ROZDZIAŁ 1
Franciszka
Łomża, 15 sierpnia 1941 roku
Przerzuciłam kolejną stronę gazety, szukając w niej jakiegokolwiek artykułu, który choć w najmniejszym stopniu przyciągnie moją uwagę. Na próżno. Miałam wrażenie, że redaktor tego czasopisma był durniem albo, co gorsza, za takich uważał swoich czytelników. Mimo że sama dosyć wcześnie skończyłam swoją edukację, to dostrzegałam wylewającą się z tego pismaka propagandę. Rysunki, na których wyolbrzymiono różnice między polskim ziemianinem a niemieckim w okresie żniw, czy zdjęcie przedstawiające Polki jako panny lekkich obyczajów... To wszystko było po prostu śmieszne. Lecz dopiero kiepski dowcip o tym, w jaki sposób powstał krakowiak, ich taniec ludowy, przelał czarę goryczy. Nie mogłam zrozumieć, jak można to czytać, nie zdając sobie sprawy z tych przeinaczeń i manipulacji. Może to dlatego, że sama pochodziłam z Sensburga i miałam co nieco pojęcia o Polakach?
Opuściłam z impetem gazetę na kolana i skierowałam wzrok na siedzącą naprzeciwko mnie dziewczynę, która trzymała w ręku identyczne czytadło i niczym gąbka chłonęła każde napisane tam słowo. Nie... To jednak nie kwestia zamieszkania wpłynęła na moje poglądy. Ona powinna myśleć podobnie. Tymczasem moja siostra bliźniaczka wierzyła w te kłamstwa. Co więcej, to ona kupiła te gazety, żeby umilić nam obu drogę.
Westchnęłam, uważnie przyglądając się mojej wiernej kopii. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na zdenerwowaną. Siedziała wyprostowana, jakby nie spędziła kilku ostatnich godzin w tej samej pozycji, opierając się o sztywne siedzisko naszego przedziału. Dłonie okryte ażurowymi rękawiczkami ułożone miała na niewielkiej torebce. Jednak ja znałam ją jak nikt inny. Nie przeoczyłam żadnego znaku świadczącego o tym, że mimo wszystko obawia się tego spotkania. Co chwilę zagryzała dolną wargę, dosłownie mieląc ją swoimi białymi zębami. Aż dziwiłam się, że jeszcze nie zaczęła krwawić. Jej stopa podrygiwała, a kokarda umieszczona na czubku pantofla rytmicznie unosiła się i opadała. Wcale jej się nie dziwiłam. Miała pełne prawo być zdenerwowana. W końcu to poważny krok. Dla nich obojga. Teraz już nie było odwrotu. Nie wiedziałam tylko, dlaczego uparcie zaprzeczała swoim obawom. Jako dobra siostra, postanowiłam oderwać jej myśli od pewnego przystojnego oficera, który, o ile wystarczająco mocno ją kochał, powinien już oczekiwać naszego przyjazdu na stacji kolejowej.
- Posłuchaj tego - powiedziałam, zwracając na siebie jej uwagę - Czterdziestosiedmioletni lekarz, czystej rasy Aryjczyk, którego pragnieniem jest trójka dzieci, w tym co najmniej jedno płci męskiej, poszukuje zdrowej i młodej Aryjki, dziewicy, przyzwyczajonej do ciężkiej pracy i oszczędnej, niekoniecznie majętnej, celem zawarcia związku małżeńskiego w urzędzie stanu cywilnego. Gwarantuję dyskrecję. Pośrednikom dziękuję - odczytałam na głos anons matrymonialny umieszczony na ostatniej stronie, tuż pod działem "Sprzedam, kupię, wymienię", po czym z rozmysłem zwinęłam gazetę w rulon. - Droga Adolfino - zerknęłam na zegarek - masz dokładnie jeszcze pół godziny na zmianę zdania. Może ten lekarz z ogłoszenia byłby lepszym wyborem od tego całego Gustava? - Przyłożyłam gazetę do ust niczym megafon i kontynuowałam: - Uwaga, uwaga! Poszukiwana zdrowa i młoda jasnowłosa dziewica! Czy jest tu taka?!
- Przestań! - krzyknęła, nachylając się w moją stronę i wyrywając mi z rąk rulon. Zerknęła na śpiącego obok mnie staruszka, którego głowa odchylona była nienaturalnie do tyłu i dostrzegłam ulgę w jej oczach, gdy upewniła się, że ten wciąż śpi z otwartymi na oścież ustami i nie słyszał żartu. Siostra nigdy nie rozumiała mojego poczucia humoru albo tylko udawała, że go nie rozumie. Zawsze była rozważniejszą, roztropniejszą panną Ludendorff. - Sprawiasz, że zaczynam żałować, że pozwoliłam ci jechać ze mną - mówiąc to, celowo unikała mojego wzroku, skupiona na rozprostowywaniu gazety na niewielkim stoliku pod oknem.
- Pozwól, że ci przypomnę, droga siostro, że to rodzice kazali mi z tobą jechać, jako twojej przyzwoitce. Ty akurat w tej jednej kwestii miałaś niewiele do powiedzenia. Pamiętaj też, że tylko dzięki mnie możesz zamieszkać z Gustavem bez ślubu.
- Bez ślubu, który odbędzie się za dwa tygodnie - wytknęła, powstrzymując się od triumfalnego uśmiechu. Musiałam przyznać jej rację, te zawody akurat wygrała. Chociaż tak naprawdę nigdy nie brałam w nich udziału. W przeciwieństwie do siostry nie śpieszyło mi się do zamążpójścia, chciałam uszczknąć jeszcze coś z życia, poszaleć, póki byłam młoda.
- Właśnie. Dwa długie tygodnie w jednym domu z obcym mężczyzną. - Cmoknęłam z udawaną dezaprobatą. - Że też rodzice się na to zgodzili...
- Jesteśmy już rok po słowie! - wtrąciła na swoje usprawiedliwienie, rumieniąc się, a ja zachichotałam, rozbawiona jej bojową postawą. Nigdy nie podejrzewałabym, że mogłaby przed ślubem z kimkolwiek, nawet z narzeczonym, stracić cnotę. Zresztą oni się nawet jeszcze nie całowali! Te zawody wygrałam już lata temu z synem sąsiadów, o czym nie omieszkałam z dumą poinformować Adolfiny.
- Nie musisz mi przypominać, jak długo trwa cała ta wasza "miłość". - Prychnęłam, przewracając oczami. Przez ostatnie dwanaście miesięcy codziennie oglądałam ją siedzącą przy oknie, rozmarzoną, czytającą po raz kolejny list od swojego "ukochanego". Jedyną namiastkę kontaktu między nimi.
- Kocham go - broniła się.
- Fina! - użyłam zdrobnienia jej imienia, za którym ostatnimi czasy nie przepadała, a konkretniej od chwili, gdy zaczęła interesować się NSDAP. Wtedy bowiem okazało się, że imię Adolfina otwiera bardzo wiele drzwi. Od tamtej pory nie przedstawiała się inaczej. - Ty go nawet nie znasz! Widziałaś go raz! Jeden krótki raz na przyjęciu weselnym!
- On też mnie kocha i to od pierwszego wejrzenia - brnęła dalej.
- Chyba od momentu, w którym wyznałaś mu jak masz na imię. Adolfina jest w końcu idealnym imieniem dla żony niemieckiego oficera. Żona Adolfina to jak wygrana na loterii - tłumaczyłam wyniosłym głosem. - Jestem pewna, że gdyby Hitler miał na imię Franciszek, to na moim palcu błyszczałby ten pierścionek - zaszydziłam, a siostra odruchowo przykryła dłoń z pierścionkiem drugą dłonią, jakbym rzeczywiście mogła jej go odebrać.
- Korespondowaliśmy ze sobą. Sama wiesz, ile listów do mnie przysłał od tego czasu. Wiem o nim wszystko. Tak jak on o mnie. Nasze małżeństwo to nie zachcianka ani głupi wymysł.
- Masz rację, siostro. Wiecie o sobie wszystko: kto będzie pracował, a kto siedział w domu, jak ma wyglądać wasze przytulne gniazdko, ile dziatek ma się w nim pojawić, jaką zupę podasz w poszczególne dni tygodnia... - wyliczałam na opalonych od wakacyjnego słońca palcach. - Ale tak naprawdę go nie znasz. Nie wiesz, czy będziesz jego pierwszą myślą, gdy rano otworzy oczy, czy będzie o tobie myślał na chwilę przed zaśnięciem. Nie wiesz, czy będziesz mogła wypłakać się na jego ramieniu, czy wyciągnie ku tobie dłoń, gdy będziesz tego najbardziej potrzebować.
- Pleciesz głupoty. To, o czym teraz mówisz, to po prostu jakieś mrzonki. Kobiet już teraz jest o dwa miliony więcej od mężczyzn, a przypominam ci, że trwa wojna, z której nie wszyscy wrócą do swoich domów. Wiesz, co to oznacza? Że nie każda dziewczyna będzie miała tyle szczęścia, że miły i młody chłopak jej się oświadczy! Nie każda zostanie matką! A ja pragnę tego ponad wszystko! Mój Gustav jest spełnieniem marzeń każdej Niemki!
- Przypominam ci, że jesteśmy Mazurkami. I nie każdej. Nie moich - dodałam szybko, widząc minę siostry, która już chciała się ze mną kłócić o nasze pochodzenie. - I jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, zrobię to z miłości do tego konkretnego mężczyzny, a nie wyobrażenia o nim czy dla samej idei małżeństwa.
- Franciszko... - użyła mojego pełnego imienia, robiła tak zawsze, gdy chciała przywołać mnie do porządku. Wtedy przestawałam być po prostu "Fran". - Jesteś młodsza ode mnie zaledwie o piętnaście minut, a wciąż zachowujesz się jak naiwne dziecko. I mogę się założyć, że zakochasz się w jakimś chłystku, który ci zaimponuje osobowością, niezależnością czy brawurą, ale który nigdy cię nie pokocha tak, jakbyś tego chciała. I nie mówię tego, żeby zrobić ci na złość, a dlatego, żebyś w końcu przejrzała na oczy. Gonisz za niedoścignionym. Pragniesz niemożliwego.
Przekrzywiłam głowę i posłałam swojej siostrze chytry uśmieszek. Od zawsze rywalizowałyśmy, początkowo o uwagę i miłość rodziców, a z czasem o wszystko inne. Stało się to naszym nawykiem. Chyba w ten sposób chciałyśmy zaznaczyć swoją indywidualność, zwłaszcza że jako bliźniaczki wyglądałyśmy niemalże identycznie. Jedyną widoczną różnicą był kolor włosów: moje miały złocisty odcień, a Finy były bardziej mleczne. Poza tym byłyśmy nie do odróżnienia. Dla wszystkich z wyjątkiem naszych rodziców. Oni od momentu naszych narodzin potrafili powiedzieć, która z nas to Adolfina, a która Franciszka. Która jest tą dobrą, a która tą złą. A wszystko za sprawą kolejności, w której przyszłyśmy na świat...
Marzeniem naszego ojca było posiadanie męskiego potomka. I nie było to zwykłe pragnienie czy kaprys. To był jego życiowy cel. Właśnie dlatego na żonę wybrał kobietę, która pochodziła z wielodzietnej rodziny. Nasza matka miała pięciu braci, a wśród nich jedną parę bliźniąt. Ona także miała siostrę bliźniaczkę, która niestety zmarła zaraz po urodzeniu. Zatem ojciec miał pełne prawo oczekiwać, że doczeka się męskiego potomka. Ba! Nawet dwóch jednocześnie! Pierworodny miał mieć na imię Adolf. Wówczas jeszcze nikt się nie spodziewał, jakiego znaczenia to nabierze. Lecz gdy w listopadzie 1920 roku na świat przyszła dziewczynka, ojciec poczuł się zawiedziony, niemniej zmusił się do uśmiechu i stwierdził, że w takim razie córka otrzyma imię Adolfina. Gdy zaraz potem okazało się, że oprócz Adolfiny pojawi się drugie dziecko, na chwilę pojawiła się nadzieja, że będzie upragnionym chłopcem. Urodzona po piętnastu minutach druga córka była ciosem, po którym nigdy już się nie podniósł, zwłaszcza że więcej dzieci nie było im dane mieć. Ojciec rzucił swojej najmłodszej chłodne spojrzenie i nie raczył nawet nadać jej imienia. Matka nazwała mnie Franciszką, łudząc się, że obudzi to w mężu ojcowskie uczucia. Nic bardziej mylnego. Nawet imię samego cesarza Austrii - Franciszka Józefa I - nie ukoiło żalu w sercu mężczyzny. Już na zawsze pozostałam w jego oczach "rozczarowaniem". Gdy obie z siostrą coś przeskrobałyśmy, ja jedna dostawałam lanie. Adolfina mogła kontynuować naukę, dla mnie nie starczyło na to pieniędzy. Zamiast do szkoły, poszłam do pracy, do zakładu fotograficznego, gdzie ojciec załatwił mi posadę. Adolfina jeździła na prawdziwe wakacje, a ja do dziadków do Rechenberga. Nigdy nie czułam się kochana. Ojciec nigdy nie powiedział mi ciepłego słowa, nigdy nie dał mi prezentu, nigdy nie zabrał mnie na spacer. Sprzeciwiał mi się zawsze, kiedy tylko mógł to zrobić. A im bardziej mi się sprzeciwiał, tym więcej łobuzowałam. Swoją pomysłowością prześcigałam chłopców z sąsiedztwa. Wdrapywałam się na drzewa, wkradałam do cudzych ogródków, kąpałam się w samej bieliźnie, a nawet, udając mężczyznę, wzięłam udział w corocznym wyścigu motocyklowym urządzanym w Sensburgu. Z tego ostatniego byłam najbardziej dumna. Zwłaszcza że Adolfina nie miała bladego pojęcia o motoryzacji. Gdy dotarłam do mety, przez chwilę czułam, że jestem tą lepszą z sióstr Ludendorff. Teraz znowu zapragnęłam to poczuć...
- W takim razie zróbmy to! - zgodziłam się z entuzjazmem. - Załóżmy się, która z nas znajdzie prawdziwą miłość.
- Prawdziwą? A czymże jest według ciebie prawdziwa miłość? Przecież ty nawet nigdy nie byłaś nikim zauroczona!
- Może i nie byłam, ale nie myśl, że nie wiem, jak powinna ona wyglądać.
- Zamieniam się w słuch - powiedziała, krzyżując ręce.
- Prawdziwa miłość to taka, że gdy jedno umiera, drugie nie jest w stanie żyć. Odchodzą razem, bo nie widzą sensu w spędzeniu na tym świecie choćby jednego dnia bez ukochanej osoby. Odchodzą razem, bo nie ma sensu oddychać w pojedynkę. Śmierć jednego jest końcem drugiego.
- Nie ma takiej miłości. To brednie - oburzyła się moja siostra.
- Mylisz się, Adolfino. Pamiętasz starą Madejową z Rechenberga? Byłyśmy na jej pogrzebie. Tydzień później odbył się pogrzeb jej męża. Przeżyli razem siedemdziesiąt trzy lata.
- Może na coś chorowali... - Usilnie próbowała znaleźć rozsądne wytłumaczenie dla śmierci pary staruszków w tak krótkim odstępie czasu.
- Tak, chorowali, a ta choroba to... prawdziwa miłość. - Spojrzałam na siostrę, unosząc jedną brew. - To co, tchórzysz?
- Tchórzę? - zapytała, nie bardzo rozumiejąc, o co mi chodzi.
- Zakładamy się, która z nas znajdzie prawdziwą miłość?
- To głupie... - zaczęła, ale nie pozwoliłam jej skończyć.
- A więc tchórzysz... - Prychnęłam z uśmiechem.
- Nigdy! - Wyprostowała się, delikatnie przysuwając w moją stronę. - Ale w jaki sposób stwierdzimy, która z nas wygrała? Kto będzie w stanie ocenić, czyja miłość była tą prawdziwą?
- Śmierć... - powiedziałam bez zastanowienia. - Ona będzie wiedziała, która z nas odejdzie z tego świata z powodu miłości.
- Śmierć? Przecież to niedorzeczne. Nigdy nie dowiemy się...
- Zakład? - przerwałam jej, wyciągając ku niej dłoń. Posłałam jej powątpiewające spojrzenie, na które zawsze reagowała, przyjmując waleczną postawę.
- Zakład! - zgodziła się, ujmując mocno moją dłoń.
W tej samej chwili poczułam powiew wiatru, jakby ktoś nagle uchylił okno. Odwróciłam w tamtą stronę twarz, lecz było zamknięte. Jednak nie to mnie zaniepokoiło, a dziwna postać, którą dostrzegłam w odbiciu szyby. Wyglądała tak, jakby stała tuż obok nas... Wysoka, bezkształtna, spowita w czerń, z twarzą skrytą w mroku przypominała... Śmierć.
Nagle otworzyły się drzwi do naszego przedziału, a ja odruchowo odwróciłam głowę. I zamiast dziwnej postaci, dokładnie w jej miejscu zobaczyłam mężczyznę w uniformie. Odetchnęłam z ulgą, całkowicie zapominając o swoim niepokoju.
- Kłaniam się pięknym panienkom! - przywitał się uprzejmie, unosząc delikatnie czapkę. Rozbieganym wzrokiem przyglądał się to jednej, to drugiej. - A niech mnie gęś kopnie! - Zaśmiał się. - W pierwszym momencie myślałem, że od tego gorąca dwoi mi się w oczach. - Pokręcił głową, jakby z ulgą. - Bileciki do kontroli.
Adolfina zaczęła szukać w torebce naszych biletów, a ja z uwagą przyglądałam się zawieszonej na jego piersi karbidowej lampce, w której delikatnie tlił się płomień gazu. Nawet nie zauważyłam, że w pociągu zrobiło się ciemniej, a za oknem słońce chyliło się ku ziemi. Kontroler podregulował pokrętło, wypuszczając większą ilość wody na karbid, dzięki czemu lampka zaświeciła mocniej, oświetlając wnętrze naszego przedziału.
- A ten pan? - Wskazał ruchem głowy na śpiącego już od dobrych dwóch godzin staruszka.
- On nie jest z nami - pośpieszyła z wyjaśnieniem moja siostra.
Zamiast obudzić nieznajomego, szybkim ruchem ręki wysunęłam z kieszeni jego marynarki wystający bilet i podałam go mężczyźnie.
- Lepiej go nie budzić, był strasznie męczący - wyznałam bez wyrzutów sumienia. Starszy pan rzeczywiście od rana raczył nas długimi opowieściami o swoim synu, ale szczegółów już teraz nie mogłam sobie przypomnieć. Żadna z nas nie była tym zainteresowana i nawet nie udawałyśmy, że go słuchamy. Starszy pan chyba też w końcu zmęczył się opowiadaniem, bo wkrótce potem zasnął.
Mężczyzna, po upewnieniu się, że wszyscy wykupiliśmy przejazd, wsunął z powrotem bilet do kieszeni marynarki staruszka, po czym zapalił wiszącą w naszym przedziale lampę.
Sunęliśmy wolno w kierunku naszego nowego domu i pomimo że zbliżał się wieczór, temperatura wciąż była nie do wytrzymania. Adolfina wachlowała się złożoną na pół gazetą, zapewne żałując, że wachlarz nie zmieścił się do jej torebki.
- Otworzę okno - zaproponowałam i, nie czekając na jej zgodę, wstałam, by sięgnąć do klamki. Zaczęłam siłować się z niewielkim uchwytem zamontowanym na szybie, próbując pociągnąć go w dół, ale spocone dłonie jedynie się po nim ślizgały. Wypuściłam nerwowo oddech i oparłam czoło o szybę, szukając jakiejkolwiek ochłody. Przejeżdżaliśmy akurat ponad rzeką. Spojrzałam w dół. W oddali grupka młodych osób zażywała kąpieli. I chociaż nie widziałam dokładnie ich twarzy, byłam pewna, że śmieją się w głos. Jeden z chłopaków ochlapywał dwie dziewczyny stojące po pas w wodzie. Dwóch pozostałych podpływało właśnie do wysepki, znajdującej się dosłownie pośrodku rzeki. W tym momencie oddałabym wszystko, żeby znaleźć się tam razem z nimi. I to nie tylko ze względu na samą możliwość orzeźwiającej kąpieli. Jakiś głosik w mojej głowie podpowiadał mi, że pasowałabym do nich. Byli młodzi. Skorzy do żartów. Dogadywali się ze sobą zapewne lepiej niż ja z własną siostrą. Polubiliby mnie. Byłam tego pewna. Oczywiście do chwili, w której dowiedzieliby się, kim tak naprawdę jestem... A jestem ich wrogiem.
Właśnie z tego powodu przyjazd do tego miasta miał słodko-gorzki posmak. Z jednej strony skakałam z radości na myśl o ucieczce od rodziców, których oczekiwaniom nigdy i tak nie zdołałabym sprostać. W końcu mogłam zacząć żyć po swojemu, bez ich coraz to nowych zakazów i nakazów. Wreszcie mogłam być wolna. Z drugiej strony opuszczałam Prusy, które już od dawna były częścią III Rzeszy i wjeżdżałam na teren okupowanej Polski i, w przeciwieństwie do Adolfiny, nie kupowałam tej całej gadki, którą próbowali nas przekonać w Sensburgu, że będziemy tu czuć się jak u siebie, że teraz to jest nasze. Wiedziałam, że to tak nie działa. U nas przeprowadzono chociaż plebiscyt i każdy mógł zadecydować, czy chce przyłączenia do nowo powstałego po wojnie państwa polskiego, czy chce pozostać w granicach państwa niemieckiego. A i przy tym nie obyło się bez niesnasek i wzajemnego wypominania, które trwało po dziś dzień. Tymczasem tutaj, bez pytania kogokolwiek o zdanie, utworzono pod koniec lipca Bezirk Bialystok i włączono go do Rzeszy. Nie wyobrażałam sobie, że Polacy tak po prostu na to przystali, że pogodzą się ze swoim losem. Mimo to, tak jak obiecałam wcześniej siostrze, zanim wsiadłyśmy do pociągu, postanowiłam nie wydawać żadnych pośpiesznych osądów, dopóki sama się nie przekonam, jak będzie się nam żyło w tym mieście. Jechałam tu z wielkimi nadziejami, z otwartym umysłem i pragnieniem przygód.
Już chciałam z powrotem usiąść na swoim miejscu, gdy zobaczyłam wielki napis przy torach, informujący, że wjeżdżamy do Lomschy. I nawet moja siostra, kierowana ciekawością, stanęła tuż obok mnie i obserwowała nasz nowy dom.
Po kilku minutach gwizd pociągu oznajmił nasz wjazd na teren dworca. Sam budynek wyglądał niezwykle okazale. Dwukondygnacyjny, jasny, górował nad horyzontem. Poczułam, jak Adolfina chwyta mnie za łokieć i ciągnie w kierunku wyjścia. Ja wciąż chłonęłam widoki, a jej śpieszyło się do ukochanego.
- Poczekaj, trzeba go obudzić - powiedziałam, wskazując staruszka. Nie rozumiałam, jak można tak długo i mocno spać. - Halo, proszę pana, budzimy się! - Szturchnęłam go lekko w kolano. Jednak mężczyzna nawet nie drgnął.
- Proszę pana, jesteśmy na miejscu. - Adolfina podeszła bliżej, lecz nie odważyła się go dotknąć. Mocniej potrząsnęłam jego ramieniem i wtedy głowa mężczyzny opadła do przodu, a za nią reszta ciała. Próbowałam go pochwycić, ale byłam bez szans. Staruszek zsunął się z siedzenia wprost pod nasze nogi. Fina zaczęła krzyczeć, a ja z kolei stałam jak oniemiała.
W końcu ktoś wyprowadził nas z przedziału. Stałyśmy razem z siostrą na peronie w całkowitym milczeniu. Żadna z nas nie skomentowała tego, że jechałyśmy w towarzystwie nieboszczyka przez dwie ostatnie godziny. Obserwowałyśmy, jak tragarz bez widocznego wysiłku wypakowywał nasze kufry i walizki, a następnie zręcznie przerzucał je na wóz, którym podjechał niemal pod sam pociąg.
Gustav, tak jak podejrzewałam, czekał już na nasz przyjazd, a raczej na przyjazd swojej narzeczonej, przed budynkiem dworca, oparty o karoserię czarnego samochodu. Pojazd błyszczał w zachodzącym słońcu, a jego chromowane detale nadawały mu majestatycznego wyglądu. Był niewątpliwie symbolem władzy i prestiżu, i idealnie pasował do swojego właściciela. Gustav ubrany w szykowny mundur, sprawiał wrażenie pewnego siebie i mimo panującego upału nie tracił na elegancji.
Na nasz widok uśmiechnął się i szybkim krokiem zaczął kierować się w stronę wozu, przy którym stałyśmy. Widziałam, jak przeskakiwał wzrokiem między mną a Adolfiną, zapewne próbując rozpoznać swoją ukochaną i nie strzelić przy tym gafy. Znowu poczułam chęć rywalizacji. Dlatego posłałam mu równie zachwycony uśmiech, co moja siostra, specjalnie utrudniając mu zadanie. Nawet biorąc pod uwagę fakt, że narzeczeni widzieli się tylko jeden raz, co uzasadniałoby ewentualną pomyłkę, to i tak byłoby to dla mnie satysfakcjonujące, bo zdemaskowałabym utopię ich wielkiej miłości. Niestety Gustav albo nie miał wątpliwości, która z nas to Adolfina, albo celnie trafił, bo po chwili ujął dłoń mojej siostry i złożył na niej długi pocałunek, a potem spojrzał na nią rozmarzonym wzrokiem.
Po krótkim powitaniu, Adolfina od razu wyznała mężczyźnie, jakiego dramatu byłyśmy świadkami kilka minut temu w naszym przedziale.
- Pytanie o pomyślność waszej podróży wydaje mi się w tej sytuacji nie na miejscu - przyznał narzeczony mojej siostry, trzymając kurczowo jej obie dłonie w swoich. - Gdybym wiedział, że coś takiego wam się przytrafi, wysłałbym po was samochód. Wybacz mi, moja droga. - Jego udręczona mina mówiła mi, że rzeczywiście skłonny byłby opłacić dla nas inny środek transportu, aby oszczędzić nam nerwów.
- Och, Gustavie, to nic. Nie miej sobie nic do zarzucenia. I tak zrobiłeś dla nas tak wiele - powiedziała Adolfina, wpatrując się w niego jak w obraz.
Gustav był przystojnym mężczyzną. Byłam pewna, że ze swoją aparycją podobał się wielu dziewczynom i, związując się z moją siostrą, złamał niejedno serce. Moje, o dziwo, nawet nie drgnęło na jego widok. Może dlatego, że wybierając Adolfinę, która była moją kopią (albo ja jej), nie kierował się wcale pragnieniem, by lepiej ją poznać, zanim jej się oświadczył. Utwierdził mnie tym samym w przekonaniu, że jest jednym z tym Niemców, którzy po włożeniu na siebie munduru stracili resztki rozumu. Gustav musiał mieć po prostu żonę, nie ukochaną. Żonę, która będzie odpowiadać pewnym standardom, ale nic ponad to. Pod tym względem dobrali się z Adolfiną idealnie. Mieli wobec siebie niewielkie oczekiwania i może to zapewni ich przyszłemu małżeństwu sukces. Ale nie zapewni mojej siostrze wygranej w zakładzie. Byłam pewna, że Gustav nigdy nie pokocha jej prawdziwą miłością.
- Franciszko - odezwał się do mnie. - Dziękuję, że przyjechałaś. Dzięki tobie moja Adolfina poczuje się tu jak w domu.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i wzruszyłam ramionami, jakby nie było to nic wielkiego. - Zaczęłam się pakować, jak tylko Adolfina wyznała mi, że posiadasz własny motocykl. - Poklepałam siostrę po ramieniu.
- Wiedziałam, jakich argumentów użyć w rozmowie z Franciszką, aby ją tu ściągnąć - potwierdziła moje słowa, uśmiechając się od ucha do ucha. O tak, sprytu nie brakowało nam obu.
- Interesujesz się motoryzacją? - zapytał z powątpiewaniem.
- Interesuję się wieloma rzeczami. Motocykle to jedna z tych rzeczy, które nader często zaprzątają mój umysł.
- W takim razie koniecznie muszę zapoznać cię ze swoim przyjacielem Johannem. Chyba znajdziecie wspólny temat do rozmów. I kto wie, może uda nam się zatrzymać twoją siostrę na dłużej w tym mieście. - Puścił oczko do swojej narzeczonej, łudząc się, że marzeniem Finy jest trzymanie się blisko mnie. To właśnie pokazywało, jak mało ją znał, jak niewiele o niej wiedział.
- Aż tak źle życzysz swojemu koledze? - zapytałam rozbawiona, ratując tym samym siostrę od potrzeby skomentowania jego słów.
- Czemu? - Przeniósł wzrok na mnie, lekko marszcząc przy tym brwi.
- Och, Gustavie, czyżbyś nie wiedział, że trafiła ci się ta lepsza z sióstr Ludendorff? Ta słodka, posłuszna i pracowita.
- Franciszko! - zganiła mnie moja bliźniaczka.
- I ty jesteś tą gorszą? - upewnił się mężczyzna.
- Zdecydowanie! - Zaśmiałam się w głos. - Winna wszystkiego, włączając w to nieurodzaj na rodzinnym polu i siwe włosy naszego ojca.
- Nie słuchaj jej, kochany. Franciszka, gdy jest głodna, robi się po prostu nieznośna. Nakarmimy ją i będzie milsza. Możemy? - zapytała, wskazując na samochód narzeczonego zaparkowany przy ulicy.
- Oczywiście, zapraszam, moje drogie. - Gustav posłał mi wymuszony uśmiech i ruchem dłoni zachęcił do opuszczenia terenu dworca.
Wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się sama do siebie, wyobrażając sobie swoje nowe życie w Łomży. Wyobrażając sobie wolność...