Koniec czerwca to najbardziej urzekający czas na Jersey. Bezchmurne niebo mieni się wszystkimi odcieniami błękitu, a letnie słońce sprawia, że Havre des Pas jaśnieje ciepłą, lepką poświatą.
Grace La Mottée leży na plecach w wodzie i wsłuchuje się w otaczające ją pluski kąpieliska. Podobnie jak wszyscy wokół jest po pracy. Wysoko nad nią kołują ptaki. Robi głęboki wdech, sycąc się orzeźwiającym morskim powietrzem. Czuje w nim sól i palone wodorosty. To odgłosy i zapachy jej wyspiarskiego domu. Grace potrzebuje teraz tego, co znajome i przewidywalne.
Minął tydzień, odkąd większość ewakuantów opuściła wyspę. Ponad sześć i pół tysiąca osób. Przez kilka dni ściągali do przystani niczym chaotyczna ludzka fala. Ich szloch mieszał się z jednostajnym warkotem silników statków wyrzucających z komina czarny dym. Potem złowroga cisza spowiła również bibliotekę. Nie każda bibliotekarka traci z dnia na dzień połowę swoich czytelników.
Wraz z Arscottem, naczelnym bibliotekarzem Saint Helier, zrobili, co mogli, aby odzyskać wypożyczone książki - przecież ci, którzy zostali, również będą chcieli je przeczytać.
"Ludzie będą teraz potrzebowali książek jak nigdy dotąd" - powtarza raz za razem Arscott, czy raczej Ash, jak nazywa go Grace. Ma rację. Coraz więcej osób przychodzi do biblioteki, jak gdyby ten stojący przy Royal Square elegancki budynek z różowego granitu obejmował ich pocieszająco i rzucał im linę ratunkową splecioną z książek. Tym samym ta wielka matriarchini - Grace uważa, że biblioteka jest kobietą - pozostała ostoją godności i wdzięku, która chroni swoje precjoza jak niezdobyty skarbiec.
Grace ma wrażenie, jakby znalazła się we śnie. Obserwuje. Czeka. Na co - nie jest pewna. Wciąż dryfując, zmienia pozycję, poprawia pasek stroju kąpielowego i machnięciem ręki odpędza muchę.
Dziewczynę dolatuje stłumiony huk i nagle woda lekko się wzburza. Grace niechętnie podnosi głowę. Nad murkiem na planie podkowy, oddzielającym kąpielisko od błyszczącego morza, rozciąga się przestwór czystego nieba. Jego błękit mąci jednak czarna smuga w oddali.
Mucha bzyczy i zbliża się coraz bardziej. Jest dziwnie szybka i ciemna. A do tego ma czarny krzyż na spodniej stronie skrzydła.
- To heinkele! - krzyczy ktoś. - Bombardują przystań!
Grace się prostuje. Ma mętlik w głowie. Bomby, które wyglądają jak patyczki, powoli wysypują się z podwozia samolotu i z wdziękiem opadają ku ziemi. A kiedy w nią uderzają, eksplodują, wzbijając tumany szarego dymu. Grace nieruchomieje i obserwuje, jak ludzie rzucają się do ucieczki, wpadają na siebie i zabierają ręczniki oraz dzieci. Widzi ich usta, puste, czarne otchłanie, z których wylatują słowa, ale ona ich nie słyszy. Wtem dopada ją hałas - krzyki i szum krwi w uszach.
Musi się ratować. Musi poszukać schronienia. Grace podpływa do krawędzi basenu i wychodzi, ociekając wodą. Nie może znaleźć ręcznika. Nie ma czasu. Niemieckie samoloty zawracają, smagając ulice ogniem z karabinów maszynowych. Grace podrywa się do biegu i pędzi boso między zburzonymi budynkami i rannymi. Płonie pracownia wikliniarska. Gęsty dym spowija Pomme d'Or Hotel. Spośród kłębów wybiega kobieta z częściowo oderwaną ręką, która zwisa bezwładnie. Grace ślizga się na czymś mięsistym. Nie zatrzymuje się jednak - robi to dopiero na schodach biblioteki.
- Grace...
- Ash...
Mówią jednocześnie.
Grace zerka w dół. Wciąż ma na sobie strój kąpielowy i żółty czepek - cóż za absurdalne przebranie w takiej sytuacji. Jej kolano krwawi. Nie pamięta, by upadła.
- Idź do domu, przebierz się i wróć - nakazuje Ash. - Mamy mnóstwo pracy. Nadchodzą.
Pod wpływem szoku Grace szczęka zębami.
- C-co zrobimy?
Ash otwiera kluczem drzwi biblioteki. Jego dłonie drżą, przez co z trudem trafia w dziurkę.
- Przyjdą po książki autorów, których potępiają. Musimy je ukryć.
Grace nigdy by nie pomyślała, że Niemcy wezmą na celownik książki. W dalekiej przyszłości uznałaby tę młodzieńczą naiwność i niewinność za coś zabawnego - gdyby nie koszmar, jaki zgotowali im najeźdźcy.
- Prędko, Grace. Nie traćmy czasu. Zaczęła się inwazja.
BeaDwa dni później
Dwie ulice dalej od biblioteki urzędniczka pocztowa Bea Gold stoi sztywno wraz z innymi pracownikami obok zaklejonych taśmą okien poczty przy Broad Street. Za nimi, upchnięte w każdą wolną przestrzeń, piętrzą się góry przesyłek zawiniętych w szary papier. To rzeczy ewakuantów, którzy przed okupacją nadali część swojego dobytku do Anglii. Bea wie, że już ich nie wyślą.
Pocztowcy słyszą idealnie zsynchronizowany stukot żołnierskich butów uderzających o kocie łby. Odgłos niesie się złowrogim echem wąskimi uliczkami Saint Helier. Po chwili dostrzegają nadchodzących żołnierzy. Bea czuje lodowaty przypływ paniki.
- Jesteś najszybsza. Leć na górę. Powiedz im, że przyszli - popędza ją Winnie. - No już.
Bea zrywa się i przeskakując po dwa schodki naraz, dociera do pokoju fonograficznego.
Telegrafistka Vera Le Dain czeka, jej oczy są wielkie z przerażenia.
- Szybko, V. Zawiadom Londyn.
Vera odwraca się bez słowa i zaczyna nadawać wiadomość do Central Telegraph Office w Londynie. Bea patrzy jej przez ramię i czyta: "Wchodzą do budynku. Wyłączamy się. Mam nadzieję, że usłyszymy się po wojnie. Niech Bóg ma nas w swojej opiece. Boże, chroń króla. Do usłyszenia".