ONZ.
Strzelał już do niego cały marsjański szereg, włącznie z wielkim działem
Yojimbo. Dwaj pozostali przy życiu ziemscy żołnierze rozdzielili się i uciekając przed potworem, biegli w przeciwnych kierunkach, dając
marsjańskim odpowiednikom otwarte pole do ostrzału. Stwór został
trafiony setki, tysiące razy. Sklejał się z powrotem w całość,
utrzymując pełne tempo, nawet nie zwalniał, gdy obok niego wybuchały
pociski z działa Yojimbo.
Bobbie, która już zdążyła z powrotem ustawić się w pozycji bojowej,
posłała grad ognia w kierunku potwora, ale nie zrobiło to żadnej
różnicy. Istota uderzyła w marsjańską linię, zabijając dwóch marines tak
szybko, że wzrok nie nadążał za jej ruchami. Yojimbo uskoczył na bok,
znacznie zwinniej, niż mogłoby się to wydawać w przypadku maszyny tej
wielkości. Bobbie pomyślała, że za sterami musi siedzieć Sa'id.
Przechwalał się, że gdy tylko chciał, mógł zmusić wielkiego mecha do
tanga. To też nie miało znaczenia. Jeszcze zanim Sa'id zdążył obrócić
działo do strzału z przyłożenia, stwór przebiegł po boku pojazdu,
chwycił właz pilota i wyrwał go z zawiasów, potem jednym ruchem
wyciągnął Sa'ida z uprzęży w kokpicie i rzucił nim jakieś sześćdziesiąt
metrów w górę.
Pozostali marines zaczęli się cofać, cały czas strzelając. Bez radia nie
mieli sposobu na skoordynowanie odwrotu. Bobbie stwierdziła, że biegnie
w stronę kopuły razem z resztą. Drobna i odległa część jej umysłu, która
nie uległa panice, wiedziała, że szkło i metal kopuły nie zapewnią
żadnej ochrony przed czymś, co potrafiło rozerwać na pół opancerzonego
człowieka i wyrwać pancerz z dziewięciotonowego mecha. Jednak ten
przebłysk zdrowego rozsądku rozpoznał, że próba przełamania przerażenia
jest daremna.
Zanim dotarła do zewnętrznych drzwi kopuły, został z nią już tylko jeden
marine. Gourab. Z bliska widziała jego twarz przez opancerzoną szybę
wizjera hełmu. Krzyczał do niej coś, czego nie słyszała. Zaczęła się
nachylać do przodu, by zetknąć się z nim hełmem, gdy pchnął ją do tyłu
na lód. Walił w panel sterowania drzwiami opancerzoną pięścią, próbując
przebić się do środka, kiedy stwór złapał go i jednym niedbałym zamachem
zerwał hełm ze skafandra. Gourab stał przez chwilę z twarzą w próżni,
mrugając i otwierając usta do bezgłośnego krzyku, potem stwór oderwał
jego głowę równie łatwo, jak hełm.
Istota odwróciła się i popatrzyła na wciąż leżącą na ziemi Bobbie.
Z bliska Bobbie widziała jej świecące się, jasnoniebieskie oczy. Były
piękne. Uniosła działko i naciskała spust przez pół sekundy, zanim
zrozumiała, że już dawno temu skończyła się jej amunicja. Stwór
popatrzył na jej broń w sposób, który wydawał się ciekawością, po czym
spojrzał jej w oczy i przechylił głowę na bok.
To już koniec, pomyślała. Tak zginę i nie dowiem się, co tego dokonało
ani dlaczego. Mogła znieść śmierć. Zginąć bez poznania żadnych
odpowiedzi było jednak niezwykle okrutne.
Stwór zrobił krok w jej stronę, po czym zatrzymał się i zadygotał. Z jego środka wyłoniła się nowa para kończyn, które wiły się w próżni jak
macki. Jego i tak już groteskowa głowa jakby nabrzmiała. Błękitne oczy
rozbłysły jasno jak światła w kopułach.
A potem stwór eksplodował w kuli ognia, która odrzuciła ją przez lód i cisnęła nią o niską grań z dostateczną siłą, by pochłaniający uderzenia
żel w jej skafandrze całkowicie zesztywniał, unieruchamiając ją.
Leżała na plecach, powoli tracąc przytomność. Nocne niebo w górze
zaczęło błyskać światłami. Strzelały do siebie statki na orbicie.
Wstrzymać ogień, pomyślała, odchodząc w mrok. Oni uciekali. Wstrzymać
ogień. Jej radio wciąż nie działało, kombinezon też. Nie mogła nikomu
powiedzieć, że marines ONZ wcale nie atakowali.
I że zrobiło to coś innego.
Rozdział drugi
Holden
Ekspres do kawy znowu się zepsuł.
Znowu.
Jim Holden jeszcze kilka razy nacisnął czerwony przycisk parzenia ze
świadomością, że to niczego nie da. Ale nie potrafił się powstrzymać.
Wielki i lśniący ekspres do kawy, zaprojektowany do przygotowywania
ilości wystarczających do zapewnienia dobrego nastroju marsjańskiej
załodze, odmawiał wydania choćby jednej kropli. Albo choćby dźwięku.
Odmawiał nie tylko parzenia kawy, odmawiał nawet próby. Holden zamknął
oczy z powodu bólu głowy atakującego skronie i wcisnął przycisk na
najbliższym panelu ściennym, włączając okrętowy interkom.
- Amos - powiedział.
Interkom nie działał.
Czując się nieco niedorzecznie, jeszcze kilka razy wcisnął przycisk
ogólnego kanału. Nic. Otworzył oczy i zobaczył, że zgasły wszystkie
kontrolki na panelu. A potem odwrócił się i stwierdził, że nie działają
też światła na lodówce i piekarnikach. Nie chodziło tylko o ekspres do
kawy, zbuntował się cały kambuz. Holden spojrzał na świeżo wymalowaną na
ścianie nazwę Rosynant.
- Skarbie, czemu mnie ranisz, choć tak cię kocham?
Wyciągnął ręczny terminal i zadzwonił do Naomi.
- ...tak? - odpowiedziała w końcu po kilku chwilach.
- Kambuz nie działa. Gdzie jest Amos?
Chwila ciszy.
- Dzwonisz do mnie z kambuza? Gdy jesteśmy na tym samym statku? Mając
panel ścienny na wyciągnięcie ręki?
- Panel ścienny w kambuzie też nie działa. Mówiąc, że kambuz nie działa,
nie miałem na myśli jakiejś sprytnej przenośni. To dosłownie znaczy, że
w kambuzie nie działa zupełnie nic. Zadzwoniłem do ciebie, bo ty nosisz
terminal, a Amos prawie nigdy nie ma go przy sobie. Oraz dlatego, że
mnie nigdy nie mówi, nad czym pracuje, ale zawsze zgłasza to tobie. To
gdzie jest Amos?
Naomi się roześmiała. Był to uroczy dźwięk, który niezawodnie
przywoływał uśmiech na twarz Holdena.
- Powiedział, że będzie grzebał w okablowaniu.
- Masz zasilanie tam na górze? Czy lecimy na ślepo bez kontroli i próbujecie właśnie wykombinować, jak mi to powiedzieć?
Holden usłyszał wychwytywane przez mikrofon Naomi stukanie w klawisze.
Nuciła cicho, pracując.
- Nie - powiedziała po chwili. - Jedyne miejsce bez zasilania to kambuz.
A Aleks mówi, że dzieli nas niecała godzina od walki z kosmicznymi
piratami. Przyjdziesz na mostek walczyć z piratami?
- Nie mogę z nimi walczyć bez kawy. Idę poszukać Amosa - stwierdził
Holden, po czym się rozłączył i schował terminal z powrotem do kieszeni.
Podszedł do drabiny biegnącej wzdłuż osi statku i wezwał windę.
Uciekający statek piratów mógł na dłużej utrzymywać przyśpieszenie tylko
jednego g, więc pilot Holdena, Aleks Kamal, leciał do czasu
przechwycenia z prędkością jeden i trzy dziesiąte g. Każde
przyśpieszenie powyżej jednego g sprawiało, że korzystanie z drabiny
robiło się niebezpieczne.
Kilka sekund później głośno otworzył się pokładowy właz i winda z szumem
zatrzymała się przed nim. Wszedł na nią i wcisnął przycisk pokładu
warsztatu. Platforma zaczęła powoli opuszczać się wzdłuż drabiny przez
włazy otwierające się przed nią i zamykające po ich minięciu.
Amosa Burtona znalazł w warsztacie, jeden pokład nad maszynownią.
Mechanik miał przed sobą na blacie roboczym jakieś częściowo rozłożone,
bardzo skomplikowane urządzenie, przy którym pracował z lutownicą w ręku. Ubrany był w za mały o kilka rozmiarów szary kombinezon, który z trudem mieścił jego szerokie ramiona. Na plecach stroju wciąż wyszyta
była stara nazwa statku, Tachi.
- Amos, kambuz nie działa - zaczął bez zbędnego wstępu Holden, gdy winda
się zatrzymała.
Amos niecierpliwie machnął jedną ręką, nie odrywając się od pracy.
Holden czekał. Po kilku kolejnych chwilach lutowania mężczyzna odłożył w końcu lutownicę i odwrócił się w jego stronę.
- Tak, nie działa, bo wyjąłem z niego tego skurwiela - wyjaśnił,
wskazując na lutowane urządzenie.
- Możesz go włożyć na miejsce?
- Nie, przynajmniej na razie. Jeszcze z nim nie skończyłem.
Holden westchnął.
- Czy naprawdę konieczne jest wyłączenie z działania kambuza w celu
naprawy tego czegoś tuż przed starciem z krwiożerczymi kosmicznymi
piratami? Bo zaczyna mnie potwornie boleć głowa i chciałbym się napić
kawy przed, no wiesz, walką.
- Owszem, to było konieczne - zapewnił Amos. - Mam wyjaśnić? Czy
uwierzysz mi na słowo?
Holden kiwnął głową. Choć niezbyt tęsknił za czasami służby we flocie
Ziemi, zdarzało mu się z nostalgią wspominać bezwzględny szacunek dla
struktury dowodzenia. Na Rosynancie tytuł "kapitana" był znacznie
mniej precyzyjnie zdefiniowany. Grzebanie w okablowaniu było robotą
Amosa i oburzyłby się na pomysł, że musi informować Holdena za każdym
razem, gdy się do tego zabiera.
Holden odpuścił.
- Dobra - powiedział. - Ale wolałbym, żebyś mnie ostrzegł z wyprzedzeniem. Bez kawy będę marudny.
Amos wyszczerzył się do niego i odsunął do góry czapkę na prawie łysej
głowie.
- Cholera, kapitanie, tu jesteśmy kryci - stwierdził, po czym sięgnął do
tyłu i ściągnął z blatu wielki metalowy termos. - Przed wyłączeniem
kambuza zrobiłem zapas awaryjny.
- Amos, przepraszam za wszystkie niemiłe rzeczy, które myślałem na twój
temat.
Mechanik machnął ręką i wrócił do pracy.
- Bierz. Ja już sobie nalałem kubek.
Holden z powrotem wszedł do windy i wjechał nią na pokład dowodzenia,
trzymając termos w obu dłoniach jak najcenniejszy skarb.
Naomi siedziała przy panelu czujników i łączności, śledząc ich postęp w pościgu za uciekającymi piratami. Jeden rzut oka wystarczył Holdenowi,
by się zorientować, że są znacznie bliżej, niż wskazywał na to ostatni
otrzymany szacunek. Przypiął się do pryczy przy stanowisku bojowym.
Następnie otworzył najbliższą szafkę i zgadując, że w najbliższym czasie
mogą się znaleźć w niskim ciążeniu lub nieważkości, wyciągnął sobie
bańkę na kawę.
- Zbliżamy się bardzo szybko - skomentował, nalewając sobie płyn z termosu. - Co się dzieje?
- Statek piratów zwolnił dość znacznie w stosunku do początkowego
przyśpieszenia jednego g. Najpierw na kilka minut zwolnili do pół g,
potem jakąś minutę temu w ogóle przestali przyśpieszać. Tuż przed
zwolnieniem komputer wykrył jakieś fluktuacje w mocy wyjściowej ich
silnika, więc pewnie za ostro ich goniliśmy.
- Zepsuli sobie statek?
- Zepsuli sobie statek.
Holden pociągnął długi łyk z bańki, parząc sobie przy tym język i zupełnie się tym nie przejmując.
- Ile czasu do przechwycenia?
- Najwyżej pięć minut. Aleks czekał z końcowym hamowaniem, aż znajdziesz
się tutaj i przypniesz.
Holden wcisnął przycisk interkomu na panelu.
- Amos, przypnij się. Pięć minut do bandytów. - Potem przełączył się na
kanał kokpitu. - Jaka sytuacja, Aleks?
- Wygląda na to, że zepsuli sobie statek - powtórzył Aleks z charakterystycznym akcentem doliny Marinera.
- Chyba wszyscy się co do tego zgadzają - przyznał Holden.
- Tak się trochę trudniej ucieka.
Dolina Marinera została oryginalnie zasiedlona przez mieszkańców Chin,
wschodnich Indii i Teksasu. Aleks miał ciemną skórę i kruczoczarne włosy
typowe dla wschodnich Indii, jednak pochodzącemu z Ziemi Holdenowi
zawsze zgrzytało gdzieś w mózgu, gdy słyszał przesadzony teksański
akcent w ustach kogoś, kto według niego powinien mówić z akcentem z Pendżabu.
- A przy okazji znacznie ułatwia nam to życie - dodał, aktywując panel
bojowy. - Ustaw nas na względnym stop dziesięć tysięcy kilometrów od
nich. Oświetlę ich laserem celowniczym i włączę działka obrony
punktowej. I otwórz klapy wyrzutni. Spróbujmy wyglądać najgroźniej, jak
to możliwe.
- Potwierdzam, szefie - odpowiedział Aleks.
Naomi obróciła się na fotelu i uśmiechnęła się do Holdena.
- Walka z kosmicznymi piratami. Bardzo romantyczne.
Holden nie potrafił się nie uśmiechnąć. Choć miała na sobie kombinezon
marsjańskiego oficera floty o trzy rozmiary za krótki i pięć rozmiarów
za szeroki na jej wysoką i chudą pasiarską sylwetkę, dla niego wyglądała
pięknie. Długie, kręcone, czarne włosy zebrała w zmierzwiony kucyk. Jej
rysy były uderzającą mieszanką cech azjatyckich, południowoamerykańskich
i afrykańskich, niezwykłą nawet jak na mocno przemieszany Pas. Zerknął
na swoje odbicie w ciemnym panelu i poczuł się bardzo zwyczajny, widząc
bruneta z farmy w Montanie.
- Wiesz, jak lubię wszystko, przy czym używasz słowa "romantyczne" -
powiedział. - Ale obawiam się, że nie czuję twojego entuzjazmu.
Zaczęliśmy od ratowania Układu Słonecznego przed koszmarnym zagrożeniem
z gwiazd, a teraz to?
Holden znał dobrze tylko jednego policjanta, a i to krótko. Podczas
potężnego i wyjątkowo nieprzyjemnego nagromadzenia katastrof, nazywanych
obecnie skrótowo "incydentem Eros", Holden połączył siły z chudym,
szarym, złamanym człowiekiem o nazwisku Miller. Gdy się spotkali, Miller
porzucił już pracę, obsesyjnie zajmując się sprawą zaginionej osoby.
Właściwie nigdy się nie zaprzyjaźnili, ale zdołali zapobiec zniszczeniu
rasy ludzkiej przez połączenie wygenerowanej przez korporację socjopatii
i odkrytą broń obcej rasy, którą przez większość ludzkiej historii
uważano za jeden z księżyców Saturna. Przynajmniej pod tym względem ich
partnerstwo było udane.
Holden był przez sześć lat oficerem floty wojennej i widział, jak ludzie
giną, jednak tylko za pośrednictwem ekranu radaru. Na Erosie zobaczył z bliska, jak umierają tysiące. Sam zabił kilku z nich. Pochłonięta tam
dawka promieniowania oznaczała, że nieustannie musiał przyjmować leki
powstrzymujące rozwój ciągle powstających w jego tkankach nowotworów. I tak udało mu się bardziej niż Millerowi.
To dzięki Millerowi skażenie z kosmosu wylądowało na Wenus zamiast na
Ziemi. Choć wcale nie oznaczało to jego końca. Niezależnie od tego,
jakie polecenia otrzymał częściowo przejęty przez ludzi obcy organizm,
wciąż wykonywał swój program pod osłoną gęstych chmur planety i jak
dotąd nikt nie potrafił zaoferować bardziej gruntownej analizy naukowej
niż "Hm. Dziwne".
Stary, zmęczony detektyw z Pasa stracił życie, ratując rasę ludzką.
Z kolei ocalenie ludzkości uczyniło z Holdena pracownika Sojuszu Planet
Zewnętrznych, polującego na piratów. Nawet w tych gorszych dniach musiał
przyznać, że trafił lepiej niż Miller.
- Trzydzieści sekund do przechwycenia - poinformował Aleks.
Holden wrócił myślami do teraźniejszości i wywołał maszynownię.
- Przypiąłeś się, Amos?
- Potwierdzam, kapitanie. Wszystko gotowe. Spróbuj nie podziurawić
mojego statku.
- Nikt nie będzie dzisiaj do nikogo strzelał - oświadczył Holden po
wyłączeniu interkomu.
Naomi pytająco uniosła brew.
- Daj mi łączność, Naomi - poprosił. - Chcę porozmawiać z naszymi
kolegami.
Po sekundzie na jego panelu pojawiła się konsola łączności. Wycelował
wiązkę kierunkową w statek piracki i poczekał na zieloną kontrolkę
połączenia.
- Lekki frachtowiec, tu kapitan James Holden z fregaty rakietowej
Sojuszu Planet Zewnętrznych Rosynant. Proszę odpowiedzieć.
W jego słuchawkach panowała cisza, nie było słychać nic poza delikatnym
szumem promieniowania tła.
- Słuchajcie, chłopaki, odpuśćmy sobie gierki. Dobrze wiecie, kim
jestem. Wiem też, że pięć dni temu zaatakowaliście Lunatyka,
frachtowiec z żywnością, uszkodziliście mu silniki i ukradliście sześć
tysięcy kilogramów białka oraz całe powietrze. I nie muszę wiedzieć o was niczego więcej.
Znowu cisza z szumem w tle.
- Sytuacja wygląda tak. Mam już dość ścigania was i nie pozwolę wam
przeciągać rozmów w nadziei, że zdołacie naprawić zepsuty silnik i znowu
spróbujecie mi uciec. Jeśli w ciągu sześćdziesięciu sekund nie zgłosicie
pełnego i bezwarunkowego poddania, wystrzelę dwie torpedy z głowicami
plazmowymi wysokiej mocy i stopię wasz statek na żużel. A potem polecę
do domu i będzie mi się świetnie spało.
Ciszę przerwał w końcu chłopięcy głos, który brzmiał zbyt młodo, by mógł
należeć do kogoś, kto świadomie zdecydował się na los pirata.
- Nie możesz tego zrobić. SPZ nie jest prawdziwym rządem. W świetle
prawa nie możesz mi nic zrobić, więc odpierdol się - powiedział głos
brzmiący tak, jakby nie mógł się zdecydować, czy ma już za sobą etap
mutacji.
- Poważnie? Tylko na tyle cię stać? - odpowiedział Holden. - Słuchaj,
odpuśćmy sobie na moment rozmowę na temat legalności i tego, co
uprawomocnia rząd. Popatrz na sygnały lidaru, które dostajesz z mojego
statku. Ty siedzisz w poskładanym byle jak lekkim frachtowcu, do którego
ktoś przyspawał ręcznej roboty działo Gausa, a ja w nowoczesnym
marsjańskim torpedowcu z siłą ognia wystarczającą do zniszczenia małego
księżyca.
Głos z drugiej strony nie odpowiedział.
- Chłopaki, nawet jeśli nie uznajecie mojej władzy za legalną, czy
możemy się przynajmniej zgodzić, że mogę was w każdej chwili rozwalić?
W radiu dalej panowała cisza.
Holden westchnął i potarł nasadę nosa. Ból głowy nie chciał ustąpić
nawet pomimo przyjętej dawki kofeiny. Pozostawiając otwarty kanał do
pirackiego statku, otworzył połączenie z kokpitem.
- Aleks, puść krótką serię z przednich działek przez ten frachtowiec.
Celuj w śródokręcie.
- Czekaj! - krzyknął chłopak z tamtego statku. - Poddajemy się! Jezu
Chryste!
Holden przeciągnął się w nieważkości, ciesząc się nią po wielu dniach
przyśpieszenia, i uśmiechnął się pod nosem. Rzeczywiście, dzisiaj nikt
nie będzie strzelał.
- Naomi, powiedz naszym nowym kolegom, jak przekazać ci zdalną kontrolę
nad statkiem i zabierzmy ich na stację Tycho. Niech się nimi martwi sąd
SPZ. Aleks, gdy tylko z powrotem uruchomią silniki, wykreśl kurs
powrotny z miłym, przyjemnym pół g. Idę do szpitala okrętowego i spróbuję znaleźć aspirynę.
Holden rozpiął uprząż pryczy przeciążeniowej i odepchnął się w stronę
drabiny pokładowej. W drodze na dół zaczął piszczeć jego terminal.
Dzwonił Fred Johnson, formalny przywódca SPZ oraz ich osobisty patron na
stacji produkcyjnej korporacji Tycho, obecnie pełniącej również funkcję
faktycznej kwatery głównej SPZ.
- Cześć, Fred. Złapałem naszych piratów. Zabieram ich do domu pod sąd.
Na szerokiej twarzy Freda pojawił się uśmiech.
- To coś nowego. Znudziło ci się rozwalanie ich?
- Nie, po prostu w końcu trafiłem na kogoś, kto uwierzył, gdy
powiedziałem, że to zrobię.
Fred przestał się uśmiechać, marszcząc brwi.
- Słuchaj, Jim, nie dlatego dzwonię. Potrzebuję cię ekspresowo z powrotem na Tycho. Coś się dzieje na Ganimedesie...
Rozdział trzeci
Praks
Praksidike Meng stał w drzwiach szopy, patrząc na pola falujących lekko
liści - tak zielonych, że prawie czarnych - i ogarniała go panika.
Wykrzywiająca się nad nim kopuła była znacznie ciemniejsza niż powinna
być. Odcięto zasilanie oświetlenia roślin, a lustra... nie potrafił
nawet myśleć o lustrach.
Rozbłyski walczących statków wyglądały jak usterki na tanim ekranie,
ruch i kolor w miejscu, gdzie nic nie powinno się dziać. Oznaka, że coś
było bardzo nie tak. Oblizał wargi. Musiało być jakieś rozwiązanie.
Jakiś sposób na uratowanie ich.
- Praks - odezwała się Doris. - Musimy iść. Już!
Największe osiągnięcie botaniki dla upraw w ubogim środowisku, glycine
kenon, odmiana soi tak silnie zmodyfikowana, że praktycznie stanowiła
zupełnie nowy gatunek, była zwieńczeniem ostatnich ośmiu lat jego życia.
To ona była powodem, dla którego jego dziadkowie wciąż nie spotkali się
na żywo z wnuczką. To ona, wraz z kilkoma innymi sprawami, doprowadziła
do rozpadu jego małżeństwa. Dostrzegał na polu osiem nieco różnych
odmian modyfikowanych chloroplastów, z których każdy próbował
wyprodukować najwięcej białka z każdego fotonu. Trzęsły mu się ręce.
Zbierało mu się na wymioty.
- Zostało najwyżej pięć minut do uderzenia - powiedziała Doris. - Musimy
się ewakuować.
- Nie widzę go - zaprotestował Praks.
- Jeśli leci dość szybko, to gdy to zobaczysz, będzie już za późno.
Wszyscy inni już uciekli, zostaliśmy tylko my. Wsiadaj do windy.
Wielkie lustra orbitalne, oświetlając pola niczym setka bladych słońc,
zawsze były jego sojusznikami. Nie potrafił uwierzyć, że go zdradziły.
To była szaleńcza myśl. Lustro spadające ku powierzchni Ganimedesa - na
jego szklarnię, jego soję, owoc jego życia - niczego nie wybierało. Samo
było ofiarą przyczyny i skutku, jak wszystko inne.
- Ja uciekam - powiedziała Doris. - Jeśli będziesz tu jeszcze za cztery
minuty, zginiesz.
- Poczekaj - poprosił Praks.
Wbiegł do wnętrza kopuły. Na skraju najbliższego pola padł na kolana i wbił dłonie w żyzną czarną glebę. Jej zapach przypominał aromatyczny
olejek. Wcisnął palce najgłębiej, jak potrafił, obejmując korzenie, i wyciągnął z ziemi drobną, wrażliwą roślinkę.
Doris stała w drzwiach windy, gotowa zjechać do jaskiń i tuneli stacji.
Praks pobiegł do niej. Z rośliną do ocalenia kopuła wydała się nagle
bardzo niebezpiecznym miejscem. Rzucił się przez drzwi, a Doris wcisnęła
przycisk na wyświetlaczu. Duża metalowa kabina windy szarpnęła,
przesunęła się i zaczęła zjeżdżać. Zwykle woziła ciężki sprzęt:
kultywator, traktor i tony humusu, pobranych z procesorów recyklingu
stacji. Teraz była tylko ich trójka: Praks usiadł na podłodze, trzymając
między skrzyżowanymi nogami sadzonkę soi, a Doris zagryzała dolną wargę
i wpatrywała się w swój terminal. Winda wydawała się za duża.
- Lustro może nie trafić - odezwał się Praks.
- Może. Ale to trzynaście tysięcy ton metalu i szkła. Fala uderzeniowa
będzie dość solidna.
- Kopuła może wytrzymać.
- Nie - odpowiedziała i Praks przestał się do niej odzywać.
Kabina brzęczała i stukała, opadając coraz głębiej pod powierzchnię
lodu, wsuwając się w sieć tuneli składających się na zasadniczą część
stacji. Powietrze pachniało elementami grzewczymi i przemysłowym smarem.
Nawet teraz nie potrafił uwierzyć, że to zrobili. Nie potrafił przyjąć
do wiadomości, że dranie z wojska naprawdę zaczęli do siebie strzelać.
Nikt nigdzie nie mógł być aż tak krótkowzroczny. Tylko że chyba jednak
mogli.
W ciągu miesięcy, które upłynęły od rozpadu sojuszu Ziemi z Marsem, jego
początkowo ciągły strach stopniowo zmienił się w ostrożną nadzieję, a potem w satysfakcję. Każdy dzień, podczas którego Organizacja Narodów
Zjednoczonych i Marsjanie nie zaczęli czegoś groźnego, był kolejnym
dowodem na to, że już tego nie zrobią. Pozwolił sobie uwierzyć, że
wszystko jest znacznie stabilniejsze, niż się wydaje. Nawet jeśli
sytuacja się pogorszy i dojdzie do wojny, to nie tutaj. Na Ganimedesie
rosło jedzenie. Dzięki magnetosferze księżyc był najbezpieczniejszym
miejscem na czas ciąży dla kobiet, odnotowywano tu najniższy wskaźnik
wad urodzeniowych i liczbę martwych połogów wśród wszystkich planet
zewnętrznych. Był centrum wszystkiego, co umożliwiło ekspansję ludzkości
na Układ Słoneczny. Ich praca była równie cenna, jak delikatna, a ludzie
u władzy nigdy nie pozwolą, by wojna dotarła i tutaj.
Doris powiedziała coś wulgarnego. Praks na nią spojrzał. Przeczesała
dłonią rzadkie, białe włosy, odwróciła się i splunęła.
- Straciłam łączność - wyjaśniła, unosząc ręczny terminal. - Cała sieć
została zablokowana.
- Przez kogo?
- Ochronę stacji. ONZ. Marsa. Skąd mam wiedzieć?
- Ale jeśli...
Wstrząs był niczym uderzenie olbrzymiej pięści walącej w dach kabiny.
Hamulce awaryjne zaskoczyły z hałasem, który poczuli w kościach. Zgasło
światło i na dwa uderzenia serca pochłonęła ich ciemność. Włączyły się
cztery awaryjne diody LED zasilane z baterii, a potem zgasły ponownie,
gdy wróciło zasilanie kabiny. Przez ekran konsoli zaczęły się przewijać
komunikaty diagnostyczne systemu. Silniki windy szumiały, kabina
stukała, a interfejs śledzący wyświetlał sumy kontrolne niczym
sportowiec przeciągający się przed biegiem. Praks wstał i podszedł do
panelu. Czujnik w szybie zgłaszał minimalne i wciąż spadające ciśnienie
powietrza. Poczuł drżenie, gdy gdzieś w górze zamknęły się grodzie i ciśnienie na zewnątrz zaczęło z powrotem rosnąć. Powietrze z szybu
uciekło w próżnię, zanim aktywowały się grodzie awaryjne. Kopuła została
rozbita.
Jego kopuła przepadła.
Przystawił dłoń do ust, nie zauważając, że rozmazuje sobie ziemię na
policzku do czasu, aż cały się pobrudził. Część jego umysłu przebiegała
przez wszystko, co było konieczne do uratowania projektu - kontakt z kierownikiem w RMD-Southern, ponowne wypełnienie wniosków grantowych,
wydobycie kopii zapasowych danych do odtworzenia wektorów wirusowych -
podczas gdy drugą część umysłu opanował upiorny spokój. Wrażenie bycia
dwoma osobami - z których jedna desperacko szukała ratunku, a druga
pogrążyła się już w rozpaczy - było podobne do ostatnich tygodni jego
małżeństwa.
Doris odwróciła się do niego ze zmęczonym rozbawieniem rozchylającym
szerokie wargi. Wyciągnęła rękę.
- Miło się z panem pracowało, doktorze Meng.
Kabina zadrżała przy wycofaniu hamulców awaryjnych. Poczuli kolejne
uderzenie ze znacznie większej odległości. Spadło lustro lub statek.
Żołnierze strzelali do siebie na powierzchni. Może nawet walka gdzieś
głębiej w stacji. Nie było sposobu na sprawdzenie. Uścisnął jej dłoń.
- Doktor Bourne - odpowiedział. - To był zaszczyt.
Przez dłuższą chwilę stali w milczeniu, kontemplując grób wcześniejszego
życia. Doris westchnęła.
- No dobrze - powiedziała. - Wynośmy się stąd.
? ? ?
Przedszkole Mei mieściło się głęboko we wnętrzu księżyca, ale stacja
metra była tylko kilkaset metrów od komory załadunkowej windy, a ekspresowa jazda w dół do niej nie zajmowała więcej niż dziesięć minut.
A przynajmniej tyle by trwała, gdyby metro działało. W ciągu trzydziestu
lat mieszkania na Ganimedesie Praks nigdy nawet nie zauważył, że stacje
metra mają grodzie bezpieczeństwa.
Czterech żołnierzy stojących przed zamkniętą stacją miało na sobie grube
pancerze pomalowane w nierówne linie w takich samych odcieniach beżu i stali, co korytarz. Trzymali groźnie wyglądające, wielkie karabiny
szturmowe i patrzyli złowieszczo na tłoczący się w pobliżu mały tłumek.
- Jestem w radzie transportu - mówiła wysoka, szczupła kobieta o ciemnej
skórze, stukając palcem w napierśnik żołnierza na potwierdzenie każdego
słowa. - Jeśli nas nie przepuścisz, będziesz miał kłopoty. I to
poważnie.
- Jak długo będzie nieczynne? - zapytał jakiś mężczyzna. - Muszę wracać
do domu. Jak długo będzie nieczynne?
- Panie i panowie - krzyknął żołnierz z lewej. Miał bardzo silny głos,
który przedarł się przez pomruki i szepty tłumu jak głos nauczyciela
przemawiającego do niespokojnych dzieci. - Stacja jest obecnie
zablokowana ze względów bezpieczeństwa. Do czasu zakończenia działań
wojskowych zabronione przemieszczanie się między poziomami przez
kogokolwiek, z wyjątkiem oficjalnego personelu.
- Po której jesteście stronie - krzyknął ktoś. - Jesteście Marsjanami?
Po czyjej stronie jesteście?
- A na razie - kontynuował żołnierz, ignorując pytanie - prosimy o cierpliwość. Gdy tylko podróż będzie bezpieczna, metro zostanie otwarte.
Do tego czasu dla państwa własnego bezpieczeństwa prosimy o zachowanie
spokoju.
Praks nie wiedział, że się odezwie, do chwili, gdy usłyszał własny głos.
Brzmiał jękliwie.
- Moja córka jest na ósmym poziomie. Tam jest przedszkole.
- Wszystkie poziomy są zablokowane - odpowiedział żołnierz. - Nic jej
nie będzie. Musi pan po prostu poczekać.
Ciemnoskóra kobieta z rady transportu złożyła ręce na piersi. Praks
zobaczył, jak dwóch mężczyzn, rozmawiając, opuszcza tłumek i odchodzi w głąb wąskiego, brudnego tunelu. W starych tunelach tak blisko
powierzchni powietrze pachniało wymiennikami - plastikiem, ciepłem i sztucznością. A teraz rownież strachem.
- Panie i panowie - krzyknęła kobieta w mundurze. - Dla własnego
bezpieczeństwa proszę zachować spokój i pozostać na miejscu do
zakończenia działań wojskowych.
- Jak dokładnie wyglądają działania wojskowe? - zapytała kobieta stojąca
tuż obok Praksa tonem, który zmienił słowa w żądanie.
- Sytuacja jest dynamiczna - odpowiedziała kobieta w mundurze.
Praks pomyślał, że w jej głosie brzmi niebezpieczne napięcie. Była
równie wystraszona jak wszyscy inni. Tyle że ona miała broń. To nie
mogło się udać. Musi znaleźć jakiś inny sposób. Trzymając w ręku jedyny
pozostały egzemplarz glycine kenon, oddalił się od stacji metra.
Miał osiem lat, gdy jego ojciec przeniósł się z gęsto zaludnionych
ośrodków na Europie, by pomóc budować laboratorium badawcze na
Ganimedesie. Konstrukcja trwała dziesięć lat, podczas których Praks
zaliczył trudny okres dojrzewania. Kiedy rodzice spakowali się, by
przenieść rodzinę na miejsce nowego kontraktu, asteroidę na
ekscentrycznej orbicie w okolicach Neptuna, Praks został. Załatwił sobie
staż z botaniki, myśląc, że dzięki niemu będzie mógł hodować nielegalną,
nieopodatkowaną marihuanę, ale szybko odkrył, że na ten sam pomysł
wpadła jedna trzecia studentów. Cztery lata spędzone na próbach
znalezienia zapomnianego schowka lub porzuconego tunelu niezajętego
jeszcze przez nielegalny eksperyment hydroponiczny zapewniły mu dobrą
znajomość rozkładu tuneli.
Szedł teraz przez stare, wąskie korytarze konstrukcji pierwszej
generacji. Kobiety i mężczyźni siedzieli pod ścianami lub w barach i restauracjach, z twarzami pustymi, pełnymi gniewu lub strachu. Zamiast
zwykłych wiadomości - na ekranach leciały stare programy rozrywkowe z muzyką, teatrem lub abstrakcyjną sztuką. Żaden terminal ręczny nie
rozbrzmiewał powiadomieniami o przychodzących wiadomościach.
Przy centralnych kanałach powietrznych znalazł to, czego szukał. Dział
konserwacji zawsze trzymał tam kilka starych elektrycznych skuterów.
Nikt ich już nie używał. Ponieważ Praks był starszym naukowcem, jego
terminal pozwolił mu przejść przez bramkę w rdzewiejącym płocie. Znalazł
skuter z przyczepką i do połowy naładowanym akumulatorem. Minęło siedem
lat, od kiedy ostatni raz prowadził taką maszynę. Wsadził glycine
kenon do bocznego wózka, przeszedł przez sekwencję diagnostyczną i wjechał w korytarz.
Przy pierwszych trzech rampach stali żołnierze, tak jak przy stacji
metra, więc nawet nie próbował się zatrzymywać. Przy kolejnej, tunelu
zaopatrzeniowym prowadzącym z powierzchniowych magazynów w dół, do
reaktorów, nie było nikogo. Zatrzymał się na chwilę. W powietrzu unosiła
się kwaśna woń, której nie potrafił zidentyfikować. Powoli zaczęły do
niego docierać inne szczegóły. Ślady spalenizny na panelu ściennym,
smuga czegoś ciemnego na podłodze korytarza. Usłyszał odległe dźwięki,
które dopiero po trzech czy czterech sekundach zidentyfikował jako
wystrzały.
Najwyraźniej "dynamiczna sytuacja" oznaczała walki w tunelach. W jego
głowie pojawił się obraz sali Mei podziurawionej kulami i zalanej krwią,
tak jaskrawy, jakby go sobie przypomniał, a nie wyobraził. Znowu
opanowała go panika odczuwana wcześniej pod kopułą, tylko sto razy
silniejsza.
- Nic jej nie jest - powiedział do rośliny. - Nie dopuściliby do
strzelaniny w przedszkolu. Tam są dzieci.
Czarnozielone liście zaczynały już więdnąć. Przecież nie prowadziliby
wojny przy dzieciach. Ani zapasach jedzenia. Ani delikatnych kopułach
rolniczych. Znowu trzęsły mu się ręce, ale nie tak mocno, żeby nie mógł
kierować.
? ? ?
Pierwszy wybuch nastąpił, gdy zjeżdżał rampą między siódmym a ósmym
poziomem, wzdłuż boku jednej z niedokończonych jaskiń, olbrzymich niczym
katedry, gdzie pozostawiono surowy lód księżyca do tajania i ponownego
zamrażania w czymś, co było po części zieleńcem, a po części wielkim
dziełem sztuki. Zobaczył błysk, potem oberwał falą uderzeniową i skuter
wpadł w poślizg. Ściana zbliżała się szybko, więc Praks wyszarpnął nogę,
zanim doszło do uderzenia. Usłyszał krzyczące gdzieś w górze głosy.
Żołnierze pewnie mieli pancerze i rozmawiali przez radio. Przynajmniej
tak sądził. Krzyczący w górze ludzie musieli być po prostu ludźmi.
Ścianę jaskini wyżłobił drugi wybuch, odrywając od sufitu kawał lodu
wielkości traktora. Bryła opadała powoli, lecz nieubłaganie ku podłodze,
a potem rozbiła się o nią. Praks robił, co mógł, by utrzymać skuter w pionie. Jego serce waliło, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej.
Na górnej krawędzi zakrzywionej rampy zobaczył postacie w pancerzach.
Nie wiedział, czy to żołnierze ONZ, czy Marsa. Jeden zwrócił się w jego
stronę, unosząc karabin, więc Praks podkręcił gaz, pędząc szybko w dół
rampy. Ścigał go stukot broni automatycznej, woń dymu i pary.
Drzwi przedszkola były zamknięte. Nie wiedział, czy to dobry, czy zły
znak. Zatrzymał chwiejny skuter i zeskoczył z niego. Uginały się pod nim
nogi. Chciał zapukać delikatnie w stalowe drzwi wejściowe, ale przy
pierwszej próbie rozerwał sobie skórę na kostkach.
- Otwórzcie! W środku jest moja córka! - Krzyczał jak szaleniec, ale
ktoś w środku go usłyszał albo zobaczył na ekranie monitoringu.
Przegubowe stalowe płyty drzwi drgnęły i zaczęły się unosić. Praks
rzucił się na ziemię i przecisnął się pod nimi.
Nową nauczycielkę, pannę Carrie, spotkał zaledwie kilka razy,
odprowadzając lub odbierając Mei. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia
lat, była wysoka i szczupła na sposób Pasiarzy. Nie pamiętał, żeby jej
twarz była tak szara.
Z drugiej strony sala była nietknięta. Dzieci siedziały w kręgu,
śpiewając piosenkę o podróży przez Układ Słoneczny, z rymami dla
wszystkich większych asteroid Pasa. Nie zobaczył żadnej krwi ani dziur
po kulach, choć przez otwory wentylacyjne docierała woń palonego
plastiku. Musiał zabrać Mei w jakieś bezpieczne miejsce, choć nie bardzo
wiedział, gdzie je znaleźć. Popatrzył na krąg dzieci, próbując wyłowić
jej twarz i włosy.
- Mei tu nie ma, proszę pana - powiedziała panna Carrie głosem
równocześnie zdyszanym i napiętym. - Dzisiaj rano zabrała ją mama.
- Dziś rano? - odpowiedział Praks, ale jego umysł zatrzymał się na
słowie "mama". Co Nicola robiła na Ganimedesie? Dwa dni temu dostał od
niej wiadomość w sprawie wyroku dotyczącego alimentów, nie mogła
dostać się z Ceres na Ganimedesa w dwa dni...
- Zaraz po drugim śniadaniu - dodała nauczycielka.
- Chce pani powiedzieć, że została ewakuowana. Ktoś przyszedł i ewakuował Mei.
Nastąpił kolejny wybuch, który wstrząsnął lodem. Jedno z dzieci
krzyknęło przestraszone. Nauczycielka obejrzała się w tamtym kierunku,
potem z powrotem spojrzała na niego. Gdy znów się odezwała, mówiła
ciszej.
- Zaraz po drugim śniadaniu przyszła jej mama. Zabrała Mei ze sobą. Nie
było jej tu przez resztę dnia.
Praks wyciągnął swój ręczny terminal. Wciąż nie miał połączenia, ale na
tapecie miał zdjęcie z pierwszych urodzin Mei, jeszcze w czasach, gdy
wszystko było dobrze. Całą wieczność temu. Wywołał zdjęcie i wskazał na
Nicolę, śmiejącą się i huśtającą małą, cudowną kulkę szczęścia, którą
była Mei.
- Ona? - zapytał Praks. - Ona tu była?
Nauczycielka milczała zmieszana. To była pomyłka. Ktoś - nowa opiekunka,
pracownik socjalny czy ktoś - przyszedł odebrać dziecko i zabrał
niewłaściwe.
- Była w komputerze - powiedziała nauczycielka. - Miałam ją w systemie.
Pokazało ją.
Zamigotały światła. Woń dymu nasiliła się, a wymienniki powietrza
brzęczały głośno, stukając i trzeszcząc w próbach odessania cząstek
stałych. Zakwilił chłopczyk, którego imię Praks powinien pamiętać, a nauczycielka odruchowo próbowała się do niego odwrócić. Praks chwycił ją
za łokieć i odwrócił z powrotem.
- Nie, popełniła pani błąd - oznajmił. - Komu wydała pani Mei?
- System powiedział, że to jej mama! Miała identyfikację. Dostała wstęp.
Z korytarza dobiegły przytłumione dźwięki strzelaniny. Ktoś na zewnątrz
wrzasnął, a potem dzieci zaczęły krzyczeć ze strachu. Nauczycielka
wyrwała rękę. Coś uderzyło o drzwi wejściowe.
- Miała około trzydziestki. Ciemne włosy, ciemne oczy. Był z nią lekarz,
ona była w systemie, a Mei nie robiła żadnych problemów.
- Wzięli jej lekarstwo? - zapytał. - Czy wzięli jej lekarstwo?
- Nie. Nie wiem. Chyba nie.
Choć wcale tego nie chciał, Praks potrząsnął kobietą. Tylko raz, ale
mocno. Jeśli Mei nie miała ze sobą lekarstwa, już ominęła południową
dawkę. Możliwe, że jej układ odpornościowy zacznie się wyłączać już
rano.
- Pokaż - zażądał Praks. - Pokaż mi zdjęcie. Tej kobiety, która ją
zabrała.
- Nie mogę! System nie działa - wykrzyczała nauczycielka. - W korytarzu
zabijają ludzi!
Krąg dzieci się rozpadł i ze wszystkich stron dobiegały przerażone
krzyki. Nauczycielka płakała, przyciskając dłonie do twarzy. Jej skóra
zrobiła się prawie sina. Czuł, jak w jego mózgu szaleje prawie zwierzęca
panika. Spokój, który na niego opadł, wcale jej nie ugasił.
- Czy jest tu jakiś tunel ewakuacyjny? - zapytał.
- Powiedzieli nam, żeby tu zostać - odparła nauczycielka.
- A ja pani mówię, żeby je ewakuować - warknął Praks, choć tak naprawdę
myślał: Muszę znaleźć Mei.
Rozdział czwarty
Bobbie
Przytomność wróciła falą gniewnego brzęczenia i bólu. Bobbie zamrugała,
próbując oczyścić głowę i zorientować się, gdzie jest. Wszystko było
szalenie niewyraźne. Brzęczący dźwięk okazał się alarmem jej skafandra.
Kolorowe światła błyskały przez twarz: wyświetlacz skafandra wysyłał jej
dane, których nie potrafiła odczytać. Sprzęt był w połowie procedury
ponownego uruchamiania i co chwila włączały się kolejne alarmy.
Próbowała poruszyć rękami i stwierdziła, że choć jest słaba, to nie jest
sparaliżowana ani unieruchomiona. Żel przeciwuderzeniowy w skafandrze
powrócił do postaci płynnej.
Coś poruszyło się w okienku słabego światła będącego wizjerem jej hełmu.
Głowa, pojawiająca się i znikająca z pola widzenia. Potem kliknięcie,
gdy ktoś podpiął kabel do zewnętrznego złącza skafandra. Czyli
sanitariusz pobierający dane o obrażeniach.
- Mamy cię, Gunny - zabrzmiał młody męski głos w głośniczkach skafandra.
- Mamy. Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze. Trzymaj się tam w środku.
Nie zdążył powiedzieć do końca "w środku", gdy znowu straciła
przytomność.
? ? ?
Obudziła się, odbijając się na noszach w długim, białym tunelu. Nie
miała już na sobie skafandra. Bobbie zaczęła się bać, że polowi technicy
medyczni nie tracili czasu na wyjmowanie jej z niego w standardowy
sposób, że po prostu aktywowali mechanizm awaryjnego rozsadzania
wszystkich uszczelek i złącz. Był to szybki sposób na wydostanie rannego
żołnierza z czterystu kilogramów opancerzonego egzoszkieletu, ale
skafander ulegał przy tym całkowitemu zniszczeniu. Bobbie poczuła
ukłucie żalu z powodu utraty wiernego, starego skafandra.
Chwilę później przypomniała sobie, że cały jej pluton został zabity na
jej oczach, i smutek z powodu utraty skafandra wydał się trywialny i poniżający.
Ostrzejszy ruch noszy posłał błyskawicę bólu wzdłuż jej kręgosłupa i z powrotem pogrążył ją w mroku.
? ? ?
- Sierżant Draper - powiedział głos.
Bobbie spróbowała otworzyć oczy i stwierdziła, że nie potrafi. Każda
powieka ważyła tonę i zmęczyła ją nawet próba ich rozchylenia. Zamiast
tego spróbowała więc odpowiedzieć i zawstydziła ją pijacka chrypka,
która wydobyła się z jej gardła.
- Jest ledwie na granicy przytomności - powiedział głos. Był głęboki,
łagodny i należał do mężczyzny. Wydawał się przepełniony ciepłem i troską.
Bobbie miała nadzieję, że będzie mówił dalej do czasu, aż znowu uśnie.
- Niech odpocznie - odpowiedział drugi głos, kobiecy i ostry. - Próba
jej całkowitego obudzenia może być teraz niebezpieczna.
- Nie obchodzi mnie, czy ją to zabije, pani doktor - zabrzmiał ten
ciepły głos. - Muszę porozmawiać z tym żołnierzem, i to teraz. Proszę
jej podać wszystko, co konieczne, aby do tego doprowadzić.
Bobbie uśmiechnęła się do siebie, nie przyswajając treści słów miłego
głosu, tylko jego ciepłe, miłe brzmienie. Dobrze było mieć kogoś
takiego, kto się o nią troszczył. Zaczęła z powrotem usypiać, witając
nadchodzący mrok jak starego przyjaciela.
? ? ?
Wzdłuż jej kręgosłupa powędrował biały ogień i usiadła gwałtownie na
łóżku, przytomna jak nigdy. Przypominało to przyjęcie koktajlu,
mieszanki chemicznej podawanej załogantom, by utrzymać ich w przytomności podczas manewrów z wysokim przeciążeniem. Bobbie otworzyła
oczy, po czym gwałtownie je zacisnęła, gdy jaskrawo białe światło w pomieszczeniu prawie wypaliło jej gałki oczne.
- Zgaście światło - wymamrotała szeptem wydobywającym się z suchego
gardła.
Czerwień przebijająca się przez zaciśnięte powieki osłabła, ale gdy
znowu je uniosła, wciąż było za jasno. Ktoś chwycił jej dłoń i przytrzymał, po czym wcisnął jej do ręki kubek.
- Potrafisz to utrzymać? - zapytał miły głos.
Bobbie nie odpowiedziała, po prostu przystawiła kubek do ust i łapczywie
wypiła wodę.
- Jeszcze - poprosiła i tym razem zabrzmiało to już prawie jak jej
zwykły głos.
Usłyszała dźwięki odsuwanego krzesła, a potem kroki oddalające się po
wykładanej kafelkami podłodze. Krótkie spojrzenie na otoczenie
powiedziało jej, że jest w szpitalu. Słyszała elektryczny szum urządzeń
medycznych w pobliżu, a w nosie o dominację walczyła woń antyseptyków i moczu. Ze wstydem zrozumiała, że to ona jest źródłem tego drugiego
zapachu. Przez chwilę słyszała wodę z kranu, potem kroki zbliżyły się do
niej. Z powrotem dostała kubek do ręki. Tym razem piła powoli,
pozwalając, by woda zostawała na chwilę w ustach, zanim ją przełknęła.
Była chłodna i pyszna.
- Jeszcze? - zapytał głos, gdy skończyła.
Pokręciła głową.
- Może później - stwierdziła. A potem, po chwili: - Czy ja oślepłam?
- Nie. Podano ci połączenie leków poprawiających skupienie i silnych
amfetamin. Przez co masz całkowicie rozszerzone źrenice. Przepraszam,
nie pomyślałem o przygaszeniu światła, zanim się obudzisz.
Głos wciąż był pełen ciepła i troski. Bobbie chciała zobaczyć twarz, do
której należał, więc zaryzykowała ostrożne rozchylenie jednej powieki.
Przygaszone światło nie piekło jej jak poprzednio, ale wciąż było
nieprzyjemne. Właścicielem głosu okazał się być bardzo wysoki i szczupły
mężczyzna w mundurze wywiadu floty. Twarz miał wąską i napiętą, jakby
czaszka pod spodem usiłowała się przebić przez skórę. Posłał w jej
stronę przerażający uśmiech, który nie sięgał poza lekkie uniesienie
kącików ust.
- Sierżant kompanii Roberta W. Draper, 2. Korpus Ekspedycyjny Marines -
powiedział głosem tak niepasującym do wyglądu, że Bobbie odniosła
wrażenie oglądania filmu z dubbingiem z innego języka.
- Tak jest, sir - odpowiedziała Bobbie po kilku sekundach ciszy, po czym
zerknęła na jego belki i dodała: - Kapitanie.
Mogła teraz otworzyć oczy bez bólu, ale przez jej kończyny rozchodziło
się dziwne mrowienie, równocześnie odbierając im czucie i sprawiając, że
robiły się rozedrgane. Oparła się potrzebie przebierania palcami.
- Sierżancie Draper, jestem kapitan Thorsson i mam przeprowadzić
przesłuchanie. Straciliśmy cały pluton. Na Ganimedesie doszło do
dwudniowej walnej bitwy między siłami Organizacji Narodów Zjednoczonych
i Marsjańskiej Republiki Kongresowej. Która, według ostatnich szacunków,
doprowadziła do strat o wartości ponad pięciu miliardów dolarów MRK w zniszczonej infrastrukturze oraz śmierci prawie trzech tysięcy osób
personelu wojskowego i cywilnego.
Znowu urwał, patrząc na nią zmrużonymi oczami, które lśniły jak u węża.
- Tak jest, sir - odpowiedziała Bobbie niepewna, jakiej reakcji
oczekiwał.
- Sierżant Draper, dlaczego wasz pluton ostrzelał i zniszczył placówkę
wojskową ONZ przy kopule czternaście?
To pytanie było tak absurdalne, że umysł Bobbie spędził kilka sekund na
próbach zrozumienia, o co naprawdę mu chodziło.
- Kto rozkazał wam otworzyć ogień i dlaczego?
Oczywiście, nie mógł pytać, dlaczego jej ludzie rozpoczęli walkę. Nie
wiedział o potworze?
- Nie wie pan o potworze?
Kapitan Thorsson się nie poruszył, ale kąciki jego ust opadły, a czoło
zebrało się w bruzdy nad nosem.
- Potworze - powiedział, nie zmieniając ani odrobinę ciepłego tonu
głosu.
- Sir, jakiś rodzaj potwora... mutanta... coś zaatakowało placówkę ONZ.
Ich żołnierze biegli do nas, żeby przed tym uciec. Nie strzelaliśmy do
nich. Ten... cokolwiek to było, pozabijało ich, a potem zabiło nas -
powiedziała, czując mdłości. Musiała urwać, żeby przełknąć kwaśny smak w ustach. - To znaczy, wszystkich oprócz mnie.
Thorsson przez chwilę marszczył brwi, potem sięgnął do jednej z kieszeni
i wyciągnął mały dyktafon cyfrowy. Wyłączył go i położył na tacy obok
łóżka Bobbie.
- Zamierzam dać wam drugą szansę, sierżancie. Jak dotąd wasze akta są
wzorowe. Jesteście świetną marine. Jedną z najlepszych. Czy chcecie
zacząć jeszcze raz?
Podniósł dyktafon i przystawił palec do przycisku kasowania, patrząc na
nią znacząco.
- Myśli pan, że kłamię? - zapytała. Swędzenie w kończynach rozwinęło się
w bardzo silną chęć sięgnięcia i wyrwania draniowi ręki przy samym
barku. - Wszyscy do tego strzelaliśmy. Muszą być nagrania z kamer
karabinów całego plutonu, jak to coś zabija żołnierzy ONZ, a potem
atakuje nas. Sir.
Thorsson pokręcił swoją głową niczym topór, mrużąc przy tym oczy tak, że
prawie całkiem je zamknął.
- Nie mamy transmisji plutonu przez cały okres walki, żadnych
przesłanych danych...
- Byliśmy zagłuszani - wtrąciła się Bobbie. - Ja też straciłam łącze
radiowe, gdy zbliżyłam się do potwora.
Thorsson kontynuował jakby w ogóle się nie odezwała.
- A cały lokalny sprzęt przepadł, gdy na kopułę spadło lustro orbitalne.
Byliście poza miejscem uderzenia, ale fala uderzeniowa odrzuciła was
prawie o ćwierć kilometra. Znalezienie was chwilę trwało.
"Cały lokalny sprzęt przepadł".
Taki sterylny sposób na określenie rzezi. Wszyscy w plutonie Bobbie
zostali rozwaleni na kawałki i parę, gdy z orbity spadło na nich kilka
tysięcy ton lustra.
Jeden z monitorów włączył cichy alarm, ale nikt nie zwrócił na niego
uwagi, więc ona też go zignorowała.
- Mój skafander, sir. Ja też do tego strzelałam. Moje nagranie wciąż
powinno tam być.
- Tak - zgodził Thorsson. - Zbadaliśmy nagrania wideo waszego skafandra.
Nie ma tam nic poza szumami.
To przypomina kiepski horror, pomyślała. Bohaterka, która widzi potwora,
ale nikt nie chce jej uwierzyć. Wyobraziła sobie drugą część, w której w niełasce staje przed sądem wojennym i zyskuje odkupienie dopiero w trzeciej części, gdy potwór pojawia się ponownie i zabija wszystkich,
którzy nie wierzyli...
- Chwila! - rzuciła. - Jakiego kodowania użyliście? Mój skafander to
starszy model, używa kompresji wideo w wersji 5.1. Proszę to powiedzieć
technikowi i niech spróbują jeszcze raz.
Thorsson patrzył na nią przez kilka chwil, po czym wyciągnął swój ręczny
terminal i do kogoś zadzwonił.
- Przynieście skafander bojowy sierżant Draper do jej kabiny. I przyślijcie technika ze sprzętem wideo.
Odłożył terminal, a potem posłał Bobbie kolejny ze swoich przerażających
uśmieszków.
- Przyznaję, sierżancie, że jestem bardzo ciekaw tego, co chcecie mi
pokazać. Jeśli to wciąż jakiś podstęp, to kupiliście sobie tylko kilka
minut.
Bobbie nie odpowiedziała, ale jej reakcja na podejście Thorssona
zmieniła się w końcu ze strachu zmieszanego ze złością w irytację.
Podciągnęła się do góry na wąskim szpitalnym łóżku i obróciła na bok,
siadając na brzegu i odsuwając kołdrę. Jej rozmiary sprawiały, że
bliskość zwykle wzbudzała w mężczyznach lęk lub pożądanie. A oba te
uczucia sprawiały, że czuli dyskomfort. Nachyliła się lekko w stronę
Thorssona i poczuła satysfakcję, gdy odsunął nieco swoje krzesło.
Po rysującej się na jego twarzy odrazie poznała, że natychmiast
zorientował się, co zrobiła, i odwrócił wzrok, by nie patrzeć jej w oczy.
Otworzyły się drzwi i dwóch techników w kombinezonach floty wprowadziło
do środka jej skafander na wózku. Nienaruszony. Czyli nie rozwalili go,
wyciągając ją. Poczuła gulę w gardle i z wysiłkiem z powrotem ją
przełknęła. Nie zamierzała okazać choćby cienia słabości w obecności
tego błazna Thorssona.
- Ty. - Błazen wskazał technika starszego stopniem. - Jak się nazywasz?
- Bosman elektryk Singh, sir - odpowiedział zapytany, stając na
baczność.
- Panie Singh, sierżant Draper twierdzi, że jej kombinezon stosuje inną
kompresję wideo niż nowsze skafandry i to dlatego nie potrafiliście
odczytać jej danych wideo. Czy to prawda?
Singh uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Cholera. Tak - potwierdził. - Nie pomyślałem... to stary skafander
Goliat typ III. Kiedy zaczęli robić typ IV, całkowicie przepisali
oprogramowanie sprzętowe. Zupełnie inny system zapisu wideo. Rety, czuję
się strasznie głupio...
- Właśnie - przerwał mu Thorsson. - Zróbcie cokolwiek potrzeba, żeby
wyświetlić nagranie wideo zapisane w tym skafandrze. Im szybciej to
zrobicie, tym mniej czasu będę miał do rozważań nad opóźnieniami
spowodowanymi waszą niekompetencją.
Trzeba Singhowi przyznać, że nie próbował odpowiadać. Natychmiast
podpiął skafander do monitora i zaczął pracować. Bobbie przyjrzała się
swojemu pancerzowi. Miał mnóstwo zadrapań i wgnieceń, ale poza tym
wydawał się nieuszkodzony. Poczuła silną ochotę, by go założyć, a potem
poinformować Thorssona, gdzie może sobie wsadzić swoje nastawienie.
Przez jej nogi i ręce przebiegły kolejne dreszcze. Coś zamigotało w jej
szyi jak bicie serca małego zwierzątka. Sięgnęła i dotknęła tego
miejsca. To był jej puls. Zaczęła coś mówić, ale technik właśnie wykonał
gest zwycięstwa i przybił piątkę z kolegą.
- Mam to, sir - powiedział Singh, po czym odtworzył nagranie.
Bobbie próbowała oglądać, ale obraz robił się niewyraźny. Sięgnęła do
ręki Thorssona, by zwrócić jego uwagę, ale w jakiś sposób nie trafiła i coraz bardziej przechylała się do przodu.
I znowu to samo, pomyślała, ogarnął ją krótki moment nieważkości i znowu
zapadła w mrok.
? ? ?
- Niech to szlag - warknął ostry głos. - Do cholery, mówiłam, że tak
będzie. Ta kobieta doznała ciężkich obrażeń wewnętrznych i paskudnego
wstrząśnienia mózgu, nie może jej pan po prostu naszprycować amfą i przesłuchiwać. To nieodpowiedzialne. To cholerna zbrodnia!
Bobbie otworzyła oczy. Znowu była w łóżku. Thorsson siedział obok niej
na krześle. Przy nogach łóżka stała korpulentna blondynka w fartuchu
szpitalnym z twarzą zaczerwienioną ze złości. Kiedy zobaczyła, że Bobbie
jest przytomna, podeszła do niej i ujęła jej dłoń.
- Sierżant Draper, proszę się nie ruszać. Upadła pani i część obrażeń
się nasiliła. Zdołaliśmy panią ustabilizować, ale teraz musi pani
odpocząć.
Mówiąc to, lekarka patrzyła na Thorssona, wyrazem twarzy dodając
wykrzykniki po każdym zdaniu. Bobbie kiwnęła do niej głową, przez co
poczuła się jakby miała tam miskę wody niesioną w przesuwającym się
ciążeniu. Brak bólu prawdopodobnie oznaczał, że podali jej wszystkie
leki przeciwbólowe, jakie mieli na stanie.
- Pomoc sierżant Draper była kluczowa - odpowiedział Thorsson bez śladu
przeprosin w ciepłym głosie. - Dzięki niej może uda nam się uniknąć
otwartej wojny z Ziemią. Ryzykowanie własnym życiem, żeby inni nie
musieli ginąć, to w zasadzie definicja pracy Roberty.
- Nie nazywaj mnie Roberta - wymamrotała Bobbie.
- Gunny - poprawił się Thorsson. - Przykro mi z powodu tego, co stało
się z waszą drużyną. Ale przede wszystkim przepraszam za to, że wam nie
uwierzyłem. Dziękuję za profesjonalną reakcję. Dzięki niej uniknęliśmy
poważnego błędu.
- Myślałam tylko, że jesteś dupkiem - powiedziała Bobbie.
- Taką mam pracę, żołnierzu. - Thorsson wstał. - Odpocznijcie. Wyślemy
was, gdy tylko zbierzecie dość sił na podróż.
- Wyślecie mnie? Z powrotem na Marsa?
Thorsson nie odpowiedział. Kiwnął głową lekarce, a potem wyszedł.
Kobieta wcisnęła przycisk na jednym z urządzeń obok łóżka Bobbie i coś
chłodnego wpłynęło do jej ramienia. Zgasło światło.
? ? ?
Galaretka. Czemu w szpitalach zawsze podają galaretkę?
Bobbie bez entuzjazmu dźgnęła łyżkowidelcem drżącą półkulę na talerzu. W końcu czuła się dość dobrze, by jeść, a miękkie, przejrzyste dania,
które jej przynoszono, zaczynały się jej nudzić. W tej chwili atrakcyjna
wydawała się nawet wysokobiałkowa i zawierająca dużo węglowodanów breja,
którą serwowano na większości jednostek floty. Albo zalany sosem gruby
stek z grzybów z dodatkiem kuskusu...
Rozsunęły się drzwi do jej pokoju i weszła lekarka, Trisha Pichon (która
upierała się, by zwracać się do niej doktor Trish) w towarzystwie
kapitana Thorssona i jeszcze jednego, nieznanego jej mężczyzny. Thorsson
poczęstował ją swoim upiornym uśmiechem, ale Bobbie nauczyła się już, że
jego twarz po prostu tak działała. Wydawało się, że brak mu mięśni
potrzebnych do normalnego uśmiechu. Nowy mężczyzna miał na sobie mundur
kapelana marines o nieokreślonej przynależności religijnej.
Pierwsza odezwała się doktor Trish.
- Dobre wieści, Bobbie. Jutro cię wypuścimy. Jak się czujesz?
- Dobrze. Głodna - odpowiedziała Bobbie, znowu szturchając galaretkę.
- W takim razie spróbujemy ci podać prawdziwe jedzenie - stwierdziła
doktor Trish z uśmiechem i wyszła z pokoju.
Thorsson wskazał kapelana.
- To kapitan Martens. Poleci z nami. Zostawię was, żebyście się mogli
poznać.
Thorsson wyszedł, zanim Bobbie zdążyła zareagować, a Martens usiadł na
krześle stojącym obok łóżka. Wyciągnął rękę, więc ją uścisnęła.
- Witam, sierżancie - powiedział. - Ja...
- Kiedy na formularzu dwa tysiące siedemset dziewięćdziesiąt zaznaczyłam
"brak" w polu dotyczącym religii, traktowałam to poważnie - przerwała mu
Bobbie.
Martens uśmiechnął się, najwyraźniej wcale niedotknięty jej
impertynencją ani agnostycyzmem.
- Nie przyszedłem tu jako doradca religijny, sierżancie. Jestem również
przeszkolonym psychoterapeutą, a ponieważ byliście świadkiem śmierci
wszystkich członków swojej jednostki i sami o mało co nie zginęliście,
kapitan Thorsson i wasza lekarka zgadzają się, że możecie potrzebować
mojej pomocy.
Bobbie zaczęła protestować, ale jej słowa zostały zdławione przez nagłą
gulę w gardle. Ukryła dyskomfort, popijając wodę z kubka.
- Nic mi nie jest. Dziękuję za odwiedziny.
Martens odchylił się na oparcie krzesła, ani na chwilę nie przestając
się uśmiechać.
- Gdyby faktycznie nic wam nie było po tym, co przeszliście, byłby to
znak, że coś z wami jest źle. A niedługo zostaniecie wrzuceni w sytuację, która będzie się wiązać z dużym napięciem emocjonalnym i intelektualnym. Gdy znajdziemy się na Ziemi, nie będziecie mogli sobie
pozwolić na luksus załamania emocjonalnego lub reakcje pourazowe. Czeka
nas sporo pracy.
- Ziemia? - Bobbie chwyciła się tego słowa. - Chwileczkę. Czemu lecę na
Ziemię?
Rozdział piąty
Avasarala
Chrisjen Avasarala, zastępca podsekretarza rządu, siedziała blisko końca
stołu. Miała na sobie pomarańczowe sari, będące jedynym barwnym akcentem
pośród wojskowych granatów i szarości spotkania. Oprócz niej przy stole
siedziało siedmiu dowódców poszczególnych typów sił zbrojnych
Organizacji Narodów Zjednoczonych, sami mężczyźni. Znała ich nazwiska,
przebiegi karier i profile psychologiczne, wysokość pensji, powiązania
polityczne i wiedziała, z kim sypiali. Pod ścianami, jak wstydliwi
nastolatkowie na tańcach, stali sztywno asystenci i członkowie
personelu. Avasarala wyciągnęła z torebki pistację, dyskretnie otworzyła
skorupkę i włożyła do ust słony orzeszek.
- Wszelkie spotkania z marsjańskim dowództwem będą musiały poczekać na
ustabilizowanie się sytuacji na Ganimedesie. Wcześniejsze prowadzenie
oficjalnych rozmów dyplomatycznych wywoła wrażenie, że akceptujemy nowe
status quo. - Mówił admirał Nguyen, najmłodszy z obecnych. Drapieżny.
Pełen przekonania o swojej wyjątkowości, jak to zwykle bywało u młodych
mężczyzn, którzy odnieśli sukces.
Generał Adiki-Sandoval kiwnął głową szeroką jak u byka.
- Zgadzam się. Nie możemy myśleć tylko o Marsie. Jeśli zaczniemy
sprawiać wrażenie słabych, Sojusz Planet Zewnętrznych z pewnością nasili
działania terrorystyczne.
Mikel Agee z korpusu dyplomatycznego odchylił się na fotelu i nerwowo
oblizał wargi. Jego lśniące, czarne włosy i ściągnięta twarz nadawały mu
wygląd wielkiego, człekokształtnego szczura.
- Panowie, muszę się nie zgodzić...
- Oczywiście, że tak - rzucił cierpko generał Nettleford.
Agee go zignorował.
- Spotkanie z Marsem na tym etapie jest koniecznym krokiem. Jeśli
zaczniemy piętrzyć warunki wstępne i przeszkody, to nie tylko cały
proces potrwa dłużej, ale wzrośnie też ryzyko wznowienia wrogich
działań. Jeśli zdołamy zmniejszyć ciśnienie, spuścić trochę pary...
Admirał Nguyen kiwnął głową z twarzą bez wyrazu. Odezwał się
konwersacyjnym tonem.
- Czy wy tam w dyplomacji macie jakieś metafory świeższe niż silnik
parowy?
Avasarala zaśmiała się ze wszystkimi. Ona też nie miała dobrej opinii na
temat kompetencji Ageego.
- Mars już eskalował - zauważył generał Nettleford. - Wydaje mi się, że
w tej chwili najlepszym ruchem będzie ściągnięcie Siódmej z powrotem ze
stacji Ceres. Niech lecą. Powiesimy na ścianie tykający zegar i zobaczymy, czy Mars będzie chciał bronić Ganimedesa.
- Mówisz o przeniesieniu ich do układu Jowisza? - zapytał Nguyen. - Czy
wysłaniu w stronę Marsa?
- Wysłanie czegoś stamtąd w stronę Ziemi wygląda bardzo podobnie do
wysłania go w stronę Marsa - odpowiedział Nettleford.
Avasarala odchrząknęła.
- Macie coś nowego na temat początkowego ataku? - spytała.
- Pracują nad tym technicy - odpowiedział Nettleford. - Ale to tylko
wzmacnia moje stanowisko. Jeśli Mars testuje na Ganimedesie nowe
technologie, nie możemy im pozwolić na kontrolowanie tempa. Musimy
umieścić na stole własne zagrożenie.
- Ale to była protomolekuła, tak? - zapytał Agee. - To znaczy, to coś,
co było na Erosie, gdy został przejęty?
- Pracujemy nad tym - powtórzył Nettleford, z większym naciskiem na
słowa. - Istnieją pewne powierzchowne podobieństwa, ale też podstawowe
różnice. Protomolekuła nie rozprzestrzeniła się tak, jak na Erosie.
Ganimedes nie zmienia się tak, jak stało się z populacją Erosa. Na
podstawie zebranych obrazów satelitarnych wygląda na to, że to coś
skierowało się na terytorium Marsjan i uległo samozniszczeniu albo oni
się tego pozbyli. Jeśli to w ogóle ma związek z Erosem, zostało mocno
dopracowane.
- Czyli Mars ma próbkę i zdołali zrobić z tego broń - stwierdził admirał
Souther. Nie odzywał się często i Avasarala zawsze zapominała, jak
wysoki ma głos.
- To jedna z możliwości - przyznał Nettleford. - Bardzo poważna
możliwość.
- Słuchajcie - powiedział Nguyen z pełnym samozadowolenia uśmieszkiem,
jak dziecko pewne, że dostanie to, czego chce. - Wiem, że nie ma mowy o pierwszym uderzeniu, ale musimy porozmawiać na temat ograniczeń
bezpośredniej odpowiedzi. Jeśli było to przygotowanie do czegoś
większego, czekanie może się równać wyjściu przez śluzę.
- Powinniśmy odbyć to spotkanie z Marsem - oświadczyła Avasarala.
W pokoju zapadła cisza. Twarz Nguyena pociemniała.
- Czy to... - zaczął, ale nie dokończył zdania.
Avasarala patrzyła, jak mężczyźni przyglądają się sobie nawzajem.
Wyciągnęła z torebki kolejną pistację, zjadła orzeszek i schowała
skorupki. Agee próbował nie wyglądać na zadowolonego. Naprawdę będzie
musiała się dowiedzieć, kto zdołał wystawić go do reprezentowania
korpusu dyplomatycznego. To był fatalny wybór.
- Będzie problem z zapewnieniem bezpieczeństwa - zauważył Nettleford. -
Nie wpuścimy ich okrętów wewnątrz naszego skutecznego obwodu obronnego.
- No cóż, nie możemy tego spotkania przeprowadzić na ich warunkach.
Jeśli mamy to zrobić, chcemy ich tutaj, w miejscu, gdzie będziemy
kontrolować teren.
- Zaparkować ich w bezpiecznej odległości i podjąć naszymi
transporterami?
- Nigdy się na to nie zgodzą.
- W takim razie sprawdźmy, na co pójdą.
Avasarala cicho wstała i ruszyła do drzwi. Jej asystent - pochodzący z Europy młodzieniec, Soren Cottwarld - oderwał się od ściany i poszedł
jej śladem. Generałowie udawali, że nie widzą jej wyjścia, a może byli
tak pogrążeni w nowych problemach, które im podsunęła, że faktycznie im
to umknęło. W każdym razie nie miała wątpliwości, że są równie
zadowoleni z jej nieobecności, jak ona z wyjścia.
Korytarze kompleksu ONZ w Hadze były czyste i szerokie, urządzone w łagodnym stylu nadającym wszystkiemu wygląd muzealnej dioramy
portugalskich kolonii z lat czterdziestych dwudziestego wieku.
Zatrzymała się przy recyklerze odpadów organicznych i zaczęła wydłubywać
łupiny z torebki.
- Co następne? - zapytała.
- Odprawa z panem Errinwrightem.
- A później?
- Meeston Gravis w sprawie problemu afgańskiego.
- Anuluj to.
- Co mam im powiedzieć?
Avasarala otrzepała dłonie nad koszem i odwróciła się, maszerując
energicznie w stronę centralnych pomieszczeń i wind.
- Pieprzyć go - rzuciła. - Powiedz mu, że Afgańczycy opierali się
zewnętrznej władzy, jeszcze zanim moi przodkowie wyrzucili od siebie
Brytyjczyków. Dam mu znać, gdy tylko znajdę sposób, żeby to zmienić.
- Tak jest, proszę pani.
- Potrzebuję też zaktualizowanego podsumowania w sprawie Wenus.
Najnowszego. I nie mam czasu na zdobycie kolejnego doktoratu, żeby go
przeczytać, więc jeśli nie będzie napisany jasnym, czytelnym językiem,
wywal sukinsyna i znajdź kogoś, kto potrafi pisać.
- Tak jest, proszę pani.
Winda jadąca z poziomu lobby i sal konferencyjnych do biur błyszczała
jak osadzony w stali oszlifowany diament i mogła swobodnie pomieścić
stół zastawiony na cztery osoby. Rozpoznała ich, gdy weszli, i zaczęła
wznoszenie się poprzez poziomy. Na zewnątrz okien wspólnych obszarów
Binnenhof wydawał się kurczyć, a pod idealnie błękitnym niebem
rozciągało się olbrzymie mrowisko budynków Hagi. Była wiosna i śnieg
leżący w mieście od grudnia w końcu zniknął. Z ulic daleko w dole
zrywały się stada gołębi. Na planecie mieszkało trzydzieści miliardów
ludzi, ale nigdy nie będzie ich więcej niż gołębi.
- To sami pieprzeni faceci - rzuciła.
- Przepraszam? - zapytał Soren.
- Generałowie. To sami pieprzeni faceci.
- Myślałem, że Souther był jedynym...
- Nie oni pieprzą, tylko są pieprzeni. Ta banda to sami mężczyźni. Kiedy
ostatni raz to kobieta dowodziła siłami zbrojnymi? Na pewno nie za moich
czasów. I w ten sposób otrzymujemy kolejny przykład tego, co dzieje się
z polityką, gdy w pokoju unosi się za dużo testosteronu. Co mi
przypomina jedną rzecz: skontaktuj się z Annette Rabbir z infrastruktury. Nie ufam Nguyenowi. Chcę wiedzieć, jeśli nastąpi
nasilenie wymiany wiadomości między nim a kimkolwiek ze zgromadzenia
ogólnego.
Soren odchrząknął.
- Bardzo przepraszam, ale czy kazała mi pani właśnie szpiegować admirała
Nguyena?
- Nie, poprosiłam o wszechstronny audyt całego ruchu sieciowego i nie
obchodzi mnie wynik ogólny, tylko część dotycząca biura Nguyena.
- Oczywiście. Mój błąd.
Winda wzniosła się powyżej okien, pozostawiając w dole widok miasta, i pogrążyła się w ciemnym tunelu prywatnych biur. Avasarala strzeliła
kostkami palców.
- Choć tak na wszelki wypadek - dodała - zrób to z własnej inicjatywy.
- Tak jest, proszę pani. Też tak pomyślałem.
Dla osób znających Avasaralę tylko ze słyszenia - jej biuro wyglądało
zwodniczo skromnie. Znajdowało się po wschodniej stronie budynku, gdzie
zwykle karierę zaczynali urzędnicy niżsi rangą. Miała okno z widokiem na
miasto, ale nie narożne. Ekran zajmujący większość południowej ściany
był wyłączany, gdy nie był potrzebny, prezentując się jako matowoczarny
prostokąt. Pozostałe ściany pokryto bambusowymi panelami. Dywan miał
praktyczne, krótkie włosie i wzory ułatwiające ukrycie plam. Jedyną
ozdobą była mała kapliczka z glinianą rzeźbą Gautamy Buddy, stojąca obok
biurka, oraz wazon z rżniętego kryształu z bukietem przysyłanym w każdy
czwartek przez jej męża, Arjuna. Pomieszczenie pachniało świeżymi
kwiatami i starym dymem fajkowym, choć Avasarala nigdy nie paliła i nie
znała nikogo, kto by palił. Podeszła do okna. W dole rozciągało się
miasto zamknięte w betonie i antycznym kamieniu.
Na ciemniejącym niebie świeciła Wenus.
W ciągu dwunastu lat, przez które zasiadała przy tym biurku, w tym
pokoju, zmieniło się wszystko. Sojusz między Ziemią i jej młodszym
bratem był kiedyś wieczny i nienaruszalny. Pas stanowił źródło irytacji
i kryjówkę niewielkich grup renegatów i wichrzycieli, którzy częściej
ginęli na skutek awarii statków niż trafiali przed sądy. Ludzkość była
sama we wszechświecie.
A potem to tajne odkrycie, że Febe, dziwaczny księżyc Saturna, był
bronią obcych wystrzeloną na Ziemię, gdy życie było ledwie ciekawym
pomysłem osłoniętym błoną lipidową. Jak po czymś takim cokolwiek mogło
zostać takie samo?
A jednak. Owszem, Ziemia i Mars wciąż nie były pewne, czy są trwałymi
sojusznikami, czy śmiertelnymi wrogami. Tak, SPZ, Hezbollah próżni,
zmieniał się w prawdziwą siłę polityczną planet zewnętrznych. Prawda, to
coś, co miało przekształcić prymitywną biosferę Ziemi, poleciało na
przejętym asteroidzie w chmury Wenus i zaczęło tam coś robić.
A jednak wciąż przychodziła wiosna. Cykl wyborów nie ulegał zmianie.
Wieczorne gwiazdy nadal rozświetlały niebo w kolorze indygo, świecąc
jaśniej niż nawet największe miasta Ziemi.
Przeważnie znajdowała w tym komfort.
- Pan Errinwright - poinformował Soren.
Avasarala odwróciła się do budzącego się właśnie ekranu na ścianie.
Sadavir Errinwright miał skórę ciemniejszą niż ona i okrągłą, miękką
twarz. Świetnie wpasowywałaby się w dowolne miejsce Pendżabu, ale jego
głos emanował chłodnym, analitycznym rozbawieniem Brytanii. Miał na
sobie ciemny garnitur i elegancki, wąski krawat. Gdziekolwiek był, za
jego plecami świeciło jasne światło dnia. Obraz migotał, system wyraźnie
miał problem ze zrównoważeniem jasnego tła z ciemną twarzą, wyświetlając
go w cieniu rządowego biura lub jako sylwetkę otoczoną światłem.
- Mam nadzieję, że spotkanie było udane?
- Było nieźle - odpowiedziała. - Będziemy dalej pracować nad szczytem
marsjańskim. Obecnie dyskutują o kwestiach bezpieczeństwa.
- Taki był konsensus?
- Tak, gdy im to powiedziałam. Marsjanie wysyłają swoich najważniejszych
przedstawicieli na spotkanie z Organizacją Narodów Zjednoczonych, aby
osobiście przekazać przeprosiny i omówić sposób normalizacji stosunków i przywrócenia Ganimedesa do bla bla bla. Tak?
Errinwright podrapał się po brodzie.
- Nie jestem pewien, czy tak to widzą nasi odpowiednicy na Marsie -
stwierdził.
- To będą mogli protestować. Wyślemy bojowe informacje dla prasy i zagrozimy anulowaniem spotkania nawet w ostatniej chwili. Tego rodzaju
dramatyczne rozgrywki świetnie się sprzedają. A przede wszystkim
doskonale odwracają uwagę. Po prostu nie pozwól pustogłowemu mówić o Wenus albo Erosie.
Skurcz na jego twarzy był prawie niewidoczny.
- Proszę, czy mogłabyś nie określać sekretarza generalnego mianem
pustogłowego?
- Czemu nie? On wie, że to robię. Mówię mu to prosto w oczy, nie ma nic
przeciwko.
- Uważa, że żartujesz.
- Bo jest pieprzonym pustogłowym. Nie pozwól mu mówić o Wenus.
- A nagrania?
Pytanie było uzasadnione. Cokolwiek dokonało ataku na Ganimedesie,
zaczęło na terenie kontrolowanym przez ONZ. Jeśli wierzyć wymianie
wiadomości na poufnych kanałach - a zwykle były wiarygodne - Mars miał
nagranie z kamery skafandra jakiegoś marine. Avasarala obejrzała siedem
minut wysokiej rozdzielczości nagrania z czterdziestu kamer, na którym
to coś mordowało najlepszych ludzi, jakich mogła wystawić Ziemia. Nawet
gdyby Marsjan udało się przekonać do zamiecenia tego pod dywan, nie
będzie to proste.
- Daj mi czas do spotkania - odpowiedziała Avasarala. - Zobaczę, co
powiedzą i w jaki sposób. Wtedy będę wiedziała, co zrobić. Jeśli to
marsjańska broń, będzie to widać po tym, co przyniosą ze sobą do stołu.
- Rozumiem - odpowiedział powoli Errinwright. Co znaczyło, że nie
rozumie.
- Z całym należnym szacunkiem, sir - powiedziała - na razie to musi
pozostać wyłącznie między Ziemią a Marsem.
- Czy naprawdę chcemy dramatycznych rozgrywek między dwoma największymi
siłami wojskowymi w układzie? Jak to sobie wyobrażasz?
- Dostałam informację od Michaela-Jona de Uturbé o zwiększonej
aktywności na Wenus w tej samej chwili, gdy na Ganimedesie zaczęła się
strzelanina. To nie był wielki skok, ale zauważalny. A Wenus, która robi
się niespokojna, gdy na Ganimedesie pojawia się coś, co cholernie
przypomina protomolekułę? To problem.
Dała mu chwilę na przyswojenie tego, zanim zaczęła mówić dalej. Wzrok
Errinwrighta przesunął się, jakby czytał coś z powietrza. Było to dla
niego typowe, gdy intensywnie się zastanawiał.
- Potrząsanie szabelką to nic nowego - powiedziała. - Przeżyliśmy je.
Wszyscy wiedzą, czego się spodziewać. Mam segregator, w który wciśnięto
dziewięćset stron analiz i planów awaryjnych na wypadek konfliktu z Marsem, włącznie z czternastoma sposobami postępowania, gdyby rozwinęli
zupełnie nową, niespodziewaną technologię. Segregator ze scenariuszami
na wypadek pojawienia się czegoś z Wenus ma całe trzy strony i zaczyna
się od Krok pierwszy: pomódl się.
Errinwright spoważniał. Słyszała za sobą Sorena, siedzącego w ciszy
innej i bardziej emanującej niepokojem niż zwykle. Wyłożyła swój strach
na stół.
- Mamy trzy opcje - oznajmiła cicho. - Pierwsza: to dzieło Marsa. To
tylko wojna. Poradzimy sobie z tym. Druga: zrobił to ktoś inny.
Nieprzyjemne i niebezpieczne, ale do rozwiązania. Trzecia: zrobiło się
samo. A wtedy nie mamy nic.
- Zamierzasz wsadzić więcej stron do tego segregatora? - zapytał
Errinwright. Brzmiał nonszalancko, ale wcale się tak nie czuł.
- Nie, sir. Zamierzam dowiedzieć się, z którą z tych opcji faktycznie
mamy do czynienia. Jeśli to jedna z dwóch pierwszych, rozwiążę problem.
- A jeśli to trzecia?
- Przejdę na emeryturę - odpowiedziała. - Niech sprawą zajmie się jakiś
inny dureń.
Errinwright znał ją dość długo, by usłyszeć żart w jej głosie.
Uśmiechnął się i z roztargnieniem poprawił sobie krawat. To był jego
charakterystyczny ruch. Był równie zaniepokojony jak ona. Choć nie
zauważyłby tego nikt, kto nie znał go bardzo dobrze.
- To balansowanie na linie. Nie możemy dopuścić, by konflikt na
Ganimedesie zrobił się zbyt ostry.
- Dopilnuję, żeby była to jedynie impreza na boku - zapewniła Avasarala.
- Nikt nie zaczyna wojny bez mojego pozwolenia.
- Chcesz powiedzieć, że bez wydania stosownej decyzji przez sekretarza
generalnego, popartej głosowaniem zgromadzenia ogólnego.
- To ja mu mówię, kiedy może to zrobić - odcięła się. - Ale możesz mu
przekazać wieści. Jaja mu się kurczą, gdy takie rzeczy mówi mu stara
baba.
- Zdecydowanie nie możemy do tego dopuścić. Daj znać, czego się dowiesz.
Porozmawiam z ludźmi od pisania przemówień i dopilnuję, by tekst jego
oświadczenia nie wyszedł poza stosowne ramy.
- A ktokolwiek dopuści do wycieku nagrania z ataku, będzie odpowiadał
przede mną - dodała.
- Każdy, kto je wypuści, będzie winny zdrady, postawiony przed
prawomocnym sądem i wysłany na dożywocie do kolonii karnej na Lunie.
- Może być.
- Nie odstawiaj samosądów, Chrisjen. Mamy trudne czasy, im mniej
niespodzianek, tym lepiej.
- Tak jest, sir - odpowiedziała. Połączenie zostało zerwane, ekran
zgasł. Zobaczyła w nim swoje niewyraźne odbicie jako smugę pomarańczu z siwymi włosami. Soren był plamą khaki i bieli.
- Potrzebujesz więcej pracy?
- Nie, proszę pani.
- To wynoś się stąd w cholerę.
- Tak jest, proszę pani.
Usłyszała oddalające się kroki.
- Soren!
- Proszę pani?
- Daj mi listę wszystkich, którzy zeznawali podczas przesłuchań w sprawie zdarzenia na Erosie. I przepuść wszystko, co mówili, przez
analityków neuropsychiatrycznych, jeśli jeszcze nie zostało to zrobione.
- Czy chce pani transkrypcje?
- Tak, to też.
- Prześlę je pani najszybciej, jak to możliwe.
Zamknął za sobą drzwi, a Avasarala zapadła się w fotelu. Bolały ją
stopy, a ból głowy grożący jej od poranka nasilał się, realizując
groźby. Budda uśmiechnął się łagodnie, więc odpowiedziała mu śmiechem,
jakby opowiedział żart. Miała ochotę wrócić do domu, usiąść na ganku i słuchać, jak Arjun ćwiczy na pianinie.
Zamiast tego...
Zadzwoniła do Arjuna ze swojego ręcznego terminala, zamiast używać
systemu biurowego. Jakiś przesąd kazał jej utrzymywać te dwie sfery
osobno, nawet w tak drobnych sprawach. Natychmiast odebrał połączenie.
Miał kanciastą twarz z niemal już całkiem siwą, krótką brodą. Radosny
błysk w oczach nie znikał nigdy, nawet gdy płakał. Zrobiło jej się lżej
na piersi od samego patrzenia na niego.
- Będę dziś późno w domu - powiedziała, natychmiast żałując rzeczowego
tonu. Arjun kiwnął głową.
- Jestem wstrząśnięty ponad wszelkie wyobrażenie. - Nawet jego sarkazm
był łagodny. - Maska bardzo ci dziś ciąży?
Nazywał to maską. Jakby osoba, którą była, stając przed światem, była
fałszem, a prawdziwa była tylko ta, która rozmawiała z nim i bawiła się
z wnukami. Uważała, że się myli, ale ta fikcja była na tyle przyjemna,
że nigdy nie protestowała.
- Dzisiaj wyjątkowo. Co ty robisz, kochany?
- Czytam wstępną wersję rozprawy doktorskiej Kukurri. Wymaga poprawek.
- Jesteś w biurze?
- Tak.
- Powinieneś wyjść do ogrodu - zasugerowała.
- Bo tam właśnie chciałabyś być? Możemy iść razem, gdy wrócisz do domu.
Westchnęła.
- Mogę być bardzo późno.
- W takim razie obudź mnie, jak wrócisz, wtedy pójdziemy.
Dotknęła ekranu, a on się uśmiechnął, jakby poczuł pieszczotę.
Rozłączyła się. Od dawna mieli zwyczaj nie mówić sobie do widzenia. Była
to jedna z tysiąca drobnych rzeczy rodzących się z dziesięcioleci
małżeństwa.
Avasarala obróciła się do systemu biurkowego i wywołała analizę
taktyczną bitwy na Ganimedesie, profile wywiadowcze głównych dowódców
sił Marsa oraz plan spotkania wypełniony już częściowo przez generałów
od czasu opuszczenia przez nią konferencji. Wyciągnęła z torebki
pistację, rozerwała łupinkę i pogrążyła się w fali informacji, tańcząc w nich myślami. W oknie za jej plecami gwiazdy walczyły ze świetlnym
zanieczyszczeniem Hagi, ale najjaśniejsza i tak była Wenus.
Rozdział szósty
Holden
Holden śnił o długich, krętych korytarzach wypełnionych na wpół ludzkimi
koszmarami, gdy głośne brzęczenie obudziło go w całkiem czarnej kabinie.
Przez chwilę zmagał się z nieznanymi taśmami pryczy, zanim zdołał się
odczepić i unieść w nieważkości. Znowu zabrzęczał panel ścienny.
Odepchnął się od łóżka i wcisnął przycisk, zalewając światłem maleńką
kabinę. Siedemdziesięcioletnia prycza przeciążeniowa nad schowkiem na
rzeczy osobiste pod jedną ze ścian, ubikacja i umywalka w rogu i panel
ścienny naprzeciw łóżka z wymalowaną powyżej nazwą Lunatyk.
Panel zabrzęczał po raz trzeci.
- Gdzie jesteśmy, Naomi? - zapytał Holden po wciśnięciu przycisku
odpowiedzi.
- Końcowe hamowanie na orbitę parkingową. Nie uwierzysz, ale kazali nam
się ustawić w kolejce.
- Ustawić w kolejce?
- Tak - potwierdziła Naomi. - Chyba wchodzą na wszystkie statki lądujące
na Ganimedesie.
Cholera.
- Cholera. Która strona?
- Czy to istotne?
- Cóż - rzucił Holden. - Ziemia chce mnie dostać za przejęcie kilku
tysięcy ich pocisków nuklearnych i przekazanie ich SPZ. Mars tylko za
kradzież statku. Chyba wiążą się z tym różne wymiary kary.
Naomi się roześmiała.
- W obu wypadkach zamknęliby cię na wieczność.
- W takim razie możesz mnie uznać za pedanta.
- Ta grupa, do której czekamy w kolejce, wygląda na okręty ONZ, ale obok
nich zaparkowała marsjańska fregata i obserwuje wszystko.
Holden w duchu odmówił modlitwę dziękczynną za to, że dał się na Tycho
przekonać Fredowi Johnsonowi do lotu na Ganimedesa świeżo naprawionym
Lunatykiem, zamiast próby lądowania Rosynantem. Frachtowiec był w tej chwili najmniej podejrzanie wyglądającym statkiem floty SPZ. I wiązało się z nim znacznie mniejsze ryzyko ściągnięcia niechcianej uwagi
niż lot skradzionym okrętem marsjańskim. Zostawili Rosa zaparkowanego
milion kilometrów od Jowisza w miejscu, gdzie raczej nikt nie będzie
zaglądał. Aleks wyłączył na okręcie wszystko poza wymiennikami powietrza
i czujnikami biernymi, a teraz pewnie siedział w kabinie z grzejnikiem i mnóstwem koców, czekając na wiadomość.
- Dobra, idę na górę. Wyślij wiązkę kierunkową do Aleksa i daj mu znać,
jak wygląda sytuacja. Jeśli nas aresztują, ma zabrać Rosa z powrotem
na Tycho.
Holden otworzył schowek pod koją i wyciągnął kiepsko dopasowany
kombinezon z wyszytą na plecach nazwą Lunatyk oraz nazwiskiem
Philips na kieszeni na piersi. Według dokumentów statku sprokurowanych
przez magików na Tycho był marynarzem pierwszej klasy, Walterem
Philipsem, inżynierem i pomocnikiem do wszystkiego na frachtowcu z żywnością Lunatyk. Był również trzecim w strukturze dowodzenia na
trzyosobowym statku. Ze względu na jego reputację w Układzie Słonecznym
uznano, że lepiej będzie, jeśli Holden nie dostanie na statku stanowiska
wymagającego rozmowy z jakimikolwiek władzami.
Umył się nad maleńką umywalką - zamiast swobodnie płynącej wody
oferowała system wilgotnych ręczników i mydlanych gazików - drapiąc się
z irytacją po mizernej brodzie hodowanej w ramach maskowania. Nigdy
dotąd nie próbował dorobić się brody i był bardzo rozczarowany
odkryciem, że owłosienie na jego twarzy rosło w kępkach nierównej
długości, kręconych włosów. W ramach solidarności Amos również przestał
się golić i mógł się teraz poszczycić bujną lwią grzywą, rozważał nawet,
czy nie zachować jej na stałe, bo wyglądała świetnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki