Krótka historia narodu burskiego
Historia narodu burskiego sięga 1651 roku, XVII wiek był bowiem okresem
rozwoju i wzbogacania się Holandii. Holenderska Kompania
Wschodnioindyjska była w tym czasie jedną z największych firm handlowych
na świecie, jej flota liczyła 6000 statków i zatrudniała prawie 50 000
marynarzy. Była dominującą siłą gospodarczo-polityczną, w szczególności
w rejonach swoich kolonii: na Jawie i na wodach południowej Azji.
Właśnie w 1651 roku kompania postanowiła założyć stałą bazę
zaopatrzeniową na terenie dzisiejszego Kapsztadu, w Republice
Południowej Afryki. Celem bazy miało być zaopatrywanie statków
handlowych kompanii, obsługujących morską drogę handlową pomiędzy Europą
i Indiami, w świeżą wodę i żywność. Zadaniem tym obarczono Johana van
Riebeecka. Zaoferowano mu stanowisko komandora wraz z dużą jak na te
czasy pensją siedmiu funtów miesięcznie. W 1652 roku na pokładach trzech
statków przybył on z grupą 70 ludzi w okolice dzisiejszego Kapsztadu. Od
razu wybudował mały fort obronny i zorganizował system zaopatrzenia w wodę. Zapoczątkował też hodowlę zwierząt i uprawę roślin. Dodatkowym
źródłem żywności były jajka pingwinów i mięso fok. Z początku uprawy
rolne rozwijały się bardzo powoli, ponieważ osadnicy nie mieli
wystarczającej ilości ziemi uprawnej do swojej dyspozycji. Van Riebeeck
był tu ograniczony dyrektywami kompanii, nakazującej mu utrzymywać jak
najlepsze stosunki z tubylczą ludnością. Dyrektywy nie wyjaśniały
jednak, jak ma to robić, bardzo szybko więc van Riebeeck zaczął stosować
prostą metodę zdobywania ziemi uprawnej - po prostu zagarniał tereny,
nie dając żadnej rekompensaty ludności tubylczej.
Tereny przylądkowe nie były uważane przez kompanię za obszary nadające
się do kolonizacji przynoszącej większe zyski. Miała to być baza
pełniąca ściśle określone funkcje zaopatrzeniowe, bez żadnych planów na
dalszy rozwój. Jednak w ciągu pierwszych dziesięciu lat pod
przewodnictwem van Riebeecka tereny te przekształciły się w autonomiczną
kolonię. Było to wynikiem nie tylko działalności komandora, ale także
zmian w samej kompanii, która wydała pozwolenie kilku swoim pracownikom
na przerwanie kontraktu i osiedlenie się jako niezależni osadnicy.
Pierwsza grupa dziewięciu chętnych skorzystała z tej możliwości już w 1657 roku. Po pewnym czasie dołączyli do nich pracownicy, którzy po
zakończeniu kontraktu wybrali raczej możliwość osiedlenia się na miejscu
niż powrót do Europy. Osadnicy po nadaniu im ziemi mieli, według umowy,
sprzedawać swoje produkty rolne kompanii za z góry ustaloną cenę. Miało
to być dla kompanii bardziej korzystne ekonomicznie niż utrzymywanie
farmerów i robotników na pensji. Plany te jednak nie zawsze się
sprawdzały w praktyce, okazało się bowiem, że wielu osadników nie miało
pojęcia o uprawie roli ani nie miało środków lub mocy przerobowych. Ich
kariera farmerska kończyła się więc bardzo szybko; wracali do osady w Kapsztadzie, znajdując zatrudnienie jako rzemieślnicy lub handlarze, a także przy obsłudze rozwijającego się portu.
Problemowi braku wystarczającej liczby ludzi do pracy na roli
postanowiono zaradzić, sprowadzając niewolników. Z początku Holendrzy
wzbraniali się przed używaniem niewolników na terenach kolonii
przylądkowych Afryki, choć nie mieli nic przeciwko temu na Jawie. Zdanie
na temat niewolnictwa jednak zmienili wraz z szybkim rozwojem
gospodarczym na przylądku. Van Riebeeck sprowadził pierwszą grupę
niewolników z Angoli już w 1658 roku. Wkrótce zarząd kolonii, pracownicy
kompanii i farmerzy stali się zależni od tej formy bezpłatnej siły
roboczej i nie mieli już żadnych zahamowań co do sprowadzania i wykorzystywania niewolników. Tylko pierwsza ich grupa została
sprowadzona z Angoli - kolejne pochodziły już z Madagaskaru, Indonezji,
Indii i Cejlonu. Bardzo szybko liczba niewolników przewyższyła liczbę
wolnych mieszkańców kolonii. Pod koniec XVIII wieku rejony Kolonii
Przylądkowej zamieszkiwało 13 800 osadników i 14 750 niewolników.
Później liczba niewolników nadal rosła, jednakże już nie z powodu
dodatkowych transportów, ale po prostu przez przyrost naturalny.
Niewolnicy stali się niezbędni zwłaszcza dla farmerów, którzy utrzymali
się na roli i zaczęli szybko rozwijać swoje gospodarstwa. Wielu z nich
zaczęło skupować mniej dochodowe lub opuszczone farmy. Zajmowali się też
uprawą winorośli, hodowlą owiec i krów; nie mieli przy tym żadnych
uprzedzeń co do wykorzystywania ziem jeszcze do nich nienależących, a będących własnością ludności tubylczej.
W 1688 roku do osadników wywodzących się z byłych członków kompanii
dołączyła pierwsza grupa francuskich hugenotów, którzy przybyli z Holandii. Hugenoci znaleźli w Holandii tymczasowe schronienie przed
represjami, jakich doświadczyli we Francji. Wkrótce zaczęły przybywać
następne grupy i wraz ze wzrostem ludności zaczęto rozglądać się za
nowymi terenami pod ich zasiedlenie. Oczywiście nie brano już pod uwagę
tego, że nowe ziemie należały do ludności tubylczej, i takie podejście
do sprawy było pierwszym krokiem w stronę konfliktu.
Przed przybyciem pierwszych białych osadników tereny przylądkowe
południowo-zachodniej Afryki zamieszkiwały plemiona Khoikoi i San.
Początkowo plemiona te nawet próbowały przeciwstawić się zbrojnie
zaborowi swoich ziem, jednak bezskutecznie. Nie pozostało im nic innego,
jak tylko "współpracować" z najeźdźcami lub opuścić swoje tereny. Plemię
San, które nie dawało się tak łatwo "ucywilizować", były coraz bardziej
wypierane w kierunku pustyni Kalahari. Khoikoi zaś było plemieniem,
które łatwiej zaadaptowało się do zmieniającej się sytuacji
polityczno-gospodarczej. Byli oni także bardziej akceptowani przez
nowych osadników, jako że, w porównaniu z San, mówili łatwiejszym do
zrozumienia językiem, nie chodzili nago i nie stronili od higieny
osobistej. Nie zapobiegło to jednak powolnej degeneracji ich systemu
plemiennego. Z czasem zaczęli oni hodować bydło (głównie na sprzedaż) i zajmować się rybołówstwem. W późniejszym okresie zaczęli wynajmować się
też jako najemni robotnicy, pasterze lub żołnierze. Po pewnym czasie ich
wodzowie stracili rzeczywistą władzę nad plemieniem i stali się tylko
jego przedstawicielami w kontaktach z osadnikami.
Wraz z rozwojem kolonii zaczęła się też zmieniać struktura społeczna
białych osadników. Z początku społeczność dzieliła się na członków
kompanii i tubylców. Prawie 50 lat po przybyciu van Riebeecka podział
nie był już taki prosty. Na początku XVIII wieku wyżsi urzędnicy
Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej stworzyli grupę bardzo
ekskluzywną, wpływową i zdolną do szybkiego wzbogacenia się, w przeciwieństwie do zwykłych pracowników kompanii, jak np. żeglarzy,
żołnierzy czy rzemieślników. Pensja dyrektorów firmy mogła sięgać do 200
guldenów miesięcznie, co było sumą niemal astronomiczną w porównaniu z dziesięcioma guldenami miesięcznej pensji zwykłego marynarza. Odrębną
grupę stanowili zamożni kupcy i farmerzy, często ściśle współpracujący z kompanią. W przeciwieństwie do nich, grupa uboższych farmerów często
pozostawała w konflikcie z kompanią, nie byli oni bowiem zadowoleni z faktu, że musieli sprzedawać swoje produkty po z góry ustalonej cenie,
zwykle zaniżonej. Na samym dole hierarchii społecznej znajdowała się
szybko rosnąca grupa ubogich białych. Byli to ludzie, którzy stracili
swoje farmy (z braku zdolności, pieniędzy lub zwykłego sprytu), a potem
z powodu "konkurencji" ze strony niewolników nie mogli znaleźć żadnej
pracy. Do tej grupy można też zaliczyć dezerterów z kompanii lub
przepływających statków. W ciągle rozrastającej się osadzie, która
została nazwana Cape Town (Kapsztad) zatrudnienie mogła znaleźć jedynie
klasa średnia, składająca się z rzemieślników, sprzedawców, nadzorców
itp.
Do 1700 roku prawie wszystkie tereny w Kapsztadzie i okolicach zostały
zajęte przez białych osadników. Ponieważ jednak społeczeństwo cały czas
się rozrastało, a dotychczas zajęte ziemie mogły zatrudnić i wyżywić
tylko ograniczoną ilość ludzi, zaczęto szukać nowych terenów na
zasiedlenie. Bogaci farmerzy byli w miarę zadowoleni z tego, co
posiadali w Kolonii Przylądkowej, więc szansę na rozpoczęcie nowego
życia postanowili wykorzystać ci, którzy mieli małe farmy lub w ogóle
niczego nie mieli. Powoli grupy białych osadników rozpoczęły się
rozprzestrzeniać poza góry otaczające Kolonię Przylądkową. Poza górami
znaleźli oni nowe, żyzne tereny. Teoretycznie ich właścicielami były
ciągle plemiona Khoikoi, ale nie miało to żadnego znaczenia dla nowych
osadników, którzy zajmowali tereny, jak chcieli. Takie postępowanie
przeważnie uchodziło im bezkarnie i tylko sporadycznie narażali się na
ataki tubylców.
Kompania Wschodnioindyjska nie miała nic przeciwko tej ekspansji, a wręcz przeciwnie. Ze względu na szybko rozwijające się miasto i duży
ruch morski wzrastały jej potrzeby zaopatrzeniowe. Kompania potrzebowała
coraz więcej produktów żywnościowych i ekspansja na nowe tereny mogła te
potrzeby zaspokoić. W teorii nowi osadnicy musieli zapłacić tylko małą
opłatę roczną za dzierżawę nowych ziem, żeby otrzymać prawa do jej
eksploatacji. W praktyce ziemia była traktowana przez osadników jako ich
własność, którą mogli kupić, sprzedać lub odziedziczyć. Zdawali oni
sobie w pełni sprawę z tego, że kompania, nawet gdyby chciała, nie miała
możliwości wyegzekwowania swoich "praw". Nowi osadnicy rządzili się sami
i nikt nie ingerował w ich sprawy. Jedynie sporadyczne ataki Khoikoi
zakłócały im spokój codziennego życia. Tubylcy w odwecie za zajęcie ich
terenów od czasu do czasu atakowali farmy, kradnąc bydło i owce, a czasami nawet plądrując dobytek osadników. Ataki były jednak na tyle
niepokojące, że osadnicy zaczęli formować swoje pierwsze obronne
oddziały zbrojne, zwane commandami. Oddziały te organizowały wypady
odwetowe na tubylcze siedliska, zabijając mieszkańców, grabiąc dobytek i zagarniając zwierzynę hodowlaną. Czasami oszczędzano dzieci, które
zabierano i wychowywano na nowych niewolników.
Ciągła ekspansja na wschód doprowadziła w końcu do pierwszych kontaktów
z plemionami Bantu. Już w okolicach dzisiejszego Port Elizabeth
natknięto się na pierwsze grupy plemion Xhosa. Plemiona te były lepiej
zorganizowane niż Khoikoi i stawiały bardziej zacięty opór przed
wyparciem ze swoich terenów. Obszary pomiędzy Port Elizabeth i rzeką
Fish stały się od roku 1780 terenem ciągłych starć, które w późniejszym
okresie doprowadziły do wybuchu kilku Przylądkowych Wojen Granicznych
(ang. Cape Frontier Wars lub Xhosa Wars). Starcia te były traktowane
przez kompanię jako problem osadników i z tego powodu nie oferowała im
ona żadnej pomocy. Oczywiście osadnicy nie byli z tego powodu
zadowoleni, uważając, że należy im się jakaś pomoc za swoją działalność
gospodarczą na rzecz kompanii. W pewnym momencie ukazali swoje
niezadowolenie, odsyłając przedstawicieli kompanii z powrotem do
Kapsztadu. Po ich odesłaniu ogłosili, że od tego momentu chcą być
niezależni politycznie.
Jednak takie pierwsze i przedwczesne zapędy niepodległościowe zostały
szybko zlikwidowane. Kompania w odpowiedzi po prostu odcięła dopływ
amunicji, bez której osadnicy nie mogli żyć, a której jeszcze sami nie
byli zdolni produkować lub zdobyć z innego źródła. Taki brak kooperacji
pomiędzy kompanią i osadnikami doprowadził do tego, że wojny graniczne w latach 1779-1781, 1793 i 1799 zakończyły się wygraną plemienia Xhosa,
które zasiedliło i utrzymało niektóre zachodnie tereny rzeki Fish. W 1795 roku sytuacja polityczna zmieniła się i tereny Koloni Przylądkowej
zostały zajęte przez Wielką Brytanię. Brytyjskie oddziały zostały
wysłane w celu przejęcia tych terenów od Holandii w celach prewencyjnych
- aby nie wpadły one w ręce Francji, w okresie wojen rewolucji
francuskiej (1789-1799). Tereny przeszły na krótko z powrotem pod
władanie Holandii w 1803 roku. Trzy lata później Anglia ponownie
przejęła władzę, tym razem na stałe.
W momencie przejęcia władzy Kapsztad był jedynym portem morskim całego
regionu. Nowy rząd uważał cały czas nowo przejęte tereny za nic więcej
jak tylko bazę zaopatrzeniową dla statków płynących do Indii. Jednak
wraz z portem nowy właściciel przejął także wszystkie problemy związane
z regionem, a w szczególności niepewną sytuację wschodnich rejonów
Kolonii. Pomimo że rząd brytyjski nie był zainteresowany utrzymaniem
tych terenów, to jednak jako ich nowy właściciel i niepodważalnie
światowa potęga kolonialna nie mógł zezwolić na przejawy
niepodległościowe i postanowił zaprowadzić porządek. W 1809 roku Anglia
wysłała na tereny wschodnie ze specjalną misją pułkownika Richarda
Collinsa. Po trzech miesiącach pułkownik przedstawił projekt działań
mających zaprowadzić porządek na wschodnich terenach. Według niego,
należało ustanowić granicę na rzece Fish, która miała się stać
nieprzekraczalną rubieżą do czasu, kiedy siły białych kolonistów wzrosną
na tyle, żeby mogli oni kontynuować ekspansję na wschód. Do tego czasu
tereny na zachód od rzeki powinny zostać dodatkowo zasiedlone przez
nowych kolonistów sprowadzonych z Anglii. Miało to wzmocnić nie tylko
siłę białych osadników, ale także i wpływy Korony brytyjskiej.
Od 1811 roku zaczęto wprowadzać te "rekomendacje" w życie. Oddziały
regularnej armii brytyjskiej, wsparte grupami commando, przeprowadziły
kilka operacji, których efektem było wyparcie wszystkich plemion Xhosa
za rzekę Fish. Nie było to jednak łatwe. Dopiero w 1812 roku udało się
ostatecznie wyprzeć ostatnich tubylców. Zaczęto też zasiedlać zdobyte
tereny nowo przybyłymi osadnikami z Anglii. Szło to jednak bardzo
powoli. Dopiero w 1820 roku rząd brytyjski podjął stanowczą decyzję w tej kwestii i przeforsował w parlamencie ustawę o pomocy finansowej dla
tych, którzy zdecydują się na emigrację do Afryki Południowej. Była to
decyzja, która miała nie tylko przyspieszyć osadnictwo, ale także
zmniejszyć bezrobocie w ówczesnej Anglii. Rząd przeznaczył na ten cel
sumę 50 000 funtów i wybrał spomiędzy 80 000 chętnych pierwszą partię
4000 osadników, w większości reprezentujących średnio zamożne rodziny.
Zadziwiająco, nie zwrócono uwagi, że większość z nich nie miała żadnego
doświadczenia w rolnictwie. Z tego powodu po przybyciu na miejsce nie
osiągnęli oni zbyt dużego sukcesu na roli. Ponad połowa z nich w ciągu
paru lat porzuciła swoje farmy i znalazła zatrudnienie jako urzędnicy,
handlarze lub rzemieślnicy. Ci, którzy pozostali na farmach, zajęli się
głównie hodowlą owiec.
Nowo przybyli, znani jako settlers (ang.) czyli osadnicy1,
nie asymilowali się ze wcześniej przybyłymi, których w odróżnieniu od
siebie zaczęli nazywać Boers. Określenie Boer (po polsku Bur i oznaczające farmera) w pewnym stopniu było niepochlebne i miało ukazać
wyższość nad nimi. Settlers przywieźli ze sobą nowe tradycje i wartości, które kolidowały z kulturą pierwszych osadników kompanii
pochodzenia holenderskiego. Zarząd kolonii zaczął powoli przejmować
kontrolę nad wszystkimi dziedzinami jej życia, chcąc przekształcić ją w pełni autonomiczny kraj. Było to wynikiem zmiany nastrojów w rodzinnej
Anglii, gdzie coraz częściej pojawiały się opinie, że kolonie powinny
być samofinansujące się. Dodatkowo, w Anglii coraz bardziej sprzeciwiano
się niewolnictwu, uważając, że nie ma ono miejsca we współczesnym
świecie. Właśnie zniesienie niewolnictwa miało być główną kością
niezgody pomiędzy nowym zarządem kolonii a osadnikami pochodzenia
holenderskiego. Zmiany zaczęto wprowadzać już w 1820 roku. Wtedy to
zaprzestano sprowadzać do Afryki niewolników z innych rejonów świata i wprowadzono pierwsze prawa ograniczające władzę właścicieli nad
niewolnikami. Właściciele niewolników nie byli zadowoleni z takiego
obrotu sprawy, ponieważ wraz z ciągłym rozwojem gospodarczym
potrzebowali nowych rąk do pracy. Jedną z metod zaradzenia temu
niedoborowi było po prostu zwiększenie obowiązków i liczby godzin pracy
dotychczasowych niewolników. To z kolei spowodowało wzrost
niezadowolenia między niewolnikami - tym bardziej, że wiedzieli oni, iż
mają już jakieś prawa. Oczywiście prawa te rzadko były egzekwowane, ale
był to początek zmian w całym systemie. Ostatecznie Anglia zniosła
niewolnictwo w swoich koloniach w 1833 roku. Po przejściowym okresie
około pięciu lat, w czasie których niewolnik cały czas pracował dla
swojego właściciela, stawał on się wolnym człowiekiem. Miało to
katastrofalne skutki finansowe dla Burów, zostali oni bowiem pozbawieni
darmowej siły roboczej, niewiele w zamian zyskując. Anglia wprawdzie
obiecała wypłatę odszkodowań za utraconych niewolników, ale były one
niewystarczające, okazało się bowiem, że odszkodowanie miało pokryć
niewiele ponad 1/3 rzeczywistej wartości niewolnika. Dodatkowo, podania
o odszkodowania musiały być złożone w Londynie, co oczywiście z powodów
finansowych i odległości nie wchodziło w rachubę dla większości Burów.
Wprawdzie pojawili się pośrednicy oferujący usługi zajęcia się tym
procederem, ale po odliczeniu ich prowizji chętny na ich usługi
właściciel dostawał ostatecznie nie więcej niż 1/5 wartości niewolnika.
Zniesienie niewolnictwa miało także inny efekt. Byli niewolnicy opuścili
swoje dotychczasowe miejsca pracy, delektując się wolnością. Jedni
próbowali osiedlić się w miastach lub na wydzielonych ziemiach Korony
brytyjskiej, inni próbowali nawet sami uprawiać ziemię, choć bez
wielkich sukcesów. Wkrótce jednak okazało się, że wielu z nich nie mogło
znaleźć żadnego źródła dochodu i musiało zadowolić się jałmużną lub
zejść na drogę przestępstwa. Wzrost przestępczości głównie dotknął
Burów, którzy z kolei oczywiście obwinili za to Anglików. Powoli
spokojne życie i niezależność burskich osadników miały się ku końcowi.
Nowy zarząd kolonii zaczął wprowadzać coraz więcej przepisów
ograniczających autonomię Burów. Zaczęto zmieniać ludzi na stanowiskach
administracyjnych kolonii, osadzając je Anglikami lub przychylnymi
nowemu porządkowi voortrekkerami2. Z czasem
wprowadzono nawet ograniczenia dotyczące języka. Do tej pory
porozumiewano się w kolonii w języku afrikaans. Był to język wywodzący
się z holenderskiego, z pewnymi uproszczeniami i asymilacją wyrażeń z innych języków3. Ale w 1830 roku ustanowiono język angielski
jako oficjalny w urzędach, sądach i państwowych szkołach. Nawet w dziedzinie religii ewangeliccy Anglicy zaczęli podważać wierzenia
Kościoła Reformowanego Holenderskiego, który był dominującym od czasów
powstania Kolonii Przylądkowej.
W połowie lat trzydziestych XVII wieku zaczęło wzrastać niezadowolenie
wśród ludności burskiej. Oprócz straty niewolników i ograniczeń
kulturalnych (język i religia) wielu Burów straciło swoje ziemie i bydło
na wschodnich rubieżach kolonii. W 1834 roku plemiona Xhosa
zorganizowały inwazję na tereny kolonii, przekraczając rzekę Fish i rozpoczynając wojnę partyzancką, która trwała do 1835 roku. Wprawdzie
Anglia ostatecznie odzyskała stracone tereny, ale i tym razem nie
zaoferowała Burom żadnej rekompensaty za poniesione straty. Burowie
uważali, że jeśli są podwładnymi Korony brytyjskiej, to powinna ona
zabezpieczyć wschodnie granice lub zapewnić jakieś odszkodowanie za
straty poniesione w wyniku tubylczych ataków. Ponieważ nic takiego nie
nastąpiło, Burowie zaczęli uważać, że pod rządami brytyjskimi za dużo
tracą, a nic w zamian nie uzyskują.
Powoli zaczęła się rodzić w społeczeństwie burskim idea opuszczenia
terenów Kolonii Przylądkowej i wyruszenia poza jej rubieże, jak najdalej
spod kontroli brytyjskiej. Jednym z pierwszych, który otwarcie zaczął
szerzyć te ideę, był Piet (Pieter) Retief. Wydał on nawet swoistego
rodzaju manifest, w którym wyraził swoje i swoich sympatyków
niezadowolenie z utraty niewolników, ataków Xhosa, wzrostu
przestępczości i szykan ze strony administracji brytyjskiej. Wyraził w nim także chęć opuszczenia terenów Kolonii Przylądkowej z zamiarem
szukania nowych ziem na wschodzie. Zaznaczył przy tym, że pragnie to
uczynić metodą pokojową, we współpracy z jakimikolwiek napotkanymi po
drodze plemionami tubylczymi. Były to zamiary bardzo szlachetne, ale nie
za bardzo wykonalne. Tereny, które ewentualnie Burowie chcieli
zasiedlić, z pewnością należały już do tubylczych plemion. Nawet te,
wydawałoby się, niezamieszkałe w danym okresie często okazywały się
później np. pastwiskami plemion używających ich tylko okresowo. Należy
pamiętać, że plemiona Bantu (zamieszkujące tereny na wschód od rzeki
Fish) miały odmienne metody uprawy roli i hodowli bydła niż farmerzy
pochodzenia europejskiego. Nie używali oni techniki nawożenia lub zmian
rodzajów upraw. Po wykorzystaniu danej ziemi lub pastwiska przez kilka
lat plemię przemieszczało się na nowe i świeże tereny, z zamiarem
powrotu po kilku latach, gdy w sposób naturalny zostanie przywrócona
żyzność ziemi i odrodzą się pastwiska; tak więc częste zmiany terenów
wprowadziły w błąd Burów co do dostępności tych rejonów pod zasiedlenie.
Dodatkowo niektóre tereny, które wyglądały na niezamieszkałe, były
wyludnione z powodu międzyplemiennych wojen. Przeważnie było to jednak
czasowe i po zakończeniu konfliktu mieszkańcy powracali w swoje rodzinne
strony.
Wiedziano więc, a raczej wyobrażano sobie, że na wschodzie, za terenami
plemion Xhosa, znajdują się żyzne obszary, w większości niezaludnione i niezagospodarowane. Były to tereny rzeczywiście tymczasowo pozbawione
ludności, oprócz kilku dominujących tam plemion Zulu, Ndebele,
Sotho4, i Swazi. Wiele z nich nie było jednak po prostu niczyich,
jak błędnie uważali Burowie, ale opustoszałych z powodu ciągłych walk
pomiędzy tymi plemionami. Jednym z powodów tych walk była agresywna
postawa plemienia Zulu. Pod przewodnictwem Shaki (pol. Czaki) w latach
1819-1828 plemię to szybko się rozrastało drogą krwawych podbojów.
Dotychczasowe życie tubylczych plemion było raczej spokojne, tylko
okresowo zakłócane, często bezkrwawymi, sporami z sąsiadami. Shaka
zmienił takie podejście do konfliktów. Podczas jego panowania Królestwo
Zulu opierało się na systemie wojskowym, gdzie normą było utrzymywanie
gotowych do boju pułków piechoty, składających się z młodych kawalerów.
Byli oni trenowani na wojowników od najmłodszych lat i właściwie nie
zaznawali życia rodzinnego do momentu, kiedy król wydał im pozwolenie na
założenie rodziny. Na takie pozwolenie wojownicy musieli czasami czekać
bardzo długo i mogło się to zdarzyć nawet już po osiągnięciu wieku
średniego. Dodatkowo król w razie potrzeby mógł błyskawicznie
zmobilizować wielotysięczne rezerwy zaprawionych we wcześniejszych
bojach weteranów. Armia ta używała udoskonalonej techniki ataku "głowy
byka", kiedy to oddziały wroga były oskrzydlane "rogami", żeby zapobiec
ich ucieczce, a następnie, z pomocą reszty "głowy", rozbijane. Agresywna
polityka zaborów Shaki przyczyniła się do unicestwienia lub wchłonięcia
wielu plemion, zagarnięcia ich bydła i plonów. Co nie mogło być zabrane
lub zużyte, było często po prostu niszczone. Plemiona, które ocalały i oparły się asymilacji Zulusów, opuściły swoje rodzinne strony w poszukiwaniu bezpieczniejszych terenów. Rezultatem takiej zawieruchy
wojennej i ciągłej wędrówki ludów było częściowe spustoszenie terenu, a okres ten znany jest w historii Afryki jako mfecane (w wolnym
tłumaczeniu - niszczenie, druzgotanie lub okres pustki).
Pierwsze małe ekspedycje Burów, tzw. kommisie-treks, wyruszyły już pod
koniec lat 20. XIX wieku. Miały one za zadanie rozpoznanie przyszłych
terenów osadniczych i dróg przemarszu. Pierwsza większa grupa pod
przywództwem Hansa van Rensburga i Luisa Tregardta wyruszyła w 1835
roku. Już od samego początku wyprawy zaczęły się kłótnie pomiędzy
przywódcami. Rensburg był prostym, ale doświadczonym kolonistą i myśliwym i niemal z zadowoleniem przyjmował spartańskie warunki życia w czasie podróży. Tregardt z kolei był wykształconym farmerem,
przyzwyczajonym do wygodnego życia i dążącym do jak najszybszego
osiedlenia się. W wyniku ciągłych kłótni i nieporozumień pomiędzy
przywódcami, co w przyszłości miało być normą dla wszystkich karawan
biorących udział w treku, Rensburg zabrał swoje wozy i podążył w kierunku południowym, ku wybrzeżu. Po drodze jednak jego kolumna została
zaatakowana i unicestwiona przez Zulusów. Tregardt z kolei kontynuował
swoją podróż na wschód, nie mogąc się zdecydować, gdzie chce się
osiedlić na stałe. Ostatecznie resztki jego grupy dotarły po wielu
perypetiach do wschodniego wybrzeża, w rejony dzisiejszego Maputo w Mozambiku. Tam założyli osadę, ale wkrótce zaczęły się szerzyć wśród
nich choroby, w tym zabójcza malaria. Resztki grupy zostały zabrane w 1839 roku przez brytyjski statek i przetransportowane do Natalu. Z początkowej grupy 100 osadników ocalało tylko około 25 (Tregardt z rodziną zmarli na malarię).
Zaraz za tymi pierwszymi karawanami w 1836 roku wyruszyły dwie kolejne,
większe grupy. Ich przywódcami byli Hendrik Potgieter i Gert Maritz.
Karawany składały się z rodzin i krewnych, niewolników i wolnych
tubylców-pracowników. W większości byli to farmerzy i myśliwi,
przyzwyczajeni do prostego trybu życia. W ich grupie nie było
przedstawicieli bogatszych rodzin lub ludzi lepiej wykształconych. Nie
było lekarzy, architektów, prawników czy pastorów.
Po przekroczeniu rzeki Fish karawany ruszyły w kierunku
północno-wschodnim. Prowadziła kolumna Potgietera. Jej przywódca
planował dotarcie do wyżynnych terenów, na których znajduje się obecnie
Johannesburg i Pretoria. Po sforsowaniu rzeki Orange osadnicy ominęli od
strony północnej tereny plemion Basotho i doszli do rzeki Vaal. Po jej
przekroczeniu znaleźli się na terytorium plemiona Ndebele (Matabele).
Początkowo plemię to nie wykazywało wrogich zamiarów w stosunku do
przybyszy. W tym czasie było ono bardziej zajęte obroną swoich terenów
przed plemionami Zulu i Griqua na południu. Potgieter rozbił kilka
obozowisk niedaleko rzeki i wyruszył już z mniejszą grupą na zwiad w kierunku północnym. W czasie jego nieobecności Ndebele zmienili jednak
swoje zamiary i uznając osadników za nowe zagrożenie, postanowili ich
zlikwidować; uderzyli więc na obóz nad rzeką Vaal grupą około 5000
wojowników, rozbijając go i zagarniając całe bydło. Większość osadników
jednak uciekła i wkrótce napotkała powracającego Potgietera. Ten
wiedząc, że za uciekinierami podąża w pościgu grupa wojowników Ndebele,
postanowił nie uciekać, ale stawić im czoła. Miał ze sobą kilka wozów i zostały one ustawione w krąg, w środku którego znaleźli schronienie
osadnicy wraz z całym dobytkiem i zwierzętami. Ndebele wkrótce uderzyli
na tak uformowany obronny krąg. Przypuścili kilka ataków, ale nie byli w stanie przełamać pierścienia obrony. Na jednego osadnika przypadało
wprawdzie prawie 100 wojowników Ndebele, ale dzięki wozom i broni palnej
Potgieter w ataku stracił tylko dwóch ludzi; Ndebele natomiast ponieśli
o wiele większe starty.
Po potyczce Burowie wrócili na miejsce swojego pierwszego obozu. Wkrótce
siły ich zostały wzmocnione przybyciem drugiej karawany - Maritza,
postanowiono więc założyć obóz na dłuższy czas i nawet zaczęto się
zastanawiać nad możliwością osiedlenia się tu na stałe i utworzenia
namiastki nowej republiki. Zaczęto nawet pracować nad podstawowymi
formami administracji. Maritz został wybrany na stanowisko prezydenta, a Potgieter - na głównodowodzącego siłami zbrojnymi (przyjmując stopień
commandant-general). Jednak współpraca osadników nie trwała długo.
Potgieter był człowiekiem bardzo agresywnym i lubującym się w podbojach.
Pod jego przewodnictwem Burowie zaczęli atakować okoliczne osady
Ndebele, zabijając mieszkańców i grabiąc bydło. Ponieważ bydło było
jedną z najcenniejszych zdobyczy, przy jego podziale zawsze dochodziło
do zatargów. Pogarszało to i tak już napięte stosunki pomiędzy
przywódcami. Sytuację pogorszyło przybycie kolejnej karawany, pod
przywództwem Pieta Retiefa. Jako prezydent Maritz zaoferował Retiefowi
pozycję commandanta-general, pozostawiając Potgietera bez żadnego
oficjalnego stanowiska. Nowy commandant wraz z prezydentem przystąpił
do ustanawiania nowych przepisów regulujących życie osadników. Wkrótce
do siedliska dołączyła następna karawana - Pieta Uysa. Uys z kolei nie
chciał mieć nic do czynienia z poczynaniami Maritza i Retiefa, uważając
je za niedopuszczalne ograniczenia wolności osobistej. Uys uważał, że
nie po to uwolnił się spod dominacji Brytyjczyków, żeby teraz słuchać
swoich ziomków i ulegać ich woli.
Nieporozumienia zostały chwilowo zażegnane, i to głównie dzięki
dyplomatycznym zdolnościom Retiefa. Pojednanie utrzymało się na tyle
długo, żeby zorganizować ostateczną wyprawę przeciwko Ndebele. W wyniku
pomyślnej wyprawy plemię zostało rozbite, a jego resztki osiedliły się
na terenach dzisiejszego Zimbabwe (częściowo wypierając z kolei rdzenne
plemiona Shona).
Po wspaniałym zwycięstwie i rozbiciu plemienia Ndebele w środowisku
osadników na nowo rozgorzały kłótnie. Każdy z czterech dowódców był
niezależny, uparty i miał swoje własne pomysły co do przyszłości.
Nastąpił okres wielu spotkań i zagorzałych dyskusji. Ostatecznie podjęto
decyzję o wyruszeniu w dalszą drogę. Postanowiono jednak ruszyć nie w kierunku północnych wyżyn, ale na południe, przez łańcuch górski
Drakensberg (Góry Smocze) w kierunku Natalu.
Po drodze mała grupa pod przywództwem Retiefa została wysłana przodem,
żeby sprawdzić, jakiego przyjęcia mogą oczekiwać osadnicy ze strony
tubylców. Retief przybył w okolice Durbanu (tak nazwany został w 1835
roku Port Natal) pod koniec 1837 roku i postanowił jak najszybciej
uzyskać od panującego nad okolicznymi terenami króla Dingane oficjalną
zgodę na osiedlenie się na terytorium Natalu. Natal w tym czasie
urzędowo podlegał państwu Zulu. W tym celu na początku 1838 roku wybrał
się z kilkoma jeźdźcami do zagrody królewskiej w uMgungundlovu. Dingane
już wcześniej miał styczność z białymi osadnikami i kupcami i przyjął
emisariuszy bardzo przychylnie. Ziemia, o którą zabiegał Retief, leżała
na południu od państwa Zulu i nie znajdowała się w kręgu jego
zainteresowań. Król wysłuchał Retiefa i zgodził się na przybycie
osadników, pod warunkiem spełnienia kilku zadań. Jednym z nich było
odzyskanie stada bydła skradzionego mu przez wodza Sekonyela, przywódcę
plemienia Batlokwa5. Zadanie wydawało się łatwe do wykonania i zadowolony Retief wyruszył z wiadomością z powrotem do głównej grupy.
Tam poinformował o warunkach, zebrał 70 jeźdźców-ochotników i wyruszył
na wykonanie zadania. Przed wyjazdem przypomniał jednak wszystkim, żeby
wstrzymali się z zajmowaniem nowych ziem do jego powrotu z oficjalnym,
podpisanym przez króla aktem ich nadania. Oczywiście w tak skłóconym
towarzystwie nikt nie miał zamiaru go słuchać i zaraz po jego wyruszeniu
osadnicy zaczęli zajmować dla siebie nowe ziemie, a wielu z nich
zapuszczało się nawet na rdzenne terytoria państwa Zulu.
Gdy Retief wrócił z odebranym stadem bydła do królewskiej zagrody w uMgungundlovu, myślał, że wszystko jest w porządku. Z pewnością król
przyjął go bardzo gościnnie. Osadnicy zostali zaproszeni na ucztę, w czasie której wręczono im akt nadania ziemi w Natalu. Nic
niepodejrzewający osadnicy biesiadowali przez parę dni. Nie
przypuszczali, że jest to ich ostatni dzień życia. Dingane wcześniej
prawdopodobnie przemyślał sprawę i uznał, że osadnictwo białych stwarza
zbyt duże zagrożenie dla przyszłości państwa Zulu. Obawiał się zmian,
jakie mogą zaprowadzić nowi przybysze. Niepokoiła go szybko wzrastająca
ilość nowych osadników (którzy zaczęli się osiedlać jeszcze zanim
otrzymali pozwolenie), a także z punktu widzenia czysto wojskowego -
szybkość ich koni i potęga broni palnej. Dużo do myślenia dało mu też
szybkie i w zasadzie bezproblemowe odbicie jego bydła, a także
wiadomości o przepędzeniu w ciągu kilku miesięcy całego plemienia
Ndebele. Przewidując, że osadnictwo może stanowić zagrożenie dla
przyszłości jego plemienia, Dingane postanowił zniszczyć je w zarodku. 6
lutego biesiadujący osadnicy zostali znienacka obezwładnieni i od razu
zaprowadzeni na miejsce egzekucji, na pobliskie wzgórze. Ujętym Burom
najpierw połamano wszystkie kończyny, a potem uśmiercono ich uderzeniami
w głowę. Piet Retief został zabity na samym końcu; musiał być świadkiem
śmierci wszystkich współtowarzyszy, w tym swojego 12-letniego syna. Po
tej masakrze nastąpiły kolejne szybkie ataki Zulusów na pobliskie
karawany i osady osadników. W ciągu następnych tygodni w atakach zginęło
ponad 500 Burów i 300 służących im tubylców. Burowie stracili także
prawie 35 000 sztuk bydła i owiec.
Osadnicy rychło zaczęli planować akcje odwetowe, jednak jak zwykle ich
przywódcy nie mogli dojść do porozumienia. Uys i Potgieter, którzy
wcześniej stworzyli opozycję wobec Maritza i Retiefa, nie mogli się
porozumieć co do planu wspólnej operacji. W końcu bez dokładnego zwiadu
i przygotowania pierwsza grupa bojowa wyruszyła w kwietniu,
przekraczając rzekę Buffalo. Jednak Zulusi nie dali się zaskoczyć,
uderzając na Burów z przygotowanej zasadzki. Zaskoczenie było całkowite.
W czasie walki zginęło dziesięciu osadników, w tym dowodzący grupą Piet
Uys i jego syn. Ta porażka jeszcze bardziej pogorszyła stosunki pomiędzy
Potgieterem a Maritzem. Ostatecznie Potgieter, sfrustrowany i prawie
oskarżony o zdradę "sprawy burskiej", zebrał swoją rodzinę i sympatyków
i wyruszył z zamiarem przekroczenia z powrotem Gór Smoczych, żeby
znaleźć "własny kawałek ziemi". Po przekroczeniu pasma gór zatrzymał się
na pięknych terenach przy rzece Mooi. Oczywiście nie wystarczyło mu
zwykłe osiedlenie się - od razu ustanowił tam nową republikę burską
Windburg (Windburg Republic), która bardzo szybko połączyła się z sąsiednią społecznością terenów Potchefstroom.
W tym samym czasie rdzenni osadnicy z Durbanu próbowali wspomagać Burów
w walce z Zulusami, wysyłając dodatkowe oddziały wojskowe. Po kilku
zwycięskich potyczkach także one zostały zaskoczone przez Zulusów w pobliżu rzeki Tugela i całkowicie rozbite. Niedobitki uciekły na
południe kraju lub schroniły się na statkach w porcie Durban. Sam Durban
uznawany był za miasto pod zarządem brytyjskim (z którym Zulusi
podpisali akt o nieagresji), jednak oburzony zachowaniem jego
mieszkańców Dingane rozkazał je splądrować, a następnie zrównać z ziemią. Rozkaz został sumiennie wykonany, choć większość mieszkańców
ocalała, znajdując schronienie na zakotwiczonych przy brzegu statkach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki