Wojenne losy przedwojennych gwiazd - Iwona Kienzler

Kup ebooka

33.00 zł
27.39 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Chociaż co bar­dziej wysu­bli­mo­wani kry­tycy fil­mowi w rodzaju Jerzego Bos­saka, czy też lite­raci sły­nący z cię­tego pióra z Mag­da­leną Samo­zwa­niec na czele, zży­mali się na jakość przed­wo­jen­nych pol­skich pro­duk­cji fil­mo­wych, to publicz­ność do kin waliła drzwiami i oknami. Co cie­kawe, zupeł­nie ina­czej niż dzi­siaj oby­wa­tele II Rze­czy­po­spo­li­tej znacz­nie chęt­niej cha­dzali do kin na rodzime filmy niż na nawet naj­słyn­niej­sze ame­ry­kań­skie, mimo że, jak skru­pu­lat­nie obli­czono, dzieła pol­skich fil­mow­ców sta­no­wiły skromną część ówcze­snego reper­tu­aru - zale­d­wie 2,1 pro­cent wszyst­kich poka­zy­wa­nych fil­mów. Wyjąt­kiem była Kró­lewna Śnieżka i sied­miu kra­sno­lud­ków Walta Disneya, nie­kwe­stio­no­wany prze­bój przed­wo­jen­nego kina. Ale na komer­cyjny suk­ces tej ani­ma­cji nie­wąt­pli­wie miał wpływ dosko­nały, oczy­wi­ście jak na ówcze­sne moż­li­wo­ści, dub­bing, a głosu głów­nym posta­ciom udzie­liły nasze gwiazdy. Kró­le­wicz mówił gło­sem pol­skiego amanta Alek­san­dra Żab­czyń­skiego, Leśni­czy - Ste­fana Jara­cza, a uro­cze pio­senki kra­sno­lud­ków wyko­ny­wał Chór Dana, w któ­rego skła­dzie śpie­wał Mie­czy­sław Fogg. Zło­śliwi twier­dzili, że na popu­lar­ność pol­skiej przed­wo­jen­nej kine­ma­to­gra­fii, zwłasz­cza na pro­win­cji, wpły­nęło to, że więk­szość kino­wej publicz­no­ści nie opa­no­wała na tyle trud­nej sztuki czy­ta­nia, by śle­dzić szybko zmie­nia­jące się napisy pod­czas pro­jek­cji zagra­nicz­nych fil­mów. Widzów też zbyt­nio nie obcho­dziło, że pol­skie filmy miały nie­wiele wspól­nego z praw­dzi­wym życiem ani to, że nie poru­szały pro­ble­mów, z jakimi bory­kało się ówcze­sne spo­łe­czeń­stwo, bo prze­cież nie tego w ówcze­snym kinie szu­kano. Film miał być odskocz­nią od kło­po­tów dnia codzien­nego, powi­nien bawić, wzru­szać i pobu­dzać do marzeń. Kry­tycy mogli się zży­mać, że fabuła więk­szo­ści pol­skich fil­mów opo­wia­dała o miło­ści panienki z dworu do ubo­giego, ale szla­chet­nego mło­dzieńca bądź pani­cza do bied­nej dziew­czyny, ale widzo­wie, zwłasz­cza ci nie­zbyt zamożni, miesz­ka­jący w czyn­szo­wych kamie­ni­cach, wła­śnie takie ckliwe histo­rie chcieli oglą­dać na ekra­nie, a ówcze­sne kino pol­skie odpo­wia­dało na ten popyt.

I cho­ciaż przed­wo­jenne filmy pod wzglę­dem arty­stycz­nym pla­so­wały się daleko za kinem zachod­nim, zwłasz­cza ame­ry­kań­skim, to stwo­rzyły praw­dziwe gwiazdy, wiel­bione przez pol­ską publicz­ność rów­nie mocno jak naj­więksi ame­ry­kań­scy akto­rzy owych cza­sów. Jak słusz­nie zauwa­żyła Mag­da­lena Samo­zwa­niec: "Film pol­ski zaczął wycho­wy­wać kadry akto­rów fil­mo­wych, któ­rzy zaczęli być bar­dzo popu­larni, a pen­sjo­narki wymie­niały się ich foto­gra­fiami, masowo repro­du­ko­wa­nymi na kar­tach pocz­to­wych"1. Życiem przed­wo­jen­nych gwiazd srebr­nego ekranu nie pasjo­no­wały się jed­nak wyłącz­nie nasto­let­nie panienki, wielu Pola­ków skru­pu­lat­nie śle­dziło mate­riały pra­sowe doty­czące ich ulu­bień­ców, wielu zako­chi­wało się w kobie­tach i męż­czy­znach widy­wa­nych wyłącz­nie na ekra­nie, a do aktorki Jadwigi Smo­sar­skiej, bodaj naj­więk­szej gwiazdy II Rze­czy­po­spo­li­tej, przy­cho­dziły listy pisane... krwią jej naj­za­go­rzal­szych wiel­bi­cieli! Kiedy jeden z naj­więk­szych przed­wo­jen­nych aman­tów srebr­nego ekranu, Adam Bro­dzisz, miał czel­ność oże­nić się z Marią Bogdą, zawie­dzione do żywego wiel­bi­cielki aktora posta­no­wiły "prze­rzu­cić" swoje uwiel­bie­nie na upar­cie trwa­ją­cego w kawa­ler­skim sta­nie Euge­niu­sza Bodo. Kape­lusz­nicy i pro­du­cenci kosme­ty­ków, a także naj­więk­sze firmy odzie­żowe, futrzar­skie i obuw­ni­cze wal­czyły, by aktorki i akto­rzy poka­zy­wali się publicz­nie w pro­duk­tach ich firm.

Oprócz gwiazd kina wielką popu­lar­no­ścią cie­szyli się arty­ści kaba­re­towi. W dwu­dzie­sto­le­ciu mię­dzy­wo­jen­nym teatrzyki rewiowe prze­ży­wały praw­dziwy roz­kwit. Na kaba­re­to­wej sce­nie, podob­nie jak i na wiel­kim ekra­nie, lan­so­wano modę, kre­owano prze­boje, a napi­sane na potrzeby przed­sta­wie­nia dow­cipy i ske­cze żyły wła­snym życiem. Scena kaba­re­towa cie­szyła się tak wielką popu­lar­no­ścią i uzna­niem, że Arnold Szyf­man, kie­ru­jący Teatrem Pol­skim w War­sza­wie, ni­gdy nie powa­żył się wysta­wić pre­mie­ro­wego przed­sta­wie­nia w dniu, w któ­rym któ­ry­kol­wiek ze sto­łecz­nych kaba­re­tów miał pre­mierę nowego pro­gramu.

Nie­stety, z pozoru piękne i baj­kowe życie, jakie według powszech­nej opi­nii wie­dli idole ówcze­snej publicz­no­ści, ule­gło zasad­ni­czej zmia­nie w 1939 roku, gdy wybu­chła druga wojna świa­towa. W sta­nie zawie­sze­nia zna­la­zła się także ich kariera - Bodo nie mógł nakrę­cić pla­no­wa­nej od dawna ekra­ni­za­cji powie­ści Dołęgi-Mosto­wi­cza, Tola Man­kie­wi­czówna musiała poże­gnać się z nadzieją na karierę za oce­anem, mimo że wcze­śniej otrzy­mała zapro­sze­nie z hol­ly­wo­odz­kiej fabryki snów, dokąd miała wyje­chać we wrze­śniu 1939 roku. Część akto­rów o żydow­skich korze­niach, jak choćby zja­wi­skowa Nora Ney, musiała czym prę­dzej wyje­chać z tere­nów oku­po­wa­nych przez Niem­ców. Wszy­scy liczyli zapewne, że wojenna zawie­ru­cha szybko prze­mi­nie i wraz z nasta­niem wol­nej Pol­ski wrócą na deski teatru i na plan fil­mowy. Życie przy­nio­sło im jed­nak bole­sne roz­cza­ro­wa­nie - dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści gwiazd II Rze­czy­po­spo­li­tej, zda­niem wła­dzy ludo­wej skom­pro­mi­to­wa­nych udzia­łem w sana­cyj­nych fil­mach, nie było miej­sca w nowej poli­tycz­nej rze­czy­wi­sto­ści.

Był to dla nich dodat­kowy cios, zwłasz­cza że wojna więk­szość z nich bar­dzo bole­śnie doświad­czyła. Część akto­rów, chcąc unik­nąć gra­nia w teatrach pro­wa­dzo­nych przez Niem­ców, co wią­zało się z pięt­nem kola­bo­ra­cji, zatrud­niała się jako kel­ne­rzy w war­szaw­skich kawiar­niach. Ci, któ­rym udało się dostać na Zachód, wal­czyli o wol­ność z bro­nią w ręku, tak jak Alek­san­der Żab­czyń­ski, uczest­nik bitwy pod Monte Cas­sino. Inni dzia­łali w kon­spi­ra­cji, a kiedy wybu­chło powsta­nie war­szaw­skie, chwy­cili za broń, by na bary­ka­dach wal­czyć z oku­pan­tem. I wła­śnie o dra­ma­tycz­nych i czę­sto tra­gicz­nych wojen­nych losach nie­gdy­siej­szych gwiazd kina oraz sceny opo­wiada ta książka.

Euge­niusz Bodo

TAJEMNICA ŚMIERCI EUGENIUSZA BODO

Gdyby przy­szło mi wska­zać, które gwiazdy doby mię­dzy­woj­nia mogłyby ucho­dzić za cele­bry­tów, z pew­no­ścią byliby to Euge­niusz Bodo oraz Mira Zimiń­ska. Bodo ze swo­jego nazwi­ska uczy­nił markę han­dlową. Gwiaz­dor, znany i lubiany, wiel­biony przez kobiety i naśla­do­wany przez męż­czyzn, był pożą­da­nym part­ne­rem dla pro­du­cen­tów odzieży, a przede wszyst­kim dla firm szy­ją­cych gar­ni­tury, pro­du­ku­ją­cych obu­wie, sło­dy­cze oraz dla towa­rzystw ubez­pie­cze­nio­wych. A ponie­waż szybko został uznany za, uży­wa­jąc współ­cze­snych ter­mi­nów, ikonę stylu, ele­gan­cji i męskiej mody, rekla­mo­wał mary­narki firmy Old England, buty Kiel­manna, kra­waty Choj­nac­kiego i kape­lu­sze Młod­kow­skiego, marki, któ­rych pro­dukty chęt­nie sam nosił. Figu­ro­wał też na rekla­mach pasty do zębów o smaku wiśnio­wym, cze­ko­lady Wedla oraz nut wyda­wa­nych przez firmę Gebe­th­ner i Wolf. Perio­dyk "Prze­gląd Spor­towy" publi­ko­wał zdję­cie aktora czy­ta­ją­cego tę gazetę, cho­ciaż Bodo nie był ani jego czy­tel­ni­kiem, ani nawet kibi­cem spor­to­wym.

Rekla­mo­dawcy wal­czyli też o prawo do umiesz­cze­nia reklamy swo­jego pro­duktu w czo­łów­kach fil­mów z tym popu­lar­nym akto­rem. Jak skru­pu­lat­nie obli­czono, w pro­duk­cjach z udzia­łem Euge­niu­sza Bodo rekla­mo­wało się aż 500 firm. Wśród nich był salon Gou­ss­sin Cat­tley, dom mody zało­żony w War­sza­wie przez Kata­rzynę Cat­tley przy Mazo­wiec­kiej 3, w któ­rym ówcze­sne damy mogły ubrać się od stóp do głów i skąd pocho­dziły kostiumy do filmu Kocha, lubi, sza­nuje. Pro­du­cent samo­cho­dów marki Škoda rekla­mo­wał swoje pojazdy przy oka­zji obrazu Robert i Ber­trand. Reklamę żyran­doli braci Łopień­skich i pla­te­rów Nor­blina można zaś było zoba­czyć w fil­mie Jaśnie pan szo­fer, w któ­rym zresztą pro­dukty te "wystę­po­wały". Arty­kuły firmy B. Sikor­ski, szy­ją­cej męskie gar­ni­tury, "grały" w obra­zie Jego eks­ce­len­cja subiekt.

W 1933 roku czy­tel­nicy tygo­dnika "Kino" przy­znali Euge­niu­szowi Bodo oraz aktorce Norze Ney, która przez pewien czas była też jego part­nerką w życiu pry­wat­nym, pre­sti­żowy tytuł króla i kró­lo­wej kina. Aktor­ska para zde­tro­ni­zo­wała poprzed­nich "monar­chów" - Zbi­gniewa Sawana i Jadwigę Smo­sar­ską. Nawet kry­tyczne recen­zje fil­mów z jego udzia­łem nie spo­wo­do­wały spadku popu­lar­no­ści tego aktora. Publicz­ność mimo wszystko przy­by­wała tłum­nie do kin nawet na te pro­duk­cje, które nie miały dobrej prasy, a tak było cho­ciażby w przy­padku obrazu Jego eks­ce­len­cja subiekt. Recen­zent na łamach "Wia­do­mo­ści Lite­rac­kich" nie zosta­wił na tym dziele suchej nitki, pisząc, że film, "okre­ślany jako "pierw­sza pol­ska kome­dia salo­nowa", jest z pew­no­ścią nie pierw­szą, ale z pew­no­ścią - nie łudźmy się - i nie ostat­nią szczerą pol­ską szmirą fil­mową. [...] Surowy morał tej wykwint­nej satyry towa­rzy­skiej kon­den­suje się w nie­zwy­kłej nowej i nie­ba­nal­nej praw­dzie, że subiekt, który dobrze zara­bia, nie jest gor­szy od zban­kru­to­wa­nych hra­biów. Na tym samym wyso­kim pozio­mie znaj­dują się zdję­cia, wymyśl­ność sytu­acyj, szam­pań­ski dow­cip lub też rasowa wytwor­ność dia­lo­gów"2. Bodo jed­nak nie przej­mo­wał się takimi dru­zgo­cą­cymi opi­niami, a teo­re­tycz­nie powi­nien, skoro był nie tylko odtwórcą głów­nej roli, ale także współ­pro­du­cen­tem tego tak bar­dzo kry­ty­ko­wa­nego obrazu. Dla niego znacz­nie waż­niej­sze było zda­nie widzów, a tym film się bar­dzo spodo­bał, podob­nie jak pocho­dzące z niego pio­senki, które z miej­sca stały się prze­bo­jami - płyty z ich nagra­niami roz­cho­dziły się jak świeże bułeczki.

A prze­cież Bodo był nie tylko akto­rem fil­mo­wym, ale także arty­stą kaba­re­to­wym i pro­du­cen­tem fil­mo­wym, nawet zało­żył wła­sną, pręż­nie dzia­ła­jącą firmę pro­du­cencką. W wywia­dach twier­dził, że dosko­nale radzi sobie z pracą aktora i obo­wiąz­kami pro­du­centa: "To nie jest wcale trudna sprawa, kiedy jest się akto­rem i pro­du­cen­tem zara­zem - mówił w jed­nym z wywia­dów. - Kiedy gram do filmu, chciał­bym wło­żyć w obraz jak naj­wię­cej arty­zmu i stwo­rzyć coś naprawdę ory­gi­nal­nego, nie bacząc wcale na koszta. I wtedy czę­sto wła­śnie docho­dzi do głosu pro­du­cent. W naszych warun­kach przy przy­sło­wio­wem ubó­stwie środ­ków nie­rzadko aktor musi ustę­po­wać pro­du­centowi"3. Trzeba przy­znać, że jako wła­ści­ciel firmy pro­du­cenc­kiej nie ską­pił środ­ków. Kiedy powsta­wał film, Pie­śniarz War­szawy, nie­stety zagi­niony, prasa infor­mo­wała, że dla "zaśpie­wa­nia jed­nej tylko pio­senki wybu­do­wano bar­dzo bogatą deko­ra­cję dan­cingu, którą natych­miast roze­brano. A kosz­to­wała prze­szło pięć tysięcy zło­tych. Bodo ma roz­mach!"4.

Boha­ter naszej opo­wie­ści miał także ambitny plan pod­bi­cia serc zachod­niej publicz­no­ści, a to za sprawą pol­skiej super­pro­duk­cji Głos pustyni, filmu nakrę­co­nego w 1932 roku, któ­rego Bodo był współ­pro­du­cen­tem, auto­rem sce­na­riu­sza oraz, jak­żeby ina­czej, zagrał w nim jedną z głów­nych ról. Było to bar­dzo ambitne przed­się­wzię­cie - zdję­cia krę­cono przez sie­dem tygo­dni w Algie­rii - w Biski­rze, Al Kan­ta­rze, Sidi Okbie oraz w Tok­kur­cie, zuży­wa­jąc około 15 tysięcy metrów taśmy fil­mo­wej. Obraz, któ­rego sce­na­riusz oparł Bodo na powie­ści Fer­dy­nanda Anto­niego Ossen­dow­skiego Sokół pustyni, rekla­mo­wany był w pra­sie jako "pierw­szy pol­ski film egzo­tyczny".

Dzi­siaj nazwi­sko Ossen­dow­skiego mówi cokol­wiek jedy­nie histo­ry­kom lite­ra­tury zaj­mu­ją­cym się dwu­dzie­sto­le­ciem mię­dzy­wo­jen­nym lub polo­ni­stom, ale przed wojną był to jeden z pię­ciu naj­bar­dziej poczyt­nych pisa­rzy na świe­cie. Mało tego, jego twór­czość, chyba mocno na wyrost, porów­ny­wano do dzieł takich tuzów lite­ra­tury jak Jack Lon­don czy Rudy­ard Kipling! Jak się oka­zuje, Ossen­dow­ski do dziś jest dru­gim pisa­rzem, tuż za nobli­stą Hen­ry­kiem Sien­kie­wi­czem, któ­rego twór­czość jest naj­czę­ściej prze­kła­dana na języki obce i po dziś dzień żad­nemu z pol­skich lite­ra­tów nie udało się go poko­nać. Nic dziw­nego, że Bodo wła­śnie jego książkę uznał za dosko­nały mate­riał na film, a reży­ser Waszyń­ski snuł nawet marze­nia o pod­boju tym obra­zem ame­ry­kań­skiej widowni. "Uczy­nię wszystko, aby nasz film afry­kań­ski mógł śmiało i w zwy­cię­skim pocho­dzie prze­biec kina euro­pej­skie i tra­fić nawet do Hol­ly­wood. Nie­chaj zoba­czą, że i my, Polacy, potra­fimy coś zro­bić"5 - mówił w jed­nym z wywia­dów. Nie­stety, film nie odniósł spo­dzie­wa­nego suk­cesu na Zacho­dzie, cho­ciaż w Pol­sce bar­dzo się podo­bał, a popu­lar­ność Bodo, który wcie­lił się tym razem w nega­tywną postać arab­skiego szejka, po pre­mie­rze jesz­cze wzro­sła. Poza tym aktor spe­cjal­nie do tej roli zapu­ścił brodę i w takim wyda­niu bar­dzo spodo­bał się wiel­bi­ciel­kom.

Euge­niusz Bodo, fotos do filmu "Pie­śniarz War­szawy", 1934 r.

Euge­niusz Bodo, w prze­ci­wień­stwie do współ­cze­snych cele­bry­tów, umie­jęt­nie strzegł swo­jej pry­wat­no­ści, zwłasz­cza wszel­kich spraw doty­czą­cych związ­ków z kobie­tami. W tej kwe­stii zacho­wy­wał tak daleko posu­niętą dys­kre­cję, że do dziś bywa posą­dzany o homo­sek­su­alizm, a jego bio­gra­fo­wie nie potra­fią usta­lić, z kim i kiedy aktor nawią­zał bar­dziej intymną zna­jo­mość. Tym­cza­sem jego estra­dowi kole­dzy twier­dzili, że był on męż­czy­zną bar­dzo czu­łym na dam­skie wdzięki, a gusto­wał w kobie­tach cichych i skrom­nych, i to wła­śnie w ich ramio­nach znaj­do­wał namięt­ność. Nie­stety, jak na dżen­tel­mena z krwi i kości przy­stało, histo­rię swo­ich dłuż­szych i krót­szych roman­sów zabrał ze sobą do grobu.

Z całą pew­no­ścią łączył go romans z Elną Gistedt, blon­d­włosą i nie­bie­sko­oką szwedzką aktorką i śpie­waczką, którą śmiało można uznać za pierw­szą miłość aktora. To wła­śnie za jej sprawą Bodo po raz pierw­szy poja­wił się na srebr­nym ekra­nie, gra­jąc z nią w nie­mej kome­dii Rywale w 1925 roku. Plot­ko­wano też o jego związku z Zulą Pogo­rzel­ską, ulu­bie­nicą War­szawy i gwiazdą kaba­retu Qui Pro Quo, w któ­rym razem wystę­po­wali, ale tym razem były to tylko plotki, parę łączyła jedy­nie przy­jaźń. Przez pewien czas Bodo był zwią­zany z czar­no­włosą zmy­słową aktorką żydow­skiego pocho­dze­nia Norą Ney, ale wbrew ocze­ki­wa­niom węszą­cych sen­sa­cję dzien­ni­ka­rzy para ni­gdy nie sta­nęła na ślub­nym kobiercu. Chyba naj­więk­sze zain­te­re­so­wa­nie wzbu­dził jego zwią­zek z tahi­tań­ską aktorką Reri, ale i on nie prze­trwał próby czasu. Dziś nie da się dokład­nie usta­lić, kiedy para się poznała, być może doszło do tego w 1933 roku, a może wcze­śniej. Egzo­tyczna pięk­ność przy­je­chała za przy­stoj­nym Pola­kiem do War­szawy, zamiesz­kała z nim, a nawet zagrali razem w fil­mie Czarna perła. Nie­stety, cho­ciaż piękna Reri poko­chała pol­skiego aktora praw­dziwą, żar­liwą miło­ścią, Bodo po zakoń­cze­niu zdjęć cał­ko­wi­cie stra­cił nią zain­te­re­so­wa­nie. Przy­czyną zerwa­nia był nad­mierny pociąg tahi­tań­skiej pięk­no­ści do alko­holu.

Nie­wąt­pli­wie kobietą życia boha­tera naszej opo­wie­ści była jego matka, Dorota Junod, z którą aktor był emo­cjo­nal­nie bar­dzo zwią­zany, zwłasz­cza gdy roz­pa­dło się mał­żeń­stwo jego rodzi­ców. O miło­ści do mamy świad­czył też jego pseu­do­nim sce­niczny - Bodo - który był zlep­kiem jego imie­nia, Bog­dan, z imie­niem matki, Dorota. Nazy­wał się bowiem Bog­dan Eug?ne Junod i był synem Polki i Szwaj­cara, Teo­dora Junod. Uro­dził się 28 grud­nia 1899 roku w Gene­wie i legi­ty­mo­wał się pasz­por­tem szwaj­car­skim. Wła­śnie ów pasz­port stał się przy­czyną jego tra­gicz­nego końca.

Bodo nie­mal przez całe doro­słe życie miesz­kał z matką, nawet w cza­sach, gdy był zwią­zany z piękną Reri. W 1939 roku wpro­wa­dził się razem z nią oraz z uko­cha­nym psem rasy dog o wdzięcz­nym imie­niu Sambo do czte­ro­po­ko­jo­wego apar­ta­mentu w kamie­nicy przy ulicy Fok­sal 17. Wielką sen­sa­cją było ujaw­nie­nie, że popu­larny aktor na początku tego samego roku otwo­rzył na par­te­rze owego domu kawiar­nię o nazwie Café Bodo. Cała sto­lica plot­ko­wała, że Bodo ma zamiar zmie­nić zawód, w czym oczy­wi­ście nie było ani krzty prawdy.

W rze­czy­wi­sto­ści bowiem nowo otwarty lokal pro­wa­dził nie gwiaz­dor, ale jego wspól­nik, Zyg­munt Woy­cie­chow­ski, czło­wiek mający duże doświad­cze­nie w branży gastro­no­micz­nej. Bodo dał mu jedy­nie prawo do wyko­rzy­sta­nia swego nazwi­ska na szyl­dzie, za co od Woy­cie­chow­skiego otrzy­my­wał comie­sięczne wyna­gro­dze­nie w wyso­ko­ści 500 zło­tych. Ale na tym nie koń­czył się udział aktora w spółce, gdyż to wła­śnie on nakło­nił Józefa Galew­skiego, naj­bar­dziej wzię­tego sce­no­grafa teatral­nego, do zapro­jek­to­wa­nia nowo­cze­snego i budzą­cego powszechny podziw wnę­trza kawia­renki. Uży­cie tego zdrob­nie­nia w sto­sunku do Café Bodo jest w pełni uza­sad­nione, ponie­waż w nie­wiel­kim lokalu mie­ściło się zale­d­wie dzie­sięć sto­li­ków oraz mała scenka, na któ­rej stało pia­nino.

Nie­ofi­cjalne otwar­cie kawiarni nastą­piło w marcu, a zapro­szo­nych gości zaba­wiał sam aktor, śpie­wa­jąc swoje naj­lep­sze pio­senki i upra­wia­jąc sztukę, którą dziś okre­ślamy jako stand-up, gdyż w prze­rwach mię­dzy szla­gie­rami opo­wia­dał dow­cipy zwane wów­czas face­cjami. Póź­niej był raczej rzad­kim gościem w fir­mo­wa­nej swoim nazwi­skiem kawiarni, ale na sce­nie Café Bodo wystę­po­wali inni arty­ści. Zresztą na występy w kawia­rence nie miał czasu, gdyż inten­syw­nie pra­co­wał, zamie­rzał doko­nać ekra­ni­za­cji powie­ści Tade­usza Dołęgi-Mosto­wi­cza Kariera Niko­dema Dyzmy, pla­nu­jąc wcie­lić się w rolę tytu­ło­wego boha­tera. Pomysł ten bar­dzo spodo­bał się redak­torce "Srebr­nego Ekranu" Ire­nie Tom­skiej, która uwa­żała aktora za ide­al­nego kan­dy­data do roli tytu­ło­wej. "Spo­glą­dam na Euge­niu­sza Bodo i myślę, że rze­czy­wi­ście trudno byłoby zna­leźć aktora bar­dziej odpo­wied­niego do roli Dyzmy. Ma to być męż­czy­zna mocny, nie­ustę­pliwy, to, co Fran­cuzi nazy­wają "bru­sque", a cała syl­wetka Bodo, jego sil­nie zary­so­wana szczęka i twardy błysk w oczach pre­de­sty­nują go na ide­al­nego Dyzmę - zauwa­żała dzien­ni­karka. - Ale jed­no­cze­śnie Bodo posiada to, czego tam­ten nie ma - ogromny wdzięk. Gdy się uśmiech­nie, prze­staje być "bru­sque", sta­jąc się "char­mant", a tego Dyz­mie nie wolno"6.

Poza tym aktor miał zamiar wystą­pić w kolej­nej kome­dii pt. Moja mama. Poja­wił się także na pla­nie filmu o zabar­wie­niu pro­pa­gan­do­wym Uwaga! Szpieg!, w któ­rym miał zagrać asa pol­skiego wywiadu, a part­ne­ro­wały mu Helena Gros­sówna oraz Nina Andrycz, znana dotąd jako aktorka teatralna, któ­rej powie­rzono rolę nie­miec­kiego szpiega. Bodo był nie tylko odtwórcą głów­nej roli męskiej, ale także film reży­se­ro­wał. Zdję­cia roz­po­częto w sierp­niu 1939 roku w oko­li­cach Gdyni, lecz film nie zdą­żył tra­fić na ekrany, mimo że prace były dość zaawan­so­wane, a rela­cje pra­sowe z planu tak intry­gu­jące, że widzo­wie zapewne nie mogli docze­kać się pre­miery.

Akto­rzy Euge­niusz Bodo i Nora Ney przed wej­ściem do kate­dry wawel­skiej, 1933 r.

"Do Heleny Gros­sówny, sto­ją­cej na gór­nym pokła­dzie statku z wycią­gnię­tym rewol­we­rem w ręku, pod­kradł się cichutko jakiś mary­narz - pisał dzien­ni­karz "Kina" w repor­tażu pt. Na statku dywer­san­tów. - Przed sekundą Gros­sówna powie­działa mocno: Ręce do góry!... Na dole szpie­dzy obcego wywiadu z prze­ra­że­niem pod­nie­śli w górę dło­nie. Mary­narz z nie­miec­kiego kontr­tor­pe­dowca był już tylko kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od Gros­sówny, która trzy­mała szpie­gów w sza­chu, nie spo­dzie­wała się, że ktoś w tej samej chwili zaszedł ją od tyłu. Jesz­cze jeden skok i żela­zna obręcz ramion nie­miec­kiego mary­na­rza zaci­snęła się na szyi panny Heleny. Krótki zdła­wiony krzyk i rewol­wer wypusz­czony z bez­wład­nej dłoni upadł z łosko­tem na dolny pokład. Ota­cza­jący Gros­sównę pasa­że­ro­wie, pły­nący tym samym stat­kiem na Hel, nie mogli nic na to pora­dzić. Rów­nież i ja, mimo że sta­łem naj­bli­żej i widzia­łem cały ten incy­dent naj­do­kład­niej, nie byłem w sta­nie nic zro­bić. Uprze­dził nas wszyst­kich Euge­niusz Bodo, który moc­nym gło­sem, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć szum skłę­bio­nych fal, oznaj­mił: Dobrze! Nie trzeba będzie powta­rzać tej sceny! I Gros­sówna, śmie­jąc się w stronę swego dotych­cza­so­wego oprawcy, zaczęła roz­cie­rać bolące ramię. Cała opi­sana powy­żej scena wcho­dziła bowiem w skład więk­szej cało­ści, która będzie fil­mem zaty­tu­ło­wa­nym Uwaga! Szpieg! Tego dnia roz­po­częły się ple­nery i sze­reg pierw­szych scen nakrę­cono na statku Żeglugi Pol­skiej "Jadwiga", który wła­śnie zmie­rzał na Hel. Wytwór­nia pro­du­ku­jąca film wyna­jęła ten sta­tek, gdzie wła­śnie zgod­nie ze sce­na­riu­szem miały się roze­grać naj­bar­dziej emo­cjo­nu­jące sceny pościgu nie­miec­kiej bandy dywer­san­tów przez pol­skie wła­dze"7.

Nie wia­domo, czy Bodo nale­żał do grona oby­wa­teli RP, któ­rzy naiw­nie wie­rzyli pro­pa­gan­dzie glo­ry­fi­ku­ją­cej siłę naszego woj­ska, czy też był w znacz­nie mniej licz­nej gru­pie, która reali­stycz­nie patrzyła na sytu­ację. Mimo wszystko jed­nak nawet opty­mi­stycz­nie oce­nia­jący moż­li­wo­ści obronne naszego kraju liczyli, że wojny jed­nak nie będzie, cho­ciaż pol­ski rząd i pol­skie wła­dze woj­skowe już w sierp­niu spo­dzie­wały się ataku, a mniej wię­cej od 26 sierp­nia było oczy­wi­ste, że wybuch kon­fliktu zbroj­nego jest kwe­stią dni, a nawet godzin. Dla­tego 20 sierp­nia ówcze­sny pre­mier Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej Feli­cjan Sła­woj Skład­kow­ski, za pośred­nic­twem radia i prasy, ogło­sił roz­po­rzą­dze­nie, by wszy­scy pra­cow­nicy pań­stwowi, któ­rzy prze­by­wają na urlo­pach, bez­zwłocz­nie je prze­rwali i wró­cili do pracy. Czę­sto ogła­szane próbne alarmy lot­ni­cze miały przy­go­to­wać miesz­kań­ców War­szawy na wybuch wojny i zwią­zane z nią naloty, ale więk­szość pol­skiego spo­łe­czeń­stwa, ufna w siłę pol­skiego oręża i w gwa­ran­cję zachod­nich sojusz­ni­ków, czuła się bez­piecz­nie.

Złudne poczu­cie bez­pie­czeń­stwa sku­tecz­nie zabu­rzyło ogło­sze­nie 29 sierp­nia powszech­nej mobi­li­za­cji, którą, na sku­tek inter­wen­cji naszych sojusz­ni­ków, Fran­cji i Anglii, odwo­łano zale­d­wie po paru godzi­nach, by następ­nego dnia ponow­nie ją ogło­sić. Naza­jutrz, 30 sierp­nia, na słu­pach ogło­sze­nio­wych sto­licy poja­wiły się apele wzy­wa­jące ochot­ni­ków do kopa­nia rowów prze­ciw­lot­ni­czych, a "Kurier Czer­wony" infor­mo­wał: "Gdzie trzeba nowych i sil­nych rąk do pracy - czy­taj obwiesz­cze­nia na słu­pach ogło­sze­nio­wych"8, a poni­żej zamie­ścił infor­ma­cję o zna­nych arty­stach kopią­cych rowy. Wśród ochot­ni­ków nie zabra­kło Euge­niu­sza Bodo, a jego zdję­cie, na któ­rym dziar­sko macha łopatą, poja­wiło się na łamach wszyst­kich sto­łecz­nych gazet. Ale kopa­nie rowów nie było głów­nym zaję­ciem aktora, który wciąż wystę­po­wał na deskach nowo otwar­tego kaba­retu pod nie­ofi­cjalną nazwą Teatr Pio­senki i Aktu­al­no­ści zwa­nego powszech­nie Tip-Top. Obie nazwy miały cha­rak­ter tym­cza­sowy, ofi­cjalną nazwę mieli bowiem wybrać w dro­dze kon­kursu sami widzo­wie. Euge­niu­sza Bodo można było oglą­dać w rewii poli­tycz­nej Kto kogo?, a wraz z nim wystę­po­wali tak zna­ko­mici przed­wo­jenni arty­ści jak: Ordonka, Maria Chmur­kow­ska, Loda Halama czy Chór Dana.

Bodo, ule­ga­jąc namo­wom matki, zdą­żył wyje­chać ze sto­licy, zanim woj­ska nie­miec­kie wkro­czyły do mia­sta. Matka oba­wiała się, że gdy nie­przy­ja­ciel zaj­mie War­szawę, aktor za opo­wia­da­nie na sce­nie kaba­retu Tip-Top anty­nie­miec­kich żar­tów w ske­czu Zabawa w wojnę będzie w nie­bez­pie­czeń­stwie, i nawet szwaj­car­ski pasz­port nie uchroni go przed zemstą Niem­ców. Aktor począt­kowo baga­te­li­zo­wał mat­czyne obawy, ale gdy do War­szawy dotarła wia­do­mość, że hitle­rowcy po zaję­ciu Pozna­nia roz­strze­lali jed­nego z pol­skich akto­rów gra­ją­cego w anty­nie­miec­kim przed­sta­wie­niu, padł na niego blady strach i posta­no­wił wyje­chać z mia­sta, cho­ciaż bar­dzo nie­chęt­nie roz­sta­wał się z matką, podob­nie zresztą jak z uko­cha­nym psem, któ­rego zosta­wił pod opieką rodziny. Począt­kowo zatrzy­mał się w Bia­łym­stoku, gdzie przez krótki okres był zwią­zany z Teatrem Minia­tury, a następ­nie wyru­szył do Rów­nego. Po zaję­ciu mia­sta przez woj­ska sowiec­kie Bodo, wraz z grupą akto­rów war­szaw­skich, wyje­chał do Lwowa.

W Café Bodo jego wspól­nik zatrud­nił w cha­rak­te­rze kel­ne­rów akto­rów, któ­rzy z jakichś wzglę­dów pozo­stali jed­nak w sto­licy, a nie chcieli grać w teatrach dzia­ła­ją­cych pod nad­zo­rem oku­panta. Wkrótce prze­ko­nał się, że pod wzglę­dem biz­ne­so­wym było to bar­dzo udane posu­nię­cie, kiedy bowiem w mie­ście roze­szła się fama, że w lokalu podają do stołu nie­gdy­siej­sze gwiazdy sceny i srebr­nego ekranu, ruch w kawia­rence znacz­nie się zwięk­szył.

A tym­cza­sem Euge­niusz Bodo prze­by­wał we Lwo­wie, który na mocy paktu Rib­ben­trop-Moło­tow zna­lazł się pod oku­pa­cją sowiecką i został włą­czony do Ukra­iń­skiej Socja­li­stycz­nej Repu­bliki Radziec­kiej. Pomimo to mia­sto wciąż sta­no­wiło prężny ośro­dek kul­tury pol­skiej, gdyż to wła­śnie tu zjeż­dżali się przed­sta­wi­ciele pol­skiej inte­li­gen­cji oraz pol­skiego śro­do­wi­ska arty­stycz­nego z tere­nów oku­po­wa­nych przez Niem­ców. O dziwo, czuli się tam wyjąt­kowo bez­piecz­nie: "War­sza­wiacy, dla­tego że byli daleko od bom­bar­do­wa­nej sto­licy, lwo­wiacy, bo byli u sie­bie, Żydzi, gdyż odsu­nęli od sie­bie groźbę nie­miec­kich prze­śla­do­wań. Miej­scem ich sta­łych spo­tkań był lwow­ski Klub Arty­stów przy ulicy Jagiel­loń­skiej. Tole­ran­cyjne wobec arty­stów-ucie­ki­nie­rów wła­dze radziec­kie począt­kowo bez więk­szych prze­szkód umoż­li­wiły im utwo­rze­nie Lwow­skiego Pań­stwo­wego Teatru Minia­tury w kino­te­atrze Sty­lowy przy placu Smolki"9.

Z cza­sem we Lwo­wie, poza wspo­mnia­nym Teatrem Minia­tury, roz­po­częły oży­wioną dzia­łal­ność inne pol­skie grupy teatralne oraz trzy­dzie­sto­oso­bowy zespół kie­ro­wany przez Feliksa Konar­skiego (pseu­do­nim Ref-Ren), w któ­rego skład wszedł rów­nież Euge­niusz Bodo. Po roz­pa­dzie grupy część jej człon­ków wró­ciła na tereny oku­po­wane przez Niem­ców, reszta arty­stów, wśród nich także boha­ter naszej opo­wie­ści, zało­żyła nowy zespół o nazwie Tea Jazz. Pierw­szy człon nazwy nie wywo­dził się by­naj­mniej od angiel­skiego słowa tea, ozna­cza­ją­cego her­batę, ale pol­skiego wyrazu teatr. Wkrótce zespół ten wyru­szył na tournée po euro­pej­skich mia­stach Związku Radziec­kiego. "Udało mi się prze­ko­nać miej­scowe wła­dze, żeby pozwo­liły im i mnie wystę­po­wać - wspo­mi­nał Hen­ryk Wars. - Sprawa ist­nie­nia tego zespołu miała nie tylko pro­ste, arty­styczne zna­cze­nie. To był spo­sób ura­to­wa­nia życia, unik­nię­cia obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, wywo­że­nia ludzi do obo­zów na Sybe­rii czy gdzie­kol­wiek, a nawet śmierci"10.

Ponie­waż Bodo bar­dzo dobrze znał język rosyj­ski, któ­rego nauczył się jesz­cze jako dziecko, powie­rzono mu pro­wa­dze­nie kon­fe­ran­sjerki, poza tym oczy­wi­ście także śpie­wał swoje pio­senki. Ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów wszyst­kie musiały być obo­wiąz­kowo wyko­ny­wane w języku rosyj­skim, w tym także szla­gier Umó­wi­łem się z nią na dzie­wiątą, który znany był jako Ja usto­wił­sia s niej toczno w die­wiat'. Pio­senki nagry­wano na pły­tach, zna­la­zły się rów­nież na ścieżce dźwię­ko­wej radziec­kiego filmu Marze­nie w reży­se­rii Micha­iła Romma, do któ­rego muzykę skom­po­no­wał Hen­ryk Wars. Cho­ciaż tytuł na to nie wska­zy­wał, film sta­no­wił sztan­da­rowe dzieło pro­pa­gan­dowe, glo­ry­fi­ku­jące... przy­łą­cze­nie Kre­sów do Ukra­iny, z czego ani Bodo, któ­rego głos sły­chać na ekra­nie, ani pol­ski kom­po­zy­tor nie zda­wali sobie sprawy. Poza tym Wars pisał muzykę do tanecz­nych scen znaj­du­ją­cych się w tym antypol­skim obra­zie, nie zna­jąc fabuły Marze­nia.

Euge­niusz Bodo jako Ste­fan w jed­nej ze scen filmu "Czarna perła", 1934 r.

Ponie­waż Tea Jazz prze­miesz­czał się od mia­sta do mia­sta koleją, miej­scowa publicz­ność, która z miej­sca go poko­chała, nazy­wała go rów­nież Żele­zno­do­roż­nym Dża­zem. Występy pol­skich arty­stów przy­pa­dły do gustu nie tylko zwy­kłym zja­da­czom chleba, ale także komu­ni­stycz­nym wła­dzom, o czym naj­le­piej świad­czy to, że pod­czas pobytu w Moskwie dwaj człon­ko­wie teatru - Hen­ryk Wars oraz Euge­niusz Bodo - otrzy­mali naj­wyż­sze kate­go­rie arty­stów estra­do­wych. Wów­czas też obaj pano­wie zaprzy­jaź­nili się z miej­scową elitą arty­styczną, z Alek­sym Toł­sto­jem i kom­po­zy­to­rem Ara­mem Cha­cza­tu­ria­nem na czele. Te konek­sje były szcze­gól­nie istotne dla Warsa, któ­rego rodzina prze­by­wała w war­szaw­skim get­cie, ponie­waż radzieccy przy­ja­ciele wal­nie przy­czy­nili się do uwol­nie­nia jego żony i syna. Nie do prze­ce­nie­nia był w tej spra­wie także udział Euge­niusza Bodo, który za pośred­nic­twem amba­sady Szwaj­ca­rii, kraju, któ­rego for­mal­nie wciąż był oby­wa­te­lem, posta­rał się o wysta­wie­nie dla rodziny Warsa sto­sow­nych doku­men­tów. Sam nie miał żad­nych wie­ści o matce, któ­rej, gdy tylko miał ku temu oka­zję, wysy­łał paczki z żyw­no­ścią i odzieżą oraz pie­nią­dze.

Jak można się domy­ślić, pol­scy arty­ści szybko odczuli nie­do­god­no­ści życia pod rzą­dami komu­ni­stów. Wła­dze radziec­kie przy­dzie­liły zespo­łowi dwóch "opie­ku­nów", z któ­rych jeden podró­żo­wał z arty­stami, obser­wo­wał ich zacho­wa­nie i występy, a póź­niej wszystko opi­sy­wał w sto­sow­nych rapor­tach, drugi zaś peł­nił funk­cję mene­dżera i cen­zora, orga­ni­zu­jąc kon­cer­tową trasę, zapew­nia­jąc noc­legi, a przede wszyst­kim - cen­zu­ru­jąc pro­gram zespołu. "Opie­ku­no­wie" szcze­gól­nie uważ­nie przy­glą­dali się Euge­niu­szowi Bodo, który wystę­po­wał w roli kon­fe­ran­sjera oraz pio­sen­ka­rza i cie­szył się wiel­kim powo­dze­niem wśród miej­sco­wych pań, z czego chęt­nie korzy­stał. Jego kole­dzy z Tea Jazzu wspo­mi­nają, że po wystę­pie wycho­dził pod pre­tek­stem spo­tkań ze zna­jo­mymi, budząc nie­po­kój radziec­kich nad­zor­ców. Aktor miał podobno kochanki zarówno we Lwo­wie, jak w Moskwie i Lenin­gra­dzie, ale, jak zwy­kle dys­kretny, nie zdra­dzał ni­gdy ich per­so­na­liów, nawet swoim naj­bar­dziej zaufa­nym przy­ja­cio­łom. Tak się zło­żyło, że znamy nazwi­sko tylko jed­nej z nich. Z zeznań zło­żo­nych w sierp­niu 1944 roku wynika, że Bodo spo­ty­kał się z kobietą o nazwi­sku Kali­nina, dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią aktorką, którą miał poznać w Hotelu Euro­pej­skim w Lenin­gra­dzie i z którą miał romans. Pytany o adres stwier­dził, że nie wie, gdzie była zamel­do­wana jego kochanka, podobno nie znał także jej nazwi­ska. Nie­wy­klu­czone, że aktor kła­mał w tej kwe­stii, nie chcąc nara­żać kobiety na prze­śla­do­wa­nia.

Bodo opu­ścił sze­regi grupy kie­ro­wa­nej przez Warsa w poło­wie 1941 roku, nie­długo po tym, jak woj­ska III Rze­szy zaata­ko­wały ZSRR. Zanim poże­gnał się z kole­gami, zdą­żył jesz­cze wraz z nimi pozo­wać do zdję­cia wyko­na­nego w Ode­ssie pod koniec maja. Zanim Niemcy napa­dły na Zwią­zek Radziecki, wszy­scy człon­ko­wie zespołu, rów­nież Bodo, mieli zamiar wró­cić do Lwowa, ale po ataku na ZSRR nie­miec­kiej armii trzeba było zwe­ry­fi­ko­wać plany. Tym­cza­sem Bodo, który dopiero wów­czas uświa­do­mił swo­ich kole­gów, że ma oby­wa­tel­stwo szwaj­car­skie, posta­no­wił wystą­pić z zespołu i wyemi­gro­wać do USA.

"Bodo oświad­czył, że nie chce wyjeż­dżać z teatrem do Rosji, ponie­waż jako oby­wa­tel szwaj­car­ski pra­gnie wyemi­gro­wać do Ame­ryki - wspo­mi­nał po latach zaprzy­jaź­niony z nim arty­sta z zespołu, Gwi­don Borucki. - Dla człon­ków naszego zespołu było to zasko­cze­niem, bowiem nikt z nas nie wie­dział o tym, że Bodo był Szwaj­ca­rem z pocho­dze­nia. Sta­ra­li­śmy się go namó­wić, aby jechał z nami, ale Bodo uparł się"11 i osta­tecz­nie posta­wił na swoim. Po odej­ściu arty­sty, będą­cego prze­cież fila­rem zespołu, obo­wiązki kon­fe­ran­sjera prze­jął Konar­ski, pio­senki zaś miały śpie­wać panie. Było to dość dziwne posu­nię­cie, o czym prze­ko­nała się cho­ciażby Renata Bog­dań­ska, któ­rej przy­szło wyko­ny­wać jeden z naj­bar­dziej zna­nych szla­gie­rów Bodo Umó­wi­łem się z nią na dzie­wiątą. Co prawda, tytuł prze­ro­biono na Umó­wi­łam się z nim na dzie­wiątą, ale zwrotka o pobra­niu od szefa zaliczki, by kupić uko­cha­nemu bukie­cik róż, brzmiała dość dziw­nie. Poza tym, ku roz­cza­ro­wa­niu radziec­kiej publicz­no­ści, artystki wyko­nu­jące pio­senki Bodo nie znały rosyj­skiego, dla­tego śpie­wały je po pol­sku.

Kole­dzy Bodo z Tea Jazzu kibi­co­wali mu w pla­nach wyjazdu za ocean, dla­tego sta­rali się śle­dzić wszel­kie poczy­na­nia aktora. Nie­stety, wkrótce dotarły do nich bar­dzo nie­po­ko­jące wie­ści - Bodo prze­padł jak kamień w wodę. Wia­domo było, że przez pewien czas prze­by­wał we Lwo­wie. Świad­czyło o tym poda­nie wysto­so­wane przez niego do Lwow­skiej Fil­har­mo­nii, któ­rej pod­le­gał Tea Jazz, o zwol­nie­nie go z obo­wiązku dal­szych wystę­pów z zespo­łem oraz dru­gie poda­nie do władz o umoż­li­wie­nie mu, jako oby­wa­te­lowi neu­tral­nej Szwaj­ca­rii, wyjazdu za gra­nicę. Podobno, cze­ka­jąc na sto­sowny doku­ment oraz wizę do USA, miesz­kał w willi w Brzu­cho­wi­cach pod Lwo­wem. I to była ostat­nia rze­telna infor­ma­cja doty­cząca nie­gdy­siej­szego gwiaz­dora przed­wo­jen­nego kina.

Jego kole­dzy zasta­na­wiali się, jak to jest moż­liwe, by tak znany czło­wiek znik­nął w cen­trum euro­pej­skiego mia­sta, jakby roz­pły­nął się w powie­trzu? Wów­czas jesz­cze nie zda­wano sobie sprawy, że za sprawą KGB w iden­tyczny spo­sób ginęło wielu ludzi nie­wy­god­nych dla komu­ni­stycz­nych władz. Jak się póź­niej oka­zało, Bodo, który nie miał nic wspól­nego ani z dzia­łal­no­ścią szpie­gow­ską, ani z poli­tyką, ale był oby­wa­te­lem Szwaj­ca­rii, stał się dla radziec­kich władz bar­dzo podej­rzany. Tajem­nica jego znik­nię­cia roz­wią­zała się dopiero po wielu latach i wów­czas tra­giczna prawda o wojen­nych losach popu­lar­nego aktora ujrzała świa­tło dzienne.

Jego matka, bez­sku­tecz­nie cze­ka­jąca na powrót syna, do końca życia łudziła się, że Euge­niusz żyje, mimo że roz­są­dek pod­po­wia­dał, iż aktora nie ma już wśród żywych. Jego bio­gra­fo­wie podej­rze­wali, że pocho­wano go w maso­wej mogile na Cmen­ta­rzu Łycza­kow­skim, wraz z innymi ofia­rami masa­kry, jakiej w miej­sco­wym wię­zie­niu dopu­ścili się w czerwcu 1941 roku ucie­ka­jący przed Niem­cami enka­wu­dzi­ści. Tak uwa­żał histo­ryk sztuki pro­fe­sor Mie­czy­sław Gęba­ro­wicz, który twier­dził, że "do tej maso­wej mogiły wrzu­cono zwłoki lwow­skich gene­ra­łów, orga­ni­za­to­rów lwow­skiej straży oby­wa­tel­skiej, Mie­czy­sława Lin­dego i Wła­dy­sława Jędrze­jew­skiego, oraz aktora Euge­niusza Bodo, ale nie mam na to dowodu. Tak mówią mi zna­jomi, któ­rzy tę infor­ma­cję mają też z dru­giej ręki"12. Skru­pu­latne bada­nia dowio­dły jed­nak, że ciała aktora nie ma wśród zna­le­zio­nych tam szcząt­ków ludz­kich.

Na kolejną próbę wyja­śnie­nia losów przed­wo­jen­nego gwiaz­dora trzeba było cze­kać aż do 1972 roku, kiedy Józef Misiak, lwo­wia­nin i przed­wo­jenny pił­karz Pogoni Lwów, który po woj­nie osie­dlił się w Opolu, oświad­czył, że wie, jak i kiedy zgi­nął Bodo. 25 czerwca 1941 roku na pole­ce­nie Rosjan udał się w oko­lice lwow­skiego Ogrodu Jezu­ic­kiego, by napra­wić uszko­dzony kabel tele­fo­niczny. Zanim jed­nak zabrał się do pracy, był świad­kiem dra­ma­tycz­nego zda­rze­nia: aresz­to­wa­nia pol­skiego aktora, który został zatrzy­many przez patrol NKWD w pobliżu dziś już nie­ist­nie­ją­cego pomnika Age­nora Gołu­chow­skiego. Według Misiaka, który obser­wo­wał całe zaj­ście ukryty w gęstych krza­kach pora­sta­ją­cych park, Bodo sam się pro­sił o kło­poty, skoro poja­wił się w cen­trum mia­sta w towa­rzy­stwie mło­dej dziew­czyny, któ­rej nazwi­ska nie udało się usta­lić, mimo że wła­dze ogło­siły stan wojenny. Patrol zatrzy­mał oboje, a następ­nie oddzie­lił Polaka od towa­rzy­szą­cej mu kobiety i odpro­wa­dził w głąb parku, skąd wkrótce dobie­gły dwa strzały. Prze­ra­żony Misiak był prze­ko­nany, że strzały te ozna­czały egze­ku­cję przed­wo­jen­nego amanta. Oka­zało się jed­nak, że ta wer­sja wyda­rzeń jest nie­praw­dziwa i Bodo nie zgi­nął od kul enka­wu­dzi­stów we Lwo­wie w 1941 roku.

Euge­niusz Bodo pierw­szy z lewej, w środku Adam Bro­dzisz w towa­rzy­stwie reży­sera Michała Waszyń­skiego pod­czas reali­za­cji filmu "Głos pustyni", 1932 r.

W końcu jed­nak udało się usta­lić, kiedy i w jaki spo­sób ulu­bie­niec przed­wo­jen­nych kobiet odszedł z tego świata. A wszystko za sprawą nie­stru­dzo­nego pro­pa­ga­tora przed­wo­jen­nego pol­skiego kina Sta­ni­sława Janic­kiego, dzien­ni­ka­rza pro­wa­dzą­cego kul­towy pro­gram W sta­rym kinie. To wła­śnie on na ante­nie tele­wi­zyj­nej zaape­lo­wał do widzów o pomoc w roz­wi­kła­niu zagadki zagi­nię­cia aktora. Pomysł oka­zał się strza­łem w dzie­siątkę, bo do gma­chu na Woro­ni­cza napły­nęło kil­ka­dzie­siąt listów w tej spra­wie. Nie­stety, więk­szość z nich zawie­rała nawza­jem wyklu­cza­jące się wer­sje. Część nadaw­ców twier­dziła, że aktor zgi­nął w wię­zie­niu w Śnia­ty­nie, inni, że zakoń­czył życie w Horo­dence, a jesz­cze inni pisali, że Bodo został zatrzy­many przez enka­wu­dzi­stów w dro­dze do gra­nicy rumuń­skiej. "Twier­dzono też, że został zastrze­lony przez Niem­ców w Prze­my­ślu po zej­ściu ze sceny, gdzie opo­wia­dał dow­cip o anty­hi­tle­row­skiej wymo­wie. W jed­nym z listów były listo­nosz prze­ko­ny­wał, że widział zastrze­lo­nego Euge­niu­sza Bodo w jego lwow­skim miesz­ka­niu. Z kolei den­ty­sta lwow­ski, który leczył aktora, twier­dził, że zamor­do­wano go w wię­zie­niu przy ulicy Łąc­kiego i zma­sa­kro­wane zwłoki roz­po­znał na pod­sta­wie stanu uzę­bie­nia"13.

Apel Janic­kiego zain­try­go­wał też pol­skiego histo­ryka Sta­ni­sława Nicieja, który napi­sał o nie­zna­nych losach aktora arty­kuł opu­bli­ko­wany w lon­dyń­skim "Tygo­dniu Pol­skim". W odpo­wie­dzi na publi­ka­cję do redak­cji nad­szedł list od miesz­ka­ją­cego w Nowym Jorku Alek­san­dra Feinera. Jego nadawca twier­dził, że: "Bodo zmarł w obo­zie sowiec­kim 24 grud­nia 1943 r. Obóz nazy­wał się Pere­syl­nyj Punkt nr 1 i znaj­do­wał się w Boł­tince koło Kotłasu, archan­giel­skaja obłast'. Powo­dem śmierci były pela­gra i głód. Ja o tych fak­tach wiem, ponie­waż też tam byłem - a mój ojciec, Leon Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsied­niej pry­czy"14.

Rela­cja wyda­wała się wia­ry­godna, a przed­sta­wiona w niej wer­sja bar­dzo praw­do­po­dobna. Czę­ściowo potwier­dziły ją także póź­niej­sze usta­le­nia krew­nej Euge­niu­sza Bodo ze strony matki, Wiery Rudź, która w 1989 roku posta­no­wiła roz­wi­kłać zagadkę jego śmierci, dla­tego zwró­ciła się w tej spra­wie do wszyst­kich, któ­rzy mogli jej w tej kwe­stii pomóc, począw­szy od Mię­dzy­na­ro­do­wego Czer­wo­nego Krzyża, przez ówcze­snego pre­zy­denta Rosji Borysa Jel­cyna, a na Lechu Wałę­sie koń­cząc. To wła­śnie jej zaan­ga­żo­wa­nie spra­wiło, że wiemy, gdzie i kiedy umarł Bodo. Dzia­ła­ją­cym na jej prośbę pra­cow­ni­kom rosyj­skiego Czer­wo­nego Krzyża udało się usta­lić, że Bog­dan Eug?ne Junod, oby­wa­tel Szwaj­ca­rii, zmarł, jak twier­dził Feiner, rze­czy­wi­ście w 1943 roku, ale nie w grud­niu, lecz 7 paź­dzier­nika w łagrze w Kotła­sie pod Archan­giel­skiem. Co wię­cej, doku­ment potwier­dza­jący jego zgon prze­słano stro­nie pol­skiej wraz ze zdję­ciem aktora wyko­na­nym na krótko przed śmier­cią, na któ­rym trudno roz­po­znać nie­gdy­siej­szego amanta i bożysz­cze kobiet.

Foto­gra­fii towa­rzy­szył doku­ment nastę­pu­ją­cej tre­ści: "Żano-Bodo Euge­niusz-Bog­dan, ur. 1899 Genewa, syn Teo­dora, z zawodu aktor, reży­ser. Został aresz­to­wany 26 czerwca 1941 i decy­zją spe­cjal­nej narady przy NKWD ZSRR ska­zany na 5 lat cięż­kiego obozu wycho­waw­czego jako ele­ment spo­łecz­nie nie­bez­pieczny. Okres kary odby­wał w wię­zie­niu Butyr­skim w Moskwie, w mie­ście Ufa i w archan­giel­skiej obła­sti. Zmarł 7 paź­dzier­nika 1943 roku. Na pod­sta­wie arty­kułu 3 Ustawy Fede­ra­cji Rosyj­skiej O Reha­bi­li­ta­cji Ofiar Poli­tycz­nych Repre­sji z 18 paź­dzier­nika 1991 wyżej wymie­niony został reha­bi­li­to­wany"15.

Przy­glą­da­jąc się foto­gra­fii prze­sła­nej przez rosyj­ski Czer­wony Krzyż, można dostrzec oznaki cho­roby skóry, na którą cier­piał pol­ski aktor. Według Feinera była to pela­gra, zwana ina­czej rumie­niem lom­bardz­kim, wywo­łana nie­do­bo­rem wita­miny B3 lub wita­miny PP, a nazwa tego scho­rze­nia pocho­dzi od łaciń­skiego ter­minu pella agra, czyli szorstka skóra. Roz­wo­jowi pela­gry z całą pew­no­ścią sprzy­jały wyjąt­kowo złe warunki panu­jące w radziec­kim wię­zie­niu, a potem w łagrze. Warto dodać, że jest to cho­roba ata­ku­jąca nie tylko skórę, ale i ośrod­kowy układ ner­wowy oraz prze­wód pokar­mowy, powo­du­jąc zapa­le­nie błon ślu­zo­wych, nud­no­ści, wymioty, bie­gunkę, nad­mierne pobu­dze­nie, utratę pamięci i ogólną apa­tię. Cho­rzy nią dotknięci mają też silny obrzęk i pęche­rze, a zaata­ko­wane pela­grą obszary skóry nara­żone są na bole­sne infek­cje. Nie­szczę­sny Bodo, nie­gdyś ucho­dzący za ikonę ele­gan­cji i bar­dzo dba­jący o swój image, musiał prze­cho­dzić katu­sze nie tylko z powodu pela­gry, ale także widząc, jak ta pod­stępna cho­roba nisz­czy jego ciało.

Wer­sję Feinera o ostat­nich dniach życia gwiaz­dora przed­wo­jen­nego pol­skiego kina potwier­dził czło­wiek, który towa­rzy­szył mu w jego wię­zien­nej nie­doli - pro­fe­sor muzy­ko­lo­gii Alfred Mirek. Pano­wie spo­tkali się w wię­zie­niu na Butyr­kach, gdzie dzie­więt­na­sto­letni Mirek tra­fił jako "syn wroga ludu". W wie­lo­oso­bo­wej celi, w któ­rej go umiesz­czono, zwró­cił uwagę na pew­nego męż­czy­znę, który tak bar­dzo wyróż­niał się spo­śród więź­niów, że Alfred uznał go za cudzo­ziemca. Poza tym, co rów­nież wzbu­dziło zdu­mie­nie pozo­sta­łych osa­dzo­nych, ów męż­czy­zna ni­gdy nie zdej­mo­wał płasz­cza, tak jakby ta część gar­de­roby miała dla niego jakieś szcze­gólne zna­cze­nie. "W celi był odosob­niony, odtrą­cony. Nie roz­ma­wiał z nim nikt. Wów­czas było to bar­dzo nie­bez­pieczne, można było zaro­bić dodat­kowy para­graf za kon­takt z cudzo­ziem­cem"16 - wspo­mi­nał Mirek. Ale mimo ryzyka "zaro­bie­nia dodat­ko­wego para­grafu" mło­dego czło­wieka coś cią­gnęło do tajem­ni­czego męż­czy­zny, tym bar­dziej że jego twarz wyda­wała mu się dziw­nie zna­joma. W końcu zdo­był się na odwagę i go zagad­nął. Rze­komy cudzo­zie­miec oka­zał się pol­skim akto­rem, któ­rego Mirek miał oka­zję widzieć w przed­sta­wie­niu Tea Jazzu i słu­chać w radiu. Po latach wspo­mi­nał, że gdyby mu się nie przed­sta­wił, ni­gdy by nie przy­pusz­czał, że odsia­duje wyrok razem z tak zna­nym czło­wie­kiem, gdyż cho­roba i głód bar­dzo zmie­niły jego rysy.

Z cza­sem obu więź­niów połą­czyła przy­jaźń, a Bodo opo­wie­dział młod­szemu kole­dze o kuli­sach swo­jego aresz­to­wa­nia: "W czerwcu 1941 roku we Lwo­wie - opo­wia­dał aktor - weszło do mnie dwóch. Zapro­po­no­wali, żebym się ubrał i poje­chał z nimi. Byłem prze­ko­nany, że chcą mnie ura­to­wać przed nie­miecką oku­pa­cją. Żar­to­wa­łem, wzią­łem płaszcz, kape­lusz. Wsie­dli­śmy do samo­chodu i pędzi­li­śmy bez wytchnie­nia, żeby się wydo­stać z zachod­niej Ukra­iny. Zatrzy­ma­li­śmy się dopiero wie­czo­rem w jakimś dużym mie­ście. Zamknęli mnie w garażu sie­dziby NKWD, a sami poszli zjeść i wyspać się. Rano zja­wili się odmie­nieni nie do pozna­nia. Poprzed­niego dnia ucie­kali jak zające, teraz syci i różowi na twa­rzach przed­sta­wi­ciele wiel­kiego pań­stwa radziec­kiego. Trak­to­wali mnie jak powie­trze. W ciągu tej nocy napi­łem się tylko wody z kranu. Pomknę­li­śmy do Moskwy. Przy­wieźli mnie do Buty­rek - i tak tu sie­dzę"17.

Komu­ni­ści uznali Bodo za ele­ment wyjąt­kowo nie­bez­pieczny, gdyż nie tylko miał pasz­port szwaj­car­ski (to że Szwaj­ca­ria zacho­wała neu­tral­ność, nie miało dla śled­czych więk­szego zna­cze­nia), ale wła­dał kil­koma języ­kami, w tym nie­miec­kim i rosyj­skim. W oczach NKWD były to wystar­cza­jące argu­menty, aby podej­rze­wać go o szpie­go­stwo. W dodatku Bodo przed wojną wiele podró­żo­wał i odwie­dził nawet hitle­row­skie Niemcy, a to tylko ugrun­to­wało podej­rze­nia. Aktor opo­wia­dał Mir­kowi o wie­lo­go­dzin­nych prze­słu­cha­niach, pod­czas któ­rych śled­czy pytali go o wyjazdy do Rze­szy, inda­gu­jąc o nazwi­ska osób, z któ­rymi się tam spo­tkał, czego aktor za nic nie chciał wyja­wić. Poza tym inte­re­so­wał ich nowy wła­ści­ciel Café Bodo w War­sza­wie, który według nich był Niem­cem, oraz liczni zna­jomi z dzie­ciń­stwa więź­nia, zwłasz­cza ci o nie­miecko brzmią­cych nazwi­skach. Jak na iro­nię, więk­szość z nich była Żydami.

Enka­wu­dzi­ści zada­wali też mnó­stwo pytań o film Uwaga! Szpieg!, w któ­rym aktor nie tylko grał jedną z głów­nych ról, ale też był jego reży­se­rem. Udział w tym obra­zie był ich zda­niem dowo­dem na to, że Bodo jed­nak miał coś wspól­nego z dzia­łal­no­ścią wywia­dow­czą. Co prawda, aktor usi­ło­wał udo­wod­nić, że bar­dzo się mylą, mówiąc: "Ale jeśli, przy­pu­śćmy, gram rolę robot­nika rol­nego i biorę się do pługa, to na tej pracy też się nie znam. A jed­nak poka­zuję, że idę z płu­giem i orzę zie­mię"18, ale żadne, nawet naj­bar­dziej logiczne argu­menty nie prze­ko­ny­wały radziec­kich ofi­ce­rów. Osta­tecz­nie NKWD nie zna­la­zło dowo­dów, że aktor kie­dy­kol­wiek szpie­go­wał na rzecz Nie­miec, ale czuj­ność komu­ni­stów wzbu­dziły sta­ra­nia pol­skiej amba­sady o jego uwol­nie­nie. Uznano za wysoce podej­rzane, że wła­dze pol­skie sta­rają się o czło­wieka, który ni­gdy nie miał pol­skiego oby­wa­tel­stwa i posłu­gi­wał się wyłącz­nie pasz­por­tem szwaj­car­skim. W efek­cie wysiłki pol­skiej dyplo­ma­cji, podej­mo­wane prze­cież w dobrej wie­rze, tylko pogor­szyły sytu­ację aktora.

Jak na iro­nię, szwaj­car­ski pasz­port, który miał mu ura­to­wać życie i pomóc w wyjeź­dzie do USA, stał się przy­czyną jego tra­ge­dii. Dla radziec­kich władz Bodo nie był Pola­kiem, ale Szwaj­ca­rem, dla­tego nie objęła go też amne­stia dla oby­wa­teli pol­skich ogło­szona po zawar­ciu układu Sikor­ski-Maj­ski w 1941 roku. Tym­cza­sem jego kole­dzy z zespołu Tea Jazz wła­śnie dzięki temu poro­zu­mie­niu opu­ścili ZSRR jako grupa Polish Parade towa­rzy­sząca armii Andersa.

Bodo, jak wynika z doku­men­tów NKWD, po dwu­na­stu dniach pobytu w wię­zie­niu Butyrki został prze­wie­ziony do Ufy, gdzie był prze­słu­chi­wany jako podej­rzany o szpie­go­stwo, a 11 sierp­nia 1942 roku znowu tra­fił do Moskwy. 30 paź­dzier­nika 1942 roku Wsie­wo­łod Mir­ku­łow, ówcze­sny zastępca sto­ją­cego na czele NKWD Ław­rien­tija Berii, otrzy­mał od komi­sa­rza Fie­do­towa, zaj­mu­ją­cego się sprawą Euge­niu­sza Bodo, pismo nastę­pu­ją­cej tre­ści: "Prze­pro­wa­dzone śledz­two nie potwier­dziło dzia­łal­no­ści wywia­dow­czej Junoda-Bodo. Podej­rze­nia co do przy­na­leż­no­ści Junoda-Bodo do pol­skiego wywiadu mają jed­nak jakieś pod­stawy, gdyż w przed­ło­żo­nych w swoim cza­sie przez Pola­ków [...] spi­sach poszu­ki­wa­nych oby­wa­teli pol­skich figu­ro­wał także Junod-Bodo, pod­czas gdy jest on oby­wa­te­lem szwaj­car­skim i zain­te­re­so­wa­nia Pola­ków jego losem nie można uznać za przy­pa­dek. Uwzględ­nia­jąc, że Junod-Bodo jest osobą podej­rzaną, uwa­żał­bym za celowe przed­sta­wie­nie jego sprawy na Nara­dzie Spe­cjal­nej przy NKWD i zamknię­cie w obo­zie na ter­min do 5 lat"19. Życze­niu Fie­do­towa stało się zadość: 13 stycz­nia 1943 roku aktor sta­nął przed sądem, który ska­zał go na 5 lat łagru za szpie­go­stwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. M. Samo­zwa­niec, Z pamięt­nika nie­mło­dej już mężatki, War­szawa 2009, s. 88. [wróć]

2. Za: R. Wolań­ski, Euge­niusz Bodo. "Już taki jestem zimny drań", Poznań 2012, s. 182. [wróć]

3. Za: ibi­dem, s. 242-243. [wróć]

4. Za: Z ostat­niej chwili... 1934, Pol­skie kino przed­wo­jenne. Kiniarz Ilu­stro­wany, zbio­ro­wi­skowy perio­dyk wie­lo­dzielny [online], dostępne w inter­ne­cie: http://www.adante.nazwa.pl/zbro­io­wi­sko/pki­nop.php?x=1&rok_b25=1214 [wróć]

5. Za: ibi­dem. [wróć]

6. Za: ibi­dem. [wróć]

7. Na statku dywer­san­tów, "Kino" nr 36/1939 z 3 wrze­śnia 1939, s. 5. [wróć]

8. Za: R. Wolań­ski, op. cit., s. 322. [wróć]

9. Za: ibi­dem, s. 327. [wróć]

10. Za: ibi­dem, s. 328. [wróć]

11. Za: ibi­dem. [wróć]

12. Za: S.S. Niciej, Tajem­nica śmierci Euge­niu­sza Bodo, wspol­cze­sna.pl [online], dostępne w inter­ne­cie: http://www.wspol­cze­sna.pl/maga­zyn/art/5753597,tajem­nica-smierci-euge­niu­sza-bodo,id,t.html?cookie=1 [wróć]

13. Ibi­dem. [wróć]

14. Ibi­dem. [wróć]

15. Za: Zdą­ży­łem wziąć płaszcz i kape­lusz. 70 lat temu komu­ni­ści zamor­do­wali Euge­niu­sza Bodo, Nie­za­leżna.pl [online], dostępne w inter­ne­cie: http://m.nie­za­le­zna.pl/46814-zda­zy­lem-wziac-plaszcz-i-kape­lusz-70-lat-temu-komu­ni­sci-zamor­do­wali-euge­niu­sza-bodo [wróć]

16. Za: ibi­dem. [wróć]

17. Za: ibi­dem. [wróć]

18. Za: M. Grzy­wacz, Euge­niusz Bodo - ele­ment spo­łecz­nie nie­bez­pieczny, wybor­cza.pl [online], dostępny w inter­ne­cie: http://wybor­cza.pl/ale­hi­sto­ria/1,121681,19724048,euge­niusz-bodo-ele­ment-spo­lecz­nie-nie­bez­pieczny.html [wróć]

19. Za: F. Gań­czak, Szwaj­car, czyli szpion, pamięć.pl [online], dostępny w inter­ne­cie: http://polska1918-89.pl/pdf/szwaj­car,-czyli-szpion,1817.pdf [wróć]