WSTĘP
Galia i jej mieszkańcy
Starożytna Galia obejmowała ziemie dzisiejszej Francji,
Belgii oraz częściowo Szwajcarii i Niemiec. Po dziewięcioletnich
walkach, krwawych i ciężkich dla obu stron, to jest Gallów i Rzymian,
stała się ona ostatecznie łupem Gajusza Juliusza Cezara, a tym samym
Rzymu. W chwili wybuchu tych wojennych zmagań była zamieszkana przez
liczne, często z sobą skłócone, plemiona Celtów. Wyjątek stanowiła
wchodząca geograficznie w skład Galii Akwitania (fr. Aquitaine), gdzie
wówczas - podobnie zresztą jak i obecnie - dominował etniczny element
iberyjski, który dzisiaj jest reprezentowany przez Gaskończyków, blisko
spokrewnionych z hiszpańskimi Baskami, jednym z najstarszych ludów
przedindoeuropejskiej Europy.
Celtowie, podobnie jak współcześni im Rzymianie i Grecy, na równi z dzisiejszymi ludami romańskimi, germańskimi i słowiańskimi, należeli do
indoeuropejskiej rodziny językowej. W starożytności, poczynając od około
VI w. p.n.e., plemiona te zaczęły się rozprzestrzeniać na rozległych
obszarach obejmujących terytoria obecnej Francji, Belgii, Wysp
Brytyjskich, północnych Włoch i północnej Hiszpanii, a także Niemiec
między Renem a Łabą. Dotarły one również na ziemie dzisiejszej
południowej Polski oraz Czech, których teraźniejsza nazwa niemiecka
Böhmen nawiązuje do łacińskiej, starożytnej nazwy tego kraju
Boiohaemum, która znaczy: "kraj (celtyckich) Bojów".
Celtyccy przybysze wszędzie zazwyczaj mieszali się z miejscową
ludnością, której narzucali swoją kulturę, a niekiedy i język, ale
jednocześnie wiele też od niej sami zapożyczali. To mieszanie się z podbitą ludnością przyczyniło się do wytworzenia licznych, rozmaitej
wielkości plemion, zróżnicowanych wprawdzie dialektalnie, ale mogących
swobodnie porozumiewać się między sobą bez pośrednictwa tłumaczy. Z końcem V w. p.n.e. istniała już wspólna wszystkim plemionom celtyckim
kultura materialna i zapewne też duchowa, znana w nauce pod umownym
terminem "kultura lateńska" (urobionym od nazwy miejscowej La T?ne nad
jeziorem Neuchâtel w Szwajcarii, gdzie po raz pierwszy natrafiono na
typowy dla tej kultury materiał archeologiczny). Jest ona również znana
z materiału archeologicznego występującego obficie na naszych
południowych ziemiach, a datowanego na czasy od V do I w. p.n.e.
W okresie od końca V i w ciągu IV w. p.n.e. Celtowie dokonywali częstych
najazdów na północne rejony Półwyspu Apenińskiego, zajmując je wreszcie
na stałe. Wdzierali się także do środkowej Italii, a około 390 lub 387
r. p.n.e. zajęli i złupili sam Rzym. Dopiero w 334 r. p.n.e. udało się
Rzymianom wypchnąć Celtów ze środkowej Italii, pozostawiając im jednak
nizinę nadpadańską.
Tymczasem inne plemiona celtyckie, posuwając się z biegiem Dunaju,
dokonały w III w. p.n.e. najazdu na Półwysep Bałkański, zagrażając nawet
znanemu i sławnemu ośrodkowi religijnemu Greków w Delfach, dokąd zwabiły
je niewątpliwie niezmierne bogactwa w kosztownościach i precjozach,
głównie ze szlachetnych metali, nie mówiąc już o pieniądzach w złocie,
srebrze oraz elektronie (naturalnym stopie złota i srebra), od wieków
gromadzone w tutejszych sanktuariach i skarbcach. Prawdopodobnie część
tej grupy Celtów, zwanych z grecka Galatami, przeprawiła się w latach
278-277 p.n.e. do Azji Mniejszej i tutaj, w samym niemal jej środku,
utworzyła własne państwo noszące od nich nazwę Galacja. Państwo to
przetrwało do 25 r. p.n.e., czyli do czasu przekształcenia go przez
Rzymian w prowincję o tej samej nazwie.
Największe jednakże znaczenie zyskali w starożytności ci Celtowie,
którzy zasiedlili ziemie dzisiejszej Francji i Belgii, znani Rzymianom
jako Gallowie. Kraj ich nazywano Galią.
Społeczeństwo gallickie, podobnie jak inne ówczesne społeczeństwa basenu
śródziemnomorskiego, składało się z ludności wolnej, korzystającej z pełni praw obywatelskich, oraz z ludności zależnej, formalnie też
wolnej, ale o bardzo ograniczonych uprawnieniach, i wreszcie z ludności
niewolnej, stanowiącej własność poszczególnych panów. Ten podział
społeczny obowiązywał wewnątrz poszczególnych plemion. Poza tym istniała
jeszcze rozległa gama wzajemnych uzależnień pomiędzy samymi plemionami.
Nie tylko poszczególne jednostki mogły się znajdować w prawnie
uwarunkowanym stosunku zależności (znanym też u Rzymian i określanym
terminem clientela - od słowa cliens = poddany) od poszczególnych
możnych, którzy w zamian za to zapewniali swoim podopiecznym ochronę i byli ich oficjalnymi rzecznikami wobec plemienia i jego władz.
Poszczególne plemiona czy tylko określone gminy mogły także uzależniać
się nie tylko od możniejszych plemion, ale, co jest bardziej
interesujące, nawet od możnych i wpływowych jednostek przynależnych do
innych plemion. Należy przypuszczać, że tego rodzaju układy
społeczno-polityczne wytworzyły się w okresie, gdy wojownicze plemiona
celtyckie obejmowały przemocą w posiadanie obszary swojego późniejszego
zasiedlenia i nawarstwiały się tam na podbitą ludność miejscową.
W społeczeństwie gallickim, jakie znamy z opisu Juliusza Cezara,
kierowniczą rolę obok arystokracji plemiennej odgrywali druidzi. Była to
zamknięta kasta kapłańska, ale godność druida nie była dziedziczna.
Druidzi rekrutowali się w zasadzie spośród młodzieży arystokratycznego
pochodzenia. Kandydaci na druidów albo sami zgłaszali się do specjalnych
szkół druidycznych, albo byli wysyłani tam przez rodziców czy opiekunów.
Nauka w tych szkołach była długotrwała i trudna, gdyż polegała wyłącznie
na pamięciowym opanowywaniu wykładanych przedmiotów: tajemnic wiary, z których najważniejsza dotyczyła nieśmiertelności duszy, kunsztu
najrozmaitszych sposobów wróżenia, umiejętności układania kalendarza
wraz z elementami astronomii i astrologii, podstaw prawa, sztuki
leczenia, epickich utworów poetyckich. Nauki druidyczne, których
ośrodkiem była wyspa Brytania, mogły się przeciągać nawet do dwudziestu
lat. Mimo to chętnych do ich zgłębiania nie brakowało, ponieważ druidzi
cieszyli się powszechnym uznaniem i poważaniem, a ponadto - i to było
najistotniejsze - korzystali z licznych przywilejów i mieli zapewniony
dobrobyt materialny.
Druidzi tworzyli ogólnoceltycką organizację ponadplemienną, niezwiązaną
z jakimkolwiek poszczególnym plemieniem. Swoje doroczne i bardzo
uroczyste zgromadzenia odbywali w kraju Karnutów (ob. Chartres) ze
względu na jego centralne położenie w Galii. Prócz zawiadywania sprawami
kultu, w którym niepoślednią rolę odgrywało składanie krwawych ofiar
ludzkich, skupili w swych rękach sprawy sądownicze i aktywnie mieszali
się do życia politycznego plemion, a nawet całej Galii. Z chwilą jednak,
gdy w Galii zaczęły się formować pierwsze organizmy państwowe, jak na
przykład u Eduów i Arwernów, rywalizujących ze sobą o hegemonię w Galii,
druidzi, na takie przemiany nieprzygotowani, stracili wpływ na
kierownicze warstwy społeczne i władze plemienne. Nie potrafili także
zapobiec temu, by w wewnętrzne sprawy Galii zostali wciągnięci przez
Arwernów Germanie z Ariowistusem na czele, a przez Eduów Rzymianie pod
wodzą Gajusza Juliusza Cezara.
W Galii, jaką zastał Cezar, najmniejszą komórką społeczną była
patriarchalna rodzina monogamiczna. Na jej czele stał ojciec rodziny,
pan życia i śmierci żony i dzieci, a także niewolnych domowników.
Początkowym wychowywaniem dzieci zajmowały się wyłącznie kobiety. Dla
mężczyzny było ujmą pokazywanie się publicznie ze swoim nieletnim
potomkiem.
Małżeństwo, jak wspomniano, było monogamiczne, a wniesiony przez oboje
małżonków majątek oraz uzyskane przez nich w czasie trwania związku
małżeńskiego dochody były ich wspólną własnością. Chociaż w I w. p.n.e.
kobieta dorównywała formalnie swoją pozycją społeczną mężczyźnie, w praktyce była nadal tradycyjnie traktowana gorzej, czego dowodzić może
zwyczaj przeprowadzania dochodzeń przez rodzinę zmarłego męża, gdy
zaistniało podejrzenie, a zdarzało się to nie tak rzadko, że żona
przyczyniła się do jego śmierci. W wypadku udowodnionego przestępstwa
(co przy stosowaniu odpowiednich praktyk nie było trudne) kobietę
skazywano na śmierć wśród okrutnych męczarni, a spadek po zmarłym
dostawał się jego rodzinie. I niewątpliwie zazwyczaj właśnie o to
chodziło.
Należy dodać, że dla arystokracji gallickiej - podobnie zresztą było, a nawet jest u wielu innych ludów - małżeństwo mogło być również jedną z form nawiązywania bliższych i trwalszych kontaktów politycznych i ekonomicznych, zwłaszcza międzyplemiennych czy zagranicznych.
Wyższy organizacyjnie szczebel społeczny stanowiło plemię, o różnej
liczebności, które pierwotnie opierało się na więzach wzajemnego
pokrewieństwa. Świadczy o tym rozpowszechniona tradycja o pochodzeniu od
wspólnego, zazwyczaj mitycznego przodka. W miarę rozluźniania się
wspólnoty rodowo-plemiennej plemiona przekształciły się z czasem w organizacje o charakterze wspólnot terytorialnych, zamkniętych zwykle w obrębie naturalnych geograficznie granic. Przykładem może być wspomniany
przez Cezara (Caes., b. Gall. I 27) pagus Verbigenus, którego nazwa,
wedle tradycji plemiennej, została urobiona od imienia wspólnego przodka
uznanego z czasem za bóstwo plemienne, czczone przez wszystkich członków
werbigeńskiej wspólnoty terytorialnej, mimo że nie wszystkich spośród
nich łączyły więzy wzajemnego pokrewieństwa.
Plemiona tworzyły z kolei większe zespoły, mianowicie zjednoczenia
plemienne, określane przez Cezara zazwyczaj terminem civitas, które
można uważać za zalążek organizmu państwowego. Trwałość tych zjednoczeń
plemiennych była wprawdzie często efemeryczna, ale organizacyjnie
zaczynały one przypominać twory państwowe, jak na przykład zjednoczenie
plemienne Eduów czy Arwernów. Cezar opisuje zabiegi niektórych
przedstawicieli gallickiej arystokracji wokół tworzenia takich powiązań.
Jednym z tych najbardziej groźnych dla Cezara, które zaczęło obejmować
całą niemal Galię celtycką, było zjednoczenie powołane do życia dzięki
usilnym staraniom, niewyczerpanej energii i prawdziwemu talentowi
organizacyjnemu Wercyngetoryksa z plemienia Arwernów. Potrafił on
podporządkować sobie nawet rywalizujących stale z Arwernami Eduów i przekonać ich, by mimo niechęci zrezygnowali w imię ogólnogallickiego
dobra z własnych ambicji państwowotwórczych.
Ludność Galii mieszkała przede wszystkim na wsi. Zgrupowana była w osadach bądź w luźno rozrzuconych zagrodach, stojących zazwyczaj w pobliżu wód i lasów. Zwłaszcza arystokracja gallicka chętnie
zamieszkiwała takie zagrody. Cezar podaje (b. Gall. VI 30), że tego
rodzaju miejsca wyszukiwano dla ochrony przed upałami, ale
najprawdopodobniej ustronia te miały zapewnić mieszkańcom możliwość
ucieczki w razie jakiegoś zagrożenia do zaszytych w leśnej gęstwinie
kryjówek przygotowanych wcześniej.
W Galii znane były dwa rodzaje domostw, mianowicie domy naziemne oraz
wykopane w gruncie ziemianki. Podstawowym budulcem w obu wypadkach było
drewno i glina, a dachy kryto strzechą ze słomy lub trzciny oraz
gontami. Natomiast kamień jako materiał budulcowy rozpowszechnił się w Galii dopiero po rzymskim podboju. Z ziemianek, zakładanych na planie
okrągłym lub prostokątnym, korzystała w zasadzie ludność uboższa. Ich
zaletą, mimo licznych mankamentów, było to, że chroniły zimą przed
zbytnim chłodem, a w lecie przed spiekotą. Arystokracja gallicka
wznosiła domy naziemne, a zimą przenosiła się zwykle ze wsi do miast,
gdzie można było tę przykrą przecież porę roku spędzać bardziej wygodnie
i atrakcyjnie.
Termin oppidum, używany przez Cezara na określenie osady typu
miejskiego w Galii, oznaczał miasto w powszechnie pojmowanym sensie, z tym że obronne. Do niego okoliczna ludność ściągała w razie
nieprzyjacielskiego zagrożenia, oczywiście z całym dobytkiem ruchomym,
głównie jednak z żywym inwentarzem. Oppida gallickie, a więc zarówno
miasta, jak i punkty obronne castella, były otoczone wałem obronnym
skonstruowanym z ziemi, kamieni i drewna. Dochodziły do tego jeszcze
specjalne zasieki oraz rowy, nie mówiąc już o tym, że oppida były
zawsze zakładane w miejscach z natury trudno dostępnych i przez to
łatwych do obrony.
Podstawowymi źródłami utrzymania ludności Galii były uprawa roli oraz
hodowla bydła rogatego, owiec, nierogacizny; hodowano także rasowe
konie, w których lubowała się przede wszystkim arystokracja - zarówno
dla celów wojennych, jak i dla samej przyjemności. W okresie podboju
rzymskiego zarzucono już w Galii posługiwanie się wozami bojowymi
zaprzężonymi w konie, ale na terenie Brytanii Cezar musiał jeszcze się
przed nimi bronić.
Posługujący się wozami bojowymi Brytowie dokonywali na nich niemal
akrobatycznych wyczynów. Podczas walki potrafili wybiegać na sam koniec
dyszla rozpędzonego wozu, by stamtąd razić wroga, a następnie tą samą
drogą powracać na wóz prowadzony przez specjalnie wyszkolonego woźnicę.
Wojownicy brytańscy potrafili również zeskakiwać w czasie walki z pędzących wozów bojowych i z powrotem na nie wskakiwać.
Podstawowym rodzajem zboża uprawianego na terenie całej niemal Galii
była pszenica. Dostarczała mąkę głównie na biały, szczególnie ulubiony
przez Gallów chleb, będący jednocześnie przedmiotem zazdrości i pożądania ze strony niżej kulturalnie od nich stojących germańskich
sąsiadów ze wschodu. Uprawiano też jęczmień, z którego wytwarzano
różnego rodzaju kasze, a także wypiekano pośledniejszego gatunku chleb
oraz warzono powszechnie spożywane piwo. Znane były również miody pitne,
ale wino - przyjęte po rzymskim podboju jako podstawowy napitek - w czasach Cezara nie było jeszcze znane szerszemu ogółowi Gallów. Uważane
za napój luksusowy było dostępne - jako element zbytku - jedynie
arystokracji gallickiej, która sprowadzała je za pośrednictwem
znajdującej się na południu Galii greckiej kolonii Massalii (łac.
Massilia, dziś fr. Marseille, pol. Marsylia).
Jednym z powodów, dla których Cezar tak krótko przebywał na prawym
brzegu granicznego Renu, był właśnie brak uprawnego zboża u Germanów. W Galii natomiast zaopatrzenie legionów rzymskich w zboże i zwierzęta
rzeźne czy juczne nie nastręczało Cezarowi większych trudności nawet
wtedy, gdy Gallowie podjęli specjalnie zorganizowaną akcję niszczenia
zboża zarówno na polu, jak i w spichlerzach, a także bydła, aby głodem
zmusić Rzymian do opuszczenia Galii (b. Gall. VII 14).
O wysokim poziomie rolnictwa gallickiego świadczą - potwierdzone zarówno
przez źródła pisane, jak i materialne - używane przez Gallów narzędzia
rolnicze. Znali oni radło koleśne zaopatrzone w metalowe lemiesze,
zróżnicowane odpowiednio do potrzeb oraz warunków glebowych. Zboże żęto
bądź sierpami, bądź narzędziem pośrednim między sierpem a kosą,
trzymanym oburącz podczas pracy. Wynalazkiem gallickim była mechaniczna
żniwiarka, o której w I w. n.e. wspomina Pliniusz Starszy w swej
Historii naturalnej (XVIII 296-297). W IV w. n.e. opisuje ją autor
zbioru porad rolniczych Palladiusz Rutyliusz Taurus Emilianus, a jej
wygląd i sposób działania poznano dzięki płaskorzeźbie znalezionej w 1958 r. w pobliżu miejscowości Buzenol w południowej Belgii.
Obfitość lasów bogatych w najrozmaitsze rodzaje drzew spowodowała, że
Gallowie cieszyli się zasłużoną sławą znakomitych cieśli, kołodziejów,
szkutników i bednarzy. Drewniane beczki były właśnie nieocenionym
wynalazkiem Celtów. Z drewna sporządzano w Galii i na innych obszarach
celtyckiego zaludnienia także pewien rodzaj obuwia (używanego do dziś,
zwłaszcza na wsi, na terenach wchodzących niegdyś w obręb Galii), a który Rzymianie określali nazwą gallicae. Wyraz ten, w formie
galoche, za pośrednictwem języka francuskiego dotarł do naszego jako
"kalosz", oznaczając jednak inny rodzaj obuwia.
Celtowie umieli również konstruować różnego typu pojazdy, które wraz z nazwami zostały przejęte przez rzymskich zdobywców. Zasiedlające zaś
wybrzeża Oceanu Atlantyckiego plemiona gallickie umiały budować okręty
morskie o wielkiej wyporności i tak mocne konstrukcyjnie, że skutecznie
opierały się uderzeniom burzliwych i wciąż niespokojnych fal oceanu.
Żeglarze galliccy odważali się na nich pływać nie tylko wzdłuż wybrzeży
morskich, ale zapuszczali się również w głąb Atlantyku, nie mówiąc już o stałych rejsach przez kanał La Manche do Brytanii. Kotwice tych okrętów,
jak dowiadujemy się od Cezara, były umocowane na żelaznych łańcuchach, a nie na linach jak u Rzymian.
Różnorodność i obfitość środków transportu u Gallów, zarówno lądowego,
jak i wodnego, wiązała się ściśle z gęstą siecią dróg lądowych i wodnych. Sprzyjało to oczywiście rozwojowi handlu nie tylko
wewnętrznego, ale i zagranicznego. Dzięki kupcom gallickim różnego
rodzaju towary, pod postacią bądź surowców, bądź częściowo lub całkiem
gotowych wyrobów, docierały do wszystkich niemal zakątków wolnej Galii,
a także daleko poza jej granice. Przez rzeki przerzucano mosty i nawet
jedno z ważniejszych miast gallickich Samarobriva (ob. Amiens) nazwę
swoją zawdzięcza mostowi, gdyż w przekładzie nazwa ta znaczy "most na
(rzece) Samarze". Za korzystanie z dróg, mostów, spławnych rzek,
przystani i portów plemiona na swoich terytoriach pobierały specjalne
opłaty, odpowiednio do wartości i ilości przewożonych towarów. Opłaty
pobierano również na przejściach granicznych między terytoriami
poszczególnych plemion.
Jednym z bardzo poszukiwanych przez Gallów surowców była cyna, a miejsca
jej wydobycia oraz rzadkość występowania złóż tego metalu były
decydującymi czynnikami przy wytyczaniu szlaków
transportowo-komunikacyjnych oraz ich kierunków. Cynę sprowadzano
głównie z terenu dzisiejszej Kornwalii w Wielkiej Brytanii. Stąd
przewożono ją statkami na gallickie wybrzeża kanału La Manche i do
ujścia rzeki Loary (staroż. Liger). W głąb Galii docierano wzdłuż
wielkich dolin rzecznych. Historyk grecki Diodor Sycylijski (I w.
p.n.e.), wyzyskując wiadomości dawniejszych autorów, przedstawia
przebieg jednego z takich szlaków właśnie w związku z handlem cyną.
Według Diodora kupcy nabywali ten metal w Brytanii, przewozili go morzem
na kontynent, po czym - w ciągu 30 dni - drogą lądową przez terytorium
całej Galii dostarczali do ujścia Rodanu. Inny autor grecki, geograf
Strabon (ok. 63 r. p.n.e. - ok. 23 r. n.e.), podaje z kolei przebieg
jednego z gallickich szlaków wodnych, z jakiego korzystano przy
przewożeniu rozmaitych towarów. Posuwano się mianowicie w górę rzeki
Saony (staroż. Arar lub Sauconna) w okolicach dzisiejszego
Chalon-sur-Saône (staroż. Cabillonum, miasto plemienia Eduów),
docierano drogą lądową w kierunku rzeki Sekwany i nią przeprawiano się
do wybrzeży Oceanu Atlantyckiego, zamieszkanych przez plemiona
celtyckich Leksowiów (ob. Lisieux) i Kaletów (ob. Caux). Rodanem
dopływano również do Galii środkowej i wschodniej. Ten właśnie szlak
potwierdzają liczne znaleziska glinianych amfor, w których przewożono
wina italskie, datowanych na ostatnie lata niepodległości Galii. Eksport
italskiego wina do Galii był do tego stopnia zyskowny dla Rzymian, że
nawet po zagarnięciu Galii Narbońskiej usiłowali oni - przez urzędowe
zakazy - nie dopuścić (bezskutecznie zresztą), by mieszkańcy tej
prowincji uprawiali u siebie winną latorośl i sami wytwarzali wino. W ten sposób bowiem podważali bardzo popłatny dla Italii monopol jego
produkcji, zwłaszcza że popyt na wino gwałtownie wzrósł od czasu, gdy
podbita Galia przyjęła je powszechnie jako codzienny napój.
Należy zwrócić uwagę na sprawnie działającą organizację gallickiego
transportu, gdyż w ciągu 30 dni ówcześni kupcy pokonywali, z szybkością
przeciętnie 30 km dziennie, odległość około 900 km dzielącą dzisiejsze
Pas-de-Calais od ujścia Rodanu. Podczas tej całomiesięcznej podróży
każdy, kto korzystał z tego czy też innego szlaku komunikacyjnego w Galii, musiał mieć zapewnioną dla siebie, swojej służby oraz zwierząt
jucznych i pociągowych możność odpoczynku i wyżywienia, a nawet wymiany
taboru zwierzęcego w specjalnych stacjach czy punktach etapowych. Kiedy
więc Rzymianie przybyli do Galii, zastali w niej już dobrze
zorganizowaną, rozbudowaną i należycie wyposażoną we wszystko, co
podczas podróży było niezbędne, sieć komunikacyjną zarówno lądową, jak i wodną. Z chwilą, gdy już sami zainstalowali się w podbitej Galii na
stałe, wystarczyło tę sieć tylko ulepszyć przez zastosowanie rzymskiej
techniki budowy dróg oraz postawienie takiej ilości mostów, zwłaszcza na
większych rzekach, by zaspokoić swoje potrzeby zarówno do celów
wojskowych, jak i pokojowych.
Cezar, podobnie jak inni autorzy antyczni, zwrócił uwagę na fizyczne
cechy Gallów, które wyraźnie odróżniały ich od Rzymian. Byli oni przede
wszystkim roślejsi. Stąd niewątpliwie brało się lekceważenie - a nawet
pogarda - okazywane początkowo przez Gallów rzymskim legionistom, którzy
rekrutowali się głównie spośród rodzimych mieszkańców Italii;
charakterystyczną dla nich niską i krępą budowę ciała Cezar określał
terminem brevitas nostra. Przy tej okazji autor zaznacza też, że z kolei Germanie przewyższali Gallów wzrostem. Gallowie mieli znacznie
jaśniejszy od Rzymian kolor skóry, włosów i oczu, jednakże ciemniejszy
niż Germanie. Zapuszczali długie włosy i wąsy, ale brody starannie
golili. Chętnie rozjaśniali sobie włosy wodą wapienną lub specjalnie
wyrabianą przez siebie maścią, nazywaną przez Rzymian sapo. Wprawdzie
wyraz ten oznaczał później mydło, ale nie ma pewności, czy w omawianym
okresie było już ono Gallom znane. Przyjmuje się jednak, że jego
wynalezienie zawdzięcza się ostatecznie raczej Gallom niż Germanom,
którzy produkt ten, jak i wiele innych, przejęli od swoich wyżej
kulturowo rozwiniętych sąsiadów. W Rzymie również nastała moda na
rozjaśnianie włosów tym gallickim produktem (być może jego podstawowym
składnikiem była znana także dziś roślina - mydlnica o łacińskiej nazwie
saponaria), przede wszystkim wśród kobiet z wyższych sfer. Jeżeli zaś
chodzi o mydło w naszym rozumieniu, to znane było ono w Rzymie dopiero
od IV w. n.e.
Język Gallów, dzielący się na wiele dialektów, znany jest obecnie na
podstawie nielicznie zachowanych wyrazów związanych głównie z nazewnictwem osób, miejscowości, rzek czy gór. Dochodzą do tego jeszcze
wyrazy zanotowane przez autorów antycznych czy też wyrazy, które
przedostały się do innych języków, głównie do łaciny. Oprócz wyrazów na
inskrypcjach, zresztą dość rzadkich, i na nie mniej unikatowo
występujących monetach gallickich nie zachowały się żadne teksty w jakimkolwiek z języków celtyckich. Powodem tego było to, że Gallowie,
podobnie jak inne ludy celtyckie, całą swoją twórczość duchową
przekazywali wyłącznie przez pamięciowe jej opanowanie, mimo że pismo
było im znane, gdyż zapożyczyli je od greckich kolonistów w południowej
Galii. Jednak posługiwali się nim wyłącznie w celach administracyjnych,
o czym może świadczyć wiadomość u Cezara (b. Gall. I 29) o zdobytym
przez niego archiwum plemienia Helwetów. Po podboju rzymskim Gallowie
zarzucili alfabet grecki na rzecz łacińskiego.
Pewne pojęcie o wymarłym języku Gallów mogą dać zachowane do naszych
czasów języki celtyckie, którymi posługuje się obecnie jeszcze około
trzech milionów ludzi. Dzielą się one na dwie podstawowe grupy,
rozpadające się z kolei na wiele samodzielnych języków czy dialektów,
dobrze jednak zrozumiałych w obrębie każdej z tych dwu grup.
Natomiast różnice między tymi dwiema grupami są do tego stopnia znaczne,
że wzajemne zrozumienie jest bardzo utrudnione. Podobnie jak w grupie
ugrofińskiej, w której możliwości wzajemnego porozumiewania się między
Węgrami a Finami są zupełnie znikome.
Pierwsza grupa to języki goidelskie, reprezentowane przez język iryjski
(irlandzki) Republiki Irlandii oraz język gaelicki (szkocki) - nazywany
też dawniej erse - używany w regionie szkockich wyżyn (Scottish
Highlands) i na Hebrydach. Bardzo bliski jest mu dialekt iryjski używany
szczątkowo jeszcze w Ulsterze, czyli w północnej Irlandii. Do tej samej
grupy należy wymierający obecnie język mański (manx), występujący
jeszcze w formie urzędowo podtrzymywanego reliktu na wyspie Man.
Druga grupa to języki brytańskie, reprezentowane przez język walijski,
inaczej kimrycki, używany w Walii, oraz język bretoński, którym
posługują się jeszcze, mimo bardzo silnego nacisku eliminacyjnego
urzędowej francuszczyzny, mieszkańcy Bretanii. Brytyjski Walijczyk może
więc bez większego trudu porozumiewać się w swoim ojczystym języku z francuskim Bretończykiem i na odwrót.
Języki i dialekty celtyckie, które w starożytności rozbrzmiewały na
rozległych obszarach od Apeninów po ujście Renu i Wyspy Brytyjskie, od
Wyżyny Kastylijskiej aż po Żelazne Wrota, czyli przełom Dunaju, i jeszcze dalej na wschód, bo aż po Azję Mniejszą, gdzie znajdowała się
Galacja, państwo celtyckich Galatów, dzisiaj z wolna zanikają. Wpływa na
to mniejszy lub większy nacisk, zwłaszcza ekonomiczny, ze strony władz
państwowych krajów, w obrębie których mieszka jeszcze ludność
celtyckojęzyczna. Nie jest to jednak, co należy podkreślić, nacisk
administracyjny, powszechnie dawniej stosowany. Nacisk ekonomiczny w praktyce - jak się okazuje - jest znacznie skuteczniejszy niż nacisk
administracyjny i posiada, pozornie, wszelkie cechy dobrowolności.
Jedynie w Republice Irlandii - gdzie zresztą tylko niewielki procent
ludności, głównie wiejskiej, posługuje się nim na co dzień - język
iryjski, dzięki poważnym wysiłkom ze strony władz państwowych, obecnie
już nie zanika, ale powoli rozszerza swój zasięg.
Gajusz Juliusz Cezar i jego czasy
Rodowód Cezara
Gajusz Juliusz Cezar urodził się 13 lipca 102 r. p.n.e. (według
niektórych badaczy 100 r. p.n.e.). Z tego względu miesiąc ten, zwany
Quinctilis (piąty), przemianowano później ku czci Cezara na Iulius i nazwa ta w zróżnicowanych formach utrzymuje się do dziś w wielu
językach.
Cezar wywodził się z gens Iulia, jednego z najstarszych, etruskiego
jeszcze pochodzenia, ale zubożałych rodów patrycjuszowskich Rzymu.
Kolebką rodu Cezara miała być starożytna
poprzedniczka Rzymu Alba Longa, gdzie ród ten sprawował władzę
królewską.
Mimo tak wspaniałej przeszłości rodu żaden z bezpośrednich przodków
Cezara nie pełnił jakiejś ważniejszej funkcji publicznej. Ojciec Cezara,
prawdopodobnie związany polityczną działalnością ze swym szwagrem
Gajuszem Mariuszem, zmarł na wylew w średnim wieku, pozostawiając żonę
Aurelię z szesnastoletnim synem Cezarem i jego dwiema siostrami.
Sytuacja wewnętrzna rzymskiej republiki arystokratycznej
Życie i działalność Juliusza Cezara przypadły na jeden z najbardziej
burzliwych okresów w dziejach rzymskiej republiki arystokratycznej. A sam Cezar swoją działalnością w bardzo poważnym stopniu przyczynił się
do tego, że okres ten był tak niespokojny.
Te przełomowe czasy rozpoczęły się pamiętnym trybunatem ludowym
Tyberiusza Semproniusza Grakchusa w 133 r. p.n.e., a zakończyły wraz z ostatecznym upadkiem republiki rzymskiej w 31 r. p.n.e., kiedy to w bitwie pod Akcjum Oktawian, polityczny spadkobierca i następca Cezara, a zarazem wnuk jego siostry i adoptowany syn, pokonał
Marka Antoniusza, ostatniego obrońcę owej republiki. Zwycięstwem tym
zakończył Oktawian trwające ponad 100 lat walki wewnętrzne o zdecydowanie klasowym podłożu.
Toczyły się one między rządzącą warstwą nobilów a warstwą plebejuszy,
słusznie domagających się dla siebie równych z nobilami praw w państwie,
które dzięki ich aktywnemu uczestnictwu, zwłaszcza w wojnach
zewnętrznych, wzrosło w potęgę terytorialną i polityczną.
Właśnie w wyniku licznych wojen zaborczych, zwłaszcza na bogatym
Wschodzie, rzymskie warstwy panujące doszły do ogromnego znaczenia
ekonomiczno-politycznego w państwie. Wojny te umożliwiły warstwie
nobilów skupienie w swych rękach niezmiernych bogactw, których
podstawową część stanowiły liczne rzesze niewolników masowo ściąganych
do Italii. Wskutek tego nastąpiły poważne przemiany w gospodarce
italskiej, ponieważ wśród niewolników znajdowało się wielu fachowców i specjalistów z dziedzin poprzednio w ogóle nieznanych w gospodarce
rzymskiej, zwłaszcza w zakresie rozmaitych gałęzi gospodarki rolnej.
W początkach II w. p.n.e. ludzie znający się na rolnictwie i sadownictwie byli szczególnie poszukiwani w związku z następującymi
wówczas przemianami w strukturze i charakterze italskiego rolnictwa,
które zaczęło się specjalizować w hodowli, a przede wszystkim w uprawie
winnej latorośli i oliwki. Można było zatem bez przeszkód skupiać i rozszerzać wielkie posiadłości ziemskie (latifundia), ponieważ ich
właściciele mieli pod dostatkiem fachowców oraz rąk do pracy. Dzięki
licznej, taniej i w zasadzie lepiej przygotowanej sile roboczej
rekrutującej się z niewolników latyfundia owe mogły skutecznie
konkurować z niewielkimi i gospodarczo zacofanymi działkami rolnymi
italskich chłopów. Chłop, podstawa rzymskiej potęgi militarnej, swoim
decydującym udziałem w zwycięskich wojnach Rzymu przyczynił się w rzeczywistości do własnej zguby. Ziemia jego, ponieważ sam musiał
przebywać wskutek udziału w wojnach poza domem, leżała przeważnie
odłogiem i dlatego po powrocie jako bohater ze zwycięskiej wojny
zmuszony był zwykle do zaciągania długów u bogaczy, aby podnieść z upadku własną gospodarkę. Ale przy ówczesnym systemie lichwiarskim -
specjalnie i z rozmysłem tak skonstruowanym - zdecydowana większość
zadłużonych chłopów nie była w stanie wywiązać się ze swoich powinności
dłużniczych inaczej niż przez oddanie swojej ziemi wierzycielom, o co
zresztą tym ostatnim chodziło. Nie mając gdzie się podziać na wsi,
ludność przenosiła się do miasta Rzymu, gdzie powiększała wciąż rosnącą
rzeszę stołecznego lumpenproletariatu, wiodącego z konieczności
pasożytniczy żywot na koszt państwa. Podstawowym źródłem utrzymania tych
rzesz było rozdawnictwo zboża i innych środków do życia, a niekiedy też
skromnych kwot pieniężnych zarówno przez administrację państwową, jak i osoby prywatne. W ten sposób pozyskiwano podczas wszelkiego rodzaju
zgromadzeń ludowych czy głosowań wyborczych na urzędy publiczne poparcie
ludu rzymskiego. Z czasem doszło do takiego wynaturzenia politycznego,
że poparcie to otrzymywał zazwyczaj ten z kandydatów, który potrafił
zapewnić sobie głosy wyborców przez rozdawanie na własny koszt zboża,
wina, oliwy, a nawet pieniędzy, a także urządzanie igrzysk. Stąd znane
za cesarstwa żądanie ludu rzymskiego - niczym hasło - panem et
circenses (chleba i igrzysk).
Wskutek takiego postępowania znaczenie polityczne plebsu rzymskiego
spadło w okresie republiki, przy równoczesnym wzroście wpływów warstw
rządzących, do tego stopnia, że w ciągu stulecia poprzedzającego
wystąpienia znanego reformatora Tyberiusza Grakchusa, na 200 konsulów aż
159, a więc 80 procent, rekrutowało się spośród 26 arystokratycznych
rodów rzymskich.
Ekonomiczną podstawą politycznego znaczenia tych rodów była wielka
własność ziemska, dochodząca niekiedy do monstrualnych wręcz rozmiarów,
jak można wnioskować na podstawie przykładu już z czasów Cezara. Oto
jego zaciekły wróg osobisty i zarazem polityczny, Lucjusz Domicjusz
Ahenobarbus, podczas obrony miasta Korfinium (49 r. p.n.e.), aby
zachęcić swoich żołnierzy do skuteczniejszego oporu przeciw żołnierzom
Cezara, obiecał każdemu z nich (a miał ich pod swoimi rozkazami 23
kohorty, czyli od 13 do 15 tysięcy ludzi) z posiadanej przez siebie
ziemi dać na własność po 4 jugera (około 1 hektara). A nie zaliczał się
on bynajmniej do najmajętniejszych magnatów rzymskich w owych czasach.
Wielcy właściciele ziemscy w Italii, poszukując najbardziej opłacalnych
upraw, co doradzał w swoim traktacie o uprawie roli (De agri cultura)
Marek Porcjusz Katon (II w. p.n.e.), porzucali uprawę zbóż, podstawy
wyżywienia mieszkańców Italii od głębokiej starożytności aż po dziś, na
rzecz oliwki i winnej latorośli. Uprawa zboża, wymagająca - ze względu
na warunki glebowe i klimatyczne - ogromnego nakładu pracy, stała się
całkowicie nieopłacalna z chwilą, gdy ze zdobytych ziem zamorskich,
zwłaszcza z Sycylii, a potem również z Afryki Północnej, zaczęto
sprowadzać w ogromnych ilościach znacznie tańsze zboże. W tej sytuacji
resztki zachowanych jeszcze drobnych gospodarstw rolnych znalazły się na
skraju ruiny. Narastało więc wzbudzające coraz większy niepokój
społeczny niezadowolenie, a przede wszystkim zaczynało brakować
żołnierza (tak niezbędnego przy nieustannych wtedy wojnach zdobywczych
oraz do utrzymania w posłuszeństwie już podbitych ludów). Zrujnowane
ekonomicznie chłopstwo nie mogło sobie pozwolić na zakup własnym kosztem
uzbrojenia, w które każdy obywatel rzymski zdolny do służby wojskowej
miał obowiązek się zaopatrzyć. W dodatku wskutek odpływu chłopów do
miast, głównie do Rzymu, kurczyła się liczebnie sama warstwa chłopska,
dotychczasowy rezerwuar wojskowy państwa rzymskiego.
Reformy braci Grakchów
Z pierwszą i bardzo poważną próbą przyjścia z pomocą zagrożonej nędzą
biedocie wystąpił Tyberiusz Semproniusz Grakchus, potomek starego
patrycjuszowskiego rodu rzymskiego, trybun ludowy w 133 r. p.n.e. Na
wykup ziemi, którą zamierzał rozdzielić pomiędzy bezrolną biedotę
italską, chciał wyzyskać ogromny skarb zapisany ludowi rzymskiemu przez
zmarłego właśnie króla Pergamonu w Azji Mniejszej, Attalosa III. Gdy
Tyberiusz usiłował wprowadzić w życie swoją ustawę rolną, na mocy której
część użytkowanej nieprawnie przez magnatów ziemi publicznej (ager
publicus) drogą wykupu miałaby być rozdzielona pomiędzy bezrolnych,
został zamordowany przez nasłanych przez arystokrację zabójców.
Taki sam los zgotowała ta sama warstwa społeczna 10 lat później
młodszemu bratu Tyberiusza, Gajuszowi Semproniuszowi Grakchusowi.
Usiłował on jako trybun ludowy doprowadzić do końca dzieło reformy
rolnej, a ponadto domagał się jeszcze rozszerzenia prawa obywatelstwa na
wszystkich wolnych mieszkańców Italii. (Do tej pory prawo
to przysługiwało tylko wolnym mieszkańcom miasta Rzymu oraz Lacjum, mimo
że wolni mieszkańcy reszty Italii wchodzącej w skład państwa rzymskiego
ponosili wszelkie ciężary na jego rzecz).
Wojna ze sprzymierzeńcami
Egoistyczna polityka rzymskich klas rządzących, obawiających się, że
mogą zostać naruszone ich przywileje, nie dopuszczała do przyznania
pełnych praw obywatelskich wolnym mieszkańcom Italii, mającym status
sprzymierzeńców. Doprowadziło to w końcu do wybuchu ciężkiej i krwawej
dwuletniej wojny znanej jako "wojna ze sprzymierzeńcami" (90-88 p.n.e.).
W walkach, które niejednokrotnie stawiały przeciw sobie najbliższych
nawet krewnych, bo takie były wzajemne powiązania pomiędzy mieszkańcami
Italii, walczące strony poniosły ogromne straty. Dopiero to spowodowało,
że głoszona przez Gajusza Grakchusa idea rozszerzenia rzymskiego prawa
obywatelstwa na wszystkich wolnych mieszkańców ówczesnej Italii
doczekała się urzeczywistnienia.
Sulla
Były to już lata wczesnej młodości Cezara. W tym czasie Rzym prowadził
również wojny (w sumie trzy) z Mitrydatesem VI Eupatorem (panował 120-63
p.n.e.), królem Pontu w Azji Mniejszej, o rozszerzenie panowania
rzymskiego na Wschodzie. Zyski z tych wojen warstwy rządzące postanowiły
zagarnąć dla siebie i z tego względu Senat powierzył
namiestnictwo prowincji Azji oraz naczelne dowództwo w pierwszej wojnie
z Mitrydatesem (89-84 p.n.e.) Lucjuszowi Korneliuszowi Sulli, potomkowi
jednego z najstarszych arystokratycznych rodów rzymskich. Sulla pierwsze
kroki w dziedzinie wojskowości stawiał pod doświadczonym kierownictwem
Gajusza Mariusza, plebejskiego pochodzenia, wybitnego reformatora armii
rzymskiej. Ten znakomity wódz dzięki swym zwycięstwom nad plemionami
germańskich Teutonów (102 r. p.n.e.) i Cymbrów (101 r. p.n.e.) na
dłuższy czas oddalił od Rzymu zagrożenie ze strony Germanów, którzy
wtedy po raz pierwszy krwawo i okrutnie zaznaczyli swoją obecność na
dziejowej arenie Europy. Mariusz, będący jednym z głównych filarów
stronnictwa popularów wrogiego nobilom, był ożeniony z ciotką Cezara ze
strony ojca, Julią, i przez to z nim spowinowacony.
Dzięki temu Cezar miał przed sobą otwartą drogę do kariery politycznej
po stronie popularów. I rzeczywiście, kiedy osiągnął zaledwie
siedemnasty rok życia (niedługo po śmierci ojca w 86 r. p.n.e.), został
desygnowany na kapłana Jowisza (flamen Dialis) przez swego wuja
Mariusza i jego najbliższego współtowarzysza, Lucjusza Korneliusza
Cynnę, czterokrotnego konsula. Tym samym stało się jasne, że Cezar
sprzyja popularom. Jednakże w objęciu tej funkcji przeszkodziła mu
nieoczekiwana śmierć Mariusza zaraz po rozpoczęciu przez niego siódmego
z kolei konsulatu, czego nikt z Rzymian nie osiągnął ani przedtem, ani
potem. Gdy zabrakło Mariusza, rozgorzały na nowo walki optymatów pod
wodzą Sulli z popularami z Cynną na czele.
Cezar, po związaniu się politycznie z popularami, zerwał swoje zaręczyny
z Kossucją, pochodzącą z zamożnej rodziny ze stanu ekwitów. W 84 r.
p.n.e. ożenił się z córką Cynny, który niedługo potem zginął w niejasnych okolicznościach z rąk własnych żołnierzy w Ankonie, gdzie
gotował się do wyprawy przeciw Sulli.
Walki z Sullą trwały do 82 r. p.n.e., kiedy przy Bramie Kollińskiej
(porta Collina) pod Rzymem wojska stronników Mariusza zostały
doszczętnie rozbite, tak że tylko nielicznym udało się uratować
ucieczką. Ich ówczesny przywódca, syn Mariusza, też Gajusz Mariusz,
konsul w 82 r. p.n.e., popełnił samobójstwo, by nie wpaść w ręce
mściwego Sulli.
Zwycięski przywódca optymatów zaczął bezwzględnie i krwawo rozprawiać
się z pokonanymi przeciwnikami politycznymi. Przede wszystkim kazał
ogłosić listy proskrypcyjne, w wyniku czego zamordowano w tak zwanym
"majestacie prawa" 90 senatorów oraz 1600 ekwitów, nie licząc wielu
tysięcy żołnierzy Mariusza, których Sulla kazał stracić zaraz po wzięciu
ich do niewoli.
Nastały czasy dyktatury Sulli (82-79 p.n.e.), które charakteryzują:
wzmocnienie znaczenia Senatu oczyszczonego z wszelkich demokratycznie
nastrojonych elementów oraz daleko idące ograniczenie uprawnień
zgromadzeń ludowych i prerogatyw trybunów ludowych.
Wyjazd Cezara na Wschód
"Wśród przeprowadzonych masowych mordów i wielkiej ilości innych zajęć
Sulla Cezara przeoczył" (Plut., Caes., 1, przeł. M. Brożek). Ale kiedy
Cezar, nie bacząc na ówczesną sytuację, "ośmielił się jeszcze raz
wystąpić publicznie ze swą kandydaturą do urzędu kapłańskiego, mimo że
nie bardzo nawet osiągnął pełny wiek młodzieńczy" (tamże), Sulla
przypomniał sobie o nim i zażądał, by natychmiast rozwiódł się z Kornelią, córką jego politycznego wroga, czemu Cezar jednak stanowczo
się sprzeciwił. Sulla spowodował więc, że Cezar przy wyborach przepadł i wówczas, czując się osobiście zagrożonym, poszukał schronienia w górzystym kraju Sabinów. Ponieważ choroba, na którą Cezar wtedy zapadł,
nie pozwalała mu na dalsze ukrywanie się, został wytropiony przez
przeszukujących te okolice żołnierzy Sulli. Jednak dzięki temu, że
przekupił dowódcę tego oddziału, niejakiego Korneliusza Fagitę, nie
wpadł w ręce dyktatora. Był to rok 82 p.n.e. Tymczasem Sulla, pod
wpływem wstawiennictwa kapłanek Westy oraz krewnych i powinowatych
Cezara - Mamerkusa Emiliusza i Aureliusza Kotty, a także "wobec usilnych
próśb najbliższych swych przyjaciół, i to osobistości w ogóle wówczas
najznakomitszych, ustąpił wreszcie, gdy mimo wielokrotnej jego odmowy
uparcie walczyli o Cezara. Wówczas zawołał, czy to głosem bożym
natchniony, czy w jakimś przeczuciu: "niech się stanie
wedle ich woli, niech go sobie biorą, lecz niech wiedzą, że ten, którego
ocalenia tak bardzo pragną, kiedyś zgotuje zgubę stronnictwu optymatów,
które wspólnymi siłami dotychczas zdołali ocalić od klęski; w tym
Cezarze drzemie wielu Mariuszów"" (Gajus Swetoniusz Trankwillus, Żywoty
cezarów, Boski Juliusz, 1, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska; cyt.
dalej: Suet., Div. Iul.).
W obecnej sytuacji, zwłaszcza gdy terror sullański przybierał na
zasięgu, rozmiarach i gwałtowności, Cezarowi, gdy już został puszczony
wolno, nie pozostawało nic innego, jak porzucić Italię i wstąpić do
służby wojskowej na Wschodzie, gdzie toczyła się właśnie druga wojna z Mitrydatesem VI, królem Pontu (83-82 p.n.e.).
Na Wschodzie Cezar otrzymał od swego dowódcy, pretora Minucjusza
Termusa, zadanie wyjednania u Nikomedesa, króla Bitynii, pomocy dla
Rzymian w postaci floty morskiej. Bardzo młody jeszcze Cezar wywiązał
się należycie z poleconego mu zadania, ale dwukrotny dłuższy pobyt na
dworze znanego z rozpustnego trybu życia i w dodatku zupełnie
nieinteresującego się płcią nadobną władcy Bitynii rzucił na całe życie
Cezara cień całkowicie jednoznacznych podejrzeń. Być może Cezar usiłował
je rozwiać za pomocą licznych, często pełnych rozgłosu romansów,
niekiedy wprost prowokacyjnie ryzykownych, jak w wypadku Mucji, żony
Pompejusza Wielkiego. Niektórzy, a między nimi nie mogło zabraknąć
lubującego się w plotkach Cycerona, próbowali wyciągnąć z tego dla
siebie jakieś korzyści polityczne.
Podczas wojny z Mitrydatesem Cezar dał się poznać także jako żołnierz o wielkiej odwadze osobistej. Za uratowanie życia obywatela rzymskiego
podczas ataku na jedną z twierdz na wyspie Lesbos otrzymał z rąk swego
dowódcy, Minucjusza Termusa, jedno z najwyższych odznaczeń bojowych w postaci tak zwanego wieńca obywatelskiego (corona civica).
Powrót Cezara do Rzymu
W 78 r. p.n.e. Cezar, na wiadomość o śmierci Sulli, niezwłocznie
powrócił do Rzymu i tu, opowiadając się po stronie
popularów, rozpoczął działalność polityczną przeciw znajdującym się u władzy optymatom. W celu zyskania rozgłosu zaczął występować w procesach
sądowych, raz broniąc pociąganych do odpowiedzialności sądowej przez
optymatów ich przeciwników politycznych, kiedy indziej oskarżając w odwecie za nadużycie władzy i przeniewierstwa przedstawicieli rządzącej
arystokratycznej oligarchii. Przykładem może być sprawa prokonsula
Gnejusza Dolabelli, oskarżonego o zdzierstwa popełnione przez niego
podczas zarządzania prowincją, czy też sprawa Gajusza Antoniusza, tego
samego, z którym 14 lat później Cyceron dzielił urząd konsula.
Wprawdzie w obu wymienionych wypadkach oskarżonym udało się uniknąć
skazania wskutek zabiegów ich optymackich popleczników, mimo to Cezar
osiągnął zamierzony cel i zarazem sukces polityczny, ponieważ zwrócił na
siebie uwagę opinii publicznej jako nieprzejednany przeciwnik
sullańskich porządków arystokratycznych.
Starożytny biograf Cezara - Plutarch z Cheronei (przed 50 r. - ok. 125
r. n.e.) podaje, że Cezar "nie tylko wymową swoją w obronie oskarżonych
zdobył sobie bardzo wielką sławę i wziętość, ale również przez
oddawanie drugim innych przysług i przez życzliwe współżycie z ludźmi
spotykał się z wdzięcznością ludu, umiejąc wobec niego ponad wiek
zręcznie grać rolę człowieka zawsze gotowego do usług. Tak samo zresztą
urządzane przez niego wielkie przyjęcia i uczty i w ogóle szeroki gest w życiu - wszystko to przyczyniało się także do systematycznego wzrostu
jego wpływów w państwie" (Plut., Caes., 2, przeł. M. Brożek).
Wyjazd Cezara na studia wymowy
Cezar, doceniając znaczenie wymowy w życiu publicznym i zdając sobie
sprawę z braków w należytym opanowaniu owej sztuki oddziaływania na
ludzkie serca i umysły, udał się w 74 r. p.n.e. na wyspę Rodos do
Apolloniosa Molona, cieszącego się wówczas zasłużoną
sławą znakomitego nauczyciela wymowy. Ten sam retor kilka lat wcześniej
kształcił w arkanach retoryki Marka Tulliusza Cycerona, późniejszego
przeciwnika politycznego Cezara. Cyceron był tym bardziej niebezpieczny,
że usiłował udawać, iż zachowuje neutralność polityczną, co z kolei
Cezar dość szybko rozszyfrował, starając się równocześnie stwarzać
wrażenie, że pokłada ufność w Cyceronie. Dlatego obaj zawsze dbali o zachowywanie pozorów utrzymywania ze sobą poprawnych stosunków. Tę
wzajemną grę bardzo trafnie scharakteryzował biograf Plutarch, pisząc,
że Cyceron "od samego początku odnosił się podejrzliwie do polityki
Cezara i bał się jej jak zwodniczej ciszy na morzu, bo przejrzał pod
płaszczem uprzejmości jego i miłego odnoszenia się do ludzi groźną siłę
jego charakteru [...]. On to powiedział, że we wszystkich ukrytych
planach Cezara i we wszystkich jego pociągnięciach politycznych widzi
wyraźnie zamiary samowładcze" (Plut., Caes., 4, przeł. M. Brożek).
Nie miał jednak Cezar szczęścia podczas swoich studiów retoryki.
Najpierw, zanim dostał się na Rodos, wpadł w ręce cylicyjskich korsarzy
grasujących w pobliżu niewielkiej wyspy Farmakuzy (dziś gr.
Farmakonisi), należącej do archipelagu Sporad, a znajdującej się na
południowy zachód od Miletu, przy wybrzeżu Azji Mniejszej. Po
czterdziestodniowym pobycie u nich zdołał się wykupić za kwotę 50
talentów, zaoferowaną im zresztą przez niego samego, gdyż zażądali tylko
20 talentów. Następnie udał się niezwłocznie na wybrzeże małoazjatyckie
i stąd, ze zgromadzoną naprędce flotą ochrony wybrzeża, uderzył na
całkowicie zaskoczonych piratów. Mimo pewnych podejrzanych oporów ze
strony prokonsula Azji Juliusza Silanusa - który (być może) był w jakichś kontaktach z piratami - wziął ich wszystkich do niewoli, zgodnie
z daną im wcześniej, niby żartobliwie, zapowiedzią, kilkakrotnie zresztą
powtarzaną, i doprowadził do skazania na śmierć przez ukrzyżowanie.
Odebrane im 50 talentów, które zebrał wśród przyjaciół na okup,
zatrzymał dla siebie.
Charakterystyczna dla Cezara w jego późniejszej działalności szybkość w podejmowaniu decyzji i korzystanie z momentów zaskoczenia przy
jednoczesnym uśpieniu czujności przeciwnika po raz pierwszy ujawniły się
właśnie tutaj, w akcji przeciwko piratom.
Gdy Cezar wreszcie dotarł na Rodos, wybuchła trzecia wojna z Mitrydatesem VI (74-64 p.n.e.). Na wiadomość o wtargnięciu wojsk
Mitrydatesa na teren prowincji Azji, Cezar przerwał swoje studia u Apolloniosa Molona i udawszy się śpiesznie do Azji Mniejszej, zgromadził
tu, całkowicie z własnej inicjatywy, oddziały wojskowe. Przy ich pomocy
przepędził nieprzyjaciela, a wahające się w swojej wierności wobec Rzymu
miasta małoazjatyckie przykładnie ukarał. To również sposób postępowania
tak charakterystyczny w jego późniejszych działaniach.
Po powrocie z tej akcji na Rodos nie udało się jednak Cezarowi
przystąpić do przerwanych studiów, ponieważ doszła go z Rzymu wiadomość
o śmierci jego krewnego Gajusza Aureliusza Kotty, konsula z 75 r.
p.n.e., który zmarł około roku później jako prokonsul Galii
Przedalpejskiej (Gallia Cisalpina). Zmarły był również członkiem
kolegium pontyfików i właśnie na jego miejsce Cezar został zaocznie
wybrany na kapłana (pontifex). Był to wyraz sympatii ze strony ludu
dla Cezara, gdyż właśnie dzięki głosom ludu został on wybrany na to stanowisko, wprawdzie skromne, ale umożliwiające wgląd w arkana życia
politycznego państwa. Tym razem Cezar został ostatecznie zmuszony do
rezygnacji ze swoich studiów retorycznych i udał się do Rzymu.
Ponowny powrót Cezara do Rzymu
W 73 r. p.n.e. Cezar powrócił do Rzymu i wkrótce został wybrany na
trybuna wojskowego. Przypuszczalnie w tym samym roku żona Kornelia
powiła mu córkę Julię. Sytuacja państwa, tak wewnętrzna, jak i zewnętrzna, była bardzo powikłana i trudna. Na Wschodzie ciągle jeszcze
trwała wojna z Mitrydatesem VI, w Hiszpanii toczyły się walki z Sertoriuszem, jednym ze stronników Mariusza (80-72 p.n.e.), w samej zaś
Italii wybuchło groźne powstanie niewolników pod wodzą Spartakusa (73-71
p.n.e.). Na czym polegała działalność Cezara w latach 73-71 p.n.e., nie
wiadomo. Można jedynie przypuszczać, że dominowały zabiegi o względy
ludu przez zdecydowane poparcie dla usiłowań przywrócenia autorytetu i znaczenia urzędu trybunów ludowych. I rzeczywiście, w 70 r. p.n.e., za
konsulatu Krassusa i Pompejusza Wielkiego, pojednanych ze sobą dzięki
zabiegom Cezara, przywrócono trybunom ludowym pełnię ich władzy,
podobnie uczyniono z urzędem cenzora i wreszcie na mocy ustawy Lucjusza
Aureliusza Kotty (lex Aurelia iudiciaria z tegoż roku) zreformowano
sądownictwo. Reforma polegała na tym, że przedstawiciele warstwy
senatorskiej otrzymali na równi z tak zwanymi trybunami skarbowymi
(tribuni aerarii), rekrutującymi się spośród plebejuszy, a także
ekwitów, po jednakowej liczbie miejsc w sądach. W wyniku tego nobilowie,
zmajoryzowani od tej pory przez przedstawicieli pozostałych dwu
grup społecznych, nie mieli już decydującego wpływu na ferowanie
wyroków. Wzrosła natomiast niepomiernie rola ekwitów, którzy stali się
obecnie swoistym języczkiem u wagi, ponieważ o ich decydujące głosy
musieli zabiegać rywalizujący ze sobą nobilowie i popularzy.
Początek kariery urzędniczej Cezara
W 68 r. p.n.e. wstąpił Cezar na najniższy szczebel drabiny rzymskiej
kariery urzędniczej jako kwestor. W tym czasie skwapliwie skorzystał z dwu nadarzających się okazji, aby początki swego rodu, a więc tym samym
i siebie samego, pokazać w jak najwspanialszym świetle. Okazje te to
uroczystości pogrzebowe, najpierw jego ciotki ze strony ojca, Julii,
wdowy po głęboko czczonym przez lud rzymski Mariuszu, a następnie żony -
Kornelii, córki Korneliusza Cynny, gorącego zwolennika Gajusza Mariusza,
wuja Cezara.
Zgodnie z przyjętymi obyczajami Cezar "wygłosił na cześć zmarłych:
ciotki Julii i żony Kornelii, mowę pochwalną, jak to było przyjęte, z mównicy publicznej. Sławiąc ciotkę, tak przedstawił jej i ojca swego
wspólny rodowód: "Ród mej ciotki Julii po kądzieli od królów się
wywodzi, po mieczu zaś z samymi bogami nieśmiertelnymi jest
spokrewniony. Od Ankusa Marcjusza pochodzi ród Marcjuszów Królów,
których nazwisko nosiła matka; od Wenery pochodzą Juliusze, do których
rodu nasz dom się zalicza. Jest więc w krwi naszej i majestat królów,
którzy najwięcej znaczą wśród ludzi, i świętość bogów, których władzy
podlegają sami królowie"" (Suet., Div. Iul., 6, przeł. J.
Niemirska-Pliszczyńska).
Sławiąc swą ciotkę, Cezar nie zapomniał bynajmniej o jej mężu Mariuszu i posunął się tak daleko, że "ośmielił się pokazać w pochodzie pogrzebowym
wizerunki Mariusza, oglądane publicznie przy tej okazji po raz pierwszy
od czasów rządów Sulli, kiedy to Mariusz i jego ludzie zostali ogłoszeni
oficjalnie wrogami ojczyzny. Niektórzy, co prawda, podnieśli na ten
widok oburzenie przeciw Cezarowi, ale u ludu krok ten spotkał się z wyrazami najwyższego uznania, którego dowodem były huczne oklaski, i wywołał podziw dla tego, który odważył się wskrzesić w Rzymie na nowo po
tylu latach, jak gdyby z Hadesu, cześć i sławę Mariusza" (Plut.,
Caes., 5, przeł. M. Brożek).
Cezar w Hiszpanii
Po śmierci żony Kornelii Cezar, jako kwestor pretora Antystiusza Wetusa,
udał się do prowincji Hiszpanii i tutaj, z polecenia swego
przełożonego, sprawował głównie sądy w kolejno odwiedzanych
miejscowościach. Dotarł wreszcie do Gades (dziś hiszp. Cadiz, pol.
Kadyks), bardzo starego, bo założonego jeszcze przez Fenicjan około 1100
r. p.n.e. miasta handlowo-portowego, by złożyć sprawozdanie ze swojej
działalności na ręce pretora Antystiusza.
Cezar niedługo jednak przebywał wówczas w Hiszpanii, ponieważ kwestura
nie zadowalała jego ambicji. Marzył o rzeczywistej i pełnej działalności
politycznej. Dlatego więc, gdy tylko udało mu się dzięki poparciu ze
strony wpływowych przyjaciół uzyskać odwołanie do Rzymu, natychmiast
ruszył w drogę powrotną. Ale by nie tracić na próżno czasu podczas tej
podróży, wyzyskał ją na odwiedzenie kolonii na prawie latyńskim w Galii
Przedalpejskiej. Zabiegał tam o względy miejscowej ludności,
przyrzekając poparcie jej starań o uzyskanie rzymskiego prawa
obywatelstwa. Nie było to na rękę rządzącym wówczas w Rzymie nobilom i dlatego naraził się na surową z ich strony krytykę.
Należy dodać, że również w czasie swego urzędowania w prowincji
Hiszpanii Cezar nie pominął żadnej okazji, aby wejść w bliskie kontakty
z miejscową arystokracją i górą plemienną, co - jak się z czasem okazało
- przyniosło mu bardzo cenne korzyści zarówno polityczne, jak i przede
wszystkim materialne.
Cezar w Rzymie
Po powrocie do Rzymu Cezar zawarł w 67 r. p.n.e. nowy związek małżeński.
Żoną jego została Pompeja, wnuczka po kądzieli dyktatora Sulli. Nie jest
wykluczone, że małżeństwo to wynikło z jakichś politycznych zamierzeń
Cezara. W każdym razie zachowywał się w Rzymie tak, aby zdobyć jak
największą popularność i wzięcie u ludu, a u możnych ich życzliwość i przychylność. Do tego celu umiał wyzyskać nawet tak skromny urząd, jak
kuratorstwo Drogi Appijskiej (via Appia), które otrzymał zaraz po
powrocie z Hiszpanii. Podczas sprawowania tego urzędu wydawał znacznie
więcej pieniędzy, niż przydzielano mu ze skarbu państwowego. Po prostu
dokładał do dotacji z własnej kieszeni i w związku z tym zapożyczał się
bez umiaru, gdzie tylko mógł. O tego rodzaju postępowaniu Cezara
napomyka Plutarch, pisząc, że "przed rozpoczęciem któregoś z urzędów
zadłużył się podobno na sumę 1300 talentów!" (Plut., Caes., 5, przeł.
M. Brożek).
Aby pozyskać sobie coraz możniejszego politycznie i militarnie
Pompejusza, Cezar poparł w 67 r. p.n.e. zaproponowaną przez trybuna
ludowego Aulusa Gabiniusza ustawę, na mocy której Pompejusz otrzymał
nadzwyczajne pełnomocnictwa do walki z plagą piractwa na Morzu
Śródziemnym. Zresztą podobnie i w tym samym celu postąpił Marek Tulliusz
Cyceron. W 66 r. p.n.e. Cezar poparł wniosek trybuna ludowego Gajusza
Manliusza o przekazanie Pompejuszowi naczelnego dowództwa - odebranego
Lukullusowi - w kończącej się właśnie wojnie z Mitrydatesem VI
Eupatorem. Dzięki temu cała chwała, razem z ogromną zdobyczą,
przypadła ostatecznie tylko Pompejuszowi, całkowicie niezasłużenie, ale
o to chodziło, by Pompejusza pozyskać przeciw ugrupowaniom senatorskim.
Również Cyceron, który pełnił wówczas obowiązki pretora, opowiedział
się, ze względów koniunkturalnych, za tym wnioskiem. Nie należy przecież
sądzić, że powierzenie dowództwa Pompejuszowi wynikało jedynie z zaufania do jego militarnego talentu, dzięki któremu Rzym mógłby szybko
i zwycięsko zakończyć trwającą wiele już lat, choć z przerwami, wojnę z królem Pontu. Zwycięstwo to dawało Pompejuszowi przede wszystkim możność
zbicia ogromnego majątku i tym samym uniezależnienia się finansowo od
nobilów. Ponadto stwarzało przedstawicielom stanu ekwitów możliwość
czerpania swobodnie i bezkarnie pełnymi garściami z niezmiernych bogactw
Azji Mniejszej. Był to jeden ze stosowanych przez Cezara sposobów
pozyskiwania przychylności za pomocą pieniędzy, których wprawdzie nie
musiał sam bezpośrednio dawać, ale stwarzał jak najbardziej dogodne
możliwości ich zdobywania. Celem zaś ostatecznym była chęć odsunięcia
Pompejusza od Senatu, który tego rodzaju korzyści nie mógł mu - z różnych względów - zapewnić.
W czasie gdy Pompejusz prowadził wojnę na Wschodzie, Cezar nawiązał
bliższe kontakty z Markiem Licyniuszem Krassusem, jednym z najbogatszych
podówczas ludzi w Rzymie, który wcale nie taił swojej niechęci do
Pompejusza. Krassus dostarczył więc Cezarowi pieniędzy na agitację
wyborczą i dzięki temu sam został wybrany na cenzora na 65 r., a Cezar -
na edyla kurulnego.
Zanim jednak Cezar zdążył objąć swój urząd 1 stycznia 65 r. p.n.e., "na
kilka dni przed objęciem edylatu popadł w podejrzenie, że zawiązał
spisek z Markiem Krassusem, byłym konsulem, a również z Publiuszem Sullą
i L. Autroniuszem, którzy po wyborze na konsulów zostali skazani
wyrokiem sądowym za nadużycia wyborcze. Spiskowcy mieli podobno w programie z początkiem roku napaść na Senat i, wymordowawszy senatorów
wedle z góry ułożonej listy, obwołać dyktatorem Krassusa. Cezar miał z jego rąk otrzymać dowództwo jazdy, a gdy już wszystko w państwie będzie
urządzone wedle ich woli, miała być przywrócona władza konsularna Sulli
i Autroniuszowi" (Suet., Div. Iul., 9, przeł. J.
Niemirska-Pliszczyńska). Czy była to prawda, czy raczej próba urobienia
nieprzychylnej opinii Cezarowi i Krassusowi, trudno powiedzieć. W każdym
razie Cezar bez przeszkód objął swój urząd, co wskazywałoby raczej na
nieprawdziwość tych pogłosek. W czasie zaś jego sprawowania
zorganizował, pod pozorem uczczenia dwudziestej rocznicy śmierci swego
ojca, wzbudzające powszechny podziw igrzyska, w których stanęło przeciw
sobie do walki 320 par gladiatorów. W związku z tym czytamy u Swetoniusza: "Oto gdy mnogością swoich zapaśników zewsząd ściągniętych
ogromnie wystraszył nieprzyjaciół politycznych, odtąd już prawnie
ograniczono ilość szermierzy, ponad którą nikt większej w Rzymie mieć
nie mógł" (Suet., Div. Iul., 10, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska).
Ponadto w tym samym czasie Cezar ozdobił "nie tylko komicjum, forum,
bazyliki, lecz także Kapitol; ten ostatni - tymczasowymi portykami, aby
tam wystawić przynajmniej część wspaniałych dzieł sztuki, ponieważ
posiadał wielką ilość wszelkiego dobytku. Urządzał też walki z dzikimi
zwierzętami i igrzyska zarówno sam, jak z kolegą. Skutkiem tego jemu
tylko przypadła w udziale cała wdzięczność ludu nawet za widowiska
urządzane na koszt obydwu urzędników. Nie ukrywał więc niezadowolenia
jego kolega Marek Bibulus, mówiąc, iż "przypadła mu ta sama rola co
Polluksowi; wprawdzie obydwu braciom wzniesiono świątynię na forum, ale
nazwano ją tylko imieniem Kastora, podobnie hojność ich obydwu
przypisuje się tylko jednemu Cezarowi"" (tamże).
Postępowanie Cezara sprawiało wrażenie, "jakby za te wielkie sumy, które
wydawał, chciał sobie zdobyć przemijającą i krótkotrwałą popularność,
choć w rzeczywistości kupował on w ten sposób za niewielką cenę
najwyższą władzę" (Plut., Caes., 5, przeł. M. Brożek). Z tą oceną
należy się zgodzić, zwłaszcza że "wszystko to tak usposobiło do niego
najszerszy ogół ludu, że każdy wyszukiwał dla niego coraz to nowe
urzędy, coraz to nowe zaszczyty, by mu się odwzajemnić" (tamże).
Kiedy Cezar doszedł do przekonania, że już dostatecznie ugruntował swoje
wpływy wśród ludu, "usiłował za pośrednictwem pewnych trybunów zdobyć
dla siebie prowincję Egipt uchwałą ludu. Trafiała się tu sposobność
otrzymania dodatkowego urzędu, gdyż mieszkańcy Aleksandrii wypędzili
swego dotychczasowego króla, który otrzymał od Senatu tytuł
sprzymierzeńca i przyjaciela narodu rzymskiego. Ten czyn
Aleksandryjczyków nie spotkał się [w Rzymie] z przychylnym przyjęciem.
Nie otrzymał jednak Cezar tego urzędu wskutek sprzeciwu stronnictwa
optymatów" (Suet., Div. Iul. 11, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska).
Niektórzy w Rzymie, jak na przykład Krassus, traktowali - niesłusznie -
na mocy rzekomego testamentu króla Ptolemeusza X Aleksandra I (panował
od 107 do 88 r. p.n.e.) Egipt jako własność ludu rzymskiego. Na tej
podstawie Cezar usiłował wyzyskać aleksandryjskie rozruchy, być może
nawet przez niego sprowokowane, przeciw królowi Ptolemeuszowi XII,
aby pod pozorem konieczności zaprowadzenia ładu i porządku dostać w swoje ręce ten obfitujący w zboże kraj, tak ważny dla Rzymu zarówno
gospodarczo, jako też politycznie i strategicznie. A kiedy to mu się nie
udało, zemścił się - wedle słów Plutarcha - na optymatach:
Dwa były wówczas w Rzymie stronnictwa polityczne: jedno sullańskie,
silne i dzierżące w swych rękach władzę, drugie mariańskie, pognębione i żyjące w rozsypce i w jak największym upokorzeniu. To właśnie
stronnictwo Cezar chciał teraz przywrócić do sił i pozyskać dla siebie.
W tym celu zatem postarał się o wykonanie posągów Mariusza i bogini
zwycięstwa, trzymającej w ręku trofea wojenne, i wtedy właśnie, gdy
hojność jego i popularność w czasie edylatu doszła do szczytu, ustawił
je w nocy na Kapitolu.
Nadszedł dzień i ludzie zobaczyli posągi: wszystko błyszczało od złota i olśniewało pięknem artystycznego wykonania, a umieszczone na nich napisy
mówiły o zasługach i zwycięstwach Mariusza w wojnie z Cymbrami. Wszyscy
osłupieli z podziwu dla odwagi tego, który te posągi tam ustawił. A kto
to był - każdy dobrze wiedział. Zaraz też rozeszła się o tym wieść po
całym mieście i tłumy ludzi śpieszyły na Kapitol, żeby je oglądać.
Tu jedni narobili krzyku, że Cezar toruje sobie drogę do jedynowładztwa
i przywraca do życia zaszczyty, które już raz zostały pogrzebane
ustawami i uchwałami senatu; że w ten sposób wystawia on tylko na próbę
lud, który sobie najpierw uczynił uległym, chcąc się teraz przekonać,
czy on już całkiem dał się zniewolić przez jego rozrzutność i czy gotów
jest zgodzić się na tego rodzaju jego żarty i nowatorstwa. Natomiast
ludzie z partii mariańskiej zaczęli sobie wzajemnie dodawać odwagi i ku
powszechnemu zdziwieniu ujawniła się nagle w całej pełni ich siła
liczebna, której głośne oklaski zadowolenia rozległy się po całym
Kapitolu. Niejednemu z nich na widok Mariusza stanęły nawet łzy radości
w oczach, a Cezara wynoszono w pochwałach jako wielkiego człowieka i jedynego ze wszystkich, który jest prawdziwie godny pokrewieństwa z Mariuszem! (Plut., Caes., 6, przeł. M. Brożek).
Wyczyn Cezara wstrząsnął stronnictwem optymatów. Na zwołanym
natychmiast posiedzeniu Senatu wystąpił przeciw Cezarowi jeden z najpoważniejszych przedstawicieli optymatów - Kwintus Lutacjusz Katulus,
zarzucając mu, że "zdobywa Rzeczpospolitą już nie przez podkopy, lecz
szturmem machin oblężniczych" (tamże).
W tym okresie toczy się w dalszym ciągu walka między Cezarem a Cyceronem
o zdobycie popularności. Do tej pory Cyceron na równi z Cezarem zabiegał
o względy zarówno ludu, jak i Pompejusza związanego z optymatami.
Natomiast Cezar wprawdzie głośno afiszował się jako zwolennik
Pompejusza, ale w rzeczywistości wspólnie z Krassusem, jawnie niechętnym
Pompejuszowi, próbował podważyć jego gwałtownie rosnącą popularność, a przed oczy wszystkich wysuwać siebie i Krassusa.
Dlatego w 64 r. p.n.e. Cezar wraz z Krassusem, wyzyskując pośrednictwo
trybuna ludowego Publiusza Serwiliusza Rullusa, wystąpili ze szczegółowo
opracowanym projektem ustawy o podziale gruntów między rzymską biedotę.
Cyceron, jeszcze przed objęciem urzędu konsula, a później już jako
konsul w 63 r. p.n.e., swoimi wystąpieniami nie dopuścił nawet do
poddania tego projektu ustawy pod głosowanie. Rullus dał się bowiem
wyprowadzić Cyceronowi z równowagi i sprowokowany przez niego powiedział
publicznie w Senacie to, co było wprawdzie powszechnie wiadome, ale
czego ze względów taktycznych nie można było żadnemu politykowi głośno i jawnie publicznie wypowiadać. Powiedział mianowicie, że "miejskie
pospólstwo wiele może w Rzeczypospolitej: trzeba z niego Rzym
oczyścić" (Cicero, De lege agraria, II 26, 70, przeł. E. Rykaczewski).
Jeszcze w 64 r. p.n.e. zasiadł Cezar po raz pierwszy jako przewodniczący
sądu, wprawdzie nie z racji pretury, ale w charakterze sędziego
śledczego (quaesitor lub iudex quaestionis). Skorzystał z tej
sposobności, by postawić przed sądem dwu sullańczyków, "którzy w okresie
proskrypcji za dostarczone głowy obywateli rzymskich otrzymali
wynagrodzenia ze skarbu" (Suet., Div. Iul., 11, przeł. J.
Niemirska-Pliszczyńska). Była to próba uchylenia ustawy korneliańskiej
(lex Cornelia de sicariis) z 81 r. p.n.e., zapewniającej bezkarność za
morderstwa popełnione na proskrybowanych przez Sullę przeciwnikach
politycznych. W odpowiedzi na to wrogowie Cezara też skorzystali ze
sposobności i oskarżyli o dokonanie mordów na proskrybowanych przez
Sullę obywatelach rzymskich Lucjusza Sergiusza Katylinę, z którym Cezar
pozostawał w bliżej niewyjaśnionych kontaktach, podobno przychylnych dla
oskarżonego. Cezar nie uląkł się tego kontrataku i korzystając ze swoich
uprawnień jako przewodniczący sądu, uwolnił Katylinę od tych zarzutów.
Sprawa Katyliny i jego powiązań z ówczesnymi osobistościami rzymskiego
świata politycznego wyłoniła się z całą ostrością w chwili, gdy Katylina
postawił przeciw Cyceronowi swoją kandydaturę na urząd konsula na 63 r.
p.n.e. W trakcie walki wyborczej Cyceron zarzucił Katylinie, że
przygotowuje zamach stanu, by tą drogą zagarnąć najwyższą władzę w państwie. Wśród osobistości rzekomo popierających Katylinę wymienił
również Cezara i Krassusa, przez co powstało podejrzenie, zresztą bardzo
niejasne, że oni również są zamieszani w jakimś stopniu w ten spisek. Tu
należy jednak dodać, że i Cyceron nie był bynajmniej wolny od powiązań z Katyliną. Jeszcze wówczas, gdy Katylina był daleki od wysuwania swojej
kandydatury na konsula, Cyceron bardzo energicznie zajął się
przygotowaniami do obrony Katyliny, oskarżonego o zdzierstwa w zarządzanej przez niego prowincji na terenie Afryki w 67 r. p.n.e.
Zdołał nawet uzgodnić odpowiedni skład sędziowski, aby wynik procesu był
dla Katyliny pozytywny. Sprawa ta wymownie świadczy o poziomie moralnym
ówczesnego sądownictwa rzymskiego. Z czasem jednak stosunki między
Cyceronem a Katyliną do tego stopnia się pogorszyły, że Cyceron, nie
przebierając w środkach, wszelkimi sposobami dążył do unicestwienia
Katyliny, który ośmielił się stanąć mu na drodze do wymarzonego
konsulatu.
Tymczasem Cezar nie ustawał w walce ze stronnictwem optymatów,
kontynuatorem sullańskich porządków, przez kompromitowanie w oczach
opinii publicznej jego najwybitniejszych i najaktywniejszych
przedstawicieli. W związku z tym wystąpił w 63 r., za pośrednictwem
trybuna ludowego Tytusa Labienusa, przeciw Gajuszowi Rabiriuszowi,
oskarżając go o dokonanie zabójstwa jeszcze w 100 r. p.n.e., a więc
przed 37 laty, trybuna ludowego Lucjusza Apulejusza Saturninusa,
zwolennika Mariusza. Jedynie dzięki sprytnemu i podstępnemu wybiegowi
pretora Metellusa Celera, który kazał nagle zdjąć chorągiew stale
powiewającą nad wzgórzem Janikulus - a postępowano tak tradycyjnie tylko
wtedy, gdy niespodzianie jakiś wróg zagroził bezpośrednio samemu miastu
Rzymowi - udało się przerwać bieg przewodu sądowego, o niekorzystnym na
pewno ostatecznie wyniku dla oskarżonego; oto przysłuchujący się
rozprawie lud miejski rozbiegł się do domów po broń w celu odparcia
wrogiego ataku. Niebezpieczeństwo okazało się fikcyjne, ale przerwanego
procesu więcej nie podjęto, nawet Cezar nie czynił w tym kierunku
żadnych starań. Zadowolił się tym, że oskarżony przez to, iż nie został
w sądzie oczyszczony z zarzutu, nadal żył z kompromitującym jego
politycznych przyjaciół, nie mówiąc już o nim samym, piętnem hańby.
Cezar wystąpił również przeciw optymacie Gajuszowi Kalpurniuszowi
Pisonowi, konsulowi z 67 r. p.n.e., zarzucając mu zdzierstwa i bezprawne
wyroki śmierci podczas sprawowania urzędu namiestnika Galii
Zaalpejskiej. Jedynie dzięki możnym wpływom Cycerona Pison uzyskał
uniewinnienie, ale główny cel zabiegów Cezara został mimo to osiągnięty.
Dzięki temu procesowi Cezar zyskał na popularności nie tylko u ludu
rzymskiego, ale i u mieszkańców Galii Zaalpejskiej. Już w niedalekiej
przyszłości miało to wydać owoce.
Niebawem doczekał się Cezar pierwszych przejawów wdzięczności. W 63 r.
p.n.e. zmarł najwyższy kapłan (pontifex maximus) Gajusz Metellus Pius.
Godność arcykapłana była dożywotnia i w czasach republiki pontifex
maximus cieszył się wielkim szacunkiem i miał poważny wpływ na przebieg
wydarzeń politycznych. Wysoką wartość moralną tej godności podnosił
fakt, że arcykapłanowi przysługiwało mieszkanie służbowe w budynku
państwowym, który służył pierwotnie za urzędowe mieszkanie królom
rzymskim, co przetrwało nawet w jego nazwie: regia (sc. domus),
czyli dom królewski. Budynek ten był usytuowany przy via Sacra (ulica
Święta), a więc w samym centrum Rzymu.
Cezar, liczący wówczas 39 lat, stanął do wyborów, mając jako
kontrkandydatów dwu poważnych wiekiem oraz zajmowaną pozycją społeczną
przedstawicieli optymatów w osobach Publiusza Serwiliusza Watii
Isaurykusa, pod którego rozkazami służył w wojsku przez krótki czas w Cylicji, oraz Kwintusa Lutacjusza Katulusa, konsula w 78 r. p.n.e. Gdy
Katulus zorientował się, że szanse wyborcze Cezara dorównują jego
szansom, w obawie przed kompromitacją w wypadku przegranej "posłał
do Cezara swych ludzi, ofiarowując mu przez nich grubą sumę pieniężną za
cenę rezygnacji z kandydatury" (Plut., Caes., 7, przeł. M. Brożek).
Cezar jednakże kategorycznie odmówił i "sypnąwszy na ten cel pieniędzmi
bez miary" (Suet., Div. Iul., 13, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska),
stanął do wyborów. Położył swój los na jedną kartę, jak można wnioskować
z jego słów wypowiedzianych do matki rankiem tuż przed wyborami, gdy
żegnając się z nią, rzekł: "Matko, dzisiaj syna swego ujrzysz
arcykapłanem albo - wygnańcem" (Plut., Caes., 7, przeł. M. Brożek). "I oto dwu najzacniejszych współkandydatów, o wiele przewyższających go
wiekiem i godnością, tak znacznie pobił, że on sam otrzymał w ich
gminach (trybus) wyborczych więcej głosów niż oni obydwaj we wszystkich"
(Suet., Div. Iul., 13, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska).
W tym samym roku zgromadzone na Polu Marsowym (campus Martius) komicja
wybrały Cezara na pretora na 62 r. p.n.e. Cezar, jako praetor
designatus, wziął udział 5 grudnia 63 r. p.n.e. w debacie odbywającej
się w kurii nad rodzajem kary dla uwięzionych zwolenników Katyliny.
Obydwaj niefortunni kontrkandydaci Cezara do godności arcykapłana uznali
ten moment za odpowiedni do skompromitowania go jako domniemanego
uczestnika spisku Katyliny.
Cyceron, który z całą bezwzględnością domagał się kary śmierci dla
katylinarczyków, czym udało mu się wreszcie wkupić w łaski optymatów i zdobyć ich zaufanie, podobno miał zebrać wiele dowodów świadczących o współdziałaniu Cezara z Katyliną. Nie chciał jednak tego wyzyskać, mimo
że naraził się przez to na wyraźne niezadowolenie ze strony Gajusza
Kalpurniusza Pisona i Kwintusa Lutacjusza Katulusa. Jakkolwiek jednak
przedstawiała się prawda, Cezar był rzeczywiście jedynym uczestnikiem
debaty, który odważył się sprzeciwić zaproponowanej przez Cycerona karze
śmierci dla oskarżonych. Swoim dość ostrożnym wystąpieniem potrafił
wywołać zmianę zdania nawet u tych, którzy już wypowiedzieli się za karą
śmierci, jak na przykład desygnowany na rok 62 p.n.e konsul Decymus
Sylanus, który ze skruchą wycofał się ze swego poprzedniego stanowiska.
Jedynie pod naciskiem bezwzględnego i tępego uporu Marka Katona,
osobistego wroga Cezara, wniosek Cycerona został uchwalony. Doszło nawet
do tego, że jacyś bliżej nieokreśleni ludzie ze stanu ekwitów mieli
podobno nastawać na życie Cezara w odwecie za jego stanowisko względem
Katyliny. Ostatecznie Cezar, zupełnie osamotniony w swojej obronie
katylinarczyków, z tych względów "przerażony nie tylko ustąpił, ale już
do końca roku nie pojawił się w kurii" (Suet., Div. Iul., 14, przeł.
J. Niemirska-Pliszczyńska).
Cezar urzędowanie jako pretor rozpoczął 1 stycznia 62 r. p.n.e. od
pozwania przed sąd ludu Kwintusa Lutacjusza Katulusa pod zarzutem
niewłaściwej gospodarki funduszami publicznymi na odbudowę, spalonej w 83 r. p.n.e. od uderzenia pioruna, świątyni Jowisza Kapitolińskiego.
Dokładnie w tym samym czasie odbywała się uroczystość wprowadzenia na
urząd obu nowych konsulów - Decymusa Juniusza Sylanusa i Lucjusza
Mureny, w której Cezar ostentacyjnie nie wziął udziału. Gdy optymaci
dowiedzieli się o podjętych przez Cezara krokach przeciw Katulusowi,
natychmiast wspomnianą uroczystość przerwali i tłumnie zbiegli się, by
Cezarowi uniemożliwić działanie. W takiej sytuacji Cezar musiał
poniechać swojego postępowania przeciw Katulusowi, ale przykry swąd
skandalu pozostał, a o to Cezarowi przede wszystkim chodziło.
Niepowodzeniem zakończyła się natomiast inna akcja Cezara skierowana
przeciw zwartemu obozowi optymatów. Mianowicie poparł on, i to nader
skwapliwie, trybuna ludowego Kwintusa Cecyliusza Metellusa Neposa w jego
atakach na Cycerona za skazanie katylinarczyków na śmierć bez uprzedniej
rozprawy sądowej. Jednak w obronie Cycerona wystąpił inny trybun ludowy,
nieubłagany osobisty i polityczny przeciwnik Cezara - Marek Katon. To
właśnie on swoim wówczas uporem przyczynił się walnie do bezprawnego
wykonania wyroku śmierci na więzionych katylinarczykach. W tej sytuacji
zagrożony w swoich pozycjach Senat odebrał specjalną uchwałą urzędy
Cezarowi i Metellusowi. W pierwszej chwili Cezar nie zamierzał
podporządkować się tej uchwale, ale dowiedział się, że Senat zamierza
siłą zmusić go do złożenia urzędu. Ustąpił, odprawił przydzielonych mu
urzędowo liktorów, zdjął purpurą bramowaną togę (toga praetexta) i schronił się w swoim domu arcykapłana w regii, gdzie obejmowała go
nietykalność (sacrosanctitas).
Tymczasem decyzja Senatu wywołała ogromne wzburzenie ludu, który
natychmiast zgromadził się tłumnie wokół urzędowych pomieszczeń. Groźba
ewentualnych rozruchów przeraziła zarówno Cezara, jak i Senat.
Aby udobruchać wzburzone i zebrane przed kurią masy, Senat na wniosek
Porcjusza Katona jako trybuna ludowego przyznał pośpiesznie dodatkowe
sumy pieniężne na zwiększenie comiesięcznego przydziału zboża dla
najuboższych mieszkańców Rzymu. Cezar natomiast w przemówieniu do
zgromadzonego pod regią tłumu wyraził swoje niezadowolenie z powodu
owego pochopnego i nieuzasadnionego zbiegowiska. Uradowany
niespodziewaną postawą Cezara Senat "wyraził mu słowa podzięki przez
usta najznakomitszych swych przedstawicieli, przyzwał do kurii,
najbardziej pochlebnymi słowami zgodnie uczcił oraz na nowo przywrócił
do godności pretora, zniósłszy poprzednią uchwałę" (Suet., Div. Iul.,
16, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska).
Wrogowie Cezara z ugrupowania optymatów nie dawali jednak za wygraną i ponownie wystąpili z oskarżeniem, że Cezar uczestniczył w spisku
Katyliny. Zarzut ten postawiono już po śmierci Katyliny w bitwie pod
Pistorią na początku 62 r. p.n.e. Posłużono się jako "koronnym
świadkiem" niejakim Kwintusem Kuriuszem, byłym katylinarczykiem,
ułaskawionym za pomoc w ujawnieniu uczestników spisku. Miał on podobno
posiadać na ten temat wiadomości wprost od samego Katyliny.
W tym samym czasie niejaki Lucjusz Wettiusz, też były katylinarczyk,
oskarżył Cezara przed kwestorem Nowiuszem Nigrem o czynne uczestnictwo w spisku Katyliny i przyrzekł przedstawić jako dowody rzeczowe listy
Cezara do Katyliny, w których miały być omawiane sprawy tego spisku.
Reakcja Cezara była natychmiastowa i zdecydowana. Przede wszystkim
odwołał się do świadectwa samego Cycerona, że nie tylko nie miał nic
wspólnego z tym spiskiem, ale "dowiódł z kolei, że to on sam z własnej
woli ujawnił pewne szczegóły spisku wobec Cycerona" (Suet., Div. Iul.,
17, przeł. J. Niemirska-Pliszczyńska). Tym spowodował, że Kuriusz został
pozbawiony obiecanej nagrody. Wettiusza natomiast wtrącił do więzienia,
sprawiając jednocześnie, że przedtem z niego "ściągnięto zastaw, zajęto
mu sprzęt domowy, dotkliwie obito i przed mównicą na Forum Romanum
podczas zebrania omal nie rozszarpano" (tamże). Więzienie nie ominęło
również kwestora Nowiusza Nigra za przekroczenie kompetencji służbowych,
gdyż nie wolno mu było dopuścić do tego, aby przed jego trybunałem
został oskarżony urzędnik stojący wyżej od niego w hierarchii służbowej.
Optymaci wciąż jednak szukali jakiegoś sposobu skompromitowania Cezara w oczach opinii publicznej i pozbawienia go wpływów i popularności.
Sposobność taka nadarzyła się jeszcze w tym samym roku, tuż przed
upływem kadencji pretury Cezara.
W Rzymie odbywało się corocznie, zgodnie z bardzo starą tradycją, w nocy
z 4 na 5 grudnia święto ku czci Dobrej Bogini (Bona Dea), zastrzeżone
pod surowymi sankcjami religijnymi i karnymi wyłącznie dla kobiet.
"Kiedy więc przyjdzie pora tego święta urządzanego w domu pretora albo
konsula, muszą wszyscy mężczyźni i sam gospodarz opuścić ten dom, a przejmuje go wtedy i pięknie przystraja jego żona. W nocy odbywa się
główna część całego obrzędu połączonego z wesołymi żartami i bogatym
programem muzycznym" (Plut., Caes., 9, przeł. M. Brożek).
Tym razem kolej na urządzenie tego święta wypadła na Pompeję, żonę
Cezara, pretora i arcykapłana w jednej osobie. Niecieszący się dobrą
opinią Publiusz Klodiusz Pulcher, podobno kochanek Pompei, rzekomo za
jej wiedzą wpuszczony w kobiecym przebraniu do domu Cezara podczas tego
święta, został przypadkiem rozpoznany przez jedną z niewolnic. Zebrane
kobiety w pośpiechu opuściły zbezczeszczone miejsce uroczystości. Matka
Cezara - Aurelia, widocznie zadowolona z możliwości skompromitowania
nielubianej synowej, "przerwała od razu te misteryjne obrzędy i ukryła sprzęt kultowy, kazała zamknąć bramę i idąc ze światłem od pokoju
do pokoju, szukała Klodiusza. Znaleziono go w izbie owej dziewczyny,
która go tam wpuściła i do której teraz znowu się schronił" (Plut.,
Caes., 10, przeł. M. Brożek). Klodiusza wypędzono, a kobiety biorące
udział w tym sprofanowanym święcie opowiedziały wszystko swoim mężom.
Następnego dnia rano "obiegła już całe miasto wieść, że Klodiusz
dopuścił się świętokradztwa, że jest to karygodne przestępstwo nie tylko
wobec domu, który w ten sposób obraził, ale także wobec państwa i bogów"
(tamże).
Jeden z trybunów ludowych oskarżył więc natychmiast Klodiusza o świętokradztwo, a na świadków powołano przeciw niemu "cały szereg
najznakomitszych senatorów, oskarżających go między wielu innymi
zbrodniami również o kazirodcze stosunki z rodzoną siostrą" (tamże).
Była nią słynna zarówno z urody, jak i nader swobodnego trybu życia
Klodia, żona Lukullusa, opiewana pod literackim imieniem Lesbii przez nieszczęśliwie zakochanego w niej poetę Katullusa.
Sprawa Klodiusza przekształciła się w istocie rzeczy w próbę sił między
konserwatywnie nastawionymi optymatami a ugrupowaniami demokratycznymi z Cezarem na czele. Opanowany przez optymatów Senat postawił Klodiusza -
400 głosami przeciw 15 - w stan oskarżenia o świętokradztwo. Za to
groziła kara śmierci. Klodiuszowi natomiast sprzyjali i "usiłowali
uzyskać u ludu odrzucenie wniosku" - "młodzieńcy z bródkami" (Cic., ad
Att., I 14, 5, przeł. G. Pianko). Tak ironicznie określił ich Cyceron,
gdyż przez zapuszczenie brody pragnęli oni objawić swoją dezaprobatę dla
ówczesnych stosunków społeczno-politycznych w Rzymie, mimo że sami
rekrutowali się głównie z zamożnych i często nawet wpływowych rodzin.
Gdy wreszcie po dość długim odwlekaniu dochodzeń skompletowano
skład sędziowski do rozpatrzenia sprawy Klodiusza, Cyceron tak się
wyraził na ten temat w jednym z listów do Tytusa Pomponiusza Attykusa,
swego wydawcy, przyjaciela i zaufanego powiernika: "Nigdy bowiem, nawet
przy grze w kości, nie zebrało się gorsze towarzystwo: zhańbieni
senatorowie, wyzuci ze wszystkiego rycerze, trybunowie pieniężni, jak
ich zowią, nie tyle jednak tacy, co dają, ile tacy, co pieniądze biorą.
Było jednak i paru porządnych ludzi, których oskarżony nie mógł usunąć
przez odrzucenie; siedzieli oni smutni i stroskani wśród ludzi tak do
siebie niepodobnych, lękając się zarażenia hańbą" (Cic., ad Att., I 16, 3, przeł. G. Pianko).
Pieniądze na przekupienie sędziów Klodiusz miał dostać - zdaniem
Cycerona - od Krassusa, gdyż chyba o nim myślał, określając go w liście do Attykusa złośliwym kryptonimem jako "łysego Nanejańczyka"
(Cic., ad Att., I 16, 5, przeł. G. Pianko). A dalej, w tym samym
liście pisze z obłudnym oburzeniem: "Poza tym (bogowie, co za zgroza!)
na dodatek do zapłaty niektórzy sędziowie dostali również nocne schadzki
z pewnymi kobietami i zostali poznajomieni z dobrze urodzonymi
młodzieńcami" (tamże).
Wśród świadków nie zabrakło też Cycerona, zawziętego wroga Klodiusza.
Zeznał on, że na trzy godziny przed popełnieniem tego świętokradztwa
osobiście rozmawiał z Klodiuszem, a więc nie jest prawdziwe twierdzenie
oskarżonego, iż w czasie popełnienia zbrodni znajdował się w miejscowości Interamna (ob. Terni), odległej o 140 km od Rzymu.
Natomiast Cezar, który oczywiście też znalazł się na liście świadków i w dodatku mógł się uważać za poszkodowanego, zeznał i niewątpliwie
przyczynił się tym do uniewinnienia oskarżonego, "że o tym, co się tu
mówi przeciw Klodiuszowi, on sam nic nie wie" (Plut., Caes., 10,
przeł. M. Brożek). Takie stanowisko tłumaczono chęcią "przypodobania się
ludowi, który chciał, by Klodiusz został uwolniony" (tamże). Cezar
widział, że lud stanął po stronie Klodiusza, a więc przeciw optymatom. W każdym razie po ujawnieniu skandalu w swoim domu Cezar natychmiast
rozwiódł się z Pompeją, a gdy jeden z oskarżycieli Klodiusza zapytał
Cezara: "Dlaczegóż więc usunąłeś z domu Pompeję?", ten odpowiedział mu
po prostu: "Bo uważam, że moja żona musi być wolna nawet od cienia
podejrzeń" (tamże).
Czy rozwód ten wynikał z przeświadczenia Cezara, że Pompeja "go
zdradzała z Publiuszem Klodiuszem" (Suet., Div. Iul., 6, przeł. J.
Niemirska-Pliszczyńska), czy raczej kryły się za tym jakieś zamierzenia
polityczne Cezara, trudno powiedzieć.
W wyniku rozprawy sądowej Klodiusz został uniewinniony 31 głosami
przeciw 25. Od tej pory Cyceron miał w Klodiuszu nieprzejednanego i nieprzebierającego w środkach wroga, a Cezar oddanego bez reszty
zwolennika.
Cezar ponownie w Hiszpanii
W 61 r. p.n.e. Cezar jako propretor otrzymał szczęśliwym trafem podczas
losowania - a może dopomógł jakoś losowi - w przydziale prowincję
Hiszpanię Dalszą (Hispania Ulterior), tę samą, w której urzędował w latach 68 i 67 p.n.e. jako kwestor. Obejmowała ona krainy Baetica i Lusitania, odpowiadające mniej więcej dzisiejszej Andaluzji (w Hiszpanii) oraz Portugalii.
Tymczasem z początkiem tegoż roku po zwycięskim zakończeniu wojny z królem Pontu i zaprowadzeniu nowych porządków w podległych teraz Rzymowi
krajach Bliskiego Wschodu powrócił do Rzymu Pompejusz. Zaraz po
wylądowaniu w Brundyzjum (ob. Brindisi) rozpuścił swoje legiony, czym
wywołał powszechne zdziwienie, gdyż pamiętano jeszcze, jak w podobnym
wypadku postąpił niegdyś zwycięski Sulla. Ale Pompejusz mógł zawsze
liczyć w razie potrzeby na swoich weteranów, gdyż bardzo hojnie obdarzał
ich przy każdej okazji w czasie minionej wojny. Był pewny, że w każdej
chwili zgłoszą się oni pod jego rozkazy, zwłaszcza że obiecał wszystkim
przydział ziemi na koszt państwa.
W zaistniałej sytuacji jedynym pragnieniem Cezara było jak najszybsze
rozpoczęcie urzędowania w przydzielonej mu prowincji. Jego przeciwnicy
nie mogli mu w tym przeszkodzić ze względów formalnych, ale udało się im
znaleźć przeszkody natury osobistej, mianowicie ogromne niespłacone
długi. Otóż jednym z najbardziej skutecznych elementów politycznego
oddziaływania Cezara były stosowane przez niego przekupstwa. Pochłonęły
one nie tylko wszystko, co posiadał, ale zmusiły go do zaciągania
pożyczek, zwłaszcza u lichwiarzy, tak że w chwili wyjazdu do Hiszpanii
ciążyła na nim ogromna kwota ponad 25 milionów sesterców. W tym
krytycznym momencie przyszedł Cezarowi z pomocą jeden z najbogatszych
ludzi w państwie - Marek Licyniusz Krassus Diwes (czyli "bogacz"),
mający wielkie ambicje polityczne oraz zastarzałą niechęć do Pompejusza
i liczący na odpowiedni rewanż ze strony Cezara. Uregulował więc długi
Cezara u najbardziej niecierpliwych i natarczywych wierzycieli, a innych
uspokoił własnym poręczeniem.
Po usunięciu tej przeszkody, nie czekając nawet na wypłacenie z kasy
państwowej należnych mu jako namiestnikowi prowincji funduszy, Cezar
pośpieszył jak najrychlej do Hiszpanii. W związku z tym zrodziły się
domysły, jak ten, że: "Nie wiadomo, czy uczynił to z obawy przed
procesem sądowym, który zamierzano mu wytoczyć jako już osobie
prywatnej, czy chcąc tym spieszniej uczynić zadość sprzymierzeńcom,
którzy błagali go o pomoc" (Suet., Div. Iul., 18, przeł. J.
Niemirska-Pliszczyńska).
Sprzymierzeńcy hiszpańscy, z którymi Cezar zawarł bardzo bliskie
stosunki jeszcze podczas swego pierwszego pobytu w Hiszpanii,
rzeczywiście mogli - w cichym porozumieniu z nim - błagać go o pomoc. W tym wypadku jednak chodziło o plagę bandytyzmu, która gnębiła oddaną mu
w zarząd prowincję, w znacznym stopniu już spacyfikowaną, a nawet
ucywilizowaną i zasiedloną, choć nie wszędzie jeszcze całkowicie
opanowaną.
Cezar jako namiestnik miał do dyspozycji 20 kohort, co w zupełności
wystarczało do utrzymania w niej spokoju naruszanego od czasu do czasu
przez zorganizowane napady rozbójników, łasych zwłaszcza na zebrane już
zboża oraz podhodowane trzody. Bandy tych rozbójników rekrutowały się
przeważnie z wciąż jeszcze niezależnych od władz rzymskich hiszpańskich
plemion górskich, które w swoich trudno dostępnych kryjówkach od setek
lat gromadziły niezmierne bogactwa w złocie i srebrze.
Skarby rodowe i plemienne, ogromne masy wszelkiego bydła, a także
ludzie, których można było sprzedawać na targach niewolników zarówno
cudzoziemskim, jak i miejscowym kupcom, gdyż stale rosło zapotrzebowanie
na tanią, niewolniczą siłę roboczą czy to w hiszpańskim rolnictwie, czy
we wciąż nowo powstających kopalniach rud kruszcowych, zwłaszcza w zabójczych dla życia górników kopalniach rtęci - był to wszystko ogromny
majątek, po który tonący w długach Cezar postanowił sięgnąć. W tym celu
należało sprowokować wojnę z plemionami górskimi zamieszkującymi Góry
Hermińskie (Herminius mons, ob. Serra da Estrela), rozciągające się
między rzekami Tagus (dziś hiszp. Tajo, pol. Tag) a Durius (ob.
Duero) we współczesnej Portugalii.
Cezar, w celu realizacji swojego zamierzenia, przede wszystkim zaciągnął
bez porozumienia z Senatem, na własną rękę i na swój koszt, dodatkowo 10
kohort. Miał zatem do dyspozycji 30 kohort, czyli trzy legiony, a więc
bardzo poważną siłę uderzeniową.
Wspomniane plemiona, ze względu na swoją znaną i uznaną bitność,
dostarczały niegdyś żołnierza dla zbuntowanego przeciw arystokratycznym
władzom w Rzymie Sertoriusza (123-72 r. p.n.e.). Wysłany przeciw
Sertoriuszowi Gnejusz Pompejusz po podstępnym zamordowaniu buntownika
szybko stłumił rebelię i pokonał sprzyjające mu plemiona hiszpańskie.
Nie ujarzmił ich jednak całkowicie i dlatego nadal nie uznawały one w jakimkolwiek stopniu zwierzchnictwa rzymskiego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki