W marcu 2017 roku amerykańska Senacka Komisja do Spraw Wywiadu zaprosiła
mnie na pierwsze publiczne przesłuchanie ekspertów w sprawie ingerencji
Rosji w wybory prezydenckie w 2016 roku. Członkowie Komisji, wywodzący
się z obu partii politycznych (Demokratycznej i Republikańskiej),
chcieli, abym pomógł ukazać społeczeństwu amerykańskiemu zdobyte podczas
śledztwa dowody, wskazujące na winę Rosji, które w tym czasie ciągle
były przedmiotem burzliwej dyskusji wśród szerokiej opinii publicznej, i oczywiście spotykały się z zaprzeczeniem ze strony zarówno rządu Rosji,
jak i prezydenta Stanów Zjednoczonych. Sytuacja była bezprecedensowa.
Poza mną świadkami byli Keith Alexander, były szef Agencji
Bezpieczeństwa Narodowego, oraz Kevin Mandia, prezes zarządu FireEye,
wiodącej firmy zajmującej się bezpieczeństwem informacji. Tuż przed
przesłuchaniem jeden z pracowników przeprowadził nas z holu do stołu dla
świadków. Kiedy weszliśmy, spojrzałem na rząd zasiadających przed nami
senatorów. Obecna była większość członków Komisji. Ich twarze wyglądały
znajomo. Sala była pełna ludzi; fotoreporterzy, leżący na podłodze ze
swoimi zawieszonymi na szyjach aparatami, wkrótce zostali wyproszeni.
Przez chwilę im zazdrościłem.
Senatorowie siedzieli za ogromnym półkolistym, ciężkim drewnianym
stołem, który zdawał się osaczać świadków. Na początku przesłuchania,
zaraz po naszych wstępnych oświadczeniach, pochodzący z Wirginii senator
Mark Warner, zwrócił się do nas z pytaniem, czy mamy "jakiekolwiek
wątpliwości", że to agenci rosyjscy zhakowali Krajowy Komitet Partii
Demokratycznej oraz są autorami operacji dezinformacyjnej, która miała
miejsce podczas kampanii wyborczej. Wyraźnie chciał usłyszeć krótką
odpowiedź. W trakcie wypowiedzi Mandii i Alexandra miałem możność
zastanowić się nad tym, co powinienem powiedzieć. Dowody w kwestii
popełnionych nadużyć, które osobiście widziałem, były mocne: szereg
artefaktów - podobnie jak odciski palców, łuski pocisków oraz tablice
rejestracyjne samochodów uciekających z miejsca zbrodni - wyraźnie
wskazywał na rosyjski wywiad wojskowy. Jednak, pomimo dowodów, samo
przestępstwo wydawało się abstrakcyjne, hipotetyczne, nierealne.
Następnie pomyślałem o rozmowie, którą odbyłem zaledwie dwa dni
wcześniej z pochodzącym z dawnego bloku wschodniego oficerem wywiadu i ekspertem do spraw dezinformacji.
W drodze do Waszyngtonu na przesłuchanie w Senacie zatrzymałem się w Bostonie. Panował kąśliwy chłód. Wybrałem się do Rockport, niewielkiego
miasteczka na krańcu Cape Ann, otoczonego z trzech stron wodami Oceanu
Atlantyckiego. To tam, w swoim studiu, zgodził się spotkać ze mną
Ladislav Bittman. Bittman, który zmarł półtora roku później, był
prawdopodobnie najważniejszym uciekinierem z bloku wschodniego, jaki
kiedykolwiek zeznawał i pisał o dezinformacji jako narzędziu pracy
wywiadu. Były szef potężnej jednostki dezinformacji w KGB chwalił wydaną
w roku 1972 książkę Bittmana The Deception Book jako jedną z dwóch
najlepszych książek na ten temat1. Bittman uciekł w roku 1968,
jeszcze zanim wynaleziono eksperymentalny prototyp Internetu i siedem
lat przed moim urodzeniem.
Na rozmowie spędziliśmy całe popołudnie, siedząc w cichym pokoju
wyłożonym drewnianymi panelami. Bittman był łysy, miał twarz pooraną
zmarszczkami, za to w jego oczach, spojrzeniu, była jakaś świeżość,
młodość. Słuchał uważnie, przerywał, aby móc się zastanowić i wypowiadał
się bardzo rozważnie. Pamięć Bittmana i jego dbałość o szczegóły były
naprawdę onieśmielające. Zapewne nie odpowiedziałby na moje pytania,
gdyby nie miał odpowiedniej wiedzy. Byłem pod wrażeniem. Bittman
wyjaśnił mi, jak w latach sześćdziesiątych XX wieku w bloku wschodnim
powstawały całe urzędy, których celem było naginanie faktów, oraz w jaki
sposób owe pomysły były projektowane, autoryzowane i oceniane. Ukazał
jak nauczył się łączyć prawdziwe szczegóły z podrobionymi - aby
dezinformacja odniosła sukces, musi "przynajmniej częściowo odpowiadać
realiom lub chociaż akceptowalnym poglądom". Wyjaśnił też, że przez
ponad pół wieku przecieki ze skradzionych dokumentów były traktowane
jako "standardowa procedura w działaniach dezinformacyjnych". Jak sam
szacował, podczas zimnej wojny przeprowadzono ponad dziesięć tysięcy
odrębnych operacji dezinformacyjnych. Podał także kilka przykładów
historii wziętych z życia: o pozorowanej niemieckiej grupie neofaszystów
z logo z liśćmi dębu, sfałszowanych nazistowskich dokumentach ukrytych w leśnym jeziorze w Czechach, amerykańskich planach wojny nuklearnej
nieustannie wypływających w całej Europie, wizycie sowieckiego mistrza
fałszerstw w klubie ze striptizem w Pradze. Ów ostrożny i rozważny
staruszek nauczył mnie na temat tego, jak mam zeznawać, więcej niż
jakiekolwiek techniczne sprawozdanie wywiadu, które czytałem lub
jakiekolwiek śledztwo w sieci, jakie dane mi było podejmować. Uczynił,
że stało się to realne2.
Na początku 2016 roku byłem właśnie w połowie skomplikowanego
dwuletniego technicznego śledztwa dotyczącego MOONLIGHT MAZE, pierwszej
znanej w historii międzynarodowej kampanii szpiegowskiej wysokiej klasy
grupy rosyjskich szpiegów, która rozpoczęła działalność w połowie lat
dziewięćdziesiątych XX wieku i nigdy jej nie zaprzestała. Dzięki
odrobinie szczęścia i uporu udało mi się wyśledzić jeden z rzeczywistych
serwerów używanych w 1998 roku przez rosyjskich operatorów do
przygotowania włamania do setek amerykańskich sieci wojskowych i rządowych. Emerytowany administrator systemów trzymał ów serwer - stare,
niezgrabne urządzenie - pod biurkiem w swoim domu pod Londynem, razem z kompletem oryginalnych danych do logowania oraz rosyjskimi narzędziami
do hakowania w sieci. To było jak odnalezienie wehikułu czasu. Cyfrowe
artefakty z Londynu opowiedziały nam historię rozległej operacji
hakerskiej, którą można było nawet powiązać ze śledztwem w sprawie
całkiem współcześnie prowadzonej działalności szpiegowskiej. Nasze
dochodzenie ukazało uporczywość oraz umiejętności, jakimi wykazują się
agencje szpiegowskie, gdy włamują się do sieci komputerowych. Owe
wielkie agencje szpiegowskie, które w okresie zimnej wojny zainwestowały
w zbieranie kosztownych kolekcji technicznych sygnałów wywiadowczych,
wydawały się też być szczególnie dobre w atakach hakerskich i dozorowaniu innych hakerów.
Wówczas, 14 czerwca, jak grom z jasnego nieba pojawiła się wiadomość o włamaniu do sieci Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Wśród
niewielkiej społeczności ludzi, która bada włamania do wysokiej klasy
sieci komputerowych, nie było odtąd większych wątpliwości, że stoimy w obliczu kolejnej rosyjskiej operacji wywiadowczej. Uzyskane artefakty
cyfrowe nie pozwalały na żadne inne wnioski.
Następnego dnia rozpoczęły się wycieki i kłamstwa. Nagle pojawiło się
naprędce założone online konto, na którym podano informację, iż "samotny
haker" wykradł dane z siedziby demokratów w Waszyngtonie. Na koncie
ujawniono kilka wykradzionych plików - oczywisty dowód, że rzeczywiście
doszło do przecieku, ale już nie na to, że jego źródło nie było tym, za
kogo się podawało. 16 czerwca stało się jasne, że niektórzy z najbardziej doświadczonych i agresywnych operatorów wywiadowczych na
świecie przypuścili zmasowany, niejawny atak na Stany
Zjednoczone3.
W następnych dniach i tygodniach obserwowałem wpływ owej ingerencji na
przebieg wyborów, starannie zbierając te z okruszków, które pozostawili
po sobie rosyjscy operatorzy. Na początku lipca podjąłem decyzję o napisaniu pierwszego zarysu owej niezwykłej historii. Opublikowałem dwa
artykuły śledcze na temat trwającej kampanii dezinformacyjnej: pierwszy
pod koniec lipca 2016 roku, w dniu konwencji Partii Demokratycznej, a drugi na trzy tygodnie przed wyborami powszechnymi. Zauważyłem jednak,
że nie byłem odpowiednio przygotowany do tego zadania. Całkiem dobrze
znałem szpiegostwo cyfrowe i jego historię, ale nie dezinformację, jak
specjaliści wywiadu nazywali "środki aktywne".
Żyjemy w wieku dezinformacji. Prywatna korespondencja jest wykradana i wycieka do prasy, aby komuś zaszkodzić - w Internecie rozpalane są
namiętności polityczne, których celem jest wbicie klinów w widoczne już
szczeliny liberalnej demokracji. Ich sprawcy sieją wątpliwości i publicznie negują wrogość owych poczynań, przenosząc je jednocześnie do
działań zakulisowych.
Owa współczesna era dezinformacji rozpoczęła się na początku lat
dwudziestych XX wieku, a sztuka i nauka czegoś, co CIA nazywa "wojną
polityczną", rozwijały się i zmieniały w czterech potężnych falach,
które przebiegały w kolejnych pokoleniach. Wraz z teorią i praktyką
dezinformacji zmieniała się też terminologia opisująca podejmowane
działania. Pierwsza fala dezinformacji zaczęła się formować w latach
międzywojennych, w okresie Wielkiego Kryzysu, w erze dziennikarstwa
zdominowanego przez radio - wynalazku działającego bezwzględnie i błyskawicznie. Operacje podejmowane w latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku, których celem było wywarcie wpływu, były
innowacyjne, zakonspirowane, pokrętne i, na razie, bezimienne.
Fałszerstwa w tym okresie były często bronią słabych, a niektóre z nich
wymierzone były jednocześnie przeciwko Związkowi Radzieckiemu, jak i Stanom Zjednoczonym.
Podczas drugiej fali, po II wojnie światowej, dezinformacja uległa
profesjonalizacji, a amerykańskie agencje wywiadowcze przewodziły w agresywnych i pozbawionych skrupułów operacjach, spotęgowanych przemocą
towarzyszącą przewlekłej wojnie o zasięgu globalnym. Ową mieszankę
ukrytych prawdziwych enuncjacji, fałszerstw oraz otwartych dywersji
wymierzonych w przeciwnika, CIA zdefiniowała jako "wojnę polityczną", co
jest równie pojemnym, jak i ambitnym określeniem. Najbardziej
śmiercionośnym okresem "wojny politycznej" były lata pięćdziesiąte XX
wieku w Berlinie, tuż przed wzniesieniem muru. Z kolei w bloku wschodnim
preferowano prostszą i bardziej precyzyjną nazwę - "dezinformacja".
Jednak bez względu na terminologię, cele działań były identyczne:
zaostrzyć istniejące już napięcia i sprzeczności w świecie politycznym
przeciwnika, do czego wykorzystywano fakty i kłamstwa, a najlepiej
dezorientującą mieszankę obu tych komunikatów.
Trzecia fala nastąpiła pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy
dezinformacja stała się zasobniejsza i bardziej dopracowana, wyostrzona
i sprawniej sterowana, wyniesiona do grona nauk operacyjnych o zasięgu
ogólnoświatowym, zarządzana przez ogromną, dobrze naoliwioną
biurokratyczną maszynę. Do tego czasu w sowieckim establishmencie
wywiadowczym oraz w satelickich agencjach państw bloku wschodniego
szeroko stosowany był termin "środki aktywne". Nazwa ta się przyjęła i faktycznie brzmiała całkiem elegancko, ponieważ pozwalała uchwycić
szerszy konceptualny i historyczny trend owej gry. Po 1960 roku
działania stawały się coraz aktywniejsze, a Wschód zdobywał w nich
widoczną przewagę. Upadek Związku Radzieckiego, który nastąpił później,
spowodował, że zniknął element taki, jak poczucie wyższości
ideologicznej Wschodu.
Czwarta fala dezinformacji stopniowo narodziła się i osiągnęła swój
szczyt około 2015 roku, kiedy na jej odrodzenie i kształt niewątpliwy
wpływ miały nowe technologie i kultura Internetu. Dotychczasowa sztuka
wywierania: mozolnego, bezpośredniego, profesjonalnego i pracochłonnego
psychologicznego została zastąpiona przez działania błyskawiczne,
nieskomplikowane, uderzające z dystansu i rozproszone. "Środki aktywne"
stały się nie tylko "aktywniejsze" same w sobie - bardziej niż
kiedykolwiek przedtem - ale także trudniej "mierzalne" - do tego
stopnia, że sam termin zaczął być kwestionowany jako wieloznaczny.
Istniejąca w naszych czasach zorganizowana, profesjonalna sztuka
mistyfikacji wymaga jednak powrotu do historii. Stawka jest ogromna -
dezinformacja wywołuje korozję fundamentów liberalnej demokracji, naszej
zdolności do oceny faktów na podstawie wartości i tym samym do
autokorekty. Owo ryzyko ma długą historię. Jednak miażdżący ciężar
nieustającego strumienia wiadomości oznacza, że wszystko wydaje się
nowe, kruche, nieskończone - ustalony porządek sprawia wrażenie
ulotnego, z labilnymi skrajnymi poglądami i coraz to nowymi pęknięciami.
Kryzys naszych demokracji zachodnich jest nader często określany jako
bezprecedensowy. Owo poczucie nowości jest błędne, stanowi pułapkę.
Ingerencja w wybory prezydenckie 2016 roku oraz ponawiający się kryzys
rzeczywistości ma stuletnie doświadczenie. Mimo to, nieprzygotowani i nieświadomi demokraci przed wyborami w 2016 roku, jak i po wyborach
republikanie, w większości nie umieli docenić zagrożenia i umniejszali
niebezpieczeństwo, jakie niesie ze sobą dezinformacja. I na odwrót:
wiele osób przyglądających się z bliska dochodzeniu Prokuratora
Specjalnego prowadzonemu w latach 2017-2019, wciąż nie jest w pełni
świadomych ryzyka wywołanego wyborami w 2016 roku, znacznie przeceniając
efekty anegdotycznej kampanii, która - marnie przeprowadzona - została
mocno przereklamowana. Najlepszym i tak naprawdę jedynym skutecznym
antidotum na tego typu pułapki jest analiza bogatej historii "wojen
politycznych". Tylko dzięki starannemu i dokładnemu oszacowaniu
fantastycznej przeszłości dezinformacji możemy zrozumieć teraźniejszość
i przygotować się na przyszłość. Badania wzrostu "środków aktywnych" z historycznego punktu widzenia ujawniają kwintesencję współczesnej
historii, ściśle powiązanej z głównymi trendami kulturowymi i technicznymi ostatnich stu lat.
XX wiek był wielkim laboratorium testowym dla dezinformacji i profesjonalnego, zorganizowanego kłamstwa, szczególnie w latach
międzywojennych i okresie zimnej wojny. Mimo to, zachodni badacze i szersza opinia publiczna w dużej mierze wolą ignorować historię
zorganizowanego i zinstytucjonalizowanego oszustwa. Historycy zwykle
wolą opowiadać prawdziwe historie niż badać dzieje mistyfikacji.
Oczywiście są wyjątki - kilka epizodów zostało ostatnio dobrze
udokumentowanych, jak na przykład opowieść o liście
Zinowiewa4 - oszustwie z 1924 roku, które wywołało wielki
skandal polityczny w Wielkiej Brytanii, czy też uporczywie powtarzane w latach osiemdziesiątych XX wieku kłamstwo, że AIDS było bronią
opracowaną przez armię Stanów Zjednoczonych5. Dobrze
przebadana jest też mniej agresywna, tajna akcja kulturalna
przeprowadzona przez CIA w początkowym okresie zimnej wojny, której
najbardziej znanym elementem był Kongres Wolności
Kulturowej6. Podobnie jest w przypadku mistyfikacji
militarnych z czasów wojny7. Większość dwudziestowiecznych
operacji dezinformacyjnych została jednak najzwyczajniej zapomniana, w tym nawet te największe i najbardziej udane. Liberalne demokracje XXI
wieku nie mogą sobie jednak dłużej pozwolić na bagatelizowanie tamtej
przeszłości. Zignorowanie licznych i niepokojących lekcji o kampaniach
dezinformacyjnych prowadzonych na skalę przemysłową w okresie zimnej
wojny grozi powtórzeniem błędów sprzed półwiecza, które jeszcze teraz, w epoce cyfrowej, osłabiają liberalną demokrację.
Rozpoznanie "środków aktywnych" może być trudnym zadaniem.
Dezinformacja, o ile zostanie przeprowadzona profesjonalnie, jest trudno
zauważalna, zwłaszcza kiedy po raz pierwszy przedostaje się do opinii
publicznej. Dlatego też pomocne tu będzie zdefiniowanie, czym jest, a czym nie jest "środek aktywny".
Po pierwsze, i najważniejsze: "środki aktywne" nie są spontanicznymi
kłamstwami polityków, ale metodycznym wytworem rozbudowanych
biurokracji. Dezinformacja była, i pod wieloma względami nadal
pozostaje, domeną agencji wywiadowczych - profesjonalnie zarządzanych,
stale doskonalonych i zazwyczaj wykorzystywanych przeciwko przeciwnikom
poza granicami swojego państwa. Po drugie, wszystkie "środki aktywne"
zawierają element dezinformacji: treść może być fałszywa, jego źródła
spreparowane, a metoda pozyskania niejawna - agenci i wycinki informacji
mogą udawać coś, czym nie są, a zaangażowane jako przykrywka i do
rozszerzenia operacji konta internetowe mogą być nieautentyczne. Po
trzecie, "środki aktywne" zawsze są ukierunkowane na uzyskanie
ostatecznego efektu - zazwyczaj chodzi o osłabienie konkretnego
przeciwnika. Owe działania mogą mieć różny charakter: wywołanie
podziałów między sprzymierzonymi narodami, wbicie klinów między grupy
etniczne, tworzenie napięć między członkami grupy lub partii, podważenie
zaufania określonej grupy obywateli do instytucji społecznych. "Środki
aktywne" mogą być też ukierunkowane na pojedynczy, ściśle określony cel,
na przykład podważenie legalności rządu, zdyskredytowanie jakiejś osoby
lub kwestionowanie rozmieszczenia gdzieś systemu uzbrojenia. Czasami
tego typu projekty mają na celu nawet wpływ na podjęcie konkretnej
decyzji politycznej.
Cechy te, które łatwo błędnie zrozumieć, generują istnienie trzech,
powszechnie funkcjonujących tez o naturze dezinformacji. Jest ona bowiem
na ogół postrzegana jako działalność wyrafinowana, oparta na
rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości i funkcjonująca w sferze
publicznej.
Niemal wszystkie operacje dezinformacyjne są w rzeczywistości
niedoskonałe w swoich założeniach, gdyż przeprowadzają je nie
perfekcjoniści, ale pragmatycy. "Środki aktywne" są też wewnętrznie
sprzeczne: są to tajne operacje mające na celu uzyskanie jawnego wpływu,
tajne urządzenia wykorzystywane w debatach publicznych, starannie
ukryte, ale widoczne już na pierwszy rzut oka. W ciągu dziesięcioleci
nikczemni oszuści z różnych agencji wywiadowczych, zachodnich i wschodnich, odkryli, że ścisłe bezpieczeństwo operacyjne nie jest ani
opłacalne, ani pożądane, ponieważ zarówno częściowa, jak i opóźniona
jawność może de facto działać w interesie strony agresywnej.
Nieprzypadkowo dezinformacja funkcjonuje w labilnych odcieniach
szarości, nigdy zaś w całkowitych ciemnościach. Często, przynajmniej od
lat pięćdziesiątych XX wieku, element utajnienia danej kampanii
dezinformacyjnej był jedynie jej zewnętrznym atrybutem, niedoskonałym i z założenia tymczasowym.
Dezinformacja to nie jest także po prostu informacja z gruntu fałszywa -
a przynajmniej niekoniecznie. Niektóre z najbardziej szkodliwych i najskuteczniejszych "środków aktywnych" w historii tajnych działań
zostały zaprojektowane w taki sposób, aby dostarczyć jak
najdokładniejsze informacje. Przykładowo, w 1960 roku wywiad radziecki
wydał broszurę, w której opisywano prawdziwe akty linczów i inne
makabryczne akty przemocy na tle rasowym wobec Afroamerykanów od
Tennessee aż po Teksas. Następnie KGB rozpowszechnił ją w wersji
angielskiej i francuskiej w kilkunastu krajach afrykańskich pod
przykrywką fałszywej grupy afroamerykańskich aktywistów. Z kolei w okresie bliższym naszej pamięci agencje wywiadowcze przekazały
prawdziwe, zhakowane dane, które jako wycieki informacji zostały
opublikowane w WikiLeaks. Nawet jeżeli nie tworzono fałszerstw ani nie
zmieniano treści, to wokół na ogół prawdziwych informacji pojawiały się
"doklejone" drobne kłamstewka, dotyczące zarówno pochodzenia danych, jak
i tożsamości osoby, która je opublikowała.
I wreszcie, operacje dezinformacyjne nie zawsze kierowane są do
szerokiej opinii publicznej. Niektóre bardzo skuteczne "środki aktywne"
ukierunkowane były na określoną grupę docelową i nigdy nie znalazły się
w treści gazet, audycji radiowych czy w formie broszur. Dlatego właśnie
często działały skuteczniej. W KGB tego typu operacje nazywano "niemymi"
środkami8. Jedną z najbardziej spektakularnych operacji wszech
czasów był właśnie "niemy" środek - zmanipulowany przez Stasi wynik
pierwszego wotum nieufności głosowanego przez zachodnioniemiecki
parlament w kwietniu 1972 roku, dzięki czemu, wbrew wszelkim
przeszkodom, ówczesny kanclerz utrzymał się przy władzy. Z kolei
prywatnym ofiarom ataków dezinformacyjnych z większym trudem przychodzi
zwalczać plotkę lub fałszerstwo, które nigdy nie zostało poddane
publicznej kontroli i krytyce.
Niniejsza książka wyodrębnia trzy główne tezy historii dezinformacji w ostatnim stuleciu. Pierwsza z nich ma charakter konceptualny. Zakrojone
na szeroką skalę kampanie dezinformacyjne są atakami wymierzonymi w liberalny porządek poznawczy (epistemologiczny) lub system polityczny,
który opiera się na najważniejszych strażnikach porządku społecznego.
Instytucje te - organy ścigania i wymiar sprawiedliwości w sprawach
karnych, administracja publiczna, nauki empiryczne, dziennikarstwo
śledcze, demokratycznie kontrolowane agencje wywiadowcze - przedkładają
fakty ponad uczucia, spostrzeżenia ponad opinie. Uosabiają one otwarty
porządek epistemologiczny, który umożliwia otwarty i liberalny porządek
polityczny - jedno nie może istnieć bez drugiego. Na przykład pokojowe
przekazanie władzy po głosowaniu, co do którego były pewne zastrzeżenia,
wymaga zaufania do zasad organizacji wyborów, infrastruktury, procedur
liczenia głosów i relacji prasowych, a wszystko to w sytuacji dużej
niepewności i politycznej kruchości. "Środki aktywne" atakują ten
porządek. Czynią to jednak powoli, subtelnie, co przypomina nieco
topnienie lodu. Owa powolność sprawia, że dezinformacja jest o wiele
bardziej podstępna, bowiem, jeżeli erozji ulega autorytet dowodu, to
powstałe wówczas luki wypełniają emocje. Ponieważ odróżnienie faktów od
nie-faktów staje się coraz trudniejsze, łatwiej odróżnić przyjaciela od
wroga. Linia oddzielająca fakt i kłamstwo jest przedłużeniem granicy
między pokojem i wojną, zarówno w kraju, jak i na arenie
międzynarodowej.
Operacje dezinformacyjne w rzeczywistości niszczą fundamenty otwartych
społeczeństw - nie tylko ofiar, ale także samego agresora. Kiedy
rozbudowane, niejawne organizacje angażują się instytucjonalnie w systematycznie budowane oszustwo - na dużą skalę i przez długi czas - to
zoptymalizują swoją kulturę organizacyjną dla własnych celów oraz
podważą legalność administracji publicznej także w swoim kraju.
Podejście społeczeństwa do "środków aktywnych" jest prawdziwym
papierkiem lakmusowym dla jego instytucji republikańskich. Szczególnie w przypadku demokracji liberalnych dezinformacja stanowi podwójne
zagrożenie: bycie celem "środków aktywnych" skutkuje zachwianiem
instytucji demokratycznych, a powstała wówczas pokusa ich
zaprojektowania i rozwinięcia przyniesie ten sam skutek. Niemożliwy jest
jednoczesny triumf dezinformacji i demokracji. Im silniejszy i solidniejszy jest demokratyczny organ polityczny, tym będzie
odporniejszy na dezinformację - i tym rzadziej ją zastosuje. Z kolei
osłabione demokracje łatwiej ulegają pokusie stosowania "środków
aktywnych".
Druga teza ma charakter historyczny. W kwestii tajnych "środków
aktywnych" moralna i operacyjna równowaga między Zachodem i Wschodem,
między demokracjami i nie-demokracjami, istniała tylko przez jedną
dekadę po II wojnie światowej. Umiejętności CIA w prowadzeniu wojny
politycznej widoczne były szczególnie w latach pięćdziesiątych XX wieku,
zwłaszcza w Berlinie, i w praktyce dorównywały radzieckiej
dezinformatsiji, a być może były nawet skuteczniejsze. Zachodnie
agencje wywiadowcze unikały nawet niewielkiego ryzyka bezpośredniego,
wykorzystując pośredników, organizacje będące przykrywką dla ich
działań, przecieki oraz kłamstwa, a także zbilansowaną równowagę
zaprzeczeń i półprawd. Jednak właśnie w tym momencie, kiedy CIA
doskonaliła swoje umiejętności w zakresie wojny politycznej, amerykański
wywiad niemal całkowicie wycofał się z dezinformacyjnego pola bitwy.
Kiedy w 1961 roku wzniesiony został mur berliński, nie tylko fizycznie
zablokował ruch między Zachodem i Wschodem - stał się także symbolem
jeszcze ostrzejszego podziału: deeskalacji na Zachodzie i eskalacji na
Wschodzie.
Trzecią tezą niniejszej książki jest to, iż rewolucja cyfrowa zasadniczo
zmieniła zasady dezinformacji. Internet sprawił, że "środki aktywne"
stały się nie tylko tańsze, szybsze, bardziej reaktywne i mniej
ryzykowne, ale - ujmując to prościej - uczynił je jeszcze bardziej
aktywnymi i trudniej mierzalnymi. Rozwój nowego typu aktywności i nowych
form "środków aktywnych" sprawił, iż operacje stały się bardziej
wyskalowane, a gdy zostały uruchomione, były trudniejsze do
kontrolowania i oceny.
Wzrost liczby podłączonych do sieci komputerów dał początek szeroko
rozumianej kulturze hakerskiej i wyciekom informacji. Powstałe pod
koniec lat siedemdziesiątych XX wieku, rozproszone na całym świecie
grupy aktywistów protechnologicznych, antywywiadowczych, pod koniec lat
dziewięćdziesiątych nabrały rozpędu i dekadę później uwolniły prawdziwe
potoki świeżej energii politycznej. Pierwsi hipisowscy aktywiści, którzy
wykorzystywali siłę, jaką ich działaniom w Stanach Zjednoczonych dawała
Pierwsza Poprawka, wchłonęli później także elementy kultury
techno-utopijnej, subkultury hakerskiej, cyberpunków i anarchizmu,
łącząc je z libertariańską postawą, antyautorytaryzmem oraz obsesją na
punkcie szyfrowania i anonimowości. Wielu pierwszych kryptoaktywistów i zwolenników anonimowości nazwanych zostało "cyberpunkami", co
zawdzięczają słynnemu mailowi, który został w ten sposób podpisany. W drugim numerze magazynu "Wired", wydanym w maju 1993 roku, trzech z owych "kryptobuntowników" pojawiło się z twarzami ukrytymi pod białymi
plastikowymi maskami z kluczami nadrukowanymi na czołach i ciałami
owiniętymi w amerykańską flagę. Dziesięć lat później ruch Anonymous,
który ucieleśniał wiele z owych buntowniczych wartości, jako swój znak
rozpoznawczy przyjął niemal identyczne maski Guya Fawkesa. Kolejną
dekadę później Edward Snowden, kultowe już dzisiaj źródło przecieku
informacji wywiadowczych, który w podobny sposób łączył wiarę w moc
kodowania z odległymi ideałami libertarianizmu, również pojawił się na
okładce magazynu "Wired" owinięty w amerykańską flagę. Zapierający dech
w piersiach optymizm owego ruchu wyrażał się w jego hasłach i motywach:
informacja pragnie być wolna, źródła otwarte, anonimowość chroniona, a osobiste sekrety powinny być szyfrowane domyślnie, chociaż z kolei
tajemnice rządowe powinny być ujawniane przez demaskatorów, najlepiej
anonimowo, na zasadzie równy z równym w sieci. Duża część owego
idealizmu była i nadal jest czymś pozytywnym, a projekty samych
aktywistów pod wieloma względami przyczyniły się do zwiększenia
bezpieczeństwa informacji i wolności w Internecie.
A jednak, niejako na marginesie, owa powstająca subkultura, która oparła
się na połączeniu radykalnej przejrzystości i równie radykalnej
anonimowości, ale także możliwości hakowania i wycieków informacji,
kradzieży i publikowania, stworzyła to, co wcześniej istniało jedynie
czasowo: doskonałą przykrywkę dla "środków aktywnych", i to nie tylko
dzięki białemu szumowi anonimowej aktywności publicystycznej, od
torrentów po Twitter. To, co sprawiło, że owa przykrywka stała się wręcz
doskonała, to prawdziwa kultura celebrytów, która otoczyła najpierw
Juliana Assange'a, a następnie Chelse'a Manninga i na koniec Edwarda
Snowdena. Ci, którzy sami siebie określili jako demaskatorów, zaczęli
być powszechnie ubóstwiani jako herosi, postrzegani przez swoich
zwolenników jako osoby, które w obliczu ucisku pozostały nieugięte i pryncypialne.
Sytuacja ta była spełnieniem marzeń oldskulowych specjalistów z dziedziny dezinformacji. Internet najpierw osłabił dziennikarstwo, a następnie wzmocnił aktywizm. Tuż po 2010 roku testowanie, wzmacnianie,
utrzymywanie i negowanie "środków aktywnych" stało się łatwiejsze niż
kiedykolwiek, a z kolei dużo trudniejszym zadaniem było przeciwstawianie
się plotkom, kłamstwom i teoriom spiskowym lub ich prostowanie. Internet
sprawił, że społeczeństwa otwarte stały się bardziej otwarte także na
dezinformację, a za maskami Guya Fawkesa zaczęli się ukrywać również
zagraniczni szpiedzy. Internetowa kultura aktywistów ukryła w nowym,
rozgwieżdżonym płaszczu kryptolibertarianizmu coś, co kiedyś było
mroczną taktyką wywiadowczą.
Inną cechą, która sprawiła, że "środki aktywne" stały się jeszcze
aktywniejsze, była ważna innowacja operacyjna - po 2010 roku "środki
aktywne" bezproblemowo pokrywały się z tajnymi akcjami. Komputery
podłączone do sieci i luki w ich zabezpieczeniach oznaczały, że
informacje nie były już nakierowane wyłącznie na umysły - ich adresatami
mogły być także maszyny. Od dawna można było przekonać, oszukać, a nawet
kupić wydawców, ale teraz ich platformy można było również zhakować,
zmienić lub zniszczyć. Ponadto maszyny stawiają mniejszy opór niż
ludzkie umysły. Pojawiła się także możliwość technicznego wzmocnienia
"środków aktywnych", na przykład za pomocą półautonomicznych kont i w pełni zautomatyzowanych botów. Maszyny stworzyły internetowy odpowiednik
śmiechu w nagrywanym w studiu telewizyjnym show. Co więcej, sieci
komputerowe mogą być teraz naruszane, aby osiągnąć efekty, które niegdyś
wymagały bezpośredniej aktywności ludzkiej: manipulowanie lub
obezwładnienie infrastruktury, logistyki lub łańcuchów dostaw. Krótko
mówiąc, automatyzacja i hakowanie stały się naturalnymi przedłużeniami
strategii "środków aktywnych" - akcji na odległość, osiąganej niewielkim
kosztem negacji oraz rezygnacji z przemocy fizycznej. Linia między
demoralizacją i sabotażem stała się rozmyta, a operacje łatwiejsze do
skalowania i trudniejsze do powstrzymania. Internet, wraz ze swoją
specyficzną kulturą, stworzył nowy interfejs człowiek-maszyna, który
wydawał się optymalny dla masowej dezinformacji.
Z punktu widzenia agresywnych agencji wywiadowczych miało to olbrzymie
znaczenie. Tak, manipulowanie malkontentami i złośliwym oprogramowaniem
sprawiło, że działania stały się aktywniejsze. Internet jednak jeszcze
bardziej zaostrzył stary problem szpiegów. Podobnie jak wszystkie
systemy biurokratyczne, tajne organizacje pragną wskaźników i danych,
aby móc wykazać, jak dobrze radzą sobie w nieustannej rywalizacji o rządowe zasoby. Oczywiście, dynamika "pokaż mi dane" od dawna
charakteryzowała również dezinformację. "Pragnienie szybkiego,
namacalnego sukcesu czyni czasami służbę wywiadowczą ofiarą własnej
propagandy i dezinformacji" - co już na początku lat siedemdziesiątych
XX wieku zauważył Bittman, uciekinier z Czechosłowacji9.
Czterdzieści lat później, po 2010 roku, masa danych była olbrzymia,
liczba środków wzrosła, a głód mierników stał się dotkliwszy niż
kiedykolwiek przedtem. Jednak dezinformacja, z założenia, nadal opierała
się wszelkim pomiarom. O - większa ilość danych z zasady oznaczała
wiarygodniejsze wskaźniki, to Internet miał odwrotny wpływ na dawną
sztukę wojny politycznej: wskaźniki wytwarzane przez cyfrową
dezinformację były w dużym stopniu same w sobie dezinformacją. Internet
nie nadał większej precyzji sztuce i nauce dezinformacji - sprawił, że
"środki aktywne" stały się trudniej mierzalne: trudniejsze do
skontrolowania, sterowania i wskazania wypracowanych efektów. W rezultacie dezinformacja stała się groźna jak nigdy wcześniej.
1. "Trust"
1
"Trust"
W marcu 1988 roku Robert Gates, zastępca dyrektora Centralnej Agencji
Wywiadowczej, miał zamiar zjeść śniadanie z pisarzem z Instytutu
Hoovera, konserwatywnego centrum badawczego na Uniwersytecie Stanforda.
Pisarz, przyjaciel Gatesa, niedawno zwrócił uwagę na ciekawy przypis
ukryty w grubej książce, którą właśnie czytał. Znajdowała się w nim
wzmianka o mało znanym, nieopublikowanym studium CIA na temat "Trustu",
tajemniczej sowieckiej organizacji, która istniała, lub wierzono, że
istniała, przez pięć lat - w latach dwudziestych XX wieku. Walter
Pforzheimer, kurator i pionier Zbioru Wywiadu Historycznego Agencji,
zlecił dwóm doświadczonym agentom CIA specjalizującym się w wywiadzie
rosyjskim zbadanie tej sprawy. Ukończono je w marcu 1967 roku. W ramach
odpowiedzi pracownicy zajmujący się historią CIA wystosowali obszerny
list. "Trust" - jak Gates powiedział swojemu przyjacielowi ze Stanford -
odegrał "mało użyteczną rolę w edukacji wielu pracowników Agencji w zakresie niektórych sowieckich technik wywiadowczych". Było to jednak
sprytne niedomówienie.
Feliks Dzierżyński, legendarny założyciel i szef Czeki, a następnie GPU
i OGPU; zdjęcie zostało wykonane we wrześniu 1918 roku. (Ria Novosti)
Operacja "Trust" była jednym z najbardziej dramatycznych i brawurowych
tajnych przedsięwzięć w historii wywiadu. Zaangażowani w nią byli
rewolucyjni komunistyczni szpiedzy i wygnani z Rosji działacze
monarchistyczni. Śledząc tę historię, można natrafić na miłość,
wymuszenia, porwania, oszustwa, egzekucje, fałszywą książkę i obecność
większości działających w Europie w okresie międzywojennym agencji
wywiadowczych. Co jednak najważniejsze, po pół roku działalności,
operacja ta doprowadziła do powstania pierwszej specjalnej jednostki
dezinformacyjnej. Odniosła ona tak spektakularny sukces, że nawet jej
początek i koniec stanowią zagadkę.
Najbardziej wiarygodnym i szczegółowym źródłem na temat operacji "Trust"
jest znakomita analiza CIA opublikowana w roku 1988. Ponieważ Agencja
nie istniała w latach dwudziestych XX wieku, przeto nie musiała niczego
pomijać ani ukrywać. W 1997 roku rosyjska Agencja Wywiadu Zagranicznego
- bezpośredni spadkobierca Czeki, pomysłodawcy Opieratsija Trest -
opublikowała własne, nieco mniej szczegółowe i wyważone sprawozdanie na
ten temat, oparte na trzydziestu ośmiu tomach dokumentów z rosyjskich
państwowych archiwów bezpieczeństwa państwowego10. Opowieści
dwóch antagonistycznych agencji wywiadowczych pokrywają się w wielu
ważnych szczegółach.
Trwająca do 1921 roku w Rosji wojna domowa spowodowała masową emigrację
z kraju Rosjan o poglądach konserwatywnych i antykomunistycznych.
Ojczyznę opuściło wówczas ponad milion ludzi, którzy unieśli ze sobą
pełen romantyzmu obraz życia w carskiej Rosji. "Biali", jak ich często
nazywano, mieli na emigracji wielu liderów, organizacje o charakterze
wojskowym, wywiad, a nawet zachowali część broni oraz, co najważniejsze,
kontrrewolucyjną wizję przyszłej Rosji. Wiele rosyjskich ugrupowań
emigracyjnych miało w perspektywicznych planach przywrócenie monarchii.
Nowe, radzieckie władze szacowały, że rosyjskich emigrantów, którzy
rozproszyli się po całej Europie i Azji, było od półtora do dwóch
milionów. Emigranci wydawali swoje czasopisma, których już w 1921 roku
było kilkanaście tytułów, a w latach dwudziestych ta liczba bardzo się
powiększyła. W samym Paryżu ukazywało się ponad 40 tytułow gazet
wydawanych przez rosyjskie środowiska emigracyjne11.
W lipcu 1921 roku Lenin informował uczestników Trzeciego Kongresu
Międzynarodówki Komunistycznej, że emigranci publikują własne gazety, są
dobrze zorganizowani oraz spiskują, a także że "wróg stał się
mądrzejszy". Lenin ostrzegał swoich komunistycznych towarzyszy, że
"podejmą oni każdą możliwą próbę i umiejętnie wykorzystają każdą okazję
do ataku na sowiecką Rosję w taki lub inny sposób, aby ją
zniszczyć"12. W rzeczywistości życie na emigracji było bardzo
trudne. Emigranci monarchiści znajdowali się w dramatycznej sytuacji:
żyli w nieustannym strachu przed zdradą, aresztowaniem, egzekucją i w skrajnym ubóstwie. Nawet wielki książę Rosji, spadkobierca tronu, był w stanie wynajmować mały zamek pod Paryżem wyłącznie dzięki sukcesywnej
wyprzedaży diamentów, wyłuskiwanym z naszyjnika swojej żony13.
Na czele legendarnej, podlegającej Leninowi, tajnej policji bolszewików
stał człowiek legenda, Feliks Dzierżyński zwany Żelaznym Feliksem.
Instytucja stworzona i kierowana przez niego przeszła do historii pod
nazwą Czeka. Po latach, podczas zimnej wojny, oficerowie wywiadu w całym
bloku wschodnim z dumą podkreślali swój "czekistowski" rodowód.
Dzierżyński, mężczyzna wysoki i przeraźliwie chudy, był zawodowym
rewolucjonistą. Spędził wiele lat w carskich więzieniach, gdzie
strażnicy pobili go tak brutalnie, że musiał maskować nieco zdeformowaną
szczękę charakterystyczną "kozią" bródką. Ze swojego gabinetu w znamiennym olbrzymim gmachu z żółtej cegły - osławionej Łubiance, gdzie
mieściła się główna siedziba Czeki - nieufny "Żelazny Feliks"
bezlitośnie rozprawiał się ze wszystkimi działaniami kontrrewolucyjnymi
w Rosji i poza jej granicami.
Swoich najlepszych oficerów Dzierżyński przeznaczał do działań mających
osłabiać polityczne wpływy "białych". Za te operacje odpowiadał Artur
Artuzow, szef departamentu kontrwywiadu Czeki. Artuzow, z wykształcenia
inżynier metalurg, syn włosko-szwajcarskiego serowara, był zahartowanym,
krzepkim bolszewikiem posiadającym wyjątkową zdolność odnajdywania
słabych stron swoich wrogów14.
Sam początek operacji nie był łatwy. W listopadzie 1921 roku bolszewiccy
szpiedzy przechwycili w Estonii (która była niepodległym państwem) ważny
list. Wysłany z Tallina przez niedoszłego oficera powstańca do
Najwyższej Rady Monarchistycznej w Berlinie, zawierał raport z konspiracyjnego spotkania w stolicy Estonii, gdzie tamtejsi rosyjscy
monarchiści spotkali się z przybyszem z Moskwy. Był nim Aleksander
Jarkuszew, lat czterdzieści pięć, syn profesora, który sam wyglądał jak
naukowiec, z monoklem w oku, włosami zaczesanymi do tyłu i małą kozią
bródką15. Był arystokratą, znanym ze zdolności organizacyjnych, a jako mężczyzna - bawidamkiem i notorycznym uwodzicielem. Raport CIA
podaje, że Jarkuszew umiał nawiązać romans nawet podczas podróży
pociągiem z Moskwy do Tallina. Za czasów carskich był urzędnikiem
państwowym, zaś w bolszewickiej Rosji pracował jako starszy urzędnik w Ministerstwie Transportu odpowiadający za drogi wodne. Artuzow mógł
przeczytać w liście, jak "biali" wychwalali Jarkuszewa: "Myśli tak samo
jak my", pisali. "Jest tym, kogo potrzebujemy. On sam zapewnia, że jego
opinie podzielają najlepsi ludzie w Rosji"16.
List opisywał dalej poglądy Jarkuszewa na temat nieuchronnej
kontrrewolucji: "Rząd zostanie utworzony nie z emigrantów, ale z tych, którzy są w Rosji", twierdził z naciskiem. Jarkuszew zapewniał
"białych" również w Estonii, że w Rosji już działają aktywne organizacje
kontrrewolucyjne oraz że zdołały one przeniknąć do bolszewickiej
administracji. Dalej, jako arystokrata, Jarkuszew deprecjonował
znaczenie emigracji, stwierdzając wg cytatu w liście: "W przyszłości
będą oni mile widziani w Rosji, ale import rządu z zagranicy nie wchodzi
w rachubę. Emigranci nie znają Rosji. Muszą przybyć i dostosować się do
nowych warunków"17.
Dalej: "Organizacja monarchistyczna w Moskwie będzie przekazywać
wytyczne dla organizacji na Zachodzie, a nie vice versa". Rzucił nawet
pomysł o utworzeniu "sowieckiej" monarchii.
Przechwycony list sprawił, że Artuzowa coś natchnęło. Ów niezwykły
dokument ujawniał "sprzeczności", używając tu języka, którym lubili się
później posługiwać specjaliści od "środków aktywnych" wśród zwolenników
przywrócenia w Rosji monarchii. Artuzow wyjaśniał Dzierżyńskiemu, że to
sami rosyjscy aktywiści "białych" praktycznie ułożyli Czeka plan gry
umożliwiającej eliminację krajowej organizacji "białych", co
zasygnalizował, podkreślając wers: "Rząd zostanie utworzony nie z emigrantów, ale z tych, którzy są w Rosji". Następnie zwrócił uwagę
Dzierżyńskiego na drugą część listu, w której estoński autor wychwalał
intelekt Jarkuszewa, jego koneksje oraz doskonałą prezencję. Z całą
swoją wiarygodnością i urokiem, Jarkuszew byłby doskonałym atutem.
"Jarkuszew jest bardzo interesującą osobą" - stwierdził Dzierżyński -
"musimy dowiedzieć się o nim jak najwięcej; jak głębokie są jego
monarchistyczne przekonania". Dzierżyński miał już okazję poznać
Jarkuszewa - w 1920 roku pracowali razem nad zagadnieniami związanymi z transportem. Szef Czeki był pewien, że Jarkuszew da się przekonać do
zamiany stron. Zasugerował, aby powołać fałszywą organizację
monarchistyczną i tym samym rozpocząć "grę operacyjną"18 z Najwyższą Radą Monarchistyczną w Berlinie i innymi organizacjami
emigracyjnymi. Najpierw jednak Czeka musiała zatrzymać Jarkuszewa,
przekonać go do zmiany poglądów, a następnie wykorzystać jego
wiarygodność do omamienia rosyjskich białych kontrrewolucjonistów;
powinni oni pozostać w samozadowoleniu na emigracji albo powrócić do
Rosji, prosto w łapy Czeki.
Artuzow szybko wpadł na sprytny plan, w jaki sposób zorganizować
przesłuchanie Jarkuszewa. (W swoim raporcie analitycy CIA byli pod dużym
wrażeniem tego planu i szczegółowo go przeanalizowali). Niedługo
później, niczego niepodejrzewający Jarkuszew, powrócił do Moskwy, gdzie
Czeka zaaranżowała delegację służbową do Irkucka na Syberii. Podróż
pociągiem tylko w jedną stronę trwała niemal tydzień. Jednak podróż
służbowa była tylko przykrywką19. Kiedy Jarkuszew udał się na
dworzec, aby wyruszyć do Irkucka, został aresztowany przez tajną policję
i przewieziony na Łubiankę. Powiedziano mu, żeby przygotował się na
długotrwałe przesłuchanie i nie martwił się o swoją rodzinę, która
otrzyma telegram, że na Syberii zachorował na tyfus i będzie musiał tam
pozostać aż do wyzdrowienia.
Przesłuchania prowadził osobiście Artuzow. Przez pierwsze trzy tygodnie
wypytywał Jarkuszewa o jego karierę w czasach caratu. Dzięki kolejnym
pytaniom nieustannie zwiększał presję, jednocześnie nie pozwalając
Jarkuszewowi zorientować się, do czego zmierza. Wkrótce pojawiły się
pytania o małżeństwo Jarkuszewa i jego wątpliwą wierność żonie. Na tym
etapie Artuzow zrobił tygodniową przerwę, pozwalając, aby w tym czasie w Jarkuszewie budziły się kolejne wątpliwości i zaczęła kiełkować skrucha.
Podczas następnego spotkania Artuzow postanowił zaskoczyć Jarkuszewa.
Czeka wiedziała, iż jeszcze w 1917 roku Jarkuszew spotykał się z cieszącym się złą sławą brytyjskim szpiegiem Sydneyem Reillym, z którym
rozmawiał wówczas o przyszłości Rosji, oraz że sygnalizował swoją
gotowość współpracy z rządem brytyjskim. Artuzow wiedział nawet to, że
owo zakonspirowane spotkanie odbyło się w garderobie pewnej tancerki.
Teraz oto Artuzow podzielił się swoją wiedzą z ofiarą. - Czy tak wygląda
patriotyzm? - dopytał się Artuzow. - Jak można wytłumaczyć taką zdradę
ojczyzny?
Artuzow pozostawił w spokoju Jarkuszewa przez następny tydzień - tym
razem, aby poczuł śmiertelne przerażenie. Po tym czasie doprowadzono
Jarkuszewa do przyjemnego, gustownie umeblowanego gabinetu. Artuzow
zadał kilka prostych, zdawkowych pytań, aby nieco rozluźnić wymęczonego
psychicznie Jarkuszewa, po czym uderzył znienacka pytaniem o tematykę
jego rozmów z białymi emigrantami w Tallinie. Jarkuszew najpierw
zaprzeczył, aby kiedykolwiek był w Tallinie. Zapanowała nerwowa cisza.
Artuzow otworzył drzwi i do pokoju weszła jedna z kochanek Jarkuszewa,
kuzynka monarchisty, z którym spotkał się w Estonii, i potwierdziła, że
odbył on tę podróż. Gdy wyprowadzono ją z pokoju, Artuzow podał mu
oryginał przechwyconego listu opisującego ze szczegółami jego
konspiracyjne rozmowy w Tallinie. Wtedy ofiara zemdlała.
Gdy się ocknął, Jarkuszew zdał sobie sprawę, że grozi mu nawet
natychmiastowa egzekucja. Natychmiast zaczął spisywać wszystko, co
wiedział o monarchistycznym ruchu oporu. Po kilku dniach ponownie
wezwano go na przesłuchanie. Artuzow powiedział mu, że Czeka traktuje
jego sprawę bardzo poważnie i analizuje ją wnikliwie, dochodząc do
wniosku, że jednak nie popełnił on do końca zdrady ojczyzny - bądź co
bądź, odradzał emigrantom działania terrorystyczne. Jarkuszew został
zwolniony do domu z poleceniem powrotu do pracy. Tuż przed zwolnieniem,
podczas spotkania z Artuzowem w obecności Dzierżyńskiego, ten ostatni
złożył Jarkuszewowi propozycję. Czeka była gotowa powołać do życia
fałszywą organizację monarchistyczną, a Jarkuszew stanąłby na jej czele.
"Będziecie mieli zastępców do spraw wojskowych i politycznych, będziecie
mieli ekspozytury w Sankt Petersburgu i w Moskwie, a sami pojedziecie do
Europy, aby spotkać się z "podobnie myślącymi ludźmi", obiecywał
Dzierżyński20. Zakładał, że Jarkuszew domyślił się, jaki ma
być cel tego planu, ale i tak powiedział mu to wprost, bowiem wszystko
było nader zuchwale pomyślane: "Wszystko to będzie grą, naszą grą z twoim udziałem, pod kryptonimem Trust"21.
Dzierżyński zaczął teraz traktować Jarkuszewa z widocznym szacunkiem.
"Nie oczekuję od was, Aleksandrze Aleksandrowiczu, natychmiastowej
odpowiedzi", zapewniał, zwracając się do Jarkuszewa w tradycyjnej
rosyjskiej formie z podaniem otczestwa, oznaczającej szacunek. "Idźcie
do domu i starannie wszystko rozważcie".
W niedługim czasie, przy współpracy Jarkuszewa, Czeka utworzyła fałszywą
organizację monarchistyczną liczącą czterystu mitycznych członków.
Oficjalnie nazwano ją Organizacją Monarchistyczną Rosji Środkowej, znaną
też pod akronimem wywodzącym się od jej rosyjskiej nazwy, MOCR. Źródła
historyczne nie są jednoznaczne, czy zalążek MOCR-u istniała już w Moskwie (jak przyjmuje opracowanie CIA)22, czy też Dzierżyński
stworzył całą ową fałszywą organizację od zera (jak twierdzi oficjalna
historia SVR, powstała po zakończeniu zimnej wojny)23. Tak czy
inaczej, teraz to Czeka pracowała z całych sił, aby uprawdopodobnić
przygotywywanie w ZSRR monarchistycznego powstania. Gra operacyjna
Dzierżyńskiego została podjęta.
14 listopada 1922 roku Jarkuszew wyruszył w swoją pierwszą podróż do
Berlina w nowej roli, aby nawiązać kontakt z Najwyższą Radą
Monarchistyczną. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, Jarkuszew miał
zapewnić rosyjskich monarchistów, że uważa rezydującego w Paryżu
wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, wnuka cara Mikołaja I, za
jedynego możliwego do przyjęcia przywódcę postsowieckiej Rosji. Nowy
władca miał przywrócić dawną monarchię bez jakichkolwiek zmian. Jednym z głównych zadań Jarkuszewa było nawiązanie kontaktu z samym wielkim
księciem, co miało mu pomóc zyskać prestiż i wiarygodność w szerokim
gronie społeczności emigracyjnej.
Spotkanie Jarkuszewa z przedstawicielami Najwyższej Rady okazało się
znaczącym sukcesem. Uroczy, elokwentny i opanowany Jarkuszew mówił z emfazą. Jego mocodawcy z Czeki przekazali mu wiadomość, że emigracyjna
Najwyższa Rada nie ma zbyt wiele informacji o prawdziwej sytuacji w Rosji, więc Jarkuszew zapewnił ich, że kraj zaczyna się budzić z koszmaru, jakim była rewolucja bolszewicka. Powiedział im, że siły
kontrrewolucyjne mają swoich ludzi nawet w administracji, a "Trust" jest
najlepiej przygotowany do pozyskiwania danych wywiadowczych i informowania emigrantów o perspektywach monarchistycznego odrodzenia w Rosji. Stwierdził też, że rozsądnie będzie nie narażać na
niebezpieczeństwo owych wysiłków, czym byłyby próby ingerencji zza
granicy. Jego zimna krew mogła budzić podziw. Wydawało się, że Najwyższa
Rada została przekonana do pomysłu.
Podróż do Berlina spowodowała, że Jarkuszew poczuł się pewniej.
Przywódcy emigrantów, z którymi się spotkał, nie zrobili na nim
większego wrażenia i doszedł do wniosku, ze zdobył nad nimi przewagę.
Żaden z nich, jak stwierdził, nie miał dość charyzmy, aby poprowadzić
kontrrewolucję i stanąć na czele nowego rządu Rosji. Wizyta Jarkuszewa w Berlinie, jak oceniają historycy CIA w swojej błyskotliwej analizie
psychologicznej, "utwierdziła go głęboko w przekonaniu, że przyszłość
Rosji na dobre i na złe pozostaje w rękach bolszewików". Były urzędnik
carski był odtąd gotów oddać się całkowicie "grze operacyjnej" czekistów
i odrzucił wszelkie skrupuły.
Latem 1923 roku Jarkuszew powrócił do Berlina, który był jednym z głównych ośrodków działalności rosyjskiej białej emigracji. Tym razem
planował spotkać się z grupą twardszych jastrzębi, skupionych wokół
charyzmatycznego wizjonera, jakim był generał Piotr Wrangel - urodzony
na Litwie niemiecki szlachcic i jeden z ostatnich dowódców Białej Armii
w końcowym okresie wojny domowej24. Jako wojskowy z dużym
doświadczeniem najchętniej przebywał w gronie byłych oficerów
zawodowych. Kiedy Jarkuszew usiadł do rozmów z ludźmi Wrangla, wywarł na
wojskowych monarchistach wręcz nienaganne wrażenie: oto widzieli oni
przed sobą dżentelmena w każdym calu, a nie bolszewickiego prymitywa,
którego niektórzy z obecnych być może się spodziewali. Jarkuszew był
spokojny, wyrażał się stonowanie. nawet z pewnym dystansem, nie
gestykulował. Wręcz emanował pewnością siebie25.
Jarkuszew przekazał monarchistom w Berlinie, że powinni zachować spokój
i nie podejmować jednostronnie żadnych działań, zachować siły i czekać
na dzień odrodzenia, aż bolszewizm zacznie się rozkładać od środka. Nade
wszystko aktywiści emigracyjni powinni byli powstrzymać się od
przedwczesnych, ryzykownych akcji terrorystycznych. Przyszły rząd Rosji
- dodał - będzie tworzony przez ludzi, którzy walczyli o niego w kraju.
Słuchając Jarkuszewa, szef wywiadu Wrangla pozostał sceptyczny i zaczął
zadawać Jarkuszewowi bez ogródek bardzo konkretne pytania: w jaki sposób
cała ta aktywność monarchistyczna w Rosji mogła funkcjonować pod nosem
Czeki? Jarkuszew odparł, że emigranci przebywają już zbyt długo poza
krajem i widocznie nie są zbyt dobrze zorientowani w warunkach
panujących w ZSRR. Spotkanie było krótkie i nie wszystkich zebranych
udało się Jarkuszewowi przekonać. Jednak był ktoś szczególnie oczarowany
emisariuszem z Moskwy, dzięki czemu zostało zasiane ziarno, które dało
plon po dwóch i pół roku.
"Trust" miał jeszcze jeden ważny cel poza sianiem fermentu wśród
monarchistów. Chodziło o wprowadzenie w błąd zachodnich agencji
wywiadowczych, szczególnie w kwestii siły militarnej wciąż młodego i kruchego państwa bolszewików. Owe działania były szczególnie pilne,
ponieważ zreorganizowana Czeka - występująca już pod nazwą GPU -
Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenije (Państwowy Zarząd
Polityczny) - rzekomo otrzymała informacje od swoich zagranicznych
agentów o przygotowywaniu nowej zagranicznej interwencji militarnej
przeciwko Związkowi Radzieckiemu26. Jarkuszew po powrocie
do Moskwy otrzymał zadanie nawiązania kontaktów z szeregiem
zagranicznych służb wywiadowczych27.
Jednym z pierwszych celów na jego liście były niewielkie, ale mające
dobre kontakty z wywiadami innych państw, służby wywiadowcze Estonii.
Jarkuszew wysyłał listy od MOCR-u do Najwyższej Rady Monarchistycznej za
pośrednictwem estońskiego przedstawicielstwa w Moskwie. GPU
podejrzewało, że estońscy szpiedzy przechwytują i czytają owe listy,
przekazywane ich pocztą dyplomatyczną. Ludzie Dzierżyńskiego sądzili, że
gdy Estończycy otworzą listy i przeczytają powierzoną im korespondencję,
to postanowią sami nawiązać kontakt z MOCR-em, oczywiście pod warunkiem,
że znajdą w listach ciekawe dla nich informacje wywiadowcze. Dlatego
więc Jarkuszew, z niewielką pomocą GPU, zamieszczał w korespondencji
starannie spreparowane materiały na temat Armii Czerwonej. Estończycy
złapali przynętę. "Od tego momentu rozpoczął się transfer materiałów
dezinformacyjnych do estońskiej służby wywiadowczej", jak stwierdza
oficjalna historia rosyjskiego wywiadu zagranicznego28.
11 stycznia 1923 roku światło dzienne ujrzała niezwykła
instytucja29. Artuzow utworzył urząd
dezinformacji30. Po prostu ilość fałszywych materiałów,
które przechodziły przez owe kanały wywiadowcze, była na tyle duża, że
stało się konieczne powołanie nowej, innowacyjnej komórki w strukturze
rosyjskiego wywiadu zagranicznego. GPU miało się skonsultować z Rewolucyjną Radą Wojskową, najwyższym organem wojskowym ZSRR, z zadaniem
utworzenia specjalnego biura w celu "przygotowania dezinformacji dla
zachodnich wojskowych służb wywiadowczych"31. Według GPU
celem było "powstrzymanie interwencji mocarstw zachodnich"32.
Urząd Dezinformacji GPU fabrykował sfingowane protokoły z posiedzeń
Politbiura, fałszywe memoranda i raporty wojskowe, wyolbrzymiające
potencjał militarny ZSRR. Nowe biuro zostało zatwierdzone przez Komitet
Centralny partii bolszewickiej, a sowiecka prasa zaczęła zamieszczać na
swych łamach fałszywe informacje33. Jeden ze współpracowników
Artuzowa chwalił później w raporcie skuteczność dezinformacji, która
zapewniła Armii Czerwonej niesamowite zdolności fantomowe, a sfałszowane
statystyki o sile militarnej ZSRR "dostarczano wszystkim służbom państw
w Europie Środowej"34.
Działania "Trustu" zawiodły Jarkuszewa do Tallina, Rygi, Helsingforsu,
Warszawy, Berlina i Paryża. W sierpniu 1923 roku Jarkuszew odbył swoją
najważniejszą podróż - do Paryża, na spotkanie z wielkim księciem Rosji,
Mikołajem Mikołajewiczem Romanowem. Wielki książę był mężczyzną o prawdziwie monarszej prezencji: mierzył ponad 180 cm, pobożny,
ascetyczny, ucieleśniał najlepsze cnoty wojskowe. Mieszkał w wynajmowanym zamku w Choigny pod Paryżem, niemal w zupełnej izolacji.
Towarzyszem podróży Jarkuszewa był, związany niegdyś z monarchistami,
generał Mikołaj Potapow (a wtedy już lojalny bolszewicki generał i jeden
z organizatorów Armii Czerwonej). Spotkanie z wielkim księciem trwało
trzy godziny. Jarkuszew przygotował z tej okazji własną, zgrabną
legendę: oto komunizm, a także socjalizm, skompromitowały się w Rosji -
odwieczna Rosja odrodzi się o własnych siłach, a MOCR, działając w kraju, był motorem owych zmian. Emigranci znaleźli się teraz w obliczu
niebezpiecznej sytuacji - pomagając obcym mocarstwom w interwencji
przeciwko Rosji, naraziliby się rosyjskim patriotom w kraju, dla których
już sama myśl o nowych interwentach był nienawistna. W konsekwencji
mogliby oni skupić się wokół władzy bolszewików. Zatem najbezpieczniej
było nie podejmować ryzyka i czekać, wspierając jednocześnie zwolenników
monarchii w Moskwie. Jarkuszew poinformował, iż wielki książę był do
tego w pełni przekonany, mówiąc: "Nie tylko się zgadzam, ale nie
przestanę się z tobą konsultować ani nie uczynię bez ciebie żadnego
kroku, i nie tylko teraz, ale także w przyszłości, zawszę będę szukać
twojej rady"35.
Do połowy 1924 roku "Trust" skontaktował się także z wywiadem Finlandii.
Aby bardziej uwiarygodnić transfer dokumentów i ludzi, "Trust" uruchomił
na granicy radziecko-fińskiej tzw. okna. "Oknami" były niewielkie
przejścia graniczne, z dala od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych,
gdzie odpowiednio poinstruowani funkcjonariusze fińskiej straży
granicznej przepuszczali agentów i posłańców "Trustu" (w rzeczywistości
agentów sowieckiego wywiadu) zdążających w obu kierunkach. Do tego czasu
fałszywi monarchiści z Moskwy nawiązali robocze kontakty ze służbami
wywiadowczymi Estonii, Polski i Wielkiej Brytanii36. Ich
mocodawcy zakładali, że służby wywiadowcze mniejszych państw
współpracują ze sobą i wymieniają się informacjami, a najcenniejsze z nich będą także przekazywać wywiadom mocarstw zachodnich. Jeden z oficerów polskiego wywiadu, który analizował operację "Trust", tak
wyjaśniał później logikę pracy agencji szpiegowskich, które podjęły
współpracę z MOCR-em: "Po co tworzyć siatki, po co angażować się w ryzykowne działania, po co wydawać duże sumy pieniędzy" - pytał polski
oficer - "kiedy prawie co tydzień w poczcie dyplomatycznej z Moskwy, w pięknie zapieczętowanych kopertach przyjeżdżały odpowiedzi na niemal
wszystkie nasze pytania?"37.
Jeden ze specjalnych pomysłów Dzierżyńskiego rozsławił "Trust" także w kulturze masowej: zabójstwo Sydneya Reilly'ego, ekscentrycznego byłego
brytyjskiego oficera wywiadu i wyjątkowo aktywnego antybolszewika. Do
wiosny 1925 roku Dzierżyński miał już plan, w jaki sposób z pomocą
"Trustu" zwabić Reilly'ego do Rosji, a następnie go zlikwidować.
W maju 1925 roku Reilly otrzymał zaszyfrowany list od zaufanego kontaktu
MOCR-u, który przekazał mu oficer MI6 w Tallinie. Wiadomość zawierała
wzmiankę o "wielkich możliwościach biznesowych w Rosji, które według
wszelkiego prawdopodobieństwa mogły mieć wpływ na rynki w Europie".
Wymyślnie zaszyfrowana notatka została spreparowana w taki sposób, aby
przekonać Reilly'ego, że kontrrewolucja jest już blisko. Ofiara połknęła
przynętę. Reilly ustalił z białymi emigrantami w Paryżu, że uda się do
Rosji przez Helsinki we wrześniu 1925 roku. Korzystając z jednego z "okien" na granicy fińsko-rosyjskiej, na spotkanie z Reillym w stolicy
Finlandii przybył sam Jarkuszew. Reilly, po początkowych wahaniach,
zgodził się odbyć trzydniową podróż do Leningradu, a następnie pociągiem
do Moskwy, gdzie miał się spotkać z przywódcami "Trustu". Sowiecka tajna
policja aresztowała Reilly'ego w Moskwie, na dworcu, gdy zamierzał już
wracać.
Ludzie Dzierżyńskiego zdawali sobie sprawę, że wiadomość o aresztowaniu
Reilly'ego podważyłaby wiarygodność "Trustu" wśród emigrantów, być może
nawet nieodwracalnie. Dlatego też, aby ochronić reputację MOCR-u za
granicą, Artuzow wymyślił kolejną przykrywkę. Zamiast Reilly'ego, do
"okna" na granicy fińsko-radzieckiej przybył jeden z najbardziej
zaufanych współpracowników Artuzowa. Tam, późną nocą lub wczesnym
porankiem 28 września, radziecki wywiad upozorował incydent na granicy,
podczas którego miało dojść do wymiany ognia. Następnego ranka
przyjechała ciężarówka i zabrała trzy "ciała". Wszystko zostało
starannie zaaranżowane, aby fińscy strażnicy graniczni byli
przeświadczeni, że Reilly i dwóch ludzi MOCR-u zostało zastrzelonych
podczas próby przekroczenia granicy. Wydawana w Leningradzie,
kontrolowana przez partię "Krassnaja Gazieta" podała informację o śmierci Reilly'ego. Mimo wszystko sowieckie doniesienia prasowe
odbierano jako mało wiarygodne i szybko zaczęły krążyć plotki, że MOCR
jest w rzeczywistości komunistyczną przykrywką.
W odpowiedzi na nie "Trust" natychmiast rozpoczął realizację kolejnego
planu. Jego kluczowym elementem był osoba Wasilija Szulgina. Szulgin był
konserwatystą, byłym członkiem Dumy Państwowej oraz wyróżniającym się
politykiem w czasach caratu, a przy tym zagorzałym monarchistą, bogatym
ziemianinem, a obecnie także szanowanym i poczytnym pisarzem
emigracyjnym. W jego osobie przyciągały uwagę młodzieńcze oczy i krzaczaste wąsy, których zakręcone ku górze koniuszki sprawiały wrażenie
uśmiechu. Syn Szulgina, żołnierz Białej Armii, zaginął na Krymie latem
1920 roku w chaosie wojny domowej - Jarkuszew doskonale wiedział, że
pisarz żył z nadzieją na jego odnalezienie38. Pierwsze
spotkanie obu panów miało miejsce w Berlinie w 1923 roku. Jarkuszew
namawiał pisarza, aby przyjechał do ZSRR, obiecując, że "Trust" dołoży
wszelkich starań, aby odnaleźć jego zaginionego syna. Szulgin, mimo
ostrzeżeń niektórych emigrantów, postanowił pojechać do ZSRR.
Jesienią 1925 roku Szulgin opuścił Paryż i przybył do Warszawy. Tuż
przed Wigilią Bożego Narodzenia, w nocy 22 grudnia, "nielegalnie"
wjechał do ZSRR39. Pisarz przekroczył granicę jednym z "okien" w pobliżu miasta Stołpce na granicy polsko-radzieckiej. Odwiedził Mińsk,
Kijów, Moskwę oraz Leningrad. Szulginowi przez cały czas towarzyszyli
fałszywi monarchiści, którzy starannie dbali o jego wrażenia z podróży.
W Moskwie powitał go Jarkuszew, który następnie przedstawił go
kierownictwu MOCR-u. Przykrywka OGPU (Obiedinionnoje GUP - nazwa dawnej
Czeki po reorganizacji GPU w listopadzie 1923 roku) na potrzeby swojego
gościa zadbała o zachowanie zasad konspiracji. Gospodarze wmawiali
Szulginowi, że jest on zbyt dobrze znany w Rosji i powinien zachować
incognito40. Wszystko to "wywarło na nim duże wrażenie", jak
stwierdza oficjalna historia rosyjskiego wywiadu. Uzasadnienie OGPU dla
owej farsy było bardzo zawiłe: Dzierżyński pragnął, aby Szulgin odniósł
wrażenie, że prawdziwe życie na nowo zaczęło tętnić w Rosji, a emigranci
nie mają realnej wiedzy o sytuacji w ZSRR. Próby odnalezienia jego syna,
rzeczywiste czy fikcyjne, nie przyniosły rezultatu i Szulgin już nie
wracał później do tej sprawy. Gdy osoby odpowiadające za jego pobyt w ZSRR nabrały przekonania, że podstęp OGPU się udał, a Szulgin jest pod
wrażeniem tego, co zobaczył w Rosji Radzieckiej, postanowiły pójść krok
dalej. Talent literacki Szulgina był im dobrze znany, więc zaproponowali
mu napisanie relacji z pobytu w ZSRR, co wcześniej sugerował także
Jarkuszew.
Stworzona przez Dzierżyńskiego fałszywa rada kontrrewolucjonistów
"Trust" zwabiła do powrotu do nowego Związku Radzieckiego jednego z najpopularniejszych "białych" pisarzy. Zorganizowano dla niego podróż
oraz zachęcono do napisania relacji z podróży, co miało zdławić
antysowiecki opór za granicą. Rękopis książki Szulgin przesłał swoim
gospodarzom, aby mogli go przejrzeć i się upewnić, że jej treść nie
narazi nikogo z "konspiratorów" - jednak osobą, która zaaprobowała ów
rękopis, był... Dzierżyński.
Początkowo Szulgin nie planował napisania książki o swojej podróży do
Rosji. Postrzegał ją jako "nielegalną" wyprawę, zorganizowaną przez
konspirujących monarchistów, którzy podjęli wielkie ryzyko, aby zapewnić
mu osobiste bezpieczeństwo, a przy tym nie narazić "sprawy". "Początkowo
kategorycznie odmówiłem opisania mojej nielegalnej podróży" - wspominał
później Szulgin. "Obawiałem się, że w ten sposób wydam moich
"przyjaciół" z Trustu"41. Jarkuszew przekonywał go, że
najważniejsze jest rozpropagowanie prawdy na temat Rosji. Działający w Rosji "monarchiści" zapewnili, że może swobodnie napisać pierwszy szkic
książki za granicą, który następnie, ze względów bezpieczeństwa,
zostanie ocenzurowany przez MOCR w Moskwie, aby pisarz miał pewność, że
jego publikacja nikomu nie zaszkodzi. Szulgin uległ namowom. W lutym
1926 roku opuścił Rosję i przybył do Paryża, gdzie zabrał się do pracy i niedługo później przesłał rękopis do Moskwy. Dzierżyński i Artuzow, jak
podaje oficjalna historia SVR, "byli pierwszymi czytelnikami rękopisu
książki Szulgina".
Jego książka, Three Capitals: Journey to Red Russia, ukazała się na
początku 1927 roku, najpierw po rosyjsku, w emigracyjnym wydawnictwie w Berlinie42, a następnie po francusku w Paryżu43.
Publikacja "wywołała sensację", jak zapamiętał ówczesny szef wydziału
"Rosja" w polskim wywiadzie44. Szulgin pozostał krytyczny
wobec Lenina, ale samą Rosję Radziecką przedstawił jako kwitnącą i pełną
witalności. Czterdzieści lat później, będąc u kresu życia, Szulgin
ciągle zastanawiał się nad tym zdarzeniem. Ironizował, że tuż obok jego
własnego autografu na rękopisie widniał "niewidzialny, ale nieusuwalny
dopisek: "Zezwalam na publikację, F. Dzierżyński""45. Tajna
podróż Szulgina stanowi najlepszą ilustrację głębokości gry podjętej
przez radziecki wywiad. OGPU nie tylko zwabił swoich przeciwników do
Rosji pod fałszywym pretekstem, neutralizując ich czasowo lub na stałe,
ale radzieccy superszpiedzy, działając z niesamowitą brawurą, opracowali
pomysłową i wyszukaną kampanię "środków aktywnych".
MOCR rozrósł się do tego stopnia, że OGPU podzielił go na osobne
projekty, nazywane "legendami". W 1927 roku fałszywa rebelia
monarchistów w Rosji miała rzekomo składać się z pięćdziesięciu
"legend"46. "Trust" był u szczytu swoich sukcesów. Jednak mniej
więcej w tym samym czasie, kiedy na Zachodzie ukazała się książka
Szulgina, organizacja zaczęła podupadać. W kwietniu 1927 roku jej
dyrektor finansowy, Edward Opperput, zdezerterował i zbiegł do
Finlandii. To właśnie Opperput ujawnił tajemnice i odsłonił różne
poziomy fałszerstw, które MOCR stosował przez ponad pół dekady.
Rewelacje Opperputa były jednak druzgocące również dla "białych"
emigrantów. Nagle okazało się, że nikt i nic - nawet ucieczka Opperputa
- nie było wiarygodne. Nie dało się stwierdzić, czy rzeczywiście była to
ucieczka i ujawnił on tajemnice, czy też to OGPU wysłało go, chcąc
zakończyć operację, która osiągnęła już swoje apogeum. Sam Opperput
nadal miał być aktywnym sowieckim agentem, dopóki nie został zastrzelony
przez Niemców w 1943 roku.
Działania "Trustu" bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenia z lat
dwudziestych XX wieku ukształtowały przyszłość dezinformacji. Operacja
ta była naprawdę spektakularnym sukcesem. Polski wywiad stwierdził
później, że - "bez wątpienia" - operacja "Trust" wyrządziła rosyjskim
emigrantom szkody "trudne do zmierzenia", podcinając ich możliwości
polityczne i wojskowe do tego stopnia, że stracili oni jakiekolwiek
znaczenie47. Sukces ten spowodował także, że czekiści nabrali
dużej pewności siebie. "Trust" pokazał, że ich rzemiosło było zarazem
zuchwałe, a jednocześnie starannie dopracowane, aby stać się więcej niż
tylko rozgrywką w ocenie najlepszych na świecie agencji wywiadowczych.
"Od tego momentu" - stwierdza studium CIA - "rosyjski wywiad stał się
siłą, z którą należało się liczyć"48.
Projekt stał się także inspiracją dla przyszłych "środków aktywnych". W 1953 roku, w ramach stałej wystawy w świetlicy siedziby sowieckiego
wywiadu, przedstawiono Feliksa Dzierżyńskiego, a znajdująca się pod nim
inskrypcja poświęcona była "Trustowi"49. "Operatsja Trest", jak
stwierdził jeden z ważnych sowieckich uciekinierów, zajmowała ważne
miejsce w szkoleniach ze "środków aktywnych" prowadzonych w Instytucie
Czerwonego Sztandaru Jurija Andropowa, pierwszego dyrektora akademii
wywiadu zagranicznego50. Jeszcze w 1996 roku oficjalna
historia rosyjskiego wywiadu zagranicznego wychwalała ową operację
dezinformacyjną jako niesamowity sukces. "Działania dezinformacyjne
przeprowadzone przez MOCR odegrały wyraźnie pozytywną rolę", jak
zapewnia oficjalna historia SVR, po czym dodaje, że radzieccy szpiedzy
byli w stanie potwierdzić skuteczność dwuetapowego podstępu, który
zagwarantował dezinformację służb polskich, estońskich oraz fińskich, a te z kolei przekazały fałszywe materiały swoim partnerom we Francji,
Wielkiej Brytanii, Japonii, Włoszech i "w pewnym stopniu" w Stanach
Zjednoczonych. Wrogowie ZSRR, uznając dezinformację za pełnowartościowe
materiały wywiadowcze, doszli "do przesadnego wyobrażenia o potędze
militarnej Armii Czerwonej", jak konkluduje SVR, co z kolei doprowadziło
do odstąpienia od zamiaru interwencji przeciwko ZSRR.
"Trust" miało jednak także trzecie, dość nieoczekiwane, znaczenie dla
przyszłych działań wywiadowczych. Z czasem projekt ten coraz bardziej
przypominał rosyjską matrioszkę, z kilkoma ukrytymi poziomami
dezinformacji, ułożonymi jeden na drugim. Nawet bardzo uważni i najlepiej poinformowani analitycy mieli duże trudności ze wskazaniem,
gdzie znajdowała się ostatnia warstwa skomplikowanej mistyfikacji, a tym
samym dno oszustwa. Polski Sztab Generalny, a szczególnie jeden z oficerów, który pracował w nim wiele lat, był jednym z najlepszych
źródeł wiedzy na temat "Trustu". Jego analitycy, oceniając w swoim
czasie "Trust", na poważnie przyjmowali, że Dzierżyński oszukał nie tyle
Rosjan na emigracji, ile raczej w samej Rosji. Dzierżyński, z pochodzenia Polak, zdołał przekonać niektórych, wcześniej zaciekle
antybolszewickich oficerów polskiego wywiadu, aby wstąpili do Czeka.
Jednym z argumentów, którego podobno wówczas użył, aby przekonać swoich
rodaków, było to, że służąc w Czeka, znaleźliby się w znakomitej
sytuacji, aby "wywrzeć krwawą zemstę na Rosjanach" za wszystko, co Rosja
uczyniła Polsce. "Przyszło nam do głowy", jak wspominał oficer polskiego
wywiadu wojskowego Jerzy Niezbrzycki (lepiej znany jako Ryszard Wraga),
"że on sam pozostawał wrogiem Rosji"51.
Dzierżyński z pewnością nie był wrogiem Rosji. Co więcej, wpływ bardzo
wówczas innowacyjnego "Trustu" nie ograniczał się wyłącznie do zagranicy
- najlepszym przykładem jest książka Szulgina, Three Capitals, która
była dostępna w Związku Radzieckim wyłącznie za zgodą urzędu cenzury,
nazywanego Glawlit. Niemniej jednak jej egzemplarze były bardzo
poszukiwane i biblioteki wręcz nie nadążały z ich wypożyczaniem
popularnym wśród bolszewików intelektualistom52.
Relacja z podróży Szulgina była lekturą, którą zaczytywały się sowieckie
elity - jednak tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, że mają do
czynienia z dezinformacją53.
Fałszywa kontrrewolucyjna organizacja "białych" Rosjan służyła przez
cały okres zimnej wojny jako wybitny przykład taktyki wywiadowczej,
którą czekała świetlana przyszłość; była sposobem na posługiwanie się
działaczami politycznymi "niczym lepka taśma przyciągająca owady", jak
nazywa to oficjalna historia SVR54, obalanie i popieranie ich.
2. Japoński Mein Kampf
2.
Japoński Mein Kampf
W 1926 roku chińskie, japońskie i radzieckie strefy wpływów zderzyły się
w Mandżurii, olbrzymim obszarze Chin na północ od Korei, która była
wówczas kolonią japońską. Na Dalekim Wschodzie był to czas wielkiego
chaosu. Chiny powoli pogrążały się w katastrofalnej w skutkach wojnie
domowej, w której komuniści walczyli z nacjonalistami. Po osłabieniu
Chin, zarówno Japonia jak i Rosja spoglądały łakomym okiem na położone
pomiędzy nimi żyzne obszary, o które stoczono wojnę już w 1905 roku. Owa
wielka gra w północno-wschodniej Azji była tłem dla najbardziej
tajemniczego i doniosłego fałszerstwa w XX wieku, tak zwanego Memoriału
Tanaki, lepiej znanego w Stanach Zjednoczonych jako japoński Mein
Kampf.
Na początku XX wieku cesarska Japonia była ważnym celem sowieckich
działań szpiegowskich. W połowie lat dwudziestych "żelazny" Feliks
Dzierżyński z dumą zapewniał, że ma w tym kraju doskonałe źródła
informacji. OGPU dysponowała szczególnie produktywnymi rezydentami w Seulu i Harbinie, mieście w Mandżurii, które zamieszkiwali dość licznie
rosyjscy emigranci. Pod koniec 1925 roku Dzierżyński rzekomo miał
rozmawiać z członkami Politbiura o trudnościach, jakie napotkał na
swojej drodze wyjątkowo ważny dokument, który miał nadejść z Japonii. W "ekstazie" opowiadał Lwu Trockiemu, towarzyszowi z wczesnego okresu
rewolucji, że dokument ów może wywołać kryzys międzynarodowy, a nawet
wojnę między Japonią a Stanami Zjednoczonymi.
Tanaka Giichi, premier cesarskiej Japonii od roku 1927, aż do swojej
rezygnacji 2 lipca 1929. Fałszywy wielki plan strategiczny Tanaki, który
po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w Nankinie w Chinach, przewidywał
japońską inwazję na Mandżurię i atak na Pearl Harbor.
(National Diet Library)
"Dokumentem nie można wywołać wojny" - zaprotestował Trocki.
"Nie masz pojęcia o wadze tego dokumentu" - odparł Dzierżyński. "Dotyczy
planów zajęcia Chin, zniszczenie Stanów Zjednoczonych, dominacji nad
światem".
Trocki pozostawał nieprzekonany. "Czy twój agent nie został przypadkiem
oszukany?" - zapytał - bo nie mieściło mu się w głowie, że ktokolwiek
mógłby przygotować takie plany na papierze.
Trocki wyczuł, że Dzierżyński nie jest stuprocentowo pewny
autentyczności owego dokumentu i "jak gdyby chcąc rozwiać własne
wątpliwości", "Żelazny Feliks" zaczął podawać dalsze detale. Twierdził,
że OGPU zapłaciło około 3000 dolarów za fotograficzne kopie oryginalnego
japońskiego dokumentu. Jednak problem polegał na tym, że nie dało się
uchwycić całego planu wojennego na jednym zdjęciu, więc dostarczenie
kompletnego dokumentu znacznie się opóźniło, ponieważ miał być
dostarczony z Japonii w kilku osobnych rolkach filmu.
Wreszcie pewnego dnia Dzierżyński zakomunikował, że dokument został
dostarczony i natychmiast przetłumaczony oraz poddany analizie. Kiedy
OGPU przekazało tłumaczenie i raporty wywiadowcze na Kreml, członkowie
Politbiura byli "wręcz oszołomieni" treścią już pierwszych stron. Jednak
niektórzy wpływowi bolszewicy podzielili sceptycyzm Trockiego do
buńczucznych zapewnień Dzierżyńskiego.
"Czy to na pewno nie jest poezja, fałszerstwo?" - kwieciście zapytał
Mikołaj Bucharin, znany publicysta, członek Biura Politycznego i wydawca
"Prawdy". Dzierżyński aż się na to "zagotował".
"Już ci mówiłem", warknął - a z powodu wzburzenia jego polski akcent był
jeszcze wyraźniejszy - "że ten dokument dostarczył nasz agent, który już
dowiódł swojej całkowitej wiarygodności". Dzierżyński jeszcze raz
powtórzył, że oryginalny dokument został sfotografowany w Tokio, w archiwum Japońskiego Ministerstwa Marynarki Wojennej. "Nasz agent
wprowadził do budynku naszego fotografa, bo sam nie umiał obsługiwać
aparatu", stwierdził naczelny szpieg OGPU. Po czym odbił pytanie: "Czy
uważasz, że japońscy admirałowie trzymaliby fałszywy dokument w swoich
tajnych archiwach?".
Dzierżyński i jego doradcy byli zgodni w jednym: owe sensacyjne treści
powinny zostać opublikowane, a najlepszym do tego miejscem były Stany
Zjednoczone. Trudno było jednak dostarczyć wiarygodną legendę o tym, jak
ów dokument został zdobyty w Tokio. Trocki wspominał: "Jakakolwiek
wzmianka na temat prawdziwego źródła, tj. OGPU, tylko wzmogłaby
nieufność". Był rok 1926 i istniała duża szansa, że skutki mogą być
przeciwne do zamierzonych: "W Ameryce oczywiście pojawiłoby się
podejrzenie, że samo OGPU spreparowało ów dokument, aby zamącić relacje
między Japonią i Stanami Zjednoczonymi". Wkrótce okazało się, że
zapewnienie dokumentowi legendy w Stanach Zjednoczonych jest jeszcze
trudniejsze, niż to zakładało OGPU. Zanim doszło do opublikowania
Memoriału Tanaki, w lipcu 1926 roku zmarł Dzierżyński, jesienią 1927
roku Trocki został usunięty z partii bolszewickiej, a dwa lata później
był zmuszony emigrować z ZSRR.
Istnieje tylko jedna relacja z owych niezwykłych rozmów Trockiego i Dzierżyńskiego: niezwykłe wspomnienia Trockiego spisane kilkanaście lat
po owych rzekomych spotkaniach. Trocki mieszkał wówczas na wygnaniu w Meksyku, gdzie był płodnym pisarzem politycznym i obracał się w kręgach
artystycznych. Został zamordowany w swoim domu w Mexico City, przez
tajnego sowieckiego agenta, ciosami czekana w głowę. Ostatni tekste, nad
którym pracował przed gwałtowną śmiercią, nosił tytuł "Memoriał Tanaki".
Do dzisiaj nie jest jasne, dlaczego Trocki był tak zmotywowany, aby
dowieść, że dokument ten nie był sfałszowany.
Tanaka Giichi pochodził z samurajskiej rodziny i był wielokrotnie
odznaczanym generałem. Miał cienkie siwe wąsy, krótko przystrzyżone
włosy, nawet w cywilu, przenikliwe, pozbawione radości oczy i zwykle
ubierał się bardzo oficjalnie - nosił mundur generalski lub garnitur. Od
1927 roku do połowy 1929 roku Tanaka pełnił urząd premiera Japonii.
Przez trzy lata służył w Moskwie jako attaché wojskowy Cesarskiej Armii
Japońskiej, a później odegrał znaczącą rolę jako planista w wojnie
rosyjsko-japońskiej w latach 1904-1905. Znany był również ze swojej
ekspansjonistycznej polityki wobec Mandżurii oraz aresztowań komunistów
w ojczyźnie. Ów przebojowy, wojowniczy przywódca był przekonującym
autorem dokumentu, który niedługo później stał się znany jako japoński
Mein Kampf.
Pierwsza (spoza ZSRR) informacja na temat tekstu, który stał się znany
jako Memoriał Tanaki, pochodzi z 9 września 1929 roku. Tego dnia
urzędnik Mandżurskiej Kompanii Kolejowej miał rzekomo wysłać notatkę do
konsulatu Japonii w Mukdenie, późniejszym Shenyang, stolicy Mandżurii.
Linie kolejowe miały wyjątkowo duże znaczenie strategiczne i ekonomiczne, szczególnie na rozległych równinach północno-wschodniej
Azji. W notatce znalazła się informacja, że delegaci chińscy, znajdujący
się w drodze do Kioto, kupili "od przyjaciela w Tokio" niebezpieczny dla
japońskiej polityki dokument, za który zapłacili horrendalną kwotę 50
000 jenów (w 1923 roku stanowiło to równowartość około 23 000
dolarów)55. W osobnym raporcie gubernator Mandżurii przekazywał
delegacji amerykańskiej, która również przebywała w Mukdenie w drodze na
tę samą konferencję, że ów dokument został zakupiony od anonimowego
źródła japońskiego56. W tym samym miesiącu Tanaka, który
niedawno zrezygnował z funkcji premiera Japonii, zmarł. Jak dotąd owa
tajemnicza notatka pozostawała tylko i wyłącznie plotką.
Jej tekst doczekał się pierwszej publikacji dwa miesiące później w mającym niejasne powiązania chińskim tygodniku wychodzącym w Nankinie,
który w tym czasie pełnił funkcję tymczasowej stolicy i siedziby
chińskiego rządu nacjonalistycznego. Magazyn ten, "Current Affairs
Monthly", łączony był z Kuomintangiem, nacjonalistyczną partią
rządzącą57. "Niedawno odnaleźliśmy w Tokio ów tajny dokument",
zapewniał redaktor. W grudniu 1929 roku ten sam magazyn opublikował
pełny, liczący niemal 200 000 znaków tekst w tradycyjnym języku
chińskim. Na reakcję rządu japońskiego nie trzeba było długo czekać.
Zaledwie kilka tygodni później zażądał on zaprzestania publikacji owego
dokumentu, wskazując, że "został on sfabrykowany", jak wspominał później
wysokiej rangi japoński dyplomata. Władze chińskie miały podobno na to
przystać. Pod koniec 1930 roku w Tokio pojawiło się japońskie
tłumaczenie tekstu opublikowanego w Chinach58. Owa publikacja z Nankinu oraz reperkusje, które spowodowała w relacjach
chińsko-japońskich, zostały całkowicie zignorowane przez świat
anglojęzyczny.
W następnym roku Japonia podjęła agresywne kroki wobec Chin. 17 września
1931 roku, "The China Critic", anglojęzyczna gazeta wychodząca w Szanghaju z biurami w Nowym Jorku i Londynie, ponownie zacytowała
tajemnicze Memorandum Tanaki, które miało wyrażać japońskie ambicje
imperialne w kusząco prosty sposób: "Aby podbić Chiny, musimy przede
wszystkim podbić Mandżurię i Mongolię - aby podbić świat, musimy przede
wszystkim podbić Chiny"59. Cytat łatwo zapadał w pamięć i był
powtarzany jeszcze wielokrotnie - jego wyczucie rzeczywistości było tym
bardziej uderzające. Następnego dnia rozpoczęła się japońska inwazja na
Mandżurię.
Nagle okazało się, że tajemniczy dokument był swego rodzaju
przepowiednią, jeżeli nie proroctwem. Sześć dni później "The China
Critic", pośród mnóstwa artykułów krytykujących trwającą japońską
inwazję na Mandżurię, opublikował pełny, liczący 17 000 słów, mający
niedługo zyskać złą sławę, tekst Memoriału Tanaki. Było to dosłowne
tłumaczenie oryginalnej chińskiej wersji, opublikowanej w Nankinie,
jedynie z niewielkimi zmianami60.
Komintern opublikował falsyfikat Tanaki w pięciu językach w grudniowym
wydaniu "Międzynarodówki Komunistycznej" z 1931 roku, zaledwie kilka
miesięcy po tym, jak ukazał się on po angielsku, usuwając - co było
genialnym posunięciem - dwa kluczowe akapity.
Zaraz po publikacji oficerowie OGPU przesłali dokument do Moskwy.
Zaledwie dwa miesiące później, w grudniu 1931 roku, oficjalny dziennik
rezydującej w Moskwie Międzynarodówki Komunistycznej, znanej jako
Komintern, przedrukował notatkę Tanaki w całości, i to w pięciu
językach.
W marcu 1932 roku obradujący w Moskwie Komintern - nieświadomy, że
Memoriał Tanaki został już opublikowany w Japonii - nakazał, aby będące
sowiecką przykrywką biuro Sekretariatu Pan-Pacyficznego Związku
Zawodowego przemyciło Memoriał ze Stanów Zjednoczonych do Japonii i spróbowało opublikować go w trzecim antywojennym numerze komunistycznego
magazynu "Pan-Pacific Worker". Archiwa Kominternu dowodzą, iż Memoriał
Tanaki musiał zostać przetłumaczony. "Ze względu na wymagany czas" - jak
stwierdza protokół - postanowiono: "Natychmiast rozpocząć tłumaczenie
Memorandum Tanaki (z angielskiego na japoński)"61. Jednak w żadnym miejscu archiwa Kominternu nie odnoszą się do dokumentu jako
fałszywki.
Organizacje, od których wywodziły się Komintern i KGB wiedziały, jak
konstruować operacje dezinformacyjne, aby dementi ofiary, nawet jeżeli
byłoby wiarygodne, raczej wzmacniało, niż osłabiało skutek działań
dezinformacyjnych. Celem publikacji memorandum w Japonii było
sprowokowanie Tokio do przygotowywania kolejnych i coraz głośniejszych
zaprzeczeń.
Przez następne miesiące notatka "wzbudzała niezwykłe zainteresowanie w światowych stolicach", o czym w maju 1932 roku donosił "The New York
Times". W długim artykule dziennikarz śledczy z "NYT" dokładnie
przeanalizował okoliczności pojawienia się dokumentu oraz dowody za i przeciw jego autentyczności. Głównym argumentem przemawiającym za
autentycznością memorandum było to, że jego ujawnienie bezpośrednio
poprzedziło japońską agresję na Mandżurię. Podobnie zinterpretowano fakt
budowania przez Japonię dwóch strategicznych linii kolejowych łączących
Mandżurię z Mongolią.
Niemniej jednak, mimo wielu wątpliwości przy dokładniejszej analizie,
dowody za tym, że dokument został spreparowany, zaczęły przeważać.
Przede wszystkim nikomu nie udało się dotrzeć do japońskiego oryginału.
Notatka w dalszej części stwierdzała, że siedem lat wcześniej cesarz
zwołał konferencję, choć był już wtedy inwalidą i nie mógł tego uczynić.
Z kolei japoński książę miał zostać poinstruowany, aby sprzeciwił się
decyzjom podjętym na konferencji, podczas gdy w rzeczywistości był on
wówczas poważnie chory i zmarł, zanim owo rzekome spotkanie się odbyło.
Notatka zawierała także szereg prostych faktów, z gruntu nieprawdziwych,
a dotyczących japońskich inwestycji w Mandżurii lub na obszarze
geograficznej Mongolii. Dysponujący sztabem kompetentnych
współpracowników premier japońskiego imperium nie przekazałby cesarzowi
memorandum obarczonego elementarnymi błędami. "NYT" informował również,
że w owym czasie krążyły w Chinach fałszywki dokumentów o rzekomym
strategicznym znaczeniu i podobnych nazwach. Mówiąc wprost, "NYT"
usiłował demaskować mistyfikację, jaką w rzeczywistości było Memorandum
Tanaki.
Wszystko to jednak okazało się bezskuteczne. Plan wojenny Tanaki był
zbyt prosty, zbyt przekonujący, zbyt uwodzicielski w kwestii szczegółów,
aby można było go po prostu zlekceważyć. Im agresywniej postępowała
Japonia, tym bardziej emocjonalna stawała się debata i tym więcej
zyskiwał na wiarygodności japoński plan zbrojnej ekspansji przedstawiony
w memorandum. Japonia okupowała Mandżurię przez całe lata trzydzieste XX
wieku, kiedy Chiny pogrążone były w wojnie domowej. Wiele wydawnictw
komunistycznych - a także wydawnictw od nich zależnych - opublikowało ów
dokument w formacie kieszonkowym na całym świecie. Doczekał się on około
czterdziestu wydań, m.in. w języku angielskim, francuskim, niemieckim,
hiszpańskim, portugalskim, rosyjskim, a nawet esperanto62.
Jedna z wersji, opublikowana w 1936 roku w dzielnicy Chinatown w San
Francisco, w żółtej oprawie, otrzymała złowieszczy podtytuł: A Prediction of a Japanese-American War (Zapowiedź wojny
japońsko-amerykańskiej)63. Na Pearl Harbor trzeba
było jednak poczekać jeszcze pięć lat.
W kwietniu 1940 roku Joseph Taussig, kontradmirał Marynarki Wojennej
Stanów Zjednoczonych i dowódca V Okręgu US Navy w Norfolk w stanie
Wirginia, został wezwany do złożenia zeznań przed Kongresem na temat
kryzysu w Azji Wschodniej, a dokładniej rzecz biorąc, w kwestii
japońskiej polityki zagranicznej. Taussig rozpoczął swoje wystąpienie od
zacytowania planu wojennego Tanaki i powiedział Senatowi, że Marynarka
Wojenna posiada kopię memorandum w swoich archiwach. Część senatorów
znała już jednak ów dokument i dopytywała admirała o jego wartość.
"Jestem przekonany, że jest to referat, który został napisany z myślą o jego realizacji", z pełnym przekonaniem odparł Taussig, a jego
przeświadczenie o autentyczności tekstu wydawało się rosnąć wraz z kolejnymi pytaniami64.
Tymczasem w Mexico City Lew Trocki dowiedział się o zeznaniach admirała
Taussinga i postanowił zabrać głos w dyskusji na temat kontrowersji,
które w dużym stopniu wpływały na postrzeganie przez Amerykanów II wojny
światowej. Trocki rozpoczął swój artykuł o Memorandum Tanaki, cytując
zeznania Taussiga przed Kongresem, a następnie poparł stanowisko
admirała, dowodząc, że jest w stanie "całkowicie i bezsprzecznie"
zweryfikować autentyczność kontrowersyjnego japońskiego
dokumentu65. Tajemnicza broszura, jak twierdził Trocki,
została pierwotnie sfotografowana w Tokio w Ministerstwie Marynarki, a następnie przemycona do Moskwy w formie negatywu. "Być może byłem
pierwszą osobą, która zapoznała się z angielskim i rosyjskim
tłumaczeniem japońskiego tekstu" - napisał Trocki66.
W listopadzie 1941 roku magazyn "Click" opisał plan Tanaki, nazywając go
"Japońskim Mein Kampf" oraz zapowiedział nadchodzący atak na Stany
Zjednoczone. 7 grudnia nastąpił atak na Pearl Harbor.
Zaledwie kilka miesięcy po opublikowaniu artykułu Trockiego o memorandum
do sprzedaży trafił listopadowy numer magazynu "Click". Wydawany w Filadelfii "Click", był kolorowym magazynem plotkarskim, którego okładki
zwykle ozdabiały kobiety w strojach kąpielowych. Tym razem na okładce
pojawiła się Jane Russell w czerwonym kombinezonie, wyraźnie "zerkająca"
na zamieszczoną na okładce wzmiankę o tym, co "Click" nazwał "Japońskim
Mein Kampf"67.
Historia przechodziła od razu do sedna: "Ameryka jest następna na
japońskiej liście ofiar!". Był listopad 1941 roku. 7 grudnia 1941 roku,
w niedzielny poranek, ponad 350 japońskich samolotów miało zaatakować
Pearl Harbor, zabijając ponad 2400 Amerykanów i zadając mordercze straty
amerykańskim siłom na Hawajach. Dzień ten na zawsze wyryje się w zbiorowej pamięci Ameryki.
Już w nocy z 7 na 8 grudnia, po rozpoczęciu przez Japonię wojny ze
Stanami Zjednoczonymi, NBC poinformowało, że "słynny plan Tanaki" był
"szeroko cytowany w Waszyngtonie" jako wyjaśnienie przyczyn napaści
militarnej Tokio68. Tydzień później autor artykułu w "Click"
pojawił się na antenie New York Public Radio. "Owa historia" - jak
zapowiedział spiker - "była niesamowitą przepowiednią"69.
Miesiąc po Pearl Harbor jeden z prominentnych70
korespondentów w Chinach zastanawiał się na łamach "The Washington Post"
nad kwestią "owych niezwykle ambitnych planów japońskiej kliki
wojskowej", które zostały tak dokładnie opracowane dwanaście lat
wcześniej w Memorandum Tanaki71. "Furia, z jaką Japończycy
osądzili ów dokument jako fałszerstwo, okazała się wówczas
potwierdzeniem jego autentyczności", podsumował WP, interpretując w praktyce zaprzeczenie jako potwierdzenie. Zdradziecki atak na Hawaje
usunął teraz wszelkie pozostałe wątpliwości - "słowa barona doczekały
się realizacji", stwierdzał "Post". Fakt ten zauważyli także amerykańscy
parlamentarzyści. Trzy dni później, 13 stycznia, amerykańska Izba
Reprezentantów przyjęła liczącą pięć linijek tekstu rezolucję, aby mieć
pewność, że dokument ujawniający tajne plany japońskiej ekspansji
militarnej, który został już zdemaskowany jako fałszerstwo, zostanie
udostępniony szerokiej amerykańskiej opinii publicznej. W rezolucji tej
żądano, aby broszura zatytułowana "Memorandum premiera Tanaki" -
japoński tajny projekt podboju Chin, a także Stanów Zjednoczonych i reszty świata - opublikowana w 1932 roku przez World Peace Movement, 108
Park Row, w Nowym Jorku została wydana w formie powszechnie
dostępnej72.
Spośród kilkudziesięciu dostępnych wydań Kongres wskazał konkretną
cieniutką broszurkę, która ukazała się wwydawnictwie Światowego Ruchu na
Rzecz Pokoju w Nowym Jorku. Mniej więcej dziesięć lat później CIA
zidentyfikowało ową grupę jako międzynarodową przykrywkę dla jednej z pierwszych organizacji sowieckich73.
Niedługo potem, w 1942 roku, Harper and Brothers opublikowało kolejną
wersję tego dokumentu, który stał się jeszcze szerzej znany -
zatytułowano go "Japońskie marzenia o światowym imperium", a w adnotacji
na okładce określono go jako japoński Mein Kampf. Hitler był u szczytu
potęgi, III Rzesza była sojusznikiem cesarskiej Japonii, a na dodatek
kraj ten był teraz w stanie wojny z Ameryką. W Stanach Zjednoczonych
nastroje antyjapońskie sięgały szczytu, a ponad sto tysięcy Amerykanów
japońskiego pochodzenia izolowano w obozach koncentracyjnych. W 1944
roku bardzo wpływowy reżyser z Hollywood wykorzystał dokument Tanaki,
aby wyjaśnić agresywne działania Japonii przeciwko Mandżurii i atak
Pearl Harbor w cieszącym się dużą oglądalnością i wspieranym przez
Departament Wojny USA siedmioodcinkowym obrazie pt. Why We Fight
(Dlaczego walczymy)?74.
Wojnę z Japonią zakończyły dwie eksplozje nuklearne, w Hiroszimie i Nagasaki, które otworzyły nową erę w geopolityce. Cesarska armia Japonii
została pokonana, podobnie jak imperialne ambicje Tokio. W tym samym
czasie, dziwnym historycznym zrządzeniem losu, w zbombardowanej, tlącej
się jeszcze, japońskiej ambasadzie w berlińskim Tiergarten, w teczce z wojskowymi dokumentami odnaleziono nadpaloną kopię Memorandum Tanaki. Co
ciekawe, dokument ten był w języku niemieckim75. II wojna
światowa spowodowała, że plan Tanaki stał się zapewne najbardziej
kultowym fałszerstwem XX wieku.
Zainteresowanie Memoriałem Tanaki opadło, ale nie zniknęło zupełnie. W kolejnych dekadach tekst ten wypływał w dość niejasnych okolicznościach
podczas zimnowojennych operacji dezinformacyjnych. W lutym 1960 roku
Nikita Chruszczow odwiedził Indonezję. Rok wcześniej KGB powołał własną
komórkę organizacyjną do spraw dezinformacji. Na konferencji prasowej w Dżakarcie Chruszczow potępił amerykańsko-japońską współpracę w zakresie
bezpieczeństwa i ostrzegł, że japońskie klasy rządzące po raz kolejny
reaktywują plan Tanaki, zakładający podporządkowanie im Azji, tym razem
przy pomocy Amerykanów76. Ostatnim przypadkiem operacyjnego
wykorzystania Memorandum Tanaki były dwie strony poświęcone "broniom
etnicznym", które ukazały się w 1987 roku w kuwejckim dzienniku
Al-Qabas. Artykuł oskarżał Amerykanów o prace nad "bombą biologiczną",
która byłaby groźna wyłącznie dla ludzi o ciemnej karnacji.
Arabskojęzyczna historia zilustrowana została zdjęciami oddziałów
wojskowych w maskach przeciwgazowych i schematycznymi szalkami
Petriego77. Stany Zjednoczone, jak twierdziła historia w Al-Qabas, przejęły badania nad bronią biologiczną od Japończyków i zwyczajnie kontynuowały złowrogie plany Tanaki dotyczące imperialnej
dominacji nad światem.
Jednak do tego czasu badania coraz większej liczby historyków całkowicie
rozszyfrowały owo wieloletnie fałszerstwo78. Czterdzieści
lat poszukiwań w japońskich archiwach nie doprowadziło do odnalezienia
japońskiego oryginału dokumentu79. Wielu historyków, którzy
naukowo zajmowali się notatką Tanaki, ograniczyło jednak swoje
dochodzenie wyłącznie do oceny autentyczności dokumentu i całkowicie
zignorowali pytanie o jego autorstwo.
Wówczas, w 1989 roku, Stanisław Lewczenko - uciekinier z KGB, który
służył w Tokio jako oficer odpowiadający za "środki aktywne" - wraz z wybitnym specjalistą do spraw dezinformacji amerykańskiej Agencji
Informacyjnej wydali ambitnie napisaną pracę o rosyjskich tajnych
akcjach wymierzonych przeciwko Stanom Zjednoczonym. Lewczenko zapewnia,
że Memorandum Tanaki było w rzeczywistości sowieckim fałszerstwem,
chociaż ani on sam, ani jego współautor, nie przedstawili żadnych nowych
dokumentów, które poparłyby ich twierdzenie80.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Sergej Kondraszew w Tennent Bagley: Spymaster (New York: Skyhorse, 2013), s. 283 i 284. Inną książką jest historia Stasi dostępna tylko w języku niemieckim, Auftrag Irreführung, więcej na jej temat poniżej. [wróć]
2. Lawrence (Ladislav) Bittman, były oficer dezinformacji, bezpieczeństwo państwowe, Praga, wywiad z Thomasem Ridem, 25 marca 2017, Rockport, MA; audio na https://archive.org/details/bittman-ridt. Zob. Richard Sandomir, Lawrence Martin-Bittman, 87, Master of Disinformation, Dies, The New York Times, 24 września 2018, s. A25. [wróć]
3. Lorenzo Franceschi-Bicchierai, " Guccifer 2.0 Is Likely a Russian Government Attempt to Cover Up Its Own Hack", Motherboard, 16 czerwca 2016 roku. [wróć]
4. Gill Bennett: The Zinoviev Letter (Oxford: Oxford University Press, 2018). [wróć]
5. Douglas Selvage oraz Christopher Nehring: Die AIDS-Verschwörung, BF informiert 33, 2014. [wróć]
6. Mniej agresywna, gdyż CIA wspierało przede wszystkim już istniejące organizacje i publikacje, korzystając z tajnych funduszy, a nie poprzez zaplanowaną, powodującą spory oraz podstępną dezinformację; zob. Hugh Wilford: The Mighty Wurlitzer: How the CIA Played America (Cambridge, MA: Harvard University Press, 2008), zob. także wywiad z Michaelem Warnerem w: Studies in Intelligence 52, 2, czerwiec 2008, s. 71-73. [wróć]
7. Niniejsza książka, podobnie jak wiele agencji wywiadowczych, nie postrzega wojskowych podstępów organizowanych w czasie aktywnych starć zbrojnych jako część zjawiska "środków aktywnych". Jako punkt wyjścia dla podstępów wojskowych, zob. Donald Daniel oraz Katherine Herbig: Strategic Military Deception (New York: Pergamon, 1981). Największą kampanię mistyfikacji militarnych opracował Sefton Delmer dla Britain's Political Warfare Executive w czasie II wojny światowej. Jednostka dezinformacyjna Stasi była pod takim wrażeniem wspomnień Delmera, Black Boomerang, z 1962 r. (opublikowanych w języku niemieckim w 1963 r. pod tytułem Krieg im Äther), że musieli je przeczytać wszyscy jej oficerowie i jeszcze ponad dwadzieścia lat po publikacji HVA nadal zalecało pracę Delmera partnerskim agencjom z bloku wschodniego. Zob. "Razgoworitie s doktorom Wołfgang Mutz - zam. Naczalnik Otdieł. AM pri razuznatiel'noto uprawlienije na MDS-GDR po wriemie priebiwawajeto mu w Blugarja od 16.9-19.9.1986 g.". COMDOS-Arch-R, 9, 4, 670, 22 listopada 1986, s. 121-28, s. 127, https://archive.org/details/1986-09-19-mutz. [wróć]
8. Christopher Andrew oraz Oleg Gordievsky: KGB: The Inside Story (London: Faber & Faber, 1990), s. 630. [wróć]
9. Ladislav Bittman: The Deception Game (New York: Ballantine, 1972), s. 22. [wróć]
10. Niestety, jedynie niewielka część owego materiału została udostępniona naukowcom. Zob. Richard Spence: Russia's Operatsiia Trest: A Reappraisal, w Global Intelligence Monthly, kwiecień 1999, s. 1, https://archive.org /details/1999-operatsiia-trest. Obecnie dostępna jest znaczna liczba analiz historycznych poświęconych Operacji Trust. Doskonałym, stosunkowo świeżym przykładem jest Richard G. Robbins, Jr.: Was Vladimir Dzhunkovskii the Father of 'The Trust'?: A Quest for the Plausible, Journal of Modern Russian History and Historiography 1 (2008), s. 113-43. [wróć]
11. Zob. listę rosyjskich periodyków emigracyjnych na Indiana University, https://web.archive.org/web/ 20181104163933 oraz https://libraries.indiana.edu/periodicals-russian-emigre. [wróć]
12. John Riddell: To the Masses: Proceedings of the Third Congress of the Communist International, 1921 (Boston: Brill, 2015), s. 660. [wróć]
13. Nicholas of Russia, Grand Duke, Dead, "The New York Times", 7 styczeń 1929, s. 3. [wróć]
14. Zob. krótki opis w John Costello oraz Oleg Tsarev: Deadly Illusions (New York: Crown, 1993), s. 31. [wróć]
15. Jerzy Niezbrzycki (alias Ryszard Wraga): The Trust. The History of a Soviet Provokation Operation, Paryż, styczeń-luty 1950 r., tłumaczenie, CIA-RDP78-03362A002200040004-7, s. 1. [wróć]
16. Jewgienij Primakow: Oczierki istorii rosijskoj wnieszniej razwiedki 1917-1933 gody, t. 2 (Mieżdunarodnyje Otnoszenija, Moskwa 1997), s. 112. [wróć]
18. "Opieratiwnoj igry" w: Primakow, Oczierki istorii, op.cit., t. 2, s. 90, 93. [wróć]
19. Walter Pforzheimer: The Trust, CIA Historical Intelligence Collection, CIA-RDP90G01353R001700020002-4, marzec 1969, s. 4. [wróć]
20. Kwestia, czy MOCR istniała już wcześniej, czy też została powołana przez Czeka, jest zagadnieniem, które ciągle budzi kontrowersje wśród historyków. CIA zakłada pierwszą z owych hipotez. Z kolei SVR zapewnia, że powstała dopiero po aresztowaniu Jarkuszewa. Zob. Jonathan Haslam: Near and Distant Neighbors (New York: Oxford University Press, 2015), p. 19. [wróć]
21. Prawda, kak wy nawiernoje, dogadywajetes', wsio eto budiet igroj - naszej s waszym uczastijem - pod usłownym nazwaniem "Trest". W: Primakow: Oczerki istorii..., op.cit., t. 2, s. 114. [wróć]
22. Pforzheimer: The Trust, s. 2. [wróć]
23. Primakow: Oczerki istorii..., op.cit., t. 2. [wróć]
24. Historie CIA i SVR zgadzają się co do daty i przybliżonego zarysu owej podróży. [wróć]
25. Aleksandr Repnikow: Dorogi Wasilija Szul'gina. Istorik 3 (27 marca 2017 r.), s. 220. [wróć]
26. Primakow: Oczerki istorii...op.cit., t. 2, s. 121. [wróć]
27. Ibid., s. 115. [wróć]
29. David Murphy, Sergei Kondrashev oraz George Bailey: Battleground Berlin (New Haven: Yale University Press, 1997), s. 447. [wróć]
30. Haslam: Near and Distant Neighbors, s. 31. [wróć]
31. "było sozdano spiecial'noje biuro po podgotowkie dezinformacji dla wojennych razwiedok Zapada", w: Primakow: Oczerki istorii...op.cit., t. 2, s. 121. [wróć]
32. Boris Goodze, wywiad z Olegiem Tsarewem, cytowany w Costello oraz Tsarev: Deadly Illusions, s. 41. [wróć]
33. Zob. Także, Dezinformbiuro. 80 liet sowietskoj służbie dezinformacji, Kommersant 2 (13 stycznia 2003 r.), s. 7. [wróć]
34. Haslam: Near and Distant Neighbors, s. 31; Michaił Alieksiejew: Sowietska wojennaja razwiedka w Kitaje i chronika "kitajskoj służby" (1922-1929). Moskwa, Kuczkowo Polje, 2010., s. 586. [wróć]
35. "Trust", akta 302330, t. 1, w archiwum operacyjnym kontrwywiadu KGB, Ministerstwa Bezpieczeństwa, w Moskwie, cytowane w Borys Goodze, wywiad z Olegiem Tsarevem, cytowany w Costello oraz Tsarev: Deadly Illusions, s. 32. [wróć]
36. Studia CIA i SVR na temat "Trustu" wymieniają w tym kontekście te same państwa. Primakow: Oczerki istorii...op.cit., t. 2, s. 115; Pforzheimer: The Trust. [wróć]
37. Wraga: The Trust, s. 13. [wróć]
38. Wasilij Szulgin: Tri stolicy, Moskwa 1991, s. 6. [wróć]
39. Szczegóły dotyczące epizodu z Szulginem są identyczne w studiach CIS i SVR. [wróć]
40. Stephen Harris: The Trust: The Classic Example of Soviet Manipulation (Monterey, CA: Naval Postgraduate School, wrzesień 1985), s. 54. [wróć]
41. "Pierwonaczal'no ja katiegoriczeski otkazałsja opisywat' swojo nielegal'noje putieszestwije w Sowietskij Sojuz, bojas', szto podwiedu swoich 'druziej' po Triestu", w: Szulgin: Tri stolicy, s. 455. [wróć]
42. Szlugin: Tri stolicy. [wróć]
43. Vassili Choulguine: La résurrection de la Russie: mon voyage secret en Russie soviétique (Paris: Payot, 1927). [wróć]
44. Wraga: The 'Trust', s. 1. [wróć]
45. 'kromie podpisi awtora', t.j.: w: Szlugin: 'pod etoj knigoj możno proczest' niewidimuju, no nieizgładimuju riemarku: " Pieczatat' razrieszaju F. Dzierżyńskij", Szlugin: Tri stolicy, s. 455. [wróć]
46. Wraga: The 'Trust', s. 12. [wróć]
48. Pforzheimer: The Trust, s. 41 [wróć]
49. Christopher Andrew oraz Oleg Gordievsky: KGB: The Inside Story (London: Faber & Faber, 1990), s. 384. [wróć]
51. Wraga: The "Trust", s. 3. [wróć]
52. Najlepszym ze źródeł w tej kwestii jest francuski historyk i kronikarz mieszkający wówczas w Związku Radzieckim; zob. Pierre Pascal: Mon Journal de Russie, 1927, t. 4 (Lausanne: L'Âge d'Homme, 1982), s. 98 i 124. [wróć]
53. Mikhail Agursky: Soviet Disinformation and Forgeries, International Journal on World Peace 6, nr 1 (styczeń- marzec 1989), s. 13-30. [wróć]
54. "Opieracija 'Triest" pritjagiwała, kak podsłaszcziennaja kliejkaja bumażka - nasiekomych, najbolieje opasnuju I aktiwnuju czast' biełoj emigracji", Primakow: Oczierki istorii rosijskoj wnieszniej razwiedki 1917-1933, t. 2, Moskwa, Mieżdunarodnyje otnoszenija, s. 120. [wróć]
55. Cena ta jest zapewne zawyżona, zob. {: ._idGenObjectAttribute-1}{: ._idGenObjectAttribute-2} 26 (1964), p. 81. [wróć]
56. Premier Tanaka's Memorial: The Document and Dispute: "The New York Times", 15 maja 1932, s. XX3. [wróć]
57. "Noritaro Inao, {: ._idGenObjectAttribute-3} few issues surrounding" Tanaka Memorial {: ._idGenObjectAttribute-3}, International Politics (Szokująca polityka japońska wobec Mandżurii -Mongolii)" Current Affairs Monthly, Nankin, grudzień 1929, s. 1-20, https://archive.org/details/1929-Nanking. [wróć]
58. Hattori Ry?ji: Controversies over the Tanaka Memorial, s. 121-47 w Daqing Yang, Jie Liu, Hiroshi Mitani, oraz Andrew Gordon: Toward a History Beyond Borders (Cambridge, MA: Harvard University Press, 2012). [wróć]
59. The Tanaka Memorial, "China Critic", Szanghaj, 4, nr 8 (17 września 1931), s. 1-2. [wróć]
60. Różnice między wersją z Nankinu i Szanghaju są znikome. Główna różnica polega na tym, że strona tytułowa została wydrukowana jako ostatni akapit w wersji wydanej w języku mandaryńskim oraz jako pierwszy w wersji angielskiej. Inaczej brzmi również kilka podtytułów oraz zmieniona została nazwa jednej z linii kolejowych. Chciałbym tu podziękować Chenny Zhang za jej metodyczną i drobiazgową pomoc w porównaniu obu wersji. [wróć]
61. "Prokoły zasiedanij amierikanskogo biuro Tikoakieańskogo sekrietariata profsojuzow". (Raport ze spotkania, San Francisco, biuro Sekretariatu Pan-Pacyficznego Związku Zawodowego), Notatka nr 4, 2 marca 1932, Archiwum Kominternu, zespół arch. 534, Opis 4, Delo 422, teczka 1, Publication of P- P Worker. Zob. także Notatka nr 7, 21 marca 1932, oraz Notatka nr 12, 25 kwietnia 1932, https://archive.org/details/comintern-534-4-422. [wróć]
62. Zob. chronologiczne spisy na Worldcat.org pod hasłem "Tanaka, Giichi", które zawierają także dokumenty zapisane w alfabetach niełacińskich, https://web.archive.org/web/20180925183739/ http://www.worldcat.org /identities/lccn-n80010393/. [wróć]
63. The Tanaka Memorial (San Francisco: Young China, 1936), strona tytułowa. [wróć]
64. Joseph Taussig: Construction of Certain Naval Vessels, United States Committee on Naval Affairs, H.R. 8026 (Washington, DC: Government Printing office, 22 kwietnia 1940), s. 188-189. [wróć]
65. Leon Trotsky: The Tanaka Memorial, Fourth International 2, nr 5 (New York, czerwiec 1941), s. 131. [wróć]
66. Ibid., s. 132. [wróć]
67. Jefferson Hale: Japan's Mein Kampf, "Click", listopad 1941, s. 10, https://archive.org/details/1941-11-CLICK. [wróć]
68. Wieczorowe podsumowanie niedzielnych wiadomości WJZ, Waszyngton, godz. 19.00, 14 grudnia 1941. [wróć]
69. News Analysis by Jefferson Hale, WQXR, Nowy Jork, 17.00, 21 grudnia 1941. [wróć]
70. Sally Swift: Capital Whirl, "The Washington Post", 24 kwietnia 1941, s. 14. [wróć]
71. Frank Oliver: Tanaka Memorial, "The Washington Post", 10 stycznia 1940, s. X9. [wróć]
72. H. Res. 406, sponsorowane przez Compton Ignatius White (D- ID), 77th Congress, 2d Session, 13 styczeń 1942. Co zadziwiające, wydanie World Peace Movement zawiera akapity usunięte dekadę wcześniej przez "Międzynarodówkę Komunistyczną", zob. The Memorial of Premier Tanaka, New York: World Peace Movement, 108 Park Row, brak daty, https://archive.org/details/1941-wpm-tanaka. [wróć]
73. CIA, Communism: Exploitation of the International Communist Movement by the Soviet Intelligence Services, 1, CIA- RDP78-00915R000300090002-7, lipiec 1954, s. 55. [wróć]
74. The Battle of China, Frank Capra, którego producentem było Signal Corps, Army Service Forces, War Department, 1944, https://archive.org/details/BattleOfChina; oraz Know Your Enemy - Japan, Frank Capra, którego producentem było Army Service Forces, Information and Education Division, Army Service Forces, War Department, 1945, https://archive.org/details/KnowYourEnemyJapan. [wróć]
75. U.S. National Archives, National Archives Microcopy Nr T-82, 198, rolka 157, klatki 294027-294075, cytowane w John J. Stephan: The Tanaka Memorial (1927): Authentic or Spurious?, Modern Asian Studies 7, nr 4 (1973), s. 744. [wróć]
76. Alexander Werth: The Krushchev Phase (London: Hale, 1961), s. 234. [wróć]
77. "?????? ????? ???? ????? ???????? ?????? ", (????? al- Qabas), Kuwait, 5286 (29 styczeń 1987), s. 31, https://archive. org/details/1987-01-29-al-qabas.. [wróć]
78. Pierwsza szczegółowa analiza Memoriału Tanaki pochodzi z roku 1964: Noritaro Inao, A few issues surrounding ?anaka Memorial", International Politics 26 (1964), s. 72-87. [wróć]
79. Zob. Stephan: The Tanaka Memorial (1927)", s. 55. [wróć]
80. Herbert Romerstein oraz Stanislav Levchenko: The KGB Against the "Main Enemy" (Washington, DC: Lexington Books, 1989), s. 55. [wróć]