Wojna Ireny - James D. Shipman

-
Proszę czekać

Prolog

Styczeń 1944

Warszawa, aleja Szucha 25

Złamana kość wystająca z jej uda tworzyła poszarpaną, krwawo zwieńczoną krawędź. Odwróciła głowę, bała się, że zemdleje, jeśli będzie dalej wpatrywać się w makabryczną ranę. Jęknęła, ból przeszył jej nogę, wwiercił się w umysł. Wydała z siebie przeraźliwy krzyk. Z trudem zaczerpnęła powietrza. Rozkasłała się, coś zalało jej usta. Czuła smak metalu i soli. Wypluła obrzydliwą ciecz i łapczywie wciągnęła powietrze do płuc.

- Zapytam jeszcze raz, Frau Sendlerowa: gdzie jest Żegota? Kto to jest Żegota?

Znowu to słowo. Próbowała sobie przypomnieć, co oznacza. Znała je. Było w nim coś ważnego. Szukała w myślach odpowiedzi, jednak była zbyt wyczerpana, a ból ani na moment nie ustępował. Chciała poruszyć rękami, dotknąć rozognionej rany na udzie, ale nadgarstki miała skrępowane na wysokości talii i przywiązane do tego przeklętego krzesła.

- Nie rozumiem, dlaczego mi nie pomagasz, Ireno. Zrób to dla siebie.

Poczuła ucisk na złamanej kości. Próbowała otworzyć oczy, żeby zobaczyć, co się dzieje, ale nieopisany ból przepełnił całe jej ciało. W głowie zawirowało, miała wrażenie, że ziemia ucieka jej spod stóp. Krzyknęła ponownie, tym razem głośniej. Usłyszała słowa, błagania, prośby. Własne słowa.

- Powiedz mi prawdę, Ireno, a to wszystko się skończy. Dostaniesz morfinę. Później przyniesiemy ci jedzenie. Wszystko, czego dusza zapragnie. Myślisz, że chcę ci to robić? Nie pozostawiłaś mi wyboru. A teraz pytam jeszcze raz: gdzie jest Żegota?

Chciała mu powiedzieć. Gdyby tylko mogła sobie przypomnieć! Dlaczego jej umysł odmawiał posłuszeństwa?

- Morfina - wyszeptała. To była odpowiedź. - Proszę, dajcie mi morfinę.

- Jeszcze nie teraz. Najpierw mi powiedz.

- Żegota - jęknęła cicho.

- Tak, Żegota - powtórzył ochoczo głos. - Powiedz mi wszystko.

Jego słowa były teraz blisko, tuż przy jej uchu. Ból ustąpił odrobinę. Oślepiający blask zniknął i na powrót ogarnęła ją ciemność. Jej umysł błądził po otchłani. W oddali zobaczyła coś znajomego, imię, twarz. Żegota. Znów wyszeptała to słowo.

- Tak. Powiedz mi teraz. Szybko.

Próbowała poruszyć ustami, ale było już za późno. Spadała, tracąc resztki świadomości.

- Irena! - usłyszała jego krzyk, ale wkrótce nawet on ucichł.

Rozdział 1 Wojna

24 września 1939

Warszawa

Irena wpatrywała się w drzwi. Dlaczego nie przyszli? Niemcy zaatakowali kilka tygodni temu. Przecież teraz będzie potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Podeszła do okna i z wysokości drugiego piętra popatrzyła na ulicę Ludwiki. Robotnicza Wola, zwykle tętniąca życiem, teraz była opustoszała. Tylko jeden pieszy gnał przed siebie, niepomny na upał. Odwróciła się do drzwi. Nie mogła dłużej czekać. Pójdzie do nich. Zrobiła pół kroku.

- Irena, co robisz? - zawołała matka z sypialni słabym głosem przerywanym kaszlem. - Przynieś mi wody, proszę.

Westchnęła, raz jeszcze spojrzała w stronę okna. W gorącym powietrzu wirowały drobinki kurzu i pyłu.

Na zniszczonym stole, pokrytym papierami i talerzami z resztkami jedzenia, stała ramka ze zdjęciem, oparta o lampę. Irena spojrzała na fotografię. Przedstawiała jej ojca, lekarza, który opiekował się podwarszawską biedotą i Żydami.

- Irena? Gdzie jesteś? - zawołała jeszcze raz matka.

Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Cofnęła rękę, którą sięgała już do klamki. Zawróciła do kuchni i zerknęła w lustro wiszące nad zlewem. Wyjrzała z niego wychudzona, zmęczona twarz. Długie kasztanowe włosy spięte w skromny kok. Blade policzki. Na czole pojawiła się pierwsza zmarszczka. Miała proste rysy, odziedziczone po ciężko pracujących chłopskich przodkach. Wiedziała, że niczym szczególnym się nie wyróżnia, z wyjątkiem oczu. Patrzyły przenikliwie i z pasją. Wszyscy pamiętali te oczy.

Przeszukała stos naczyń i wyjęła kubek, który nie był zbyt brudny, zeskrobała kciukiem odrobinę osadu ze środka. Napełniła go wodą i pospieszyła do sypialni, gdzie pod stertą koców, z siwymi włosami rozrzuconymi na poduszce, leżała matka. Irena przycisnęła kubek do jej warg, a drugą ręką uniosła jej głowę, żeby ułatwić picie.

- Irena, ta woda jest ciepła! - zaprotestowała matka i prychnęła. Płyn wylał jej się z ust i spływał po brodzie.

- Zaraz ci przyniosę świeżą - odparła Irena i znowu spojrzała na drzwi.

- Masz jakieś wiadomości?

- O czym?

- No, o tej wojnie. A niby o czym innym?

- Radio Warszawa mówi, że wygrywamy na każdym froncie.

- Wierzysz w to?

Irena podeszła do okna.

- Głupcy z rządu mówią zawsze to samo niezależnie od tego, czy wygrywamy, czy przegrywamy. - Przekrzywiła głowę, nasłuchując głuchego dudnienia w oddali. - Słyszysz to? To nie brzmi jak zwycięstwo.

Matka skupiła się przez chwilę.

- Artyleria. To ich czy nasza?

- A czy to ma znaczenie? Z każdym dniem jest coraz bliżej. - Irena spojrzała na matkę. Miała niewiele ponad pięćdziesiąt lat, ale wyglądała na siedemdziesiąt. Jej skóra była blada i wiotka. - Musisz więcej jeść, mamo.

- Nie mam apetytu. Poza tym niedługo wszystkim zacznie brakować jedzenia - zażartowała matka. - Jeszcze się będziesz cieszyć, że masz moją porcję.

Irena nie odpowiedziała. Nie odrywała wzroku od drzwi.

- Na co ty tak czekasz, dziecko? - W głosie matki zabrzmiała nuta irytacji.

- Spodziewam się wizyty z wydziału.

Matka parsknęła.

- Chyba nie myślisz o powrocie do pracy?

- Moja praca nie przestanie być potrzebna z powodu głupiej wojny. Jeśli już, to teraz będzie jeszcze więcej do roboty niż zwykle.

- Masz jakieś wieści od Mietka?

- Nie - odpowiedziała lakonicznie, bo nie chciała teraz o tym myśleć.

- Mam nadzieję, że jest bezpieczny.

- Jestem pewna, że tak, mamo. Jego nic złego się nie ima.

- To twój mąż.

- Pamiętam o tym.

- Liczyłam, że kiedy się zobaczycie, wszystko się jakoś ułoży.

- Mamo, między nami wszystko jest w najlepszym porządku.

Żeby przerwać rozmowę o Mietku, podniosła się i skierowała do kuchni. Tym razem odczekała chwilę, zanim napełniła kubek zimną wodą. Nagle rozległo się gwałtowne pukanie. Ruszyła biegiem do wejścia. Odsunęła zasuwę i otworzyła drzwi.

Na progu stała Ewa Rechtman[1], uśmiechając się od ucha do ucha spod burzy kruczoczarnych loków.

Irena uściskała przyjaciółkę.

- Jesteś bezpieczna! Jak sobie dajesz radę?

- Nie najgorzej - powiedziała Ewa. Miała niezwykle melodyjny głos. - A jak ty się czujesz?

- Duszę się w tym grobowcu. Muszę wrócić do pracy. Ludzie pewno tam umierają z głodu.

- Ciągle zajęta, co? - Ewa się roześmiała. - Ale w tej chwili nie ma nic do roboty. Wszystko jest pozamykane. Kuchnie, piekarnie. Biuro to istna pustynia.

Irena westchnęła, oddech jej przyspieszył.

- Byłaś w pracy?

- Właśnie wracam - odparła Ewa. - Nie ma prądu, telefony odłączone. Spodziewałam się, że cię tam znajdę. A tu, proszę, wyprzedziłam samą Irenę Sendlerową.

- Muszę tam iść - oznajmiła Irena twardo.

- Tam naprawdę nie ma nic do roboty - powtórzyła Ewa.

- Zawsze coś się znajdzie. - Irena nie była pewna, czy to prawda, ale po tygodniach spędzonych w zamknięciu rozpaczliwie pragnęła się wydostać. Choćby na kilka godzin. - Chodźmy tam razem, może przynajmniej się czegoś dowiemy.

Ewa skinęła głową i uśmiechnęła się do przyjaciółki.

- Wiedziałam, że to powiesz.

Irena wyszła na korytarz, ale nagle się zatrzymała. Woda! Szybko wróciła do środka i podsunęła kubek pod kran, z którego gwałtownie chlusnął płyn. Popędziła do sypialni i postawiła kubek przy łóżku matki.

- Irena, dokąd ty idziesz?

- Potrzebują mnie w pracy.

Na twarzy matki malowało się zdziwienie zabarwione strachem.

- Nie możesz mnie tu samej zostawić. Źle się czuję, nie dam rady się nawet podnieść.

- Nie przesadzaj, mamo, nie będzie mnie tylko kilka godzin.

Była już niemal przy drzwiach.

- Irena!

Zatrzymała się, unikając spojrzenia Ewy. Wzruszyła ramionami i ruszyła dalej na korytarz. Ewa podążyła za nią, starając się dotrzymać jej kroku. Po chwili wyszły na słońce. Mimo upału Irena cieszyła się wolnością, w mieszkaniu brakowało jej powietrza i swobody. Chodnik był na tyle szeroki, że mogły iść obok siebie. Irena objęła Ewę ramieniem.

- A jak twoi rodzice? - zapytała.

- Boją się.

- Artylerii?

- Hitlerowców.

Irena uścisnęła jej dłoń. Nie mogą być przecież dużo gorsi od tych narodowców[2], którzy rządzą Polską.

- Jeśli to, co ludzie mówią, się potwierdzi, Niemcy zgotują nam jeszcze gorszy los niż nasz rząd.

- Nasz rząd - wycedziła Irena z sarkazmem. - Oni ciągle wymyślają jakieś historie. Te pogłoski o Niemcach to pewnie zwykła propaganda.

Ewa zatrzymała się i spojrzała przyjaciółce w oczy.

- A jeśli nie?

Irena wzruszyła ramionami.

- W takim razie będziemy z nimi walczyć jak na studiach.

- Irena, ty zawsze jesteś gotowa do walki - roześmiała się Ewa.

- Tylko do czasu, aż ludzie wreszcie będą wolni bez względu na religię, rasę czy pochodzenie społeczne.

Twarz Ewy przybrała poważny wyraz.

- Ty ciągle wierzysz w socjalizm? Nawet po tym, jak Rosjanie na nas napadli?[3]

Irena wzdrygnęła się i wróciła myślami do chwili, gdy zaledwie tydzień temu Związek Radziecki, ów robotniczy raj, przyłączył się do niemieckiego ataku na jej ojczyznę.

- Nie chcę teraz rozmawiać o Sowietach - powiedziała, po czym ruszyła dalej szybkim krokiem. Stłumiła w sobie gniew i niepokój. Na zakręcie obejrzała się za siebie. Ewa została daleko w tyle i dopiero po chwili ją dogoniła.

- Przepraszam, nie powinnam była tego mówić - wysapała, z trudem łapiąc powietrze.

Irena opanowała emocje. Dała Ewie chwilę na wyrównanie oddechu, a sama sprawdziła nazwę poprzecznej ulicy. Były w połowie drogi do biura.

Później nie pamiętała, kiedy po raz pierwszy usłyszała samoloty.

Do odległego dudnienia dołączył narastający hałas, który wkrótce zagłuszył popołudniową ciszę. Kobiety stały na rogu jak zahipnotyzowane. Irena obserwowała niebo w poszukiwaniu źródła dźwięku. Nagle je dostrzegła. Dalekie punkciki na tle lazurowego bezkresu. Z każdą chwilą plamki powiększały się i przybierały kształty drapieżnych ptaków. Pragnęła, żeby to byli Polacy, ale nie miała złudzeń. Od początku wojny nie widziała nad miastem żadnego rodzimego samolotu. Nie, te należały do wroga. Samoloty były coraz bliżej. Wiedziała, że powinna odciągnąć przyjaciółkę w bezpieczne miejsce, ale była już zmęczona ciągłym przebywaniem w zamknięciu. Nie chciała wracać do środka, do duchoty i nudy. Chciała widzieć, słyszeć, być świadkiem rozgrywających się wokół niej wydarzeń.

Metalowe ptaki nadciągnęły całymi dziesiątkami, a na niebie zaroiło się od czarnych krzyży na ich skrzydłach. Przejmujący gwizd wzbił się ponad huk. Irena przez chwilę miała wrażenie, że z bólu pękną jej bębenki w uszach.

Błysk. Światło dotarło do niej jeszcze przed dźwiękiem. Rozległ się kolejny donośny grzmot. Niecałe sto metrów dalej rozpadł się budynek, buchnęły płomienie, a powietrze wypełnił gęsty dym. Na ulicy zapanował chaos. Ludzie w panice rozbiegli się na wszystkie strony.

Runął następny budynek. Eksplozje postępowały teraz w szybkim tempie, mieszając się z krzykami uciekających przed ogniem mieszkańców.

Ewa pociągnęła przyjaciółkę za ramię, jej usta poruszały się, nie wydając żadnego dźwięku. Irena sięgnęła dłonią do ucha. Na opuszkach palców zobaczyła szkarłatną ciecz. Huk eksplozji nie ustawał. Czuła, że nie może się ruszyć. Chciała tu zostać, poczuć ogień wokół siebie.

Ewa znów ją pociągnęła. Irena potrząsnęła głową, starając się myśleć racjonalnie. Przyjaciółka miała rację, na ulicy czekała je nieuchronna śmierć. Pozwoliła się poprowadzić w stronę pobliskiego budynku. Weszły do środka i odkryły schody wiodące do piwnicy. Zeszły do podziemi, gdzie zastały co najmniej pięćdziesiąt osób stłoczonych w ciemności i upale. Nad pomieszczeniem zawisł stęchły odór potu i strachu. Wcisnęły się w masę ciał i mocno trzymały za ręce. Irena zastanawiała się, czy taki schron okaże się skuteczny. Przylgnęła do Ewy, z każdym wybuchem kuliła się coraz mocniej, czekając na detonację, która ich wszystkich zabije.

Stojąc tak w zaduchu i ścisku, myślała o matce, która być może nigdy nie dowie się, co się z nią stało. Przypomniała sobie swoje rozstanie z Mietkiem. Zostawiła pewne rzeczy niedopowiedziane... Pomyślała o przyjaciołach, o pracy, o przyszłości, jaką sobie wymarzyła - wszystko to w jednej chwili zniknie.

Zwykle radosna twarz Ewy była ściągnięta i blada.

- Tak się boję - wyszeptała. Irena odczytała słowa z ruchu warg, przytuliła ją, pogładziła po włosach.

- Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.

- Modlę się do Boga, żebyś miała rację.

Irena myślała o swoim dzieciństwie, o katolickim wychowaniu. Też próbowała się modlić, ale Bóg od dawna był w jej życiu nieobecny.

- Wyjdziemy z tego, zaufaj mi - powiedziała w końcu.

Potężny huk wstrząsnął piwnicą i pogrążył ją w ciemności, a całe pomieszczenie zakołysało się, jakby lada moment miało runąć. Powietrze zgęstniało od dymu i kurzu, zaczęła się dusić, oczy ją paliły. Nagle poczuła czyjąś dłoń na nadgarstku; ktoś pociągnął ją w stronę schodów.

* * *

Oślepił ją blask słońca. Zamrugała i poderwała się gwałtownie. Zakręciło jej się w głowie, przewróciła się na brzuch i zwymiotowała. Poczuła w ustach gorzki smak i krew. Chodnik pod nią stopniowo się materializował. Podparła się i dźwignęła na kolana. Dostrzegła bezwładnie rozrzucone ciała mężczyzn, kobiet i dzieci pokryte gęstym, brązowym pyłem. Niektórzy zaczynali się ruszać. Jakaś kobieta leżała na plecach z oczami utkwionymi w niebo, cała we krwi. Irena rozejrzała się w poszukiwaniu Ewy. Przyjaciółka siedziała tuż obok niej na krawężniku, z głową między kolanami, kołysząc się to w przód, to w tył. Irena odwróciła głowę, a wtedy zauważyła, że budynek, w którym się schroniły, właśnie się zawalił. Ogień szalał wśród gruzów, wszędzie unosiły się kłęby czarnego dymu. To cud, że udało im się uciec na czas.

Irena obejrzała dokładnie ręce i nogi. Miała kilka drobnych oparzeń i skaleczeń, ale nie była poważnie ranna. Podczołgała się do Ewy i sprawdziła, czy z nią też wszystko w porządku. Długo siedziały w milczeniu pośród płonących budynków, krzyków martwych i umierających - zbyt oszołomione, aby się odezwać czy choćby poruszyć.

- Irena... - Głos Ewy, pełen emocji, przebił się przez szum w jej uszach.

- Tak?

- Wracajmy do domu. Matka pewnie cię potrzebuje. Moja rodzina...

- Tak, masz rację - odparła. Z trudem stanęła na nogi. Całe ciało miała obolałe. Czuła, jakby zdarto z niej kilka warstw skóry. Wyciągnęła rękę do Ewy i pomogła jej wstać.

- Biegnij - powiedziała Irena. - Upewnij się, że wszyscy są bezpieczni.

- Przyjdę po ciebie jutro - obiecała Ewa.

- Przyjdź, kiedy będziesz mogła.

Ewa odwróciła się i ruszyła przed siebie tak szybko, jak mogła, szara zjawa pośród pyłu i ognia. Irena odprowadziła ją wzrokiem, aż przyjaciółka zniknęła za rogiem kilka przecznic dalej. Otrzepała się z kurzu, skręciła w prawo i poszła w stronę biura. Wszędzie widziała śmierć, cierpienie i chaos. Całe ulice rozpadały się pod niemieckimi pociskami.

Zauważyła siedzącą na chodniku matkę z dwójką dzieci na rękach, kobieta patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem, po jej policzkach płynęły szerokim strumieniem łzy. Przyciskała główki dzieci do piersi. Wyglądały jak bliźniaki, chłopcy, nie więcej niż trzy lata. Żaden się nie ruszał. Drobne ciała były całe we krwi. Obaj nie żyli. Irena próbowała powiedzieć coś do kobiety, ale ta nic nie słyszała ani nie widziała.

Szła dalej przez zniszczone ulice Warszawy. W nozdrzach czuła ostry swąd dymu. Zaschło jej w ustach, język miała suchy i ciężki. Bombowców już nie było. Ostrożnie stawiając stopy na rozbitych chodnikach, patrzyła w niebo, ale niczego tam nie dostrzegła. Wiedziała, że Niemcy mogą wrócić w każdej chwili. Tutaj, na otwartej przestrzeni, łatwo mogłaby zginąć. Ogarnęła ją panika. Chciała uciekać do domu, ale opanowała się i maszerowała dalej. Jeszcze kilometr i dotarła do biura w budynku opieki społecznej przy ulicy Złotej.

Trzypiętrowy dom wyglądał na nienaruszony. Cały kwartał był nietknięty. Samoloty najwyraźniej jeszcze tu nie dotarły. Wspięła się po schodach i weszła do środka. Tak jak ostrzegała Ewa, nie było prądu. Na korytarzu panował mrok, z trudem orientowała się w przestrzeni. Budynek ział pustką.

Wewnątrz Irena poczuła, że jest bezpieczna. Przeszukała pomieszczenie i znalazła to, czego szukała: dzbanek do połowy napełniony wodą. Na jej powierzchni unosiła się warstwa pyłu, ale to nie miało teraz znaczenia. Przechyliła naczynie i łapczywie wypiła jego zawartość. Woda była prawie tak ciepła jak powietrze na zewnątrz, ale smakowała cudownie.

Trochę orzeźwiona, wyszła z powrotem na ciemny korytarz i po omacku dotarła do schodów. Namacała poręcz i krok po kroku wspięła się na drugie piętro. Tam skręciła i doszła do swojego gabinetu. Był niewiele większy niż szafa. Stały w nim dwa biurka pokryte papierami, a miejsca było akurat tyle, żeby odsunąć krzesło i usiąść. Irena patrzyła na tę znajomą przestrzeń i dopiero teraz owładnęły nią emocje. Stała tak przez długie minuty, a łzy spływały jej po twarzy.

- Pani Ireno? - Głos przełożonego, Jana Dobraczyńskiego, wyrwał ją z zadumy. - Co pani tu robi? - zapytał.

Zmieszała się. Myślała, że jest sama. Było za późno, żeby ukryć łzy. Wytarła policzki rękawem i podniosła wzrok na szefa, który stał nad nią jak profesor na egzaminie. Zza szkieł okularów spoglądały na nią przenikliwe oczy młodego mężczyzny o starannie przyciętych włosach. Wszystko w nim kojarzyło jej się z uniwersytetem.

- Co pani tu robi? - powtórzył dobitniej, z lekką irytacją.

- Przyszłam do biura.

- To widzę. Ale teraz nie ma tu nic do roboty.

- Zawsze jest coś do zrobienia - odparła. Podeszła do swojego biurka i sięgnęła pod stertę dokumentów.

- Pani Ireno, proszę się rozejrzeć - powiedział, wskazując na korytarz. - Ani żywej duszy. Nie ma prądu. Telefony nie działają. Na zewnątrz ludzie giną jak muchy. Proszę wrócić do domu, do rodziny.

Przyjrzał się jej uważniej, jego oczy rozszerzyły się z niepokojem.

- Mój Boże! Pani jest cała poraniona! - wykrzyknął i zrobił krok w jej stronę.

- Nic mi nie jest - powstrzymała go, po czym wróciła do biurka. - To nic takiego, naprawdę. Musimy na powrót otworzyć kuchnie dla ubogich. Nie działają od tygodni, a ludzie umierają z głodu.

Poczuła jego dłoń na przedramieniu.

- Czy pani mnie słyszy? Nikogo tu nie ma i nic nie można zrobić.

Odsunęła się.

- Zaraz się do tego wezmę.

- Pani Ireno, nie ma ludzi do obsługi kuchni. Nie sposób do nikogo dotrzeć. A nawet gdyby się udało, to skąd weźmiemy jedzenie? - Głos mu złagodniał. - Proszę mnie posłuchać, jestem z pani dumny, że pani tu dziś przyszła. To musiało być straszne. Jest pani dzielną kobietą, ale pani miejsce jest teraz w domu, z bliskimi. Właśnie tam wszyscy powinniśmy być.

- Pan przyszedł. - Uniosła brwi.

- Nie na długo. Przyszedłem tylko po papiery i upewnić się, że biuro jest zamknięte. Nie spodziewałem się, że kogoś tu zastanę.

- Widziałam się już z Ewą. Skontaktuję się z nią. Jeśli telefony nie działają, możemy chodzić od drzwi do drzwi. Potrzebuję tylko czterech albo pięciu osób, możemy dotrzeć bezpośrednio do wolontariuszy, którzy prowadzą kuchnie.

W jego oczach malowała się rozpacz.

- To nie ma sensu - powiedział. - Skąd weźmiemy jedzenie?

- Mam kontakty na wsi. I znam człowieka, który ma kilka wozów. Mieszka niedaleko mnie. Jak tylko wszystko zorganizuję, skontaktuję się z nim i od razu zabiorę do pracy. - Spojrzała na Dobraczyńskiego. - Ale będę potrzebowała gotówki.

- Pani Ireno, to się nie uda. - Przełożony potrząsnął głową.

- Uda się, jeśli mi pan pomoże. Proszę tylko o kilka złotych. Nic więcej nie musi pan robić, resztę biorę na siebie. Całe ryzyko, wszystkie obowiązki.

Zawahał się, podrapał się po brodzie.

- Sam nie wiem, pani Ireno. Jeśli ktoś zginie, bo poprosiliśmy go o pomoc...

- Odpowiadam za to. Poza tym ludzie i tak giną we własnych domach. Co za różnica, jeśli bomba ich zabije w kuchni dla ubogich? Przynajmniej cel jest szczytny.

Dobraczyński milczał przez chwilę, a Irena przyglądała mu się uważnie. Wiedziała, że targają nim wątpliwości. Kilka razy już otwierał usta, ale nic nie mówił. W końcu skinął lekko głową.

- Dobrze - powiedział. - Ale to na pani odpowiedzialność. Przyniosę pani te pieniądze, tylko uprzedzam, że niewiele mogę na ten cel przeznaczyć.

- Przyda się każdy grosz.

Irena przez kilka dni pracowała w pocie czoła. Wspólnie z Ewą stworzyły sieć osób chętnych do pomocy w uruchomieniu kuchni ludowych. Irena dotarła do znajomego na obrzeżach Warszawy i zapłaciła mu tyle, ile mogła po dołożeniu większości własnych oszczędności, a on kupił żywność na wsi. Teraz miała prowiant oraz wozy, którymi mogła przewieźć cenne zapasy do stolicy. Zorganizowała personel i po trzech dniach wszyscy byli gotowi do działania.

Tymczasem sytuacja w mieście pogarszała się z każdą chwilą. Dudnienie artylerii rozbrzmiewało coraz głośniej. Radio entuzjastycznie zapowiadało triumf, ale walki toczyły się już bardzo blisko. Rząd obiecywał, że Niemcy nie wejdą do Warszawy. Mówiono o kontratakach i zaciętych walkach Francuzów i Brytyjczyków na niemieckim froncie zachodnim.

Irena wiedziała, że są to słowa bez pokrycia. Do miasta wracali wielkimi grupami żołnierze: ranni, bez broni, kompletnie wyczerpani i wygłodzeni. Bombowce nadlatywały teraz każdego dnia i nie napotykały oporu ze strony polskiego lotnictwa. Nasiliły się grabieże, akty przemocy, a mieszkańcy walczyli o przetrwanie. Policji prawie nie było widać. Porządek społeczny stopniowo się załamywał.

Matka Ireny błagała ją, żeby przestała się angażować. Kilkoro pracowników socjalnych zgłaszało te same obawy, ale ona nieustannie przemierzała warszawskie ulice, szukała kontaktów w różnych miejscowościach i zapewniała personel, że każdy punkt otrzyma zaopatrzenie. Wszystko miało się odbyć nazajutrz, dwudziestego siódmego września. Spod Warszawy przyjadą wozy. Ewa pokieruje dystrybucją żywności do kuchni, a Irena dopilnuje rozliczenia zakupionych towarów, zanim prowiant zostanie podzielony na mniejsze paczki. Zatrudniła ludzi do ochrony żywności przed szabrownikami, podczas gdy ona będzie liczyła zapasy. Ci sami mężczyźni mieli później pojechać z każdym wozem i upewnić się, że racje dotarły bezpiecznie do miejsca przeznaczenia.

Tej nocy Irena spała niespokojnie. Śniło jej się, że w drzwiach stanął Mietek, zakrwawiony trup o pustych oczach, z ustami otwartymi do krzyku, z których jednak nie wydobywał się żaden dźwięk. Spojrzała za niego. Czy oni wszyscy nie żyją? Scena nagle się zmieniła. Stalowe potwory goniły ją przez płonące ulice Warszawy. Bez względu na to, gdzie się schowała, w końcu i tak ją dopadały. Obudziła się o świcie, wyczerpana i przestraszona. Ubierała się szybko w półmroku, jak najciszej, żeby nie obudzić matki i nie martwić jej dodatkowo w tym krytycznym dniu.

Kilka minut później zamknęła za sobą drzwi mieszkania, zbiegła po schodach i wyszła na ulicę. Ciemne, opustoszałe miasto rozciągało się jak czarny koc pod niebem, które jaśniało z każdą minutą. Ruszyła, kierując się na zachód, w stronę przedmieść Warszawy. Musiała się spieszyć. Jej znajomy czekał z wozami - było na nich dwanaście paczek pełnych jedzenia dla warszawskich dzieci. Jeśli się spóźni, wszystko zabiorą chciwi szabrownicy.

Po dwudziestu minutach dotarła na przedmieścia. Wozy już tam były. Woźnica ustawił je na poboczu, przodem do miasta, w otoczeniu ochraniających je mężczyzn. Po drugiej stronie ulicy zebrał się tłumek i patrzył łapczywie na żywność. Irena uśmiechnęła się w duchu, zadowolona, że wynajęła ochroniarzy, którzy strzegli cennego ładunku. Zaczęła się rozglądać za znajomym, który też już powinien być na miejscu. Po chwili zobaczyła, że stoi nieopodal, w towarzystwie kilku żołnierzy. Gestykulował zawzięcie, wskazując w stronę miasta. Jeden z żołnierzy, oficer, potrząsnął głową.

Irena przyspieszyła kroku. Coś było nie tak. Wojsko musiało go zatrzymać. Ogarnął ją niepokój. A jeśli skonfiskują jej towar? Była polską patriotką, choć lojalność odczuwała raczej wobec swojego narodu niż rządu, ale zdobycie tych zapasów kosztowało ją zbyt wiele wysiłku, aby miała je teraz tak po prostu oddać. Pokonała ostatnich kilka metrów i podeszła do żołnierzy.

- Ja tu dowodzę - powiedziała. - Czyżby był jakiś problem?

Znajomy podniósł na nią zdziwione, pełne strachu oczy. Czym on się przejmował? Irena poradzi sobie przecież z kilkoma aroganckimi mężczyznami.

- Co my tu mamy, Fräulein? - zapytał po niemiecku oficer.

Zbyt późno Irena uświadomiła sobie swój straszny błąd. W półmroku wczesnego świtu nie rozpoznała koloru mundurów. To nie byli Polacy, tylko Niemcy. Wróg dotarł do miasta. Wraz z kapitulacją Warszawy przepadły zapasy[4]. Polska wojna dobiegła końca.

Rozdział 2 Koniec i początek

27 września 1939

Warszawa

Irena szukała w pamięci niemieckich słów, próbowała sobie przypomnieć, czego uczyła się na studiach.

- Przepraszam, Herr Hauptmann - zwróciła się po niemiecku do oficera, w którym po stopniu rozpoznała kapitana.

Żołnierz przerwał w połowie zdania i spojrzał na nią. Otaksował ją wzrokiem, po czym odwrócił się z powrotem do swoich ludzi i zaczął wydawać rozkazy.

- Herr Hauptmann, muszę z panem porozmawiać.

Kapitan rzucił jej niecierpliwe spojrzenie.

- O co chodzi?

- Te wozy stanowią własność rządu polskiego. Pracuję w wydziale opieki społecznej, polecono mi zorganizować transport żywności do miasta.

- Chwileczkę, jak się pani nazywa?

Irena zawahała się, ale postanowiła podać imię i nazwisko.

- Irena Sendlerowa.

- Przykro mi, Frau Sendlerowa, ale nie mogę pozwolić, żeby zabrała pani to jedzenie. Moi żołnierze są głodni.

- Możliwe, ale moi ludzie umierają z głodu! - odparła, a w jej głosie słychać było ogromną determinację.

- Rozumiem, ale jedzenie jest tutaj i my jesteśmy tutaj. Zabieram te wozy.

- Tak nie można - zaprotestowała Irena i zrobiła krok do przodu.

- Zastrzelę ją, co? - powiedział jeden z żołnierzy ze śmiechem i podniósł karabin. Skierował lufę w stronę Ireny.

Kapitan odepchnął broń na bok i ostro upomniał żołnierza, po czym zwrócił się do Ireny.

- Frau Sendlerowa, jak już mówiłem, nie mogę wydać pani prowiantu. Widzi pani też, że jest tu dość niebezpiecznie. Nie wszyscy będą równie wyrozumiali jak ja. Proszę iść do domu i poczekać dzień albo dwa. Kiedy porządek zostanie przywrócony, będzie można bezpiecznie wyjść na zewnątrz.

- Moi ludzie nie mogą czekać dnia albo dwóch.

- Martwa na nic im się pani nie przyda - odrzekł Niemiec lodowatym tonem. - A teraz sio. - Podniósł rękę i odprawił ją, jakby odpędzał owada.

Irena z trudem powstrzymała łzy frustracji. Niemcy zdążyli już wyładować prowiant i częstowali się chlebem, owocami i warzywami, a strażnicy przyglądali im się bezradnie z rękami w górze. Chciała do nich podejść, zażądać, aby ich wypuszczono, ale się bała. Ten żołnierz mógł ją zabić. Gdyby nie kapitan, może już by nie żyła. Odwróciła się i pospiesznie ruszyła z powrotem do miasta. Polacy wylegli na ulice, na ich twarzach malowały się smutek i oszołomienie. Wieści już się rozeszły. Niemcy dotarli do Warszawy. Ich ukochana stolica upadła.

Irena przebijała się przez tłum, zmierzając w stronę mieszkania. Potrzebowała trochę czasu, żeby dojść do siebie i przemyśleć, co się stało. Była zła, przepełniała ją wściekłość. Przez tyle dni pracowała bez wytchnienia, aby tylko dostarczyć to jedzenie potrzebującym. Wszystko zorganizowała, a w ostatniej chwili Niemcy wszystko zniszczyli. Jak oni śmieli? Przecież musiał być nad nimi ktoś, kto by to potępił. Chyba nie byli potworami...? Pamiętała oczywiście informacje, jakie rozpowszechniał polski rząd, te wszystkie pogłoski o hitlerowskim bestialstwie. Ale czy to nie była zwykła propaganda? Przecież polscy przywódcy wygłaszali różne kłamstwa o Żydach i socjalistach. Była tego naocznym świadkiem.

Nie, Niemcy to przecież cywilizowana nacja. Trzeba poczekać kilka dni, jak sugerował kapitan. Potem Irena pójdzie, gdzie trzeba, i złoży skargę. Będzie się dobijała coraz wyżej, aż w końcu ktoś jej wysłucha, a później załatwi nową dostawę. Może sytuacja nie jest wcale taka zła, jak się wydaje. Miała przecież wszystkie nazwiska pracowników i adresy. Potrzebuje jeszcze tylko jedzenia i zaraz będzie mogła wrócić do pracy. Przemyślawszy sobie to wszystko, od razu poczuła się lepiej. Uznała, że nie musi wracać do domu. Niemcy nie mogli jej niczego nakazać. Zawróciła na środku chodnika i dołączyła do rosnącego tłumu gapiów, którzy wypatrywali nadciągających wojsk wroga.

Nie czekała długo. Po niecałej godzinie zobaczyła długie szeregi maszerujących żołnierzy, a ich czarne ciężkie buty uderzały idealnie równo o bruk, z maszynową precyzją. Ich mundury były nowe, jakby prawie w ogóle nie walczyli. Twarze mieli surowe, ponure, aroganckie. Mężczyźni patrzyli przed siebie, jak gdyby ludzie, których właśnie podbili, w ogóle ich nie interesowali.

Irena stała tak przez wiele godzin i obserwowała nieprzerwany strumień wojskowych wkraczających do miasta. Były ich dziesiątki tysięcy, wszyscy młodzi, silni, pełni niespożytej energii. Jedyni wojskowi, jakich oglądała w ciągu ostatniego miesiąca, to ranni polscy żołnierze, którzy przemykali ukradkiem po ulicach, brudni, wyczerpani i zniechęceni. Jakże wyraźny kontrast z nimi stanowili ci nadludzcy Niemcy. Ci nowi panowie.

Z zadowoleniem spostrzegła, że zachowują się przyzwoicie. Ustawili się po kilku na każdym rogu. Uważnie obserwowali tłum, ale nie zauważyła w ich postawie żadnej ostentacyjnej dominacji czy prób zastraszania ludzi swoim nagłym zwycięstwem. Oni byli jak tamten kapitan, po prostu wykonywali swoją pracę. Być może ten drugi żołnierz, ten, który chciał ją zastrzelić, stanowił wyjątek. Dotarło do niej teraz, że mógł nawet żartować. Niewiele wiedziała o zwyczajach żołnierzy.

W końcu się znudziła. Jak długo można patrzeć na wojskowe buty. Postanowiła pójść pieszo do domu. Matka pewnie zgłodniała i będzie zła na Irenę, że ta nie wróciła, by się nią zająć. Westchnęła. Wolałaby pójść gdzie indziej, znaleźć przyjaciół i kolegów z pracy, porozmawiać z nimi o tym, co się wydarzyło, zapytać, co wiedzieli. Jeszcze będzie na to czas. Nie musiała zostawać w domu długo. Chciała tylko coś zjeść i się przebrać. Przygotuje matce szybki posiłek, poda jej lekarstwa i zaraz wyruszy z powrotem do miasta. Postanowiła, że jak tylko się z tymi obowiązkami upora, pójdzie do Ewy. Przyjaciółka pewnie będzie u siebie i razem udadzą się do biura.

W miarę jak zbliżała się do miasta, tłumy się przerzedzały. Z dala od głównych ulic mogła poruszać się szybciej. Dotarła do domu, minęła drzwi na dole i pospiesznie ruszyła korytarzem wzdłuż wyblakłych ścian oświetlonych samotną żarówką. Wspięła się po wąskich schodach na oślep, aż dostrzegła słabą poświatę z korytarza na piętrze. Przez chwilę szamotała się z pękiem kluczy, aż znalazła ten właściwy. Otworzyła drzwi i od razu pospieszyła do kuchni w poszukiwaniu chleba. Była głodna, nie zjadła śniadania, bo liczyła na prowiant z wozów.

Z sypialni dobiegł głos matki.

- Irena, to ty?

- Chwileczkę! - Irena otworzyła skromną spiżarnię i znalazła pół bochenka czerstwego chleba. Odwinęła przykrywający go brązowy papier i obróciła w dłoniach; odkroiła zapleśniałą część i wyrzuciła ją do kubła. Sprawdziła chleb jeszcze raz, po czym wgryzła się w twardą skórkę, zębami oderwała kawałek i zaczęła go łapczywie żuć. Ręce jej drżały; wzięła głęboki oddech, rozkoszując się smakiem. Popiła odrobiną zastałej wody.

- Irena? - zawołała ponownie matka. - Co ty tam robisz? Chodź tutaj.

Potrząsnęła głową, odstawiła jedzenie i napełniła kubek wodą. Sięgnęła do szafki i wyjęła z opakowania kilka tabletek. Oderwała jedną trzecią z tego, co zostało z bochenka, i poszła do sypialni, gdzie matka czekała na nią niecierpliwie w łóżku. Irena pomogła jej się napić.

- Ach! - wykrztusiła matka. - No i znowu za ciepła. Mogłabyś poczekać chwilę, żeby woda zleciała, zanim ją nalejesz.

- Woda jest w sam raz - odparła Irena i włożyła tabletki do ust matki. Po chwili podała jej oderwany kawałek chleba. Matka szybko pochłonęła skąpy posiłek.

- Nie ma więcej? - zapytała.

- Na razie nie ma. Postaram się coś przynieść wieczorem.

Oczy matki się rozszerzyły.

- Chyba mnie znowu nie zostawisz?

- Niemcy weszli do miasta. Muszę iść.

- Niemcy! Czyli musisz zostać w domu. Co ze mną będzie?

- Oj, mamo - odparła Irena ze śmiechem. - Czy ty myślisz, że hitlerowcy są nami zainteresowani? I bez tego mają dość roboty.

Matka potrząsnęła głową z dezaprobatą.

- Twoje miejsce jest tutaj ze mną. Twój ojciec nigdy by mnie tak nie zostawił.

- Wrócę za godzinę, najwyżej dwie.

Matka uniosła ręce lekko ponad kołdrę, jak gdyby w geście rezygnacji.

- Skoro już koniecznie chcesz mnie zostawić, to przynajmniej pomóż mi wziąć kąpiel, zanim pójdziesz.

- Wykąpię cię później, jak wrócę.

- Ciągle tylko później i później! - Matka podniosła głos. Szkarłatne cętki wystąpiły jej na policzkach, stopy poruszały się gwałtownie pod pościelą. - Cały tydzień tu leżę brudna. Karmisz mnie byle czym, rzadko kiedy zabierasz do toalety. Nie mam nic do roboty i nikogo do pomocy.

Irena przystanęła. Co to za różnica: kilka godzin? Chciała się przebrać i wyjść. Ogarnęła ją frustracja.

- Dobrze - odparła oschle. - Szybka kąpiel, ale potem idę.

Pochyliła się, żeby matka mogła się wesprzeć, i zaprowadziła ją do łazienki. Odkręciła wodę, po czym pomogła jej się rozebrać i ostrożnie wejść do wanny. Matka myła się wolno, a Irena odliczała w myślach czas. Kiedy doszła do dziesięciu minut, wyciągnęła korek z wanny.

- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytała matka z pretensją.

- Już skończyłaś. Mówiłam ci, że muszę wyjść.

Matka odwróciła głowę, nie patrzyła Irenie w oczy.

- Nawet nie wiem, co ci powiedzieć.

Irena podciągnęła ją i wytarła ręcznikiem.

- Nic nie musisz mówić. Zobaczymy się, jak wrócę.

Od razu opuściła mieszkanie. Po drodze rzuciła okiem na zegarek - dwie godziny! Zamierzała wstąpić tylko na kilka minut, a minęła już większa część dnia. Czy w ogóle wolno teraz wychodzić? A co, jeśli Niemcy zarządzą godzinę policyjną, a ona gdzieś utknie? Matka miałaby za swoje, gdyby okazało się, że Irena musi przeczekać noc, zanim wróci do domu.

Dotarła na dół i znalazła się na zewnątrz. Słońce wisiało już nisko na niebie. Ulice znów były niemal opustoszałe, od czasu do czasu ktoś przemykał to w jedną, to w drugą stronę. Na rogu najbliższego skrzyżowania zobaczyła samotnego niemieckiego żołnierza, który maszerował powoli tam i z powrotem z karabinem na ramieniu. Minął go jakiś starszy pan. Irena zastanawiała się, czy Niemiec go nie zatrzyma, ale on zignorował mężczyznę i poszedł dalej.

Irena ruszyła w stronę domu Ewy, jednak po chwili się zatrzymała. Jeśli wprowadzą godzinę policyjną, to nie zdąży. Znów poczuła, jak wzbiera w niej złość. Z trudem opanowała emocje, zawróciła i poszła w stronę biura. Tam na pewno zdąży dotrzeć, i to z zapasem czasu, a gdyby nie mogła wrócić, na piętrze były kuchnia i kilka łóżek. Przeczeka do rana i popracuje przez całą noc, jeśli nie będzie w stanie zasnąć. Po drodze myślała o Niemcach, a gniew narastał w niej z każdym krokiem.

Odzyska swoje zapasy! Stawi czoła hitlerowcom i zażąda zwrotu prowiantu. Ta wizja napełniła ją energią. Przyspieszyła kroku, w jej głowie kłębiły się pomysły. Myślała o kontaktach, znajomych urzędnikach państwowych i profesorach, którzy mieli wystarczające wpływy, aby załatwić jej audiencję u władz - u nowych władz. Ktoś na pewno jej pomoże. Kiedy już znajdzie właściwego Niemca, wszystko mu zreferuje i poprosi o zwrot jedzenia.

"Co to zmieni?" - zapytał głos w jej głowie. "To tylko jeden posiłek, może dwa. Potem wszyscy znów będą głodować". Otrząsnęła się jednak z tych myśli. Skupiła się na najbliższym zadaniu. Kolejne to problem na jutro.

Dotarła do budynku, gdzie mieściło się biuro, i popędziła po betonowych schodach. Nie zauważyła strażnika, dopóki omal na niego nie wpadła.

- Halt! - krzyknął żołnierz, mierząc do niej z karabinu. Zamarła, serce stanęło jej w gardle ze strachu, bo oto jej życie było zagrożone po raz drugi w ciągu jednego dnia.

- Przepraszam. - Z trudem dobierała właściwe słowa. - Ja tu pracuję. Muszę tylko wejść do biura.

Zrobiła krok do przodu.

- Nein! - Żołnierz podniósł karabin na ramię, szykując się do strzału. - Es ist verboten!

Podniosła ręce i ściszyła głos w nadziei, że uspokoi tym Niemca.

- Ja tu pracuję. To jest biuro opieki społecznej. Czego pan tu pilnuje?

- Rozkaz to rozkaz, Fräulein. A teraz w tył zwrot i precz stąd!

- Ale godzina policyjna... Czy jest godzina policyjna?

- Precz! - krzyknął i odbezpieczył broń.

Odwróciła się na pięcie i zbiegła po schodach. Łzy płynęły jej z oczu, z trudem łapała oddech. Szybkim krokiem wyszła na zewnątrz, przepełniona lękiem i wściekłością.

Kilka przecznic od biura Irena potknęła się i zatrzymała. Nadal ciężko oddychała, a strach niemal ją paraliżował. Rozejrzała się po ulicy, wypatrując Niemców. Latarnie były zgaszone. Ogarnęła ją ciemność. Wytężała wzrok, próbując cokolwiek dojrzeć. Widziała poruszające się cienie, jakieś czarne kształty. To muszą być Niemcy, może nawet jej szukają. Przeszła na drugą stronę ulicy, jak najdalej od widm. Nie wiedziała, dokąd iść. Mieszkanie Ewy było za daleko. Nie miała szans tam dotrzeć. Musiała spróbować jakoś przemknąć do domu. W głowie rozbrzmiało jej echo słów matki. Irena rzeczywiście nie miała tu czego szukać. Ale to właśnie przez matkę wyszła tak późno, bo gdyby nie ona, zdążyłaby wrócić przed zmrokiem. Może nawet dostałaby się do biura, zanim przyszedł ten wartownik. Nie, wyjście nie było błędem, tylko powinna była to zrobić wcześniej.

Mijała kolejne ulice. Ciemność okazała się zbawienna. Gdyby latarnie świeciły, zaraz ktoś by ją złapał. Jakiś niewyraźny kształt zmierzający w przeciwnym kierunku wpadł na nią gwałtownie. Irena krzyknęła z zaskoczenia i bólu, ale postać szybko ruszyła dalej. Zrozumiała, że to inny Polak.

Szła po omacku wzdłuż budynków, od ulicy do ulicy. Nie widziała znaków na rogach, ale chodziła tą trasą tysiące razy i znała ją na pamięć. Była teraz w połowie drogi powrotnej. Poczuła, że panika mija, a jej miejsce zajmują spokój i determinacja, aby jak najszybciej wrócić do domu. W myślach już snuła nowe plany, i to takie, które nie wymagały dostępu do biura. Wiedziała, gdzie mieszkają jej przełożony i reszta kadry. Odwiedzi ich jutro w ciągu dnia, dowie się, jak wygląda sytuacja, i ustali, co zrobić, żeby odzyskać prowiant. Nie mogła się doczekać, aż opowie Ewie o dzisiejszych wydarzeniach. Zaproszą też Alę Gołąb-Grynberg[5]. Ala nie współpracowała z nimi bezpośrednio, jednak na pewno będzie wściekła, kiedy o wszystkim usłyszy.

Minęła kolejną przecznicę, a potem jeszcze jedną. Doszła do rogu ulicy Ludwiki i już miała przejść na drugą stronę, gdy nagle go zobaczyła. Na samym środku jezdni stał niemiecki żołnierz. Wpatrywał się w nią, choć nie podniósł karabinu. Serce waliło jej w piersi jak młotem. Być tak blisko domu i nie zdążyć! Stała tak przez długą chwilę, czekając na to, co nieuniknione.

Żołnierz skinął lekko głową i gestem ręki dał jej znak, żeby przeszła. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, ale nie zamierzała go pytać, dlaczego ją przepuszcza. Minęła Niemca i pognała chodnikiem. Szła za szybko, nie patrzyła w ciemnościach pod nogi, ale nie chciała natknąć się na kolejnego strażnika, bo tym razem mógł nie okazać jej litości. Dotarła do drzwi wejściowych i weszła w mrok korytarza. Po przerażającej wędrówce przez nocną ciemność goła żarówka wydawała się jasna jak słońce. Irena wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Ruszyła schodami w górę, próbując zapanować nad emocjami. Poczuła przypływ radości, wręcz triumfu. Była poza domem po godzinie policyjnej. Przeszła ulicami, na których oni teraz rządzili, ale nikt jej nie zatrzymał.

Pomyślała o matce i znów poczuła, jak narasta w niej gniew. Prawda była taka, że to przez nią błądziła w ciemnościach i narażała życie. Kąpiel mogła poczekać, ale matka wzbudziła w niej poczucie winy. Nigdy więcej na to nie pozwoli. Wyprostowała się, gotowa do konfrontacji. Otworzyła drzwi i wkroczyła do mieszkania.

- Mamo! - krzyknęła od progu. - Musimy porozmawiać!

Nagle stanęła jak wryta. Matka siedziała na kanapie w koszuli nocnej, z kocem zarzuconym na ramiona. Widok był niezwykły, bo sama nigdy nie ruszała się z łóżka, ale nie to przykuło uwagę Ireny. Obok starszej kobiety stało trzech niemieckich żołnierzy z pistoletami w rękach.

- Frau Sendlerowa - powiedział jeden. - Pani pozwoli z nami, natychmiast.

Była aresztowana.

Przypisy

[1]  Ewa Rechtman, pochodząca z żydowskiej rodziny, była bliską przyjaciółką Ireny Sendlerowej z czasów studenckich. Kiedy znalazła się w getcie, zajęła się organizacją konspiracyjnej komórki charytatywnej. Pracowała też z młodzieżą. [Wszystkie przypisy pochodzą od konsultantki merytorycznej].

[2]  Irena Sendlerowa przed wojną sympatyzowała z Polską Partią Socjalistyczną, a w czasie wojny należała do Robotniczej Partii Polskich Socjalistów. Jej ojciec - lekarz socjalista - leczył Żydów i biedotę, a Irena często stykała się z jego pacjentami. Te doświadczenia wywarły wpływ na jej wrażliwość społeczną. Buntowała się przeciwko wszelkiej dyskryminacji, w tym tej wymierzonej w mniejszości narodowe i etniczne. W ostatnich latach przed wojną obóz rządzący Polską coraz częściej odwoływał się do haseł nacjonalistycznych i prowadził dialog ze środowiskami faszyzującymi.

[3]  Uderzenie ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku było dla polskich socjalistów szokiem. Spodziewali się raczej, że Rosja przyłączy się do walki przeciwko Hitlerowi. Po klęsce wrześniowej wielu polskich socjalistów padło ofiarą prześladowań na terenach okupowanych przez ZSRR.

[4]  Wielodniowa bitwa w obronie Warszawy pochłonęła kilkanaście tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej i żołnierzy oraz pozostawiła kilkadziesiąt tysięcy rannych. Wobec pogarszającej się sytuacji mieszkańców stolicy i szybko topniejących zapasów amunicji 26 września 1939 roku zdecydowano o kapitulacji. Akt kapitulacji został podpisany 28 września, a dopiero dwa dni później - 30 września - Niemcy zaczęli wkraczać do miasta. W książce autor przyspieszył zajęcie stolicy o kilka dni.

[5]  Alicja Gołąb-Grynberg była pielęgniarką. Egzamin zawodowy zdała w 1927 roku i rozpoczęła pracę w szpitalu. Łączyła to z działalnością w opiece społecznej, która przed wojną wzbudziła zainteresowanie Janusza Korczaka. Po powstaniu w warszawskim getcie została tam naczelną pielęgniarką. Organizowała szkolenie sanitarne młodzieży.