Prolog. John Dart
Busik z lotniska zatrzymał się z piskiem hamulców na parkingu baru "U Lesliego". Pospolity budynek wyglądał tak jak setki innych tanich restauracji, gdzie przez całą dobę można coś zjeść. Przyjrzawszy się niedzisiejszej elewacji oraz tęgiemu facetowi w oknie, który właśnie przymierzał się do gofra z syropem, John Dart uznał, że smak większości dań w tutejszym jadłospisie, co prawda sycących, na pewno kojarzy się z masową produkcją.
Kierowca busika obszedł pojazd i rozsunął drzwi. John wysiadł. Miał na sobie znoszony płaszcz oraz brązowy kapelusz typu fedora z rondem i czarną wstążką. Dał kierowcy dwadzieścia dolarów napiwku.
- Dzięki. Nie ma pan bagażu, prawda?
- Nie mam.
Gdyby przyszło do noszenia walizek, rosły i barczysty John wydawał się lepszym kandydatem niż drobny Filipińczyk.
- Na pewno tu pana zostawić? - spytał kierowca, rozglądając się po nieoświetlonym parkingu.
John kiwnął głową.
- W okolicy nie ma żadnego noclegu - ostrzegł mężczyzna.
- Lubię naleśniki.
Niewysoki Filipińczyk wzruszył ramionami, wsiadł do kabiny i busik z rykiem opuścił parking. John był jego ostatnim pasażerem. Wjeżdżając na szosę, kierowca włączył kierunkowskaz, chociaż świat dookoła wydawał się opustoszały.
Było późno. Na parkingu stało niewiele samochodów. Kilka pikapów, szary sedan, zdezelowana furgonetka, stare auto marki Buick, mały hatchback oraz suv. Z baru wyszedł mężczyzna, ręce trzymał w kieszeniach wyblakłej wiatrówki. Nawiązał z Johnem kontakt wzrokowy. Miał rozczochrane włosy z niedbałym przedziałkiem z boku, na twarzy zaś zaczątek koziej bródki. Niespiesznym krokiem podszedł do buicka. Karoserię auta pokrywały plamki rdzy oraz mnóstwo zadrapań. John również się zbliżył. Podali sobie ręce. Mężczyzna skrzywił się, czując miażdżący uścisk Johna.
- Sześć lat temu w Barcelonie załatwiłem ci pokój - powiedział z lekkim hiszpańskim akcentem.
- Pamiętam - odparł John. - Jak się tu sprawy mają?
Mężczyzna oblizał usta.
- Dziś w mieście ruszył nowy sklep z cukierkami.
- Jeszcze trochę, a będziemy tutaj mieli istny spęd - stwierdził John. - Masz dla mnie sprzęt?
- Wszystko, czego nie można przewieźć samolotem - powiedział tamten i puścił oko.
Otworzył bagażnik. Wewnątrz znajdował się tuzin kaftanów bezpieczeństwa w rozmaitych rozmiarach oraz duża walizka. Mężczyzna podniósł wieko, ukazując różnorodny arsenał: kusze, noże, kastety, pałki, proce, pistolety ze środkiem usypiającym, toksyny przygotowane na zamówienie, gwiazdki do rzucania, bumerangi, materiały wybuchowe oraz pojemniki z gazem łzawiącym. John podniósł ciężką kuszę i sprawdził mechanizm. W broni były dwa bełty. Odłożył ją na miejsce, a puszkę z gazem łzawiącym schował do kieszeni.
- Wygląda nieźle - stwierdził.
- Rada prosiła, żebym dostarczył ci także to - oznajmił mężczyzna, podając Johnowi sporych rozmiarów muszlę z barwnymi plamkami.
Ten lekko w nią dmuchnął i szepnął:
- John Dart, w rzeczy samej i we własnej osobie.
Gdy zaczęła wibrować, przyłożył ją do ucha. Z początku słyszał cichy szmer, coś jakby dochodzący z dala szum zakłóceń. Stopniowo dźwięk zaczął przypominać bicie fal o piaszczysty brzeg. Dołączył do nich ryk syreny mgłowej, wrzask mew, a potem ktoś przemówił. Mężczyzna, który podał Johnowi muszlę, oddalił się dyskretnie.
- Johnie, jesteśmy wdzięczni, że przybyłeś tak prędko - odezwał się dostojny męski głos.
John rozpoznał swego mentora.
- Ufamy, że Fernando dostarczył ci stosowny sprzęt. Do dwóch czarodziei w Colson dołączył Samson Wells. Teraz jesteśmy pewni, że tajemnica wyszła na jaw. Musimy działać w przeświadczeniu, że cała trójka wie, co zostało ukryte w mieście, i poszukuje tego łupu. Jak sam rozumiesz, nie możemy pozwolić, by wpadł w ręce kogoś z nas. Miałoby to fatalne konsekwencje dla naszych wspólnych celów. Wszyscy trzej czarodzieje zlekceważyli ostrzeżenia Rady, toteż nadeszła pora, abyśmy wykorzystali swe przywileje. Niniejszym zostajesz upoważniony do wygnania naszych chciwych towarzyszy z tego rejonu dowolnymi metodami.
John przestąpił z nogi na nogę. Rzadko zezwalano mu na bezpośrednią konfrontację z czarodziejem. Tego typu działanie mogło spowodować gwałtowny odwet.
- Samson przybył do miasta dopiero dziś po południu - mówił dalej głos z muszli. - Nocuje w opuszczonym kamieniołomie. Lepsza okazja, żeby wziąć go przez zaskoczenie, już się nie nadarzy. Co prawda z całej trójki jest najmniej doświadczony i nie ma takiego dużego znaczenia strategicznego, ale możliwość pojmania go poza stałym siedliskiem to przewaga, jakiej nie należy lekceważyć. Będą mu towarzyszyć uczniowie. Nie bagatelizuj ich umiejętności. Nie wchodź do jego siedliska, nawet tymczasowego. Skorzystaj ze wszelkich dostępnych środków ostrożności. Po unieszkodliwieniu Samsona zacznij rozpracowywać pozostałych. Znaczenia tej misji nie sposób przecenić. Musi się powieść bez względu na koszty. Działaj prędko. Jeśli wiedza o tajemnicy nadal będzie się rozprzestrzeniać, Colson nie uniknie najazdu. Mówił Mozag, bez odbioru.
- No to muszę się szybko pozbierać po długim locie - mruknął John. Podniósł wysoko śliczną muszlę, po czym rozbił ją o asfalt.
Fernando zbliżył się, kręcąc głową.
- Nie zazdroszczę ci roboty - powiedział. Odsunął stopą kawałki muszli, a potem podał Johnowi mapę.
Bar "U Lesliego" znajdował się na skrzyżowaniu Perry Avenue i Tower Road. Z tego punktu czerwona trasa wiodła do kamieniołomu położonego niedaleko miasteczka.
- Niezły arsenał jak na takie zaciszne miejsce. - Fernando westchnął.
John wyjął puszkę miętówek i włożył kilka do ust. Przez chwilę delektował się ich ostrym smakiem.
- Przykre - stwierdził. - Colson to nie jest miasto w ich stylu. Za małe, żeby zginąć w tłumie. Za duże, żeby znaleźć tu prawdziwe odosobnienie.
- Nie potrzebuję muszli, żeby wiedzieć, że kroi się coś ważnego.
John lekko kiwnął głową.
- Szkoda, że Colson nie zbudowano gdzie indziej. - Podetknął Fernandowi miętówki.
- Nie, dzięki. Chyba że sugerujesz, że mam nieświeży oddech.
John schował puszkę.
- Zdaje się, na mnie już pora - stwierdził Fernando, podając mu kluczyki do auta. - Widziałem, że pieniądze już wpłynęły na moje konto.
- Cieszysz się dobrą reputacją. Dokąd się teraz wybierasz?
- Czeka robota w Cordobie.
- Argentyna? Mają tam świetną wołowinę, jeśli ktoś wie, gdzie szukać.
- Ja zazwyczaj wiem, gdzie szukać.
- I dlatego kosisz niezłą forsę.
- Coś w tym stylu. Dzisiejsze zadanie powinno pójść łatwo, o ile ostrożnie podejdziesz do celu. Trzymaj się w cieniu.
- Jak zawsze.
Fernando zamilkł na chwilę.
- Mam nadzieję, że nigdy nie dostaniesz zlecenia na mnie - mruknął. - W razie czego przyślij pocztówkę, poddam się po dobroci.
- Postaram się zapamiętać.
- Czy kiedykolwiek wiedzą, że się zbliżasz?
- Rzadko. Ale w Colson może być inaczej. Po dzisiejszej akcji mogą się mieć na baczności.
- Dobrych łowów. - Fernando zasalutował dwoma palcami. - Uważaj na siebie.
- Wzajemnie.
Fernando odjechał z parkingu szarym sedanem. John wsiadł do buicka. Odetchnął z ulgą, zapaliwszy silnik, ponieważ brzmiał on lepiej, niż sugerowałaby to podniszczona karoseria.
Ruszył trasą zaznaczoną na mapie. Po jakimś czasie dotarł na peryferie, gdzie zabudowa stawała się rzadsza. Ulica Ridgeline Way okalała pagórek, a cel podróży był już coraz bliżej. Opuszczony kamieniołom. Dlaczego praca stale prowadzi go do opuszczonych kamieniołomów, kopalń albo do podejrzanych spelun w podłych dzielnicach? Trzeba sobie znaleźć nowy fach, który będzie wymagał odwiedzania leniwych plaż tropikalnych i urokliwych leśnych chatek.
Dwa kilometry od celu John zjechał na pobocze. Jeśli ci, którzy byli jego celem, zachowywali czujność, mogliby zauważyć zbliżający się samochód z gasnącymi nagle reflektorami. Mało prawdopodobne, wolał jednak być przygotowany na każdą ewentualność.
Wysiadł z auta i zaczął grzebać w bagażniku, chcąc wybrać potrzebny sprzęt. Kajdanki. Gaz łzawiący. Pistolet ze środkiem usypiającym. Fiolka neurotoksyn. Cztery kaftany bezpieczeństwa. I parę innych rzeczy.
Jeszcze raz zerknął na mapę, a potem ruszył ulicą. Kolejna samotna droga w środku nocy. Nic niepokojącego, ale to takie znajome. Sam pośród ciemności czuł się jak w domu.
Wzrok Johna dostosował się do mroku, więc blask księżyca wydawał się jasny. Ulica była w kiepskim stanie. Mnóstwo kolein. John dotarł do skrzyżowania, na którym od Ridgeline odbijała droga gruntowa. Zszedł z asfaltu i ruszył ścieżką. Stąpał ostrożnie przez zarośla. Wybrał okrężną drogę, by pozostać w ukryciu.
Po kilku minutach marszu mógł zajrzeć w głąb kamieniołomu. Eksploatacja zmieniła zbocze pagórka w kamienny amfiteatr. U stóp wykutej skalnej ściany stał rozsypujący się szkolny autobus. John uznałby pewnie, że to wrak, gdyby nie wiedział, że tego popołudnia do miasta przybył Samson Wells. Stary autobus stanowił nędzne siedlisko, ale lepsze to niż nic. Tylko głupiec dobrowolnie wszedłby do siedliska czarodzieja. To było jednak tymczasowe - zapewniało ograniczoną ochronę. John mógł go stamtąd wykurzyć.
Kłopot sprawiali strażnicy. Co prawda należało się ich spodziewać, ale i tak komplikowali sprawę. John skradał się więc wzdłuż krawędzi kamieniołomu. Stwierdził, że jest ich dwóch, po jednym z każdej strony autobusu.
Musiał ich ostrożnie unieszkodliwić. Niezdarny atak nie wchodził w grę. Nie mógł sobie pozwolić na wyrządzenie im poważnej krzywdy - to był efekt niecodziennej przypadłości, z którą żył od dziesiątek lat.
Wskutek potężnej klątwy, rzuconej na Johna dawno temu, on sam odnosił wszystkie obrażenia, jakie zadawał innym. Jeśli złamał komuś nogę, to i jemu pękała kość. Jeśli kogoś ogłuszył, sam też zasypiał. Gdyby kogoś zabił, umarłby. Dlatego zawsze potrzebował finezyjnych rozwiązań.
Jeden ze strażników, wysoki i barczysty, miał na twarzy blizny po ospie, a jego brązowe włosy były związane w kucyk. W dłoni trzymał drewniany kij bejsbolowy. Drugiej strony autobusu pilnowała Wietnamka - młoda, niska i szczupła. Nie było u niej widać żadnej broni. John spotkał Samsona Wellsa raz w życiu i znał jego reputację, nie miał natomiast pojęcia o zdolnościach dwojga pomocników czarodzieja.
Wolałby, żeby tak zostało. Stojąc na przeciwległych końcach busa, strażnicy nie widzieli się nawzajem, więc gdyby jedno z nich unieszkodliwić po cichu, można by uniknąć walki z tym drugim.
Gość z kucykiem zdawał się senny, dlatego John postanowił zacząć od niego. Szkolny autobus dotarł tu drogą gruntową. Zaparkowano go na płaskiej części terenu pośrodku starego kamieniołomu. Z każdej strony otaczało go wystarczająco dużo głazów i kamieni, by można było podejść ukradkiem. John schylił się nisko i powoli ruszył naprzód. Przemieszczał się tylko wtedy, gdy strażnik patrzył w inną stronę.
Brak porządnej osłony był w pewnym sensie zaletą. Mniej wprawny obserwator stwierdziłby, że na mężczyznę z kucykiem nie da się napaść. Pewnie on sam nie wierzył, że ktoś mógłby go podejść.
John się nie spieszył, wybierał właściwe momenty, ruszał wtedy, gdy księżyc przesłaniała chmura lub gdy niczego nie podejrzewający strażnik skubał skórkę przy paznokciu. Kiedy John się przemieszczał, robił to bezgłośnie, tuż nad ziemią, czasem sunął prędko po skalistym terenie, innym razem brnął z niezwykłą cierpliwością centymetr po centymetrze. Wreszcie przycupnął za niewielką stertą kamieni, może cztery metry od mężczyzny z kijem. To ostatnia osłona między nim a celem.
Podniósł kamyk i delikatnie upuścił go na większy kamień. Towarzyszył temu cichy, acz podejrzany dźwięk. John usłyszał, że strażnik rusza w stronę sterty kamieni - idzie bez pośpiechu, po prostu maszeruje sobie, by sprawdzić, co wywołało to dziwne stuknięcie.
Kiedy mężczyzna obchodził usypisko, John przemknął chyłkiem na drugą stronę, tak aby nadal osłaniały go kamienie. Potem szybko zakradł się od tyłu do długowłosego strażnika, który był niższy od niego tylko o kilka centymetrów.
John trzymał w dłoni kawałek srebrnej taśmy, z jednej strony bardzo lepkiej, z drugiej bardzo śliskiej. Jedną ręką zakleił strażnikowi usta, a drugą wyrwał mu kij. Gdy odrzucał broń, oszołomiony mężczyzna obrócił się, mrucząc cicho, i zamachnął się pięścią. John wprawnie zatrzymał cios, po czym zamknął jego ramię w bolesnym uchwycie. Stanowczym ruchem chwycił przeciwnika za drugą rękę, a następnie skuł mu nadgarstki za plecami.
Ze środka pleców strażnika wyrosła trzecia ręka i złapała Johna za gardło. Czwarta zerwała resztki cienkiej koszulki, a potem zaczęła walczyć z taśmą przyklejoną na ustach. Ramiona skute kajdankami odpadły na kamienistą ziemię, a w ich miejsce pojawiły się nowe.
John kantem dłoni oswobodził się z uścisku mężczyzny, który trzymał go za gardło. Następnie cofnął się o parę kroków. Teraz obnażony do pasa strażnik miał już sześć rąk, z których dwie usiłowały zedrzeć taśmę z ust. Cztery pozostałe zacisnęły się w pięści.
John już od lat nie walczył ze zrzucajem. Ostatnio rzadko się ich widuje. Potrafią do woli mnożyć kończyny i się ich pozbywać, przez co praktycznie nie da się z nimi siłować.
Zanim zdążył odzyskać panowanie nad sobą, usłyszał świst. Obrócił się w stronę tego dźwięku, a wtedy otrzymał potężny cios w brzuch i aż się zwinął z bólu. Od kolejnego ciosu zatoczył się do tyłu i ledwo ustał na nogach.
Był oszołomiony, z nosa leciała mu krew. Przed nim pojawiła się Wietnamka. To najwidoczniej smuga, która przez moment potrafi poruszać się z niesamowitą prędkością, a przed następnym zrywem musi odpocząć. John zrozumiał, że stając naprzeciw zrzucaja i smugi, znalazł się w poważnym niebezpieczeństwie. Walka wręcz nie wchodziła w grę.
Zrzucaj skoczył po kij bejsbolowy. John spod płaszcza wyciągnął kuszę. Nie zamierzał jej używać. Mechanizm wyposażono w podwójne zabezpieczenie, przez co trudno było wystrzelić, jeśli ktoś nie wiedział jak. Gdy tylko dobył broni, Wietnamka, zgodnie z przewidywaniami, pomknęła ku niemu i wyszarpnęła mu ją z ręki. Wystawił nogę, by przeciąć domniemany tor ruchu smugi. Kobieta zderzyła się z golenią Johna, on przewrócił się na ziemię, a ona poleciała na stertę kamieni, wypuszczając kuszę.
Zrzucaj podniósł kij, gdy tymczasem John wyjął niewielki pistolet. Zmarszczył brwi. Miał nadzieję, że do tego nie dojdzie. Strzałki w tym pistolecie napełniono zjadliwą neurotoksyną, którą wyprodukował jego pracodawca. Przez niemal godzinę po zaaplikowaniu środka każdy skurcz mięśni powodował potworny ból, więc ruch był istną torturą.