1
Zobaczyłam swojego pierwszego goblina tego samego dnia, co swój pierwszy
wrak okrętu.
Pod pełnymi żaglami zmierzałam na wojnę.
Płynęłam, by zakochać się w śmierci i w królowej.
Płynęłam, by stracić wszystkich swoich przyjaciół i dwóch braci.
Miałam ujrzeć, jak potężne miasto upada pośród krwi i ognia, zdradzone
przez fałszywego boga.
Później rozkazano mi, abym zginęła na wysokim kamiennym moście, ale nie
dałam się nabrać.
Niedobitki pierwszej lanzy Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości
nie zawiodły.
To nie jest wesoła opowieść, ale prawdziwa.
Nie mam czasu na kłamstwa ani na kłamców.
* * *
Okręt, którym płynęłam, nazywał się Sztylet Królowej Deszczu. Był to
wojskowy transportowiec wypakowany mięsem dla goblinów, czyli świeżymi
żołnierzami, takimi jak ja. Przeciekał i kołysał się podczas sztormów, a na pokładzie tak śmierdziało, że nie dało się nie marszczyć nosa.
Próbowałam tego nie robić, ponieważ wtedy wygląda się wyniośle, a poza
tym kojarzyło mi się to z pierwszą żoną mojego ojca, Imeldą, która nie
jest moją matką.
Tu rozegrała się bitwa.
Morze było wzburzone i usiane masztami, belkami oraz płótnem żaglowym.
Tu i ówdzie pod falami płonęły ogniste meduzy, niczym małe słońca w otchłani. Tu i ówdzie unosiły się ciała mężczyzn i kobiet, czasem całe
ich kłębowiska, oraz trupy goblinów.
Wszyscy wcześniej widzieliśmy martwe gobliny. Ich ciała nie gniją, tylko
kurczą się, wysychają i twardnieją. Muchy nie chcą mieć z nimi do
czynienia i tylko najbardziej wygłodniałe ptaki decydują się je dziobać.
Rekiny oczywiście je zjadają, ale one pożrą nawet drewniane wiosło,
widziałam to na własne oczy. Jako że ciała goblinów nie gniją, każdy,
kto mógł, przywoził je do domu po ostatnich dwóch wojnach. Były chętnie
wystawiane jako eksponaty w cyrkach. Wykorzystywaliśmy wiele goblinich
trupów podczas szkoleń, głównie po to, by bojowe kruki znienawidziły
kąsaczy.
I nienawidzą ich jak cholera.
Ale tamtego dnia po raz pierwszy widziałam żywego goblina.
Trzymał się kurczowo tonącej wyspy szczątków.
Jedno trzeba goblinom przyznać, są równie brzydkie, jak wredne.
Wyglądają, jakby chciały zjeść mięso z twoich ud, i rzeczywiście tak
jest. Ludzie nie są tak łatwi do przejrzenia -?wielu z nas ukrywa
okrutną naturę pod maską piękna, bądź też niedoskonałości przesłaniają
innym naszą dobroć.
Gobliny są uczciwymi zabójcami.
Są kurewsko brzydkie.
Ten miał jakieś cztery stopy wzrostu, czyli sporo w ich wypadku.
Wyglądał na żeglarza, sądząc po prostym jutowym bezrękawniku i spodniach
z wełny albo z włosów pochodzących z ludzkich farm. Wtedy jeszcze o nich
nie wiedziałam. Twarde ciało goblina było różowo-szare, z tej odległości
nie widziałam jego zębów -?chociaż domyślałam się, że są trójkątne i tak
ostre, że można się nimi golić -?ani opancerzonego przegubowego języka.
Takie języki pozwalają im wydawać brzęczące i zgrzytliwe dźwięki, które
pełnią rolę spółgłosek.
Ten kąsacz został poważnie ranny, a jego ręka utknęła między dwoma
fragmentami kadłuba. Nie był też sam. Wraku, który miażdżył ramię
goblina, trzymała się ludzka kobieta. Miała włosy splecione w marynarski
warkocz i skórzane spodnie rozszerzane na udach na żeglarską modłę.
Ukazała się naszym oczom, kiedy szczątki okrętu powoli się obróciły. Ona
także odniosła rany, jej lniana koszula poczerwieniała po jednej
stronie, ale żeglarka nie dbała o to.
Patrzyła na wroga.
-?Pomóżcie jej! -?zawołała jedna z nas do kapitana.
Był to siwowłosy sześćdziesięciolatek z fajką pełną rychłoliścia w ustach i w bezkształtnym czerwonym kapeluszu na głowie. Wyglądał jak
stary żeglarz z kawału. Kobieta, która do niego krzyknęła, przypominała
zaś rycerza w swojej eleganckiej zbroi, a gdyby stała za blisko relingu
podczas sztormu, skończyłaby jako piękna ozdoba na dnie morza.
-?Skręcajcie, kurwa, i uratujcie ją! -?powtórzyła, wskazując palcem.
Kapitan pokręcił głową i pyknął z fajki, wypuszczając z ust dym razem ze
słowami:
-?Nie możemy zwlekać. Jeśli to niszczyciel kąsaczy posłał na dno ten
okręt, a słyszałem plotki, że takowy pływa po tych wodach, to my możemy
być następni.
Rycerka zrozumiała, że kapitan ma rację i dała spokój, za to trzej
łucznicy na rufie zaczęli strzelać do goblina. Pierwsza salwa nie
dosięgła celu z powodu odległości, ruchu transportowca oraz obracania
się wraku, ale w końcu jedna ze strzał trafiła kąsacza w biodro, a on
zachrypiał po swojemu. Trudno zapomnieć ten dźwięk. Żeglarka podpełzła
do goblina. Prawie się ześlizgnęła, ale utrzymała równowagę. Kąsacz
próbował ją ugryźć, lecz brakowało mu szybkości i siły. Przytrzymała go
za szyję, wyrwała mu strzałę z biodra i wbiła w oko, a następnie dla
pewności nią pokręciła.
Wstrzymałam oddech.
Widziałam przemoc na placu treningowym -?wybite zęby, zakrwawione głowy,
złamane palce. Nie były mi także obce krwawe zwyczaje wieśniaków -
wieszanie świń i jeleni na hakach, zabijanie chorego bydła, chłostanie
złodziei czy wieszanie kłusowników i dezerterów. Ale to wbicie strzały
goblinowi w oko i grzebanie w jego mózgu były tak gwałtowne i brutalne,
że ogarnął mnie lęk.
To nie pojedynek w akademii ani bokserski mecz.
Płynęliśmy na pole bitwy.
Żołnierze na naszej i sąsiedniej łajbie zaczęli wiwatować.
Transportowców było sporo, nie znam dokładnej liczby, ale mieliśmy mało
okrętów bojowych, do tego wyłącznie niewielkie. Straciliśmy naszą
najlepszą eskortę, królewski pancernik o nazwie Awanturniczy Niedźwiedź,
który wpłynął na goblińską pułapkę i został skierowany do regeneracji.
Dopiero nasze wiwaty sprawiły, że żeglarka nas zauważyła. Muszę jej
przyznać, że nie błagała o ratunek. Pomachała nam dłonią ciemną od
zielonkawej krwi stwora.
Ludzie na pokładach ponownie zaczęli wiwatować i wołać "Niech cię
bogowie błogosławią!" albo "Niech cię strzeże Mithrenor". Jeden z młodych mężczyzn na okręcie pełnym kobiet krzyknął: "Wyjdź za mnie!".
-?Dobrze! -?odkrzyknęła słabym głosem.
Rozległa się trzecia fala wiwatów, jeszcze potężniejsza, ponieważ
wszyscy widzieliśmy, że to była dzielna i dobra Spanthianka.
A potem niewielka wyspa połamanego drewna i lin jeszcze raz podskoczyła
na falach i zatonęła, zabierając ze sobą żeglarkę i goblina.
Wiwaty się urwały.
Wszyscy ucichli.
I tak zobaczyłam śmierć goblina i człowieka, jedną zaraz po drugiej.
Wiele razy myślałam o tym, jakie to znaczące.
Nasze gatunki są sobie zaślubione w śmierci.
2
Od czasu do czasu podczas tej długiej podróży przyglądałam się twarzom
na najbliższym transportowcu, wypatrując mojego brata, Amiela, by do
niego pomachać. Dodawało mi to otuchy, a myślę, że jemu jeszcze
bardziej. Nie był wojownikiem i ta żegluga do okupowanej Gallardii
przerażała go jeszcze bardziej niż innych niedoświadczonych młodzieńców,
więźniów i starców, z którymi dzielił pokład.
Zobaczyłam go wkrótce po zajściu z goblinem i kobietą.
Miał na sobie elegancki aksamitny dublet w szaro-srebrzystym kolorze, a przy pasie nosił ceremonialny miecz. Nie przeszedł wojskowych prób, ale
jako syn księcia podlegał obowiązkowi służby. Został więc nadliczbowym
żołnierzem. Przydzielono go do czarownika, by wykonywał wszystkie
zadania, które zleci mu jego tymczasowy pan.
Nie chodziło o byle czarownika, który wywołuje niewielkie pożary, tka
iluzje, warzy miłosne mikstury czy tworzy tatuaże niekoniecznie
chroniące przed pomniejszymi klątwami. Fulvir był chyba najpotężniejszym
magiem w Ziemiach Korony, a z pewnością najsilniejszym z tych, którzy
otwarcie walczyli po naszej stronie. Gobliny znały go, obawiały się i pragnęły jego śmierci. Mój braciszek nie chciał walki, ale również
zmierzał na wojnę, co wcale mi się nie podobało.
Dokładniej przyjrzałam się Amielowi.
Co on ma we włosach?
Białe wstążki urodzinowe!
A więc był czwarty dzień Traw.
-?Co za pojebane osiemnaste urodziny -?mruknęłam.
-?Czyje? -?spytał kapitan. -?Twoje?
-?Na pewno nie twoje -?odparłam, a on roześmiał się szaleńczo, jak mieli
w zwyczaju żujący rychłoliść.
Nie miałam osiemnastu lat.
Właśnie skończyłam dwadzieścia.
Amiel stał na dziobie swojego okrętu, Pani Gaju, i pisał coś na
tabliczce, którą z trudem chronił przed rozbryzgami wody -?ocean wciąż
był niespokojny. Wiedziałam, że wymiotował przez kilka dni po
wypłynięciu z Ispanthii. Mnie również męczyła choroba morska, ale tylko
pierwszego dnia. W takich chwilach najlepiej być na pokładzie. Ale
dzisiaj wydawało się, że jest w dobrej formie. Martwiłam się o niego,
jak mogłoby być inaczej?
Był moim Chichúnem.
No cóż, naszym.
Wszyscy nazywaliśmy go Groszkiem, ponieważ jako jedyne z czwórki dzieci
księcia Bragi urodził się łysy. Pozostali z nas przyszli na świat z rzadkimi czarnymi włosami, które wkrótce wypadły, a następnie odrosły
znacznie gęstsze. Chichún był mój. Pamiętam, jak z trudem go nosiłam,
kiedy miał dwa latka, a ja zaledwie cztery. Opowiadałam wszystkim, że
Chichún to moje dziecko.
Wtedy po raz ostatni pragnęłam być matką.
Amiel nie tylko pisał -?wykrzykiwał swój poemat w stronę delfinów, które
wyskakiwały z wody za statkiem. To był dobry tekst, o Mithrenorze, bogu
morza. Długie włosy Amiela powiewały na wietrze, dzięki czemu wyglądał
bardzo romantycznie.
Co za pojeb wymyślił, żeby ciągnąć takiego chłopca na wojnę?
No i dlaczego u boku czarownika?
Wiedziałam, że Fulvir, zwany Fulvirem Wiążącym Błyskawice, pomógł
stworzyć bojowe kruki, które teraz znajdowały się w ładowni pod moimi
nogami. Ze względu na używanie czarów mieszających kości nazywano go
także Fulvirem Ojcem Wynaturzeń. Powiadano, że jest obłąkany, ale
wszyscy mieszkańcy jego ojczyzny, Molrovii, sprawiali wrażenie częściowo
szalonych i mówili językiem kłamstw. Dlaczego mój Amiel został
przydzielony do takiego człowieka? Mógłby służyć u naszego brata Pola,
który był generałem. Choć, gdyby dołączył do najstarszego brata,
Migaéda, byłoby gorzej, ponieważ ten... miał problemy.
Zaciągnęłam się do eksperymentalnej jednostki, żeńskiej pierwszej lanzy
Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości. Miałyśmy sprawdzić, czy
nasze ptaki potrafią zabijać gobliny. Chociaż starałyśmy się je
wytresować, na razie zdążyły pokazać, że doskonale sobie radzą z zabijaniem nas. Oczywiście moje ptaki jeszcze mnie nie zamordowały, ale
widziałam, jak jeden kruk zabił swoją panią. Trzeba przyznać, że zadał
jej szybką śmierć, ale trudno było na to patrzeć, jeśli ktoś nie znał
tajemnic Panny Młodej.
Zauważyłam, że kilka włóczniczek z Pani Gaju śmieje się nieprzychylnie,
patrząc na Amiela recytującego poezję. Ruszyły chwiejnym krokiem w stronę dziobu. Wyraźnie miały złe zamiary, a ja uznałam, że kobiety w ich wieku, które jeszcze nie zostały poddane musztrze, muszą być
więźniarkami.
Wiedziałam, że głośne gwizdanie może być użyteczne, więc nauczyłam się
tego już jako młoda dziewczyna. Teraz zagwizdałam i wiele osób na
pokładzie obejrzało się na mnie, wliczając włóczniczki. Podwinęłam lewy
rękaw, żeby pokazać im tatuaż z mieczem oplecionym trzema kwiatami.
Zapewne byłam za daleko, żeby mogły policzyć kwiaty, ale rozpoznały ten
symbol i zrozumiały, że szkoliłam się w sztuce Calar Bajat u arcymistrza
szermierczego. Popatrzyłam na nie znacząco, dając im do zrozumienia, że
je zapamiętam. Amiel dopiero teraz mnie zobaczył i mi pomachał.
Opuściłam rękaw i odpowiedziałam na pozdrowienie. Następnie posłał mi
zamaszysty pocałunek, który również odwzajemniłam, choć bardziej
dyskretnie. Nie przepadam za wielkimi gestami, lubię konkrety.
Włóczniczki znalazły sobie lepszy cel.
Później próbowałam sobie przypomnieć poemat, który wykrzykiwał w stronę
delfinów, ale nie potrafiłam.
* * *
-?Co to za szczeniak? -?spytała Inocenta.
Będziecie często słyszeć o Inocencie, mojej najlepszej przyjaciółce,
jeśli nie liczyć rodzeństwa. Była niższa ode mnie -?chociaż wcale nie
jestem wysoka -?za to krępa, o silnych rękach i nogach. Ludziom
najbardziej zapadały w pamięć jej rude włosy, ponieważ to rzadki kolor w Ispanthii. Chyba że ktoś miał okazję walczyć z nią podczas szkolenia.
Tacy szczęśliwcy pamiętali przede wszystkim, iż tak szybko wywijała
toporem, że trzeba było stale obserwować jej ramiona, a nawet jeśli
prawidłowo trzymało się tarczę, uderzała w nią z taką mocą, że ręka
drętwiała aż po mostek, a kolejne ciosy następowały po sobie tak szybko,
jakby klaskała w dłonie. Mimo wszystko przeważnie z nią wygrywałam,
chociaż rzadziej niż z pozostałymi. Ale to na szkoleniu. Wolałabym nie
walczyć z nią na śmierć i życie. W Inocencie było coś zwierzęcego.
-?To mój brat -?odpowiedziałam.
-?Amiel.
-?Tak.
-?Wiedziałam.
-?Skąd?
-?Ponieważ ten drugi jest generałem, a ten chłopak ma w sobie tyle z generała co moje cycki.
-?Mam trzech braci. A ty nie masz cycków, odcięłaś je.
-?Twoje też odetnę.
-?Może gdybyś była szybsza.
-?Przypomnę ci te słowa, kiedy będziesz je podnosić z ziemi. Twój trzeci
brat też jest generałem?
Był sikst-generałem, czyli nie dowodził wojskiem, ale nosił elegancką
zbroję bez żadnych wgnieceń. Generałem od burdeli i pozowania do
portretów.
-?Nie takim prawdziwym.
-?Czyli kim jest?
Przez chwilę zastanawiałam się, jak opisać Migaéda.
-?Pechowym hazardzistą.
Ktoś na pierwszym transportowcu zaczął wołać.
-?Ziemia, ziemia!
Zbliżaliśmy się do brzegów Gallardii.
Inocenta popatrzyła na horyzont.
-?Jak my wszyscy -?stwierdziła.
3
Przed zejściem na ląd musiałyśmy nakarmić ptaki.
Stają się nieprzyjemne, gdy są głodne.
Kiedy otworzyłam właz i zaczęłam schodzić w ciemność, uderzył mnie
smród. Nie chodziło tylko o woń osiemdziesięciu ośmiu ptaków, które
przypominały kruki o rozmiarach jeleni -?do tego zdążyłyśmy przywyknąć.
Nie chodziło także o odór ich odchodów, potęgowany przez ciepło i brak
świeżego powietrza. Nie, najgorsze było ich pożywienie, które gniło w beczkach. Po kilku tygodniach na morzu kawałki mięsa kóz, owiec i psów,
owoce i spleśniałe herbatniki oraz ryby, które wpadły w nasze sieci,
zmieniły się w gulasz, jaki nawet diabły w piekle wstydziłyby się podać
potępionym. Ale te ptaszyska, spokrewnione z krukami i gawronami, w głębi serca były padlinożercami i miały żołądki mocne jak kowadła.
Oczywiście wolały świeże mięso, a zwłaszcza podroby, które najlepiej im
służyły, ale teraz, wygłodniałe, pragnęły świństw kiszących się w beczkach.
Wiedziałam, że będę musiała umyć ręce po ich nakarmieniu.
-?Jedzenie -?odezwał się jeden z ptaków typowym dla nich chrapliwym
głosem.
Kilka kolejnych mu zawtórowało. Któryś nawet powiedział "Galva" -?to mój
przystojniak Bellu, chyba najsilniejszy z nich, chociaż nie jestem
obiektywna. Dalgatha, moja chuderlaczka, dodała: "dom Braga, Galva dom
Braga", ponieważ była najbystrzejsza i potrafiła zapamiętywać długie
imiona. Czasami zastanawiałam się, czy mój ojciec, Roderigu Elegius dom
Braga, książę tej zamożnej prowincji, okaleczony podczas pierwszej
goblińskiej wojny, poczułby się urażony, gdyby usłyszał nasze nazwisko
wydobywające się z dzioba, który za chwilę miał spożywać coś tak
paskudnego. Może mniej urażony, niż gdyby zobaczył, jak jego córka to
coś serwuje.
Wtoczyłam pierwszą beczkę i złapałam za łopatę.
Pracowałyśmy z bojowymi krukami przez niemal rok, zacieśniając więzi ze
swoimi parami, ale czasem się nimi wymieniałyśmy, by śmierć rycerki nie
oznaczała, że jej ptaki trzeba zabić. Karmiłyśmy kruki na zmianę, dzięki
czemu wiedziały, że każda z nas jest przynajmniej użyteczna. Dla swoich
własnych ptaków byłyśmy mieszanką rodzica, nauczyciela i towarzysza
broni. A przynajmniej lubiłam myśleć, że właśnie tak mnie postrzega moja
parka, Bellu i Dalgatha.
Albo chociaż Bellu.
-?Galva to suka -?powiedział Richu, zwariowany samiec Inocenty.
Słyszałam, jak go tego uczyła. Nie miałam jej za złe, ponieważ słyszałam
także, jak Richu mówi: "Inocenta to suka". Czasami miecz rani także
swojego właściciela. Richu najczęściej mówi: "Au", nie dlatego, że coś
go boli, ale dlatego, że często powoduje, iż ludzie wypowiadają to
słowo, więc się go nauczył. Lubi sprawiać drobne cierpienie. Oczywiście
ostre, stwardniałe dzioby bojowych kruków są w stanie przebić kolczugę i zedrzeć mięsień z kości -?chwycić, wykręcić i szarpnąć. Ptaki, które
poważnie atakują swoje właścicielki, rzeczywiście się zabija, więc
przeżywają tylko te, które nie robią nam krzywdy, i one dobrze o tym
wiedzą. Ale Richu potrafi boleśnie uszczypnąć przez skórę albo kolczugę,
sprawiając ból i pozostawiając siny ślad. Człowiek wtedy wołał: "Au", a kruk mu wtórował, jak przystało na okrutnego złośliwego idiotę. Pełne
imię ptaka brzmiało Censerichu, ponieważ często paskudnie pierdział,
zasmradzając otoczenie niczym chłopak z kadzielnicą, chociaż tego
kadzidła nikt by nie kupił na rynku.
* * *
Zbliżał się zmierzch i zostałam na pokładzie, zamiast zejść na dół, żeby
grać w Polowanie na Damę z pozostałymi żołnierkami lanzy, mimo że
lubiłam tę grę karcianą bardziej niż Wieże, które zmieniają ludzi w diabły. Z powodu Wież rozlewa się wiele krwi, widziałam to na własne
oczy. Nikt nie ginie podczas Polowania na Damę, ponieważ nigdy nie gra
się w to na pieniądze, przynajmniej w dobrym towarzystwie.
Poza tym na pokładzie znajdowała się nasza dowódczyni, Nouva.
-?Piękny zachód słońca -?powiedziała, zapraszając mnie do rozmowy. Nie
wolno nam zagadywać naszych przełożonych o trywialne sprawy, ale jeśli
to oni odezwą się pierwsi, możemy mówić swobodnie, a ona wyświadczyła mi
tę przysługę. Zresztą miała rację, niebo zrobiło się fioletowe nad
powierzchnią morza, które wreszcie się uspokoiło i przypominało metal
albo macicę perłową. Tu i ówdzie unosiły się obłoki. Nie jestem poetką
jak Amiel, ale wiedziałam, że takie niebo zasługiwało na jego słowa, a nie moje.
-?Bardzo piękny -?zgodziłam się.
Nouva także była piękna na swój sposób. Nie jak dziewica w kwietnej
koronie i nie w romantycznym znaczeniu tego słowa, ale tak jak właściwe
narzędzie, które cieszy oko robotnika. Jej ciemna skóra i niebiesko-czarne włosy wskazywały na pochodzenie z gór Ispanthii, gdzie
w ludziach wciąż płynie krew dawnego imperium keshyckiego. Wyglądała jak
drewniana rzeźba o ostrych kościach policzkowych i szlachetnym wąskim
nosie. W mojej rodzinie również pojawiają się takie cechy, ale mamy
znacznie jaśniejszą, rozmytą karnację. Nasze oczy są pospolicie
niebieskie, nie mają barwy cesarskiego złocistego brązu.
Była ode mnie o dziesięć lat starsza i walczyła w Wojnie Młocarzy.
Goblin odgryzł jej lewy kciuk, ale wciąż mogła trzymać tarczę i swobodnie dowodziła ludźmi. Jej ptaki nazywały się Żarłok i Gwizdek.
Żarłok był nieco zbyt łagodny jak na tę pracę. Gwizdek wręcz przeciwnie,
podobnie jak jego pani. Nouva nigdy nie wyszła za mąż, a raczej należy
powiedzieć, że poślubiła miecz i tarczę. Zastanawiałam się, czy ja też
mogę podążyć taką ścieżką. Wolałabym to od wydania za jakiegoś
zamorskiego księcia, by pół tuzina razy wyć w połogu, a potem, jeśli to
przeżyję, nadzorować kucharzy i służących oraz przymykać oko na zdrady i paskudne maniery męża, który będzie mnie kochał mniej niż swojego ogara.
Nouva Livias Monçera była lanzamachurą, czyli główną włóczniczką.
Niewiele z nas używa włóczni, ale lanza to także oddział. Wybaczcie,
jeśli zanudzam was wojskową gadką, postaram się tego nie robić. Ale
kilka spraw domaga się wyjaśnienia. Kiedy mówię: "lanza", mam na myśli
prawdziwą włócznię albo jednostkę złożoną z pięćdziesięciu do stu
żołnierzy. Kiedy mówię: "daguera", mogę mieć na myśli sztylet albo
jednego z dowódców podlegających lanzamachurze. Inocenta była pierwszą
daguerą, kolejną w hierarchii po Nouvie. Ja byłam drugą daguerą, chociaż
nie miałam doświadczenia bojowego. Zaproponowano mi to stanowisko ze
względu na moje urodzenie, ale gdybym interesowała sie stopniami
wojskowymi, nie zgłosiłabym się do tej jednostki. To właściwe, by
dowodziła osoba, która brała udział w walkach. Dołączyłam do tego
koszmarnego eksperymentu wbrew życzeniom ojca, by zapomnieć, że jestem
córką księcia Bragi, a nie po to, by wykorzystywać to jako swoją
przewagę.
Chciałam sprawdzić swoje umiejętności i służyć.
Płynęłam do Gallardii, by zabijać gobliny, ponieważ one zabiły nasze
konie.
Nasza rodzina miała wiele koni, zanim goblińska plaga, którą nazywamy
chwiejnicą, zupełnie jakby była czymś niepoważnym, nadeszła i zabrała je
wszystkie. No cóż, prawie wszystkie.
-?Słyszałam, że twój brat Pol po śmierci Jabata został trzecim
najważniejszym człowiekiem w całej Zachodniej Armii.
-?Wysłał do mnie list, w którym pisze to samo.
Miesiąc temu przegraliśmy bitwę pod Orfay i to z kretesem. Mój brat
wiedział o tym więcej niż inni i wszystko mi opisał. Dostałam jego list
tuż przed wejściem na pokład. Oto jego treść.
Najdroższa Galvito!
Jestem taki podekscytowany, że znów Cię zobaczę po tylu latach, choć
okoliczności oczywiście mogłyby być korzystniejsze. Wiem, że nasze
liczne obowiązki nie pozwolą nam spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy
chcieli, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś mogła odwiedzać mnie
w namiocie, gdy będzie to umożliwiał nasz harmonogram. Jeśli mogę jakoś
pomóc Tobie albo naszemu Groszkowi, proszę, daj mi znać za pośrednictwem
dowolnego wojskowego gońca albo członka Gildii Gońców, jeśli tylko będą
dostępni, a ja pokryję koszty.
Twoja flotylla ma przybyć do portowego miasteczka Espalle, które
niedawno odbiliśmy. Niedługo znajdowało się w rękach goblinów, ale i tak
przygotuj się na to, co tam zobaczysz. Kiedyś to było ładne miasto i miejscami wciąż takie jest, ale Nasi Przyjaciele są morderczą plagą,
która niszczy wszystko, czego się dotknie, niech Sath ich spopieli.
Mam dla Ciebie wieści.
Za sprawą godnej pożałowania śmierci generała Jabata, niezwykle
dzielnego człowieka, który służył z ojcem w Wojnie Rycerzy, w starych
dobrych czasach kawalerii, kiedy wyprzedzaliśmy kąsaczy na każdym polu
bitwy i tratowaliśmy ich kopytami, zostałem awansowany z quarut-generała
na terce-generała, a moje obowiązki znacznie się zwiększyły. Nie
pragnąłem tego, ale król i jego Rada Filarów uważają, że przyda się
nieco młodej krwi i świeżych pomysłów. Nie czuję się ani młody, ani
świeży, gdyż ciąży na mnie klęska pod Orfay. Czuję wstyd, a zarazem
ulgę, że moje oddziały przybyły za późno, w przeciwnym razie byłbym
martwy, tak jak Jabat i prima-generał dom Lubezan, główny dowódca
zachodnich armii. Lubezana ma zastąpić pewna terce-generał, która
odniosła kilka zwycięstw na wschodzie, osoba zasłużona, a nie wysoko
urodzona, którą wszyscy nazywają Pragmatyczką.
Mam nadzieję, że zdoła coś zmienić.
Jeśli mam być szczery, przegrywamy.
Orfay to była największa klęska od czasu Wojny Młocarzy.
W tym miejscu przerwę i powiem, że druga wojna z goblinami, zwana Wojną
Młocarzy, zapadła mi w pamięć, choć byłam zbyt młoda, by ją zobaczyć.
Walki toczyły się głównie w Gallardii, podobnie jak teraz, ale
oczywiście rozlały się także na Unther, Ispanthię i inne Ziemie Korony,
które nazywamy Ludzkimi Krainami. Mój ojciec, ze względu na to, kim
jest, zawsze jako jeden z pierwszych dowiadywał się o porażkach naszych
wojowników, a było ich niemało.
Pamiętam żółte tuniki chłopców z Gildii Gońców, którzy pojawiali się pod
bramą posiadłości, gdy byłam jeszcze dziewczynką. Przynosili wieści
przeznaczone dla mojego ojca, wypijali pojedynczy łyk wody i gnali tam,
gdzie akurat przebywał. Można ocenić pilność wiadomości po tym, czy
gońcy w upalny dzień zatrzymują się, by napić się wody, ochłodzić i osuszyć.
Oni tego nie robili, a ja po raz pierwszy coś takiego widziałam.
Ale nie ostatni.
Pamiętam, jak spytałam o to swoją holtyjską guwernantkę, Nunu. Wojna już
trwała, a my wysłaliśmy na front pierwszych mężczyzn, nawet dzieci o tym
wiedziały. Ale jako że inicjujący konflikt, zwany Wojną Rycerzy,
skończył się po naszej myśli, wszyscy sądzili, że tym razem będzie
podobnie. Wtedy jeszcze nie używaliśmy nazwy Wojna Młocarzy, ponieważ
wciąż nie musieliśmy posyłać do walki rolników z cepami, by padali
trupem jak ścinane zboże.
Tak jak wielu dzieciom, śniły mi się gobliny.
Oczywiście wciąż mi się to zdarza.
Ale teraz te sny są bardziej zgodne z prawdą.
-?Bałabyś się spotkać goblina, Nunu? -?spytałam tamtego dnia, gdy
pojawili się pierwsi gońcy.
-?Nigdy żadnego nie spotkam -?odparła moja guwernantka. -?Ty też nie.
-?Skąd wiesz?
-?Ponieważ gobliny nie pojawiają się w Ispanthii. A zwłaszcza w Bradze.
-?A jeśli to zrobią?
-?Wtedy popełnią straszliwy błąd, ponieważ twój ojciec je zabije.
-?Nie da rady ich zabić, prawda? Przez nie podpiera się dwiema laskami.
-?Więc wyśle swoich ludzi, aby to zrobili.
-?Tak jak to się dzieje w Gallardii?
-?Właśnie.
Wracając do listu, oto co Pol pisze w sprawie Orfay:
Nasze wojska najpierw usłyszały dźwięk karnyksu, osobliwego rogu, w który gobliny dmą, by nas wystraszyć. Usłyszałem ten odgłos z daleka i czasem wciąż go słyszę w nocnych koszmarach.
Jeden z ich czarowników posłał w niebo goblińskie symbole, które
sprawiały, że nasi żołnierze źle się czuli. Nie był w stanie
bezpośrednio skrzywdzić naszej armii, odzianej w kolczugi i stalowe
zbroje, które tłumią magię, ale umieścił symbol wysoko na niebie. Zanim
rozeszła się wieść, abyśmy nie patrzyli w górę, jedna trzecia naszej
ciężkiej piechoty wymiotowała i nie mogła utrzymać się na nogach. Potem
zaatakowali nasze linie za pomocą ghalli, straszliwych istot, które
hodują z ludzi, zwiększając ich rozmiary i siłę. Są one blade jak ryby i na wpół ślepe, wysokie na osiem stóp i napojone mykologicznymi wywarami,
między innymi bożomlekiem, ich paskudnym eliksirem rozkoszy, który
zabarwia białka oczu na żółto i zniewala umysł. Wyobraź sobie te ważące
ćwierć tony olbrzymy, które nie czują bólu, są opancerzone od stóp do
głów i wymachują potężnymi młotami oraz dwuręcznymi mieczami, jakich
żadne z nas nie dałoby rady podnieść, a co dopiero używać. Wbiły się w nasze oddziały w chwili, gdy chłopcy i dziewczęta właśnie zwracali
śniadanie i mieli nogi miękkie jak źdźbła traw. Kiedy szeregi zostały
rozbite, pojawiły się ostrokoły, rydwany ciągnięte przez bojowe dziki i wyposażone w ostrza umieszczone na wysokości piszczeli. Jechali nimi
kąsacze, którzy szyli z kusz lub dźgali włóczniami. Słyszałem, że
uczycie się z nimi walczyć. Mamy nadzieję, że Wasze kruki będą potrafiły
atakować je od flanki albo z nieba.
Na Satha Wszechwidzącego, przyda nam się każda przewaga.
Zbliża się kolejna bitwa. Wielkie miasto Goltay jest zagrożone, a jeśli
upadnie, zginie więcej ludzi niż na równinach Orfay. Zachodnia Armia
pomaszeruje, by zapobiec jego upadkowi lub je odbić. To starcie może
zdecydować o losach wojny i o tym, czy Gallardia zostanie wyzwolona, czy
raczej Ispanthia dołączy do niej w niewoli.
Nie będę ukrywał, że wolałbym, abyś nie przyjechała.
Twoja ranga zapewnia Ci pewne przywileje, król wie, że krew wielkich
domów musi przetrwać. Jestem przekonany, że jako jedyna zdatna do
wydania córka księcia znajdziesz dobrą partię, pomimo wrażenia, jakie
zrobiłaś na synu króla Conmarra, gdy przyjechał zabiegać o Twoje względy
trzy lata temu.
Ponownie przerwę czytanie listu i wyjaśnię, że ten Durwain, trzeci syn
króla Conmarra z Holtu, zaczepił mnie w przerwie między zajęciami w akademii szermierczej Calar Bajat. Nalegał, przy wsparciu mojego ojca,
abym się z nim spotkała. Zaproponował wspólny posiłek nad pobliską
rzeką. Potraktowałam go grzecznie. Inni uczniowie oczywiście byli pod
wrażeniem jego wizyty, ponieważ holtyjscy książęta rzadko pojawiali się
w Ispanthii. Spodobali mi się muzycy, których przywiózł ze sobą, a także
to, w jaki sposób ze mną rozmawiał, przynajmniej na początku. Przepiórka
była smaczna. Cydr również nie najgorszy, podobnie jak jabłkowa brandy,
chociaż wolę wino, ale holtyjski ziąb oszczędza tylko nieprzyjemnie
kwaśne winogrona. Durwain powiedział, że doskonale porozumiewam się w jego mowie, a ja odparłam, że jeśli to prawda, to cała zasługa leży po
stronie Nunu, mojej guwernantki, która pochodzi z Holtu. Pochwaliłam
jego miętowy kaftan z jedwabiu, całkiem elegancki, jeśli kogoś obchodzą
takie rzeczy. Kiedy odprawił muzyków, powiedziałam, że powinnam wrócić
do swojej sali sypialnej. Nalegał, abym została, więc niechętnie się
zgodziłam. Kiedy wykorzystał moje niedoświadczenie i próbował się do
mnie dobierać, stało się dla mnie jasne, że więcej czasu poświęcił na
sztukę uwodzenia niż na walkę wręcz, gdyż jego mięśnie były wątłe jak
wstążki. Muszę mu przyznać, że miejsce nad rzeką, które wybrał, było
urokliwe. Wciąż pamiętam, jak pochylał się nad wodą i broczył krwią ze
złamanego nosa obok rozbitej butelki cydru i ślicznej wierzby. Pamiętam
także rosnące tam pałki i ostróżki. Wróciłam do domu nietknięta, nie
licząc drobnego śladu na kolanie po jego zębie, którego potem podobno
stracił.
Mój ojciec wysłał przeprosiny do króla Holtu, tłumacząc, że to przykre,
iż książę poślizgnął się i zrobił sobie krzywdę, a on powinien był go
ostrzec, jak zdradliwy potrafi być ten brzeg rzeki. Król Conmarr
odpowiedział, że jego syn musi się nauczyć, jak odróżniać suchy grunt od
śliskiego, i postępować odpowiednio do terenu, na którym się znajduje.
Durwain zginął w zasadzce na początku trzeciej wojny. Kolejna
trzydziestka jego strażników została wycięta w pień, gdy próbowali
ochronić jego ciało przed zabraniem.
Nie udało się im.
Wracając do listu Pola:
Siostrzyczko, nigdy nie byłem w gorszym miejscu i nie piszę tego po to,
by Cię wystraszyć, ponieważ wiem, że niełatwo to zrobić, ale chcę
szczerze i bez ozdobników opisać, co Cię czeka. Kąsacze postrzegają
ludzi jako zwierzęta, a kiedy nas chwytają, nie okazują nawet odrobiny
miłosierdzia, jakie my mamy wobec siebie podczas wojny. Nie żądają okupu
od naszych rodzin, nie opatrują naszych ran. Nie znajdziesz żadnych
relacji z pobytu w ich więzieniach, ponieważ przypominają one obory dla
bydła i nikt z nich nie wraca. W miastach, które straciliśmy podczas
Wojny Młocarzy, a które nie zostały zniszczone, obowiązuje Prawo Hordy,
czyli mogą one rządzić się same, ale nie wolno w nich korzystać z broni,
zbroi ani nawet metalowych narzędzi. Miasta te są zobowiązane oddawać
podatek ze swojej populacji, przekazując jednego na dziewięć mieszkańców
do ludzkich farm, najlepiej osoby, które jeszcze nie miały dzieci. Po
osiągnięciu dojrzałości płciowej każdy obywatel otrzymuje cięcie Hordy,
gdy przecina się ścięgno w udzie jego dominującej nogi. Tak okaleczony
człowiek może chodzić, pracować i uprawiać ziemię, ale nigdy nie będzie
w stanie szybko biegać ani skakać. Długi marsz go wycieńczy, a ból nie
pozwoli mu utrzymać równowagi. Jak więc widzisz, pod Prawem Hordy
jesteśmy jak udomowione bydło, które ma się samo żywić i rozmnażać.
Każde miasteczko, które nie spełnia oczekiwań kąsaczy, jest natychmiast
wyrzynane.
Dowództwo zastanawia się, dlaczego gobliny tym razem są tak
nieustępliwe. Niektórzy uważają, że na ludzkich farmach szerzy się
zaraza nasienia, więc kąsacze szukają świeżej krwi. Inni twierdzą, że
ich widzący poinformowali Imperatrix oraz jej radę generałów, że
wojskowa przewaga Hordy jest tymczasowa, a ludzie wkrótce poczynią
postępy w sztuce wojennej lub magii, lecz dopóki wróg ma nad nami
przewagę w polu, Gallardia będzie okupowana, a Ispanthia musi się
wykrwawiać.
Podoba mi się ta teoria i mam nadzieję, że to prawda.
Oczywiście Ispanthia i pozostałe Dalekie Sztandary walczą, by obronić te
części Gallardii, które jeszcze pozostają wolne. Nawet w takim miejscu
można znaleźć drobne przyjemności, co jest też moim udziałem. To była
piękna kraina, może nawet piękniejsza od Ispanthii, jeśli wolno mi
wygłosić taką herezję -?ale w miejscach, które dotknęła wojna, królują
śmierć, zniszczenie i choroby, a wśród ocalałych panuje namacalna
rozpacz, która jest w stanie wniknąć w Twoje kości i odebrać Ci pewność
siebie.
Ale taka jest rola bogów, czyż nie?
Mają nas podnosić, gdy jesteśmy złamani, i umacniać, gdy krwawimy wiarą.
Czeka nas ważne zadanie, a dzięki światłu i ciepłu Satha w naszych
sercach jeszcze możemy zwyciężyć i odepchnąć Hordę co najmniej do granic
ustanowionych za sprawą ostatniego traktatu, a być może nawet wyrzucić
ją z Gallardii. Sath jest wielkim wrogiem goblinów, jego światło płonie
na obrzeżach ich ciemności i z pewnością je przepędzi, tak jak słońce,
które po długiej nocy odbiera to, co do niego należy. Niektórzy
powiadają, że Skarbce Tajemnic w świątyniach Satha kryją w sobie
fragmenty samego słońca, które płoną chwałą, jaką mogą oglądać tylko
kapłani. Słyszałem pieśń o tym, że Sath pewnego dnia uzna, iż
wystarczająco się wycierpieliśmy, i nauczy kapłanów przekuwać te
fragmenty słońca w broń z oślepiającego światła. Czy właśnie tego boją
się goblińscy widzący?
Nie wiem, ile jeszcze Gallardia może wycierpieć.
Być może dźwiga najcięższe brzemię, ponieważ czci tak wielu innych bogów
przed Sathem.
Być może właśnie dlatego Ispanthia wygrała Wojnę Rycerzy i mniej
ucierpiała w Wojnie Młocarzy -?my oczywiście też czcimy innych bogów,
zwłaszcza na wsi, ale przynajmniej w cywilizowanych miejscach, takich
jak nasza szacowna stolica Seveda, oraz w bogatych krainach
nadzorowanych przez naszego ojca, Sath zasiada u szczytu stołu.
Wierzę, że z pomocą Jasnego możemy zwyciężyć. Musimy. Cóż innego nam
pozostaje -?wycofać się do Ispanthii i czekać, aż tam też po nas
przyjdą? Zrobią to, jeśli tutaj ich nie powstrzymamy. Przed zimą
spróbują przekroczyć Błękitne Góry i zaprowadzić Prawo Hordy w ispanthiańskich miastach, najpierw na północy, a potem wszędzie.
Rozumiem potrzebę powoływania kobiet, starców oraz osób o łagodniejszej
naturze.
Ale wolałbym walczyć, nie martwiąc się cały czas o Ciebie i Chichúna.
Znajdź mnie, siostrzyczko.
Wspomogę Cię, jak tylko będę potrafił.
Twój na zawsze,
Pol dom Braga
Przeczytałam wam ten list, ponieważ Nouva zapytała mnie o awans mojego
brata. Wróćmy teraz na pokład Sztyletu Królowej Deszczu, ostatniego
wieczoru przed zejściem na ląd, podczas wyjątkowo pięknego zachodu
słońca.
-?Poznałam go -?stwierdziła Nouva, odnosząc się do Pola.
-?Tak?
-?W Sevedzie. Bardzo miły. Przypomina mi Żarłoka.
Roześmiałam się, ponieważ też dostrzegłam to podobieństwo. Kruk Nouvy,
Żarłok, podobnie jak mój brat był potężny i silny, ale nie zawsze
wystarczająco szybki, by się obronić, gdy inne ptaki walczyły o przewagę. Ale uważałam, że Pol może tylko awansować. W końcu był taki
kompetentny i silny. Do tego uczciwy i prawdomówny, a takie cechy muszą
wystarczyć.
Jakże mało wiedziałam o świecie.
* * *
Nouva i ja przez jakiś czas rozmawiałyśmy. Nocne ptaki pokrzykiwały,
nieznane istoty poruszały się w wodzie, aż w końcu niebo stało się
granatowe i równie ciemne jak morze. Dowódczyni zeszła pod pokład do
swoich twardych i dzikich podwładnych, a ja zostałam z wiatrem i gwiazdami. Nocne niebo nigdzie nie wygląda tak, jak na morzu, chociaż
mówią to samo o pustyni, a nigdy żadnej nie widziałam.
Nad horyzontem na zachodzie lśniły Oczy Ner?ne, dwie gwiazdy koloru
ametystu. Latem zawsze wznoszą się wysoko na niebie. Ner?ne to
najpopularniejsza z wielu bogiń, których domeną jest miłość, więc
oczywiście pochodzi z Gallardii.
Gallardia była krainą sztuki, jedzenia i rzeźby. Każdy szanujący się
dwór zatrudniał gallardiańskiego kucharza, portrecistę lub instruktora
tańca. Gleba nigdzie nie była równie płodna i czarna, może za wyjątkiem
Untheru. Wino nigdzie nie było tak smaczne, może poza niektórymi
odmianami z Ispanthii, które moim zdaniem nie mają sobie równych. Ale
wiem, że mogę nie być obiektywna. Najbardziej lubię wina tak ciemne, że
aż nieprzejrzyste, i tak wytrawne, że niemal palą gardło, a o takie
cechy łatwiej w suchej, gorącej i brązowej Ispanthii z jej kredową
glebą.
Wina z Gallardii są lżejsze i słodsze, chociaż niektóre z południa
dorównują tym z mojej ojczyzny. Według pieśni tamtejsze wina należy
spijać z ciał kochanków. W każdym większym mieście stoją świątynie
poświęcone Ner?ne. Nie mają tam własnego boga wojny ani śmierci, lecz
zapożyczają te bóstwa od nas oraz Untheru i wysp Archipelagu
Gunnickiego.
Nic dziwnego, że gobliny wyruszyły do miękkiej i ślicznej Gallardii.
A teraz my też tam płynęliśmy.
4
Zawinęliśmy do Espalle, średniej wielkości miasteczka ze spokojną,
głęboką przystanią. Jej jaskrawo pomalowane domy i posiadłości
wybudowano na łagodnych wzgórzach, które półksiężycem obejmowały zatokę.
Po wschodniej i zachodniej części miasta urwiska Espalle bieliły się na
tle błękitnego nieba i ciemniejszego morza. Na Wyspie Krabów na
wschodzie wciąż wznosiła się latarnia morska, która jednak już nie
świeciła i nie ostrzegała okrętów przed skałami, które nazywano Wdowimi
Zębami. Sterczały one z wody po drugiej stronie wschodniego klifu,
widoczne z pokładu, ale nie z samego miasteczka. Na zachodnim urwisku
zobaczyliśmy fortecę. Później dowiedzieliśmy się, że zwą ją Bębnem i rzeczywiście wyglądała, jakby ktoś mocno w nią bił. Jej północna ściana
się zawaliła, podkopana przez saperów z goblińskiej Hordy, a wapienne
mury były osmalone w miejscach, w których spłonęły parkany. Dalej na
zachodzie zauważyłam amfiteatr, który pochodził jeszcze z czasów
keshyckich, a także dziwaczne olbrzymie twarze.
Wyrzeźbiono je bezpośrednio w zboczu góry; miały proste rysy i za duże
oczy. Zgadywałam, że to dzieło dawnych plemion, które żyły tutaj, zanim
Kesh ruszył na północ, budując drogi dla swoich słoni, niosąc
matematykę, naukę i perspektywę w sztuce. Niedaleko mnie stała
wojowniczka z mojej lanzy i patrzyła na mnie tak, jakby wiedziała, że
rozmyślam o tych rzeźbach. To była Alisenne, której ojciec pochodził z Gallardii i należał do Gildii Gońców, a w młodości zasłynął wygrywaniem
wyścigów. Byłam wyższa rangą, więc odezwałam się pierwsza.
-?Wiesz, kim oni są?
-?Rybakami z Espalle. To dawni bogowie. Wpatrują się w morze i czarami
zapędzają ryby do sieci.
Mewy i rybitwy krzyczały, krążąc po niebie ponad urwiskami.
-?Pewnie kąsacze nie spędziły tu wystarczająco dużo czasu, by oczyścić
gniazda -?zauważyła Alisenne. -?Gobliny nienawidzą ptaków. To jedna z niewielu rzeczy, których się boją.
Miała w tej kwestii doświadczenie i zgłosiła się na ochotnika do naszej
lanzy. Najlepiej z nas posługiwała się łukiem, a poza tym jako półkrwi
Gallardianka, mogła się nam przysłużyć jako poszukiwaczka i tłumaczka.
Inocenta się uśmiechnęła. Miała paskudny uśmiech.
-?Tak, chętnie przedstawię im nasze dzieci.
Pod pokładem kilka kruków głośno zakrakało, jakby wiedziały, że to o nich mowa.
* * *
Zacumowaliśmy, mocno obijając się o pomost.
Zabranie ptaków na brzeg nie było łatwe.
Kiedy zeszłyśmy po trapie, ustawiłyśmy się na placu Kotwic, w cieniu
szubienic, na których wisieli straceni przestępcy. Na tym samym placu
liczni ranni czekali na transport do domu. Nękali nas różnej maści
żebracy, kurwy, a nawet dzieci, które próbowały sprzedawać nam talizmany
sporządzone z goblinich zębów albo uplecione z ich bezbarwnych włosów. W końcu Nouva złamała nos natrętnej męskiej dziwce i wtedy dali nam
spokój. Wciąż pamiętam, jak ścierała makijaż z knykci, co bardzo
rozbawiło Inocentę, a ja zastanawiałam się, czy facet nie zakrywał nim
jakiejś choroby skóry. Nouva potem pachniała jego perfumami, co także
wzbudziło w Inocencie wielką wesołość.
Szłyśmy czwórkami po obu stronach kolumny kruków, ale gdy dotarłyśmy do
węższych uliczek, musiałyśmy się rozdzielić, co było niezręczne.
Czterdzieści osiem kobiet, osiemdziesiąt osiem ptaków.
Większość z nas miała po dwa kruki, ale niektóre tylko jednego.
Zaczęłyśmy ze stu pięćdziesięcioma, ale niektóre ptaki zachorowały albo
trzeba było je zabić -?podczas długiego szkolenia w Galimburze jedna z nas została okaleczona, a inna zabita przez swojego kruka.
Oczywiście ludzie w miasteczku, którzy wyszli z ukrycia, chcieli
zobaczyć ptaki. Już pojedynczo robiły one duże wrażenie, ale kiedy
gromadziły się i poruszały w kolumnie, wyglądały wprost olśniewająco.
Kiedy zamykam oczy, wciąż widzę ich czarne jak smoła pióra z niebieskimi
refleksami, potężne zakrzywione dzioby oraz napierśniki, które nauczyły
się tolerować -?nawet Richu pozwolił się tak ubrać. Napierśniki lśniły w silnym świetle słońca. Ostrogi, które przytwierdziliśmy ptakom do łap,
dziesięciocalowe ostrza, którymi mogły posiekać na kawałki wołu, czego
byłam świadkiem, także jasno świeciły. Jedną z różnic pomiędzy tymi
gigantycznymi bojowymi krukami a zwykłymi ptakami, z których wyhodowali
je nasi magicy, był sposób, w jaki chodziły. Kruki i wrony są niezdarne
na ziemi, chwieją się jak starcy albo podrygują. Ale naszym krukom
zaszczepiono nieco krwi biegających ptaków z Axy, dzięki czemu wcale się
nie chwiały.
Dumnie kroczyły.
Podobnie jak gobliny, już na pierwszy rzut oka wyglądały na zabójców.
Czasami ignoranci pytają, czy ich dosiadamy. Nawet gdyby to było
możliwe, raczej nie pozwoliłyby na takie upokorzenie. Ich kości są na to
za lekkie, choć zarazem zbyt ciężkie, by kruki mogły latać. Ale mogą
wykorzystywać skrzydła do robienia potężnych skoków.
Gdyby nawet pewnego dnia wyhodowano większego kruka, nie chciałabym go
dosiadać.
To nie są konie.
To nie są psy.
To corviscus i nie ma drugich takich istot.
Nikt nie wiwatował na nasz widok.
Wielu ludzi żebrało, ale nie miałyśmy przy sobie jedzenia, wszystko
jechało na wozie razem ze zwykłym wojskiem, które przemaszerowało tędy
wcześniej.
Trzecia wojna wchodziła w swój trzeci rok.
Gallardianie musieli niewyobrażalnie wiele wycierpieć. Wszyscy już
przywykli do widoku powracających do domu żołnierzy -?zdruzgotanych,
poparzonych, bez nóg i palców, oślepionych lub doprowadzonych do obłędu
przez rozmaite trucizny kąsaczy.
Ale nie byłam gotowa na widok okaleczonych i bezsilnych dzieci.
Nie przywykłam do tak dotkliwego głodu.
Niestety, głód nie był ich jedyną bolączką.
Wszystkim mieszkańcom Espalle coś dolegało. Kuleli przez podcięte
ścięgna, sprawiali wrażenie starych, nawet mali chłopcy i dziewczęta,
albo mieli przerzedzone włosy za sprawą smutku i choroby.
Tylko trochę mówię po gallardiańsku, ale że tutejsza mowa jest
spokrewniona z językiem ispanthiańskim, co nieco rozumiem, więc nie
wszystko mi umykało. Zobaczyłam małego brzdąca z dużą różową blizną w miejscu włosów, zupełnie jakby ktoś go oskalpował.
Chłopiec spytał swoją matkę, dlaczego nie niesiemy żadnych sztandarów.
-?To nie jest parada -?odpowiedziała i miała rację.
Odnosiłam wrażenie, że usłyszałam w jej głosie odrobinę nadziei, gdy
zobaczyła ptaki. Ciekawe, ile razy ta iskra zapłonęła, by wkrótce
zgasnąć. W Espalle mieli dobry port, więc niejedna armia schodziła tu na
ląd i maszerowała przez miasto. A ono i tak upadło.
Co pomoże niecała setka kruków i pięćdziesiątka kobiet, w większości
zielonych jak trawa? Wojskowi też się nad tym zastanawiali. Niektórzy
uważali nasze ptaki za wielce obiecującą nową broń, jednak wśród
dowódców wciąż nie brakowało ludzi starej daty, którym nie podobały się
takie nowości, jak również całkowicie kobiecy oddział. Nawet między
miastowymi kobietami-oficerami nie brakowało wątpiących w magię, która
stworzyła nasze ptaki, a na wsi część ludzi potępiała czary.
Ale mieszkańcy Gallardii byli zbyt zdesperowani, by przejmować się,
jakie prawa, boskie czy naturalne, złamano, by stworzyć kruki. A widząc
nasze ptaki, nie mogli zakwestionować ich potęgi.
Pewna zdecydowanie za chuda dziewczynka wyrwała dłoń z uścisku matki i podeszła do Bellu, zamierzając pogłaskać go po dziobie. Mocno
przytrzymałam postronek i odciągnęłam dziób ptaka, a matka w tej samej
chwili podniosła dziewczynkę, pomimo jej protestów. Mała rzuciła coś w rodzaju: "Nie, mamo, one mają nas uratować, są naszymi przyjaciółmi!".
Bellu rzeczywiście był przyjaźnie nastawiony, jak na kruka, ale blada
ręka dziewczynki rozmiarem przypominała kończyny goblinów, które nasze
ptaki nauczono szarpać i kaleczyć, więc nie wiedziałam, co się dzieje w głowie kruka, który zwrócił złociste oko w stronę dziecka i dwukrotnie
zamrugał.
Ale nie skoczył na nią i to wystarczyło.
-?Grzeczny Bellu, mój przystojniak.
Dalgatha szarpnęła swój postronek.
-?Ty też -?odezwałam się. -?Chuderlaczka też jest grzeczna.
Chociaż miałam opory, by nazywać ją Chuderlaczką, zobaczywszy ocalałych
mieszkańców Espalle.
* * *
Maszerując, wypatrywałam Amiela.
Miałam nadzieję, że mag, do którego go przydzielono, potraktuje go
łagodnie i pozwoli mu mnie odszukać. Nikt nie kazał mi dbać o jego
bezpieczeństwo, sama podjęłam się tego zadania. Obiecałam to Sathowi i powiedziałam mu, aby zabrał raczej mnie niż Amiela, jeśli jedno z nas
musi umrzeć, lub pozwolił nam zginąć razem, jeśli obojgu jest pisana
śmierć. Ale Sath to milczący bóg, przynajmniej wobec mnie, więc nie
otrzymałam żadnego znaku, czy przystał na moją propozycję. Czasami
myślałam o tym, a potem spoglądałam w niebo, licząc, że zobaczę
jastrzębia bądź sokoła, które są jego wcieleniami. Raz wydało mi się, że
widzę dużego jastrzębia, ale to był myszołów. Miałam nadzieję, że to
przypadek, a nie znak. Miałam nadzieję, że Sath nie wie, że bardzo boję
się śmierci, ale na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Pewnie dlatego nie
wysłał sokoła, by pocieszyć mnie, że mogę ochronić swojego Chichúna.
Budynki Espalle ucierpiały nie mniej od mieszkańców.
Gobliny nienawidzą symetrii, więc przy każdej okazji ją zaburzają. Jeśli
mogą bez trudu oderwać narożnik budynku, to tak zrobią. Tu i ówdzie
niegdyś ładne domy pochylały się i ziały dziurami. Jeśli drzwi
znajdowały się dokładnie na środku fasady, gobliny wybijały tam otwór,
by zniszczyć równowagę. Słyszałam o tym, ale teraz zobaczyłam to na
własne oczy. Na ładnym drewnianym łuku zrobiono długie wyżłobienie, by
popsuć kształt budowli. W innym miejscu powalono drzewo, by zburzyć krąg
fontanny. Wszędzie walały się odpadki. Kawałki oplecionych bluszczem
treliaży, które kiedyś okalały alejki. Połamane strzały, bełty i połamane drabiny, martwe bydło, martwe gobliny. Trupy mieszkańców już
uprzątano, a przynajmniej się do tego przygotowywano.
Zobaczyłam swojego brata na dziedzińcu przed niegdyś elegancką, a teraz
pozbawioną narożników i do połowy spaloną tawerną.
To nie był poeta Amiel.
To nie był generał Pol.
Zobaczyłam Migaéda dom Bragę, który trzymał butelkę wina, pół godziny po
południu, i mrużył oczy, wpatrując się w rozłożone karty.
Grał w Wieże.
Migaéd był, jeśli mam być szczera, bardzo przystojnym mężczyzną, chociaż
ktoś doświadczony mógł przejrzeć tę fasadę. Jego uroda kojarzyła się mi
z warstwą farby na budynku toczonym przez termity. Na pewno znacie
takich ludzi. Zawsze są zadłużeni, niezależnie od tego, z jak zamożnej
rodziny pochodzą, a w tym wypadku była ona bajecznie bogata. Zawsze
zawodzą zaufanie rozkochanej w nich osoby, na którą w oczywisty sposób
nie zasługują. Wasz pies nigdy ich nie lubi, a psom w takich kwestiach
należy ufać. Wiem, że wbrew swoim zasadom mówię źle o krewnych, ale
można mówić prawdę o rodzinie osobom, które także do niej należą, a mnie
zostało niewiele bliskich osób.
Będziecie musieli wystarczyć.
Wtedy jeszcze nie znałam swojego najstarszego brata tak dobrze, jak
miałam go poznać.
Wciąż go kochałam i ucieszyłam się na jego widok.
Pomachałam, ale mnie nie zauważył.
Dostrzegłam sztandar jego pułku z nazwą Szkarłatna Kompania Miecza i Konia zapisaną złotymi literami i równie złotymi wizerunkami konia
stającego dęba oraz miecza. Kojarzyły mi się z herbem rodu dom Braga, na
którym koń w koronie staje dęba nad szkieletem. Tę jednostkę założył
nasz ojciec, specjalnie dla Migaéda i synów pomniejszych szlachciców.
Nieważne, że tak naprawdę nie mieli koni, a przynajmniej mieli ich za
mało i to wyłącznie klacze, zbyt stare do służby.
Wspominałam, że umiem głośno gwizdać, i teraz właśnie to zrobiłam.
Obok Migaéda, który miał na sobie doskonałą zbroję, siedział pulchny
mężczyzna, również w dobrym pancerzu i z haniebnie farbowanym wąsem.
Podniósł na mnie wzrok znad kart i wytrzeszczył oczy na widok ptaków.
Każdy z tych zamożnych mięczaków tak na nas popatrzył, podobnie jak
usługujące im kobiety, zapewne miejscowe, które oddawały im się za
pieniądze. To nic dziwnego w trudnych czasach i nie można ich winić.
Wydaje mi się raczej, że ci mężczyźni powinni podzielić się z nimi
srebrem z litości, zamiast je wykorzystywać, zwłaszcza w obliczu własnej
rychłej śmierci. Uczono nas, że przed śmiercią zrozumiemy, czego bogowie
naprawdę od nas chcą. Wątpię, by nawet najgorsi z nich pragnęli, abyśmy
zmuszali okaleczone wdowy i sieroty do klękania przed nami za pieniądze.
Migaéd popatrzył na mnie sennie, a ja ponownie do niego pomachałam.
Zmrużył oczy i wstał, chociaż wciąż opierał się o jedną z beczek, która
służyła im za stół.
-?Galvita? -?zawołał, zdrabniając moje imię, jak mieli w zwyczaju, on i mój drugi brat, Pol, mimo że miałam dwadzieścia lat.
-?Tak! -?odpowiedziałam. -?Znajdę cię, kiedy będę miała czas wolny!
-?Zaczekaj -?rzekł i odszukał wzrokiem Nouvę na czele naszej formacji. -
Lanzamachuro, jestem sixt-generał Migaéd dom Braga i chcę porozmawiać ze
swoją siostrą. Zatrzymaj tę jednostkę.
-?Stać -?zawołała Nouva i zacisnęła zęby.
Migaéd nie był pierwszą osobą, która nadużywała swojego honorowego
stopnia. Sixt-generałowie zazwyczaj nie dowodzili regularnymi oddziałami
i niemal zawsze byli mniej zaradnymi dziećmi wpływowych panów. Mogli
wydawać rozkazy i dysponowali własną świtą. Nosili eleganckie stroje, a nawet otrzymywali medale, zazwyczaj niezasłużenie. To był dobry sposób
na trzymanie pijaków, hazardzistów i narwańców z ważnych domów z dala od
kłopotów w taki sposób, by nie urazić ich rodowej dumy. Wszyscy w Zachodniej Armii wiedzieli, który syn z rodu dom Braga ma żelazo we
krwi, i z pewnością nie chodziło o tego.
Ale jego również należało słuchać.
Czułam na karku wzrok swoich towarzyszek, niczym dodatkową porcję
słonecznego żaru. Migaéd podszedł do mnie niespiesznie. Zatrzymał się w odległości dziesięciu kroków, onieśmielony przez kruki. Zaciekawiony
Bellu nastroszył pióra -?być może wiedział, że ten drobny mężczyzna,
który cuchnął winem i dziwkami, był spokrewniony z jego panią.
-?Podejdź, daguero -?zwrócił się do mnie, używając mojego stopnia. -
Daguero dom Braga -?dodał i roześmiał się bez powodu, a może dlatego, że
mój stopień był o wiele mniej znaczący od nazwiska.
Chociaż było mi wstyd, że Migaéd marnuje czas mojej lanzy i dowódczyni,
ogarnęła mnie nostalgia, gdy zbliżył się i poczułam woń jego olejków z nutą piżma i cedru. Nagle znów miałam cztery latka, a on nosił mnie na
plecach, udając mojego wierzchowca. Miałam osiem lat i właśnie
zaczynałam lekcje szermierki, a on z udawaną powagą ściskał moją dłoń,
mówiąc, jakim dobrym będę żołnierzem. Kiedyś w Dożynki przyniósł kwiaty
z pola i nazwał mnie Królową Żniw, by poprawić mi humor, gdy leżałam w łóżku z gorączką. Już wtedy wiedziałam, że szorstki dotyk jego
niestarannie ogolonego policzka różni się od dotyku Pola albo ojca, gdy
książę od wielkiego święta pozwalał, by córka go objęła. Zawsze czułam
alkohol w oddechu Migaéda, ale jako dziewczynka nie zdawałam sobie
sprawy, jakie zło może on spowodować. Wiedziałam tylko, że kiedy mój
brat do mnie mówi, czuję się dorosła, wyjątkowa i warta wysłuchania.
To ważne dla każdego dziecka.
-?Siostro -?odezwał się.
-?Bracie -?odrzekłam i skinęłam głową. Kiedy znów na niego spojrzałam,
poprosiłam go wzrokiem, żeby się streszczał.
-?Jak widzisz, moi ludzie i ja znaleźliśmy przyjemną zacienioną tawernę,
ukrytą przed upałem, a także beczułkę albo dwie gallardiańskiego wina.
Tak dawno cię nie widziałem! Groźna z ciebie wojowniczka, prawda? Daj
się namówić na obiad i kilka partyjek Wież!
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Odezwała się Nouva.
-?Sixt-generale, z całym szacunkiem, ale teraz potrzebujemy daguery.
Musimy zająć nasze kwatery i rozmieścić ptaki. Będzie wolna wieczorem.
Migaéd nie lubił, kiedy ktoś mu się sprzeciwiał. Nikt za tym nie
przepada, ale warto umieć nie dawać tego po sobie poznać, tymczasem
twarz mojego brata wyrażała pogardę. W końcu zdołał się uśmiechnąć.
-?Wieczorem już nie będę się trzymał na nogach -?odparł, potrząsając
kielichem.
Tarcza dziadka wykonana z wiosennego drewna ześlizgnęła się z pniaka, o który została oparta, i upadła na ziemię, a stalowy wzór dmuchającej
burzowej twarzy odcisnął się na piasku. Wzdrygnęłam się na ten widok.
Nie widziałam jej od lat, ale bardzo ją lubiłam w dzieciństwie, kiedy
wisiała na ścianie w naszej wielkiej sali. Chociaż teraz zobaczyłam ją
tylko przez chwilę, jestem przekonana, że ta chwila była ważna, niczym
znak od bogów. Ta tarcza odegra istotną rolę w naszej historii, przyjmie
na siebie ukłucia włóczni, będzie świadkiem kłótni i otrzyma krwawy
odcisk dłoni.
W jej drewnie jest zaklęty grom, a w metalu błyskawica.
Jej właścicielem był Corlu dom Braga, ojciec mojego ojca, mężczyzna,
który wolałby zginąć niż złamać dane słowo. W Bradze uwielbiano go za
jego szczerość, bardziej niż króla w Sevedzie za złoto i tytuły.
-?Daj spokój, lanzamachuro, mogę wysłać z wami kilku chłopaków, którzy
zrobią wszystko, co należy do obowiązków daguery dom Braguery... -
Popatrzył na Bellu i Dalgathę, które odwzajemniły spojrzenie,
przekrzywiając głowy. -?...chyba że chodzi o te bestie, ale z pewnością
macie wystarczająco dużo kobiet, które mogą się nimi zająć.
Widziałam, że jest o krok od tego, by zmienić tę prośbę w oficjalny
rozkaz.
Odezwałam się tak cicho, by tylko on mnie usłyszał.
-?Proszę, bracie.
Skrzyżował ze mną spojrzenia. Miał ładnie ukształtowane oczy, ale
zmęczone na skutek picia. Ich białka przecinały drobne czerwone żyłki.
Przez chwilę wpatrywał się we mnie, aż w końcu zrozumiał, że nie
żartuję.
-?Na gorące dupsko Satha -?rzucił. -?Widzę, drogie panie, że jesteście
bardzo obowiązkowe, w dużej mierze dzięki tobie. Zaliczyłaś test,
siostro Dago-lago-brago. Idź służyć swojemu królowi, niechaj żyje tysiąc
lat, a jego wąs o dziesięć więcej.
Grubas z fatalnie ufarbowanym zarostem głośno się roześmiał. Nosił
długie czarne wąsy skręcone w kształt rogów, niewątpliwie na
podobieństwo naszego suwerena, Kalitha.
Bezgłośnie podziękowałam, a potem rzekłam:
-?Znajdę cię wieczorem, sixt-generale dom Braga.
-?Zrób to -?odpowiedział, a potem jakby na chwilę zapomniał, gdzie się
znajduje. W końcu uśmiechnął się i chwiejnym krokiem wrócił do
przerwanej gry. Nouva rozkazała nam ruszyć z miejsca, więc
pomaszerowałam przed siebie, muskając dłonią Bellu, ponieważ dotyk jego
piór dodawał mi otuchy.
Wiedziałam, że jedna z kobiet w naszej lanzie, Vega Charnat, patrzy na
mnie z niechęcią. Traktowała pogardliwie wszystko poza piwem i bitką.
Obejrzałam się i złowiłam jej spojrzenie. Miała małe oczka w potężnej
głowie. Zdjęła hełm, jak większość z nas, więc widziałam jej uszy
bokserki, pokiereszowane na ulicach Galimburu, drugiego po Sevedzie
największego miasta Ispanthii. Galimbur to surowe miasto, forteca pełna
żołnierzy, kowali i rymarzy. Pochodzą stamtąd wszyscy najlepsi
specjaliści od walki wręcz.
Vega nienawidziła mnie za to, że mam dwa ptaki -?jeden z jej kruków
zdechł.
Nienawidziła mnie za to, że pokonałam ją w szermierczym pojedynku.
Nienawidziła mnie za to, że pochodzę z zamożnego domu i mam wysoko
postawionych braci.
Wierzyła, że jest w stanie zbić mnie na kwaśne jabłko swoimi potężnymi
pięściami, gdyby tylko udało jej się uniknąć kary za uderzenie osoby
wyższej rangą i wyzwania na oficjalny pojedynek, podczas którego
zabiłabym ją swoim spadínem.
Jeszcze do tego nie doszło, ale wiedziałam, że nasz konflikt jest
nieunikniony. Nie chciałam tego nie dlatego, że bałam się dostać po
głowie, chociaż oczywiście to nic przyjemnego.
Po prostu była mi obojętna.
To męczące użerać się z kimś, kto uznaje nas za wroga, podczas gdy my w ogóle o nim nie myślimy.
Ale często właśnie dlatego ten ktoś nas nienawidzi.
5
Zakwaterowano nas na dawnym targu koni w Espalle, gdzie znajdowały się
liczne boksy dla naszych ptaków. Mimo że minęło już tyle lat od zarazy,
miasto nie zburzyło swoich stajni. Gdyby to zrobili, pogodziliby się z tym, że konie zniknęły na zawsze, ponieważ kilka pozostałych klaczy było
za starych, by się oźrebić, nawet gdyby znaleziono gdzieś ogiera. Zarazę
przeżyły tylko ciężarne klacze i to nie wszystkie.
Taka nostalgia nie dotyczyła wyłącznie Espalle. W każdym mieście w Ziemiach Korony wciąż można znaleźć stajnie, słupki do wiązania koni
oraz koryta, chociaż te ostatnie oczywiście mogły służyć także wołom,
osłom i innym zwierzętom. Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy
chwiejnica nadeszła z miasta Pigdenay na północy. Zwierzę, które
zapadało na chorobę, zaczynało zataczać się, potykać i tracić równowagę.
Wtedy najlepiej było je uśpić, ponieważ końcowa faza choroby okazywała
się bolesna. Mózg puchnął wewnątrz czaszki i zwierzę dostawało szału.
Zaraza potrzebowała nieco czasu, by się rozprzestrzenić. Konie, które
poukrywano, zachorowały dopiero po latach, a na niektórych
uniwersytetach uważa się, że stało się tak dlatego, że choroba kryje się
także w ciałach ludzi, choć nie wyrządza nam krzywdy.
Zachowałam pewne wspomnienie, które może być snem, ale myślę, że dotyczy
prawdziwego wydarzenia. Miałam może cztery latka, kiedy zobaczyłam trzy
konie mojego ojca na polu o zmierzchu. Dwa kołysały się, jakby w rytm
muzyki, którą tylko one mogły usłyszeć. Trzeci stał w pewnym oddaleniu i wyraźnie się ich bał. Poznałam Idalę, czyli Gwiazdę. Kiedy choroba
przybyła do Bragi, klacz akurat była ciężarna, co zapewniło jej ochronę.
Jej źrebię umarło. Idala to zwyczajny koń, przeznaczony do jazdy, a nie
na pole bitwy, ale ze względu na to, że przetrwała, stała się niezwykle
cenna.
Bardzo się przyjaźniłyśmy, kiedy byłam mała, i jeszcze coś o niej
opowiem.
Nakarmiłyśmy ptaki mięsem z naszych stale kurczących się zapasów, a następnie umieściłyśmy je w boksach dla koni i postawiłyśmy na straży
dwie kobiety, które miały je obserwować i nie dopuścić, by coś
przeskrobały. Namioty stanęły w sali aukcyjnej, która już nie miała
dachu, choć na jej środku wciąż znajdowała się duża rzeźba z brązu,
przedstawiająca konia stającego dęba. Gobliny ją przewróciły, ale nie
zniszczyły. Ustawiłyśmy posąg pod ścianą, a wiele z nas ucałowało nogi
tego pięknego stworzenia.
Kolejnym problemem okazała się kąpiel.
W mieście brakowało świeżej wody, ponieważ gobliny wrzucały oskrobane
różowe kości swoich ofiar do studni. Poza tym chętnie do nich srały. A przynajmniej robiły to bliżej wybrzeża, ponieważ, w odróżnieniu od nas,
mogą pić morską wodę. Alisenne dowiedziała się od ocalałych, że kąsacze
wykorzystywały łaźnię w Espalle jako swoją rzeźnię, więc została ona
skażona. Nawet gdyby tak nie było, przybytek nie mógłby obsłużyć całej
ispanthiańskiej armii. Jednym, co łączy Spanthian wszystkich stanów,
jest pragnienie zachowania czystości. Jeśli chcecie obrazić
Spanthianina, stańcie obok niego z cuchnącymi pachami lub kroczem albo z tłustymi, nieuczesanymi włosami. Podczas wojskowej kampanii bądź na
pokładzie okrętu jest to wybaczalne, ale nie w porządnym mieście, które
posiada jakieś zasoby.
Najgorsi w tej kwestii są Holtyjczycy.
Późnym popołudniem zeszłyśmy nad morze, rozebrałyśmy się i wykąpałyśmy,
korzystając z kawałeczków mydła, które nasza kucharka, Bernuz,
przygotowała dla nas z potażu, owczego łoju i oleju z rokitnika. W wodzie pływało mnóstwo śmieci, a w pewnym momencie musiałyśmy odepchnąć
kijem zwłoki jakiegoś mężczyzny. Kiedy znów nadpłynęły, Inocenta
skarciła trupa i powiedziała mu, że między nimi koniec, więc powinien
zostawić ją w spokoju. Zawsze uważałam ją za piękną kobietę, szczególnie
wtedy, gdy udawało jej się mnie rozśmieszyć.
Ubrałyśmy się i napiłyśmy się wina na plaży, śpiewając piosenki. To był
śliczny dzień, pomimo otaczających nas śmierci i ruin. Niewiele rzeczy
jest dla żołnierza tak ważne, jak znajdowanie piękna w brzydkich
miejscach i humoru na łonie strachu.
Większość z nas miała wolne. Nie chciałam odchodzić, ale zapowiedziałam
swojemu bratu Migaédowi, że się z nim spotkam, a to ważne, by zawsze
wywiązywać się z obietnic.
* * *
-?Leży nieprzytomny -?powiedział mi grubas z fatalnym wąsem, kiedy
wróciłam do tawerny.
Miałam trudności z przypomnieniem sobie, gdzie ona jest, ponieważ ulice
Espalle są wąskie i kręte, a ja pamiętałam tylko szyld, na którym
widniał wilk albo pies, albo kiepsko narysowany kot oraz trzy gwiazdy.
Dlatego nie mogłam kierować się nazwą. Później podążyłam za odgłosem
pijackiego śmiechu i w końcu znalazłam Szkarłatną Kompanię Miecza i Konia, wciąż bez koni, choć wielu z tych gości ryczało jak osły.
Podejrzewałam, że większość z nich nie zna się na wojaczce, choć mieli w swoich szeregach sporą liczbę żołnierzy z Bragi oraz kilku zagranicznych
najemników. Zwróciłam uwagę na mężczyznę w pierścieniowym i skórzanym
pancerzu, surowego Galtyjczyka, który trzymał się niedaleko oficerów,
ale nie przesadzał z trunkami. Po bosych stopach i włóczni zorientowałam
się, że mam do czynienia ze strażnikiem z Zimnych Stóp -?oni często
zatrudniają się jako najemnicy.
Grubas przedstawił się jako Bolsu dom Gatán, więc ja również podałam mu
swoje imię, chociaż już je znał. Zauważyłam, że miał wysokiej jakości
zbroję -?niemal tak dobrą jak Migaéd -?z efektowną ryciną na napierśniku
przedstawiającą dwa dziki o groźnych kłach i oszalałych ślepiach stojące
na tylnych nogach naprzeciwko siebie, jakby szykowały się do walki.
Przyszło mi do głowy, że dzik to niefortunny symbol w wypadku rodziny
tłuściochów, ale uznałam, że to niegodna myśl. Potem zauważyłam, że
kołnierz jego koszuli, który przypominał parę skrzydełek nad ryngrafem,
jest lekko zaplamiony, jakby tuszem, i zdałam sobie sprawę, że to
barwnik z wąsów musiał spłynąć po jego szyi.
Mocno przygryzłam wnętrze policzka, by zachować powagę.
-?Mogę go zobaczyć? -?spytałam.
-?Myślę, że nie będzie w tym niczego niestosownego, jeśli siostra
obejrzy ciało -?odpowiedział albo użył jakichś innych wyszukanych słów,
a następnie zawołał Pedru, służącego mojego brata. Pedru był chłopcem o szczerej twarzy i od razu go polubiłam.
Zaprowadził mnie do pokoju, w którym cuchnęło ciepłymi ciałami oraz
winem i gdzie w słabym świetle wpadającym przez okno dymiła lampa
oliwna. Jakaś kobieta mniej więcej w moim wieku, a może młodsza, właśnie
się ubierała i początkowo nie popatrzyła mi w oczy. Wtedy uznałam, że
się wstydzi, i być może miałam rację, ale w końcu nie mogła wiedzieć, że
jestem siostrą Migaéda, a w swojej zbroi i ze spadínem przy boku
wyglądałam na zabójczynię.
Zanim odwróciłam wzrok od jej nagości, dostrzegłam tuż nad jej kolanem
jaskraworóżową bliznę zgodną z Prawem Hordy. Próbowałam popatrzeć na nią
łagodniej, ale chyba mi się nie udało. Nie jestem w tym dobra.
Ponownie zobaczyłam tarczę dziadka, tym razem z bliska. Nazywano ją
Ustami Burzy i była piękna, wykonana z różowego wiosennego drewna i okuta wysokiej jakości metalem, któremu przydałoby się polerowanie.
Ostatnio stałam tak blisko niej, kiedy wisiała nad paleniskiem w wielkiej sali w naszej posiadłości w Bradze. Pamiętam, że bardzo mi się
wtedy podobała metalowa rycina przedstawiająca dmuchającą twarz z chmur
o malutkich ustach i zmarszczonych brwiach. Jak wiele rzeczy z mojego
dzieciństwa teraz sprawiała wrażenie mniejszej niż we wspomnieniach.
Wtedy wydawała mi się tak wielka, że mogła stać się dachem domku albo
niewielką łodzią. Kiedy wyjechałam, żeby zgłębiać tajniki Calar Bajat,
bardzo tęskniłam za domem. Często o nim śniłam i w tych snach czasem
pojawiała się tarcza. Więcej niż raz śniły mi się potwory próbujące
dostać się do posiadłości, a ja musiałam przynieść tarczę i lancę
dziadka. Ale stwory zawsze dostawały się do domu przez palenisko i zanim
byłam w stanie dotrzeć do głównej sali, stawały pomiędzy mną a tarczą.
Budziłam się tuż przed tym, jak miały mnie pożreć, z mocno bijącym
sercem, zastanawiając się, dlaczego jestem w internacie, a nie w swoim
pokoju.
Ale tarcza czasami pojawiała się także w przyjemnych snach. W moim
ulubionym, w lesie rosły malutkie grusze, na których wisiały owoce
wielkości ziarenek pieprzu. Ale kiedy je zrywałam, rosły i wypełniały
całą moją dłoń, a ja je zjadałam. Jak wiecie, wiosennego drewna już
prawie nie ma. Drzewa wycięto szybciej, niż mogły odrosnąć, ponieważ ich
drewno pozostaje żywe po ścięciu, więc samo się naprawia, jeśli ma
dostęp do światła słońca i wody. Poza tym jest bardzo silne, elastyczne
i niemal całkowicie odporne na ogień. Kiedy je osmalić, traci zdolność
regeneracji, ale staje się jeszcze twardsze i lżejsze, więc czasem
wykorzystuje się je do budowy statków. Ale najczęściej pozostawia się je
w żyjącej postaci. Większość drzew zmieniła się w wojskowe okręty, ale z niektórych zrobiono zbroje albo puklerze.
Migaéd powinien lepiej dbać o tarczę dziadka, tymczasem pozwalał jej się
walać na podłodze, a na domiar złego ani jej nie polerował, ani nie
oliwił.
Kobieta skończyła się ubierać i bez słowa ruszyła do drzwi. Niby co
miałaby powiedzieć?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki