Wojna chocimska
Transakcya wojny chocimskiej
Gdzie Osman cesarz turecki wszytkie państw swoich z Afryki, z Azji i z Europy na Polaki zgromadziwszy siły, za łaską Najwyższego Pana, roztropnością czułych opatrznych wodzów a dzielnością rycerstwa polskiego, spadł z imprezy swojej i straciwszy sto tysięcy ludzi, część w polu, część do naszych szturmując, część własnych broniąc obozów: starego z Koroną polską potwierdziwszy przymierza, inglorius wrócił do Konstantynopola roku zbawiennego 1621 i stanąwszy pod Chocimem dnia trzeciego Septemb., odszedł dnia dziesiątego Octob.
Z różnych jako manuskryptów i diaryuszów, tak z relacyj ludzi starych, którzy tam byli praesentes, zebrana, ale osobliwie z tradycyi Jw. Jm. Pana Jakóba Sobieskiego, od stanu rycerskiego w tej ekspedycyi komisarza a potym kasztelana krakowskiego, z łacińskiego na polskie dostatecznie dla nieśmiertelnej narodu polskiego sławy wierszem przetłomaczona.
Roku pańskiego 1670 dnia Decembra ostatniego.
Wojny chocimskiej część pierwsza
Wprzód niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkarady
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady
(Który z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgry i z Bułgary),
Boże!, którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłym piórem jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim tego domu węgłem,
Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłem -
Ciebie proszę, abyś to, co ku twojej wdzięce
W tym królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył; boć to jest dzieło twej prawice:
Hardych tyranów dumy wywracać na nice,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli,
Przez tych, którzy swą siłą od ciebie zawiśli.
Spadł Antyoch z imprezy, spadł i Herod z krzesła;
Tamten żywo zgnił, tego gadzina rozniesła.
Spadł durny Sennacheryb, gdy we trzechset szabel
Tysięcy musiał pierzchać; spadł Nimrod z swej Babel;
Spadł z człowieczej natury Nabuchodonozor
I ten, co Boga bluźnił, trawę łapał ozor.
Spadły mury wysokie, które samem spycha
Echem trąby Jozue, wielkiego Jerycha.
Spadł wysoki Madyan, kiedy garścią ludzi
Gedeon go oświeci i ze snu obudzi,
A on młocek wczorajszy - cud nie wysłowiony!
Monarchom z głów dostojnych zdejmował korony.
Padł Holofern Judycie, Sisara Jaheli,
Bohatyr mdłej niewieście i szabla kądzieli.
Grzechy nasze, o Panie!, za którymi w tropy
Na pierwszy świat chodziły ognie i potopy,
Dziś nie w wodzie (dla tęcze), nie w ogniu z Gomorą,
Ale się w własnej swojej krwi czyszczą i piorą.
Krwią się myje, krwią poci ten świat jako w łaźni:
Wszędy pełno niezgody, pełno nieprzyjaźni.
Nawet miłość prywatna między ludźmi zgasła,
Wszytko z łakomstwem zazdrość nieszczęsna popasła.
Jeżelić kto co radzi, patrz na obie oczy,
Bo teraz każdy wodę na swe koło toczy;
Usty świadcząc ofiary, wywodzi cię w pole
A niechętnym sercem żga i od siebie kole,
Byle cię jako zażąć albo cię mógł zażyć;
Poty termin przyjaźni, którą wyposażyć
Jeszcze trzeba; tym kształtem zmyje cię bez ługu;
Bo jeśli mu się słowa i upomnisz długu,
Za psa twoja uczynność, krew, przyjaźń, warunek!
A drugi, rychlej niż dług, weźmie basarunek.
Wyrzekł się świat szczerości, rzadko między braty
Znajdziesz ją rodzonymi, nikt nic bez prywaty
Nie robi, i gdzie mu się praca nie nagrodzi,
Niech tonie, niech psy drażni, niech o kiju chodzi,
Bliźniemu nie usłuży, nie poradzi szczerze,
Cóż by go miał wykupić z pogańskiej obierze?
Byłoć to, powiedają - i prawdę podobno,
Póki moje a twoje nie strzygło tak drobno
Ziemie; póki łakomstwo i przeklęte żądze
Nie dały miejsca prętu, łanu, łokciu, siądze;
Miarą sama potrzeba: gdy natury wedle
Ani w odzieniu człowiek, w piciu, ani w jedle
Inszego na tym świecie szukał sobie bytu,
Okrom przyrodzonego dla ciała dosytu.
Ziemia też dobrowolnie, bez ludzkiej ciemięgi,
Bez pługu, nie kąkole, chwasty i ostręgi,
Czyste zboża rodziła: co śnieć, co kostrzewa,
Nie znał człek, więc rok cały nieszczepione drzewa,
Miody, soki, oliwy i rozkoszne figi
Dawały; owo żyli bez wszelkiej fatygi,
Takie wiemy Lacyum z poetyckich liter,
Kiedy zegnał na ziemię Saturna Jupiter.
Toż nie dwaj, nie trzej, co dziś przykład barzo rzadki,
Lecz wszytek rodzaj ludzki, jakby z jednej matki
Wyszedł: tak go miłości jednoczyły pęta,
Że wojny na się nigdy, tylko na zwierzęta
Drapieżne, nie podnosił; każdy człek był bratem,
Każdy bliźnim, z niedźwiedziem nieprzyjaźń kudłatem,
Z wilkiem, lwem i tygrysem i co się na szkodę
Bestyj lągnie; z tymi człek wieczną miał niezgodę,
Którym do dzikiej dała natura postury
Okropny ryk, kły, rogi, raci i pazury.
Ptacy nosy i spony przy pierza lekkości;
Skrzele ma niema ryba i zęby, i ości;
Żądła gad jadowite, bazyliszek w oku
Śmiertelną ma zarazę; w nozdrzach jest u smoku;
Wąż kąsa a jeż kole, brzydki pająk truje;
Tnie osa, mrówka, komar i biedna pchła uje;
Nagi człowiek, bez broni, bez biegu, bez mocy,
A wżdy teraz ani lwi, ani się tak smocy
Waśnią na się, jako on na swe własne plemię:
Bestyje, ognie, wody, wiatry, nawet ziemię
Stosuje (tu dowcipy, tu rozumy liczy),
Gdy ludzi z świata gładzi, gdy bliźnich kaleczy!
Jeszczeż pogaństwo, jeszcze, co pod Mahometem
Z bydlęty za cielesnym dało się impetem
I pobożność i prawo ostrą szablą mierzą
(Nie dziw, bo nie zna Boga i Jego przymierza),
Ale my chrześcijanie, jako się sprawimy,
Ze stokroć bardziej sami z sobą się dławimy,
Niźli z Chiną Scytowie, niż Turcy a Persi
Pod jednym zabobonem żyjąc, którym piersi
I serce bisurmańskie, choć ścierwy obrzeżą,
Obewrzały nikczemną bydlęcą lubieżą.
Pojźry, o wieczny Boże, któryś niegdy tęgiem
Ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiem
I wiecznieś malowaną zawiązał obręczą
Swój arsenał, skąd grozy Twe nad światem brzęczą -
Pojźry na tęczę, którą słońce Twej dobroci
We krwi i w wodzie świętym rumieńcem stokroci,
W tej krwi, którą toczyła niedołęga nasza,
W tej wodzie, co Twych sądów na ludzi przygaszą;
Przez tę krew, przez tę wodę, która jednym stokiem
Lała się, wytoczona Syna Twego bokiem,
Proszą Cię chrześcijanie, Stwórco miłosierny!
Zamkni krwie w Cię wierzących żałosne cysterny!
Nie racz ich, nie racz, Panie, z twardym Faraonem
Za wielkie grzechy w morzu zagubiać Czerwonem!
Niech jej nie toczy srogi bisurmanin czopem,
Nie racz świata drugi raz zatracać potopem!
Ale niech nasze serca zwady i niesnaski
Przeciw sobie wyrzucą, a dla Twojej łaski
My, pod nowoprzymiernym którzy żyjem kluczem,
Tobie krzywdy i swoje urazy poruczem.
Ty pokarzesz, kto winien; za Twych ludzi zgodą,
Spuszczą rogi poganie, którymi nas bodą,
I jeżeli nie wrócą, co naszą niesforą
Wzięli, przynamniej więcej już niechaj nie biorą!
Bo odtąd jako buje białopióry orzeł
Pod znaki zbawiennego krzyża upokorzył,
Odziawszy skroń szczęśliwej wiktoryej bobki,
Pisał pamiętne durnym sąsiadom nagrobki
I takiemiż przewiwszy złote wieńce zioły,
Bogu święcone niemi ozdabiał kościoły,
Skoro mu w Mieczysławie z oczu spadła łuska,
Skoro z Jagiełłem mitra litewska i ruska
(Wraz z nim z błędów pogańskich ten naród wyzuty)
W Pogoniej mu waleczne dała Korybuty
(Dwunastu rodnym braciej po ojcu Olgierdzie,
Wiarę poznać zdarzyło Boże miłosierdzie).
Tak Orzeł, którego wzrok blask zniesie najjarszy,
Świętym związkiem z wojennym Pegazem się zwarszy,
Którego dzielny osiadł Bellerofon kłęby,
Walił trupów pogańskich obszerne poręby.
I już byli tam swoje rozpostarli kopce,
Gdzie Dunaj Czarne morze miesza a to obce
I słodkie biorąc wody w zasolone brzuchy,
Pieni się i straszliwe sprawuje rozruchy,
Aż kędy cicha Wisła, krom szumu, krom zrzuty,
W bałtyckich porciech stawia ładowane szkuty.
Ale Bóg, który tego świata podkomorzym,
Jednym się nam rozkazał kontentować morzem;
Drugie dał Turkom, gdzie się Jupiter stał wołem
(I godzien stać, taki bóg z bydłem pod okołem),
Żeby na dużym karku piękną dziewkę onę,
Mógł przepławić na czwartą tego świata stronę,
Której skoro subtelną dotknęła się stopą,
Natychmiast jej przezwiskiem nazwana Europą.
Tam hardy Ottomanin, obciążywszy pęty
Azyą i Afrykę, stanowił okręty;
Tam się w cudzym, o wstydzie, rozpostarszy kącie,
Łowi ryby, jak stara przypowieść, w odmącie;
A co dalej, to głębiej zaciągając włokiem,
Wziął Kandyą i na Rzym krzywym patrzy okiem,
Tam Grecya, tam ona macedońska pycha,
Tam z Tracyą Bulgary i pół Węgier wzdycha.
I przez nas jak siano wlókł, bo gdy owce strzygą,
Drży baran. Obyż taką zjednoczeni ligą
Chrześcijanie, w jakiej są bisurmani sforze -
Jużby ich za Czerwone zapędzili morze!
Ale gdy pojedynkiem każdy się z nim bije,
Wszytkich zwycięży, wszytkim da jarzmo na szyje.
Tać to bestyja, strasznej to plemię Gorgony,
Co wlecze niezliczone jednym łbem ogony
I przyszedszy do płotu, kędy głowę wsadzi,
Snadno wszytkie ogony za głową wprowadzi.
Tysiąc głów chrześcijanie, jeden ogon mają,
Które, kiedy sobie dziur osobnych szukają,
Choćby co wiedzieć jakim snuli się obrotem,
Muszą koniecznie ogon zostawić za płotem.
Stądci, stąd trzeba będzie dać liczbę koniecznie
Bogu, gdy przyjdzie na świat dekretować wiecznie.
Ta krew, którąście z sobą lali sami hustem,
Jawnym wam będzie świadkiem, jawnym nieodpustem
Że nie raczej, pogańskie farbując nią karki,
Na więźniów chrześcijańskich zniesiecie jarmarki,
Gdzie tyle milionów, aż się serce kurczy
Od żalu, na każdy rok ludzi się poturczy.
Ale mnie cóż po tym brać prowincją cudzą?
Są ambony, niechże was kaznodzieje budzą
Z tego snu, w którym wszytkie utopiwszy zmysły,
Sprosnym zbytkom, skąd grzechy jak z pasma zawisły,
Swe rady, swe fortuny a szkodę ku szkodzie
Poddajecie, gdy Turczyn łupi was o wodzie.
Nigdyć męstwo w rozkoszy a cnota we złocie
Nie może w doskonałej ostać się istocie.
Twarda stal; niechże jedno pójdzie między ognie,
Tak zwolnieje, że ją młot jako łyko pognie;
Pieszczota nieszczęśliwa kominem a miechy.
Pycha, zbytki i wszytkie cielesne uciechy;
W tym węglu, nie będzie-li od rozumu wstrętu,
Zmięknie, choćby z twardego serce diamentu.
Co siły Samsonowi bierze, co go ślepi?
Żądza miłości, skoro w piersi mu się wrzepi.
Co miecz Achillesowi, kobzaż wzięła z ręku?
Żądza miłości winna, że pilnował brzęku,
Kiedy się drudzy bili; dopiero ją zwładał,
Skoro w bitwie swojego Patrokla postradał.
Pięknież Herkulesowi, gdy tryumfów pełny,
Nie wstydał się z dziewczęty wrzeciona i wełny?
Albo kiedy pijany groźną onę klawę
Dziecku dał za konika; wrzuciwszy pod ławę
Lwi łupież, którym trwożył piekielne napasty,
Nagi między Satyry wszedł i ich niewiasty?
Póty się Aleksander o drugi świat pytał,
Póki męstwem a cnotą rycerską zakwitał;
Aż gdy w perskich delicyj da się Lernę cichą,
Aż on mały z wielkiego, aż szaleje pychą,
Z której hydra stogłowa zaraźliwą parą
Cnoty jego plugawą powlokła maszkarą.
Wie świat, co był Hannibal, co Rzymowi robił,
Jakie wojska do nogi znosił, wiele pobił
Zawołanych hetmanów, i nie po raz dymem
Całe Włochy zaduszał pospołu i z Rzymem;
Wszytkie kąty spustoszył a od lat piętnastu
Jako wszedł w Europę, kurzył pod nos miastu;
Odebrał prowincyje, i już we zwierciedle
Widział Rzym ciężkie jarzmo, swe tylko osiedle
Trzymając, z nieba sięgał pomocy w tym stosie,
Wszytkie ludzkie sposoby puściwszy imo się.
Jakoż jużby był brzęczał nieomylnie w pęcie,
Ale inszy padł w górnym dekret parlamencie.
Póki ludzi Hannibal w twardych pracach trzymał,
Póki ich słońce piekło, mroźny wiatr przedymał,
Co dzień bitwa, co noc straż o wodzie a chlebie,
Póty wojsko z wodzami wielkim sercem grzebie.
Ledwie wojsko wprowadził do kampańskich cieni,
Aż się on lew okrutny z swej sierści wyleni,
W lot one ostre zęby i ogromne spony
Na gałęziste rogów jelenich korony
I na łaskawych łosi kopyta frymarczy,
Już rochmanny, już grzywy nie jeży, nie warczy,
Słodkie wina, miękkie sny, złotem tkane szaty,
Wdzięk owoców rozkosznych, oliwy, sałaty,
Skruszyły Hannibala, że do swej Kartagi
Wrócić musiał i z nią wraz wziął śmiertelne plagi.
Siła inszych przykładów przytoczyłbym i tu
(Ale mi rzecz mojego nie da propozytu),
Jako zawsze stroniła bohatyrska cnota
Od wszelakich rozkoszy i od składów złota,
Boć i w naszej Ojczyźnie niedawnymi czasy,
Nim ją Włoszy wiotchymi zarażą hatłasy,
Surowym zabroniono żołnierzowi godłem,
Żeby nie srebrnym konia rzędem albo siodłem
Ani miękkim sam siebie okładał jedwabiem,
Co nieprzyjacielowi do wygranej wabiem.
Obrót i dzielność konia, ręka serce zdobi
Kawalera, w to, w to się niechaj każdy sobi.
Żelazem Mars do sławy odkłada wrzeciądze;
Niech się gach złoci, niech Żyd gromadzi pieniądze.
Najmniej Epaminondy, najmniej to Agryppy,
Najmniej Emiliusza nie szpeci, że stypy
Na tych ludzi, których świat nie przestanie sławić,
Pogrzebie nie było czym dla ubóstwa sprawić,
Chociaż ilekroć który z tryumfem się wracał,
Milionami skarbiec publiczny zbogacał.
Ale gdzież mnie to pióro rozpędzone zniesło?
Nie moja rzecz zaprawdę, nie moje rzemiesło,
Wodzom i bitnym pisać żołnierzom reguły,
Wskrzeszać, których już kości w grobie się rozsuły.
Polską naszą Bellonę na teatrum świata
Sarmackiego prowadzę: teżby jesne lata
I czas z ojcy naszymi miał zagrześć pożerny?
Nie da Bóg Swej roboty! Otwieraj odźwierny
Wrota, gdzie na szerokiej mej Ojczyzny sali
Wielcy bohatyrowie będą się pisali!
Ale wprzód niż za progi z tą boginią idę,
Żebym, miasto przysługi, nie padł na ohydę,
Gdzie mnie straszą tak świeże, jak dawne przykłady,
Proszę o wzrok i ucho skłonne do mej swady!
Lichać, licha; co prawda, to i nie grzech; widzić
I sama, lecz się szkoda za ubóstwo wstydzić!
Z nikim się równać nie chce, ani psuje głowy,
Że za pierwszymi będzie zbierała podkowy.
Nie trwóż mnie, cny Twardowski, nie pokazuj z żalem
Prace swojej przed grubym spalonej Moskalem.
I na to-żeś zarobił Władysławie Czwarty?!
Proszę, niech Mars, nie Wulkan, bierze moje karty!
Więc jeżeli Homerus, książę między Greki,
Maro między Latyny, nie mógł ujść opieki,
Ronsard między Francuzy, zębatego Moma,
Zielone drewno gore, nie maż się bać słoma?
Ale twymi stopami, o wielki Jakubie
Sobieski, postępując, dobrze wróżę sobie:
Że jak pod jesionowym, co się go wąż boi,
Tak cał będę pod cieniem wielmożności twojéj!
Splendor domu wielkiego, który w tej Korony
I Marsem i Minerwą niebo bije łony
Od najpierwszych początków i konsem i swadą,
Zaślepi tę gadzinę swym blaskiem szkaradą;
Splendor wielkich honorów, które, gdy terminu
Dostąpią najwyższego, na Janie, twym synu,
Osiędą. A któż bez łez wspomnieć może Marka,
Któremu śmierć przed laty dotrzęsła zegarka.
Igrał krwią bohatyrską poganin przeklęty,
Tocząc ją hustem z więźniów, obciążonych pęty.
I hirkańskie tygrysy, nad które nic pierwej
Surowszego nie było, i co tylko ścierwy
Po norwejskich urwiskach i ryfejskich górach
Na żer nosi szczeniętom w zębach i pazurach,
Wszytko to Krym w tyrańskiej zrówna okrutności!
Gdzie przed laty Dianie tauryckiej z gości
Takie prawo, ten zwyczaj był u pogan stary,
Iż z ludzi poimanych palono ofiary,
Wspomniał sobie Nuradyn zwyczaj zaniedbany -
Lecz pisze urażony na marmorze rany.
I godzieneś, o wielki Sobieski, że na cię
Po zeszłym rodzicielu, po kochanym bracie,
Przywilejowanego trzymając się prawa,
Wielka spadła koronna laska i buława:
Laska - bo też twój patron marszałkował Bogu;
Buława - żebyś przytarł bisurmanom rogu,
Pomścił się śmierci bratniej, którać serce w strefy
Kraje, nad harpijami i srogimi gryfy.
Dziś twe ˝Pole˝ kochane, twoja ˝Złota Niwa˝
Niech wygląda źrałych zbóż szczęśliwego żniwa,
Doczekawszy ˝Miesiąca˝, w którym źreją ˝Wiśnie˝:
Tak rzeczy sporządziła natura umyślnie.
Tegoć życząc, do swej się wracam Muzy, a ty
Stalne sierpy i kosy ciągni na musaty
Już we trzech częściach Turczyn rozpościera świata
Twardy tron, już ciężarem samym insze zgniata
Królestwa; już Azyja, już ma i Afryka,
Już ma na karku piękna Europa łyka;
Gdzie nad samym Bosforem ze wszytkich narodów
Zburzonych najsławniejszy opanował z grodów
Konstantynopol - niegdy twój, Paleologu!
Tam siedzi i samemu nie składając Bogu,
Do ostatniej złupiwszy okrąg świata miazgi,
Wszytkich za nic poczyta, wszytkich za drobiazgi.
Anoż ona mizerna śmieć ludzka, co zrazu
Budowali koszary po grzbiecie Kaukazu,
Ubogich skotopasów zgraja czcza i nikła,
Dzikim tylko niedźwiedziom i wilkom nawykła,
Z pastucha zbójca, żołnierz ze zbójce, o cuda!
Ta-li świat miała tedy zhołdować paskuda!
I są jeszcze cesarze rzymscy? I bez wstydu
Od tej nędze, od tego wykąsani gidu,
Tym się piszą tytułem? Wstań z popiołu, Kaje,
Któremu to przezwisko najpierwej Rzym daje;
Obacz, jaka odmiana, jako wielkie drwiny:
Nie mając panowania twego i trzeciny,
Wdział drugi trzy korony i ma nad cię wiele,
Coś świat cały a jednę tylko miał na czele.
Nie trzebać się było bać, żebyć ją opłotni
Zdjął sąsiad, co by było daleko sromotniéj.
Który skoro się tak już daleko rozszerzył,
Każdy się z nim przyjaźnił, każdy się przymierzył.
Stąd naprzód z Bajazetem, a potem z Selimem
(Zięciem ten, a tamten był Mehmetowym synem),
Kazimierz Jagiełłowicz, który w liczbie trzeci,
Wieczne zawarł przymierze; po nim jego dzieci,
Olbracht i Aleksander, przysięgą wzajemną
Z Turkami się wiązali w przyjaźń nierozjemną.
Tęż z koroną od przodków swych wziął Zygmunt pierwszy,
Którego w nas żaden wiek sławy nie zawierszy:
Tak się jego werżnęły w serca ludzkie cnoty,
Ze póki świat trwa, one trwać też będą poty;
Lecz i ta nie ostatnie pewnie miejsce bierze,
Gdy tak żył w poprzysięgłej z Solimanem wierze,
Z człekiem sławnym, wojennym, że i dotąd słodka
Tych pakt Turkom pamiątka dla wielkiego przodka.
I choć też były czasem okazyje zwady
(Bez czego ledwie może być między sąsiady),
Ale gdy do pokoju przychylni z stron obu,
Nie trzeba długo szukać do zgody sposobu;
Nie brać się za każdą rzecz, a dopieroż małą,
Kto chce żyć między ludźmi i mieć przyjaźń całą.
Aczci zaś, gdy się nie mścisz pierwszej krzywdy owej,
Gotuj się prędko cierpieć i wyglądaj nowej;
Zaś kto się mści, dwa razy, mówią, bywa bity:
Moja rada, z możniejszym nie zadzieraj i ty!
Zgoła ze złym sąsiadem nigdy bez kłopota!
Zawsze padnie na nogi, jako rzucisz kota.
Dlatego w żadnym u mnie nie jest dziwowisku,
Ze on szary Floryjan na pobojowisku
Gdy w się pchał wytoczone jelita na ziemię,
Łokietkowi królowi odpowiedział, że mię
Barziej boli zły sąsiad w mej wiosce, niźli ta
Rana, przez którą ze mnie wypadły jelita!
Stąd Jelita Zamoyskich, trzy złożone groty,
Wieczna pamiątka, wieczny charakter ich cnoty;
Które gdy się z Księżycem Wiśniowieckich zdadzą,
Na królewskim je tronie Polacy posadzą:
Więc do zgody sąsiedzej Orła i Pogonie.
Te, co ich sąsiad mierział, Jelita w koronie.
Ale się ja do rzeczy wracam przedsięwziętej.
I Stefan, i August pokój on zaczęty
Trzymał nienaruszenie, chociaż żywe serce
Wrzało w Stefanie na te wszech krajów pożerce;
Chociaż go Sykstus piąty do tego prowadził,
Żeby był złamał pakta, żeby się był zwadził;
Lecz Warna rozradzała i stawiała w oczy
Władysława, który krwią po dziś dzień widoczy,
Że i poganinowi ze złomanej wiary
W tropy pomsta, niesława, śmierć, trumna, grób, mary.
Wolała, mówię, wara! na Polaki Warna.
Tak-że by nasza była korona niekarna?
Lecz i Moskwicin krnąbrny, choć sto razy bity,
Przeszkadzał Stefanowi takie propozyty:
Co się z nim dziś pojednał, co się z nim sprzyjaźnił,
Zaś go jutro pogniewał i na się rozdrażnił.
Więc samą utwierdzone przez czas tak niemały
Starożytością, one dotąd pakta trwały,
Aż przez skryte skałuby i tajemne dziurki
Między mężne Polaki a nadęte Turki
Straszny się wojny krwawej nagle ogień wzniecił,
Który świat od zachodu do wschodu oświecił.
Co za przyczyna wrzawy i onej turnieje,
Co pokój tak stateczny, tak długi rozchwieje?
Powiedz Muzo, to mając pieśni swych prawidłem,
Ze i swoimże uszom pochlebstwo obrzydłem;
Cnotę zaś, która samą sławą się nagrodzi,
Przyznać w nieprzyjacielu i chwalić się godzi!
Tobie tej czci przedwieczne życzyć chciały losy;
Stąd twych Snopów, Zygmuncie, kwitnąć będą kłosy
I tobie, Władysławie, boś tu za Ojczyznę
Pierwszą pięknej młodości położył ćwiczyznę
Z Osmanem, który na cię trzy sprowadził światy;
Aleś ty sercem przeniósł rówiennika laty.
A jako was fortuna złączyła tym placem,
Świat Kuryacyusa widziałby z Horacem,
Gdyby sercu i ręce puścić chciało lejce
Zdrowie: boś nie w obozie, ale był w aptece;
Przytomność jednak twoja i twój namiot głuchy
Serca dodawał i cnym żołnierzom potuchy.
Cóż gdybyś wsiadszy na koń złotą klawą kinął!
Jak wiał, tak by był Osman i z swym wojskiem zginął.
Ordy naprzód tatarskie posiadszy te kraje,
Gdzie przedtem Tauryka, dziś Krym i Nahaje,
Urywczy wiodąc żywot, o kobylim zdoju,
Ani chcą, ani mogą posiedzieć w pokoju;
Ani handlów prowadzą lądem albo wiosłem;
Ani się pospolitym parają rzemiosłem;
Ani ci wsi budują; ani wprzągszy wołu
Pługiem w ziemi ludzkiego szukają żywiołu.
Dom, talaga pleciona; strój, futro baranie;
Bankiet, źrebię; w bachmacie ukontentowanie;
Żon, co trzeba któremu; z niewolników, sługi.
W domu zabawa: derhy, uzdeczki, kańczugi.
Więc czego nie dostaje, jakby słusznym prawem,
Jeśli ukraść nie mogą, bojem biorą krwawém.
Ta przeklęta szarańcza tak się w Polskę wpasła,
Że dotąd tamta ściana nigdy nie wygasła,
Bo lada w dzień, w bok koniom włożywszy ostrogi,
Świeżym dymem, świeżymi kopcą ją pożogi.
Tak giną wsi i miasta, a za kożdym razem
Sto tysięcy dusz weźmie, sto zgładzi żelazem.
O! jako barzo często kwiat koronnej młodzi
W pojśród ziemie ojczystej w tej tonął powodzi,
A dziewek krwie szlacheckiej - ciężki żal bez miary!
Pełne i dziś pogańskich przekupniów bazary;
Z niemowiątek zaś owych, z których bite szlaki
Za nimi, w kilku leciech widzim poturnaki,
Którzy drogą krwie Pańskiej opłaceni ceną,
Sprośnego Mahometa uśpieni Syreną,
Onę myśl chrześcijańską jako paraliżem
Masłokiem zaraziwszy, świętym gardzą krzyżem,
Starszy z czół chrześcijańskich charakterów cechy,
Krwią własną przez obrzezkę wpisani do Mechy.
Takieć w Polszcze rabieży robiły i mordy
Tatarskie pod skrzydłami tureckimi ordy!
Z drugą stronę Kozacy, naród także ludny,
Spadszy mskłymi z porohów swego Dniepru sudny,
Oświecą Czarne morze i tej, co Podole
Orda, trwogi nabawią Konstantynopole.
Ci pobrzeżne fortece i portowe zamki,
Których po dziś dzień starczą okropne ułamki,
Głębiej niźli na pięć mil wkrąg zapadszy w ziemię,
Ogniem i mieczem niszczą bisurmańskie plemię.
Często po swych dziardynach, gdzie się Flora poci
Balsamem, gdzie rozkoszne pomarańcze złoci,
Częstokroć po zwierzyńcach przechodząc się hardy
Sułtan, gdy patrząc na lwy cieszy się i pardy,
Razem ognie kozackie urażą go w oczy.
Których flota jeżeli na morzu zaskoczy
Ładowane okręty, zwłaszcza po swym plecu,
Część ich Neptun ma na dnie, a część Wulkan w piecu.
Aleć i w samych portach, kiedy insperacie
Zbiegną Kozacy, toż ich potka na Gałacie
A woda krwią rumieni, o hańba, o wzgarda!
Pełne dział arsenały, pełna kortygarda
Ustrzępionych janczarów; odlewani z miedzi
Ryczą smocy: po wieżach wyją hodzie biedzi;
Wre miasto, ziemia jęczy, a pomorskie skały
Szkaradych kartaonów echem rozlegały.
Darmo: bo Zaporożec, mając to za bajki,
Sunie chyżo ku Dniepru obciążone czajki,
I jeżeli za sobą obaczy pościgi,
Tak z bliska, jak z daleka pokaże im figi.
Takieć się w Polszcze rzeczy, takie w Turcech działy,
A przecie mir zostawał na papierach cały.
Była wolna obrona tej i owej stronie.
Częściej jednak Tatarów gromiono w Koronie,
Gdzie koń konia, chłop chłopa, na morskiej zaś głębi
Okręt czółnów, ni kania dogania gołębi.
Dobrzem rzekł, że mir cały, ale na papierze;
Kto by był chciał w obiedwie serca wejźreć szczerze,
I Turczyn na Kozaki, i Polak na Ordy
Za pierwszą okazyją wecowali kordy:
Żeby ich w ichże gniazdach i w własnym popiele
Jako szkodliwe wyrżnąć do korzenia ziele.
Turków to osobliwie korciło bez miary,
Gdy naszy porażali na nogę Tatary,
Naród udzielny, bitny, który dotąd głosem
Wolnym pana obierał, a im ci pod nosem
Bez wszelkiej pomsty kurzą, co Dniepru porohy
Osiedli, wzgardzonego pospólstwa motłochy.
Więc się im w ręce prawie okazyja poda,
Kiedy Stefan Potocki, wtenczas wojewoda
Bracławski, z dawnymi się skrewniwszy Mohiły,
Którym prawem dziedzicznym Wołochy służyły,
Chce brata żony swojej na ojcowski stołek,
Pod którym chytry Tomsza cicho kopał dołek
Za powodem tureckim, posadzić; a do tej
Potrzeby wiele się ich da pisać z ochoty.
I puścił się do Wołoch swoim tylko dworem
A ochotnym żywej krwie koronnej wyborem.
Siła na to baczniejszych sarkało w senacie,
Że się tej wojny podjął swej kwoli prywacie;
Ale on, gdzie przedwieczne ciągnęły go wrogi,
Z przedsięwziętej nikomu nie dał się zbić drogi.
Już milę tylko od Jass roztoczył nad Dzieżą
Rzeką namioty swoje, gdzie z oną młodzieżą
Szlachetnej krwie sarmackiej - ciężki żal Koronie -
Pierwsza sława niestotyż bez potrzeby tonie,
Bo Turcy niezliczoną osuwszy ich zgrają,
Acz się póki sił, póki broni opędzają,
Na koniec z znaczną swoją zatłumili szkodą,
Mało co żywcem z samym wzięli wojewodą.
Prędko po nich Korecki, mając siostrę drugą
Niefortunnych Mohiłów, nad tąż właśnie strugą,
Chcąc szwagra Aleksandra stwierdzić panowanie,
Który był Turków z Tomszą wybił niesłychanie,
Wpadł w sidła Imbrajmowi, okrutnemu baszy.
Tak po dwakroć w Wołoszech porażeni naszy.
Książę uszedł; Potocki pod czarne kopuły
Wrzucony do smrodliwej więźniem Jedykuły,
Skąd nie pierwej w Ojczyźnie swoje zaległ groby,
Aż pompie tryumfalnej przyczynił ozdoby
Okrutnym bisurmanom, którzy już grzebienie
Stawiają: już im polskie imię w lekkiej cenie,
Którego im większy strach przedtem mieli w oczu,
Tym durniejszy, jako koń, gdy zbędzie poboczu.
Ani już kupcom wolno w ich postać kolei;
Nie mogą się w chwyconej ukoić nadziei,
Że ścianę, od której ich przestrzegały wróżki,
Swemu Mahometowi porąbią w podnóżki.
Dodał serca Moskwicin zajątrzony jeszcze,
Ze się w własnej krwi jego monarchia pleszcze,
Bo podtenczas Polacy nieprzerwanym cugiem
Krnąbrny naród moskiewski takim myli ługiem.
Leci poseł za posłem, upominków gęstwa,
Chwalebne winszowania z Polaków zwycięstwa,
Prośby i obietnice i wszelkie przynuki,
Żeby rznęli między się Koronę na sztuki.
I niewielkiej już było potrzeba namowy:
Bo Achmet, tryumfami świeżymi surowy,
Posyła Skinderbaszę, wielkiej sławy męża,
Aby jeszcze z Polaki spróbował oręża;
Rozdwojone tam siły: zwykłym, da Bóg, szczęściem
Trupem tego narodu ich pola zagęścim.
Tym basza napuszony leci jako z kusze,
Tusząc, że wojska w Moskwie; lecz skoro u Busze
Obaczył Żółkiewskiego ludzi i armaty,
Onę ekspedycyją skończyli traktaty.
Wtenczas wzięły Wołochy Turczyna za pana,
Które dotąd na obie chromały kolana;
Myśmy się swego prawa już wyrzekli cale,
A co prawda, żeśmy go mieli też o male.
Tak rozumiał Żółkiewski, że mniejsza jest z chromém
Hołdownikiem utrata, aniżeli z domem
Ottomańskim nieprzyjaźń i wojna widoma.
Każdemu psu kość luba, każdemu łakoma,
A kiedy mu czymkolwiek gębę zatkasz prawiéj,
Tym się kąskiem, będzie-li chciał szczeknąć, udawi.
To wżdy ledwie Żółkiewski u Turków wyswarzy,
Ze chrześcijanie tamci będą hospodarzy.
Ten traktat z Skinderbaszą wtenczas miała Busza.
Czego nam żal, lecz późno na radę z ratusza!
Późno i ciebie serce, hetmanie, zaboli,
Skoroś dał prowincyją pogańskiej niewoli;
Skoroś stracił przedmurze, za którego cieniem
Nie zaraz nas przykry wiatr pierwszym doszedł wieniem.
A teraz rychlej wojnę niźli ujźrym posła
W Koronie; lecz to wszytko Boska ręka niosła!
Wtem Achmet, pod którym się te toczyły burze,
Cesarz turecki, oddał winny dług naturze.
Straszny dekret zaprawdę i gdyby nie z nieba
Ferowany, okrutnym nazwać by go trzeba,
Który prawem nieprawnym okrywszy krąg świata,
Cokolwiek na nim żyje, wszytko w ziemię wmiata.
Tymże musem monarcha, co i gnojek lichy,
Kiedy czas przyjdzie, lezie pod nię na trzy sztychy.
Tak z barłogu chudzinę, jako pana z puchu
Wepchnie do grobowego Lachezys zaduchu!
Na Achmetowym tronie, ledwie pierwsze progi
Dzieciństwa przestąpiwszy, siadł Osman, co z bogi
Górną porówna myślą cześć młodości, głupi!
Nie wie, że równo młodych z starymi śmierć łupi;
Owszem więcej cielęcych, jako sami wiecie,
Skórek niźli wołowych bywa na wendecie.
Dawne młodych przywary, dawne to są błędy,
Że zdarszy się z opieki, jako ryba z wędy,
Blaskiem nowej swobody zaślepiwszy oczy,
Do swego się zginienia sama młodość toczy;
Prawdy słuchać nie może; musi-li? To gorzéj
W sercu go niż trucizna jadowita morzy.
To u nich przyjaciele, to są faworyci
Owi dworscy legarci, owi pasorzyci:
Pochlebcy i grubarze - po naszemu rzekę,
Którzy wziąwszy na swoję panicza opiekę,
W koło go jako gęste otaczają strzępki.
Wielkie jego dostatki, mowy i postępki
Z pokornym podziwieniem od rana do zmierzchu,
Tylko nie dokładając, w oczy chwalą, wierzchu,
A jako psi do jatki idąc za baranem,
Powtarzają: niedługo będziesz wielkim panem!
Których wszytka robota i w tym kładą zyski,
Skłamać; zagrać, kto umie; chodzić przed półmiski,
Póki czują o kocie i ojcowskim zbiorze.
A gdy reszty w ostatnim przewąchają worze,
Rozbiegną się i każdy w swoję stronę kinie,
A jedynak, jak beczka zbywszy soli, spłynie.
Toż ubitym gościńcem i bez kałauza
Trafi lub do zakonu lubo do zantuza
(I toć twarda reguła w dębowej kapicy),
Kędy na Kluniaku chodzą zakonnicy.
Do Osmana wracając, dosyć ten miał buty
Z natury, ale kiedy przystąpiła ku téj
Opinia, którą w nim zauszni pochlebce
Budzili, już nie ziemię, samo niebo depce.
Świeżo przeszłe zwycięstwa, oddane pod Buszą
Wołochy, barziej górną fantazyją puszą.
Tak szczęśliwe początki monarchiej jego
Coś mu prognostykują, coś wróżą większego.
Jednym się oceanem, jednym światem nie chce
Kontentować; tym serce wychełznane łechce,
Że mu nic bezdrożnego, o co się pokusi;
Sama nawet natura posłuszna być musi.
Najwięcej Skinderbasza wojnę mu zalecał,
I coraz nowy ogień w młodym człeku wzniecał.
Nieprzyjaciel Polakom jawnie i pokątnie,
Wnet swoje i cesarską tym głowę zaprzątnie,
Że byle tylko Osman pomyślił o zwadzie
Z Polaki, garło swoje przy wygranej kładzie.
Aleć jej nie doczekał; po cecorskiej bowiem
Umarł struty i sławy swej przypłacił zdrowiem.
Czegóż się, czego zazdrość niecnotliwa wzdryga?
Gdy cnotę jako słońce blady miesiąc ściga,
I miawszy czas po temu, promień jego skąpi,
Gdy mu na zodiaku w biały dzień zastąpi.
Lecz jako słońce słońcem, skoro miesiąc minie,
Tak cnota cnotą, zazdrość jako chmura zginie.
Powiedał Skinderbasza, jak Polska nasiadła
Kiedy by pod twe nogi, cesarzu, upadła,
Ten wyrok już niech cała Europa czyta,
Że cię monarchą świata całego przywita;
Najciężej ten płot przebyć i obarczyć skrzydła
Orła białego, pójdzie ostatek jak z mydła.
Tak Skinder, lecz i Tomsza wielce na to bolał,
Że Gracyan w Wołoszech, gdyż by się był wolał
Sam na tym widzieć miejscu, jednak przez traktaty
Buskie i on musiał przyść do takiej utraty,
Kędy przy tej Żółkiewski kondycyi stawał,
Żeby Turczyn Wołochy chrześcijanom dawał,
Zwłaszcza póki Mohiłów, a gdy tych nie stanie,
Tamteczni brać ten urząd powinni ziemianie.
Więc i sam jawnie radził, i do swojej rady
Wielu złotem przekupił, żeby przyść do zwady
Z Polaki, w czym się służyć co możności czuje,
Skoro Jassy osiędzie, panu ofiaruje.
Ukazował trakt wojny; podawał sposoby,
Że giaur samej tylko cesarskiej osoby,
Nierzkąc wojska, nie zniesie widzieć tylko okiem,
Bo go w krąg nieprzejrzanym okrywszy obłokiem,
Zegnawszy świat do kupy i lądem i morzem,
Albo zaplujem, albo głodem go wymorzym.
Ali basza podtenczas wielkim był kanclerzem.
Ten, acz kochał w pokoju i trzymał z przymierzem
(Nie z racyj, bo ich nie miał, lecz w pieszczocie lubej
Schowany, bał się wojny i wleźć pod kozuby
Habiane z onych gmachów i łabęcich puchów;
Nie będzie się chciało wstać, objeżdżać podsłuchów,
Nie zawsze też kryniczną najdzie do sorbetu,
Czasem wytrwać, czasem się przyjdzie napić mętu) -
Co acz wszytko Halego na umyśle nudzi,
Widząc jednak, że pana tym sobie przyłudzi,
Przed którym i na klęczkach, i na jednej nodze,
Równo ze psem, pod stołem który kości głodze,
Ochotnie służyć gotów i wyprawiać dudki,
Drzwiami skrzypać i nosa nadstawiać na szczutki,
Jako ten, który świeżo z eunuchów zgraje
Na dywan i cesarskie przełożon szaraje:
Więc też i ten na wojnę stary wałach woła,
A dobrze by dziadowi pilnować kościoła.
Skoro tę radę zawarł swej powagą brody,
Wielki wezyr obsyła nią janczarskie ody,
Pisze groźne do agów emiry i begów,
Żeby do Donajowych ściągali się brzegów,
Żeby, białą wyjąwszy płeć i małe żaki,
Co tylko mężczyzn świat ma, gnali na Polaki.
Podtenczas Otwinowski przyjeżdża do Porty;
Przed wielkim posłem goniec o zwykłe paszporty.
Piotr Ozga trębowelski wyprawion starosta,
Tusząc, że traktat buski Turczyna ochrosta,
Wróci się pożądany pokój do swej kluby
Stratą Wołoch, a mirem powetujem zguby;
Choćby sarkał, choćby to nie zdało się komu,
Podleźć, gdzie nie przeskoczym; w ostatku, do domu
Z uszyma, kiedy zły targ; lecz gdy grzebień jeży,
Daj ty kurowi grzędę, on jeszcze chce wieży!
I Osman, Wołochami odąwszy się bardziej,
Polski chce i poselstwem i przymierzem wzgardzi.
O ponowę przyjaźni, o te winszowania
Nowego, z którym Ozga jechał, panowania,
Tudzież o potwierdzenie pakt Solimanowych,
Ni-ocz nie dba, w pochlebców uwierzywszy owych;
Nawet Otwinowskiemu nie dał i na oczy
I tylko go zły tyran do wieże nie wtłoczy,
Imo prawa narodów, które są obrońce,
Które strzegą od gwałtu i posły, i gońce.
Więc już taką ubrdawszy fantazyją w głowie,
Każe, żeby dawali trybut Wołochowie,
Nie wedle podobieństwa, me wedle słuszności,
Ale jaki w okrutnej dumie swej urości.
Dopieroż ci chudzięta poznali niewolą
Pogańską, gdy im każą dźwigać, co nie zdolą;
Dopiero się obejźrą, skoro już czas minie,
Na przyjaźń polską, w tak złym Wołosza terminie
Że ją nie tak ważyli, jako należało,
Toż kiedy się nie dosyć emirowi stało
Cesarskiemu, gdy widzi, że Gracyan wila,
I że do polskiej ligi znowu się nachyla,
Zwłaszcza siedmigrodzkiego kiedy wojewody
List i jasne do Porty przejąwszy dowody,
Gdzie Turków na Polaki Betleem podżega
Dla cesarskiej pomocy, Gracyan przestrzega
I ten list do Warszawy śle z jawną swą zgubą,
Bo go zaś Betlemowi nieuwagą grubą
Odesłano, żeby się sam z swej ręki sądził,
Czym on Gracyanowi złość srogą wyrządził,
Z okrutną go przesławszy skargą Osmanowi,
Żeby zganił tak wielką złość hospodarowi.
A ten, więcej nie trawiąc po próżnicy czasu,
W skok każe Gracyana przywieść do tarasu,
Albo łeb zdjęty z karku powiesić na żerdzi,
Czem swojej Skinderbasza wierności potwierdzi.
Tedy w kilkuset koni zbiegł do Jass ochoczy,
A skoro carski wyrok przełoży przed oczy
Hospodarowi i tę cedułę tak smutną:
Jeśli żywcem iść nie chcesz, daj, że-ć głowę utną,
Racyom miejsca nie masz, kat gotowy czeka,
Swoich nie ma przy boku nad dziesiątek człeka;
Więc, prawi, kiedy takie pana mego zdanie,
Jutro z tobą do Porty wyjadę w świtanie
I oddam ci od zamków powierzone klucze,
Dziś się w drogę gotuję i wielbłądy juczę.
Zrazu Skinder był twardy, lecz skoro uważy,
Że skarby w kupę zbierze, na tę go przeważy
Łakomstwo stronę, że da całe odwieczerze
Frysztu, nim swe Gracyan skarby w kupę zbierze;
A tymczasem zawiodszy straże na wsze strony,
Szedł na wczas, bo był nagłą jazdą utrudzony.
A Gracyan i najmniej nie myśląc o drodze,
Puści wściekłe gniewowi i żalowi wodze,
Zbiera wierne bojary i nim się postrzeże,
Zrazu cicho pogaństwo po gospodach rzeże;
Potem, skoro gruchnęły onym gwałtem Jassy,
Z Skinderbaszą ostatek poszło w dutepasy.
Zrobiwszy to Gracyan, wie, co za czym chodzi;
Zna swe siły, którymi tureckiej powodzi
Nie strzyma, a na tym się nie omyli pewnie,
Jeśli wpadnie w garść Turkom, że będzie na drewnie.
Więc do Polski jednego za drugim śle posła,
Dając znać, jaka w Turcech fakcya urosła;
Żeby się Ozga wrócił, bo tylko nie wsadził
Gońca Osman; żeby król o obronie radził.
To tak jawnie; cicho zaś z hetmanem rokuje:
Niech nie czeka, niech znowu Wołochy wetuje;
Wszytkich obywatelów jeden umysł szczery,
Nie chcą pod pogańskimi zostawać emiry.
Które nim się do końca nad nimi rozpostrą,
Proszą, żeby ich szablą oswobodzić ostrą;
Oniżby przy pogaństwie, żal się mocny Boże,
Mieli na chrześcijany ostrzyć swoje noże?
Przeto niech z wojskiem idzie; niech Wołochy bierze;
W ostatku Bóg swych ludzi wysłucha pacierze.
Nie zgoła był Żółkiewski na te prośby głuchy.
Boi się wdać Korony w nowe zawieruchy,
Zaś mu żal niesłychanie, co zrobił pod Buszą.
Tak go na obie stronie skryte żądze kuszą;
Nuż przymierze, które sam swą ręką podpisze.
To wszytko obojętną gdy myślą kołysze,
Na koniec: "Nie jam złamał te traktaty, rzecze,
O który widzisz myśli i sprawy człowiecze!
Tomsza-ż wierutny będzie tym narodem rządzić
Przeciwko spólnym paktom? Sam to racz rozsądzić!"
To rzekszy, Dniestr i z wojskiem przebywszy kwarcianem,
Siły swe z onym chudym łączy Gracyanem,
Który także zwiesił nos, obaczywszy nasze
Posiłki na zastępy straszne Skinderbasze.
Małeć tam było wojsko, ale małość ona
Sercem Kserksesowego doszła miliona.
Nie Dzieża, nie Cecora, podłe uroczyszcze,
Które dziś wieczne imię naszą klęską zyszcze,
Troja, Rzym i Kartago, Ateny i Tyry,
Niech się próżno nie chełpią z swymi bohatyry,
Jakich garść nieopatrznie, ach, pożal się Boże!
Hetman tu na nierówne naraził poroże;
Bo Skinder w ośmiudziesiąt, Dauletgierej we stu
Tysięcy Tatar nagle przypadł do arestu.
Cztery naszych tysiące, ale wziąwszy miarę
Z pierwszego dnia, woleli sromoty przywarę,
Których tchórz opanował; tedy ku wieczoru
Z wodzami do tysięcy uszło ich półtora.
Gracyan był najpierwszy z swą Wołoszą, który
Prut, potem Bukowinę przez wiadome dziury
Przebywszy, gdy rozumie, że uszedł z pogromu,
Wołoszyn, co go ukrył, zabił go w swym domu;
Którego gdy następcy głowę przyniósł ściętą,
I on ścięt: nie ujdzie grzech karze suchą piętą.
Czego gdy zwąchał Skinder, wyprawi w pogonią;
Tych pobrał, drugich pobił; tych w Prutową tonią
Nagnał i topił oraz. Jakoweż widziadło
Odbieżanym w obozie na serca tam padło,
Gdy jedni ranni, drudzy wydarszy się z troku,
Nadzy i zmokli, w ciemnym powracali mroku.
Żalowi okrutnemu noc strachu dodaje.
Dopieroż gdy niepewna nowina powstaje,
Że uszli i hetmani, wszyscy jak w odmęcie
Biegają, jakoby już w niewoli i w pęcie
Pogańskim. I ciurowie, wyzuwszy się z grozy,
Naprzód rabować jęli odbieżane wozy,
Potem i te, które już swoich miały panów.
Co kiedy wiedzieć doszło żałosnych hetmanów,
Wskok pochodnie i lane zapaliwszy knoty,
Objeżdżali przedniejszych rotmistrzów namioty,
Aż dzień, co wszytkim rzeczom wraca postać własną,
Zaświecił nad tym światem słońca lampę jasną.
Toż dopiero Żółkiewski w generalnym kole
Tych naprzód zgromi, którzy nieopatrznie w pole
Wyciągnęli tabory z piechotą i z działy:
Bo się w prawo i w lewo z szykiem nie stykały;
Skąd sześciu dział i strata czterechset piechoty.
Potem się skarżył na tych, którzy bez sromoty
W tym nas polu odbiegli na wieczną narodu
Niesławę: jedniż piją, uchybiwszy brodu,
Mętny Prut, drudzy w dybach; liżą rany trzeci;
Jeśli też który uciekł na domowe śmieci,
Tu tu mu lepiej było trupem upaść bladym,
Niż żyć Bogu obrzydłym i światu szkaradym.
Na koniec animuje swe rycerstwo, żeby
W Bogu, który do takiej przywiódł ich potrzeby,
Doświadczając statku ich, ufność swoję kładli:
Bez Jego bowiem woli i biedni nie spadli
Wróblikowie na ziemię, a jeśli ptaszęta,
Cóż was w pieczy nie ma mieć ręka Jego święta?
Trwajcież, zacne rycerstwo, na przepych fortunie,
Której potem każdy z nas śmiele w oczy plunie;
Trwajcie! Co gwałtownego, prędko się przesili,
Co ciężej cierpim, zawsze wspomina się miléj! -
Tak Żółkiewski, choć w sercu pełno żółci czuje,
Pokrywa i wesołe czoło pokazuje.
Tu we wszytkich duch wstąpił; tu wszyscy jak znowu
Do broni, tabor spinać, podnosić ostrowu,
Bo też i Skinderbasza po wczorajszej próbie,
Trzy tysiące straciwszy, odpoczywał sobie.
Jeszcze był Bóg nie zesłał dziś naszym terminu,
Że od niezliczonego w tym odmęcie gminu
Nie zginęli, choć słyszy krzyk, widzi płomienie
Stert odbiegłych pogaństwo, Pańskie zaślepienie.
Cały tydzień w formalnym jakoby przymierzu,
Chociaż się w lepszym czuje Skinderbasza pierzu,
Obie stronie siedziały, prócz, że ku wieczoru
Sam Gałga podjechawszy, wywołał z taboru
Koreckiego, jako mu przyjaciel traktaty
Radząc; coć potem, z tymi ginąć desperaty?
Okupcie się na głowy, co was tu jest, złotem;
Broń oddajcie, a han was daruje żywotem.
Gdy tak Gałga po starej Koreckiemu zada:
Wprzód - rzecze - głowy ręka, wprzód swobody strada,
Niż broń odda; złota nikt na wojnę nie wozi;
O sierść się wilk targuje, skóry pragnie koziej.
Dasz znośne kondycyje, staniemy w akordzie
Bez krwie rozlania, Turkom tak powiedz i Ordzie.
Inaczej tu na drugim jeden lęże śniatem,
A zdrowia tak sromotnym nie kupi traktatem! -
Tu jako pies zajadły rzuci się na szkapie
Gałga i kilka razów szablą w pochwy kłapie;
A takżeś to durnego giaurze humoru?
Więc się już nie spodziewaj ze mną rozhoworu,
Szabla, szabla nas zgodzi i tę przą rozstrzygnie! -
To rzekszy, sunie cugiem i tylko się mignie.
Ale gdy głód, co żadnych wywodów nie słucha,
Coraz ludziom i koniom zaziera do brzucha,
W radę naszy chudzięta udają się wskoki:
Przyjaciel im odległy, Bóg aż nad obłoki;
Pola dać już nie masz z kim dla tych, którzy zbiegli;
Poganie ich dokoła koroną obiegli.
Toż się Bogu oddawszy, acz krokiem niesporém,
Idą śmiele ku polskiej granicy taborem.
Tysiąc sześćset dwudziesty zbawiennego dobra
Rok to był, a dzień trzeci miesiąca oktobra,
W siedm przebrane szeregów skartowano wozy,
Z pola spięte łańcuchy, a zewnątrz powrozy,
Ze w jeden raz wszytkie stać, wszytkie iść musiały.
Przód i tył nabitymi opatrzono działy;
Jezdne konie we środek, bo wszyscy piechotą.
Z obudwu stron taboru rota szła za rotą;
Korecki z Ferensbachem rozkazował w przodzie,
We środku Kazanowski, Szemberg na odwodzie.
Tym gdy z miejsca porządkiem, przez wały zrównane,
Ruszą tabor, pogaństwo zrazu zadumane
Patrzy, co to za dzieło; toż, jako się zbliżą
A twardą ich z dział naszy naszpikują spiżą,
Rozpierzchną się jako dym, a ci w swojej sile
Dosyć spokojnie uszli dziś półtorej mile.
Całą noc idąc, skoro słońce z morza wstanie,
Chcą odpocząć, ale się postrzegszy poganie,
Jako gradem z długiego kiedy prażma spadnie,
Wieńcem ich ze wszytkich stron osuli szkaradnie.
Niebo ćmią gęste strzały; od srogiego krzyku
Tylko się zrozumieją ludzie po języku,
Bo słyszeć niepodobna; tu i ówdzie wozu
Macają; utną, jeśli dostaną powrozu;
Drą się w tabor, jak pczoły, choć im z ula kurzą,
Tym się barziej w ul cisną, tym więcej się żurzą;
Abowiem naszy męskich skoro pocą skroni,
Żaden kule z muszkietu darmo nie wyroni,
Ale co natarczywsze uprzątają męże;
Jeżeli też którego ręczna broń dosięże,
Jako nie był na nogach; tak od swojej ściany
Na kilka stajań trupem złożyli pogany,
A już też jasne słońce spadało z kompasu.
Kiedy ludzie szli na wczas, naszy do niewczasu,
Rum w drogę, a poganie tuż przy nich we sforze,
Póki tylko ostatnie nie zagasły zorze,
Huczą, krzyczą z daleka, strzelają nawiasem.
Jeśli też kędy przyjdzie tabor ciągnąć lasem,
To go albo pożarem po wietrze zapalą,
Albo go też wzdłuż i wszerz posieką, obalą.
Zboża na pniu i w kopach, sterty, wsi, stodoły,
Łąki, ugory, wszytko precz poszło w popioły;
I mosty, i przeprawy pozrucali wskoki;
Czyste rzeki mącili; zaciskali stoki;
Ciemne by otworzyli na naszych awerny,
Taka była zawziętość; taki gniew kacerny;
Wstyd potem, że tak wielką ludzi swych nawałą
Z garści prawie upuszczą ludzi garść tak małą;
Żal na wet zejmie baszę i Dauletgiereja,
Że to z gęby wypadnie, co połknie nadzieja!
Tenże gniew i wstyd i żal serca naszych dźwignie
Do męstwa, ale sława wszytko to wyścignie.
Sławy strach, lecz nie śmierci, bo to nie śmierć u mnie,
Kto bijąc się z pogany, ciało odda trumnie;
Lecz strach ciężkiej niewoli i tureckich oków
Doda serca w potrzebie i podeprze boków.
Tedy wszytkie trudności na piersiach stalonych,
Skazę przepraw, ruinę mostów obalonych,
Głód i ciężkie pragnienie, straż w nocy i we dnie,
Gorzki dym, którym drugi na poły przewiędnie,
Wiatry, deszcze i błota, i czym tylko może
Srożeć jesienne niebo, conocne podróże,
I zimno, i gorąco, pożary, poręby,
Mężnym sercem znosili, a jako na dęby
Choć ciężki bije piorun, nie wskok je wywraca:
I tych nie okróciła żadna dotąd praca.
Wszytko to bohaterskim i chwalebnym gniewem
Całe ośm dni trzymali; już pod Mohilewem
O milę tylko byli, już widzą kominy
Ojczyste, kiedy wieczne spraw ludzkich przyczyny
W tym ich zaskoczą kresie, gdzie prawie przed broną
Ukochanej Ojczyzny, przepłynąwszy, toną.
Czterdziestu spełna stajań nie byli od Dniestru,
Już ich Turczyn zwątpiony wypuścił z sekwestru,
A kiedy się poganie pozostaną w mili,
Naszych, dotąd ostrożnych, tym ubezpieczyli,
Że już nie chcą próbować swoich gonów bierki,
Trochę tylko Tatarów śledziło w nazierki,
Kiedy naszy ciurowie uczyniwszy trwogę,
Tabor porozrywają: potem każdy w nogę,
Pańskich koni dopadszy, a ci gdy piechotą
Chcą ze zdrowiem za oną umykać hołotą,
Jedni się bronić radzą i tabory spinać,
Drudzy ostatek koni od wozów odcinać,
I nie dający z siebie pogaństwu obłowu,
Obronną ręką prosto iść ku Mohilowu.
Nim się hetman rozgarnie, co ma czynić dalej,
Trzeci już połowicę drogi ujechali;
Toż gdy wszyscy różnymi wołają nań głosy,
Lecą Tatarzy, lecą Turcy jako osy,
I suchą ręką prawie, garść onę, kwiat młodzi,
Część trupem ściele, a część w niewolą uwodzi
Z srogim żalem. Mógł był żyć, mógł się był i nie dać
Żółkiewski, lecz się wstydził panu odpowiedać,
Że wojsko zgubił, że się porwał bez uwagi,
Że dał sromotne Rzeczypospolitej plagi,
Wolał przeto bijąc się paść w marsowym polu!
Głowa jego czas długi w Konstantynopolu,
Znak pompy i tryumfu, odcięta od szyi,
U najwyższej wisiała wieże na kopiji.
Tak rzymski Emiliusz, choć z okrutnym żalem,
Wolał trupem w przegranej paść pod Hannibalem,
Niżeli się do miasta wróciwszy i domu,
Sprawować się wyroku niebieskiego komu.
Wolał być Koniecpolski żywcem raczej wzięty
I który czas pobrząkać dla Ojczyzny pęty,
Łacniej z turmy, niż z trumny powrócić się do niej,
A kto dziś pęto kładzie, pętem mu oddzwoni;
Przeto skoro dał spore szabli swej obroki,
Ciemne oczom pogańskim zakryły go mroki.
Toż całą noc błądziwszy prawie kiedy świta,
Skinderbaszy Wołosza da, skoro go schwyta.
Tak Warro, pomienionej bitwy hetman drugi,
Choć swoją porywczością Rzym wdał w ciasne fugi,
Że nie zaraz rozpaczał, nie zaraz się trwożył,
Ale zdrowie ojczyzny z swym zdrowiem położył,
Chociaż wojsko straciwszy, uciekł po przegranéj,
A wżdy od wszytkich stanów mile był witany,
Że ostatniej nadzieje o ziemię nie rzuci,
Pomniąc, że kogo wieczór fortuna zasmuci,
Tego rano pocieszy, a kto dziś zaszumi,
Jutro go, jutro szczęście niestateczne stłumi.
Z jakiejby okazyej tak padła ta biera?
Hetmańska nieostrożność, a swawola szczera
W ciurach naszych przyczyną, którzy gdy się grozy
Za zrabowane boją obiecanej wozy
Przy koronnej granicy, więc uprzedzić wolą,
Niż którego zawieszą albo też podgolą.
Kiedy tak obu wodzów różny los potyka,
Znowu tu nieszczęśliwy Korecki wpadł w łyka,
I już więcej nie widział swojej ziemi lubej,
Czcze jej tylko do Korca oddano kadłuby,
Bo kości, przez dwa roki obnażone z ciała,
Które Greka jednego cnota dochowała,
Aż powracał Zbaraski z legacyjej onéj;
Tak padł ten rycerz z tyłu nożem uderzony.
Więc inszych zacnych wodzów i rotmistrzów siła,
Których pamięć na piśmie cnota zostawiła
Przyszłym wiekom, i chociaż zginęli w tej burzy,
Znowu ich wieczna sława do nieba wynurzy.
Tam Łukasz syn hetmański i z synowcem Janem,
Żółkiewscy, z tym co ranni wieźli się rydwanem,
Wzięci; taż Potockiego z nimi Mikołaja,
Syna Jakubowego, zagarnęła zgraja;
Tu Marcin Kazanowski żywcem w ręce wpada,
Co dziś u królewicza buzdyganem włada
Pod Chocim; tym Bałaban pospołu i z Strusem,
Winnicki i halicki starostowie musem,
Tym Strzyżowski z Maleńskim, i Ferensbach trzeci,
Pułkownicy do oków poszli; w te zamieci
Sława wojska polskiego tak się nisko przygnie,
Że jej już opieszały potomek nie dźwignie.
Tam Morstyn Aleksander cnoty swojej znamię,
Ubroczoną w pogańskiej krwi po samo ramię
Dał rękę twardym dybom, dał kajdanom nogi
I nawiedził smrodliwej Jedykuły progi.
Teć były proscenia, że rzekę po nasku,
Posełkowie chocimskiej wojny, której trzasku
Pełen był świat, bo wszyscy wyciągnąwszy uszy,
Słuchali, komu tam wżdy fortuna potuszy.
Wstęp
Wojna chocimska
należy do tych utworów, które przywracają przychylniejszą ocenę wieku XVII u nas, przynajmniej pod względem poetyckim. Kiedy Józef Borkowski, dostawszy jej rękopis, jeszcze na łożu śmierci marzył o jej wydaniu i zaklinał przyjaciela swego, Stanisława Przyłęckiego, by spełnił to jego najgorętsze życzenie, tak wartość poematu tego w słowach pełnych zapału określał: "Przeczytałem go z wielką uwagą i mogę cię zapewnić, że jest to utwór przynoszący zaszczyt naszemu piśmiennictwu, szczerze narodowy, pełen najpiękniejszych obrazów poetycznych, a przy tym stanowiący całość zaokrągloną, po mistrzowsku wykonaną. "Wojna Chocimska" jest w całym znaczeniu tego wyrazu poematem bohaterskim, jakiego nam dotąd nie stawało. Nie jest że to nieodżałowaną szkodą, że przez półtora wieku zostawał w ukryciu?" Jakkolwiek dzisiaj, gdy olśnienie pierwszego wrażenia minęło, niepodobna nam sądu tego w całości podpisać, w każdym jednak razie "Wojnę Chocimską" poczytujemy za najświetniejszy poemat opisowo-dziejowy, jaki nam literatura nasza po koniec wieku XVIII przekazała.
Ta właśnie okoliczność, że nasza poezja epiczna do końca przeszłego stulecia nie wzniosła się ponad "Wojnę Chocimską", usprawiedliwia w zupełności słowa Borkowskiego: "Gdyby we Francji lub Anglii wynaleziono podobny zabytek literatury, dawno już byłby on ogłoszony drukiem, w licznych, a coraz ozdobniejszych wydaniach. Naszym ziomkom nie można przebaczyć tej dziwnej obojętności, z jaką spokojnie przypatrywać się zdają butwieniu starych ważnych rękopisów, temu codziennemu prawie znikaniu zabytków dawnego piśmiennictwa; jak mało troszczą się o to, aby to, co jeszcze jakimś przypadkiem uszło zniszczeniu lub wywiezieniu za granicę, od wiecznej zguby, od wiecznego zatracenia przez druk uratować i potomstwu swemu przekazać; jak zgoła nie starają się o wzrost i rozkrzewienie oświaty między ludem".
Józef Borkowski umarł w roku 1843; a przyjaciel jego Stanisław Przyłęcki dopiero w lat siedem zdołał przyprowadzić do skutku wydanie z rękopisu "Wojny Chocimskiej", uzyskawszy fundusz na to potrzebny od księcia Henryka Lubomirskiego, kuratora Zakładu Ossolińskich. Tym sposobem we Lwowie 1850 roku ukazał się ten poemat, z nazwiskiem nie autora istotnego, ale Andrzeja Lipskiego, podwojewodziego sandeckiego, podczaszego chełmskiego. Późniejsze dopiero badania wykryły, że istotnym autorem poematu jest Wacław z Potoka Potocki.
Wojna Chocimska zwróciła uwagę na swego autora, o którym poprzednio zaledwie wspominano. Pierwszy Samuel Nowoszycki, pierwotny posiadacz cennego rękopisu, podał o nim dość szczegółową wiadomość w "Tygodniku Petersburskim" (r. 1839, Nr 22 i 24). Następnie Karol Szajnocha, zapoznawszy się z rękopisem już naówczas będącym we Lwowie, podał treść jego w "Tygodniku Polskim" (r. 1848, Nr 35), starając się zarazem przywrócić sławę wiekowi XVII, który powszechnie poczytywano za okres zupełnego odrętwienia umysłowego i całkowitego upadku smaku. Po wyjściu z druku "Wojny Chocimskiej", tenże znakomity historyk napisał swój piękny szkic, w którym pierwszy dowiódł, że autorem rzeczywistym tego poematu jest Potocki. Potem Karol Mecherzyński skreślił w "Bibliotece Warszawskiej" z roku 1861 szczegółowy rozbiór estetyczny "Wojny Chocimskiej"; Ludwik Nabielak w "Bibliotece Ossolińskich" zastanowił się gruntownie nad "Argenidą", a Adam Bełcikowski (w "Przeglądzie Polskim" 1808) i Aleksander Tyszyński (w "Kronice Rodzinnej" 1874) ogłosili piękne swe studia nad całkowitą działalnością poetycką Potockiego.
Obecnie po latach trzydziestu ogłaszamy drugie wydanie "Wojny Chocimskiej" według wydania Stanisława Przyłęckiego. Usuwamy tylko przedmowę jako nie mającą już dzisiaj racji bytu; dajemy natomiast wizerunek literacki autora, skreślony przez p. Tyszyńskiego. Przy tym sprostować tu musimy błąd, który popełnił szanowny autor, idąc za powszechnym zdaniem naszych historyków literatury i badaczy. Poemat Potockiego pt. "Wirginia, rzymska panna", nie jest bynajmniej zabytkiem rękopiśmiennym, z którego by tylko parę wyjątków wydrukowało "Athenaeum" wydawane niegdyś przez J. I. Kraszewskiego, ale jest utworem drukowanym w XVIII wieku w czasopiśmie "Zabawy przyjemne i pożyteczne" (r. 1777, tom XV, część 2-ga, str. 213-279), jak to wykrył niedawno p. Piotr Chmielowski.
Warszawa.
Nakład i druk S. Lewentala,
Nowy-Świat N-r 39.
1880.
Wacław Potocki
Nader różne są losy poetów. Są jedni, których od pierwszych kroków spotyka poklask, nie opuszcza ich stale do śmierci, a zgon utwierdza tylko i wzmacnia sławę ich i znaczenie; są inni, których ta sława spotyka dopiero po śmierci; są inni, dla których się kończy z dniem śmierci. Los autora, o którym rzec mamy, do żadnego nawet z tych trzech przypadków odnieść się nie da. Wacław Potocki był bez zaprzeczenia jednym z najobfitszych i jednym z najznakomitszych naszych poetów dawnych; a jednak społeczność nie wiedziała prawie o tym, że był poetą, potomność bliższa i dalsza osądziła, iż był poetą miernym, i oto dopiero w tych czasach, we dwa blisko wieki po zgonie, uznaje, iż był twórcą i arcydzieł. Kilka piór poświęciło w ostatnich czasach bliższe studia już cząstkom już całości jego utworów; gdy jednak równie i te studia jak i te utwory nieznane są powszechności naszej, gdy nawet i w historiach naszej literatury czynność i charakterystyka tego poety lekko tylko są dotykane; sądzimy, iż nie będzie zbytecznym, jeżeli czytelnikom naszym przypomnimy tę osobistość i damy tu poznać bliżej zasługę jej i charakter.
O Potockim, jak o większej części naszych pisarzy dawnych, nie mamy żadnych prawie bliższych wiadomości biograficznych, nawet rok jego urodzenia i śmierci nie są z pewnością znane. To zaś, co ze wzmianek przygodnych, już jego własnych już obcych, da się w tej rzeczy zaczerpnąć, zawartym prawie być może w następnych rysach.
Wacław Potocki (mieniący się "Potocki z Potoka", należy jednak nie do głośnej w tym rodzie linii "Pilawitów" lecz "Szreniawitów") urodził się około roku 1622 we wsi dziedzicznej Łużnej na Podgórzu; tu przebył największą część życia, tu i dokonał go około roku 1697. Urodzony za Zygmunta III, za następców jego Władysława i Jana Kazimierza bywał w potrzebach wojennych, już na północy kraju już na południu; wkrótce jednak, jak się zdaje, wracał do domu i oddany był głównie roli i życiu familijnemu. Miał on dwóch synów i córkę poślubioną miłemu zięciowi Janowi Lipskiemu. W r. 1683 sejm walny dał mu dowód ufności, mianując jednym z delegatów do uregulowania granicy od strony Śląska; zdaje się jednak, iż niechętnie przyjął tę pozadomową czynność, w postanowieniu bowiem następnego sejmu z roku 1685 co do tej sprawy nie znajdujemy go już w liczbie delegowanych, jakkolwiek pozostali inni jego koledzy. Jan III wkrótce po wstąpieniu na tron mianował go podczaszym krakowskim i urząd ten musiał Potocki niekiedy praktycznie pełnić; w wierszu bowiem umieszczonym w dziele swym "Poczet Herbów" (na str. 278) mówi:
Byłem kolegą panu (królowi) nalewając wina.
W r. 1678 drukował bezimiennie wiersz na pochwałę zwycięstw tegoż króla. Roku 1696 obszerną publikacją, ów "Poczet Herbów", i w tymże roku przeżywszy żonę, dzieci i braci, życia dokonał.
Po śmierci znaleziono wielką ilość ręki jego rękopisów, a śród tych i obszerne poematy całe; pozostało też wiele (jak się okazało następnie) i w obcych rękach. Pisząc tyle i w czasie pisania tyle danym utworom poświęcając wytrwałej pracy, a więc miłości (poematy jego miewały po kilkanaście i kilkadziesiąt tysięcy wierszy) - dlaczegóż autor następnie żadnego z nich nie ogłaszał drukiem? Przyczyną tego nie była zapewne niemożność; jeśli kogo stać było na ogłoszenie publikacji takiej jak "Poczet Herbów" (str. 740 folio z figurami) - tego naturalnie stać było i na tańsze. Wiek nadto, w którym pisał Potocki, nie był to wprawdzie już wiek tego u nas upodobania w poezji, jakim był Zygmuntowski, lecz nie był to jeszcze ów wiek poetycznej martwości, jakim był Saski; na odbyt poetycznych utworów w tym czasie skazują liczne ich wtedy ukazywania się i prędkie niektórych przedruki: Twardowski, Kochowski, Morsztynowie, Gawiński, Lubomirski, Chrościński, Opaliński, Otwinowski, Bardziński i tylu innych, już liczne oryginalne w tym czasie, już przekładane poematy ogłaszali. Powód, dla którego nie ogłaszał Potocki swoich, nie mógł więc być materialny, lecz chyba jakiś psychiczny, a krótkie zastanowienie się nad tym bliżej też i z indywidualnością poety zapoznać nas może.
Gdzie i jakie Wacław Potocki odebrał był wykształcenie naukowe? nie wiemy; sam jednak ten fakt, iż dokonał był przekładu obszernego poematu Barclay'a "Argenis" wprost z łacińskiego (pierwszy przekład francuski tego utworu wyszedł był dopiero w r. 1728), jest dowodem, że z martwym tym językiem nie powierzchownie tylko był obeznanym, że przeto stopnia tego obeznania mógł chyba nabyć w jakim zakładzie wyższym. Uczęszczanie naówczas zamożniejszych krajowych ziemian na nauki do Akademii Krakowskiej było dosyć u nas upowszechnionym; było nawet, jak wnieść można z wyrażeń Starowolskiego w piśmie "Laudatio Academiae Cracoviensis", prawie powszechnym. Tu właśnie, w latach, które przypadają na czas młodości Potockiego, kształcili się między innymi: Wespazjan Kochowski z Kochowa, Gawiński Jan z Wielomowic, Jan Sobieski (przyszły król) itp.; tu tym prędzej, ile w zakładzie tak bliskim swego pobytu, kształcić się musiał i Potocki. Skutkiem to właśnie akademickiego koleżeństwa być mogło, iż następnie Kochowski (jak to zaraz ujrzymy) wiedział o tym, iż Potocki przekładał "Argenidę", i że król Jan po wstąpieniu na tron odznaczył go urzędem dworskim itp. Z Akademii jednak mógł tylko powrócić na wieś, nie mamy bowiem śladu, iżby kiedy był za granicą; a dalszym jego kształceniem się być tylko musiała i mogła lektura domowa. Pierwszą piśmienną pracą Potockiego była "Argenida", tę dokonał około roku 1665 to jest, gdy miał już więcej niż lat 40; zabawianie się przeto przezeń samem czytaniem było przeciągłym, a przy swobodzie wiejskiej, wnieść można, obfitym. Co zaś było przedmiotem tego czytelnictwa i tego kształcenia się, to wnieść łatwo z prac jego następnych. Potocki z zasad wiary chrześcijanin, z powołania obywatel i rolnik, z rodzaju umysłu poeta, za przedmiot swej lektury obierać musiał już przedmioty religijne, już historyczne, już poetyczne; czytywać więc przede wszystkim musiał księgi Pisma Św. (przynajmniej niektóre), księgi dziejów już krajowych, już obcych, i wreszcie, co być może było najczęstszym, poezje już domowe już obce. Skutkiem tego czytelnictwa było to najprzód, iż wzniosło się w nim zamiłowanie w tych przedmiotach, w których się rozczytywał, i było następnie to, że zapragnął sam wejść na stopień obudzenia sympatii w osobach trzecich. Ze wzmianek, które następnie czynił, już w poezjach, już w prozie, widzieć też można, iż silnie uderzała go myśl: że wtedy, gdy wszelka wielkość i świetność w danej jednostce - bogactwo, dostojeństwo, imię, - znikają i rozsypują się w proch; jej umysłowa cząstka, ujęta pismem, zostaje żywą na zawsze. "Nie dosyć - pisał np. następnie w przedmowie do "Wojny Chocimskiej" - zostawić potomności szerokie włości, wsi i folwarki przestronne; nie dosyć pełną ścianę starożytnością przykurzonych obrazów przodków swoich, po drzwiach malowane, po wietrznikach wybijane herby: pisma (tylko) i litery tą drogą są, a prawie drugą duszą, która między sferami niebieskimi, gdzie anima nostra rationalis, a między podziemnym Awernem, gdzie ciał naszych putredo... wiekuje na tym świecie po zejściu naszym". Zdolność piśmiennego tworzenia najwięcej mu się wydała cudowną własnością w istocie ludzkiej, i w niej głównie oglądał wyższość tej istoty nad inne ziemskie. "Mogą - mówi tu dalej - płakać krokodylowie, mogą się śmiać koczkodani... lwi i niedźwiedzie, psi, smocy rozmaitych sztuk, tańców, skoków wyćwiczyć się dadzą - jednego tylko pisma nie pojmą."
Do tych uwag i do takich wniosków doszedłszy, sam zamierzył spróbować pióra; i czyli to dlatego, że pośród utworów pióra gałąź poetyczną uznawał za najwięcej odznaczającą cudowność myśli ludzkiej, czy że najwięcej w niej był upodobał; czy też wreszcie dlatego, iż najwięcej uczuł się zdolnym do uprawy tej gałęzi i dojścia przez nią do owej nieśmiertelności: tęż gałąź za przedmiot swego pióra obrał wyłącznie, a w pierwszym swym poetycznym utworze (owej "Argenidzie") myśl powyższą wyraził równie w tych słowach:
Teraz kiedy człowieku minęło południe,
Nie wadzi się też napić z helikońskiej studnie,
Byle żyjąc na świecie sprawić sobie, że mię
Nie całego po śmierci dzieci włożą w ziemie.
Raz zaś pochwyciwszy za pióro, już nie wypuścił go z ręki: pisał rytmy po rytmach, poematy po poematach, zmieniał formy, zmieniał przedmioty, i lubo nie ogłaszał prawie swych prac, pisał i śpiewał do śmierci.
Z tych kilku uwag widzimy, iż najprzód Wacław Potocki, nie urodził się, że tak się wyrazić można, poetą; w wieku bowiem, w którym "nie minęło mu jeszcze było południe", w wieku głównych bujań fantazji, nie pisywał poezji; że poetą został następnie w skutek rozumowania, w skutek przykładu innych; i że wreszcie, nim przystąpił do wykonania, przez samą przeciągłość kształcenia się wyrobił w sobie pewien ideał piękna, ideał który pojmował, którego doścignąć pragnął, lecz którego, po odczytaniu swego utworu, uczuwał, iż nie dosięgał. Iż ten był powód, dla którego nie ogłaszał swoich utworów, mamy tego prawie literalne jego wyznanie. W roku 1674 jego snać przyjaciel lat dawnych, historyk-poeta Kochowski, w wierszu umieszczonym w zbiorze swych Liryk pt. "Poetowie Polscy", wymawiał mu, dlaczego swój przekład "Argenidy" ukrywa od świata "choć już dziewiętne minęły mu lata"; a na to, w swej odpowiedzi Potocki pośród innych powodów, jako to, iż pisuje tylko dla swej rozrywki, iż nie ma dziś wielbicieli poezji, wyraził i ten, który oczywiście uważał za najważniejszy:
Kto nieuważnie na blask idzie z cienia,
Znieść słonecznego nieraz nie może promienia.
Nierad więc z dokonanej raz pracy, a jednym bodźcem party, autor wnet chwytał za drugą; przerażał się stratą czasu, kształcił się ciągle, a ta staranność i praca wysoko go w końcu wzniosły, wzniosły bowiem do napisania poematu wartości takiej, jak "Wojna Chocimska". Potocki i tej jednak pracy wysoko nie cenił i tę odrzucił - a powodem tego odrzucenia stała się była już nie dodatniość pierwiastków jego umysłu, ale, wnieść tu już wypada, pewna ujemność. Potocki miał umysł czulszy i umysł żywszy, i ten sprawiał, iż się kształcił postępnie; lecz umysł danej jednostki nie tylko jest cząstką jednostki, ale tez spółjednostek swojego wieku; bieg zaś wieku, jest to bieg różnostronny i różnoskładny, a przeto są w nim i biegi postępne i biegi wsteczne. Faktem było, iż nasza literatura dawna, zabłysnąwszy w wieku XVI pierwszymi kiełkami fantazji czyli poezją pierwszą - w połowie XVII przeszła była w okres pewnej wyższej powagi, okres, w którym przewagę mieć miały pierwsze objawy krytyki, traktaty bibliograficzne, biograficzne, poświęcone polityce, prawu itp.; lecz w którym uczucie piękna, smak estetyczny, w prawach swego pochodu, przeszedł był w swój moment przeczący. W okresie tym, zamiast utworów poezji, coraz więcej stopniami lubować zaczęto w utworach wymowy, a w tej wymowie za główne warunki piękna uznane zostały: nadętość, szumność, mieszanie do wyrażeń krajowych wyrażeń łacińskich (makaronizm), igranie z dźwiękami słów, z brzmieniem nazwisk, przesadna alegoryczność, do pomocy mitologiczność itp. Smak ten nie narodził się wprawdzie był wewnątrz, lecz przyszedł z zewnątrz. (Sprawcami tego smaku u nas według większej części naszych historyków literatury mieli być Jezuici, a jeden z nich (Rycharski, I. 261) uczy nawet, iż przymiotnik makaroniczny pochodzi od Jezuity Makaro, który, przybywszy do Polski, stał się sprawcą tej mody. Ale suum cuique. Bliski świadek owej-to wzmiankowanej epoki, Stan. Konarski, w swym okresowym dziele: O poprawie wad wymowy, tak pisze o historii powyższego smaku: Smak ten "zrodzony niegdyś we Włoszech, przewędrowawszy przez Francję i Niemcy, gdy już z tych krain był po większej części wygnany, przed 80-ą blizko laty przyszedł do nas" (De emendandis vitiis eloquentiae 1741). Co do owego jezuity Makaro, nie wiemy, co do nas, kiedy i gdzie istniał, oraz, co pisał; ale pewnym jest to, że nasza literatura i bibliografia nie znają wcale pisarza tego nazwiska, a także, że ów przymiotnik makaroniczny znany już był wtedy w Europie, kiedy zakon Jezuitów jeszcze nie istniał. Źródłem tego nazwania (jak to naprzykład można czytać w dziele: Genthe's Geschichte der makaronischen Poesie) było poema Merlina: "Coccajo", pisane pół po łacinie pół po włoska i ogłoszone (w r. 1521) pod napisem "Maccaronea", wziętym od nazwiska ciastek włoskich maccaroni, będących mieszaniną różnych cukierniczych pierwiastków.) ale wkroczywszy raz, stał się prawie powszechnym, uległy mu i najwykształceńsze skądinąd umysły. Sarbiewski np., tak klasyczny w swoich rytmach łacińskich, w kazaniach językiem polskim pisanych stosował się do smaku powszechnego; Kochowski, piszący tak czystym językiem swe liryki i poematy, w przedmowach prozą pisał makaronicznie i t. p. Tylko Stanisław Herakliusz Lubomirski, autor poważnych dziel łacińskich i polskich, ośmielił się swe "Rozmowy Artaxesa i Ewandra" ogłosić czystym bez makaronizmów językiem, a w nich nie potwierdzać bynajmniej współczesnego smaku; "co albowiem - pisał tu - po owych dowcipach, co słów się niezmiernych chwytając nie bez niebezpieczeństwa pośmiewiska powszechnego wychodzą." Otóż tej nauki i siły do przemożenia wstecznego kierunku epoki nie miał Potocki; miał on tyle ukształcenia i zasad, iż posuwał dodatnio swój własny rozwój, ale nie miał ich dosyć dla odróżnienia tego, co było śród wieku wstecznym, i zamiast pokierowania jego zasadami i smakiem, uległ im. Po napisaniu więc swej Wojny Chocimskiej (która była kwiatem jego umysłu) odział ją w makaroniczną przedmowę, wyznał, że pracą jest "chudą"; a gdy następnie, po stracie żony i dzieci, z silniejszym zajęciem zwrócił się do utworów swej myśli, gdy zapragnął je w końcu dać poznać światu - pochował swe poetyczne strofy z lat młodszych, a wydrukował tylko (w anegdoty, dowcipki a w części i w płaskość smaku przybrany) swój "Poczet Herbów". Liczba jednak prac poetycznych, dokonanych przez Potockiego, była znaczna; ilość jego wierszy rytmicznych dochodzi zapewne do trzechkroć, znaczna ich część różnocześnie odkrywana i ogłaszana jest nam dziś znaną. Jakież więc w szczególności były przedmioty ich i charakter?
Potocki był to umysł czulszy i żywszy, jak uważaliśmy, był więc przyjacielem rozwoju, i podobnie jak wszędzie i zawsze wszelki tej treści umysł, nie był nigdy rad z tej pracy, którą ukończył, uważając ją jakoby za odbicie umysłu swego w dobie niższości; następstwem tego uczucia było więc, iż się przerzucał z przedmiotu w przedmiot, z formy w formę, a całość prac, które pozostawił, tchnie wielką rozmaitością. Pierwiastki, które był wcielił i które odbijał duch tego poety, były-to najprzód naturalnie te, które odznaczały podówczas duch jego kraju, to jest rycerskość i religijność; a następnie pierwiastek współczesny i obcy, przez obfitość lektury nabyty: romantyczność.
Co do pierwiastku pierwszego (rycerskości), wiek, w którym głównie pisał Potocki, był to czas panowania u nas królów Jana Kazimierza i Korybuta; w czasie tym dzieje kraju wyrażały upadek; ale ów pierwiastek (rycerskość) oddzielnie wzięty, był jeszcze w całej swej sile im większe były krajowe klęski za Jana Kazimierza, tym większe musiały być powodzenia, które je ukończyły - był to wiek jeszcze Czarnieckich, nadejść miał wiek Sobieskich. Co do pierwiastku drugiego (religijności), był to wiek silnej reakcji. Sprawcy i zwolennicy w wieku XVI na zachodzie Europy reformy religijnej, w imię swobody sądu, swobodę tę, jeśli przekraczała rodzaj poglądów ich własnych, karali stosem, wygnaniem; przytułek dla tych wygnańców dawał wtedy kraj polski, a poświęcane szerzeniu ich nauk druki i szkoły (Raków, Pińczów itp.) zakwitały tu nawet. Kiedy jednak ostatecznym wypadkiem tej swobody stało się było, iż zamiast zerwania w końcu ostatecznej nici, nastąpił był przeciwnie powszechny powrót do wiary ojców - im natarczywszą była przeciw jej treści akcja, tym silniejsza nastąpiła reakcja. Żar reakcji, zaprzeczyć nie można, przyniósł był, być to może, nie jedną ujemność śród gruntu religijności; ale zarazem sprawił ten niespożyty skutek, iż wielką, z nader różnych dziejowych pierwiastków złożoną społeczność, przyodział w jedność duchową. Skutek ten, w odniesieniu do przedmiotu, o którym tu głównie mowa (poezji), objawił się następnie w ten sposób: iż za nadejściem dla kraju epoki żywszej poezji, jedność owa ukazała nam tę poezją jakby złożoną z poezyj kilku (to jest z kilku szkół poetycznych różnych barwą i treścią, a połączonych jedną mową zewnętrznie, a jednym duchem wewnętrznie); za wieku zaś owego, w którym żył i pisał Potocki, odcechował ją tym, iż wszelkie zwroty myśli i zwroty fantazji odznaczane bywały całą siłą wiary. Co do pierwiastku wreszcie romantyczności, ten był odbiciem i dzieckiem zamiłowania, powszechnego wówczas w Europie, w poematach, czyli powieściach poetycznych, które były przejściem od epopei do współczesnego nam romansu historycznego, a których najogólniejszą treścią (na wzór "Orlanda" Ariosta, który im dał początek) bywały: mieszanina wyłącznie scen miłosnych, scen bohaterskich i rezonowań.
W tych ramach i tych przedmiotach rozwijały się więc natchnienia i utwory Wacława Potockiego. Cechą ich, jak mówimy, była rozmaitość, i podzielić się mogą w ogóle na utwory czterech rodzajów, to jest treści religijnej, romantycznej, treści historycznej i okolicznościowej. Celem naszym nie jest tu czynić wyczerpujące studia nad życiem i utworami poety, o którym mowa, lecz tylko dać go poznać praktycznie; podamy tu więc tylko z kolei po kilka praktycznych rysów główniejszych jego utworów, z każdego z powyższych działów.
Do utworów treści wyłącznie religijnej śród poezyj Potockiego należą: Nowy zaciąg pod starą chorągiew. Poema na pielgrzymowanie życia ludzkiego. Hymny i ody duchowne. Siedem Psalmów albo Hymnów na pacierza części siedem. Dwadzieścia osiem psalmów pokutnych. Hymny i pieśni na różne teksty ewangeliczne.
O tej części poezyj Potockiego najmniej tu powiemy, bo też i najmniej ją znamy. Prócz poematu Nowy Zaciąg, wszystkie inne dopiero wymienione są dotąd w rękopisie i tylko z napisów nam znane. "Nowy Zaciąg" był ogłoszony wkrótce po śmierci autora (1698) i miał drugie wydanie w roku 1745. Pierwiastek religijny w historycznych poematach Potockiego odbijał się w ten sposób, iż wypadki i charaktery dziejowe kreślił ze stanowiska duchowych przyczyn i celów (jak to było w księgach hebrajskich); w romantycznych, iż w szczegółach ich miał na oku cel obyczajowy, nie naśladując ówczesnych powieści owych, gdzie miłość jest dla samej miłości, namiętność dla namiętności (jak to było np. w "Filomachii" Morsztyna); w poemacie znowu religijnym, "Nowy Zaciąg", pomocniczką mu była historyczność. Celem poematu tego było skreślenie nowymi słowy historii męki Chrystusowej, która w skutkach odniosła tryumf i stąd ów poetyczny napis poematu, który dosłownie brzmi: Nowy Zaciąg pod starą chorągiew tryumfującego Chrystusa. Obieranie scen i postaci Pisma Św. za treść poematów nie poczytujemy za przedmiot zbyt wdzięczny, - do słów Pisma, wyrażających równie czyny jak zdania, chrześcijanin każdy takąż przywiązuje wagę, jaką każdy mieszkaniec danego kraju do słów kodeksu; każde np. słowo Chrystusa, każdy czyn jego, są to reguły myśli, reguły życia dla chrześcijanina. Dlatego też żadnego z poematów religijnych, chociażby odznaczonych skądinąd cechą talentu, począwszy np. od Raju utraconego Miltona, do Dzieciątka Jezus ks. Hołowińskiego, nie uważamy za utwór rzetelnie żywotny. Nie uważamy też tym więcej za taki i Nowego Zaciągu Potockiego. Poemat ten wprawdzie jest-to ścisłe powtórzenie opowiadania czterech ewangelij o męce Pana-Jezusowej, począwszy od zatrzymania w Ogrójcu do skonania na krzyżu, a nowością tu tylko jest: iż opowiadanie jest rytmem, iż szczególne obrazy są drobnione i rozszerzane, a do szczególnych rysów szczególne uwagi moralne stosowane. I w tym też poemacie, jak w innych Potockiego, w kreśleniu obrazów nie można się użalać na brak zupełny fantazji, a w dobieraniu wyrażeń na brak energii; przystępując tu np. z kolei do szczegółu umywania nóg apostołom i udziału w tym obrzędzie Judasza, autor mówi:
Bez wszelkiej ceremonii z wczorajszego chodu
Kładzie sobie w miednice nodze aż do spodu.
Wzdyć Goś (Pana) już Żydom człecze zaprzedał przeklęty!
...dlaczegoż mu piąty
Ścierwa tego myć każesz ?...
W ogóle wszakże, podobne rozwlekanie krótkich i dobitnych słów i obrazów Pisma i łączenie do nich uwag i myśli każdemu chrześcijaninowi zbyt znanych, nie wznoszą efektu - i utwór ten Wacława Potockiego, podobnie jak inne podobnej treści naszych poetów dawnych (Miaskowskiego, Grochowskiego i innych) za utwór więcej ascetyczny niż poetyczny uważać musimy.
Do poematów treści romantycznej należą: "Argenis przekład z Barklaja", "Syloret", "Smutna przygoda Wirginiej dziewice rzymskiej", oraz "Historya Teresy i Gazelli".
Kompozycji poematów romantycznych Potocki, jak się zdaje, największą część życia poświęcił. "Argenida" obejmuje wierszy 33, 000.
"Syloret" 17, 000. "Przygoda Wirginii" jest to - jak świadczy Małecki - rozległy rękopis, znajdujący się w bibliotece Ossolińskich. (Krótkie wyjątki z tego poematu drukowane były w Athenaeum Wileńskiem z r. 1841 pod imieniem Hier. Lipskiego. - "Hist. Teresy i Gazelli" dotąd jest w rękopisie).
Powiedzieliśmy, iż w romantycznych poematach Potockiego celem ich nie jest wyłącznie romantyczność. Ten też właśnie był przymiot i treści "Argenidy", najpierwszego z jego utworów. Treść tego, tak słynnego w swym czasie w Europie poematu, jakaż była? "Argenida" była to w literalnym brzmieniu powieść o losach Argenis, córki Meleandra, króla Sycylii, a raczej o erotycznych i bohaterskich czynach i dziejach pretendentów o rękę jej, którymi byli: Radyrohanes, król Sardynii, Archombrot, królewicz mauretański, Likogenes, podkopujący w kraju władzę królewską, i wreszcie, głównie przez księżniczkę umiłowany a nieznanego pochodzenia, Poliarch. Koniec treści jest ten: iż pokonywa wszystkich rywali (prócz Poliarcha, który zniknął) Archombrot, i Meleander już mu miał oddać rękę córki, gdy wykrywa się nagle, iż jest on synem Meleandra z pierwszego małżeństwa i że Poliarch jest królem Galii; ten więc w końcu z pociechą wszystkich, a zwłaszcza królewny, mężem jej zostaje. Taka jest treść tego poematu dosłowna; ale w istocie była to alegoria polityczna. Barclay, autor poematu, był wychodźcą religijnym z Anglii osiedlonym we Francji i w tych ramach kreślił obraz zaburzeń współczesnej Francji z powodu Ligi, z dodawaniem przestróg moralnych. Meleandrem miał być Henryk III (nasz Walezjusz), Likogenesem ks. Guise, Argenida korona francuska, Poliarchem Henryk IV. Potockiemu znane były z pewnością te alegorie, współczesne mu bowiem wydania "Argenidy" mieściły i "Clavis czyli wykład alluzyj"; a do przestróg i uwag odnoszących się do Francji, tłumacz tu dawał i nowe odnoszące się do kraju własnego. Przekład "Argenidy", w ogóle mówiąc, jest wierny i z obfitością natchnienia dokonany; rozciągłość tekstu nie znużyła tłumacza, gdy, jak mówimy, czynił nadto dodatki; dodatki zaś te były tu nie tylko treści politycznej, lecz też i czysto poetycznej. (Wykrył to pierwszy przez pracowite porównanie przekładu z tekstem Lud. Nabielak w studiach nad "Argenidą". (Bibl. Ossolińskich z r. 1863).) Szata nadto, która w tekście łacińskim jest po największej części prozą, w przekładzie jest wszędzie rytmem. Wiersz przekładu nie jest wprawdzie zbyt estetycznym, - rymy słabe, wciskanie myśli dla rymów, są jednym z dość częstych grzechów Potockiego, jak w ogóle większej części naszych poetów dawnych; zastanawia jednak, iż wada ta niknie zwykle w "Argenidzie" w ustępach tłumacza własnych, i rytm jego staje się tu gładkim, dobitnym, niekiedy nawet ozdobnym i przypominającym późniejsze pióro autora Wojny Chocimskiej. W uwagach swych i przestrogach, zwracanych do kraju, umysł Potockiego był ścisłym i dobitnym wyrazem swojego czasu, są tu jego wszystkie przymioty i wszystkie wady; - autor np. przemawia wymownie za równością praw wszystkich jednostek w kraju i taki tylko (nie nader szczupły) wciska wyjątek: "Chłopstwo tylko wyjąwszy i robotne gbury / Do ziemi i do pługa sprawione z natury". Jest gorliwym obrońcą elekcji, wytyka ujemność dynastii i przytacza, iż i sam papież wybieranym jest przez Conclave; nie tak jednak wad bezkrólewia i przy wzmiance niby o którymś z królestw włoskich, tak mówi między innymi:
Bo tam jak się skoro król z światem pożegna,
Otwierają swej-woli wrota Interregna;
Gdzie kto droższy, ten lepszy... nuż kaptury owe (sądy kapturowe)
I stoją dotąd (dopóty) owe kaptury bezgłowe,
Aż przyjdzie elekcya, kędy hurmem bieżą,
Konkurenci i w sztuką koroną porzeżą.
Jako przykład dodatku treści wyłącznie poetycznej możemy tu wskazać ustęp zaraz w księdze pierwszej. Archombrot i Timoklea dają schronienie ściganemu niesłusznie Poliarchowi i pocieszają go tym, iż "cechą charakteru jego jest cnota, a klęski, które nie są zasłużone, przeminąć muszą". Tyle tylko powiada tekst; tłumacz zaś uwagę tę następnem nadto porównaniem rozszerza i objaśnia:
Pomnij na to - Archombrot rzecze Poliarsze -,
Im dzień z rana piękniejszy, im jest słońce jarsze,
Tym się bardziej zachmurza, a w okrutnej burzy,
Piękny się dzień i słońce gorące zanurzy.
Ale co gwałtownego wysilić się musi;
Zaś słońce, zaś się niebo chmurami nie dusi,
I tobie acz do kilku godzin świat zasunie
W tej grubie, wyrzuć cugle igranej fortunie,
Ufaj, że ją tym samym zbijesz z jednochodzy,
A im się więcej cierpi, tym wspominać słodzej.
Takie są rysy tekstu i takie przekładu "Argenidy". Mówiąc o tym, co tu jest własnym tłumacza, dodajmy jeszcze, iż Potocki tak go zakończył na własny sposób, jak Kochanowski poemat "Widy". W odwrót zwykłym zakończeniom powiastek krajowych (które naśladował np. i Pan Tadeusz) o losach dwóch osób, autor dodaje, iż na wesele Argenidy i Poliarcha proszonym nie był, ale iż po zaręczynach wrócił do siebie, do Łużnej,
Gdzie spraw ludzkich obroty przed ciepłym kominkiem
Rozbierając, wielkim to liczę upominkiem,
że "chociam nigdy nie widział morza, mogłem się cieszyć rzeczywistym losem żeglarzy",
I toć u umie żegluga i toć u mnie morze,
Sprawy ludzkie podawać światu w ich kolorze.
Myśl wiatrem, pióro żaglem, papier łodzią, który
W porcie wiecznej pamiątki takowe figury
Wodą czasu wysadza.
"Argenida" wydrukowaną została zaraz po śmierci Potockiego i mimo objętość musiała mieć odbyt, w niedługim bowiem przeciągi czasu miała trzy wydania (1697, 1728, 1745).
Nie tak prędko była wydaną druga obszerna romantyczna powieść Potockiego "Syloret", albowiem dopiero w roku 1764. Poemat ten jest w guście "Argenidy", treść jego jest bowiem romantyczna i bohaterska; nie miał jednak, jak się zdaje, najmniejszych politycznych aluzji, a tylko niby obyczajowe cele; właściwiej zaś był utworem nawet czystej fantazji, i wydanie swe był tylko winien zainteresowaniu się młodego umysłu (Wydawca "Syloreta", Kuczkowski, w dedykacji poematu Kazimierzowi i Konstancji z Kostków Czartoryskim wyraża, iż z rękopisów prapradziada księżnej dlatego ten obrał nie inny do druku, iż na jego imaginacja silniej podziałał).
Treść tego poematu podzielonego na XV części, o ile ją, fantastyczne przerzuty pochwycić dają, jest w swych ramach następną: Syloret, obywatel wyspy i miasta Rodosu, wdowiec i ojciec dorosłych synów, poślubia młodą Arsynę. Syn Syloreta, Daulet, ścigany miłością macochy, odtrącając ją i unikając zemsty, ratuje się ucieczką, a przyrządzoną mu przez macochę truciznę wypija brat jego Xifil. Syloret wyjeżdża w świat szukać syna Dauleta; przebudzony Xifil (bo podana przez lekarza trucizna nie była w istocie trucizną) wyjeżdża szukać Syloreta. Arsyna z bojaźni kary pozbawia siebie życia, a Syloret, Daulet i Xifil, jeżdżąc po wodach i krajach, jakkolwiek przebywają i błędne i nieraz rozpaczne dzieje, żenią się jednak z królewnami, zostają królami. Przygody te tak są niekrótkie, że do liczby tułaczy przybywa tu jeszcze i Eumenes, syn już Xifila i królewny Teolindy, i szuka kochanki Meropy. Wszyscy jednak śród wytrwałości, męstwa i nieustającej wiary w lepszą przyszłość, dobijają w końcu do portu pokoju i cieszą się trwałem szczęściem; stąd też i ów obyczajowy tytuł poematu, który dosłownie brzmi: Syloret, albo prawdziwy obraz nieosłabionego najdotkliwszymi przeciwnościami męstwa i uszczęśliwionej w poddaniu się wyrokom boskim ufności. Formą wiersza, która najwięcej była u nas w modzie w poematach wieku XVII, były trzyrymowe oktawy, których dał wzór Piotr Kochanowski, w Przekładzie Jerozolimy. Formy tej użyli byli wówczas między innymi: Kochowski w poemacie swym "Wiedeń wybawiony"; Stanisław Lubomirski, w poematach biblijnych "Tobiasz wyzwolony i Aman poniżony"; Chrościński w poematach "Aman", "Józef" i w przekładzie "Farsalii"; formy tej użył też i Potocki, jak w "Wirginii" tak i w swym "Sylorecie". Forma to dla języka polskiego przytrudna; jak jednak umiał autor używać jej gładko, a zarazem opowiadać z prostotą, objaśnić może już samo zaczęcie poematu:
W wielkiej Grecyej, przedniem niegdyś mieście,
Rhodos rzeczonem (dzisiaj kilka chatek
Wilkom i liszkom wolne czynią przejście)
Mieszkał człek, w sławą, cnotę i dostatek
Znaczny...
Syloretem się po rodzicu mienił.
Więc skoro w wojsku część żywota strawił,
Przez co fortuną z sławą rozprzestrzenił,
Rzeczą się w domu pospolitą bawił
I gospodarstwem, jako się ożenił.
Owo na wszystkim Bóg mu błogosławił
(Brzmienia te każą wnosić, iż powieść ta mogła też mieścić w niektórych szczegółach aluzje do własnych losów autora; te jednak są dla nas dziś stanowczo stracone).
Ale żywszy lat kilkanaście z sobą,
Pogrzebie z wielką małżonką żałobą.
Miał jednak ulgę w frasunku z tej miary,
Iż mu grzesznego odumarła syna etc.
W dalszych strofach wyraził też autor z góry i morał poematu:
Nie zaraz truchleć, nie zaraz sin wieszać,
Jeśli fortuna pojrzy na cię krzywo,
Tej to myślistwo: w zloty łańcuch mieszać,
Ludzkich obrotów żelazne ogniwo.
Żalem nas morzyć, a pociechy (pociechami) wskrzeszać.
Milsze po smutnej gradobici żniwo:
Komu w tym roku powódź żyto zmuli,
Pleńszą go w drugim krescencyą tuli.
Nagi człek nie ma kłów, pazurów, rogu,
Wilk z lasu, pies mu dokuczy z barłogu.
Wzdy wdzięczny widok prezentuje Bogu,
Kiedy na ślizkiej świata gołoledzi,
Z sróższą nad smoki (bo serce łakomie,
Wydziera z piersi) fortuną się łomie.
W rozumie człek ma pazury i zęby,
Przeciwko zwierzom i bestyom srogim.
W "Sylorecie" jest więc, jak widzimy, z zadania morał, w treści obfitość fantazji; iżby jednak z tej treści wynikał z koniecznością ów morał, iżby nawet ta treść była istotnie obrazem znanych w rzeczywistości losów ludzkich, nie łatwo przyznać. Widzimy tu w dziejach wprowadzonych jednostek zmiany tak nagłe, tak bezpowodne i tak nieprawdopodobne, widzimy taki odmęt obrazów, z użyciem wprawdzie nazwań historycznych, ale z takim zmieszaniem i miejsc i czasów (na placu tu np. jednocześnie: Asyria, Persja i Pergamon, Cyrus, Astyages i królowa Palmiry Zenobia itp. ), iż obraz cały wydawać się musi nie jako kompozycja artystyczna, logiczna, lecz raczej jako igrania mar sennych, lub jak zmieniające się nagle krajobrazy panoramy. Anachronizmy, geograficzne bąki itp. były to wprawdzie wady i najznakomitszych poetów (np. u Szekspira, Ariosta itp. ); sądzimy jednak, że część tych wad policzoną być może i na karb wydawców. Być może, iż nie jeden tu rozdział był szkicem dopiero, być może, iż to był materiał do dwóch poematów (bohater główny, Syloret, znika tu całkiem w pół powieści); nie wiemy nawet, jaki właściwie napis znajdował się w rękopisie, to jest jaką w nim część pomysłów brał autor na siebie. Tytuł bowiem całkowity tego poematu w wydaniu jest następny: "Syloret albo prawdziwy obraz etc., zaś w końcu: obraz w starodawnej historii z różnych greckich i łacińskich pisarzów wyjętej, odmalowany, - a przez Imć Pana Wacława z Potoka Potockiego, Podczaszego Krakowskiego, w rymie polskim żywszemi kolorami odnowiony".
Poemat ten, po jego wydaniu, nie miał, jak się zdaje, rozgłosu; - nie otrzymał on wydania drugiego, a zastanawia, iż Krasicki w wydanym swym w roku 1781 "Zbiorze wiadomości czyli Encyklopedii", o poemacie tym (jakkolwiek wydanym już od lat 16-tu) wspomina jako o zostającym jeszcze w rękopisie.
Tak jak jest, "Syloret" nie może się uważać zapewne za utwór znakomity, zawsze jednak ze względu na niejeden w nim szkic charakteru, sceny, ozdobność dykcyi, obfitość fantazyi, nie może się nie uważać za utwór poety.
Do poematów Potockiego historycznych należą: Pełna, Nowy Merkuryusz, Wojna Cliocimska, Poczet Herbów, Opisanie Rycerza Chrześcijańskiego (Poezyą tą, znajdującą się dotąd w rękopisie, domyślnie tylko odnosimy do historycznej; brzmienie bowiem każe przypuszczać, iż jest to przerobienie broszurki Starowolskiego; Prawy Rycerz).
Jeżeli poematom treści romantycznej najwięcej zdawał się poświęcać Potocki dni życia, pierwiastek znowu historyczny był cechą, którą najstalej i najprzeważniej odznaczały się wszystkie jego utwory. Pierwiastek ten, jak widzieliśmy, wchodził w treść i jego poematów romantycznych i głównego religijnego (Nowy Zaciągi. Poematy swe historyczne wyłącznie drukował Potocki za życia (Pełna, Poczet Herbów). Poemat zaś jego, który był arcydziełkiem w gałęzi tej ("Wojna Chocimska"), był zarazem i arcydziełkiem wszystkich jego utworów.
"Pełna" i "Nowy Merkuriusz" (iż wiersz "Pełna", wydany w roku 1678 bezimiennie, jest rytmem Potockiego, pierwszy zwrócił na to uwagę Ambroży Grabowski (autor bowiem mieni się podczaszym z Potoka i Szreniawitą) i przedrukował go w roku 1845 w "Ojczystych spominkach". "Nowy Merkuryusz", to jest opowiadanie w Szczebrzeszynie przez Merkuryusza, czyli posłańca z placu boju o zwycięstwach odniesionych przez Sobieskiego nad Turkami i Tatarami, wydrukowane po raz pierwszy w Bibliotece starożytnej Wójcickiego z roku 1843; przez oceniaczy Potockiego, Szajnochę i Nabielaka, uznane zostało za rytm jego ręki i wszelkie prawdopodobieństwo za tym przemawia. Trafną wprawdzie jest uwaga Belcikowskiego w broszurce Wacław Potocki z Potoka, iż Potocki w owym czasie wyprawiwszy synów na wojnę, sam nie mógł brać w niej udziału: lecz mniej trafną jest ta: iż słuchacz musiał koniecznie być i współaktorem czynów, o których słuchał. Potocki, nie należąc do wojska, mógł znaleźć sio w Szczebrzeszynie, dla prędszego powzięcia wiadomości o wypadkach wyprawy.) są to krótkie rytmy historyczne, poświęcone opiewaniu zwycięstw króla Jana, poprzedzających wyprawę wiedeńską. Ostatni z nich jest tejże poetycznej zalety jak Wojna Chocimska. Poczet Herbów jest, jak już wspominaliśmy, najobszerniejszym z ogłoszonych za życia przez Potockiego. Sążnisty jego w guście czasu napis, zaczynający się od słów: "Poczet Herbów, Gniazdo i Perspektywa staroświeckiej Cnoty, płodnej matki wszystkich świętych i świeckich ozdób; a kończący się tymi: starożytność domów, rodowitość familij, teologiczne, polityczne nauki, żarty, przestrogi, argucje i co się z okazji którego herbu podało, krótko zwięzłym opisuje wierszem" objaśnia zarazem i bliższą treść dzieła. Utwór ten uważamy nie za heraldyczny, lecz raczej za historyczno-poetyczny; każdy herb bowiem opisany tu rytmem określającym zarazem historię i powód nastania herbu (na zasadzie głównie fantazji), oraz charakterystyki, anegdoty itp. odnoszące się do należących do tego herbu jednostek; jest to przeto w łącznym i jakoby poetycznym obrazie przedstawienie różnorodnej dystynkcji krajowej. Było to dzieło poety mającego już (jak sam o tym wzmiankuje) lat 70; treść też jego różni się od dzieł tegoż umysłu z czasów kwiatu fantazji. Dzieło to jest raczej pod każdym względem odbiciem smaku wieku, którym autor stanowczo w końcu się przejął. Treść jest urywana i konceptowa, rytm częściej zaniedbany i słaby niż energiczny.
Czas, który był czasem kwiatu dla fantazji Potockiego, były to lata, w których kończył piąty krzyżyk swojego życia, to jest lata 1671 i 1672, w których napisał poemat Wojnę Chocimską (Poemat ten znaleziony przed laty 30-tu bez tytułowej karty, w posiadaniu familii Nowoszyckich, wydany został w roku 1850 we Lwowie, pod nazwiskiem Andrzeja Lipskiego; że jednak rzeczywistym autorem jego jest nie kto inny jak Wacław Potocki, wątpliwość istnieć nie może. Pierwszy zwrócił na to uwagę, Szajnocha, a rzecz jest taka: przypisany jest przez ojca synowi, Janowi Lipskiemu, staroście czchowskiemu: 1671 i 1672, w których napisał poemat "Wojnę Chocimską". Poemat ten, jak dopiero powiedzieliśmy, jest czołem i arcydziełkiem jego utworów; o jego zawarciu i cechach musimy więc trochę szczegółowiej tu wspomnieć.
Jakaż jest treść poematu "Wojna Chocimska"?
Miasto Chocim było świadkiem dwóch wielkich zwycięstw odniesionych nad przeważną siłą turecką. W poemacie Potockiego jest mowa o zwycięstwie, które miało miejsce za Zygmunta III w roku 1621. Wypadek to był okresowy w dziejach powszechnych. Turcy pod wodzą samego sułtana (Osmana) przeprawiwszy się w liczbie 400, 000 z wojskiem ściągnionem w Europie i Azji, przez Dunaj i Prut, zamierzyli byli dokonać podboju reszty słowiaństwa; lecz wojsko polskie pod wodzą Chodkiewicza, przeprawiwszy się przez Dniestr, oszańcowane pod Chocimem w liczbie 65, 000, nie tylko w ciągu kilkunastu dni ponawiane szturmy ich wytrzymało, ale też działając zaczepnie, do zawarcia pokoju i odwrotu wkrótce zmusiło. Pod umysłowym względem był to czas, w którym przeciągała się w kraju epoka literatury zwana złotą i w którym przeto rozbudzone już było do pewnego stopnia powszechne życie umysłowe; wielka liczba członków tej wyprawy, jedną ręką przytrzymując oręż, drugą zapisywała codzienne wypadki i wrażenia dzienne; te nader liczne notatki, dzienniki, pamiętniki i t.p. dzisiaj wprawdzie zaledwie drukiem w większej części zaczęły być ogłaszane, niektóre jednak już były ogłoszone i współcześnie, a między innemi najobszerniejszy, najdokładniejszy z tych pamiętników, a piórem cezarowskiem pisany przez Jakuba Sobieskiego (ojca króla Jana), który był jednym z komisarzy od sejmu przy boku Chodkiewicza i jednym ze sprawców traktatu. Pamiętnik ten, napisany w języku łacińskim, wydrukowany był w roku 1646 pod nap. "Commentariorum chotinensis belli libri tres" i tego to właśnie pamiętnika czytanie było natchnieniem, źródłem i stało się główną treścią poematu Potockiego.
Poemat jest podzielony na części czyli pieśni X. Treść ich główna, zacząwszy od rozumowań o początku potęgi tureckiej, od szczegółów odwrotu przez Dniestr wojska polskiego, jest, co do kolei wypadków, literalnym, jak właśnie powiedzieliśmy, powtórzeniem treści pamiętnika; ustęp tylko w części IX o uderzeniu Osmana na Kamieniec, nie znajdujący się ani w Pamiętniku Sobieskiego, ani w innych, zdaje się być rozszerzeniem wzmianki uczynionej w Kronice Piaseckiego; lecz Sobieski pisał jako historyk, Potocki jako poeta, każdy więc powtórzony szczegół autor przyodziewa!, rozszerzał, przyozdabiał w kwiaty fantazji - i treść tę gładkim, natchnionym i po większej części przepysznym rytmem polskim od początku do końca opowiedział.
Obrazy rozwinięte w pieśniach, z samej natury swojej są pełne rozmaitości, treści, bogactwa szczegółów; lecz poetyczne uczucie łatwo odgadnie, jakie rysy śród tych obrazów głównie uwydatniono zostały. Rozumowania religijne i polityczne dobitne tu są, lecz stosunkowo krótkie, ale przedmioty plastyki: malowidła okolic, wojsk, obu obozów, szczegółów walk, a zwłaszcza głównych figur rozwiniętego dramatu, ich nawet serc, myśli i głównych czynów - mistrzowsko są nakreślone.
Wojna Chocimska nie jest to epopeja, jakiej nam brakło, jak powiedzieli pierwsi jej (tak skądinąd zasłużeni) wydawcy; właściwie mówiąc, nie jest to nawet epopeja, to jest żadna artystyczna, z romantycznych a idealnych szczegółów złożona całość; lecz jest-to tylko opowiadanie językiem poetycznym i z poetyczną fantazją świetnego historycznego ustępu, we wszystkich szczegółach swoich ściśle historyczne. Pamięć na wzór obrany, na nić przewodnią, nie dozwoliła tu fantazji Potockiego tak latać błędnie jak w "Sylorecie", a dozwoliła natomiast tym więcej jej użyć na budowę wiersza, na jego siłę, ozdobę. Opowiadanie dziejów rytmami było modą u naszych pisarzy dawnych, a poetyczność, uważać można, stopniowo w jej biegu rosła. Rymy, którymi pisane były niektóre części Kroniki Stryjkowskiego, jakkolwiek bogate w szczegóły historyczne, były nader słabe pod względem sztuki; zbyt wyższym poetycznie był już rytm Wojen Kozackich Twardowskiego; o ile zaś te wojny wyższe były nad ową poezją "Kroniki", o tyle jest Wojna Chocimska nad Wojny Kozackie.
Na tym skończymy wspomnienie o historycznych Potockiego poezjach. Co zaś do ostatniego ich oddziału, to jest okolicznościowych, śród tych główne miejsce zajmują "Periody czyli Treny na śmierć syna Stefana" - i tak nazwane przez autora "Jovialitates".
"Periody czyli okresy żalu", niedawno znalezione zostały. Z liczby 18-tu (znalezionych w papierach po Onacewiczu) Ludwik Nabielak ogłosił ich 14 w Bibliotece Ossolińskich (z roku 1864 i 1865). Nieznaną więc jest ich całość; z tego co znane, widzimy, iż tak co do samego pomysłu, formy i wielu szczegółów, wzorem głównym były poecie Treny Kochanowskiego. Z dedykacji "Wojny Chocimskiej" Janowi Lipskiemu, w której czytamy wyrażenie: "wielmożnemu, a jedynie mnie miłemu synowi" (to jest milszemu od innych), wnosić by można, iż dziedzic Łużny mógł miewać nieprzyjemności od dorosłych synów; to pewna jednak, że następnie śmierć ich, a mianowicie Stefana (zmarłego w roku 1673 w wyprawie na Tatarów) wymownie opiewał. Ze słów wnosząc, większym nawet był żal Potockiego po synie, jak Kochanowskiego po Urszulce: gdy bowiem Kochanowski w ostatnim trenie uczy, iż lubo doktorem na wszelkie cierpienia jest czas, człowiek jednak powinien rozumem przyśpieszyć ten skutek, - Potocki w ostatnim periodzie woła:
Precz, precz, wszyscy lekarze, precz apteki, bo tu
Tylko z samego nieba trzeba antydotu.
Gdy mi mego Stefana przywrócisz o Boże,
Wtenczas dopiero przejrzę...
W ogólności jednak, jeżeli w "Periodach" Potockiego więcej jest sztuki słowa, wyszukanych wyrażeń i rozumowań, w "Trenach" Kochanowskiego więcej jest naturalności, prostoty, a stąd i rzeczywistego uczucia od początku do końca.
"Jovialitates" są to wiersze, które najwięcej były popularne z poezyj Potockiego i długo najwięcej były związane z jego nazwiskiem. Jeszcze Juszyński wzmiankuje, że widział kilka ich oddzielnych kopij w rękopisach. Przyczyną tego był sam rodzaj wiersza. Jovialitates bowiem, czyli wierszyki ucieszne, były tym samem, czym tak zwane u nas Figliki, Fraszki, Epigrammala itp. - to jest wyrażeniem w kilkuwierszowych ramach jakiejś anegdotki, dowcipnej myśli, czyjejś charakterystyki itp. a ramy takie dawały treść, prędko i łatwo objąć się mogącą. "Jovialitates" Potockiego, wypada dodać, zyskały nadto mniej chlubną sławę, iż brzmienie to stało się typem wierszyków mniej przyzwoitych; wszakże wypada nam zrestaurować dobrą sławę poety. Nie wiemy, dlaczego dotąd nikt nie chciał zwrócić uwagi na to, iż przy wydaniu "Jovialitates" Potockiego, znajduje się dodatek do nich innej ręki, i że właśnie w tym dodatku znajdują się. "Jovialitates", które rażą nad inne doborem wyrazów grubych i wstrętnych. Iż innej były ręki, ostrzega o tym jasno wierszyk do czytelników położony na czele Przydatku, a który brzmi: "Lecz wybacz jeśli wiersze nie w tym są sposobie, czystym, poetyckim ułożone, jakie Wacława Potockiego, bo też niejednakie. I ludzie i zwierzęta i ludzkie rozumy - różne są". "Jovialitates" własne Potockiego są jednak w liczbie około 700; - wszystkie są przyzwoitsze, a dotykając różnych opinii autora o ludziach i różnych współczesnych szczegółów krajowych, osób, obyczajów, wydarzeń, są one dobitnym obrazkiem i cząstki wieku. "Jovialitaes" od roku 1747, w którym były wydrukowane, nie miały przedruku i nieznane są prawie; dla dania więc wyobrażenia pióra Potockiego w tym rodzaju przytoczymy tu parę.
Łysy.
(jest to fraszka wątpimy czy historyczna, ale jest dowcipną ironią na uchylających się pod różnymi pozorami od poboru).
Gdy na pogłówne czyniono popisy
Z przeszłego sejmu, nie pozwala łysy,
Żeby tyle w skarb goła głowa wniosła,
Ile ta, która włosami zarosła.
"Wszak kto płonnego nie sieje ugoru,
Od skal, od piasku nie płaci poboru".
Na to mu mądry marszałek sejmiku:
"Panie! nie wiecie też o cyruliku; (nie tracisz na fryzjera)
Gdyby te wszystkie pozbierał szóstaki,
Uczyniłyby podatek trojaki.
Nie kupiliście jak żywo grzebienia,
Więc: należycie z nami do płacenia".
Sofista.
(na mędrkujących).
Przyjechał syn do ojca, długo bywszy w szkole,
I obaczy we środę trzy jaja na stole.
Chcąc rodzicom pokazać, że ma olej w głowie:
Nie trzy tu ale pięć jaj, panie ojcze! - powie. -
Kto ma trzy, ten ma i dwie, według głowy mojej,
Kto trzy i dwie, ten ma pięć... "
A tu gdy po wszystkie trzy ojciec jaja siągnie,
"Ja trzy, ty zjedz tamie dwie, coć się w głowie lągnie".
* * *
Takie są wewnętrzne i zewnętrzne szczegóły i taki ogólny charakter utworów Wacława Potockiego. W ostatnich czasach zaczęło się upowszechniać zdanie, iż głównym wyrazem tych jego utworów było odbicie współczesnej historyczności, iż był on wyłącznie historycznym i narodowym poetą. Nabielak np. mówi: "Wszystko, co spod pióra jego wyszło, spojone jest z życiem społecznym, z życiem rzeczywistego wpływu i nawzajem życiu publicznemu przedstawieniem ogólnego dobra usługuje"; Szajnocha: "wszystkie jego pisma są nieprzebranym skarbem charakterystycznych rysów, wyobrażeń, obyczajów, wysłowienia się czasu swego, prawdziwie poetycznem zwierciadłem swojej epoki". Bełcikowski: "równie w literackich pojęciach jak wyobrażeniach społecznych pozostał (on) wolnym od cudzoziemskiego wpływu i obyczaju". Charakterystyki te nie są zupełnie słuszne. Widzieliśmy właśnie, że obok pierwiastków krajowych wcielił też był Potocki pierwiastek obcy, ogólną romantyczność, i że nawet najobszerniejsze poematy jego: "Argenida", "Syloret", Wirginia itp., wyłącznie prawie pierwiastkiem tyra oddychają; to chyba tylko słusznie dodać należy, że najwłaściwszym i najszczęśliwszym polem dla natchnienia Potockiego okazała się historyczność krajowa.
Poezja nasza z XVI i XVII wieku nader była bogatą i w liczbę rymotwórców i w liczbę utworów. Z tych utworów wiele było odznaczonych znakomitą cechą i wewnętrznej i zewnętrznej poetyczności; lecz jeśliby nam kazano uczynić skrócony i wartościowy wybór, tedy powiedzieć by można: że jeżeli na czele poezji wewnętrznej, czyli uczuciowej, w tej naszej poezji dawnej położone być winny "Trawy" Kochanowskiego i "Sielanki" Szymonowicza, tedy na czele utworów zewnętrznej czyli przedmiotowej: "Wojna Chocimska".
Aleksander Tyszyński