TAJEMNICA ŚMIERCI EUGENIUSZA BODO
Gdyby przyszło mi wskazać, które gwiazdy doby międzywojnia mogłyby
uchodzić za celebrytów, z pewnością byliby to Eugeniusz Bodo oraz Mira
Zimińska. Bodo ze swojego nazwiska uczynił
markę handlową. Gwiazdor, znany i lubiany, wielbiony przez kobiety i naśladowany przez mężczyzn, był pożądanym partnerem dla producentów
odzieży, a przede wszystkim dla firm szyjących garnitury, produkujących
obuwie, słodycze oraz dla towarzystw ubezpieczeniowych. A ponieważ
szybko został uznany za, używając współczesnych terminów, ikonę stylu,
elegancji i męskiej mody, reklamował marynarki firmy Old England, buty
Kielmanna, krawaty Chojnackiego i kapelusze Młodkowskiego, marki,
których produkty chętnie sam nosił. Figurował też na reklamach pasty do
zębów o smaku wiśniowym, czekolady Wedla oraz nut wydawanych przez firmę
Gebethner i Wolf. Periodyk "Przegląd Sportowy" publikował zdjęcie aktora
czytającego tę gazetę, chociaż Bodo nie był ani jego czytelnikiem, ani
nawet kibicem sportowym.
Reklamodawcy walczyli też o prawo do umieszczenia reklamy swojego
produktu w czołówkach filmów z tym popularnym aktorem. Jak skrupulatnie
obliczono, w produkcjach z udziałem Eugeniusza Bodo reklamowało się aż
500 firm. Wśród nich był salon Gousssin Cattley, dom mody założony w Warszawie przez Katarzynę Cattley przy Mazowieckiej 3, w którym ówczesne
damy mogły ubrać się od stóp do głów i skąd pochodziły kostiumy do filmu
Kocha, lubi, szanuje. Producent samochodów marki Škoda reklamował
swoje pojazdy przy okazji obrazu Robert i Bertrand. Reklamę żyrandoli
braci Łopieńskich i platerów Norblina można zaś było zobaczyć w filmie
Jaśnie pan szofer, w którym zresztą produkty te "występowały".
Artykuły firmy B. Sikorski, szyjącej męskie garnitury, "grały" w obrazie
Jego ekscelencja subiekt.
W 1933 roku czytelnicy tygodnika "Kino" przyznali Eugeniuszowi Bodo oraz
aktorce Norze Ney, która przez pewien czas była też jego partnerką w życiu prywatnym, prestiżowy tytuł króla i królowej kina. Aktorska para
zdetronizowała poprzednich "monarchów" - Zbigniewa Sawana i Jadwigę
Smosarską. Nawet krytyczne recenzje filmów z jego udziałem nie
spowodowały spadku popularności tego aktora. Publiczność mimo wszystko
przybywała tłumnie do kin nawet na te produkcje, które nie miały dobrej
prasy, a tak było chociażby w przypadku obrazu Jego ekscelencja
subiekt. Recenzent na łamach "Wiadomości Literackich" nie zostawił na
tym dziele suchej nitki, pisząc, że film, "określany jako "pierwsza
polska komedia salonowa", jest z pewnością nie pierwszą, ale z pewnością
- nie łudźmy się - i nie ostatnią szczerą polską szmirą filmową. [...]
Surowy morał tej wykwintnej satyry towarzyskiej kondensuje się w niezwykłej nowej i niebanalnej prawdzie, że subiekt, który dobrze
zarabia, nie jest gorszy od zbankrutowanych hrabiów. Na tym samym
wysokim poziomie znajdują się zdjęcia, wymyślność sytuacyj, szampański
dowcip lub też rasowa wytworność dialogów"2. Bodo jednak nie
przejmował się takimi druzgocącymi opiniami, a teoretycznie powinien,
skoro był nie tylko odtwórcą głównej roli, ale także współproducentem
tego tak bardzo krytykowanego obrazu. Dla niego znacznie ważniejsze było
zdanie widzów, a tym film się bardzo spodobał, podobnie jak pochodzące z niego piosenki, które z miejsca stały się przebojami - płyty z ich
nagraniami rozchodziły się jak świeże bułeczki.
A przecież Bodo był nie tylko aktorem filmowym, ale także artystą
kabaretowym i producentem filmowym, nawet założył własną, prężnie
działającą firmę producencką. W wywiadach twierdził, że doskonale radzi
sobie z pracą aktora i obowiązkami producenta: "To nie jest wcale trudna
sprawa, kiedy jest się aktorem i producentem zarazem - mówił w jednym z wywiadów. - Kiedy gram do filmu, chciałbym włożyć w obraz jak najwięcej
artyzmu i stworzyć coś naprawdę oryginalnego, nie bacząc wcale na
koszta. I wtedy często właśnie dochodzi do głosu producent. W naszych
warunkach przy przysłowiowem ubóstwie środków nierzadko aktor musi
ustępować producentowi"3. Trzeba przyznać, że jako
właściciel firmy producenckiej nie skąpił środków. Kiedy powstawał film,
Pieśniarz Warszawy, niestety zaginiony, prasa informowała, że dla
"zaśpiewania jednej tylko piosenki wybudowano bardzo bogatą dekorację
dancingu, którą natychmiast rozebrano. A kosztowała przeszło pięć
tysięcy złotych. Bodo ma rozmach!"4.
Bohater naszej opowieści miał także ambitny plan podbicia serc
zachodniej publiczności, a to za sprawą polskiej superprodukcji Głos
pustyni, filmu nakręconego w 1932 roku, którego Bodo był
współproducentem, autorem scenariusza oraz, jakżeby inaczej, zagrał w nim jedną z głównych ról. Było to bardzo ambitne przedsięwzięcie -
zdjęcia kręcono przez siedem tygodni w Algierii - w Biskirze, Al
Kantarze, Sidi Okbie oraz w Tokkurcie, zużywając około 15 tysięcy metrów
taśmy filmowej. Obraz, którego scenariusz oparł Bodo na powieści
Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego Sokół pustyni, reklamowany był w prasie jako "pierwszy polski film egzotyczny".
Dzisiaj nazwisko Ossendowskiego mówi cokolwiek jedynie historykom
literatury zajmującym się dwudziestoleciem międzywojennym lub
polonistom, ale przed wojną był to jeden z pięciu najbardziej poczytnych
pisarzy na świecie. Mało tego, jego twórczość, chyba mocno na wyrost,
porównywano do dzieł takich tuzów literatury jak Jack London czy Rudyard
Kipling! Jak się okazuje, Ossendowski do dziś jest drugim pisarzem, tuż
za noblistą Henrykiem Sienkiewiczem, którego twórczość jest najczęściej
przekładana na języki obce i po dziś dzień żadnemu z polskich literatów
nie udało się go pokonać. Nic dziwnego, że Bodo właśnie jego książkę
uznał za doskonały materiał na film, a reżyser Waszyński snuł nawet
marzenia o podboju tym obrazem amerykańskiej widowni. "Uczynię wszystko,
aby nasz film afrykański mógł śmiało i w zwycięskim pochodzie przebiec
kina europejskie i trafić nawet do Hollywood. Niechaj zobaczą, że i my,
Polacy, potrafimy coś zrobić"5 - mówił w jednym z wywiadów.
Niestety, film nie odniósł spodziewanego sukcesu na Zachodzie, chociaż w Polsce bardzo się podobał, a popularność Bodo, który wcielił się tym
razem w negatywną postać arabskiego szejka, po premierze jeszcze
wzrosła. Poza tym aktor specjalnie do tej roli zapuścił brodę i w takim
wydaniu bardzo spodobał się wielbicielkom.
Eugeniusz Bodo, fotos do filmu "Pieśniarz Warszawy", 1934 r.
Eugeniusz Bodo, w przeciwieństwie do współczesnych celebrytów,
umiejętnie strzegł swojej prywatności, zwłaszcza wszelkich spraw
dotyczących związków z kobietami. W tej kwestii zachowywał tak daleko
posuniętą dyskrecję, że do dziś bywa posądzany o homoseksualizm, a jego
biografowie nie potrafią ustalić, z kim i kiedy aktor nawiązał bardziej
intymną znajomość. Tymczasem jego estradowi koledzy twierdzili, że był
on mężczyzną bardzo czułym na damskie wdzięki, a gustował w kobietach
cichych i skromnych, i to właśnie w ich ramionach znajdował namiętność.
Niestety, jak na dżentelmena z krwi i kości przystało, historię swoich
dłuższych i krótszych romansów zabrał ze sobą do grobu.
Z całą pewnością łączył go romans z Elną Gistedt, blondwłosą i niebieskooką szwedzką aktorką i śpiewaczką, którą śmiało można uznać za
pierwszą miłość aktora. To właśnie za jej sprawą Bodo po raz pierwszy
pojawił się na srebrnym ekranie, grając z nią w niemej komedii Rywale
w 1925 roku. Plotkowano też o jego związku z Zulą Pogorzelską,
ulubienicą Warszawy i gwiazdą kabaretu Qui Pro Quo, w którym razem
występowali, ale tym razem były to tylko plotki, parę łączyła jedynie
przyjaźń. Przez pewien czas Bodo był związany z czarnowłosą zmysłową
aktorką żydowskiego pochodzenia Norą Ney, ale wbrew oczekiwaniom
węszących sensację dziennikarzy para nigdy nie stanęła na ślubnym
kobiercu. Chyba największe zainteresowanie wzbudził jego związek z tahitańską aktorką Reri, ale i on nie przetrwał próby czasu. Dziś nie da
się dokładnie ustalić, kiedy para się poznała, być może doszło do tego w 1933 roku, a może wcześniej. Egzotyczna piękność przyjechała za
przystojnym Polakiem do Warszawy, zamieszkała z nim, a nawet zagrali
razem w filmie Czarna perła. Niestety, chociaż piękna Reri pokochała
polskiego aktora prawdziwą, żarliwą miłością, Bodo po zakończeniu zdjęć
całkowicie stracił nią zainteresowanie. Przyczyną zerwania był nadmierny
pociąg tahitańskiej piękności do alkoholu.
Niewątpliwie kobietą życia bohatera naszej opowieści była jego matka,
Dorota Junod, z którą aktor był emocjonalnie bardzo związany, zwłaszcza
gdy rozpadło się małżeństwo jego rodziców. O miłości do mamy świadczył
też jego pseudonim sceniczny - Bodo - który był zlepkiem jego imienia,
Bogdan, z imieniem matki, Dorota. Nazywał się bowiem Bogdan Eug?ne Junod
i był synem Polki i Szwajcara, Teodora Junod. Urodził się 28 grudnia
1899 roku w Genewie i legitymował się paszportem szwajcarskim. Właśnie
ów paszport stał się przyczyną jego tragicznego końca.
Bodo niemal przez całe dorosłe życie mieszkał z matką, nawet w czasach,
gdy był związany z piękną Reri. W 1939 roku wprowadził się razem z nią
oraz z ukochanym psem rasy dog o wdzięcznym imieniu Sambo do
czteropokojowego apartamentu w kamienicy przy ulicy Foksal 17. Wielką
sensacją było ujawnienie, że popularny aktor na początku tego samego
roku otworzył na parterze owego domu kawiarnię o nazwie Café Bodo. Cała
stolica plotkowała, że Bodo ma zamiar zmienić zawód, w czym oczywiście
nie było ani krzty prawdy.
W rzeczywistości bowiem nowo otwarty lokal prowadził nie gwiazdor, ale
jego wspólnik, Zygmunt Woyciechowski, człowiek mający duże doświadczenie
w branży gastronomicznej. Bodo dał mu jedynie prawo do wykorzystania
swego nazwiska na szyldzie, za co od Woyciechowskiego otrzymywał
comiesięczne wynagrodzenie w wysokości 500 złotych. Ale na tym nie
kończył się udział aktora w spółce, gdyż to właśnie on nakłonił Józefa
Galewskiego, najbardziej wziętego scenografa teatralnego, do
zaprojektowania nowoczesnego i budzącego powszechny podziw wnętrza
kawiarenki. Użycie tego zdrobnienia w stosunku do Café Bodo jest w pełni
uzasadnione, ponieważ w niewielkim lokalu mieściło się zaledwie dziesięć
stolików oraz mała scenka, na której stało pianino.
Nieoficjalne otwarcie kawiarni nastąpiło w marcu, a zaproszonych gości
zabawiał sam aktor, śpiewając swoje najlepsze piosenki i uprawiając
sztukę, którą dziś określamy jako stand-up, gdyż w przerwach między
szlagierami opowiadał dowcipy zwane wówczas facecjami. Później był
raczej rzadkim gościem w firmowanej swoim nazwiskiem kawiarni, ale na
scenie Café Bodo występowali inni artyści. Zresztą na występy w kawiarence nie miał czasu, gdyż intensywnie pracował, zamierzał dokonać
ekranizacji powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza Kariera Nikodema
Dyzmy, planując wcielić się w rolę tytułowego bohatera. Pomysł ten
bardzo spodobał się redaktorce "Srebrnego Ekranu" Irenie Tomskiej, która
uważała aktora za idealnego kandydata do roli tytułowej. "Spoglądam na
Eugeniusza Bodo i myślę, że rzeczywiście trudno byłoby znaleźć aktora
bardziej odpowiedniego do roli Dyzmy. Ma to być mężczyzna mocny,
nieustępliwy, to, co Francuzi nazywają "brusque", a cała sylwetka Bodo,
jego silnie zarysowana szczęka i twardy błysk w oczach predestynują go
na idealnego Dyzmę - zauważała dziennikarka. - Ale jednocześnie Bodo
posiada to, czego tamten nie ma - ogromny wdzięk. Gdy się uśmiechnie,
przestaje być "brusque", stając się "charmant", a tego Dyzmie nie
wolno"6.
Poza tym aktor miał zamiar wystąpić w kolejnej komedii pt. Moja mama.
Pojawił się także na planie filmu o zabarwieniu propagandowym Uwaga!
Szpieg!, w którym miał zagrać asa polskiego wywiadu, a partnerowały mu
Helena Grossówna oraz Nina Andrycz, znana dotąd jako aktorka teatralna,
której powierzono rolę niemieckiego szpiega. Bodo był nie tylko odtwórcą
głównej roli męskiej, ale także film reżyserował. Zdjęcia rozpoczęto w sierpniu 1939 roku w okolicach Gdyni, lecz film nie zdążył trafić na
ekrany, mimo że prace były dość zaawansowane, a relacje prasowe z planu
tak intrygujące, że widzowie zapewne nie mogli doczekać się premiery.
Aktorzy Eugeniusz Bodo i Nora Ney przed wejściem do katedry wawelskiej, 1933 r.
"Do Heleny Grossówny, stojącej na górnym pokładzie statku z wyciągniętym
rewolwerem w ręku, podkradł się cichutko jakiś marynarz - pisał
dziennikarz "Kina" w reportażu pt. Na statku dywersantów. - Przed
sekundą Grossówna powiedziała mocno: Ręce do góry!... Na dole szpiedzy
obcego wywiadu z przerażeniem podnieśli w górę dłonie. Marynarz z niemieckiego kontrtorpedowca był już tylko kilkadziesiąt centymetrów od
Grossówny, która trzymała szpiegów w szachu, nie spodziewała się, że
ktoś w tej samej chwili zaszedł ją od tyłu. Jeszcze jeden skok i żelazna
obręcz ramion niemieckiego marynarza zacisnęła się na szyi panny Heleny.
Krótki zdławiony krzyk i rewolwer wypuszczony z bezwładnej dłoni upadł z łoskotem na dolny pokład. Otaczający Grossównę pasażerowie, płynący tym
samym statkiem na Hel, nie mogli nic na to poradzić. Również i ja, mimo
że stałem najbliżej i widziałem cały ten incydent najdokładniej, nie
byłem w stanie nic zrobić. Uprzedził nas wszystkich Eugeniusz Bodo,
który mocnym głosem, starając się przekrzyczeć szum skłębionych fal,
oznajmił: Dobrze! Nie trzeba będzie powtarzać tej sceny! I Grossówna,
śmiejąc się w stronę swego dotychczasowego oprawcy, zaczęła rozcierać
bolące ramię. Cała opisana powyżej scena wchodziła bowiem w skład
większej całości, która będzie filmem zatytułowanym Uwaga! Szpieg!
Tego dnia rozpoczęły się plenery i szereg pierwszych scen nakręcono na
statku Żeglugi Polskiej "Jadwiga", który właśnie zmierzał na Hel.
Wytwórnia produkująca film wynajęła ten statek, gdzie właśnie zgodnie ze
scenariuszem miały się rozegrać najbardziej emocjonujące sceny pościgu
niemieckiej bandy dywersantów przez polskie władze"7.
Nie wiadomo, czy Bodo należał do grona obywateli RP, którzy naiwnie
wierzyli propagandzie gloryfikującej siłę naszego wojska, czy też był w znacznie mniej licznej grupie, która realistycznie patrzyła na sytuację.
Mimo wszystko jednak nawet optymistycznie oceniający możliwości obronne
naszego kraju liczyli, że wojny jednak nie będzie, chociaż polski rząd i polskie władze wojskowe już w sierpniu spodziewały się ataku, a mniej
więcej od 26 sierpnia było oczywiste, że wybuch konfliktu zbrojnego jest
kwestią dni, a nawet godzin. Dlatego 20 sierpnia ówczesny premier
Rzeczypospolitej Polskiej Felicjan Sławoj Składkowski, za pośrednictwem
radia i prasy, ogłosił rozporządzenie, by wszyscy pracownicy państwowi,
którzy przebywają na urlopach, bezzwłocznie je przerwali i wrócili do
pracy. Często ogłaszane próbne alarmy lotnicze miały przygotować
mieszkańców Warszawy na wybuch wojny i związane z nią naloty, ale
większość polskiego społeczeństwa, ufna w siłę polskiego oręża i w gwarancję zachodnich sojuszników, czuła się bezpiecznie.
Złudne poczucie bezpieczeństwa skutecznie zaburzyło ogłoszenie 29
sierpnia powszechnej mobilizacji, którą, na skutek interwencji naszych
sojuszników, Francji i Anglii, odwołano zaledwie po paru godzinach, by
następnego dnia ponownie ją ogłosić. Nazajutrz, 30 sierpnia, na słupach
ogłoszeniowych stolicy pojawiły się apele wzywające ochotników do
kopania rowów przeciwlotniczych, a "Kurier Czerwony" informował: "Gdzie
trzeba nowych i silnych rąk do pracy - czytaj obwieszczenia na słupach
ogłoszeniowych"8, a poniżej zamieścił informację o znanych artystach kopiących rowy. Wśród ochotników nie zabrakło
Eugeniusza Bodo, a jego zdjęcie, na którym dziarsko macha łopatą,
pojawiło się na łamach wszystkich stołecznych gazet. Ale kopanie rowów
nie było głównym zajęciem aktora, który wciąż występował na deskach nowo
otwartego kabaretu pod nieoficjalną nazwą Teatr Piosenki i Aktualności
zwanego powszechnie Tip-Top. Obie nazwy miały charakter tymczasowy,
oficjalną nazwę mieli bowiem wybrać w drodze konkursu sami widzowie.
Eugeniusza Bodo można było oglądać w rewii politycznej Kto kogo?, a wraz z nim występowali tak znakomici przedwojenni artyści jak: Ordonka,
Maria Chmurkowska, Loda Halama czy Chór Dana.
Bodo, ulegając namowom matki, zdążył wyjechać ze stolicy, zanim wojska
niemieckie wkroczyły do miasta. Matka obawiała się, że gdy nieprzyjaciel
zajmie Warszawę, aktor za opowiadanie na scenie kabaretu Tip-Top
antyniemieckich żartów w skeczu Zabawa w wojnę będzie w niebezpieczeństwie, i nawet szwajcarski paszport nie uchroni go przed
zemstą Niemców. Aktor początkowo bagatelizował matczyne obawy, ale gdy
do Warszawy dotarła wiadomość, że hitlerowcy po zajęciu Poznania
rozstrzelali jednego z polskich aktorów grającego w antyniemieckim
przedstawieniu, padł na niego blady strach i postanowił wyjechać z miasta, chociaż bardzo niechętnie rozstawał się z matką, podobnie
zresztą jak z ukochanym psem, którego zostawił pod opieką rodziny.
Początkowo zatrzymał się w Białymstoku, gdzie przez krótki okres był
związany z Teatrem Miniatury, a następnie wyruszył do Równego. Po
zajęciu miasta przez wojska sowieckie Bodo, wraz z grupą aktorów
warszawskich, wyjechał do Lwowa.
W Café Bodo jego wspólnik zatrudnił w charakterze kelnerów aktorów,
którzy z jakichś względów pozostali jednak w stolicy, a nie chcieli grać
w teatrach działających pod nadzorem okupanta. Wkrótce przekonał się, że
pod względem biznesowym było to bardzo udane posunięcie, kiedy bowiem w mieście rozeszła się fama, że w lokalu podają do stołu niegdysiejsze
gwiazdy sceny i srebrnego ekranu, ruch w kawiarence znacznie się
zwiększył.
A tymczasem Eugeniusz Bodo przebywał we Lwowie, który na mocy paktu
Ribbentrop-Mołotow znalazł się pod okupacją sowiecką i został włączony
do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Pomimo to miasto
wciąż stanowiło prężny ośrodek kultury polskiej, gdyż to właśnie tu
zjeżdżali się przedstawiciele polskiej inteligencji oraz polskiego
środowiska artystycznego z terenów okupowanych przez Niemców. O dziwo,
czuli się tam wyjątkowo bezpiecznie: "Warszawiacy, dlatego że byli
daleko od bombardowanej stolicy, lwowiacy, bo byli u siebie, Żydzi, gdyż
odsunęli od siebie groźbę niemieckich prześladowań. Miejscem ich stałych
spotkań był lwowski Klub Artystów przy ulicy Jagiellońskiej.
Tolerancyjne wobec artystów-uciekinierów władze radzieckie początkowo
bez większych przeszkód umożliwiły im utworzenie Lwowskiego Państwowego
Teatru Miniatury w kinoteatrze Stylowy przy placu Smolki"9.
Z czasem we Lwowie, poza wspomnianym Teatrem Miniatury, rozpoczęły
ożywioną działalność inne polskie grupy teatralne oraz
trzydziestoosobowy zespół kierowany przez Feliksa Konarskiego (pseudonim
Ref-Ren), w którego skład wszedł również Eugeniusz Bodo. Po rozpadzie
grupy część jej członków wróciła na tereny okupowane przez Niemców,
reszta artystów, wśród nich także bohater naszej opowieści, założyła
nowy zespół o nazwie Tea Jazz. Pierwszy człon nazwy nie wywodził się
bynajmniej od angielskiego słowa tea, oznaczającego herbatę, ale
polskiego wyrazu teatr. Wkrótce zespół ten wyruszył na tournée po
europejskich miastach Związku Radzieckiego. "Udało mi się przekonać
miejscowe władze, żeby pozwoliły im i mnie występować - wspominał Henryk
Wars. - Sprawa istnienia tego zespołu miała nie tylko proste,
artystyczne znaczenie. To był sposób uratowania życia, uniknięcia obozów
koncentracyjnych, wywożenia ludzi do obozów na Syberii czy gdziekolwiek,
a nawet śmierci"10.
Ponieważ Bodo bardzo dobrze znał język rosyjski, którego nauczył się
jeszcze jako dziecko, powierzono mu prowadzenie konferansjerki, poza tym
oczywiście także śpiewał swoje piosenki. Ze zrozumiałych względów
wszystkie musiały być obowiązkowo wykonywane w języku rosyjskim, w tym
także szlagier Umówiłem się z nią na dziewiątą, który znany był jako
Ja ustowiłsia s niej toczno w diewiat'. Piosenki nagrywano na płytach,
znalazły się również na ścieżce dźwiękowej radzieckiego filmu Marzenie
w reżyserii Michaiła Romma, do którego muzykę skomponował Henryk Wars.
Chociaż tytuł na to nie wskazywał, film stanowił sztandarowe dzieło
propagandowe, gloryfikujące... przyłączenie Kresów do Ukrainy, z czego ani
Bodo, którego głos słychać na ekranie, ani polski kompozytor nie zdawali
sobie sprawy. Poza tym Wars pisał muzykę do tanecznych scen znajdujących
się w tym antypolskim obrazie, nie znając fabuły Marzenia.
Eugeniusz Bodo jako Stefan w jednej ze scen filmu "Czarna perła", 1934 r.
Ponieważ Tea Jazz przemieszczał się od miasta do miasta koleją,
miejscowa publiczność, która z miejsca go pokochała, nazywała go również
Żeleznodorożnym Dżazem. Występy polskich artystów przypadły do gustu
nie tylko zwykłym zjadaczom chleba, ale także komunistycznym władzom, o czym najlepiej świadczy to, że podczas pobytu w Moskwie dwaj członkowie
teatru - Henryk Wars oraz Eugeniusz Bodo - otrzymali najwyższe kategorie
artystów estradowych. Wówczas też obaj panowie zaprzyjaźnili się z miejscową elitą artystyczną, z Aleksym Tołstojem i kompozytorem Aramem
Chaczaturianem na czele. Te koneksje były szczególnie istotne dla Warsa,
którego rodzina przebywała w warszawskim getcie, ponieważ radzieccy
przyjaciele walnie przyczynili się do uwolnienia jego żony i syna. Nie
do przecenienia był w tej sprawie także udział Eugeniusza Bodo, który za
pośrednictwem ambasady Szwajcarii, kraju, którego formalnie wciąż był
obywatelem, postarał się o wystawienie dla rodziny Warsa stosownych
dokumentów. Sam nie miał żadnych wieści o matce, której, gdy tylko miał
ku temu okazję, wysyłał paczki z żywnością i odzieżą oraz pieniądze.
Jak można się domyślić, polscy artyści szybko odczuli niedogodności
życia pod rządami komunistów. Władze radzieckie przydzieliły zespołowi
dwóch "opiekunów", z których jeden podróżował z artystami, obserwował
ich zachowanie i występy, a później wszystko opisywał w stosownych
raportach, drugi zaś pełnił funkcję menedżera i cenzora, organizując
koncertową trasę, zapewniając noclegi, a przede wszystkim - cenzurując
program zespołu. "Opiekunowie" szczególnie uważnie przyglądali się
Eugeniuszowi Bodo, który występował w roli konferansjera oraz
piosenkarza i cieszył się wielkim powodzeniem wśród miejscowych pań, z czego chętnie korzystał. Jego koledzy z Tea Jazzu wspominają, że po
występie wychodził pod pretekstem spotkań ze znajomymi, budząc niepokój
radzieckich nadzorców. Aktor miał podobno kochanki zarówno we Lwowie,
jak w Moskwie i Leningradzie, ale, jak zwykle dyskretny, nie zdradzał
nigdy ich personaliów, nawet swoim najbardziej zaufanym przyjaciołom.
Tak się złożyło, że znamy nazwisko tylko jednej z nich. Z zeznań
złożonych w sierpniu 1944 roku wynika, że Bodo spotykał się z kobietą o nazwisku Kalinina, dwudziestojednoletnią aktorką, którą miał poznać w Hotelu Europejskim w Leningradzie i z którą miał romans. Pytany o adres
stwierdził, że nie wie, gdzie była zameldowana jego kochanka, podobno
nie znał także jej nazwiska. Niewykluczone, że aktor kłamał w tej
kwestii, nie chcąc narażać kobiety na prześladowania.
Bodo opuścił szeregi grupy kierowanej przez Warsa w połowie 1941 roku,
niedługo po tym, jak wojska III Rzeszy zaatakowały ZSRR. Zanim pożegnał
się z kolegami, zdążył jeszcze wraz z nimi pozować do zdjęcia wykonanego
w Odessie pod koniec maja. Zanim Niemcy napadły na Związek Radziecki,
wszyscy członkowie zespołu, również Bodo, mieli zamiar wrócić do Lwowa,
ale po ataku na ZSRR niemieckiej armii trzeba było zweryfikować plany.
Tymczasem Bodo, który dopiero wówczas uświadomił swoich kolegów, że ma
obywatelstwo szwajcarskie, postanowił wystąpić z zespołu i wyemigrować
do USA.
"Bodo oświadczył, że nie chce wyjeżdżać z teatrem do Rosji, ponieważ
jako obywatel szwajcarski pragnie wyemigrować do Ameryki - wspominał po
latach zaprzyjaźniony z nim artysta z zespołu, Gwidon Borucki. - Dla
członków naszego zespołu było to zaskoczeniem, bowiem nikt z nas nie
wiedział o tym, że Bodo był Szwajcarem z pochodzenia. Staraliśmy się go
namówić, aby jechał z nami, ale Bodo uparł się"11 i ostatecznie
postawił na swoim. Po odejściu artysty, będącego przecież filarem
zespołu, obowiązki konferansjera przejął Konarski, piosenki zaś miały
śpiewać panie. Było to dość dziwne posunięcie, o czym przekonała się
chociażby Renata Bogdańska, której przyszło wykonywać jeden z najbardziej znanych szlagierów Bodo Umówiłem się z nią na dziewiątą.
Co prawda, tytuł przerobiono na Umówiłam się z nim na dziewiątą, ale
zwrotka o pobraniu od szefa zaliczki, by kupić ukochanemu bukiecik róż,
brzmiała dość dziwnie. Poza tym, ku rozczarowaniu radzieckiej
publiczności, artystki wykonujące piosenki Bodo nie znały rosyjskiego,
dlatego śpiewały je po polsku.
Koledzy Bodo z Tea Jazzu kibicowali mu w planach wyjazdu za ocean,
dlatego starali się śledzić wszelkie poczynania aktora. Niestety,
wkrótce dotarły do nich bardzo niepokojące wieści - Bodo przepadł jak
kamień w wodę. Wiadomo było, że przez pewien czas przebywał we Lwowie.
Świadczyło o tym podanie wystosowane przez niego do Lwowskiej
Filharmonii, której podlegał Tea Jazz, o zwolnienie go z obowiązku
dalszych występów z zespołem oraz drugie podanie do władz o umożliwienie
mu, jako obywatelowi neutralnej Szwajcarii, wyjazdu za granicę. Podobno,
czekając na stosowny dokument oraz wizę do USA, mieszkał w willi w Brzuchowicach pod Lwowem. I to była ostatnia rzetelna informacja
dotycząca niegdysiejszego gwiazdora przedwojennego kina.
Jego koledzy zastanawiali się, jak to jest możliwe, by tak znany
człowiek zniknął w centrum europejskiego miasta, jakby rozpłynął się w powietrzu? Wówczas jeszcze nie zdawano sobie sprawy, że za sprawą KGB w identyczny sposób ginęło wielu ludzi niewygodnych dla komunistycznych
władz. Jak się później okazało, Bodo, który nie miał nic wspólnego ani z działalnością szpiegowską, ani z polityką, ale był obywatelem
Szwajcarii, stał się dla radzieckich władz bardzo podejrzany. Tajemnica
jego zniknięcia rozwiązała się dopiero po wielu latach i wówczas
tragiczna prawda o wojennych losach popularnego aktora ujrzała światło
dzienne.
Jego matka, bezskutecznie czekająca na powrót syna, do końca życia
łudziła się, że Eugeniusz żyje, mimo że rozsądek podpowiadał, iż aktora
nie ma już wśród żywych. Jego biografowie podejrzewali, że pochowano go
w masowej mogile na Cmentarzu Łyczakowskim, wraz z innymi ofiarami
masakry, jakiej w miejscowym więzieniu dopuścili się w czerwcu 1941 roku
uciekający przed Niemcami enkawudziści. Tak uważał historyk sztuki
profesor Mieczysław Gębarowicz, który twierdził, że "do tej masowej
mogiły wrzucono zwłoki lwowskich generałów, organizatorów lwowskiej
straży obywatelskiej, Mieczysława Lindego i Władysława Jędrzejewskiego,
oraz aktora Eugeniusza Bodo, ale nie mam na to dowodu. Tak mówią mi
znajomi, którzy tę informację mają też z drugiej ręki"12.
Skrupulatne badania dowiodły jednak, że ciała aktora nie ma wśród
znalezionych tam szczątków ludzkich.
Na kolejną próbę wyjaśnienia losów przedwojennego gwiazdora trzeba było
czekać aż do 1972 roku, kiedy Józef Misiak, lwowianin i przedwojenny
piłkarz Pogoni Lwów, który po wojnie osiedlił się w Opolu, oświadczył,
że wie, jak i kiedy zginął Bodo. 25 czerwca 1941 roku na polecenie
Rosjan udał się w okolice lwowskiego Ogrodu Jezuickiego, by naprawić
uszkodzony kabel telefoniczny. Zanim jednak zabrał się do pracy, był
świadkiem dramatycznego zdarzenia: aresztowania polskiego aktora, który
został zatrzymany przez patrol NKWD w pobliżu dziś już nieistniejącego
pomnika Agenora Gołuchowskiego. Według Misiaka, który obserwował całe
zajście ukryty w gęstych krzakach porastających park, Bodo sam się
prosił o kłopoty, skoro pojawił się w centrum miasta w towarzystwie
młodej dziewczyny, której nazwiska nie udało się ustalić, mimo że władze
ogłosiły stan wojenny. Patrol zatrzymał oboje, a następnie oddzielił
Polaka od towarzyszącej mu kobiety i odprowadził w głąb parku, skąd
wkrótce dobiegły dwa strzały. Przerażony Misiak był przekonany, że
strzały te oznaczały egzekucję przedwojennego amanta. Okazało się
jednak, że ta wersja wydarzeń jest nieprawdziwa i Bodo nie zginął od kul
enkawudzistów we Lwowie w 1941 roku.
Eugeniusz Bodo pierwszy z lewej, w środku Adam Brodzisz w towarzystwie reżysera Michała Waszyńskiego podczas realizacji filmu "Głos pustyni", 1932 r.
W końcu jednak udało się ustalić, kiedy i w jaki sposób ulubieniec
przedwojennych kobiet odszedł z tego świata. A wszystko za sprawą
niestrudzonego propagatora przedwojennego polskiego kina Stanisława
Janickiego, dziennikarza prowadzącego kultowy program W starym kinie.
To właśnie on na antenie telewizyjnej zaapelował do widzów o pomoc w rozwikłaniu zagadki zaginięcia aktora. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bo do gmachu na Woronicza napłynęło kilkadziesiąt listów w tej sprawie. Niestety, większość z nich zawierała nawzajem wykluczające
się wersje. Część nadawców twierdziła, że aktor zginął w więzieniu w Śniatynie, inni, że zakończył życie w Horodence, a jeszcze inni pisali,
że Bodo został zatrzymany przez enkawudzistów w drodze do granicy
rumuńskiej. "Twierdzono też, że został zastrzelony przez Niemców w Przemyślu po zejściu ze sceny, gdzie opowiadał dowcip o antyhitlerowskiej wymowie. W jednym z listów były listonosz przekonywał,
że widział zastrzelonego Eugeniusza Bodo w jego lwowskim mieszkaniu. Z kolei dentysta lwowski, który leczył aktora, twierdził, że zamordowano
go w więzieniu przy ulicy Łąckiego i zmasakrowane zwłoki rozpoznał na
podstawie stanu uzębienia"13.
Apel Janickiego zaintrygował też polskiego historyka Stanisława Nicieja,
który napisał o nieznanych losach aktora artykuł opublikowany w londyńskim "Tygodniu Polskim". W odpowiedzi na publikację do redakcji
nadszedł list od mieszkającego w Nowym Jorku Aleksandra Feinera. Jego
nadawca twierdził, że: "Bodo zmarł w obozie sowieckim 24 grudnia 1943 r.
Obóz nazywał się Peresylnyj Punkt nr 1 i znajdował się w Bołtince koło
Kotłasu, archangielskaja obłast'. Powodem śmierci były pelagra i głód.
Ja o tych faktach wiem, ponieważ też tam byłem - a mój ojciec, Leon
Feiner, umarł w tym samym dniu na sąsiedniej pryczy"14.
Relacja wydawała się wiarygodna, a przedstawiona w niej wersja bardzo
prawdopodobna. Częściowo potwierdziły ją także późniejsze ustalenia
krewnej Eugeniusza Bodo ze strony matki, Wiery Rudź, która w 1989 roku
postanowiła rozwikłać zagadkę jego śmierci, dlatego zwróciła się w tej
sprawie do wszystkich, którzy mogli jej w tej kwestii pomóc, począwszy
od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, przez ówczesnego prezydenta Rosji
Borysa Jelcyna, a na Lechu Wałęsie kończąc. To właśnie jej zaangażowanie
sprawiło, że wiemy, gdzie i kiedy umarł Bodo. Działającym na jej prośbę
pracownikom rosyjskiego Czerwonego Krzyża udało się ustalić, że Bogdan
Eug?ne Junod, obywatel Szwajcarii, zmarł, jak twierdził Feiner,
rzeczywiście w 1943 roku, ale nie w grudniu, lecz 7 października w łagrze w Kotłasie pod Archangielskiem. Co więcej, dokument
potwierdzający jego zgon przesłano stronie polskiej wraz ze zdjęciem
aktora wykonanym na krótko przed śmiercią, na którym trudno rozpoznać
niegdysiejszego amanta i bożyszcze kobiet.
Fotografii towarzyszył dokument następującej treści: "Żano-Bodo
Eugeniusz-Bogdan, ur. 1899 Genewa, syn Teodora, z zawodu aktor, reżyser.
Został aresztowany 26 czerwca 1941 i decyzją specjalnej narady przy NKWD
ZSRR skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element
społecznie niebezpieczny. Okres kary odbywał w więzieniu Butyrskim w Moskwie, w mieście Ufa i w archangielskiej obłasti. Zmarł 7 października
1943 roku. Na podstawie artykułu 3 Ustawy Federacji Rosyjskiej O Rehabilitacji Ofiar Politycznych Represji z 18 października 1991 wyżej
wymieniony został rehabilitowany"15.
Przyglądając się fotografii przesłanej przez rosyjski Czerwony Krzyż,
można dostrzec oznaki choroby skóry, na którą cierpiał polski aktor.
Według Feinera była to pelagra, zwana inaczej rumieniem lombardzkim,
wywołana niedoborem witaminy B3 lub witaminy
PP, a nazwa tego schorzenia pochodzi od łacińskiego terminu pella
agra, czyli szorstka skóra. Rozwojowi pelagry z całą pewnością
sprzyjały wyjątkowo złe warunki panujące w radzieckim więzieniu, a potem
w łagrze. Warto dodać, że jest to choroba atakująca nie tylko skórę, ale
i ośrodkowy układ nerwowy oraz przewód pokarmowy, powodując zapalenie
błon śluzowych, nudności, wymioty, biegunkę, nadmierne pobudzenie,
utratę pamięci i ogólną apatię. Chorzy nią dotknięci mają też silny
obrzęk i pęcherze, a zaatakowane pelagrą obszary skóry narażone są na
bolesne infekcje. Nieszczęsny Bodo, niegdyś uchodzący za ikonę elegancji
i bardzo dbający o swój image, musiał przechodzić katusze nie tylko z powodu pelagry, ale także widząc, jak ta podstępna choroba niszczy jego
ciało.
Wersję Feinera o ostatnich dniach życia gwiazdora przedwojennego
polskiego kina potwierdził człowiek, który towarzyszył mu w jego
więziennej niedoli - profesor muzykologii Alfred Mirek. Panowie spotkali
się w więzieniu na Butyrkach, gdzie dziewiętnastoletni Mirek trafił jako
"syn wroga ludu". W wieloosobowej celi, w której go umieszczono, zwrócił
uwagę na pewnego mężczyznę, który tak bardzo wyróżniał się spośród
więźniów, że Alfred uznał go za cudzoziemca. Poza tym, co również
wzbudziło zdumienie pozostałych osadzonych, ów mężczyzna nigdy nie
zdejmował płaszcza, tak jakby ta część garderoby miała dla niego jakieś
szczególne znaczenie. "W celi był odosobniony, odtrącony. Nie rozmawiał
z nim nikt. Wówczas było to bardzo niebezpieczne, można było zarobić
dodatkowy paragraf za kontakt z cudzoziemcem"16 - wspominał
Mirek. Ale mimo ryzyka "zarobienia dodatkowego paragrafu" młodego
człowieka coś ciągnęło do tajemniczego mężczyzny, tym bardziej że jego
twarz wydawała mu się dziwnie znajoma. W końcu zdobył się na odwagę i go
zagadnął. Rzekomy cudzoziemiec okazał się polskim aktorem, którego Mirek
miał okazję widzieć w przedstawieniu Tea Jazzu i słuchać w radiu. Po
latach wspominał, że gdyby mu się nie przedstawił, nigdy by nie
przypuszczał, że odsiaduje wyrok razem z tak znanym człowiekiem, gdyż
choroba i głód bardzo zmieniły jego rysy.
Z czasem obu więźniów połączyła przyjaźń, a Bodo opowiedział młodszemu
koledze o kulisach swojego aresztowania: "W czerwcu 1941 roku we Lwowie
- opowiadał aktor - weszło do mnie dwóch. Zaproponowali, żebym się ubrał
i pojechał z nimi. Byłem przekonany, że chcą mnie uratować przed
niemiecką okupacją. Żartowałem, wziąłem płaszcz, kapelusz. Wsiedliśmy do
samochodu i pędziliśmy bez wytchnienia, żeby się wydostać z zachodniej
Ukrainy. Zatrzymaliśmy się dopiero wieczorem w jakimś dużym mieście.
Zamknęli mnie w garażu siedziby NKWD, a sami poszli zjeść i wyspać się.
Rano zjawili się odmienieni nie do poznania. Poprzedniego dnia uciekali
jak zające, teraz syci i różowi na twarzach przedstawiciele wielkiego
państwa radzieckiego. Traktowali mnie jak powietrze. W ciągu tej nocy
napiłem się tylko wody z kranu. Pomknęliśmy do Moskwy. Przywieźli mnie
do Butyrek - i tak tu siedzę"17.
Komuniści uznali Bodo za element wyjątkowo niebezpieczny, gdyż nie tylko
miał paszport szwajcarski (to że Szwajcaria zachowała neutralność, nie
miało dla śledczych większego znaczenia), ale władał kilkoma językami, w tym niemieckim i rosyjskim. W oczach NKWD były to wystarczające
argumenty, aby podejrzewać go o szpiegostwo. W dodatku Bodo przed wojną
wiele podróżował i odwiedził nawet hitlerowskie Niemcy, a to tylko
ugruntowało podejrzenia. Aktor opowiadał Mirkowi o wielogodzinnych
przesłuchaniach, podczas których śledczy pytali go o wyjazdy do Rzeszy,
indagując o nazwiska osób, z którymi się tam spotkał, czego aktor za nic
nie chciał wyjawić. Poza tym interesował ich nowy właściciel Café Bodo w Warszawie, który według nich był Niemcem, oraz liczni znajomi z dzieciństwa więźnia, zwłaszcza ci o niemiecko brzmiących nazwiskach. Jak
na ironię, większość z nich była Żydami.
Enkawudziści zadawali też mnóstwo pytań o film Uwaga! Szpieg!, w którym aktor nie tylko grał jedną z głównych ról, ale też był jego
reżyserem. Udział w tym obrazie był ich zdaniem dowodem na to, że Bodo
jednak miał coś wspólnego z działalnością wywiadowczą. Co prawda, aktor
usiłował udowodnić, że bardzo się mylą, mówiąc: "Ale jeśli, przypuśćmy,
gram rolę robotnika rolnego i biorę się do pługa, to na tej pracy też
się nie znam. A jednak pokazuję, że idę z pługiem i orzę
ziemię"18, ale żadne, nawet najbardziej logiczne argumenty nie
przekonywały radzieckich oficerów. Ostatecznie NKWD nie znalazło
dowodów, że aktor kiedykolwiek szpiegował na rzecz Niemiec, ale czujność
komunistów wzbudziły starania polskiej ambasady o jego uwolnienie.
Uznano za wysoce podejrzane, że władze polskie starają się o człowieka,
który nigdy nie miał polskiego obywatelstwa i posługiwał się wyłącznie
paszportem szwajcarskim. W efekcie wysiłki polskiej dyplomacji,
podejmowane przecież w dobrej wierze, tylko pogorszyły sytuację aktora.
Jak na ironię, szwajcarski paszport, który miał mu uratować życie i pomóc w wyjeździe do USA, stał się przyczyną jego tragedii. Dla
radzieckich władz Bodo nie był Polakiem, ale Szwajcarem, dlatego nie
objęła go też amnestia dla obywateli polskich ogłoszona po zawarciu
układu Sikorski-Majski w 1941 roku. Tymczasem jego koledzy z zespołu Tea
Jazz właśnie dzięki temu porozumieniu opuścili ZSRR jako grupa Polish
Parade towarzysząca armii Andersa.
Bodo, jak wynika z dokumentów NKWD, po dwunastu dniach pobytu w więzieniu Butyrki został przewieziony do Ufy, gdzie był przesłuchiwany
jako podejrzany o szpiegostwo, a 11 sierpnia 1942 roku znowu trafił do
Moskwy. 30 października 1942 roku Wsiewołod Mirkułow, ówczesny zastępca
stojącego na czele NKWD Ławrientija Berii, otrzymał od komisarza
Fiedotowa, zajmującego się sprawą Eugeniusza Bodo, pismo następującej
treści: "Przeprowadzone śledztwo nie potwierdziło działalności
wywiadowczej Junoda-Bodo. Podejrzenia co do przynależności Junoda-Bodo
do polskiego wywiadu mają jednak jakieś podstawy, gdyż w przedłożonych w swoim czasie przez Polaków [...] spisach poszukiwanych obywateli
polskich figurował także Junod-Bodo, podczas gdy jest on obywatelem
szwajcarskim i zainteresowania Polaków jego losem nie można uznać za
przypadek. Uwzględniając, że Junod-Bodo jest osobą podejrzaną, uważałbym
za celowe przedstawienie jego sprawy na Naradzie Specjalnej przy NKWD i zamknięcie w obozie na termin do 5 lat"19. Życzeniu Fiedotowa stało
się zadość: 13 stycznia 1943 roku aktor stanął przed sądem, który skazał
go na 5 lat łagru za szpiegostwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki