Hotel Metropol
Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa
stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się
Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy - rozsycha się i trzeszczy. Ale się
trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród.
To nasze pokoje. Reszta miejsc objęta rzeźbioną balustradą nazywa się
werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy
których pijemy whisky i piwo.
W tropiku picie jest przymusem. Jeśli dwóch ludzi spotyka się w Europie,
wymieniają najpierw: "Dzień dobry! Co słychać?". Dwóch ludzi w tropiku
wita się inaczej: "Czego się napijesz?". Pije się często w dzień, ale
picie nakazane, picie programowe, odbywa się wieczorem. Albowiem wieczór
przechodzi w noc, a noc czyha na śmiałka, który zakpił z alkoholu.
Noc tropikalna jest żelaznym sojusznikiem wszystkich wytwórni whisky,
koniaków, likierów, sznapsów i piw na świecie i kto nie daje tym
wytwórniom zarabiać, zwalczany jest przez noc jej najlepszą bronią:
bezsennością. Każda jest męcząca, ale bezsenność w tropiku jest
zabójcza. Człowiek katowany w ciągu dnia przez słońce, wycieńczony nigdy
niezaspokojonym pragnieniem, maltretowany i osłabiony, musi spać.
Musi. Kiedy nie może!
Jest zbyt duszno. Wilgotne, lepkie powietrze wypełnia pokój. Zresztą nie
jest to powietrze, a mokra wata. Oddychać - znaczy tyle, co łykać kłębki
waty nasączonej ciepłą wodą. Tego nie można znieść. To mdli, upadla,
denerwuje. Tną moskity, hałasują małpy. Ciało jest lepkie od potu,
wstrętne w dotyku. Czas stoi w miejscu, sen nie przychodzi. O szóstej
rano, przez cały rok niezmiennie o szóstej rano - wstaje słońce. Do
martwej duszności tej łaźni dodaje żar swoich promieni. Trzeba wstać. A nie ma sił. Napoleon rano nie wiąże sznurówek, bo mówi, że taki wysiłek
jak schylanie się do buta jest dla niego przyduży. Psychicznie taka noc
nastraja okropnie. Człowiek czuje się tam rozbity jak stary kapeć. Jest
zgaszony, bezzębny, workowaty. Dręczą go nieokreślone tęsknoty,
niewysłowione nostalgie, mroczne pesymizmy. Czeka, aby przeszedł dzień,
aby przeszła noc, aby wszystko już wreszcie, do cholery, przeszło!
No i pije. Przeciw nocy, przeciw chandrze, przeciw nieczystościom w kiblu swojego losu. Tylko na takie stać go zmaganie.
Wujek Wally pije jeszcze dlatego, że mu to pomaga na płuca. Ma gruźlicę.
Jest chudy, dyszy ciężko, z poświstem. Siada na werandzie i woła: "Papa
- jedna!". Papa idzie do baru i przynosi butelkę. Ręce wujka zaczynają
drżeć. Do szklanki nalewa whisky, dopełnia zimną wodą. Wysącza tę porcję
i już szykuje nową. Oczy zachodzą mu łzami, wstrząsa nim bezgłośny
szloch. Ruina, strzęp. Londyńczyk, w Anglii był majstrem budowlanym.
Wojna zaniosła go do Afryki. Tu został. Dalej jest majstrem, tylko się
rozpił i nosi wygniłe płuca, których nie leczy. Za co ma leczyć? Połowę
zarobku oddaje na hotel, drugą - na whisky. Nie ma nic, nic literalnie.
Koszule w strzępach, jedne wycerowane spodnie, liche sandały. Jego
rodacy, eleganccy nieskazitelnie, wyklęli go, przepędzili. Zabronili mu
się przyznawać, że jest Anglikiem. Dirty lump. Brudna łajza!
Pięćdziesiąt cztery lata życia. Co mu zostało? Wypić trochę whisky i zejść do piachu. Więc pije i czeka kolejki na piach. "Nie złość się na
rasistów - mówi do mnie. - Nie złość się na burżujów. Czy myślisz, że
pójdziesz do innej ziemi niż oni?"
Jego miłość do An. Mój Boże: miłość. An przychodziła, kiedy brakowało
jej na taksówkę. Była kiedyś dziewczyną Papy i ciągle jeszcze żądała za
tamto drobnych rekompensat: dwa szylingi. Twarz miała w tatuażach.
Pochodziła z północnego plemienia Nankani, a na północy niemowlętom
kancerują twarze. Zwyczaj brał się stąd, że plemiona z południa
podbijały plemiona z północy i sprzedawały je białym jako niewolników,
więc północni oszpecali czoła, policzki i nosy, czyniąc się w ten sposób
towarem niechodliwym. W języku Nankani brzydki znaczy tyle samo co
wolny. Synonimy. An miała miękkie, zmysłowe oczy. Cała była w tych
oczach. Patrzyła na kogoś długo i kocio, a kiedy widziała, że to
spojrzenie chwyciło, zaczynała się śmiać i prosiła: "Daj dwa szylingi na
taxi". Wujek Wally dawał zawsze. Nalewał jej whisky, łzawił się,
uśmiechał. Mówił jej: "An, zostań ze mną. Przestanę pić. Kupię ci
samochód". Odpowiadała: "Po co mi samochód? Wolę się kochać". Mówił:
"Będziemy się kochać". Spytała: "Gdzie?". Wujek wstał od stolika, do
jego pokoju było kilka kroków. Otworzył drzwi, trzymał kurczowo klamkę.
W mrocznym kojcu stało żelazne łóżko i mała szafka. An wybuchnęła
śmiechem: "Tu? tu? Moja miłość musi żyć w pałacach. W pałacach białych
królów!".
Byliśmy przy tej scenie. Papa podszedł, trącił An w ramię i mruknął:
"Spływaj". Poszła rozbawiona, machając nam ręką - bye, bye. Wujek Wally
wrócił do stolika. Chwycił butelkę i zaczął z niej pić duszkiem. Nie
dokończył, opadł na krzesło. Położyliśmy tego straceńca w jego kojcu, na
żelaznym łóżku, na białym prześcieradle - bez An.
Odtąd mówił mi zawsze: "Red, jedyna kobieta, która cię nie zdradzi, to
twoja matka. Nie licz na więcej". Lubiłem go słuchać. Był mądry.
Powiedział: "Modliszki afrykańskie są uczciwsze niż nasze żony. Znasz
modliszki? W świecie modliszkowym zaloty trwają krótko. Potem owady
odbywają wesele. Para modliszków udaje się na noc poślubną. A rano
modliszkowa zagryza modliszka na śmierć. Po co ma go zamęczać przez całe
życie? Wynik przecież byłby ten sam. A wszystko, co się robi wcześniej,
robi się uczciwiej".
Ten gorzki ton w wynurzeniach wujka niepokoił Papę. Papa trzymał nas
krótko. Przed wyjściem musiałem mu mówić, gdzie idę i po co. Inaczej -
awantura. "Boję się o ciebie!" - krzyczał. Kiedy Arab krzyczy, nie
trzeba się tym przejmować. Taki ma sposób mówienia. A Papa był Arabem,
Libańczykiem. Habib Zacca. Dzierżawił hotel od roku. "Po Wielkiej
Klęsce" - mówił. O tak, walnęła w niego strasznie. "Zacca? - wołał jego
przyjaciel - Zacca to był milioner! Milioner! Zacca miał willę,
samochody, sklepy, ogrody". "Jak mi stanął zegarek, wyrzucałem go przez
okno - wzdycha Papa. - Mój dom miał drzwi zawsze otwarte. Codziennie
tłum gości. Jedz, pij - co chcesz. A teraz? Oni mnie nie poznają. Muszę
się im przedstawiać, a żarli u mnie za tysiące". Papa przyjechał do
Ghany dwadzieścia lat temu. Zaczął od sklepiku z tekstyliami i doszedł
do ogromnej fortuny, którą stracił potem przez rok. A stracił na
wyścigach. "Konie mnie zjadły, Red".
Widziałem jego stajnię. Za miastem w palmowym lesie miał stajnię.
Dziewięć białych koni: wspaniałe araby. Jak on je znał, jak pieścił! Na
żonę Papa krzyczał, ale do koni czulił się jak kochanek. Wyprowadził
jednego z nich. "Najlepszy koń w Afryce" - powiedział z rozpaczą, bo ten
as miał na pęcinie ranę nieuleczalną. Wszystkie konie miały te rany,
powoli stajnia mu zdychała. Dla niego była to tragedia większa niż
strata miliona. Z utratą koni jego jedyna pasja nie miała znaleźć
zaspokojenia. Bywały dnie, kiedy nie mógł odwiedzić stajni. Wtedy
chodził podrażniony, ciskał pioruny. Uspokajał się dopiero w lesie
palmowym, patrząc, jak chłopak stajenny przeprowadza przed nim kolejno
bystre, krwiookie araby.
Żonie nigdy Papa koni nie pokazywał. Obchodził się z nią krótko, ostro.
Często siadała w fotelu, paląc papierosa, nieruchoma, milcząca. Spytałem
ją: "Ile pani ma lat?". "Dwadzieścia osiem". A była siwa jak gołąb,
blada, zmarszczona. Urodziła czworo dzieci. Dwoje żyło w Libanie, dwoje
w Akrze. Przywoziła czasem córkę - chora, upośledzona dziewczynka.
Rzucała się na podłogę, pełzała na czworakach, krzycząc tak, że mroziło
nam krew. Miała dziesięć lat i nie umiała chodzić ani mówić. Wlokła się
do kąta, w którym stał gramofon, zadzierała głowę, błagała spojrzeniem.
Matka puszczała płytę. Śpiewała Dalida i w ten śpiew wbijał się
niesamowity pisk dziewczynki. Cieszyła się, jej twarz promieniała. Płyta
milkła i z gardła dziecka wydobywał się bełkot: prosiła o jeszcze.
Mała lgnęła do Premiera. On jeden umiał się do niej uśmiechać.
Obejmowała go za nogi, łasiła się, mruczała. Głaskał ją po główce,
pociągał za ucho. Mówiliśmy na niego Premier, bo przechwalał się
znajomościami w rządzie Gwinei. Przedtem mieszkał w Konakri, czymś tam
handlował. "Kto będzie jechał do Gwinei, niech mi powie - reklamował
się. - Dam mu list do Sékou Touré. Mój koleżka. Ministrowie? Co tam
ministrowie: nie ma z kim gadać".
Premier ma ze mną konszachty. Bierze mnie na bok, stawia piwo. "Słuchaj,
Red - zaczyna - tyle jeździłeś po świecie, powiedz, w którym kraju
mógłbym otworzyć wielki business? Mój business w Ghanie mały. Maleńki
business".
Patrzę na tego grubaska, na jego spoconą twarz, na tę minę zbitego psa.
Co mu poradzić? Myślę sobie - taki kapitalistyczny człowieczek, żaden
finansowy rekin, tylko płotka z szeregowej armii drobnych sklepikarzy -
czemu by nie podsunąć mu jakiegoś pomysłu? Rozważam: Birma, Japonia,
Pakistan. Wszędzie ciasno, wszędzie tłok. "Może Indie?" - pyta Premier.
O nie, w Indiach ciężko. W każdym kraju monopole. "Za dużo monopoli -
mówię - przeklęty kapitalizm". Kiwa głową, przyznaje markotnie:
"Przeklęty kapitalizm". Premier jeździ do kraju, stara się wcisnąć na
rynek, urosnąć, pod wieloma niebami próbował rozbić swój szałasik. Ale
nic z tego. Jałowa mitręga, rozgoryczająca szarpanina. "Nie ma kraju na
wielki business?" - pyta. "Chyba nie - mówię - tak mi się zdaje, że
nie".
Szkoda mi Premiera. Chodzi, rozważa, przepytuje. Kupił sobie globus,
wodzi po nim palcem. Czasem palec mu gdzieś przystanie. Woła mnie: "A tu, Red?". Patrzę. Pokazuje Filipiny. "Ej, nie - powiadam - tam
Amerykanie". "Amerykanie? - upewnia się z przestrachem. - Mały
business?". Rozkładam ręce: "Pewnie mały. Maleńki business". Duma chwilę
i zwierza się. "Bardzo bym lubił wielki business. Bardziej niż kobiety".
"Kobiet nie lubisz?" - wtrącam. - "Owszem, też dobre. Najpiękniejsze
kobiety są w Dakarze".
W tym przedmiocie Premier kłóci się zawsze z młodym Khouri, synem
Wielkiego Khouri. (Też Libańczycy). Młody Khouri - Nadir - jest
światowcem prawdziwym. W Paryżu ma samochód, w Londynie samochód i w Rzymie. Bęcwał z niego kompletny. Rozmowy z nim wprowadzają mnie w nastrój ubawu szczytowego. "Jedź ze mną do Australii" - proponuje.
"Kiedy nie mam forsy" - odpowiadam. "To napisz do ojca, niech ci
przyśle". "Mój ojciec skąpy - tłumaczę - nie daje mi tak fruwać". Nadir
w rozpuście i w rozrzutności nie zna granic. Wszystko ma. Tata faszeruje
go forsą bez przerwy. Wielki Khouri kocha małego Khouri. Stary mieszka w małym domku w mieścinie Nsawam pod Akrą. Domek próchnieje, sprzęty w nim
liche. Chudobiedne obejście. Ale to jest mieszkanie bodaj najbogatszego
człowieka w całej Afryce Zachodniej, multimilionera, Wielkiego Khouri.
Ten uliczny handlarz z Bejrutu ma kapitał, a nie ma wymagań. Wcina
razowe placki, pieczone na ogniu, i mnoży zyski do zawrotnych sum. Jest
staruszkiem, zemrze może w tym roku. W Bejrucie ma całą ulicę domów. Nie
widział tego na oczy. Wielki Khouri jest analfabetą. Musi mieć
zaufanego, który by mu pisał listy handlowe.
Jest taki człowiek, mieszka z nami w Metropolu. Młody Khouri patrzy na
niego zawsze z czcią. "To intelektualista" - tłumaczy mi. Rozmowny,
dowcipny, kawałami sypał jak z rękawa. Pokazywał nam fotografie: miła,
starsza pani pod parasolem, "To moja narzeczona - objaśnił - mieszka w Kalifornii. Czeka na mnie piętnaście lat. Poczeka drugie tyle i umrze.
Ale śmierć nie jest straszna. Trzeba być tylko bardzo zmęczonym". I wybuchał śmiechem. Intelektualista upijał się po kryjomu, nigdy na
werandzie. Mówił, że picie przy ludziach jest objawem braku kultury. W trakcie rozmowy wstawał, szedł do pokoju i chciwie wysączał butelkę.
Słyszeliśmy potem łomot ciała o podłogę: jakoś nigdy nie zdążał dojść do
łóżka.
Intelektualista, jeśli nie pisał listów dla Khouriego, wdawał się w dysputy z Napoleonem. Była to drobna istota, z pękatym brzuszkiem.
"Tęsknię za domem - mówił - tęsknię za domem". Ale siedział tu
kamieniem. Po werandzie maszerował krokiem defiladowym, tam i z powrotem. Wyjmował lusterko, liczył zmarszczki. "Mam sześćdziesiąt lat,
a widzicie, jaki jestem młody, jaki silny! Mogę chodzić i chodzić, nic
się nie męczę. Na ile wyglądam, co?". Papa odpowiadał: "Na dwadzieścia".
"No proszę, widzicie" - triumfował, natężał się, aż występowały mu żyły
na skroniach. Chyba miał kota. Wreszcie kiedyś wyjechał. Ustało jego
tupanie. Zrobiło się ciszej.
Werandę było widać z ulicy. Oświetlało ją kilka słabych żarówek. W ich
świetle dostrzegało się z dołu poruszające się na tratwie cienie. Te
cienie nie należały do nikogo. Ich niema pantomima, ich powolny taniec
odbywał się w sercu Kokompe. Ale ta dzielnica - rdzennie murzyńska - nie
uznawała ich istnienia. Kokompe miała swoje życie, obce i niedostępne
dla Metropolu. W opinii dzielnicy cienie z tratwy należały do innego
świata. Był nim obszar zajęty przez bungalowy białych przedstawicieli
administracji i handlu, dzielnica Cantonments. Z tamtej jesteście
rodziny! - mówiła Kokompe, przechodząc obojętnym tłumem swych
mieszkańców obok hotelu.
Ale cienie nie istniały także w oczach Cantonments. Gdzieżby tam!
Dzielnica Cantonments odwracała się od tratwy z pogardą i wstydem.
Tratwa była hańbą, którą Cantonments wolała zmilczeć, Cantonments - ta
bogata, układna, snobistyczna biurokratka europejska, burżujka.
Więc tratwa nie była uwiązana do żadnej barki: cienie istniały dla
siebie. Mogły mnożyć się lub znikać - nie miało to znaczenia. "Co ma
znaczenie?" - pytał wujek Wally. Nikt mu nie odpowiadał.
1960
Bezdomny z Harlemu
Na placu West End - ludzkie mrowie.
Wzniesiono stos.
Strzeli płomień.
Kto będzie ofiarą?
Rano auta partyjne z głośnikami na dachach objechały miasto:
Wszyscy, którzy idziecie ulicą, którzy jesteście na rynku, którzy
siedzicie w domu i w biurze - PRZYJDŹCIE WYRAZIĆ SWÓJ GNIEW.
Dwa razy się nie powtarza. Manifestacja uczuć jest obowiązkiem ludu. A lud zna tu swoje obowiązki. I plac jest pełny. Jest zgnieciony, ale
cierpliwy, jest zgrzany, ale wytrwały. Razi go słońce - ale słońce to
codzienność. Nęka pragnienie - ale nie ma wody. Pali od dołu (ziemia),
pali od góry (niebo), a w uścisku tych dotkliwych kleszczy najlepiej
stać spokojnie: ruch wyczerpuje. Mając jeden ogień pod sobą i jeden nad
sobą, ludzie stoją i czekają na ogień trzeci.
Na płomień stosu.
Rozpytuję tędy owędy - co tu będzie? Nikt nie wie. Kazali przyjść, no to
się jest. Bez powodu by tego ludu nie ściągali. Zdziwione spojrzenia
zaczepionych: po co się tyle pytać? Będzie wyjaśnione. Przyjdzie kolej
na nas, to się dowiemy. Zaraz Welbeck powie.
Welbeck, minister państwa, postawny, skromny, w czarnej krymce
muzułmanina - bierze do ręki mikrofon. Słabo słychać, ale sens można
złowić:
- ...pcha się imperializm... Nkrumah został obrażony... to potwarz...
nie możemy...
Ej, to poważna sprawa! Kto żyw nadstawia ucha, ciśnie się do Welbecka.
Głowy falują, potem nieruchomieją, minister ciągnie dalej:
- ...imperializm chciałby... ale my... więc nigdy...
- Skończyć z nim! - domagają się niecierpliwi. Sąsiedzi uciszają
śmiałków. Zamieszanie, odpływ szumu, spokój.
- Amerykański tygodnik "Time" napisał o Nkrumahu oszczerstwa.
Przedstawił jako małego karierowicza tego, który jest przywódcą, twórcą
i czarodziejem współczesnego nacjonalizmu!
Wszystko jasne: jest taki tygodnik, nazywa się "Time"; imperialiści
szkalują w nim Kwame.
Oto notatka, którą opublikował "Time" 21 XII 1959 r.:
"Najpierw jego ludzie nazywali go chłopcem na pokaz (show-boy). Później
został premierem. Tego roku stał się Prywatnym Doradcą Królowej. Dzisiaj
jego entuzjaści w Ghanie nazywają go również Pierwszym Obywatelem
Afryki. Wydaje się, że nie ma miary w znajdowaniu tytułów dla Kwame
Nkrumaha, lat 50. W ostatnim tygodniu dziennik Akry "Evening News",
jeden z najbardziej wylewnych adoratorów premiera (zamieszcza on jedno
lub więcej jego zdjęć niemal codziennie), podawał, że w marcu ludność
Ghany będzie rozstrzygać dwie sprawy: 1) czy kraj powinien stać się
pełną republiką i nie uznawać Elżbiety II za królową Ghany, 2) czy
aprobuje Nkrumaha jako pierwszego prezydenta na okres 7 lat. Zdaniem
"Evening News" tylko jeden człowiek odpowiada temu stanowisku. Jest nim:
OSAGYEFO (Wielki Człowiek),
KATAMANTO (Człowiek, którego Słowo jest Nieodwołalne),
OYEADIEYIE (Człowiek Czynu),
KUKUDURUNI (Mąż Odwagi),
NUFENU (Najsilniejszy ze Wszystkich),
OSUODUMGIA (Gaśnica Ognia),
KASAPREKO (Człowiek, którego Słowo jest Ostateczne) - Kwame Nkrumah,
wyzwoliciel i twórca Ghany".
Skandaliczność tej notatki jest oczywista. "Nie ma końca tytułom". A cóż
to panów obchodzi? Czuję, jak udziela mi się nastrój tłumu. Przepycham
się do mównicy. Chcę lepiej słyszeć:
- Takie niecne podgryzania są wysiłkiem chybionym. To, że mamy Kwame,
jest błogosławieństwem dla Ghany, tak jak błogosławieństwem dla Ameryki
było to, że miała Lincolna, dla Rosji - że miała Lenina, dla Anglii - że
miała Nelsona. Nkrumah jest bezcennym klejnotem w koronie światowego
nacjonalizmu. Jest Mesjaszem i organizatorem, przyjacielem cierpiącej
ludzkości, który osiągnął swoje wyżyny drogą bólu, służby i poświęcenia.
Ładnie to Welbeck powiedział, ludzie klaszczą z uznaniem. Dostało się
tym panom z "Time'a". Nie mają tu czego szukać. Stoję tak w tłoku i piszę, i nagle czuję, że mi nie tak duszno. Że się wokół mnie robi
przestronnie. Że najbliżsi się odsuwają. Rozglądam się - te oczy nie są
dobre, te błyski są zimne, mnie jest raptem zimno, już pojąłem. Jestem
tu jedynym białym i piszę w notesie. No to znaczy, że dziennikarz. Mam
koszulę z jakimś wzorkiem, więc ze mnie żaden Anglik, bo Anglik nie
włoży koszuli z wzorkiem. Ale jak nie jestem Anglikiem, to kim mogę być?
Tylko Amerykaninem. Amerykański dziennikarz! Boże święty, jak tu
prysnąć?
- Palić! Palić! - wołają aktywiści, przeciskając się do stosu. Gwałtowne
okrzyki, groźby, fukania, tupot. Nie słychać wołań Welbecka, choć
Welbeck daje właśnie sygnał:
- Palić!
Biorą stertę pism i zapalają. Kopci się to, bo nie ma ani krzty wiatru.
Wszyscy chcą widzieć, prą do ogniska. Welbeck woła:
- Nie pchać się! To niebezpieczne!
Nikt nie słucha. Kto ma jakiś papier w ręku, rzuca go w ogień.
Stos płonie.
Grzmią fanfary.
W powietrzu unoszą się strzępki spalonych kartek. Ludzie dmuchają,
bibułka podfruwa, śmieją się, spada im na głowy. Dowcipkują -
uspokojeni, znowu pogodni. Wokół ogniska tańczą dzieci. Tylko patrzeć,
jak będą w nim piekły banany.
Welbeck wsiada do czarnej limuzyny. Jego auto przemyka się teraz
uliczkami Akry i wyjeżdża na przestronną Independence Avenue. Minister
jedzie do Flag Staff House.
Do Nkrumaha.
Premier wysłucha relacji z wiecu. Będzie się śmiał, bo śmiech jest tu
reakcją na wszystko, co się dobrze kończy. Demonstracja zorganizowana
przez partię była sprawdzianem. Wynik jest dodatni: lud czci swego
Kwame.
Kwame - to krewny, brat. Tak się o nim mówi. Kobieta pokazuje niemowlę.
Jak ma na imię? - pytam. Kwame Nkrumah. Ona sama ubrana jest w suknię z nadrukiem podobizn premiera. Kwame na piersiach, Kwame na plecach itd.
Nkrumah żartuje:
- Bardzo chciałbym wiedzieć, ilu Kwame Nkrumahów znajduje się w naszym
kraju. Obawiam się, że pozostanie po mnie opinia niesłychanie płodnego
mężczyzny.
On sam ożenił się niedawno. Lubi podkreślać, że przez całe życie unikał
kobiet, pieniędzy i obowiązkowej religii:
- Uważam, że te trzy czynniki winny odgrywać bardzo małą rolę w życiu
człowieka, gdyż w chwili, gdy jeden z nich weźmie górę, człowiek staje
się niewolnikiem, a jego indywidualność zostaje złamana. Obawiam się, że
jeśli zgodzę się na to, aby kobieta odgrywała jakąś poważną rolę w mym
życiu, stopniowo zacznę tracić z oczu cel, do którego dążę.
Ten cel ustala sobie Kwame jeszcze jako chłopiec: wyzwolenie Ghany. Żeby
to osiągnąć, trzeba najpierw kimś być. Kimś być - to pierwsze zadanie.
Ghana jest wówczas kolonią. Murzyn nie ma szans zrobienia kariery. Kwame
postanawia wyjechać na studia do USA. Ojciec - złotnik w małym
miasteczku - nie ma pieniędzy na kształcenie syna. Ale Kwame skończył
już seminarium pedagogiczne i jest nauczycielem w szkole misji
katolickiej w Elmina. Uczy pięć lat, oszczędza, głoduje, odkłada każdy
grosz. Mieszka w strasznych warunkach, ale ciuła na bilet.
W 1935 roku, mając 26 lat, wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Zostaje
przyjęty na Uniwersytet Lincolna. Jak się czuje w tym kraju?
"Jechałem autobusem z Filadelfii do Waszyngtonu. Autobus zatrzymał się w Baltimore, aby pasażerowie mogli się odświeżyć. Nękało mnie pragnienie,
wszedłem więc do bufetu stacyjnego i poprosiłem białego amerykańskiego
kelnera o szklankę wody. Zmarszczył się i popatrzył na mnie spod oka:
- Tam możesz się napić.
I pokazał spluwaczkę".
Uczy się, pracuje, działa, zarabia:
"W moim pojęciu, jeśli nie byłem zajęty przez 24 godziny na dobę,
marnowałem czas".
Więc:
jest placowym w firmie Sun (stocznia Chester). "Bez względu na pogodę
pracowałem od północy do 8 rano. Czasami mróz był tak ostry, że ręce
przymarzały do stali. W dzień uczyłem się".
Więc:
pracuje w fabryce mydła. "Na dziedzińcu fabryki zwalano góry gnijących
wnętrzności i kawałków tłuszczu zwierzęcego. Uzbrojony w widły, musiałem
nakładać ten cuchnący towar na taczki. Coraz trudniej było mi
powstrzymać się od torsji".
Więc:
w czasie wakacji jedzie do Nowego Jorku. "W Harlemie z kolegą
kupowaliśmy ryby po cenach hurtowych i resztę dnia spędzaliśmy na rogach
ulic, usiłując je sprzedać".
Więc:
jest stewardem na statku "Shawnee" (linia: New York - Vera Cruz). "Szef
oświadczył mi, że do końca rejsu będę szorował garnki. Później
awansowałem do zmywania półmisków".
Nie ma gdzie mieszkać.
W Filadelfii przepędzony z dworca przez policję - szukali tu z kolegą
schronienia - idzie nocować do parku. Na szczęście, w przeciwieństwie do
parków londyńskich, bramy były otwarte. "Znaleźliśmy ławki i położyliśmy
się, myśląc, że tu spokojnie spędzimy resztę nocy. Los jednak zawziął
się na nas. Ledwie usnęliśmy - zaczął padać deszcz".
Studiuje, uczestniczy w zebraniach, jest bardzo aktywny, pracuje nad
sobą:
"Stałem się wolnomularzem 32 stopnia i byłem nim przez cały czas pobytu
w Stanach Zjednoczonych".
Działa:
"Zacząłem również organizować Stowarzyszenie Studentów Afrykańskich
Ameryki i Kanady. Piszę broszurę "W kierunku wolności kolonii"".
Ciekawi go socjalizm naukowy:
"Wielkie wrażenie wywarły na mnie zwłaszcza prace Marksa i Lenina".
Studiuje teologię i zarazem:
"Poświęciłem wiele wolnego czasu na wygłaszanie kazań w kościołach
murzyńskich. Prawie w każdą niedzielę byłem zapraszany do tego lub
innego kościoła dla wygłoszenia kazania".
Kiedy w 1945 roku opuszcza USA, ma już za sobą zajęcia jako wykładowca
filozofii Uniwersytetu Lincolna (historia grecka i murzyńska). "Zostałem
uznany za najwybitniejszego profesora roku".
Jedzie do Londynu:
"Jedną z moich przyjemności w Londynie było, gdy kupiwszy egzemplarz
"Daily Worker", jedynej gazety, jaką chętnie czytałem, rozkładałem ją w najbardziej ostentacyjny sposób i obserwowałem, jak raptownie skupiały
się na mnie spojrzenia wielu par oczu".
Aby opalić lokal Związku Studentów Zachodnioafrykańskich, którego jest
wiceprezesem, chodzi po ulicach i zbiera kawałki węgla.
Zarazem pisze pracę doktorską z filozofii: o logicznym pozytywizmie.
Określa swoją słynną doktrynę pokojowego bojkotu. Jest to: doktryna
afrykańskiego socjalizmu, opartego na taktyce konstruktywnej
działalności, bez uciekania się do przemocy.
Kwame wraca do Ghany.
Jest rok 1947.
Zna go tu osobiście chyba pięciu ludzi. Może tuzin. Nie więcej. Ale ta
grupka kieruje ruchem wolnościowym: stoi na czele powstałej właśnie
Zjednoczonej Konwencji Złotego Wybrzeża, czegoś, co jest bardzo
szerokofrontowe, zupełnie bezprogramowe i wielce nieokreślone. Ta grupka
ma się za ludzi od myślenia. A trzeba im kogoś do czarnej roboty. Na tę
robotę sprowadzają Nkrumaha.
Wszystko, co ma, to ta praca. "W tych dniach cały mój majątek mieścił
się w małej walizeczce".
W następnym roku maszeruje w stronę rezydencji generalnego gubernatora,
w stronę zamku Christiansborg - pokojowa demonstracja. Idą tam
kombatanci drugiej wojny z petycją o przyznanie Złotemu Wybrzeżu
samorządu. Policja oddaje kilka strzałów, jest dwóch zabitych. W tym
miejscu rosną dziś piękne kwiaty. Sto razy pokazują mi to miejsce: za
wolność Ghany zginęło dwóch ludzi. Stoję, pochylam głowę. Kofi pyta się:
- Czy za wolność Polski też ktoś zginął?
W Akrze zaczynają się rozruchy, podpalenia, grabieże. Kierownictwo
Zjednoczonej Konwencji idzie pod klucz. Nkrumaha wywożą na północ, do
sawanny. "Tam umieszczono mnie w małej lepiance, gdzie dzień i noc
pozostawałem pod nadzorem policji".
Uwalniają go, a kiedy podejmuje robotę, widzi, że nic go nie łączy z tamtymi liderami.
Oni chcą paktować z Anglikami w gabinetach.
On też chce paktować z Anglikami. Ale za oknem - twierdzi - musi stać
gniewny tłum.
Tamci to oksfordczycy, chcą dochodzić swojego na drodze prawnej. A Kwame
czytał Lenina. Lenin prowadzi go na ulicę: patrz - mówi - tu jest siła.
- Siła? - dziwi się Kwame.
Stłoczone uliczki, krzyk handlarek, dzieci śpią w cieniu bram. Na rogach
wystają bandy wyrostków, wypatrując awantur. Muzułmanie leżą odurzeni
słońcem. Pod ciężarem worków skamlą żylaści tragarze.
"Tu jest siła!" - upiera się ten Rosjanin. Jeśli mówi biały, nie można
mu bardzo wierzyć. Ale Kwame jest sam. Liderzy odwrócili się od niego.
Chcą go wysłać z powrotem do Anglii.
I Kwame odwołuje się do ulicy. Do handlarek, wyrostków, tragarzy. Do
chłopów i urzędników. Do młodzieży, przede wszystkim do młodzieży. I to
posunięcie rozstrzyga.
Anglicy się wahają.
Kwame rzuca hasło powszechnego bojkotu.
Całe życie ekonomiczne kraju zamarło.
Znowu areszty, represje, pałki. Kwame idzie do więzienia. Tłumy zbierały
się przed więzieniem, śpiewając hymny i pieśni. Jedna z tych piosenek
pt. "Ciało Kwame Nkrumaha gnije w więzieniu" została mi żywo w pamięci.
Ustępstwo Anglików: zezwalają na powszechne wybory (pierwszy tego typu
wypadek w Afryce). W lutym 1951 roku Ghana głosuje. Zawrotne zwycięstwo
partii Nkrumaha: 34 na 38 miejsc w parlamencie.
Głupia sytuacja - partia wygrywa wybory, a ciało jej przywódcy gnije w więzieniu. Anglicy muszą go wypuścić. Kwame na ramionach tłumu płynie z celi więziennej na fotel premiera. Po drodze zatrzymują się na West
Endzie: "Tu dokonaliśmy tradycyjnego obrzędu oczyszczenia. Zabito owcę w ofierze, a ja musiałem siedem razy stanąć bosymi nogami we krwi ofiary,
co miało mnie oczyścić ze zbrukania przez pobyt w więzieniu".
Drzwi jego domu nie zamykają się nigdy. Ludzie przychodzą radzić się
albo prosić o pomoc. Przynoszą mu pozdrowienia. Nieraz kąpie się w łazience, a przez drzwi rozmawia z jakimś przybyszem. "Przeciętnie
sypiałem cztery godziny. Nie dają mi spokoju, nie dają mi odpocząć. Bo
ja jestem takim automatem, który się rano nakręca i który nie potrzebuje
ani snu, ani pożywienia".
Kiedy premier wyjeżdża do wiosek, śpi tam w lepiankach. Czasem zagada
się na ulicy do nocy, więc nie wraca do domu, zostaje w jakimś
przygodnym mieszkaniu. Tym sobie zjednuje wszystkich. Tak mija jego
czas.
Za sześć lat, 6 marca 1957 roku - Ghana otrzyma niepodległość. Będzie
pierwszym wyzwolonym krajem Czarnej Afryki.
Tłum stoi na placu West End. Tłum stoi w słońcu, pod białym niebem
Afryki. Tłum stoi i czeka na Nkrumaha, czarny, cierpliwy tłum, tłum
spocony. Ten plac, ta brunatna patelnia w centrum Akry, jest pełen po
brzegi. Ostatni próbują się wcisnąć; mało brakuje, a płot grodzący plac
zacznie trzeszczeć i dzieciarnia, która obsiadła sztachety, będzie
spadać jak banany. Gorąco.
Taki wiec może by bliżej morza. Tam jest przewiew i palmy dają cień. Ale
co tam przewiew i palmy, jeśli to by się nie zgadzało z historią. A historia poucza nas, że w 1950 roku Kwame Nkrumah zwołał wiec właśnie na
West Endzie. Ludzie przyszli i też stali, i ten żar wisiał nad ziemią,
był styczeń, miesiąc upalny, miesiąc suszy. Kwame Nkrumah mówił wtedy o wolności. Ghana musi być niepodległa i o to trzeba walczyć. A są trzy
drogi. Droga zbrojnej rewolucji. Tę mówca odrzucił. Droga gabinetowych
układów. I tę mówca odrzucił. Jest także droga walki ludu o wolność
środkami pokojowymi. Hasło takiej walki padło wówczas właśnie na West
Endzie.
A teraz jest rocznica tamtego dnia, święto prawie; premier przemówi i powie to, co wszyscy przywódcy na całym świecie bardzo lubią mówić:
"Nasza droga była słuszna".
Na placu wkopali wysokie maszty. Masztów jest dwanaście. Na każdym osiem
portretów Nkrumaha. Razem: 96 portretów. Między masztami nylonowe linki,
a na linkach nylonowe chorągiewki. Na chorągiewkach znak holenderskiego
piwa Heineken. Razem wygląda to na wielki statek. Statek nigdzie nie
płynie. Tkwi na mieliźnie miasta, ludzie czekają, co dalej.
Dalej na trybunę wchodzą ministrowie i przywódcy rządzącej partii. Na tę
okazję ubrani są w mufti, strój, który przypominałby ornat, gdyby był
bardziej sztywny i gęściej haftowany. Tłum ożywia się, słychać oklaski.
Jeśli ktoś z tłumu jest znajomym albo kuzynem ministra, to pozdrawia go
gromko:
- Halo, Kofi! (to do ministra oświaty, Kofi Baako).
- Halo, Tawiah! (to do sekretarza generalnego partii, Tawiaha Adamafio).
Oni odpowiadają gestem ręki i sadowią się w głębokich fotelach. Wtedy do
mikrofonu ustawionego na trybunie podchodzi pastor. Poznaję go: to
Revren Nimako, głowa Kościoła metodystycznego w Akrze. Pastor będzie się
modlił, bo składa ręce i zamyka oczy. Stare głośniki, rozwieszone na
placu, szwankują i chrypią, ale sens modlitwy jest jasny,
dziękczynno-błagalny. Pastor dziękuje Bogu, że błogosławił ludowi Ghany.
Że miał w pieczy Kwame Nkrumaha. Że wysłuchał próśb z tego zakątka ziemi
wznoszonych do nieba. A potem prosi, aby Bóg nie zaniechał swoich
dobrodziejstw i aby przyszłość tego kraju była za wolą Najwyższego
świetlana i niezmącona.
- Amen - mamrocze tłum; a na ulicy wyrostki strzelają dwiema petardami.
Pastor ustąpił i do mikrofonu podszedł K.A. Gbedemah, minister finansów.
Powiedział, że musimy czekać, bo wódz jeszcze nie przyjechał, a ponieważ
mamy czas, on przypomni historię walki o niepodległość Ghany. W połowie
tej relacji doniesiono, że jedzie Nkrumah. Tłum zakołysał się, ludzie
zaczęli wyciągać głowy, dzieci powędrowały na ramiona starszych. Z fotela na trybunie wstał Tawiah Adamafio i zawołał:
- Towarzysze, kiedy ukaże się nasz ukochany przywódca, wszyscy
pozdrówcie go, wymachując chusteczkami wysoko. Ooo, ta-a-a-k - pokazał,
a tłum przećwiczył dwa razy.
Na trybunie stanął Kwame Nkrumah.
Był w szarej mufti, tak jak na pomniku przed gmachem parlamentu. W ręku
trzymał magiczną pałeczkę, obciągniętą skórą małpy, która, jak wierzy
się, ma odpędzać od człowieka wszelkie zło i siły nieczyste.
Plac wybuchnął wrzawą. Furkotały chusteczki, ludzie skandowali:
- Jah-hia! Jah-hia! - co znaczyło, że byli zachwyceni. Niemowlaki,
drzemiące dotychczas w zawiniątkach na plecach matek, poruszyły się
niespokojnie, ale w tym hałasie nie było słychać ich płaczu.
Za Nkrumahem weszło na trybunę, którą obsiadły już tłumy dzieciaków,
sześciu policjantów w kaskach motorowych. Dwóch z nich stanęło na rogach
podium, a czterech rzędem za fotelem premiera. Rozstawili nogi, ręce
założyli do tyłu i tkwili tak nieruchomo do końca wiecu.
Nkrumah usiadł w fotelu, za małym stolikiem obitym flagą narodową, i plac nagle ucichł. Było ciągle upalnie, w takim klimacie nawet
wznoszenie okrzyków jest męczące. Ktoś zaintonował jedną z pieśni
partyjnych, ale zanim podchwycili ją inni, na trybunie zjawili się dwaj
czarownicy. Jeden z nich to Nai Wolomo, główny czarownik okręgu Ga, w którym leży Akra. Drugiego nie znam. Zaczęli obrządek rytualnym tańcem.
Wykonując zaklęte piruety, kłaniali się nisko Nkrumahowi. Pochylając się
przed premierem, musieli wypinać się do tyłu, co bawiło ludzi, więc
klaskali i wołali znowu:
- Jah-hia! Jah-hia!
Czarownicy przystanęli zmęczeni i wyjęli dwie butelki sznapsa. Sznaps to
wódka, którą Holandia eksportuje do Ghany, w smaku bimber zakropiony
perfumami. Ale teraz sznaps był zaklęty, przemieniony w święty napój, i czarownicy poczęstowali nim Nkrumaha. Premier wstał, wypił kieliszek z rąk czarownika i akt ten ludzie skwitowali nowym aplauzem. Teraz reszta
napoju, wśród zaklęć i tajemnych gestów, mających przebłagać złego boga
morza, została wylana na głowy najbliższych, jak u nas śmigus-dyngus.
Zaczęło się przemówienie Nkrumaha (nazajutrz tekst przemówienia ukazał
się w dzienniku "Evening News" pod tytułem: "Nowa Biblia dla Afryki").
Nkrumah stanął przed mikrofonem, rozejrzał się po placu i powiedział:
- Wesołych świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
To był 8 stycznia, więc ludzie wybuchnęli śmiechem. Nkrumah zrobił
poważną minę i tłum momentalnie zamilkł. Ludzie czekali wpatrzeni w niego. Teraz Nkrumah zaśmiał się i wszyscy zaśmiali się za nim.
Spoważniał i twarze zebranych stały się natychmiast poważne. Uśmiechnął
się i tłum był już uśmiechnięty. Zaczął w języku fanti, że dawno się nie
spotykali, ale jak widzi - wszyscy dobrze wyglądają.
- To dzięki tobie, Kwame! - odezwały się głosy.
Po tym wstępie obejrzał się i na ten znak podszedł do niego Adamafio,
dźwigając wysoki pulpit. Na pulpicie leżały kartki z przemówieniem. Było
po angielsku. Premier tytułował słuchaczy:
- Towarzysze i panowie!
Mówił twardo, wyraźnie, jednostajnie. Nkrumah jest świetnym mówcą, o oszczędnej, ale dobitnej gestykulacji. Nawet Anglicy twierdzą, że z wielką przyjemnością patrzą, jak przemawia. Jest mężczyzną średniego
wzrostu, dobrze zbudowanym, przystojnym. Inteligentna twarz o wysokim
czole, mądrym, smutnym spojrzeniu. Nawet kiedy Nkrumah się śmieje, to
spojrzenie pozostaje smutne.
- Towarzysze i panowie!
Przypomniał swoje dwie maksymy: osiągnij najpierw królestwo polityczne,
a wówczas zdobędziesz resztę, oraz - niepodległość Ghany jest frazesem,
dopóki nie jest powiązana ze sprawą całkowitego wyzwolenia kontynentu
afrykańskiego.
Kwame powiedział, że jedna bitwa o Ghanę została wygrana: kraj jest
wolny. Teraz toczy się druga bitwa "o zbudowanie gospodarki i wyzwolenie
ekonomiczne". Jest ona znacznie trudniejsza i bardziej skomplikowana.
Wymaga większego wysiłku, ofiarności i dyscypliny.
Tu przypuścił ostry atak na własne szeregi. Uderzył w biurokratyzm
partyjny. W karierowiczów i dygnitarzy.
- Muszę stanowczo ostrzec tych, którzy postawieni przez partię na
odpowiedzialnych i wpływowych stanowiskach, zapominają się i myślą, że
są ważniejsi niż sama partia. Muszę ostrzec tych, którzy wstępują do
partii, sądząc, że mogą wykorzystać to dla osobistych korzyści, dla
samowychwalania kosztem partii i narodu.
Uch, to się spodobało! Plac zrobił mówcy wielką owację. Plac krzyczał:
- Anko, Kwame! Anko, anko!
- Jeszcze, Kwame, powtórz to, oj, powtórz!
Wśród oklasków, zawołań i śpiewów przed trybunę wyskoczył chłopak w koszuli o barwach partyjnych i narodowych zarazem
(czerwono-biało-zielonej) i zaczął wykręcać zawrotne salta. Trzy salta w jedną stronę, zwrot, i trzy w drugą. Nkrumah przerwał mowę, przyglądając
się popisom z zaciekawieniem. Trzy salta na plecy, trzy salta w przód.
To był dobry akrobata, możecie mi wierzyć. W końcu się zmęczył i oklaskiwany zniknął w tłumie.
Nkrumah przeszedł teraz do ulubionego tematu: mówił o Afryce.
W czasie przemówienia koło Nkrumaha stał Adamafio - sekretarz generalny
partii. Adamafio odbierał przeczytane kartki i zerkał w te, które
premier właśnie czytał. Kiedy znajdował miejsce godne zbiorowego
aplauzu, odwracał się do tłumu i podnosił wysoko rękę w geście, który
oznaczał: uwaga, za chwilę zaczynamy! Nkrumah dochodził do końca frazy i ręka Adamafia gwałtownie opadała: tłum podnosił wrzawę. Jeżeli entuzjazm
wypadł przekonywająco, Adamafio zacierał ręce i mrugał do najbliższych
porozumiewawczo.
Nkrumah atakował kolonialistów:
- Prowadzą oni w Afryce politykę tworzenia chwiejnych i słabych, choć
niepodległych państw. Wrogowie wolności afrykańskiej sądzą, że w ten
sposób uda im się wykorzystać nasze państwa jako marionetki, potrzebne
do utrzymania ich (imperialistów) panowania w Afryce.
Tłum wyraził swoje oburzenie. Ludzie wołali:
- Precz! Precz! Prowadź nas, Kwame!
Przemówienie trwało trzy kwadranse. Tłum stał, słuchając i reagując na
każde słowo. Kiedy Nkrumah zakończył okrzykiem: "Niech żyje jedność i niepodległość Afryki", w rogu placu orkiestra jazzowa buchnęła donośnym
boogie-woogie. Co bliżsi orkiestry zaczęli tańczyć. Boogie niosło się
nad placem, wprawiając biodra ludzi w odruchowe kołysanie. Ale
przyciszono orkiestrę, bo Joe-fio Myers, sekretarz generalny związków
zawodowych, zaczął czytać deklarację lojalności i poparcia, jaką lud
pracujący Ghany składał na ręce Kwame Nkrumaha.
Przeciskaliśmy się do wyjścia. Na ulicy, daleko od placu, spotkaliśmy
Kodzo. Kodzo jest urzędnikiem pocztowym i kibicem boksu. To mój
przyjaciel.
- Dlaczego nie przyszedłeś? - spytałem. - Było ciekawie.
- Czy Kwame mówił o płacach?
- Nie mówił - przyznałem.
- No widzisz. Po co miałem iść?
1960