Wojna córek. Prequel "Czarnego języka" - Christopher Buehlman

Kup ebooka

50.00 zł
42.50 zł (39,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Zoba­czy­łam swo­jego pierw­szego goblina tego samego dnia, co swój pierw­szy wrak okrętu.

Pod peł­nymi żaglami zmie­rza­łam na wojnę.

Pły­nę­łam, by zako­chać się w śmierci i w kró­lo­wej.

Pły­nę­łam, by stra­cić wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół i dwóch braci.

Mia­łam ujrzeć, jak potężne mia­sto upada pośród krwi i ognia, zdra­dzone przez fał­szy­wego boga.

Póź­niej roz­ka­zano mi, abym zgi­nęła na wyso­kim kamien­nym moście, ale nie dałam się nabrać.

Nie­do­bitki pierw­szej lanzy Kru­czych Ryce­rzy Jego Kró­lew­skiej Wyso­ko­ści nie zawio­dły.

To nie jest wesoła opo­wieść, ale praw­dziwa.

Nie mam czasu na kłam­stwa ani na kłam­ców.

* * *

Okręt, któ­rym pły­nę­łam, nazy­wał się Szty­let Kró­lo­wej Desz­czu. Był to woj­skowy trans­por­to­wiec wypa­ko­wany mię­sem dla gobli­nów, czyli świe­żymi żoł­nie­rzami, takimi jak ja. Prze­cie­kał i koły­sał się pod­czas sztor­mów, a na pokła­dzie tak śmier­działo, że nie dało się nie marsz­czyć nosa. Pró­bo­wa­łam tego nie robić, ponie­waż wtedy wygląda się wynio­śle, a poza tym koja­rzyło mi się to z pierw­szą żoną mojego ojca, Imeldą, która nie jest moją matką.

Tu roze­grała się bitwa.

Morze było wzbu­rzone i usiane masz­tami, bel­kami oraz płót­nem żaglo­wym. Tu i ówdzie pod falami pło­nęły ogni­ste meduzy, niczym małe słońca w otchłani. Tu i ówdzie uno­siły się ciała męż­czyzn i kobiet, cza­sem całe ich kłę­bo­wi­ska, oraz trupy gobli­nów.

Wszy­scy wcze­śniej widzie­li­śmy mar­twe gobliny. Ich ciała nie gniją, tylko kur­czą się, wysy­chają i tward­nieją. Muchy nie chcą mieć z nimi do czy­nie­nia i tylko naj­bar­dziej wygłod­niałe ptaki decy­dują się je dzio­bać. Rekiny oczy­wi­ście je zja­dają, ale one pożrą nawet drew­niane wio­sło, widzia­łam to na wła­sne oczy. Jako że ciała gobli­nów nie gniją, każdy, kto mógł, przy­wo­ził je do domu po ostat­nich dwóch woj­nach. Były chęt­nie wysta­wiane jako eks­po­naty w cyr­kach. Wyko­rzy­sty­wa­li­śmy wiele gobli­nich tru­pów pod­czas szko­leń, głów­nie po to, by bojowe kruki znie­na­wi­dziły kąsa­czy.

I nie­na­wi­dzą ich jak cho­lera.

Ale tam­tego dnia po raz pierw­szy widzia­łam żywego goblina.

Trzy­mał się kur­czowo toną­cej wyspy szcząt­ków.

Jedno trzeba gobli­nom przy­znać, są rów­nie brzyd­kie, jak wredne. Wyglą­dają, jakby chciały zjeść mięso z two­ich ud, i rze­czy­wi­ście tak jest. Ludzie nie są tak łatwi do przej­rze­nia -?wielu z nas ukrywa okrutną naturę pod maską piękna, bądź też nie­do­sko­na­ło­ści prze­sła­niają innym naszą dobroć.

Gobliny są uczci­wymi zabój­cami.

Są kurew­sko brzyd­kie.

Ten miał jakieś cztery stopy wzro­stu, czyli sporo w ich wypadku. Wyglą­dał na żegla­rza, sądząc po pro­stym juto­wym bez­rę­kaw­niku i spodniach z wełny albo z wło­sów pocho­dzą­cych z ludz­kich farm. Wtedy jesz­cze o nich nie wie­dzia­łam. Twarde ciało goblina było różowo-szare, z tej odle­gło­ści nie widzia­łam jego zębów -?cho­ciaż domy­śla­łam się, że są trój­kątne i tak ostre, że można się nimi golić -?ani opan­ce­rzo­nego prze­gu­bo­wego języka. Takie języki pozwa­lają im wyda­wać brzę­czące i zgrzy­tliwe dźwięki, które peł­nią rolę spół­gło­sek.

Ten kąsacz został poważ­nie ranny, a jego ręka utknęła mię­dzy dwoma frag­men­tami kadłuba. Nie był też sam. Wraku, który miaż­dżył ramię goblina, trzy­mała się ludzka kobieta. Miała włosy sple­cione w mary­nar­ski war­kocz i skó­rzane spodnie roz­sze­rzane na udach na żeglar­ską modłę. Uka­zała się naszym oczom, kiedy szczątki okrętu powoli się obró­ciły. Ona także odnio­sła rany, jej lniana koszula poczer­wie­niała po jed­nej stro­nie, ale żeglarka nie dbała o to.

Patrzyła na wroga.

-?Pomóż­cie jej! -?zawo­łała jedna z nas do kapi­tana.

Był to siwo­włosy sześć­dzie­się­cio­la­tek z fajką pełną rychło­li­ścia w ustach i w bez­kształt­nym czer­wo­nym kape­lu­szu na gło­wie. Wyglą­dał jak stary żeglarz z kawału. Kobieta, która do niego krzyk­nęła, przy­po­mi­nała zaś ryce­rza w swo­jej ele­ganc­kiej zbroi, a gdyby stała za bli­sko relingu pod­czas sztormu, skoń­czy­łaby jako piękna ozdoba na dnie morza.

-?Skrę­caj­cie, kurwa, i ura­tuj­cie ją! -?powtó­rzyła, wska­zu­jąc pal­cem.

Kapi­tan pokrę­cił głową i pyk­nął z fajki, wypusz­cza­jąc z ust dym razem ze sło­wami:

-?Nie możemy zwle­kać. Jeśli to nisz­czy­ciel kąsa­czy posłał na dno ten okręt, a sły­sza­łem plotki, że takowy pływa po tych wodach, to my możemy być następni.

Rycerka zro­zu­miała, że kapi­tan ma rację i dała spo­kój, za to trzej łucz­nicy na rufie zaczęli strze­lać do goblina. Pierw­sza salwa nie dosię­gła celu z powodu odle­gło­ści, ruchu trans­por­towca oraz obra­ca­nia się wraku, ale w końcu jedna ze strzał tra­fiła kąsa­cza w bio­dro, a on zachry­piał po swo­jemu. Trudno zapo­mnieć ten dźwięk. Żeglarka pod­peł­zła do goblina. Pra­wie się ześli­zgnęła, ale utrzy­mała rów­no­wagę. Kąsacz pró­bo­wał ją ugryźć, lecz bra­ko­wało mu szyb­ko­ści i siły. Przy­trzy­mała go za szyję, wyrwała mu strzałę z bio­dra i wbiła w oko, a następ­nie dla pew­no­ści nią pokrę­ciła.

Wstrzy­ma­łam oddech.

Widzia­łam prze­moc na placu tre­nin­go­wym -?wybite zęby, zakrwa­wione głowy, zła­mane palce. Nie były mi także obce krwawe zwy­czaje wie­śnia­ków - wie­sza­nie świń i jeleni na hakach, zabi­ja­nie cho­rego bydła, chło­sta­nie zło­dziei czy wie­sza­nie kłu­sow­ni­ków i dezer­te­rów. Ale to wbi­cie strzały gobli­nowi w oko i grze­ba­nie w jego mózgu były tak gwał­towne i bru­talne, że ogar­nął mnie lęk.

To nie poje­dy­nek w aka­de­mii ani bok­ser­ski mecz.

Pły­nę­li­śmy na pole bitwy.

Żoł­nie­rze na naszej i sąsied­niej łaj­bie zaczęli wiwa­to­wać. Trans­por­tow­ców było sporo, nie znam dokład­nej liczby, ale mie­li­śmy mało okrę­tów bojo­wych, do tego wyłącz­nie nie­wiel­kie. Stra­ci­li­śmy naszą naj­lep­szą eskortę, kró­lew­ski pan­cer­nik o nazwie Awan­tur­ni­czy Niedź­wiedź, który wpły­nął na gobliń­ską pułapkę i został skie­ro­wany do rege­ne­ra­cji.

Dopiero nasze wiwaty spra­wiły, że żeglarka nas zauwa­żyła. Muszę jej przy­znać, że nie bła­gała o ratu­nek. Poma­chała nam dło­nią ciemną od zie­lon­ka­wej krwi stwora.

Ludzie na pokła­dach ponow­nie zaczęli wiwa­to­wać i wołać "Niech cię bogo­wie bło­go­sła­wią!" albo "Niech cię strzeże Mith­re­nor". Jeden z mło­dych męż­czyzn na okrę­cie peł­nym kobiet krzyk­nął: "Wyjdź za mnie!".

-?Dobrze! -?odkrzyk­nęła sła­bym gło­sem.

Roz­le­gła się trze­cia fala wiwa­tów, jesz­cze potęż­niej­sza, ponie­waż wszy­scy widzie­li­śmy, że to była dzielna i dobra Span­thianka.

A potem nie­wielka wyspa poła­ma­nego drewna i lin jesz­cze raz pod­sko­czyła na falach i zato­nęła, zabie­ra­jąc ze sobą żeglarkę i goblina.

Wiwaty się urwały.

Wszy­scy uci­chli.

I tak zoba­czy­łam śmierć goblina i czło­wieka, jedną zaraz po dru­giej. Wiele razy myśla­łam o tym, jakie to zna­czące.

Nasze gatunki są sobie zaślu­bione w śmierci.

2

Od czasu do czasu pod­czas tej dłu­giej podróży przy­glą­da­łam się twa­rzom na naj­bliż­szym trans­por­towcu, wypa­tru­jąc mojego brata, Amiela, by do niego poma­chać. Doda­wało mi to otu­chy, a myślę, że jemu jesz­cze bar­dziej. Nie był wojow­ni­kiem i ta żegluga do oku­po­wa­nej Gal­lar­dii prze­ra­żała go jesz­cze bar­dziej niż innych nie­do­świad­czo­nych mło­dzień­ców, więź­niów i star­ców, z któ­rymi dzie­lił pokład.

Zoba­czy­łam go wkrótce po zaj­ściu z gobli­nem i kobietą.

Miał na sobie ele­gancki aksa­mitny dublet w szaro-sre­brzy­stym kolo­rze, a przy pasie nosił cere­mo­nialny miecz. Nie prze­szedł woj­sko­wych prób, ale jako syn księ­cia pod­le­gał obo­wiąz­kowi służby. Został więc nad­licz­bo­wym żoł­nie­rzem. Przy­dzie­lono go do cza­row­nika, by wyko­ny­wał wszyst­kie zada­nia, które zleci mu jego tym­cza­sowy pan.

Nie cho­dziło o byle cza­row­nika, który wywo­łuje nie­wiel­kie pożary, tka ilu­zje, warzy miło­sne mik­stury czy two­rzy tatu­aże nie­ko­niecz­nie chro­niące przed pomniej­szymi klą­twami. Fulvir był chyba naj­po­tęż­niej­szym magiem w Zie­miach Korony, a z pew­no­ścią naj­sil­niej­szym z tych, któ­rzy otwar­cie wal­czyli po naszej stro­nie. Gobliny znały go, oba­wiały się i pra­gnęły jego śmierci. Mój bra­ci­szek nie chciał walki, ale rów­nież zmie­rzał na wojnę, co wcale mi się nie podo­bało.

Dokład­niej przyj­rza­łam się Amie­lowi.

Co on ma we wło­sach?

Białe wstążki uro­dzi­nowe!

A więc był czwarty dzień Traw.

-?Co za poje­bane osiem­na­ste uro­dziny -?mruk­nę­łam.

-?Czyje? -?spy­tał kapi­tan. -?Twoje?

-?Na pewno nie twoje -?odpar­łam, a on roze­śmiał się sza­leń­czo, jak mieli w zwy­czaju żujący rychło­liść.

Nie mia­łam osiem­na­stu lat.

Wła­śnie skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia.

Amiel stał na dzio­bie swo­jego okrętu, Pani Gaju, i pisał coś na tabliczce, którą z tru­dem chro­nił przed roz­bry­zgami wody -?ocean wciąż był nie­spo­kojny. Wie­dzia­łam, że wymio­to­wał przez kilka dni po wypły­nię­ciu z Ispan­thii. Mnie rów­nież męczyła cho­roba mor­ska, ale tylko pierw­szego dnia. W takich chwi­lach naj­le­piej być na pokła­dzie. Ale dzi­siaj wyda­wało się, że jest w dobrej for­mie. Mar­twi­łam się o niego, jak mogłoby być ina­czej?

Był moim Chichúnem.

No cóż, naszym.

Wszy­scy nazy­wa­li­śmy go Grosz­kiem, ponie­waż jako jedyne z czwórki dzieci księ­cia Bragi uro­dził się łysy. Pozo­stali z nas przy­szli na świat z rzad­kimi czar­nymi wło­sami, które wkrótce wypa­dły, a następ­nie odro­sły znacz­nie gęst­sze. Chichún był mój. Pamię­tam, jak z tru­dem go nosi­łam, kiedy miał dwa latka, a ja zale­d­wie cztery. Opo­wia­da­łam wszyst­kim, że Chichún to moje dziecko.

Wtedy po raz ostatni pra­gnę­łam być matką.

Amiel nie tylko pisał -?wykrzy­ki­wał swój poemat w stronę del­fi­nów, które wyska­ki­wały z wody za stat­kiem. To był dobry tekst, o Mith­re­no­rze, bogu morza. Dłu­gie włosy Amiela powie­wały na wie­trze, dzięki czemu wyglą­dał bar­dzo roman­tycz­nie.

Co za pojeb wymy­ślił, żeby cią­gnąć takiego chłopca na wojnę?

No i dla­czego u boku cza­row­nika?

Wie­dzia­łam, że Fulvir, zwany Fulvi­rem Wią­żą­cym Bły­ska­wice, pomógł stwo­rzyć bojowe kruki, które teraz znaj­do­wały się w ładowni pod moimi nogami. Ze względu na uży­wa­nie cza­rów mie­sza­ją­cych kości nazy­wano go także Fulvi­rem Ojcem Wyna­tu­rzeń. Powia­dano, że jest obłą­kany, ale wszy­scy miesz­kańcy jego ojczy­zny, Mol­ro­vii, spra­wiali wra­że­nie czę­ściowo sza­lo­nych i mówili języ­kiem kłamstw. Dla­czego mój Amiel został przy­dzie­lony do takiego czło­wieka? Mógłby słu­żyć u naszego brata Pola, który był gene­ra­łem. Choć, gdyby dołą­czył do naj­star­szego brata, Migaéda, byłoby gorzej, ponie­waż ten... miał pro­blemy.

Zacią­gnę­łam się do eks­pe­ry­men­tal­nej jed­nostki, żeń­skiej pierw­szej lanzy Kru­czych Ryce­rzy Jego Kró­lew­skiej Wyso­ko­ści. Mia­ły­śmy spraw­dzić, czy nasze ptaki potra­fią zabi­jać gobliny. Cho­ciaż sta­ra­ły­śmy się je wytre­so­wać, na razie zdą­żyły poka­zać, że dosko­nale sobie radzą z zabi­ja­niem nas. Oczy­wi­ście moje ptaki jesz­cze mnie nie zamor­do­wały, ale widzia­łam, jak jeden kruk zabił swoją panią. Trzeba przy­znać, że zadał jej szybką śmierć, ale trudno było na to patrzeć, jeśli ktoś nie znał tajem­nic Panny Mło­dej.

Zauwa­ży­łam, że kilka włócz­ni­czek z Pani Gaju śmieje się nie­przy­chyl­nie, patrząc na Amiela recy­tu­ją­cego poezję. Ruszyły chwiej­nym kro­kiem w stronę dziobu. Wyraź­nie miały złe zamiary, a ja uzna­łam, że kobiety w ich wieku, które jesz­cze nie zostały pod­dane musz­trze, muszą być więź­niar­kami.

Wie­dzia­łam, że gło­śne gwiz­da­nie może być uży­teczne, więc nauczy­łam się tego już jako młoda dziew­czyna. Teraz zagwiz­da­łam i wiele osób na pokła­dzie obej­rzało się na mnie, wli­cza­jąc włócz­niczki. Pod­wi­nę­łam lewy rękaw, żeby poka­zać im tatuaż z mie­czem ople­cio­nym trzema kwia­tami. Zapewne byłam za daleko, żeby mogły poli­czyć kwiaty, ale roz­po­znały ten sym­bol i zro­zu­miały, że szko­li­łam się w sztuce Calar Bajat u arcy­mi­strza szer­mier­czego. Popa­trzy­łam na nie zna­cząco, dając im do zro­zu­mie­nia, że je zapa­mię­tam. Amiel dopiero teraz mnie zoba­czył i mi poma­chał. Opu­ści­łam rękaw i odpo­wie­dzia­łam na pozdro­wie­nie. Następ­nie posłał mi zama­szy­sty poca­łu­nek, który rów­nież odwza­jem­ni­łam, choć bar­dziej dys­kret­nie. Nie prze­pa­dam za wiel­kimi gestami, lubię kon­krety.

Włócz­niczki zna­la­zły sobie lep­szy cel.

Póź­niej pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć poemat, który wykrzy­ki­wał w stronę del­fi­nów, ale nie potra­fi­łam.

* * *

-?Co to za szcze­niak? -?spy­tała Ino­centa.

Będzie­cie czę­sto sły­szeć o Ino­cen­cie, mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, jeśli nie liczyć rodzeń­stwa. Była niż­sza ode mnie -?cho­ciaż wcale nie jestem wysoka -?za to krępa, o sil­nych rękach i nogach. Ludziom naj­bar­dziej zapa­dały w pamięć jej rude włosy, ponie­waż to rzadki kolor w Ispan­thii. Chyba że ktoś miał oka­zję wal­czyć z nią pod­czas szko­le­nia. Tacy szczę­śliwcy pamię­tali przede wszyst­kim, iż tak szybko wywi­jała topo­rem, że trzeba było stale obser­wo­wać jej ramiona, a nawet jeśli pra­wi­dłowo trzy­mało się tar­czę, ude­rzała w nią z taką mocą, że ręka drę­twiała aż po mostek, a kolejne ciosy nastę­po­wały po sobie tak szybko, jakby kla­skała w dło­nie. Mimo wszystko prze­waż­nie z nią wygry­wa­łam, cho­ciaż rza­dziej niż z pozo­sta­łymi. Ale to na szko­le­niu. Wola­ła­bym nie wal­czyć z nią na śmierć i życie. W Ino­cen­cie było coś zwie­rzę­cego.

-?To mój brat -?odpo­wie­dzia­łam.

-?Amiel.

-?Tak.

-?Wie­dzia­łam.

-?Skąd?

-?Ponie­waż ten drugi jest gene­ra­łem, a ten chło­pak ma w sobie tyle z gene­rała co moje cycki.

-?Mam trzech braci. A ty nie masz cyc­ków, odcię­łaś je.

-?Twoje też ode­tnę.

-?Może gdy­byś była szyb­sza.

-?Przy­po­mnę ci te słowa, kiedy będziesz je pod­no­sić z ziemi. Twój trzeci brat też jest gene­ra­łem?

Był sikst-gene­ra­łem, czyli nie dowo­dził woj­skiem, ale nosił ele­gancką zbroję bez żad­nych wgnie­ceń. Gene­ra­łem od bur­deli i pozo­wa­nia do por­tre­tów.

-?Nie takim praw­dzi­wym.

-?Czyli kim jest?

Przez chwilę zasta­na­wia­łam się, jak opi­sać Migaéda.

-?Pecho­wym hazar­dzi­stą.

Ktoś na pierw­szym trans­por­towcu zaczął wołać.

-?Zie­mia, zie­mia!

Zbli­ża­li­śmy się do brze­gów Gal­lar­dii.

Ino­centa popa­trzyła na hory­zont.

-?Jak my wszy­scy -?stwier­dziła.

3

Przed zej­ściem na ląd musia­ły­śmy nakar­mić ptaki.

Stają się nie­przy­jemne, gdy są głodne.

Kiedy otwo­rzy­łam właz i zaczę­łam scho­dzić w ciem­ność, ude­rzył mnie smród. Nie cho­dziło tylko o woń osiem­dzie­się­ciu ośmiu pta­ków, które przy­po­mi­nały kruki o roz­mia­rach jeleni -?do tego zdą­ży­ły­śmy przy­wyk­nąć. Nie cho­dziło także o odór ich odcho­dów, potę­go­wany przez cie­pło i brak świe­żego powie­trza. Nie, naj­gor­sze było ich poży­wie­nie, które gniło w becz­kach. Po kilku tygo­dniach na morzu kawałki mięsa kóz, owiec i psów, owoce i sple­śniałe her­bat­niki oraz ryby, które wpa­dły w nasze sieci, zmie­niły się w gulasz, jaki nawet dia­bły w pie­kle wsty­dzi­łyby się podać potę­pio­nym. Ale te pta­szy­ska, spo­krew­nione z kru­kami i gaw­ro­nami, w głębi serca były padli­no­żer­cami i miały żołądki mocne jak kowa­dła. Oczy­wi­ście wolały świeże mięso, a zwłasz­cza podroby, które naj­le­piej im słu­żyły, ale teraz, wygłod­niałe, pra­gnęły świństw kiszą­cych się w becz­kach.

Wie­dzia­łam, że będę musiała umyć ręce po ich nakar­mie­niu.

-?Jedze­nie -?ode­zwał się jeden z pta­ków typo­wym dla nich chra­pli­wym gło­sem.

Kilka kolej­nych mu zawtó­ro­wało. Któ­ryś nawet powie­dział "Galva" -?to mój przy­stoj­niak Bellu, chyba naj­sil­niej­szy z nich, cho­ciaż nie jestem obiek­tywna. Dal­ga­tha, moja chu­der­laczka, dodała: "dom Braga, Galva dom Braga", ponie­waż była naj­by­strzej­sza i potra­fiła zapa­mię­ty­wać dłu­gie imiona. Cza­sami zasta­na­wia­łam się, czy mój ojciec, Rode­rigu Ele­gius dom Braga, książę tej zamoż­nej pro­win­cji, oka­le­czony pod­czas pierw­szej gobliń­skiej wojny, poczułby się ura­żony, gdyby usły­szał nasze nazwi­sko wydo­by­wa­jące się z dzioba, który za chwilę miał spo­ży­wać coś tak paskud­nego. Może mniej ura­żony, niż gdyby zoba­czył, jak jego córka to coś ser­wuje.

Wto­czy­łam pierw­szą beczkę i zła­pa­łam za łopatę.

Pra­co­wa­ły­śmy z bojo­wymi kru­kami przez nie­mal rok, zacie­śnia­jąc więzi ze swo­imi parami, ale cza­sem się nimi wymie­nia­ły­śmy, by śmierć rycerki nie ozna­czała, że jej ptaki trzeba zabić. Kar­mi­ły­śmy kruki na zmianę, dzięki czemu wie­działy, że każda z nas jest przy­naj­mniej uży­teczna. Dla swo­ich wła­snych pta­ków były­śmy mie­szanką rodzica, nauczy­ciela i towa­rzy­sza broni. A przy­naj­mniej lubi­łam myśleć, że wła­śnie tak mnie postrzega moja parka, Bellu i Dal­ga­tha.

Albo cho­ciaż Bellu.

-?Galva to suka -?powie­dział Richu, zwa­rio­wany samiec Ino­centy.

Sły­sza­łam, jak go tego uczyła. Nie mia­łam jej za złe, ponie­waż sły­sza­łam także, jak Richu mówi: "Ino­centa to suka". Cza­sami miecz rani także swo­jego wła­ści­ciela. Richu naj­czę­ściej mówi: "Au", nie dla­tego, że coś go boli, ale dla­tego, że czę­sto powo­duje, iż ludzie wypo­wia­dają to słowo, więc się go nauczył. Lubi spra­wiać drobne cier­pie­nie. Oczy­wi­ście ostre, stward­niałe dzioby bojo­wych kru­ków są w sta­nie prze­bić kol­czugę i zedrzeć mię­sień z kości -?chwy­cić, wykrę­cić i szarp­nąć. Ptaki, które poważ­nie ata­kują swoje wła­ści­cielki, rze­czy­wi­ście się zabija, więc prze­ży­wają tylko te, które nie robią nam krzywdy, i one dobrze o tym wie­dzą. Ale Richu potrafi bole­śnie uszczyp­nąć przez skórę albo kol­czugę, spra­wia­jąc ból i pozo­sta­wia­jąc siny ślad. Czło­wiek wtedy wołał: "Au", a kruk mu wtó­ro­wał, jak przy­stało na okrut­nego zło­śli­wego idiotę. Pełne imię ptaka brzmiało Cen­se­ri­chu, ponie­waż czę­sto paskud­nie pier­dział, zasmra­dza­jąc oto­cze­nie niczym chło­pak z kadziel­nicą, cho­ciaż tego kadzi­dła nikt by nie kupił na rynku.

* * *

Zbli­żał się zmierzch i zosta­łam na pokła­dzie, zamiast zejść na dół, żeby grać w Polo­wa­nie na Damę z pozo­sta­łymi żoł­nier­kami lanzy, mimo że lubi­łam tę grę kar­cianą bar­dziej niż Wieże, które zmie­niają ludzi w dia­bły. Z powodu Wież roz­lewa się wiele krwi, widzia­łam to na wła­sne oczy. Nikt nie ginie pod­czas Polo­wa­nia na Damę, ponie­waż ni­gdy nie gra się w to na pie­nią­dze, przy­naj­mniej w dobrym towa­rzy­stwie.

Poza tym na pokła­dzie znaj­do­wała się nasza dowód­czyni, Nouva.

-?Piękny zachód słońca -?powie­działa, zapra­sza­jąc mnie do roz­mowy. Nie wolno nam zaga­dy­wać naszych prze­ło­żo­nych o try­wialne sprawy, ale jeśli to oni ode­zwą się pierwsi, możemy mówić swo­bod­nie, a ona wyświad­czyła mi tę przy­sługę. Zresztą miała rację, niebo zro­biło się fio­le­towe nad powierzch­nią morza, które wresz­cie się uspo­ko­iło i przy­po­mi­nało metal albo macicę per­łową. Tu i ówdzie uno­siły się obłoki. Nie jestem poetką jak Amiel, ale wie­dzia­łam, że takie niebo zasłu­gi­wało na jego słowa, a nie moje.

-?Bar­dzo piękny -?zgo­dzi­łam się.

Nouva także była piękna na swój spo­sób. Nie jak dzie­wica w kwiet­nej koro­nie i nie w roman­tycz­nym zna­cze­niu tego słowa, ale tak jak wła­ściwe narzę­dzie, które cie­szy oko robot­nika. Jej ciemna skóra i nie­bie­sko-czarne włosy wska­zy­wały na pocho­dze­nie z gór Ispan­thii, gdzie w ludziach wciąż pły­nie krew daw­nego impe­rium keshyc­kiego. Wyglą­dała jak drew­niana rzeźba o ostrych kościach policz­ko­wych i szla­chet­nym wąskim nosie. W mojej rodzi­nie rów­nież poja­wiają się takie cechy, ale mamy znacz­nie jaśniej­szą, roz­mytą kar­na­cję. Nasze oczy są pospo­li­cie nie­bie­skie, nie mają barwy cesar­skiego zło­ci­stego brązu.

Była ode mnie o dzie­sięć lat star­sza i wal­czyła w Woj­nie Mło­ca­rzy. Goblin odgryzł jej lewy kciuk, ale wciąż mogła trzy­mać tar­czę i swo­bod­nie dowo­dziła ludźmi. Jej ptaki nazy­wały się Żar­łok i Gwiz­dek. Żar­łok był nieco zbyt łagodny jak na tę pracę. Gwiz­dek wręcz prze­ciw­nie, podob­nie jak jego pani. Nouva ni­gdy nie wyszła za mąż, a raczej należy powie­dzieć, że poślu­biła miecz i tar­czę. Zasta­na­wia­łam się, czy ja też mogę podą­żyć taką ścieżką. Wola­ła­bym to od wyda­nia za jakie­goś zamor­skiego księ­cia, by pół tuzina razy wyć w połogu, a potem, jeśli to prze­żyję, nad­zo­ro­wać kucha­rzy i słu­żą­cych oraz przy­my­kać oko na zdrady i paskudne maniery męża, który będzie mnie kochał mniej niż swo­jego ogara.

Nouva Livias Monçera była lan­za­ma­churą, czyli główną włócz­niczką. Nie­wiele z nas używa włóczni, ale lanza to także oddział. Wybacz­cie, jeśli zanu­dzam was woj­skową gadką, posta­ram się tego nie robić. Ale kilka spraw domaga się wyja­śnie­nia. Kiedy mówię: "lanza", mam na myśli praw­dziwą włócz­nię albo jed­nostkę zło­żoną z pięć­dzie­się­ciu do stu żoł­nie­rzy. Kiedy mówię: "dagu­era", mogę mieć na myśli szty­let albo jed­nego z dowód­ców pod­le­ga­ją­cych lan­za­ma­chu­rze. Ino­centa była pierw­szą dagu­erą, kolejną w hie­rar­chii po Nouvie. Ja byłam drugą dagu­erą, cho­ciaż nie mia­łam doświad­cze­nia bojo­wego. Zapro­po­no­wano mi to sta­no­wi­sko ze względu na moje uro­dze­nie, ale gdy­bym inte­re­so­wała sie stop­niami woj­sko­wymi, nie zgło­si­ła­bym się do tej jed­nostki. To wła­ściwe, by dowo­dziła osoba, która brała udział w wal­kach. Dołą­czy­łam do tego kosz­mar­nego eks­pe­ry­mentu wbrew życze­niom ojca, by zapo­mnieć, że jestem córką księ­cia Bragi, a nie po to, by wyko­rzy­sty­wać to jako swoją prze­wagę.

Chcia­łam spraw­dzić swoje umie­jęt­no­ści i słu­żyć.

Pły­nę­łam do Gal­lar­dii, by zabi­jać gobliny, ponie­waż one zabiły nasze konie.

Nasza rodzina miała wiele koni, zanim gobliń­ska plaga, którą nazy­wamy chwiej­nicą, zupeł­nie jakby była czymś nie­po­waż­nym, nade­szła i zabrała je wszyst­kie. No cóż, pra­wie wszyst­kie.

-?Sły­sza­łam, że twój brat Pol po śmierci Jabata został trze­cim naj­waż­niej­szym czło­wie­kiem w całej Zachod­niej Armii.

-?Wysłał do mnie list, w któ­rym pisze to samo.

Mie­siąc temu prze­gra­li­śmy bitwę pod Orfay i to z kre­te­sem. Mój brat wie­dział o tym wię­cej niż inni i wszystko mi opi­sał. Dosta­łam jego list tuż przed wej­ściem na pokład. Oto jego treść.

Naj­droż­sza Galvito!

Jestem taki pod­eks­cy­to­wany, że znów Cię zoba­czę po tylu latach, choć oko­licz­no­ści oczy­wi­ście mogłyby być korzyst­niej­sze. Wiem, że nasze liczne obo­wiązki nie pozwolą nam spę­dzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli, ale zro­bię wszystko, co w mojej mocy, abyś mogła odwie­dzać mnie w namio­cie, gdy będzie to umoż­li­wiał nasz har­mo­no­gram. Jeśli mogę jakoś pomóc Tobie albo naszemu Grosz­kowi, pro­szę, daj mi znać za pośred­nic­twem dowol­nego woj­sko­wego gońca albo członka Gil­dii Goń­ców, jeśli tylko będą dostępni, a ja pokryję koszty.

Twoja flo­tylla ma przy­być do por­to­wego mia­steczka Espalle, które nie­dawno odbi­li­śmy. Nie­długo znaj­do­wało się w rękach gobli­nów, ale i tak przy­go­tuj się na to, co tam zoba­czysz. Kie­dyś to było ładne mia­sto i miej­scami wciąż takie jest, ale Nasi Przy­ja­ciele są mor­der­czą plagą, która nisz­czy wszystko, czego się dotknie, niech Sath ich spo­pieli.

Mam dla Cie­bie wie­ści.

Za sprawą god­nej poża­ło­wa­nia śmierci gene­rała Jabata, nie­zwy­kle dziel­nego czło­wieka, który słu­żył z ojcem w Woj­nie Ryce­rzy, w sta­rych dobrych cza­sach kawa­le­rii, kiedy wyprze­dza­li­śmy kąsa­czy na każ­dym polu bitwy i tra­to­wa­li­śmy ich kopy­tami, zosta­łem awan­so­wany z quarut-gene­rała na terce-gene­rała, a moje obo­wiązki znacz­nie się zwięk­szyły. Nie pra­gną­łem tego, ale król i jego Rada Fila­rów uwa­żają, że przyda się nieco mło­dej krwi i świe­żych pomy­słów. Nie czuję się ani młody, ani świeży, gdyż ciąży na mnie klę­ska pod Orfay. Czuję wstyd, a zara­zem ulgę, że moje oddziały przy­były za późno, w prze­ciw­nym razie był­bym mar­twy, tak jak Jabat i prima-gene­rał dom Lube­zan, główny dowódca zachod­nich armii. Lube­zana ma zastą­pić pewna terce-gene­rał, która odnio­sła kilka zwy­cięstw na wscho­dzie, osoba zasłu­żona, a nie wysoko uro­dzona, którą wszy­scy nazy­wają Prag­ma­tyczką.

Mam nadzieję, że zdoła coś zmie­nić.

Jeśli mam być szczery, prze­gry­wamy.

Orfay to była naj­więk­sza klę­ska od czasu Wojny Mło­ca­rzy.

W tym miej­scu prze­rwę i powiem, że druga wojna z gobli­nami, zwana Wojną Mło­ca­rzy, zapa­dła mi w pamięć, choć byłam zbyt młoda, by ją zoba­czyć.

Walki toczyły się głów­nie w Gal­lar­dii, podob­nie jak teraz, ale oczy­wi­ście roz­lały się także na Unther, Ispan­thię i inne Zie­mie Korony, które nazy­wamy Ludz­kimi Kra­inami. Mój ojciec, ze względu na to, kim jest, zawsze jako jeden z pierw­szych dowia­dy­wał się o poraż­kach naszych wojow­ni­ków, a było ich nie­mało.

Pamię­tam żółte tuniki chłop­ców z Gil­dii Goń­ców, któ­rzy poja­wiali się pod bramą posia­dło­ści, gdy byłam jesz­cze dziew­czynką. Przy­no­sili wie­ści prze­zna­czone dla mojego ojca, wypi­jali poje­dyn­czy łyk wody i gnali tam, gdzie aku­rat prze­by­wał. Można oce­nić pil­ność wia­do­mo­ści po tym, czy gońcy w upalny dzień zatrzy­mują się, by napić się wody, ochło­dzić i osu­szyć.

Oni tego nie robili, a ja po raz pierw­szy coś takiego widzia­łam.

Ale nie ostatni.

Pamię­tam, jak spy­ta­łam o to swoją hol­tyj­ską guwer­nantkę, Nunu. Wojna już trwała, a my wysła­li­śmy na front pierw­szych męż­czyzn, nawet dzieci o tym wie­działy. Ale jako że ini­cju­jący kon­flikt, zwany Wojną Ryce­rzy, skoń­czył się po naszej myśli, wszy­scy sądzili, że tym razem będzie podob­nie. Wtedy jesz­cze nie uży­wa­li­śmy nazwy Wojna Mło­ca­rzy, ponie­waż wciąż nie musie­li­śmy posy­łać do walki rol­ni­ków z cepami, by padali tru­pem jak ści­nane zboże.

Tak jak wielu dzie­ciom, śniły mi się gobliny.

Oczy­wi­ście wciąż mi się to zda­rza.

Ale teraz te sny są bar­dziej zgodne z prawdą.

-?Bała­byś się spo­tkać goblina, Nunu? -?spy­ta­łam tam­tego dnia, gdy poja­wili się pierwsi gońcy.

-?Ni­gdy żad­nego nie spo­tkam -?odparła moja guwer­nantka. -?Ty też nie.

-?Skąd wiesz?

-?Ponie­waż gobliny nie poja­wiają się w Ispan­thii. A zwłasz­cza w Bra­dze.

-?A jeśli to zro­bią?

-?Wtedy popeł­nią strasz­liwy błąd, ponie­waż twój ojciec je zabije.

-?Nie da rady ich zabić, prawda? Przez nie pod­piera się dwiema laskami.

-?Więc wyśle swo­ich ludzi, aby to zro­bili.

-?Tak jak to się dzieje w Gal­lar­dii?

-?Wła­śnie.

Wra­ca­jąc do listu, oto co Pol pisze w spra­wie Orfay:

Nasze woj­ska naj­pierw usły­szały dźwięk kar­nyksu, oso­bli­wego rogu, w który gobliny dmą, by nas wystra­szyć. Usły­sza­łem ten odgłos z daleka i cza­sem wciąż go sły­szę w noc­nych kosz­ma­rach.

Jeden z ich cza­row­ni­ków posłał w niebo gobliń­skie sym­bole, które spra­wiały, że nasi żoł­nie­rze źle się czuli. Nie był w sta­nie bez­po­śred­nio skrzyw­dzić naszej armii, odzia­nej w kol­czugi i sta­lowe zbroje, które tłu­mią magię, ale umie­ścił sym­bol wysoko na nie­bie. Zanim roze­szła się wieść, aby­śmy nie patrzyli w górę, jedna trze­cia naszej cięż­kiej pie­choty wymio­to­wała i nie mogła utrzy­mać się na nogach. Potem zaata­ko­wali nasze linie za pomocą ghalli, strasz­li­wych istot, które hodują z ludzi, zwięk­sza­jąc ich roz­miary i siłę. Są one blade jak ryby i na wpół ślepe, wyso­kie na osiem stóp i napo­jone myko­lo­gicz­nymi wywa­rami, mię­dzy innymi bożom­le­kiem, ich paskud­nym elik­si­rem roz­ko­szy, który zabar­wia białka oczu na żółto i znie­wala umysł. Wyobraź sobie te ważące ćwierć tony olbrzymy, które nie czują bólu, są opan­ce­rzone od stóp do głów i wyma­chują potęż­nymi mło­tami oraz dwu­ręcz­nymi mie­czami, jakich żadne z nas nie dałoby rady pod­nieść, a co dopiero uży­wać. Wbiły się w nasze oddziały w chwili, gdy chłopcy i dziew­częta wła­śnie zwra­cali śnia­da­nie i mieli nogi mięk­kie jak źdźbła traw. Kiedy sze­regi zostały roz­bite, poja­wiły się ostro­koły, rydwany cią­gnięte przez bojowe dziki i wypo­sa­żone w ostrza umiesz­czone na wyso­ko­ści pisz­czeli. Jechali nimi kąsa­cze, któ­rzy szyli z kusz lub dźgali włócz­niami. Sły­sza­łem, że uczy­cie się z nimi wal­czyć. Mamy nadzieję, że Wasze kruki będą potra­fiły ata­ko­wać je od flanki albo z nieba.

Na Satha Wszech­wi­dzą­cego, przyda nam się każda prze­waga.

Zbliża się kolejna bitwa. Wiel­kie mia­sto Gol­tay jest zagro­żone, a jeśli upad­nie, zgi­nie wię­cej ludzi niż na rów­ni­nach Orfay. Zachod­nia Armia poma­sze­ruje, by zapo­biec jego upad­kowi lub je odbić. To star­cie może zde­cy­do­wać o losach wojny i o tym, czy Gal­lar­dia zosta­nie wyzwo­lona, czy raczej Ispan­thia dołą­czy do niej w nie­woli.

Nie będę ukry­wał, że wolał­bym, abyś nie przy­je­chała.

Twoja ranga zapew­nia Ci pewne przy­wi­leje, król wie, że krew wiel­kich domów musi prze­trwać. Jestem prze­ko­nany, że jako jedyna zdatna do wyda­nia córka księ­cia znaj­dziesz dobrą par­tię, pomimo wra­że­nia, jakie zro­bi­łaś na synu króla Con­marra, gdy przy­je­chał zabie­gać o Twoje względy trzy lata temu.

Ponow­nie prze­rwę czy­ta­nie listu i wyja­śnię, że ten Dur­wain, trzeci syn króla Con­marra z Holtu, zacze­pił mnie w prze­rwie mię­dzy zaję­ciami w aka­de­mii szer­mier­czej Calar Bajat. Nale­gał, przy wspar­ciu mojego ojca, abym się z nim spo­tkała. Zapro­po­no­wał wspólny posi­łek nad pobli­ską rzeką. Potrak­to­wa­łam go grzecz­nie. Inni ucznio­wie oczy­wi­ście byli pod wra­że­niem jego wizyty, ponie­waż hol­tyj­scy ksią­żęta rzadko poja­wiali się w Ispan­thii. Spodo­bali mi się muzycy, któ­rych przy­wiózł ze sobą, a także to, w jaki spo­sób ze mną roz­ma­wiał, przy­naj­mniej na początku. Prze­piórka była smaczna. Cydr rów­nież nie naj­gor­szy, podob­nie jak jabł­kowa brandy, cho­ciaż wolę wino, ale hol­tyj­ski ziąb oszczę­dza tylko nie­przy­jem­nie kwa­śne wino­grona. Dur­wain powie­dział, że dosko­nale poro­zu­mie­wam się w jego mowie, a ja odpar­łam, że jeśli to prawda, to cała zasługa leży po stro­nie Nunu, mojej guwer­nantki, która pocho­dzi z Holtu. Pochwa­li­łam jego mię­towy kaftan z jedwa­biu, cał­kiem ele­gancki, jeśli kogoś obcho­dzą takie rze­czy. Kiedy odpra­wił muzy­ków, powie­działam, że powin­nam wró­cić do swo­jej sali sypial­nej. Nale­gał, abym została, więc nie­chęt­nie się zgo­dzi­łam. Kiedy wyko­rzy­stał moje nie­do­świad­cze­nie i pró­bo­wał się do mnie dobie­rać, stało się dla mnie jasne, że wię­cej czasu poświę­cił na sztukę uwo­dze­nia niż na walkę wręcz, gdyż jego mię­śnie były wątłe jak wstążki. Muszę mu przy­znać, że miej­sce nad rzeką, które wybrał, było uro­kliwe. Wciąż pamię­tam, jak pochy­lał się nad wodą i bro­czył krwią ze zła­ma­nego nosa obok roz­bi­tej butelki cydru i ślicz­nej wierzby. Pamię­tam także rosnące tam pałki i ostróżki. Wró­ci­łam do domu nie­tknięta, nie licząc drob­nego śladu na kola­nie po jego zębie, któ­rego potem podobno stra­cił.

Mój ojciec wysłał prze­pro­siny do króla Holtu, tłu­ma­cząc, że to przy­kre, iż książę pośli­zgnął się i zro­bił sobie krzywdę, a on powi­nien był go ostrzec, jak zdra­dliwy potrafi być ten brzeg rzeki. Król Con­marr odpo­wie­dział, że jego syn musi się nauczyć, jak odróż­niać suchy grunt od śli­skiego, i postę­po­wać odpo­wied­nio do terenu, na któ­rym się znaj­duje.

Dur­wain zgi­nął w zasadzce na początku trze­ciej wojny. Kolejna trzy­dziestka jego straż­ni­ków została wycięta w pień, gdy pró­bo­wali ochro­nić jego ciało przed zabra­niem.

Nie udało się im.

Wra­ca­jąc do listu Pola:

Sio­strzyczko, ni­gdy nie byłem w gor­szym miej­scu i nie piszę tego po to, by Cię wystra­szyć, ponie­waż wiem, że nie­ła­two to zro­bić, ale chcę szcze­rze i bez ozdob­ni­ków opi­sać, co Cię czeka. Kąsa­cze postrze­gają ludzi jako zwie­rzęta, a kiedy nas chwy­tają, nie oka­zują nawet odro­biny miło­sier­dzia, jakie my mamy wobec sie­bie pod­czas wojny. Nie żądają okupu od naszych rodzin, nie opa­trują naszych ran. Nie znaj­dziesz żad­nych rela­cji z pobytu w ich wię­zie­niach, ponie­waż przy­po­mi­nają one obory dla bydła i nikt z nich nie wraca. W mia­stach, które stra­ci­li­śmy pod­czas Wojny Mło­ca­rzy, a które nie zostały znisz­czone, obo­wią­zuje Prawo Hordy, czyli mogą one rzą­dzić się same, ale nie wolno w nich korzy­stać z broni, zbroi ani nawet meta­lo­wych narzę­dzi. Mia­sta te są zobo­wią­zane odda­wać poda­tek ze swo­jej popu­la­cji, prze­ka­zu­jąc jed­nego na dzie­więć miesz­kań­ców do ludz­kich farm, naj­le­piej osoby, które jesz­cze nie miały dzieci. Po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści płcio­wej każdy oby­wa­tel otrzy­muje cię­cie Hordy, gdy prze­cina się ścię­gno w udzie jego domi­nu­ją­cej nogi. Tak oka­le­czony czło­wiek może cho­dzić, pra­co­wać i upra­wiać zie­mię, ale ni­gdy nie będzie w sta­nie szybko bie­gać ani ska­kać. Długi marsz go wycień­czy, a ból nie pozwoli mu utrzy­mać rów­no­wagi. Jak więc widzisz, pod Pra­wem Hordy jeste­śmy jak udo­mo­wione bydło, które ma się samo żywić i roz­mna­żać. Każde mia­steczko, które nie speł­nia ocze­ki­wań kąsa­czy, jest natych­miast wyrzy­nane.

Dowódz­two zasta­na­wia się, dla­czego gobliny tym razem są tak nie­ustę­pliwe. Nie­któ­rzy uwa­żają, że na ludz­kich far­mach sze­rzy się zaraza nasie­nia, więc kąsa­cze szu­kają świe­żej krwi. Inni twier­dzą, że ich widzący poin­for­mo­wali Impe­ra­trix oraz jej radę gene­ra­łów, że woj­skowa prze­waga Hordy jest tym­cza­sowa, a ludzie wkrótce poczy­nią postępy w sztuce wojen­nej lub magii, lecz dopóki wróg ma nad nami prze­wagę w polu, Gal­lar­dia będzie oku­po­wana, a Ispan­thia musi się wykrwa­wiać.

Podoba mi się ta teo­ria i mam nadzieję, że to prawda.

Oczy­wi­ście Ispan­thia i pozo­stałe Dale­kie Sztan­dary wal­czą, by obro­nić te czę­ści Gal­lar­dii, które jesz­cze pozo­stają wolne. Nawet w takim miej­scu można zna­leźć drobne przy­jem­no­ści, co jest też moim udzia­łem. To była piękna kra­ina, może nawet pięk­niej­sza od Ispan­thii, jeśli wolno mi wygło­sić taką here­zję -?ale w miej­scach, które dotknęła wojna, kró­lują śmierć, znisz­cze­nie i cho­roby, a wśród oca­la­łych panuje nama­calna roz­pacz, która jest w sta­nie wnik­nąć w Twoje kości i ode­brać Ci pew­ność sie­bie.

Ale taka jest rola bogów, czyż nie?

Mają nas pod­no­sić, gdy jeste­śmy zła­mani, i umac­niać, gdy krwa­wimy wiarą.

Czeka nas ważne zada­nie, a dzięki świa­tłu i cie­płu Satha w naszych ser­cach jesz­cze możemy zwy­cię­żyć i ode­pchnąć Hordę co naj­mniej do gra­nic usta­no­wio­nych za sprawą ostat­niego trak­tatu, a być może nawet wyrzu­cić ją z Gal­lar­dii. Sath jest wiel­kim wro­giem gobli­nów, jego świa­tło pło­nie na obrze­żach ich ciem­no­ści i z pew­no­ścią je prze­pę­dzi, tak jak słońce, które po dłu­giej nocy odbiera to, co do niego należy. Nie­któ­rzy powia­dają, że Skarbce Tajem­nic w świą­ty­niach Satha kryją w sobie frag­menty samego słońca, które płoną chwałą, jaką mogą oglą­dać tylko kapłani. Sły­sza­łem pieśń o tym, że Sath pew­nego dnia uzna, iż wystar­cza­jąco się wycier­pie­li­śmy, i nauczy kapła­nów prze­ku­wać te frag­menty słońca w broń z ośle­pia­ją­cego świa­tła. Czy wła­śnie tego boją się gobliń­scy widzący?

Nie wiem, ile jesz­cze Gal­lar­dia może wycier­pieć.

Być może dźwiga naj­cięż­sze brze­mię, ponie­waż czci tak wielu innych bogów przed Sathem.

Być może wła­śnie dla­tego Ispan­thia wygrała Wojnę Ryce­rzy i mniej ucier­piała w Woj­nie Mło­ca­rzy -?my oczy­wi­ście też czcimy innych bogów, zwłasz­cza na wsi, ale przy­naj­mniej w cywi­li­zo­wa­nych miej­scach, takich jak nasza sza­cowna sto­lica Seveda, oraz w boga­tych kra­inach nad­zo­ro­wa­nych przez naszego ojca, Sath zasiada u szczytu stołu.

Wie­rzę, że z pomocą Jasnego możemy zwy­cię­żyć. Musimy. Cóż innego nam pozo­staje -?wyco­fać się do Ispan­thii i cze­kać, aż tam też po nas przyjdą? Zro­bią to, jeśli tutaj ich nie powstrzy­mamy. Przed zimą spró­bują prze­kro­czyć Błę­kitne Góry i zapro­wa­dzić Prawo Hordy w ispan­thiań­skich mia­stach, naj­pierw na pół­nocy, a potem wszę­dzie.

Rozu­miem potrzebę powo­ły­wa­nia kobiet, star­ców oraz osób o łagod­niej­szej natu­rze.

Ale wolał­bym wal­czyć, nie mar­twiąc się cały czas o Cie­bie i Chichúna.

Znajdź mnie, sio­strzyczko.

Wspo­mogę Cię, jak tylko będę potra­fił.

Twój na zawsze,

Pol dom Braga

Prze­czy­ta­łam wam ten list, ponie­waż Nouva zapy­tała mnie o awans mojego brata. Wróćmy teraz na pokład Szty­letu Kró­lo­wej Desz­czu, ostat­niego wie­czoru przed zej­ściem na ląd, pod­czas wyjąt­kowo pięk­nego zachodu słońca.

-?Pozna­łam go -?stwier­dziła Nouva, odno­sząc się do Pola.

-?Tak?

-?W Seve­dzie. Bar­dzo miły. Przy­po­mina mi Żar­łoka.

Roze­śmia­łam się, ponie­waż też dostrze­głam to podo­bień­stwo. Kruk Nouvy, Żar­łok, podob­nie jak mój brat był potężny i silny, ale nie zawsze wystar­cza­jąco szybki, by się obro­nić, gdy inne ptaki wal­czyły o prze­wagę. Ale uwa­ża­łam, że Pol może tylko awan­so­wać. W końcu był taki kom­pe­tentny i silny. Do tego uczciwy i praw­do­mówny, a takie cechy muszą wystar­czyć.

Jakże mało wie­dzia­łam o świe­cie.

* * *

Nouva i ja przez jakiś czas roz­ma­wia­ły­śmy. Nocne ptaki pokrzy­ki­wały, nie­znane istoty poru­szały się w wodzie, aż w końcu niebo stało się gra­na­towe i rów­nie ciemne jak morze. Dowód­czyni zeszła pod pokład do swo­ich twar­dych i dzi­kich pod­wład­nych, a ja zosta­łam z wia­trem i gwiaz­dami. Nocne niebo ni­gdzie nie wygląda tak, jak na morzu, cho­ciaż mówią to samo o pustyni, a ni­gdy żad­nej nie widzia­łam.

Nad hory­zon­tem na zacho­dzie lśniły Oczy Ner?ne, dwie gwiazdy koloru ame­ty­stu. Latem zawsze wzno­szą się wysoko na nie­bie. Ner?ne to naj­po­pu­lar­niej­sza z wielu bogiń, któ­rych domeną jest miłość, więc oczy­wi­ście pocho­dzi z Gal­lar­dii.

Gal­lar­dia była kra­iną sztuki, jedze­nia i rzeźby. Każdy sza­nu­jący się dwór zatrud­niał gal­lar­diań­skiego kucha­rza, por­tre­ci­stę lub instruk­tora tańca. Gleba ni­gdzie nie była rów­nie płodna i czarna, może za wyjąt­kiem Untheru. Wino ni­gdzie nie było tak smaczne, może poza nie­któ­rymi odmia­nami z Ispan­thii, które moim zda­niem nie mają sobie rów­nych. Ale wiem, że mogę nie być obiek­tywna. Naj­bar­dziej lubię wina tak ciemne, że aż nie­przej­rzy­ste, i tak wytrawne, że nie­mal palą gar­dło, a o takie cechy łatwiej w suchej, gorą­cej i brą­zo­wej Ispan­thii z jej kre­dową glebą.

Wina z Gal­lar­dii są lżej­sze i słod­sze, cho­ciaż nie­które z połu­dnia dorów­nują tym z mojej ojczy­zny. Według pie­śni tam­tej­sze wina należy spi­jać z ciał kochan­ków. W każ­dym więk­szym mie­ście stoją świą­ty­nie poświę­cone Ner?ne. Nie mają tam wła­snego boga wojny ani śmierci, lecz zapo­ży­czają te bóstwa od nas oraz Untheru i wysp Archi­pe­lagu Gun­nic­kiego.

Nic dziw­nego, że gobliny wyru­szyły do mięk­kiej i ślicz­nej Gal­lar­dii.

A teraz my też tam pły­nę­li­śmy.

4

Zawi­nę­li­śmy do Espalle, śred­niej wiel­ko­ści mia­steczka ze spo­kojną, głę­boką przy­sta­nią. Jej jaskrawo poma­lo­wane domy i posia­dło­ści wybu­do­wano na łagod­nych wzgó­rzach, które pół­księ­ży­cem obej­mo­wały zatokę. Po wschod­niej i zachod­niej czę­ści mia­sta urwi­ska Espalle bie­liły się na tle błę­kit­nego nieba i ciem­niej­szego morza. Na Wyspie Kra­bów na wscho­dzie wciąż wzno­siła się latar­nia mor­ska, która jed­nak już nie świe­ciła i nie ostrze­gała okrę­tów przed ska­łami, które nazy­wano Wdo­wimi Zębami. Ster­czały one z wody po dru­giej stro­nie wschod­niego klifu, widoczne z pokładu, ale nie z samego mia­steczka. Na zachod­nim urwi­sku zoba­czy­li­śmy for­tecę. Póź­niej dowie­dzie­li­śmy się, że zwą ją Bęb­nem i rze­czy­wi­ście wyglą­dała, jakby ktoś mocno w nią bił. Jej pół­nocna ściana się zawa­liła, pod­ko­pana przez sape­rów z gobliń­skiej Hordy, a wapienne mury były osma­lone w miej­scach, w któ­rych spło­nęły par­kany. Dalej na zacho­dzie zauwa­ży­łam amfi­te­atr, który pocho­dził jesz­cze z cza­sów keshyc­kich, a także dzi­waczne olbrzy­mie twa­rze.

Wyrzeź­biono je bez­po­śred­nio w zbo­czu góry; miały pro­ste rysy i za duże oczy. Zga­dy­wa­łam, że to dzieło daw­nych ple­mion, które żyły tutaj, zanim Kesh ruszył na pół­noc, budu­jąc drogi dla swo­ich słoni, nio­sąc mate­ma­tykę, naukę i per­spek­tywę w sztuce. Nie­da­leko mnie stała wojow­niczka z mojej lanzy i patrzyła na mnie tak, jakby wie­działa, że roz­my­ślam o tych rzeź­bach. To była Ali­senne, któ­rej ojciec pocho­dził z Gal­lar­dii i nale­żał do Gil­dii Goń­ców, a w mło­do­ści zasły­nął wygry­wa­niem wyści­gów. Byłam wyż­sza rangą, więc ode­zwa­łam się pierw­sza.

-?Wiesz, kim oni są?

-?Ryba­kami z Espalle. To dawni bogo­wie. Wpa­trują się w morze i cza­rami zapę­dzają ryby do sieci.

Mewy i rybi­twy krzy­czały, krą­żąc po nie­bie ponad urwi­skami.

-?Pew­nie kąsa­cze nie spę­dziły tu wystar­cza­jąco dużo czasu, by oczy­ścić gniazda -?zauwa­żyła Ali­senne. -?Gobliny nie­na­wi­dzą pta­ków. To jedna z nie­wielu rze­czy, któ­rych się boją.

Miała w tej kwe­stii doświad­cze­nie i zgło­siła się na ochot­nika do naszej lanzy. Naj­le­piej z nas posłu­gi­wała się łukiem, a poza tym jako pół­krwi Gal­lar­dianka, mogła się nam przy­słu­żyć jako poszu­ki­waczka i tłu­maczka.

Ino­centa się uśmiech­nęła. Miała paskudny uśmiech.

-?Tak, chęt­nie przed­sta­wię im nasze dzieci.

Pod pokła­dem kilka kru­ków gło­śno zakra­kało, jakby wie­działy, że to o nich mowa.

* * *

Zacu­mo­wa­li­śmy, mocno obi­ja­jąc się o pomost.

Zabra­nie pta­ków na brzeg nie było łatwe.

Kiedy zeszły­śmy po tra­pie, usta­wi­ły­śmy się na placu Kotwic, w cie­niu szu­bie­nic, na któ­rych wisieli stra­ceni prze­stępcy. Na tym samym placu liczni ranni cze­kali na trans­port do domu. Nękali nas róż­nej maści żebracy, kurwy, a nawet dzieci, które pró­bo­wały sprze­da­wać nam tali­zmany spo­rzą­dzone z gobli­nich zębów albo uple­cione z ich bez­barw­nych wło­sów. W końcu Nouva zła­mała nos natręt­nej męskiej dziwce i wtedy dali nam spo­kój. Wciąż pamię­tam, jak ście­rała maki­jaż z knykci, co bar­dzo roz­ba­wiło Ino­centę, a ja zasta­na­wia­łam się, czy facet nie zakry­wał nim jakiejś cho­roby skóry. Nouva potem pach­niała jego per­fu­mami, co także wzbu­dziło w Ino­cen­cie wielką weso­łość.

Szły­śmy czwór­kami po obu stro­nach kolumny kru­ków, ale gdy dotar­ły­śmy do węż­szych uli­czek, musia­ły­śmy się roz­dzie­lić, co było nie­zręczne.

Czter­dzie­ści osiem kobiet, osiem­dzie­siąt osiem pta­ków.

Więk­szość z nas miała po dwa kruki, ale nie­które tylko jed­nego.

Zaczę­ły­śmy ze stu pięć­dzie­się­cioma, ale nie­które ptaki zacho­ro­wały albo trzeba było je zabić -?pod­czas dłu­giego szko­le­nia w Galim­bu­rze jedna z nas została oka­le­czona, a inna zabita przez swo­jego kruka.

Oczy­wi­ście ludzie w mia­steczku, któ­rzy wyszli z ukry­cia, chcieli zoba­czyć ptaki. Już poje­dyn­czo robiły one duże wra­że­nie, ale kiedy gro­ma­dziły się i poru­szały w kolum­nie, wyglą­dały wprost olśnie­wa­jąco. Kiedy zamy­kam oczy, wciąż widzę ich czarne jak smoła pióra z nie­bie­skimi reflek­sami, potężne zakrzy­wione dzioby oraz napier­śniki, które nauczyły się tole­ro­wać -?nawet Richu pozwo­lił się tak ubrać. Napier­śniki lśniły w sil­nym świe­tle słońca. Ostrogi, które przy­twier­dzi­li­śmy pta­kom do łap, dzie­się­cio­ca­lowe ostrza, któ­rymi mogły posie­kać na kawałki wołu, czego byłam świad­kiem, także jasno świe­ciły. Jedną z róż­nic pomię­dzy tymi gigan­tycz­nymi bojo­wymi kru­kami a zwy­kłymi pta­kami, z któ­rych wyho­do­wali je nasi magicy, był spo­sób, w jaki cho­dziły. Kruki i wrony są nie­zdarne na ziemi, chwieją się jak starcy albo podry­gują. Ale naszym kru­kom zaszcze­piono nieco krwi bie­ga­ją­cych pta­ków z Axy, dzięki czemu wcale się nie chwiały.

Dum­nie kro­czyły.

Podob­nie jak gobliny, już na pierw­szy rzut oka wyglą­dały na zabój­ców.

Cza­sami igno­ranci pytają, czy ich dosia­damy. Nawet gdyby to było moż­liwe, raczej nie pozwo­li­łyby na takie upo­ko­rze­nie. Ich kości są na to za lek­kie, choć zara­zem zbyt cięż­kie, by kruki mogły latać. Ale mogą wyko­rzy­sty­wać skrzy­dła do robie­nia potęż­nych sko­ków.

Gdyby nawet pew­nego dnia wyho­do­wano więk­szego kruka, nie chcia­ła­bym go dosia­dać.

To nie są konie.

To nie są psy.

To corvi­scus i nie ma dru­gich takich istot.

Nikt nie wiwa­to­wał na nasz widok.

Wielu ludzi żebrało, ale nie mia­ły­śmy przy sobie jedze­nia, wszystko jechało na wozie razem ze zwy­kłym woj­skiem, które prze­ma­sze­ro­wało tędy wcze­śniej.

Trze­cia wojna wcho­dziła w swój trzeci rok.

Gal­lar­dia­nie musieli nie­wy­obra­żal­nie wiele wycier­pieć. Wszy­scy już przy­wy­kli do widoku powra­ca­ją­cych do domu żoł­nie­rzy -?zdru­zgo­ta­nych, popa­rzo­nych, bez nóg i pal­ców, ośle­pio­nych lub dopro­wa­dzo­nych do obłędu przez roz­ma­ite tru­ci­zny kąsa­czy.

Ale nie byłam gotowa na widok oka­le­czo­nych i bez­sil­nych dzieci.

Nie przy­wy­kłam do tak dotkli­wego głodu.

Nie­stety, głód nie był ich jedyną bolączką.

Wszyst­kim miesz­kań­com Espalle coś dole­gało. Kuleli przez pod­cięte ścię­gna, spra­wiali wra­że­nie sta­rych, nawet mali chłopcy i dziew­częta, albo mieli prze­rze­dzone włosy za sprawą smutku i cho­roby.

Tylko tro­chę mówię po gal­lar­diań­sku, ale że tutej­sza mowa jest spo­krew­niona z języ­kiem ispan­thiań­skim, co nieco rozu­miem, więc nie wszystko mi umy­kało. Zoba­czy­łam małego brzdąca z dużą różową bli­zną w miej­scu wło­sów, zupeł­nie jakby ktoś go oskal­po­wał.

Chło­piec spy­tał swoją matkę, dla­czego nie nie­siemy żad­nych sztan­da­rów.

-?To nie jest parada -?odpo­wie­działa i miała rację.

Odno­si­łam wra­że­nie, że usły­sza­łam w jej gło­sie odro­binę nadziei, gdy zoba­czyła ptaki. Cie­kawe, ile razy ta iskra zapło­nęła, by wkrótce zga­snąć. W Espalle mieli dobry port, więc nie­jedna armia scho­dziła tu na ląd i masze­ro­wała przez mia­sto. A ono i tak upa­dło.

Co pomoże nie­cała setka kru­ków i pięć­dzie­siątka kobiet, w więk­szo­ści zie­lo­nych jak trawa? Woj­skowi też się nad tym zasta­na­wiali. Nie­któ­rzy uwa­żali nasze ptaki za wielce obie­cu­jącą nową broń, jed­nak wśród dowód­ców wciąż nie bra­ko­wało ludzi sta­rej daty, któ­rym nie podo­bały się takie nowo­ści, jak rów­nież cał­ko­wi­cie kobiecy oddział. Nawet mię­dzy mia­sto­wymi kobie­tami-ofi­ce­rami nie bra­ko­wało wąt­pią­cych w magię, która stwo­rzyła nasze ptaki, a na wsi część ludzi potę­piała czary.

Ale miesz­kańcy Gal­lar­dii byli zbyt zde­spe­ro­wani, by przej­mo­wać się, jakie prawa, boskie czy natu­ralne, zła­mano, by stwo­rzyć kruki. A widząc nasze ptaki, nie mogli zakwe­stio­no­wać ich potęgi.

Pewna zde­cy­do­wa­nie za chuda dziew­czynka wyrwała dłoń z uści­sku matki i pode­szła do Bellu, zamie­rza­jąc pogła­skać go po dzio­bie. Mocno przy­trzy­ma­łam postro­nek i odcią­gnę­łam dziób ptaka, a matka w tej samej chwili pod­nio­sła dziew­czynkę, pomimo jej pro­te­stów. Mała rzu­ciła coś w rodzaju: "Nie, mamo, one mają nas ura­to­wać, są naszymi przy­ja­ciółmi!".

Bellu rze­czy­wi­ście był przy­jaź­nie nasta­wiony, jak na kruka, ale blada ręka dziew­czynki roz­mia­rem przy­po­mi­nała koń­czyny gobli­nów, które nasze ptaki nauczono szar­pać i kale­czyć, więc nie wie­dzia­łam, co się dzieje w gło­wie kruka, który zwró­cił zło­ci­ste oko w stronę dziecka i dwu­krot­nie zamru­gał.

Ale nie sko­czył na nią i to wystar­czyło.

-?Grzeczny Bellu, mój przy­stoj­niak.

Dal­ga­tha szarp­nęła swój postro­nek.

-?Ty też -?ode­zwa­łam się. -?Chu­der­laczka też jest grzeczna.

Cho­ciaż mia­łam opory, by nazy­wać ją Chu­der­laczką, zoba­czyw­szy oca­la­łych miesz­kań­ców Espalle.

* * *

Masze­ru­jąc, wypa­try­wa­łam Amiela.

Mia­łam nadzieję, że mag, do któ­rego go przy­dzie­lono, potrak­tuje go łagod­nie i pozwoli mu mnie odszu­kać. Nikt nie kazał mi dbać o jego bez­pie­czeń­stwo, sama pod­ję­łam się tego zada­nia. Obie­ca­łam to Sathowi i powie­dzia­łam mu, aby zabrał raczej mnie niż Amiela, jeśli jedno z nas musi umrzeć, lub pozwo­lił nam zgi­nąć razem, jeśli obojgu jest pisana śmierć. Ale Sath to mil­czący bóg, przy­naj­mniej wobec mnie, więc nie otrzy­ma­łam żad­nego znaku, czy przy­stał na moją pro­po­zy­cję. Cza­sami myśla­łam o tym, a potem spo­glą­da­łam w niebo, licząc, że zoba­czę jastrzę­bia bądź sokoła, które są jego wcie­le­niami. Raz wydało mi się, że widzę dużego jastrzę­bia, ale to był myszo­łów. Mia­łam nadzieję, że to przy­pa­dek, a nie znak. Mia­łam nadzieję, że Sath nie wie, że bar­dzo boję się śmierci, ale na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Pew­nie dla­tego nie wysłał sokoła, by pocie­szyć mnie, że mogę ochro­nić swo­jego Chichúna.

Budynki Espalle ucier­piały nie mniej od miesz­kań­ców.

Gobliny nie­na­wi­dzą syme­trii, więc przy każ­dej oka­zji ją zabu­rzają. Jeśli mogą bez trudu ode­rwać naroż­nik budynku, to tak zro­bią. Tu i ówdzie nie­gdyś ładne domy pochy­lały się i ziały dziu­rami. Jeśli drzwi znaj­do­wały się dokład­nie na środku fasady, gobliny wybi­jały tam otwór, by znisz­czyć rów­no­wagę. Sły­sza­łam o tym, ale teraz zoba­czy­łam to na wła­sne oczy. Na ład­nym drew­nia­nym łuku zro­biono dłu­gie wyżło­bie­nie, by popsuć kształt budowli. W innym miej­scu powa­lono drzewo, by zbu­rzyć krąg fon­tanny. Wszę­dzie walały się odpadki. Kawałki ople­cio­nych blusz­czem tre­liaży, które kie­dyś oka­lały alejki. Poła­mane strzały, bełty i poła­mane dra­biny, mar­twe bydło, mar­twe gobliny. Trupy miesz­kań­ców już uprzą­tano, a przy­naj­mniej się do tego przy­go­to­wy­wano.

Zoba­czy­łam swo­jego brata na dzie­dzińcu przed nie­gdyś ele­gancką, a teraz pozba­wioną naroż­ni­ków i do połowy spa­loną tawerną.

To nie był poeta Amiel.

To nie był gene­rał Pol.

Zoba­czy­łam Migaéda dom Bragę, który trzy­mał butelkę wina, pół godziny po połu­dniu, i mru­żył oczy, wpa­tru­jąc się w roz­ło­żone karty.

Grał w Wieże.

Migaéd był, jeśli mam być szczera, bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną, cho­ciaż ktoś doświad­czony mógł przej­rzeć tę fasadę. Jego uroda koja­rzyła się mi z war­stwą farby na budynku toczo­nym przez ter­mity. Na pewno zna­cie takich ludzi. Zawsze są zadłu­żeni, nie­za­leż­nie od tego, z jak zamoż­nej rodziny pocho­dzą, a w tym wypadku była ona bajecz­nie bogata. Zawsze zawo­dzą zaufa­nie roz­ko­cha­nej w nich osoby, na którą w oczy­wi­sty spo­sób nie zasłu­gują. Wasz pies ni­gdy ich nie lubi, a psom w takich kwe­stiach należy ufać. Wiem, że wbrew swoim zasa­dom mówię źle o krew­nych, ale można mówić prawdę o rodzi­nie oso­bom, które także do niej należą, a mnie zostało nie­wiele bli­skich osób.

Będzie­cie musieli wystar­czyć.

Wtedy jesz­cze nie zna­łam swo­jego naj­star­szego brata tak dobrze, jak mia­łam go poznać.

Wciąż go kocha­łam i ucie­szy­łam się na jego widok.

Poma­cha­łam, ale mnie nie zauwa­żył.

Dostrze­głam sztan­dar jego pułku z nazwą Szkar­łatna Kom­pa­nia Mie­cza i Konia zapi­saną zło­tymi lite­rami i rów­nie zło­tymi wize­run­kami konia sta­ją­cego dęba oraz mie­cza. Koja­rzyły mi się z her­bem rodu dom Braga, na któ­rym koń w koro­nie staje dęba nad szkie­le­tem. Tę jed­nostkę zało­żył nasz ojciec, spe­cjal­nie dla Migaéda i synów pomniej­szych szlach­ci­ców. Nie­ważne, że tak naprawdę nie mieli koni, a przy­naj­mniej mieli ich za mało i to wyłącz­nie kla­cze, zbyt stare do służby.

Wspo­mi­na­łam, że umiem gło­śno gwiz­dać, i teraz wła­śnie to zro­bi­łam.

Obok Migaéda, który miał na sobie dosko­nałą zbroję, sie­dział pulchny męż­czy­zna, rów­nież w dobrym pan­ce­rzu i z hanieb­nie far­bo­wa­nym wąsem. Pod­niósł na mnie wzrok znad kart i wytrzesz­czył oczy na widok pta­ków. Każdy z tych zamoż­nych mię­cza­ków tak na nas popa­trzył, podob­nie jak usłu­gu­jące im kobiety, zapewne miej­scowe, które odda­wały im się za pie­nią­dze. To nic dziw­nego w trud­nych cza­sach i nie można ich winić. Wydaje mi się raczej, że ci męż­czyźni powinni podzie­lić się z nimi sre­brem z lito­ści, zamiast je wyko­rzy­sty­wać, zwłasz­cza w obli­czu wła­snej rychłej śmierci. Uczono nas, że przed śmier­cią zro­zu­miemy, czego bogo­wie naprawdę od nas chcą. Wąt­pię, by nawet naj­gorsi z nich pra­gnęli, aby­śmy zmu­szali oka­le­czone wdowy i sie­roty do klę­ka­nia przed nami za pie­nią­dze.

Migaéd popa­trzył na mnie sen­nie, a ja ponow­nie do niego poma­cha­łam.

Zmru­żył oczy i wstał, cho­ciaż wciąż opie­rał się o jedną z beczek, która słu­żyła im za stół.

-?Galvita? -?zawo­łał, zdrab­nia­jąc moje imię, jak mieli w zwy­czaju, on i mój drugi brat, Pol, mimo że mia­łam dwa­dzie­ścia lat.

-?Tak! -?odpo­wie­dzia­łam. -?Znajdę cię, kiedy będę miała czas wolny!

-?Zacze­kaj -?rzekł i odszu­kał wzro­kiem Nouvę na czele naszej for­ma­cji. - Lan­za­ma­churo, jestem sixt-gene­rał Migaéd dom Braga i chcę poroz­ma­wiać ze swoją sio­strą. Zatrzy­maj tę jed­nostkę.

-?Stać -?zawo­łała Nouva i zaci­snęła zęby.

Migaéd nie był pierw­szą osobą, która nad­uży­wała swo­jego hono­ro­wego stop­nia. Sixt-gene­ra­ło­wie zazwy­czaj nie dowo­dzili regu­lar­nymi oddzia­łami i nie­mal zawsze byli mniej zarad­nymi dziećmi wpły­wo­wych panów. Mogli wyda­wać roz­kazy i dys­po­no­wali wła­sną świtą. Nosili ele­ganc­kie stroje, a nawet otrzy­my­wali medale, zazwy­czaj nie­za­słu­że­nie. To był dobry spo­sób na trzy­ma­nie pija­ków, hazar­dzi­stów i narwań­ców z waż­nych domów z dala od kło­po­tów w taki spo­sób, by nie ura­zić ich rodo­wej dumy. Wszy­scy w Zachod­niej Armii wie­dzieli, który syn z rodu dom Braga ma żelazo we krwi, i z pew­no­ścią nie cho­dziło o tego.

Ale jego rów­nież nale­żało słu­chać.

Czu­łam na karku wzrok swo­ich towa­rzy­szek, niczym dodat­kową por­cję sło­necz­nego żaru. Migaéd pod­szedł do mnie nie­spiesz­nie. Zatrzy­mał się w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków, onie­śmie­lony przez kruki. Zacie­ka­wiony Bellu nastro­szył pióra -?być może wie­dział, że ten drobny męż­czy­zna, który cuch­nął winem i dziw­kami, był spo­krew­niony z jego panią.

-?Podejdź, dagu­ero -?zwró­cił się do mnie, uży­wa­jąc mojego stop­nia. - Dagu­ero dom Braga -?dodał i roze­śmiał się bez powodu, a może dla­tego, że mój sto­pień był o wiele mniej zna­czący od nazwi­ska.

Cho­ciaż było mi wstyd, że Migaéd mar­nuje czas mojej lanzy i dowód­czyni, ogar­nęła mnie nostal­gia, gdy zbli­żył się i poczu­łam woń jego olej­ków z nutą piżma i cedru. Nagle znów mia­łam cztery latka, a on nosił mnie na ple­cach, uda­jąc mojego wierz­chowca. Mia­łam osiem lat i wła­śnie zaczy­na­łam lek­cje szer­mierki, a on z uda­waną powagą ści­skał moją dłoń, mówiąc, jakim dobrym będę żoł­nie­rzem. Kie­dyś w Dożynki przy­niósł kwiaty z pola i nazwał mnie Kró­lową Żniw, by popra­wić mi humor, gdy leża­łam w łóżku z gorączką. Już wtedy wie­dzia­łam, że szorstki dotyk jego nie­sta­ran­nie ogo­lo­nego policzka różni się od dotyku Pola albo ojca, gdy książę od wiel­kiego święta pozwa­lał, by córka go objęła. Zawsze czu­łam alko­hol w odde­chu Migaéda, ale jako dziew­czynka nie zda­wa­łam sobie sprawy, jakie zło może on spo­wo­do­wać. Wie­dzia­łam tylko, że kiedy mój brat do mnie mówi, czuję się doro­sła, wyjąt­kowa i warta wysłu­cha­nia.

To ważne dla każ­dego dziecka.

-?Sio­stro -?ode­zwał się.

-?Bra­cie -?odrze­kłam i ski­nę­łam głową. Kiedy znów na niego spoj­rza­łam, popro­si­łam go wzro­kiem, żeby się stresz­czał.

-?Jak widzisz, moi ludzie i ja zna­leź­li­śmy przy­jemną zacie­nioną tawernę, ukrytą przed upa­łem, a także beczułkę albo dwie gal­lar­diań­skiego wina. Tak dawno cię nie widzia­łem! Groźna z cie­bie wojow­niczka, prawda? Daj się namó­wić na obiad i kilka par­ty­jek Wież!

Otwo­rzy­łam usta, ale nie wydo­był się z nich żaden dźwięk.

Ode­zwała się Nouva.

-?Sixt-gene­rale, z całym sza­cun­kiem, ale teraz potrze­bu­jemy dagu­ery. Musimy zająć nasze kwa­tery i roz­mie­ścić ptaki. Będzie wolna wie­czo­rem.

Migaéd nie lubił, kiedy ktoś mu się sprze­ci­wiał. Nikt za tym nie prze­pada, ale warto umieć nie dawać tego po sobie poznać, tym­cza­sem twarz mojego brata wyra­żała pogardę. W końcu zdo­łał się uśmiech­nąć.

-?Wie­czo­rem już nie będę się trzy­mał na nogach -?odparł, potrzą­sa­jąc kie­li­chem.

Tar­cza dziadka wyko­nana z wio­sen­nego drewna ześli­zgnęła się z pniaka, o który została oparta, i upa­dła na zie­mię, a sta­lowy wzór dmu­cha­ją­cej burzo­wej twa­rzy odci­snął się na pia­sku. Wzdry­gnę­łam się na ten widok. Nie widzia­łam jej od lat, ale bar­dzo ją lubi­łam w dzie­ciń­stwie, kiedy wisiała na ścia­nie w naszej wiel­kiej sali. Cho­ciaż teraz zoba­czy­łam ją tylko przez chwilę, jestem prze­ko­nana, że ta chwila była ważna, niczym znak od bogów. Ta tar­cza ode­gra istotną rolę w naszej histo­rii, przyj­mie na sie­bie ukłu­cia włóczni, będzie świad­kiem kłótni i otrzyma krwawy odcisk dłoni.

W jej drew­nie jest zaklęty grom, a w metalu bły­ska­wica.

Jej wła­ści­cie­lem był Corlu dom Braga, ojciec mojego ojca, męż­czy­zna, który wolałby zgi­nąć niż zła­mać dane słowo. W Bra­dze uwiel­biano go za jego szcze­rość, bar­dziej niż króla w Seve­dzie za złoto i tytuły.

-?Daj spo­kój, lan­za­ma­churo, mogę wysłać z wami kilku chło­pa­ków, któ­rzy zro­bią wszystko, co należy do obo­wiąz­ków dagu­ery dom Bra­gu­ery... - Popa­trzył na Bellu i Dal­ga­thę, które odwza­jem­niły spoj­rze­nie, prze­krzy­wia­jąc głowy. -?...chyba że cho­dzi o te bestie, ale z pew­no­ścią macie wystar­cza­jąco dużo kobiet, które mogą się nimi zająć.

Widzia­łam, że jest o krok od tego, by zmie­nić tę prośbę w ofi­cjalny roz­kaz.

Ode­zwa­łam się tak cicho, by tylko on mnie usły­szał.

-?Pro­szę, bra­cie.

Skrzy­żo­wał ze mną spoj­rze­nia. Miał ład­nie ukształ­to­wane oczy, ale zmę­czone na sku­tek picia. Ich białka prze­ci­nały drobne czer­wone żyłki. Przez chwilę wpa­try­wał się we mnie, aż w końcu zro­zu­miał, że nie żar­tuję.

-?Na gorące dup­sko Satha -?rzu­cił. -?Widzę, dro­gie panie, że jeste­ście bar­dzo obo­wiąz­kowe, w dużej mie­rze dzięki tobie. Zali­czy­łaś test, sio­stro Dago-lago-brago. Idź słu­żyć swo­jemu kró­lowi, nie­chaj żyje tysiąc lat, a jego wąs o dzie­sięć wię­cej.

Gru­bas z fatal­nie ufar­bo­wa­nym zaro­stem gło­śno się roze­śmiał. Nosił dłu­gie czarne wąsy skrę­cone w kształt rogów, nie­wąt­pli­wie na podo­bień­stwo naszego suwe­rena, Kali­tha.

Bez­gło­śnie podzię­ko­wa­łam, a potem rze­kłam:

-?Znajdę cię wie­czo­rem, sixt-gene­rale dom Braga.

-?Zrób to -?odpo­wie­dział, a potem jakby na chwilę zapo­mniał, gdzie się znaj­duje. W końcu uśmiech­nął się i chwiej­nym kro­kiem wró­cił do prze­rwa­nej gry. Nouva roz­ka­zała nam ruszyć z miej­sca, więc poma­sze­ro­wa­łam przed sie­bie, muska­jąc dło­nią Bellu, ponie­waż dotyk jego piór doda­wał mi otu­chy.

Wie­dzia­łam, że jedna z kobiet w naszej lan­zie, Vega Char­nat, patrzy na mnie z nie­chę­cią. Trak­to­wała pogar­dli­wie wszystko poza piwem i bitką. Obej­rza­łam się i zło­wi­łam jej spoj­rze­nie. Miała małe oczka w potęż­nej gło­wie. Zdjęła hełm, jak więk­szość z nas, więc widzia­łam jej uszy bok­serki, pokie­re­szo­wane na uli­cach Galim­buru, dru­giego po Seve­dzie naj­więk­szego mia­sta Ispan­thii. Galim­bur to surowe mia­sto, for­teca pełna żoł­nie­rzy, kowali i ryma­rzy. Pocho­dzą stam­tąd wszy­scy naj­lepsi spe­cja­li­ści od walki wręcz.

Vega nie­na­wi­dziła mnie za to, że mam dwa ptaki -?jeden z jej kru­ków zdechł.

Nie­na­wi­dziła mnie za to, że poko­na­łam ją w szer­mier­czym poje­dynku.

Nie­na­wi­dziła mnie za to, że pocho­dzę z zamoż­nego domu i mam wysoko posta­wio­nych braci.

Wie­rzyła, że jest w sta­nie zbić mnie na kwa­śne jabłko swo­imi potęż­nymi pię­ściami, gdyby tylko udało jej się unik­nąć kary za ude­rze­nie osoby wyż­szej rangą i wyzwa­nia na ofi­cjalny poje­dy­nek, pod­czas któ­rego zabi­ła­bym ją swoim spadínem.

Jesz­cze do tego nie doszło, ale wie­dzia­łam, że nasz kon­flikt jest nie­unik­niony. Nie chcia­łam tego nie dla­tego, że bałam się dostać po gło­wie, cho­ciaż oczy­wi­ście to nic przy­jem­nego.

Po pro­stu była mi obo­jętna.

To męczące uże­rać się z kimś, kto uznaje nas za wroga, pod­czas gdy my w ogóle o nim nie myślimy.

Ale czę­sto wła­śnie dla­tego ten ktoś nas nie­na­wi­dzi.

5

Zakwa­te­ro­wano nas na daw­nym targu koni w Espalle, gdzie znaj­do­wały się liczne boksy dla naszych pta­ków. Mimo że minęło już tyle lat od zarazy, mia­sto nie zbu­rzyło swo­ich stajni. Gdyby to zro­bili, pogo­dzi­liby się z tym, że konie znik­nęły na zawsze, ponie­waż kilka pozo­sta­łych kla­czy było za sta­rych, by się oźre­bić, nawet gdyby zna­le­ziono gdzieś ogiera. Zarazę prze­żyły tylko cię­żarne kla­cze i to nie wszyst­kie.

Taka nostal­gia nie doty­czyła wyłącz­nie Espalle. W każ­dym mie­ście w Zie­miach Korony wciąż można zna­leźć staj­nie, słupki do wią­za­nia koni oraz koryta, cho­ciaż te ostat­nie oczy­wi­ście mogły słu­żyć także wołom, osłom i innym zwie­rzę­tom. Nie było mnie jesz­cze na świe­cie, kiedy chwiej­nica nade­szła z mia­sta Pig­de­nay na pół­nocy. Zwie­rzę, które zapa­dało na cho­robę, zaczy­nało zata­czać się, poty­kać i tra­cić rów­no­wagę. Wtedy naj­le­piej było je uśpić, ponie­waż koń­cowa faza cho­roby oka­zy­wała się bole­sna. Mózg puch­nął wewnątrz czaszki i zwie­rzę dosta­wało szału. Zaraza potrze­bo­wała nieco czasu, by się roz­prze­strze­nić. Konie, które poukry­wano, zacho­ro­wały dopiero po latach, a na nie­któ­rych uni­wer­sy­te­tach uważa się, że stało się tak dla­tego, że cho­roba kryje się także w cia­łach ludzi, choć nie wyrzą­dza nam krzywdy.

Zacho­wa­łam pewne wspo­mnie­nie, które może być snem, ale myślę, że doty­czy praw­dzi­wego wyda­rze­nia. Mia­łam może cztery latka, kiedy zoba­czy­łam trzy konie mojego ojca na polu o zmierz­chu. Dwa koły­sały się, jakby w rytm muzyki, którą tylko one mogły usły­szeć. Trzeci stał w pew­nym odda­le­niu i wyraź­nie się ich bał. Pozna­łam Idalę, czyli Gwiazdę. Kiedy cho­roba przy­była do Bragi, klacz aku­rat była cię­żarna, co zapew­niło jej ochronę. Jej źre­bię umarło. Idala to zwy­czajny koń, prze­zna­czony do jazdy, a nie na pole bitwy, ale ze względu na to, że prze­trwała, stała się nie­zwy­kle cenna.

Bar­dzo się przy­jaź­ni­ły­śmy, kiedy byłam mała, i jesz­cze coś o niej opo­wiem.

Nakar­mi­ły­śmy ptaki mię­sem z naszych stale kur­czą­cych się zapa­sów, a następ­nie umie­ści­ły­śmy je w bok­sach dla koni i posta­wi­ły­śmy na straży dwie kobiety, które miały je obser­wo­wać i nie dopu­ścić, by coś prze­skro­bały. Namioty sta­nęły w sali aukcyj­nej, która już nie miała dachu, choć na jej środku wciąż znaj­do­wała się duża rzeźba z brązu, przed­sta­wia­jąca konia sta­ją­cego dęba. Gobliny ją prze­wró­ciły, ale nie znisz­czyły. Usta­wi­ły­śmy posąg pod ścianą, a wiele z nas uca­ło­wało nogi tego pięk­nego stwo­rze­nia.

Kolej­nym pro­ble­mem oka­zała się kąpiel.

W mie­ście bra­ko­wało świe­żej wody, ponie­waż gobliny wrzu­cały oskro­bane różowe kości swo­ich ofiar do studni. Poza tym chęt­nie do nich srały. A przy­naj­mniej robiły to bli­żej wybrzeża, ponie­waż, w odróż­nie­niu od nas, mogą pić mor­ską wodę. Ali­senne dowie­działa się od oca­la­łych, że kąsa­cze wyko­rzy­sty­wały łaź­nię w Espalle jako swoją rzeź­nię, więc została ona ska­żona. Nawet gdyby tak nie było, przy­by­tek nie mógłby obsłu­żyć całej ispan­thiań­skiej armii. Jed­nym, co łączy Span­thian wszyst­kich sta­nów, jest pra­gnie­nie zacho­wa­nia czy­sto­ści. Jeśli chce­cie obra­zić Span­thianina, stań­cie obok niego z cuch­ną­cymi pachami lub kro­czem albo z tłu­stymi, nie­ucze­sa­nymi wło­sami. Pod­czas woj­sko­wej kam­pa­nii bądź na pokła­dzie okrętu jest to wyba­czalne, ale nie w porząd­nym mie­ście, które posiada jakieś zasoby.

Naj­gorsi w tej kwe­stii są Hol­tyj­czycy.

Póź­nym popo­łu­dniem zeszły­śmy nad morze, roze­bra­ły­śmy się i wyką­pa­ły­śmy, korzy­sta­jąc z kawa­łecz­ków mydła, które nasza kucharka, Ber­nuz, przy­go­to­wała dla nas z potażu, owczego łoju i oleju z rokit­nika. W wodzie pły­wało mnó­stwo śmieci, a w pew­nym momen­cie musia­ły­śmy ode­pchnąć kijem zwłoki jakie­goś męż­czy­zny. Kiedy znów nad­pły­nęły, Ino­centa skar­ciła trupa i powie­działa mu, że mię­dzy nimi koniec, więc powi­nien zosta­wić ją w spo­koju. Zawsze uwa­ża­łam ją za piękną kobietę, szcze­gól­nie wtedy, gdy uda­wało jej się mnie roz­śmie­szyć.

Ubra­ły­śmy się i napi­ły­śmy się wina na plaży, śpie­wa­jąc pio­senki. To był śliczny dzień, pomimo ota­cza­ją­cych nas śmierci i ruin. Nie­wiele rze­czy jest dla żoł­nie­rza tak ważne, jak znaj­do­wa­nie piękna w brzyd­kich miej­scach i humoru na łonie stra­chu.

Więk­szość z nas miała wolne. Nie chcia­łam odcho­dzić, ale zapo­wie­dzia­łam swo­jemu bratu Migaédowi, że się z nim spo­tkam, a to ważne, by zawsze wywią­zy­wać się z obiet­nic.

* * *

-?Leży nie­przy­tomny -?powie­dział mi gru­bas z fatal­nym wąsem, kiedy wró­ci­łam do tawerny.

Mia­łam trud­no­ści z przy­po­mnie­niem sobie, gdzie ona jest, ponie­waż ulice Espalle są wąskie i kręte, a ja pamię­ta­łam tylko szyld, na któ­rym wid­niał wilk albo pies, albo kiep­sko nary­so­wany kot oraz trzy gwiazdy. Dla­tego nie mogłam kie­ro­wać się nazwą. Póź­niej podą­ży­łam za odgło­sem pijac­kiego śmie­chu i w końcu zna­la­złam Szkar­łatną Kom­pa­nię Mie­cza i Konia, wciąż bez koni, choć wielu z tych gości ryczało jak osły. Podej­rze­wa­łam, że więk­szość z nich nie zna się na wojaczce, choć mieli w swo­ich sze­re­gach sporą liczbę żoł­nie­rzy z Bragi oraz kilku zagra­nicz­nych najem­ni­ków. Zwró­ci­łam uwagę na męż­czy­znę w pier­ście­nio­wym i skó­rza­nym pan­ce­rzu, suro­wego Gal­tyj­czyka, który trzy­mał się nie­da­leko ofi­ce­rów, ale nie prze­sa­dzał z trun­kami. Po bosych sto­pach i włóczni zorien­to­wa­łam się, że mam do czy­nie­nia ze straż­ni­kiem z Zim­nych Stóp -?oni czę­sto zatrud­niają się jako najem­nicy.

Gru­bas przed­sta­wił się jako Bolsu dom Gatán, więc ja rów­nież poda­łam mu swoje imię, cho­ciaż już je znał. Zauwa­ży­łam, że miał wyso­kiej jako­ści zbroję -?nie­mal tak dobrą jak Migaéd -?z efek­towną ryciną na napier­śniku przed­sta­wia­jącą dwa dziki o groź­nych kłach i osza­la­łych śle­piach sto­jące na tyl­nych nogach naprze­ciwko sie­bie, jakby szy­ko­wały się do walki. Przy­szło mi do głowy, że dzik to nie­for­tunny sym­bol w wypadku rodziny tłu­ścio­chów, ale uzna­łam, że to nie­godna myśl. Potem zauwa­ży­łam, że koł­nierz jego koszuli, który przy­po­mi­nał parę skrzy­de­łek nad ryn­gra­fem, jest lekko zapla­miony, jakby tuszem, i zda­łam sobie sprawę, że to barw­nik z wąsów musiał spły­nąć po jego szyi.

Mocno przy­gry­złam wnę­trze policzka, by zacho­wać powagę.

-?Mogę go zoba­czyć? -?spy­ta­łam.

-?Myślę, że nie będzie w tym niczego nie­sto­sow­nego, jeśli sio­stra obej­rzy ciało -?odpo­wie­dział albo użył jakichś innych wyszu­ka­nych słów, a następ­nie zawo­łał Pedru, słu­żą­cego mojego brata. Pedru był chłop­cem o szcze­rej twa­rzy i od razu go polu­bi­łam.

Zapro­wa­dził mnie do pokoju, w któ­rym cuch­nęło cie­płymi cia­łami oraz winem i gdzie w sła­bym świe­tle wpa­da­ją­cym przez okno dymiła lampa oliwna. Jakaś kobieta mniej wię­cej w moim wieku, a może młod­sza, wła­śnie się ubie­rała i począt­kowo nie popa­trzyła mi w oczy. Wtedy uzna­łam, że się wsty­dzi, i być może mia­łam rację, ale w końcu nie mogła wie­dzieć, że jestem sio­strą Migaéda, a w swo­jej zbroi i ze spadínem przy boku wyglą­da­łam na zabój­czy­nię.

Zanim odwró­ci­łam wzrok od jej nago­ści, dostrze­głam tuż nad jej kola­nem jaskra­wo­ró­żową bli­znę zgodną z Pra­wem Hordy. Pró­bo­wa­łam popa­trzeć na nią łagod­niej, ale chyba mi się nie udało. Nie jestem w tym dobra.

Ponow­nie zoba­czy­łam tar­czę dziadka, tym razem z bli­ska. Nazy­wano ją Ustami Burzy i była piękna, wyko­nana z różo­wego wio­sen­nego drewna i okuta wyso­kiej jako­ści meta­lem, któ­remu przy­da­łoby się pole­ro­wa­nie. Ostat­nio sta­łam tak bli­sko niej, kiedy wisiała nad pale­ni­skiem w wiel­kiej sali w naszej posia­dło­ści w Bra­dze. Pamię­tam, że bar­dzo mi się wtedy podo­bała meta­lowa rycina przed­sta­wia­jąca dmu­cha­jącą twarz z chmur o malut­kich ustach i zmarsz­czo­nych brwiach. Jak wiele rze­czy z mojego dzie­ciń­stwa teraz spra­wiała wra­że­nie mniej­szej niż we wspo­mnie­niach. Wtedy wyda­wała mi się tak wielka, że mogła stać się dachem domku albo nie­wielką łodzią. Kiedy wyje­cha­łam, żeby zgłę­biać taj­niki Calar Bajat, bar­dzo tęsk­ni­łam za domem. Czę­sto o nim śni­łam i w tych snach cza­sem poja­wiała się tar­cza. Wię­cej niż raz śniły mi się potwory pró­bu­jące dostać się do posia­dło­ści, a ja musia­łam przy­nieść tar­czę i lancę dziadka. Ale stwory zawsze dosta­wały się do domu przez pale­ni­sko i zanim byłam w sta­nie dotrzeć do głów­nej sali, sta­wały pomię­dzy mną a tar­czą. Budzi­łam się tuż przed tym, jak miały mnie pożreć, z mocno biją­cym ser­cem, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego jestem w inter­na­cie, a nie w swoim pokoju.

Ale tar­cza cza­sami poja­wiała się także w przy­jem­nych snach. W moim ulu­bio­nym, w lesie rosły malut­kie gru­sze, na któ­rych wisiały owoce wiel­ko­ści zia­re­nek pie­przu. Ale kiedy je zry­wa­łam, rosły i wypeł­niały całą moją dłoń, a ja je zja­da­łam. Jak wie­cie, wio­sen­nego drewna już pra­wie nie ma. Drzewa wycięto szyb­ciej, niż mogły odro­snąć, ponie­waż ich drewno pozo­staje żywe po ścię­ciu, więc samo się napra­wia, jeśli ma dostęp do świa­tła słońca i wody. Poza tym jest bar­dzo silne, ela­styczne i nie­mal cał­ko­wi­cie odporne na ogień. Kiedy je osma­lić, traci zdol­ność rege­ne­ra­cji, ale staje się jesz­cze tward­sze i lżej­sze, więc cza­sem wyko­rzy­stuje się je do budowy stat­ków. Ale naj­czę­ściej pozo­sta­wia się je w żyją­cej postaci. Więk­szość drzew zmie­niła się w woj­skowe okręty, ale z niektó­rych zro­biono zbroje albo pukle­rze.

Migaéd powi­nien lepiej dbać o tar­czę dziadka, tym­cza­sem pozwa­lał jej się walać na pod­ło­dze, a na domiar złego ani jej nie pole­ro­wał, ani nie oli­wił.

Kobieta skoń­czyła się ubie­rać i bez słowa ruszyła do drzwi. Niby co mia­łaby powie­dzieć?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki