KONIEC LATA WCIEMNEJ DOLINIE
"Cośzmieniło się nie umiem znaleźć słów
Itak jak dawniej nie będzie nigdy już".
EdytaBartosiewicz, Cośsię zmieniło
1.
Niktnie zauważył, kiedy zaczęła się wojna.
Jednimówili, że to było wtedy, kiedy lato przełamało się z jesienią izieleń na wzgórzach Wysokiego Lasu zaczęła czerwienieć, bordowieć ibrunatnieć. Inni twierdzili, że to było trochę wcześniej, kiedy zkońcem sierpnia lasy zapełniły się grzybiarzami i przy pasiestartowym parkowały sznury samochodów. Nie brakowało też takich,zdaniem których wojna trwała od dawna, tylko nie było chętnych do jejuznania. To oczywiście czysto metaforyczne, można powiedzieć,poetyckie, rozumienie sprawy. Nikomu jednak nie było w głowie snućpoetyckich porównań.
Niebyło też jasności w sprawie zwiastunów wojny. Lidia Witecka, zwanaCzarną Wdową, która regularnie spowiadała się proboszczowiDobrowolskiemu, była przekonana, że zmarli znaleźli przejście doświata żywych i zaczęli poczynać sobie coraz śmielej w spokojnejdotąd Ciemnej Dolinie. Opowiadała przygodnie napotykanym osobom opostaciach snujących się po miasteczku o szarej godzinie, kiedy nocjeszcze się nie kończy, a dzień jeszcze nie zaczyna. Mówiła, żesłyszy szuranie ich nóg po asfalcie i stukanie do drzwi domów, któreodwiedzają. Czarna Wdowa, której mąż alkoholik powiesił się kilka latwcześniej, miała stuprocentową pewność, że pewnego razu nieboszczykzapuka do jej drzwi, żeby się rozmówić. A mieli sporo do wyjaśnienia,bo zanim Stefan Witecki zaparkował malucha niedaleko kanałulateralnego, wszedł głęboko w las i powiesił się na pasku od spodni,nie rozmawiali już od wielu tygodni, a może miesięcy, kto by tamliczył. Wracał tego dnia z delegacji na południu kraju, w czasiektórej poza naprawami gwarancyjnymi urządzeń mleczarskich (był w tymniezłym specjalistą, dopóki chciało mu się śledzić nowinkitechniczne) zajmował się głównie piciem i zaspokajaniem głoduerotycznego z pracownicami agencji towarzyskiej. Pani Lidia nie miałao to do niego pretensji, wiedziała że mąż - w przeciwieństwiedo niej - zawsze miał wysokie libido i potrzebował sobie odczasu do czasu ulżyć. Nie mogła mu jednak wybaczyć tego, że przestałją kochać. Bo że przestał, tego była pewna bardziej niż tego, że pojego śmierci zaczęła widywać upiory. Widziała to w jego oczach, kiedysię kochali (a musiała robić to z nim o wiele częściej, niż miała nato ochotę) i kiedy mijali się rano - on w drodze do klopika,jak nazywał ich ciaśniutką łazienko-ubikację, a ona - dokuchni, gdzie wstawiała wodę na kawę. Pili ją potem w milczeniu, zrzadka przerywanym jego komentarzem znad ekranu monitora, na którymśledził najnowsze doniesienia z kraju i ze świata. Nie znosiła jegowulgarnego języka, ale już dawno nie zwracała mu głośno uwagi.Nauczyła się już, że to tylko wywoła jego złość, której nie okaże jejod razu, ale z opóźnieniem, kiedy na przykład pod koniec tygodniawróci podpity z pracy. Może wtedy ją zwyzywa albo nawet odepchnie,kiedy uzna, że żona stała się zbyt upierdliwa.
Niemieli dzieci i może to sprawiło, że dość szybko stracili wspólnetematy do rozmów. Oboje nie należeli również do ludzi "zpasją". Lidii Witeckiej wydawało się, że żonie, pani domu niewypada zajmować się z jakimiś tam"bzdurami",kiedy dom i mąż muszą być utrzymani jak należy. Stefan Witecki czas,kiedy akurat nie naprawiał"szrotu"(jak z właściwą sobie gracją nazywał maszyny mleczarskie), nie upijałsię bądź nie kopulował z kurwami, spędzał na przeglądaniu Internetu itelewizji. Pani Lidii czasem wydawało się, że jej mąż wtedy znika, aprzed ekranem tkwi pusta kukła do złudzenia go przypominająca.Zastanawiała się wtedy, czy gdyby zabiła tę kukłę, pozbyła się jej,to czy wtedy odzyskałaby swojego męża. Wyobrażała sobie nawet, żewbija tej kukle w głowę toporek albo że zachodzi ją od tyłu ipodrzyna gardło nożem, tym najdłuższym, z ząbkowanym ostrzem dokrojenia pieczywa, a wtedy zły czar pryska i jej mąż radośnie woła odprogu, parodiując amerykańskie filmidła: "hany, ajm hołm!".
Kiedyna początku października usłyszała pukanie do drzwi, nie podejrzewałaniczego złego. Już jakiś czas temu przestała spodziewać sięczegokolwiek. Wprawdzie delegacja męża trwała już trochę zbyt długo,nawet jak na niego, a pukanie do drzwi nie oznaczało jego powrotu, boStefan Witecki nie miał w zwyczaju pukać do drzwi własnegomieszkania. I nawet kiedy w drzwiach ujrzała policjanta i policjantkę(była niewiarygodnie niska, jak dziesięcioletnie dziecko), pomyślała,że to pewnie jedna z tych rzeczy, o których opowiada się, kiedy niema już innych tematów do rozmów, ot choćby jakaś akcja prewencyjnatypu"bądźczujny, gdy sąsiada nie ma w domu". Ale nic z tych rzeczy. Małapolicjantka zapytała, czy Stefan Witecki to jej mąż, a kiedy paniLidia z uśmiechem (choć gasnącym) potwierdziła, wyrecytowała (wwyobraźni pani Lidia widziała ją na szkolnej akademii) informację oznalezieniu jego zwłok wiszących na drzewie w lesie, jakieś sześćkilometrów od mieszkania w linii prostej. Policjant (twarz nie dozapamiętania, nawet gdyby się chciało) poruszył się czujnie, jakbyspodziewał się wybuchu rozpaczy, ale spostrzegł (z pewnymrozczarowaniem, bo jego obecność okazywała się niepotrzebna), żekobieta, której przynieśli tragiczną wieść, ani myśli płakać, aniinne tego typu. Po prostu stoi, z oczami otwartymi i suchymi, zustami może lekko zaciśniętymi, ale jednak opanowana, jakby otworzyładrzwi przed jakimiś "jehowymi".
- Dziękuję- powiedziała, bo nie przyszło jej do głowy nic innego. Ijeszcze tylko: - Co teraz?
Topytanie zabrzmiało już lepiej. Było wystarczająco bezradne, biorącpod uwagę sytuację. A przecież Lidia Witecka doskonale wiedziała"coteraz". Wiedziała, że oto otworzył się przed nią nowy świat, naktórym będzie sama, absolutnie i idealnie, jak tylko sobie możnawyobrazić. I ta myśl napełniła ją dziwnym spokojem. Dopiero późniejprzyszedł żal. Jednak nie z powodu śmierci Stefana, bo co możnaporadzić na śmierć, która była, jest i będzie? Lidia Witeckażałowała, że nie mogła sama odegrać się na mężu za to, że przestał jąkochać, że śmierć sprzątnęła go jej sprzed nosa, zanim ona, w końcużona, wymyśliła cokolwiek sensownego. Jeszcze kiedy żył, zdarzałosię, że zadawała sobie pytanie: "jak długo może trwaćkoszmar?", bo wyobrażała sobie koszmar jako coś w rodzajuodcinka, z początkiem, środkiem i końcem. Jednak śmierć Stefana dałana to pytanie zaskakującą odpowiedź. Okazało się, że koszmar mawyłącznie środek i że w środku koszmaru zawsze znajduje się ona,Lidia Witecka.
Ostatniadelegacja Stefana Witeckiego wcale nie była długa. Wręcz przeciwnie,szef mleczarni, do której mężczyzna pojechał, stwierdził, że znaprawą uporał się w try miga i że nawet nie chciał nocować wmiejscowym hotelu, tylko od razu wyrywał z powrotem.
- Powiedział,że ma coś do załatwienia - dodał mleczarz (jeśli tak możnanazwać szefa wielkiej, zautomatyzowanej mleczarni), co policjanci,których Lidia Witecka w końcu wpuściła do mieszkania, skwapliwie jejpowtórzyli.
- Pewniebędzie pani chciała zobaczyć zwłoki, ale odradzam - powiedziałfunkcjonariusz, który przedstawił się jako aspirant Nogawa (LidiaWitecka w myślach zjaponizowała jego nazwisko na Nogała, co wywołałona jej ustach nieznaczny uśmieszek). Policjant rozczarowany brakiemspodziewanej reakcji na to, co powiedział, dodał: - Pani mążmusiał tam wisieć od kilku dni. W każdym razie na tyle długo, żezdążyły się do niego dobrać zwierzęta.
"Pewnieodgryzły mu nogi, a może i jaja?", pomyślała Lidia Witecka, poczym zapytała, bardziej z grzeczności niż zainteresowania:
- Jakgo znaleźliście?
Policjantjakby na to czekał, bo spojrzał na koleżankę, chrząknął i rzekł:
- Mieliśmyakurat tego dnia patrol z koleżanką, no i żeśmy dostali zgłoszenie omaluchu koloru czerwonego, który stoi na poboczu szosy prowadzącejprzez las, jakieś pół kilometra od kanału lateralnego. Zgłaszającymbył leśniczy. Powiedział, że ten maluch stoi tam od trzech, a możeczterech dni. Pojechaliśmy na miejsce i się rozejrzeliśmy, wie pani.
- Noi natknęliśmy się na... - wtrąciła policjantka, za co spotkałoją piorunujące spojrzenie funkcjonariusza Nogawy.
- Najpierwpoczuliśmy zapach, no, wie pani, nieprzyjemny. - Policjanta ażkorciło, żeby dopowiedzieć, że od tego smrodu to koleżanka aż sięporzygała, ale uznał, że to już byłoby za dużo. Powiedział więctylko: - Zaraz potem natknęliśmy się na zwłoki. Były przy nichdokumenty na nazwisko pani męża.
- Asamochód był na pani męża zarejestrowany - odezwała siępolicjantka (której nazwiska Lidia Witecka nigdy nie poznała), gdyjuż upewniła się, że kolega skończył swoje.
AleNogawa miał jeszcze coś w zanadrzu.
- Czypani mąż miał jakieś kłopoty? Skarżył się na coś? Może długi albochoroba? - zapytał, patrząc uważnie na tę bladą, szczupłąkobietę i myśląc o tym, że w innych okolicznościach mogłaby mu sięnawet spodobać.
- Nie,mąż na nic się nie skarżył. Dobrze nam się układało. To dla mnieszok. Mam nadzieję, że chociaż nie cierpiał - odparła LidiaWitecka, którą zaskoczył spokój własnego głosu.
- Zapewniampanią, a pracuję w tym fachu już ładnych parę lat, że śmierć przezpowieszenie następuje bardzo szybko - stwierdził Nogawa, jakbyobjaśniał działanie sokowirówki.
- Bardzonam przykro, że musieliśmy przekazać pani tak smutną wiadomość. Wrazie czego może się pani z nami skontaktować - powiedziałafunkcjonariuszka, wręczając wdowie Witeckiej kartkę z telefonem.
Rzuciłajej na odchodne spojrzenie, które można było odczytać:"wiem,że nie mówisz prawdy, ale cię rozumiem", choć mogło to byćmylne wrażenie. W końcu wyszli, starannie zamykając drzwi.
Nieminął rok, a wdowa Witecka stała się Czarną Wdową, która opowiadaławszystkim, że widzi umarłych. Obłęd przyszedł w samą porę,wypełniając pustkę, z którą kobieta nie umiała sobie poradzić.Chodziła po miasteczku z walizką wypełnioną ciuchami i przyboramitoaletowymi. Wyglądała jak ktoś gotowy w każdej chwili wsiąść doautobusu i wyjechać stąd na zawsze. Być może na początku była w niejta gotowość, ale z czasem walizka stała się kolejnym rekwizytemszaleństwa. Dzieciaki pokazywały ją sobie palcami, wołały za nią, aona szła - blada, szczupła, wysoka, cała na czarno, raczejsunęła ulicami miasteczka, które już dawno uznała za trupa. Niekiedymówiła coś do siebie i gdyby ktoś miał ochotę temu się przysłuchać,usłyszałby, że wdowa Witecka rozmawia ze zmarłym mężem, pyta godlaczego przestał ją kochać, skoro ona kocha go nawet teraz, kiedy onjuż dawno leży w grobie. I nikt nie usłyszałby tego, co ona słyszała.
Siedemlat po śmierci męża wciąż na niego czekała, a gdy w środku nocy,jakoś na przełomie lata i jesieni, usłyszała hałasy na korytarzu iwalenie do drzwi, pomyślała z ulgą, że to nareszcie on. Nie zdążyładojść do drzwi, gdy kopnięte z dużą siłą wpadły do przedpokoju, a zanimi ktoś w ubiorze koloru khaki, z wielkim karabinem i krzyczący cośochryple w niezrozumiałym języku. Ten ktoś popchnął Lidię Witecką wgłąb mieszkania. Kobieta przewróciła się i leżąc między przedpokojema kuchnią, patrzyła, jak jej mieszkanie jest plądrowane już nie przezjednego, ale przez całą grupę podobnych osobników w strojach kolorukhaki i uzbrojonych w wielkie czarne karabiny. Potem ci ludziewywlekli Czarną Wdowę z mieszkania, nie pozwalając zabrać niczego.Znalazła się przed blokiem, z innymi wygarniętymi z niegomieszkańcami. Potężny drągal rozdzielał kobiety od mężczyzn i dzieci.Kobiety, wśród nich Czarną Wdowę, załadowano na ciężarówkę z plandeką(też w kolorze khaki) i zawieziono pod halę sportową. Ładna,obszerna, oddana do użytku pod koniec pierwszej dekady XXI wieku,była prawdziwą dumą miasteczka. Teraz zagnano do niej kobiety. Gdywdowa Witecka znalazła się w środku, zobaczyła, że jest tam już jakaśsetka (jeśli nie więcej) kobiet w różnym wieku. Mężczyźni w ubraniachkhaki przechadzali się wśród nich, wybierali sobie kobiety, po czymodciągali od grupy i kładli się na nich. Całe jasne, pastelowewnętrze hali, aż po drewniane wsporniki zadaszenia, wypełniał krzykgwałconych kobiet i śmiech gwałcących mężczyzn. Ci, którzy akurat niebyli zajęci kopulowaniem z mieszkankami Ciemnej Doliny, grali wkosza, w nogę, albo pili wódkę. Całe jej kartony przywieziono z"biedronki",którą ludzie w kolorze khaki ogołocili z całego towaru.
Wkońcu przyszła pora na Czarną Wdowę. Wpadła w oko mężczyźnie o krępejbudowie i niskim wzroście. Gdy pochylił się nad nią, buchnął w jejnozdrza odór kiełbasy, cebuli i wódki.
- Tyładna - powiedział ze wschodnim akcentem, rzeczowo oceniającjej twarz i figurę. Po czym pociągnął ją mocno za sobą i wdowaWitecka poczuła ostry ból rozrywanego przegubu.
Krępyrzucił ją pod ścianę, rozpiął rozporek i położył się na niej. PaniLidia poczuła ból krocza, promieniujący w górę. Chciało jej sięwymiotować i płakać, ale nie zrobiła ani tego, ani tego. Leżała podwierzgającym i posapującym mężczyzną, z głową odrzuconą w bok izaciśniętymi mocno wargami. Modliła się, żeby ją zabił. Ale on, kiedyskończył i zapiął rozporek, pochylił się nad nią znowu, chwycił zawłosy i podniósł jej głowę tak, że jej twarz znalazła się tuż przyjego zarośniętym, brudnym obliczu.
- Byłodobre? Nu, gadaj, było dobre? - dopytywał się, podobnie jakStefan, który po skończonym akcie płciowym miał w zwyczaju pytać ją,"jak było", na co ona niezmiennie i zwykle niezgodnie zprawdą odpowiadała, że dobrze.
Tymrazem Czarna Wdowa nic nie powiedziała, a żołdak przywarł do jej ustswoimi spierzchniętymi wargami i wsunął między nie język. Zagryzła gomocno zębami. Mężczyzna rozdarł się, zerwał na równe nogi i nienamyślając się wiele, strzelił Lidii Witeckiej w głowę. Krew, kości imózg bryznęły na parkiet hali i na drewniane drabinki. Miazgaskapywała szczebel po szczeblu, tworząc pod nimi krwawą kałużę.Czarna Wdowa w końcu mogła rozmówić się z mężem.
wserii kwadratukazały się:
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo"Made in Roland"
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
JacekBielawa "Kościelec"
JarosławBłahy "Rzeźnikz Niebuszewa"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
JerzyFranczak"Święto odległości"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
JarosławJakubowski"Wojna"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco", "Spowiadania i wypowieści"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Ricochette","Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymskawojna"
3.
Codo zwiastunów, to burmistrz Ciemnej Doliny Jacek Pazda (zwanynieuchronnie "Pizdą"; rozważał nawet zmianę nazwiska, alew końcu zbyt długo na nie pracował, żeby dać za wygraną prześmiewcom)od dłuższego czasu słyszał w prawym uchu tykanie zegarka. Zlekceważyłten objaw, podobnie jak szerzące się pogłoski o"kanibalachz Kręgla" czy"żywychtrupach z Dębowej Góry" albo rzekomo krwiożerczych obrzędachmieszkańców Leśnego Gościńca. Nie miał czasu na ludowe bajania. Czasybyły trudne (zresztą, kiedy takie nie były?) i dla niego, i dlagminy. Dla niego, bo, no cóż, jakby to powiedzieć - zakochałsię. Zakochał się w Annie Rachwalskiej, najładniejszej dziewczynie wCiemnej Dolinie, narzeczonej najlepszego piłkarza miejscowej drużynyPiorun Ciemna Dolina - Zygi Łypaka, obdarzonego niesamowitym"kopytem",jak mówili znawcy tematu. Anna była zatrudniona jako sekretarka wurzędzie - i to, co o niej mówili, że jest niedostępna jakźródła Amazonki, nie do końca okazało się prawdą. Bo skoro źródłaAmazonki zostały odkryte, to i Anię się dało, to znaczy Ania się dałaodkryć i w ogóle. Jednego dnia pojechali w delegację, do Warszawy,podpisać piekielnie ważną umowę na... nie pamiętał dokładnie, na co,zapamiętał jednak, że w hotelu wypili parę drinków, a potem onodprowadził ją do pokoju, a że mieszkali drzwi w drzwi, to onazaproponowała, żeby wpadł jeszcze na chwilę, na co on zgodził się,pod warunkiem, że tylko na chwilę. Ona się roześmiała, akilkadziesiąt sekund później leżeli już na łóżku, które było nakrytezimną pościelą.
Odtego czasu minęło z pół kadencji, a teraz wszystko się posypało, boAnia zaszła w ciążę i choćby nie wiadomo jak od tej prawdy uciekać,to prawda jest taka, że dziecko zrobił jej pan burmistrz. Zyga Łypakoraz żona burmistrza, Maria Pazda, o niczym nie wiedzą, choćburmistrz Pazda wie, że tykanie w prawym uchu może być znakiem, żenie uda się utrzymać wszystkiego w tajemnicy i że nadchodzi dzień, wktórym wszystko zawali się jak domek z kart, tyle że każda z kartważy co najmniej tonę. A gmina? Szkoda gadać, gmina nigdy do bogatychnie należała, a wieloletni brak większych inwestycji spowodował, żemłodzi pouciekali, a na opiekę społeczną nad starymi i chorymibrakowało pieniędzy. Burmistrz Pazda był jednak w miarę spokojny owybór na następną kadencję, bo póki co, to on rozdawał karty.Wystarczyło, że zagłosują na niego pracownicy ratusza, instytucjiprzyległych wraz z rodzinami i mandat miał w garści. Tyle tylko, żenic nie mogło zagłuszyć przeklętego tykania w prawym uchu.Tyk-tyk-tyk-tyk-tyk...
Kiedyśjuż mu się udało załagodzić skandal, kiedy żona dowiedziała się odkogoś "życzliwego", że burmistrz Pazda ma romans zestażystką z ośrodka pomocy społecznej. Pani Maria wyrzuciła nawetjego rzeczy przed dom, a on kilka dni przemieszkał u matki. W końcujednak przemówił Marii do rozsądku. Żyli sobie spokojnie i dostatnio.Po co to psuć? W imię czego? To była tylko głupia smarkula, nic nieznaczący skok w bok."Nieniszczmy naszego związku z tak błahego powodu. Już nigdy, słyszysz?,już nigdy nie spotka cię z mojej strony coś podobnego". Nakoniec dramatyczne klęknięcie, płacz, kurtyna. A potem jeszcze udalisię do kościoła na niedzielną sumę, pieszo, tak żeby całe miasteczkowidziało, że między nimi jest wszystko w porządku i nic, słyszano?,nic nie rozwali ich wieloletniego małżeństwa. Teraz jednak mogło byćinaczej. Wszystko wskazywało na to, że będzie inaczej i że zwykłe"już nigdy więcej" albo "spróbujmy jeszcze raz"sprawy nie załatwi. Było cholernie daleko od dobrze i burmistrz Pazdanie musiał słyszeć (choć przecież słyszał) cichego płaczu Ani przezniedomknięte drzwi gabinetu, żeby to wiedzieć.
Byłranek, po siódmej, jednego z tych pięknych dni końca lata, kiedysłońce jeszcze całkiem mocno potrafi przygrzać, a trawa w jegopromieniach jest soczysta i gęsta jak włosy. Burmistrz przystanąłprzy uchylonych drzwiach i zastanawiał się, czy pocieszyć jakoś Anię,ale w końcu tylko popatrzył na nią. Próbowała zapobiec rozmazaniu sięmakijażu, ocierając łzy rożkiem chusteczki. Była naprawdę śliczna, aon nie mógł odejść do niej od żony, choć miał na to cholerną ochotę.Miał ochotę rzucić wszystko i zacząć jeszcze raz, inaczej. Dziecimieli już z Marią odchowane, pieniędzy też powinno wystarczyć,przynajmniej na początek, ale... no, jak by to powiedzieć, pełnieniewładzy dawało Paździe chyba jeszcze większą frajdę niż dupczeniepanienek. To było jak dupczenie stu, tysiąca panienek jednocześnie.Jak wielokrotny i symultaniczny orgazm. Miał się z tym pożegnać, bozachciało mu się spuszczać bez zabezpieczenia? Na pewno znajdzie sięjakieś rozwiązanie, myślał burmistrz, patrząc za okno gabinetu,wychodzące na schludny, kwadratowy rynek, na którym zaczynał sięzwyczajny dzień. Nagle zadzwonił telefon na jego biurku, ten, zapośrednictwem którego łączył się z Gminnym Centrum ZarządzaniaKryzysowego.
- Panieburmistrzu, dzieje się coś... - Burmistrz mimo zakłóceń poznałgłos Witka Rojka, dyżurnego i syna najbliższego kumpla Pazdy, RomkaRojka, dyrektora domu kultury.
- Cosię dzieje? - spytał burmistrz, a w odpowiedzi usłyszałurywane:
- Wkilku miejscach... zauw... pojazdy z ludźmi... coś, co przypominamundury... podobno uzbrojeni... dużo pożarów... Ochotnicza... nienadąża z wyjazdami... Panie burmistrzu, chyba trzeba zawiadomić...
Wtym momencie połączenie urwało się na dobre, a burmistrz zauważył, żena rynek wjeżdża kolumna ciężarówek i że wyskakują z nich ludzie wstrojach koloru khaki, uzbrojeni w wielkie karabiny. Samochody chcąceprzejechać przez rynek, napotkawszy nieoczekiwaną przeszkodę,roztrąbiły się, ale trąbienie zostało ścięte jedną długą serią zkarabinu maszynowego. Przynajmniej tak się burmistrzowi Paździewydawało, że to karabin, choć podobny dźwięk ostatni raz słyszał zetrzydzieści lat temu w wojsku. Ania krzyknęła przeraźliwie i wpadłado gabinetu.
- Coto jest? - zapytała blada jak papier.
Pazdawyszukiwał już na swojej komórce bezpośredni numer do komendantapolicji podinspektora Henryka Szredera.
- Narazie nic nie wiem, pościągałem ludzi i wypuściłem w teren wszystkiepatrole, jakie miałem. Podobno jakaś ekipa fanów militariów czyrekonstruktorów historycznych robi grandę. Czekaj, bo coś widzę...kurwa, oni... nie, to nie dzieje się naprawdę... strzelają gdziepopadnie, właśnie widziałem, jak ścięli serią jakiegoś facetaniedaleko komendy. Jak możesz, to schroń się w jakimś bezpiecznymmiejscu. Ja już zawiadomiłem województwo. Sztab kryzysowy powinien...
Połączeniezostało przerwane dźwiękiem podobnym do tego, jakie wydają kamieniespadające ze skalistego zbocza. Dużo kamieni.
- Dopiwnicy! - rzucił burmistrz Pazda i chwycił Anię, po czymruszyli w dół schodami zapełnionymi już przez zdezorientowaneurzędniczki i urzędników.
Naparterze zrobiło się głośno, co znaczyło,że"goście" wtargnęli do ratusza. Kilka chwil późniejwszyscy stali już na brukowanej ulicy przed urzędem, otoczeni przezuzbrojonych napastników, którzy obstawili także wszystkie ulicewylotowe z rynku. Zatrzymywali i wyciągali z samochodów wszystkich,którzy nadjeżdżali, a następnie ustawiali ich razem z osobamiwyprowadzonymi z ratusza. Burmistrz, nie zważając na to, że Aniakurczowo trzyma go za rękę, wyrwał się jej, wyszedł przed tłum izawołał:
- Coto ma znaczyć, do cholery?! Jeśli to jakaś ukryta kamera, to ja sobiewypraszam! Jestem burmistrz Jacek Pazda i żądam rozmowy zkierownikiem tego zamieszania!
Mężczyzna,który stanął przed burmistrzem, uderzył go otwartą dłonią w twarz.Niezbyt mocno, ale na tyle dotkliwie, że zszokowany Pazda odchyliłsię i potarł zaczerwieniony policzek. Parę kobiet krzyknęło, słychaćbyło chlipanie i głośne westchnięcia.
- Co...co... - zdołał wybąkać burmistrz.
- Gówno!- przerwał mu mężczyzna. - Jak ty tu szef, to maszprzejebane.
Akcentbrzmiał obco, przeciągle.
- Kimjesteście i czego chcecie? - zapytał Pazda, starając siępatrzeć hardo w twarz oprawcy.
- Mytu nowe pany. A wy ścierwo. My przyszli zrobić z wami porządek. Nu,baby na lewo, dziadyna prawo! - krzyknął dowódca i paru jego ludzi wykonało rozkaz,dzieląc tłum na dwie grupy.
Pazdadostrzegł Annę wśród innych kobiet. Płakała, patrząc na niego. Po razpierwszy tego dnia doznał przeczucia graniczącego z pewnością, że niedożyje wieczoru. Jakby na potwierdzenie tych myśli ludzie w strojachkhaki ustawili mężczyzn pod murem ratusza, z twarzami do ściany, zpodniesionymi rękami. Pazda przygryzł wargi, odwrócił się i wystąpiłprzed szereg.
- Weźciemnie, a ich zostawcie. Oni niewinni.
Dowódcaroześmiał się chrapliwie.
- Niewinni!Job twoju mać! - krzyknął i teraz roześmiali się pozostaliżołnierze.
- Zostawciechociaż kobiety - nie dawał za wygraną burmistrz. Myślał o Anii o dziecku, które miała w brzuchu. Ich dziecku.
- Wieszco, burmistrz? Ty mnie ubiedił - odparł dowódca, wyciągnął zkabury pistolet i z bliskiej odległości strzelił Paździe w czoło.
Burmistrzpadł na bruk, nie zdążywszy rzecz jasna zauważyć, jak Ania rzuca sięw stronę dowódcy chowającego broń do kabury i jak pada ścięta krótkąserią z automatu, jeszcze zanim zdołała dopaść do żołnierza, wyrwaćmu pistolet i... sama nie wiedziała, co chciała zrobić, działałaodruchowo, a teraz leżała na bruku, niedaleko pracodawcy i kochanka,a jej nogi przez chwilę jeszcze poruszały się w przedśmiertnychdrgawkach, po czym znieruchomiały na dobre.
- No,to tera se zatańcujem - rzekł spokojnie dowódca, splunął nazwłoki u swych stóp i kazał ludziom zabrać kobiety do hali, amężczyzn rozwalić na miejscu.