Wojna jest kobietą 2 - Monika Fibic

Kup ebooka

29.00 zł
24.07 zł (24,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Antonina

Urodziła się 8 marca 1922 roku w Jarząbkach (gmina Gnojno, woj. świętokrzyskie) Lata wojny spędziła na Pomorzu (Szprudowo k/Gniewu) Wiek w chwili wywiadu: 100 lat Rozmawiamy w Domu Pomocy Społecznej w Malborku

Urodziłam się na Kielecczyźnie. Było nas w domu sześcioro rodzeństwa - trzech braci i trzy siostry, z których ja byłam najmłodsza. Moi rodzice mieli kawałek pola, na którym uprawiali zboże i warzywa na własne potrzeby. Chowali też krowy, konie, gęsi... Podczas wojny musieli oddawać Niemcom mleko, a czy zboże - to tego nie wiem. Ukończyłam naukę w szkole powszechnej. Kiedy skończyłam siedemnaście lat - wiosną 1939 roku - wyjechałam z naszej wsi na Pomorze szukać lepszego życia dla siebie. Człowiek chciał żyć, coś zarobić, więc wraz z innymi dziewczynami, które już tam kiedyś były, przyjęłam się do pracy w pewnym dużym majątku. Znajdował się on pod Tczewem, we wsi Szprudowo, pięć kilometrów od Gniewu. Tam były tak ogromne majątki, że niektóre nawet po pięćset hektarów miały. Pracowałam w polu. Dziś większość prac rolnych wykonują maszyny, a kiedyś to była wszystko praca ręczna. Dlatego też chmara ludzi te pola obrabiała. Miałam tam kwaterę wraz z innymi dziewczynami, a gotowałyśmy sobie same. Za pracę dostawało się deputat i parę groszy. Tych pieniędzy naprawdę było niewiele - ot, tyle, żeby przeżyć. Choć kupić coś, to i tak było ciężko, bo Polakom na ogół nie sprzedawano. Czasem brałam coś z tego mojego deputatu i szłam na wieś z ludźmi się wymienić na inne towary, na przykład na coś do ubrania. Z odzieżą było ciężko, nic człowiek przecież nie miał, tyle co na sobie, a kupić też nie szło. To, w czym się chodziło nie było wieczne i czasem już bardzo schodzone. Na Pomorzu zostałam na sześć następnych lat, bo tam zastała mnie wojna. Pamiętam ten dzień. Byliśmy wtedy na polu i zobaczyliśmy na niebie samoloty. Tylko, że my jakoś specjalnie się nimi nie przejęliśmy. Ot - samoloty. Popatrzyliśmy i pracowaliśmy dalej. A samoloty przeleciały i poleciały dalej. Wcześniej coś tam słyszeliśmy, że wojna może wybuchnąć, ale to nie były jakieś mocne przekazy. Jednak zaczęła się ta wojna na całego i trzeba było jakoś do niej przywyknąć. Majątek, w którym pracowałam znajdował się przy głównej szosie na Gdańsk, więc całe kolumny niemieckich samochodów przejeżdżały przez Szprudowo. Jednak muszę przyznać, że bardzo spokojnie tam było, bo samoloty nas nie bombardowały, a Niemcy nam nic nie robili. Zatrzymywali się czasem, porozmawiali, ale krzywdy żadnej nie wyrządzili. Przez sześć kolejnych lat nie byłam w moim rodzinnym domu, bo po pierwsze pociągi nie jeździły, więc nie było jak, a po drugie właściciel majątku, w którym pracowałam odradzał mi podróż w kieleckie, bo mówił, że straszna wojna tam jest.

Był taki czas, że zbliżał się do nas front i zrobiło się niebezpiecznie. Wtedy ten nasz Pan (właściciel majątku) zebrał nas wszystkich, dał nam wozy i wyjechaliśmy do innego Bauera. Tam przez parę dni spaliśmy w stodołach, ale przynajmniej w bezpiecznym miejscu. Jak już się uspokoiło, to od razu wróciliśmy z powrotem.

Pewnego dnia poszłam do sklepu na wieś coś kupić. Obok była karczma i siedział tam ten mój Pan z Burgermeistrem. Burgermeister to był taki sołtys naszej wsi. On był oczywiście Niemcem, a ten mój Pan to był taki pół-Polak, pół-Niemiec. Siedzieli razem przy stoliku i popijali sobie. Kiedy weszłam powiedziałam "Guten Tag", a ten Burgermeister wstał i na mnie krzyknął dlaczego ja nie mówię "Heil Hitler"?! Strasznie się zatrwożyłam, ale na szczęście zaraz podszedł mój Pan i mnie obronił. Powiedział mu, że mnie zna, bo pracuję u niego i że jestem Polką, w dodatku cywilem i nie muszę mówić "Heil Hitler", że wystarczy "Guten Tag". Jakoś go udobruchał i tamtem dał spokój. Gdyby nie mój Pan, to nie wiem jak by to się skończyło.

Kiedy wojna miała się ku końcowi i Niemcy już się wycofywali, to niejeden z nich powiedział: "Zobaczycie, jak przyjdą Rosjanie, to dopiero odczujecie co to wojna". I tak było. Przyszedł front ruski. To było coś okropnego. Pijaki, na kobiety napadali, latali po domach i gwałcili na potęgę. Mnie się udało uniknąć gwałtu. Pamiętam, jak pewnego razu we dwie z koleżanką siedziałyśmy w takim małym pokoiku na rogu tego majątku i nagle przyszli Ruskie. Pijani na umór zaczęli się do nas dobierać. Nam się jakoś udało odeprzeć ich, wyswobodzić i uciec z tego pokoju. Chyba tylko dlatego, że oni byli wtedy zbyt pijani i miałyśmy nad nimi tę przewagę. W przeciwnym razie nie uszłybyśmy z tej sytuacji bez szwanku. Słyszało się ile kobiet zgwałcili. Tego po prostu pojąć nie można. Dużo kobiet było potem w ciąży po tych Ruskich. Kobiety po piwnicach się chowały, ale i tam je znaleźli. Mój przyszły mąż opowiadał mi, że jego dwie siostry rodzice schowali do takiej piwniczki pod podłogą. Klapa była w podłodze przykryta dywanem. Niestety i tam je znaleźli i zgwałcili. Najgorsze było to, że nic nie można było zrobić, tylko patrzeć na to okrucieństwo. Niemcy to była kultura, a na Ruskich to strach było nawet patrzeć. Zarośnięte, pijane, ordynarne chłopy. Niemcy jak przyszli, to umyli się, odpoczęli, porozmawiali z nami jak ludzie i pojechali dalej. Rosjanie to dzicz i hołota.

Włosy myło się mydłem, jak i całe ciało. Ubrania też się w tym mydle prało, ono było takie szare. O jakimś kremie nie było mowy, to tylko pomarzyć można było, ale jak skóra młoda, to jeszcze też tak tych kremów nie potrzebowała. Latem przed oparzeniami słonecznymi chroniliśmy się w ten sposób, że z patyków, tektury i chustki robiliśmy sobie takie małe "budy", które się nakładało na głowę i opierało na ramionach. Dawało to cień na twarz, kark i szyję.

Podczas wojny poznałam swojego przyszłego męża, miał na imię Franciszek. On też mieszkał w tej wiosce Szprudowo i pracował w majątku, ale w innym. Później został przymusowo wcielony do niemieckiego wojska. Kiedy wojna się skończyła, wrócił z Anglii i odnalazł mnie. Wkrótce wzięliśmy ślub. Własnych dzieci nie mieliśmy, ale całe życie byliśmy rodzicami zastępczymi dla córki mojej siostry. Kiedy po wojnie przyjechałam w kieleckie odwiedzić rodziców, zastałam ich już nie takich młodych. Zdziwiłam się jak bardzo postarzeli się przez te sześć lat. Z pewnością ciężkie przeżycia wojenne sprawiały, że ludzie szybciej się starzeli, to nie mogło zostać bez śladu dla organizmu. Moja mama miała pod opieką dziecko - sierotkę po mojej siostrze i jej mężu, którzy oboje zginęli. Pewnego dnia Niemcy przyszli do nich i kazali im krowy prowadzić do pociągu. Kiedy dotarli na miejsce, kazali im wejść do wagonu razem z tymi zwierzętami i już nigdy nie wrócili. Pewnie zginęli, ale tak naprawdę nikt nie wie co się z nimi stało. Postanowiłam zabrać mamę i to dziecko do siebie na Pomorze. Tata został na gospodarce razem z moim bratem. Dziewczynka miała na imię Adela. Gdy miała dwadzieścia lat, zachorowała na chorobę psychiczną. Lekarz stwierdził schizofrenię i powiedział, że to choroba dziedziczna, więc przypuszczalnie odziedziczyła ją po ojcu, bo w naszej rodzinie nikt na nią nie chorował. Do końca życia choroba trzymała, a z biegiem lat postępowała i było tylko gorzej. Oj, przeżyłam swoje. Adela z czasem potrzebowała coraz większej opieki. Kiedy zmarł mój mąż, ja już nie dawałam rady, miałam już swoje lata i źle się czułam. Wtedy szpital skierował ją do takiego domu opieki jak ten, tylko jeszcze lepszego i dla osób z chorobami psychicznymi. Właściwie to mnie nawet nie pytali, bo widzieli, że już jestem stara i nie dam rady. Ten dom był obok Gdańska, dojeżdżałam tam do niej, dopóki mogłam. Adela zmarła dwa lata temu.

Reszta mojego rodzeństwa przeżyła wojnę, ale jakimś chyba cudem. Tam, w kieleckim wojna nie oszczędzała ludności. Bardzo dużo ludzi zginęło. Wyprowadzali na pole i bili. Domów tam było bardzo dużo poniszczonych od bombardowań. Raz też przyszli Niemcy do moich rodziców i podobno chcieli ich zabić. Ale uratowało ich pewne zdjęcie, które im pokazali. Był na nim mój przyszły mąż Franciszek w mundurze Wehrmachtu. On kiedyś przesłał im to zdjęcie, jak był na wojnie i to ono ich uratowało.

Po wojnie przyjechaliśmy do Malborka, bo tutaj można było pracę dostać. Mąż się dostał do pracy na kolei i do końca życia tam pracował. Zamieszkaliśmy więc w tym Malborku - ja, mój mąż, mama i Adela. Zamek był w wielkiej ruinie, ale pięknie go odbudowali. Wszystko się jakoś przeżyło, a teraz to tylko wspominać można. Życie bywa różne, ale trzeba z uśmiechem przez to życie iść, bo tak jest człowiekowi łatwiej.