Wojna Dwóch Słońc. Taniec Ognia i Lodu - Marc Petrin

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (16,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora: Geneza Tańca Ognia i Lodu

Zdarza się niekiedy, iż w procesie kreacji, w trakcie powoływania do istnienia całych galaktyk i cywilizacji, które mają wypełnić karty opowieści, pojawia się idea poboczna. Szept. Dysonans w idealnie skomponowanej symfonii narracji, który z początku próbuje się zignorować, zepchnąć na margines jako nieistotny szum tła. Czasem jednak ów szept, zamiast ucichnąć, narasta, nabiera mocy i ciężaru, aż w końcu, z uporem i arogancją godną nowo narodzonego bóstwa, domaga się własnej historii, własnego wszechświata.

Tak właśnie stało się podczas mojej pracy nad sagą Fluctus Vitae. Gdy kreśliłem losy Rektora i Fyrrusa, zmagających się z "chorobą rzeczywistości" i postępującą dekoherencją bytu w ich galaktyce, w tle ich zmagań nieustannie pobrzmiewało dalekie, głuche echo prastarego konfliktu. Konfliktu tak fundamentalnego, tak pierwotnego i tak tragicznego w swej nieuchronności, że jego wibracje, niczym fale grawitacyjne po zderzeniu dwóch czarnych dziur, wciąż wstrząsały posadami tamtego, świata.

Ten konflikt, ta opowieść o dwóch słońcach i dwóch cywilizacjach zrodzonych z ich antagonistycznego blasku i mroku, zawładnęła moją wyobraźnią z siłą, której nie mogłem się oprzeć. Idea ta, początkowo będąca jedynie podrozdziałem w monumentalnej historii Fluctus Vitae, rozrosła się w osobny, tętniący życiem organizm, który domagał się własnego głosu. Postanowiłem więc, niejako w akcie intelektualnej kapitulacji, odłożyć na chwilę główną sagę, by wsłuchać się w ten potężniejący ryk przeszłości.

Tak narodziła się powieść, którą trzymasz w rękach: "Wojna Dwóch Słońc: Taniec Ognia i Lodu".

Nie jest to bezpośrednia kontynuacja ani prequel Fluctus Vitae. Jest to raczej opowieść siostrzana, rozgrywająca się w tym samym uniwersum, lecz eony wcześniej, w czasach, gdy "choroba rzeczywistości" była jedynie odległą, teoretyczną możliwością, a wszechświat zdawał się być rządzony przez bardziej brutalne, acz w swej prostocie bardziej zrozumiałe prawa - prawa grawitacji, nienawiści i niemożliwej miłości. Jest to epicka space opera, w której rozmach i polityczne intrygi splatają się z tragicznym, gwiezdnym romansem, a wszystko to zanurzone jest w sosie hard science fiction, gdzie astrofizyka nie jest jedynie tłem, lecz aktywnym, bezlitosnym kreatorem cywilizacji, ich ideologii i ich ostatecznego losu.

Zapraszam Was zatem w podróż do źródeł konfliktu, który przez tysiąclecia będzie kształtował losy tej części galaktyki. Do świata, w którym harmonia jest tyranią, a siła - cnotą zrodzoną z desperacji. Do opowieści o miłości, która mogła być mostem, a stała się iskrą zapalną dla wojny totalnej.

Powieść ta jest jednocześnie zamkniętą całością i początkiem nowego, odrębnego cyklu. Świat Aethel-Kar'nath, który narodził się jako poboczny wątek, teraz żyje już w mojej głowie własnym, intensywnym życiem i domaga się pełnej odsłony. Mam nadzieję, że jego dramaturgia, jego piękno i jego tragedia, porwą Państwa równie mocno, jak porwały mnie samego.

Można zacząć od końca, od echa, i z sagi Fluctus Vitae cofnąć się do źródła ryku. Można też zacząć od początku, od pierwszego uderzenia młota w kosmiczne kowadło, jakim jest ta historia.

Marc Petrin

Lekcja w Obserwatorium Gwiezdnej Kołyski - najwyższy i najbardziej eksponowany pokład statku-miasta Aethel

Organiczna winda, której wnętrze przypominało kielich gigantycznego, nocnego kwiatu, bezszelestnie rozchyliła swoje płatki, wypuszczając na pokład Obserwatorium grupkę kilkunastu dzieci. Przez moment, który dla ich młodych umysłów rozciągnął się w małą wieczność, panowała absolutna, nabożna cisza, zakłócana jedynie przez niemal podprogowe, wibrujące mruczenie samego statku-miasta - basowy ton Wielkiej Pieśni. Dzieci, odziane w proste, białe tuniki, stanęły jak zahipnotyzowane.

Przed nimi, wypełniając całą, niewyobrażalną panoramę, płonął Aethel. To nie była odległa, geometryczna kropka na aksamicie próżni; to był ocean plazmatycznego ognia, dynamiczna, pulsująca istota, byt tak potężny, że zdawał się mieć własną świadomość. Gołym okiem widoczne były odchodzące od niego fale energii, koronalne wyrzuty masy wielkości kontynentów, które z majestatyczną powolnością rozbijały się o opalizujące pola siłowe ich statku, niczym kosmiczne tsunami o niewidzialną, krystaliczną rafę. Wokół tego błękitnego nadolbrzyma rozpościerała się Aetheliańska Strömgrenosfera - gigantyczna, pulsująca bańka zjonizowanego gazu, która mieniła się w każdym odcieniu purpury, indygo i magenty, niczym witraż w katedrze samego stworzenia.

Podłoga, wykonana z polerowanego, mlecznobiałego koralowca gwiezdnego, była ciepła w dotyku, przepuszczając przez swoją strukturę nikły ułamek energii gwiazdy. Wzdłuż ścian, które zdawały się płynnie przechodzić w sufit, wiły się grube, żywe pnącza o hebanowej barwie, rozkwitając co jakiś czas pąkami chłodnego, bio-luminescencyjnego światła. Zewnętrzna ściana nie była bowiem szkłem w jego kruchym, newtonowskim rozumieniu, lecz krystaliczną, semi-płynną membraną, która drgała w bezustannym rezonansie z Wielką Pieśnią, filtrując i przetwarzając zabójcze, surowe światło Aethela w łagodną, mleczną poświatę wypełniającą wnętrze. W centrum tej niezwykłej komnaty stały, niczym cisi, przezroczyści strażnicy, postacie z Panteonu Harmonii - nie ciężkie, kamienne posągi, lecz eteryczne, niemal holograficzne figury utrwalone w migotliwych polach energetycznych.

Ilianna, ich młoda nauczycielka z kasty Rezonatorów, pozwoliła im chłonąć ten widok, pozwoliła, by ta pierwotna, gwiezdna symfonia wypełniła ich małe jestestwa. Dopiero gdy pierwszy szok zachwytu zaczął ustępować miejsca dziecięcemu zniecierpliwieniu, jej melodyjny głos wypełnił ciszę.

"Spójrzcie, dzieci. Oto Matka-Gwiazda. Oto Aethel." - Jej gest był płynny i szeroki, jakby dyrygowała niewidzialną orkiestrą fal grawitacyjnych. - "Czujecie to ciepło na skórze? Czujecie tę delikatną wibrację pod stopami? To Ona. To Jej Wielka Pieśń, którą śpiewa dla nas od zarania czasu. Jesteśmy Jej dziećmi, zrodzonymi z Jej światła."

Wskazała na ich statek-miasto, który z tej perspektywy wyglądał jak gigantyczny, świetlisty, nerwowo użyłkowany liść dryfujący w bezmiarze. "A to jest nasz dom. Nie zbudowany z martwego metalu, lecz wyhodowany. Każdy korytarz, każda komnata, to wszystko jest częścią Wielkiej Pieśni. Naszym zadaniem, naszym największym przywilejem, jest uczyć się słuchać. Słuchać i odpowiadać. To właśnie nazywamy Rezonansem. To jest Harmonia."

Rian, chłopiec o wielkich, nienasycenie ciekawskich oczach, które zdawały się pochłaniać wszechświat, podniósł rękę.

"Nauczycielko Ilianno... a czy... czy oni też słyszą Pieśń? Ci z Mroku?"

Twarz Ilianny na ułamek sekundy zesztywniała. Uśmiech nie zniknął, lecz stracił swoją naturalną, płynność i stał się bardziej formalny, jakby na jej rysy nałożono estetyczny, lecz sztywny filtr.

"To bardzo mądre pytanie, Rianie. Tam" - jej gest był teraz krótki, precyzyjny i niemal niechętny; wskazywała w przeciwnym kierunku, w pustkę, gdzie daleko, daleko, poza granicą percepcji, tlił się niewidzialny stąd, wiecznie głodny brązowy karzeł Kar'nath - "żyją ci, którzy dawno temu odwrócili się od światła. Ich uszy zatkał pył asteroid, a serca pokryła rdza maszyn. Oni nie słyszą Pieśni. Dla nich istnieje tylko hałas kuźni i zgrzyt metalu. To jest właśnie Dysonans. Wielka Pustka w symfonii wszechświata. Dlatego nazywamy ich Mrokiem. Nie dlatego, że ich nienawidzimy, dzieci. Dlatego, że jest nam ich żal."

Podczas gdy wygłaszała tę wyuczoną, teologicznie poprawną formułę, Orion szturchnął w bok Vesperę. "Zobacz!" - szepnął, wskazując na roziskrzoną podłogę. Opalizujące smugi światła, przefiltrowane przez membranę, tworzyły na polerowanym koralowcu ruchome, hipnotyczne wzory. "Jeśli stanę tutaj, moja poświata jest fioletowa! A twoja zielona! Ścigajmy się do tamtego pnącza!"

"Cicho!" - syknęła Vespera, ale w jej oczach, zamiast nagany, tańczyły wesołe iskierki.

Ilianna, z westchnieniem tak cichym, że wchłonęło je wszechobecne mruczenie statku, zauważyła ten odpływ uwagi. Z wrodzoną gracją poprowadziła grupę w stronę Panteonu.

"Podejdźcie. To są ci, którzy słuchali najpiękniej." - Wskazała na jedną z eterycznych postaci, przedstawiającą starca o szlachetnych rysach i zamkniętych oczach, jakby pogrążonego w wiecznej medytacji. - "To Wielki Harmonizator Lyrennus. Legenda mówi, że jego Rezonans był tak potężny, że potrafił uciszyć burze słoneczne i sprawić, by zakwitły Pustynne Ogrody na księżycu Xylos. On nauczył nas, że największą siłą jest nie walka, a harmonia. Że każdy dysonans można wyciszyć... nie zniszczyć, lecz zharmonizować."

Jej głos przepełniony był nabożnym szacunkiem, który jednak całkowicie chybił celu. W tle, szeptany dialog Oriona i Vespery, do którego dołączyła zafascynowana Solis, toczył się dalej, tworząc własną, małą symfonię trywialności.

"Jak wrócimy do naszych habitatów," - konspirował Orion - "pobawimy się w łapanie świetlików w Ogrodach Lotosowych? Mój tata wyhodował nowy gatunek, świecą na pomarańczowo."

"A ja będę rzeźbić!" - wtrąciła z przejęciem Solis, zapominając o konieczności szeptania. - "Zrobię świetlnego motyla, takiego wielkiego, i poleci aż pod sufit!"

"Nuda," - parsknął Orion z autorytetem znawcy. - "Lepsza jest gonitwa."

Ilianna umilkła w pół zdania. Przez jeden, bezbronny moment jej twarz była po prostu twarzą zmęczonej kobiety, która po raz setny próbuje wyjaśnić kwantową naturę wszechświata komuś, kto wolałby zjeść ciastko. Nie skarciła ich. Wiedziała, że to bezcelowe. Wielka Pieśń, Dysonans, Panteon Harmonii... to były abstrakcje. Metafizyczne nasiona, które sadziła w ich umysłach, a które wykiełkują - lub nie - dopiero za wiele lat, pod wpływem zupełnie innych, znacznie boleśniejszych lekcji. Teraz, w tej chwili, realna była tylko opalizująca poświata na podłodze i radosna obietnica zabawy po lekcjach.

Odwróciła się z powrotem w stronę ogromnego okna, a dzieci, wyczuwając nagłą zmianę nastroju, również zamilkły i podążyły za jej wzrokiem. Potęga Aethela była hipnotyzująca, była prawdą tak fundamentalną i oczywistą, że nie potrzebowała słów, tłumaczeń ani metafor. Była po prostu bytem.

"Spójrzcie jeszcze raz," - powiedziała cicho Ilianna, a jej głos był już pozbawiony dydaktycznej, nużącej nuty. Był w nim tylko cień podziwu i, być może, lęku. - "To wszystko jest wasze. Ta Pieśń. To światło. Ta krucha harmonia. Kiedyś zrozumiecie. I musicie nauczyć się tego strzec."

Małe, białe sylwetki, stojące w milczeniu przed ognistym, bezkresnym majestatem tego nie słyszały. Jedne wciąż wpatrywały się w gwiazdę z resztkami nabożnego lęku, inne już rzucały ukradkowe spojrzenia na siebie, bezgłośnie finalizując plany popołudniowych eskapad. W ich chłonnych, elastycznych umysłach Wielka Pieśń była na razie tylko odległym, wibrującym tłem dla znacznie ważniejszych spraw.

A w absolutnej ciszy kosmosu, daleko poza zasięgiem ich wzroku, myśli i dziecięcych marzeń, w mroku czaiła się zupełnie inna muzyka - rytmiczny, nieubłagany, ogłuszający huk Kuźni.

Rozdział 5: Walc Dysonansu i Fałszywa Nuta

5.1: Punkt Równowagi Grawitacyjnej

Stacja Kosmiczna "Ekilibrium" nie była monolitem. Była cudem neutralnej inżynierii, manifestacją kruchego kompromisu zapisaną w materii. Dla nielicznych, którzy mieli okazję obserwować ją z pokładu zbliżającego się statku, stanowiła widok głęboko niepokojący, ontologiczną anomalię zawieszoną w doskonałej czerni kosmosu. Istniała wbrew grawitacji, wbrew logice, wbrew naturze dwóch słońc, które nieustannie szarpały ją swoimi niewidzialnymi siłami. Umiejscowiona precyzyjnie w punkcie Lagrange'a L1, tym niestabilnym, wiecznie drżącym siodle czasoprzestrzeni między błękitnym, rozpasłym majestatem Aethela a mrocznym, posępnym głodem Kar'natha, była monumentem pychy dwóch cywilizacji. Jej architektura była fizycznym, zamrożonym w czasie dialogiem dwóch estetyk, dwóch ontologii.

Zbudowana na osi gigantycznego, powoli obracającego się torusa, który generował znośną namiastkę grawitacji, była bytem na wskroś schizofrenicznym. Podzielono ją na dwie, wyraźnie odrębne strefy, które spotykały się w centralnym, neutralnym jądrze. Ta dychotomia nie była jedynie kwestią wystroju wnętrz; była fundamentalnym rozłamem filozoficznym, zapisanym w metalu i żywej tkance.

Strefa Aethelańska była snem bio-inżyniera, urzeczywistnioną fantazją o świecie, w którym technologia rozpuściła się w biologii, stając się niewidzialną i organiczną. Przebywanie tutaj było jak wejście do wnętrza jakiegoś gargantuicznego, żywego organizmu. Korytarze były płynne, pozbawione kątów prostych, wiły się i falowały w leniwych, szerokich łukach, jakby podążały za logiką wzrostu, a nie surową geometrią. Ściany, wykonane z polerowanego, mlecznobiałego koralowca gwiezdnego, zdawały się oddychać. Ich ciepła, gładka powierzchnia delikatnie pulsowała w podprogowym, leniwym rytmie - była to symulowana, lokalna wersja Wielkiej Pieśni, akustyczno-wibracyjna tapeta zaprojektowana, by koić, harmonizować i przypominać, że nawet w tym obcym miejscu panują prawa Republiki. Oświetlenie nie pochodziło z żadnych wulgarnych, martwych źródeł. Zapewniały je symbiotyczne pnącza, których grube, ciemnozielone łodygi wiły się w misternych, zaplanowanych wzorach wzdłuż ścian i sklepień. Ich szerokie liście co jakiś czas rozkwitały pąkami chłodnego, łagodnego, bio-luminescencyjnego światła, które rozpraszało się miękko, nie tworząc ostrych, obraźliwych dla oka cieni. Powietrze, krystalicznie czyste, pachniało ozonem oraz kwitnącymi w hydroponicznych ogrodach "księżycowymi orchideami". Była to przestrzeń absolutnej ciszy i harmonii, ale pod tą doskonałością kryła się niemal namacalna, arogancka pewność siebie cywilizacji, która uważała piękno za niepodważalne prawo fizyki.

Przejście do Strefy Kar'nathiańskiej było jak gwałtowne przebudzenie. Był to brutalistyczny hymn ku czci funkcji, w którym estetykę nie tyle zignorowano, co z pogardą odrzucono jako niebezpieczną fanaberię. Korytarze były tu szerokie, kanciaste i bezlitośnie funkcjonalne, wyłożone ciężkimi, matowymi, grafitowymi płytami ze stopu heksytowego. Wszędzie widać było odsłonięte, potężne przewody energetyczne, otulone w czarną, żebrowaną izolację. Biegły wzdłuż ścian i sufitu, a ich ciche, groźne mruczenie było słyszalne dla każdego, kto odważył się przystanąć. Grube, pancerne rury i masywne, nitowane łączenia tworzyły skomplikowaną, geometryczną plątaninę, surowe trzewia maszyny wystawione na widok publiczny bez cienia wstydu. Światło było ostre, białe, rzucane przez przemysłowe lampy w metalowych klatkach. Powietrze miało metaliczny posmak i ledwie wyczuwalny zapach smarów i jonów. I panował tu nieustanny, stłumiony, niski pomruk systemów podtrzymywania życia - funkcjonalny hałas, który był dalekim, sterylnym echem ogłuszającej Pieśni Kuźni.

Miejscem, w którym te dwa wszechświaty zderzały się w akcie niezręcznej symbiozy, było

Jądro Konferencyjne. Była to ogromna, cylindryczna sala, której sama architektura stanowiła manifestację politycznego impasu. Jej podłoga, ściany i sufit były idealnie podzielone na pół: jedna połowa była organiczna i biała, druga industrialna i grafitowa. Te dwa światy nie stykały się bezpośrednio. Dzieliła je jedynie niewidzialna, migotliwa "membrana dyfuzyjna", pole siłowe o grubości kilku molekuł, które wyrównywało ciśnienie i temperaturę, pozwalając jednocześnie na swobodny przepływ światła i dźwięku. Była to granica widmo, fizyczna manifestacja nieufności.