1.
Jednostajny stukot pociągu sprawił, że Lidia Obramska poczuła senność. Oparła głowę na ramieniu siostry i przymknęła powieki. Stwierdziła, że gdy zaśnie, podróż minie jej szybciej, ale Emilia wciąż się wierciła i paplała jak nakręcona. Zrezygnowała więc z drzemki i zwróciła się do siostry:
- A ja tobym wolała pojechać na wakacje do jakiegoś wielkiego miasta. Tam cały czas coś się dzieje, a u ciotki umrę z nudów.
- Ty, Lidka, nie umiesz docenić świętego spokoju. - Emilia się roześmiała. - Ja tam się cieszę. Podobno ciotka kupiła nową łódkę i będziemy mogły z niej korzystać.
- Mam nadzieję, że popłynie z nami ktoś, kto sprawnie posługuje się wiosłami - mruknęła Lidia.
- Sądzisz, że same nie damy rady?
- Nigdy w życiu nie wiosłowałam, ale jeśli masz na to ochotę, możemy popływać same.
- Przymknę powieki i będę wyobrażała sobie, że siedzę w łódce z jakimś szalenie przystojnym i szarmanckim mężczyzną. Ty też możesz sobie wtedy o czymś ciekawym pomarzyć. Zobaczysz, będzie przyjemnie. - Emilia poklepała ją po dłoni i znowu zaczęła kręcić się niespokojnie.
- Może mam założyć cylinder i przykleić sobie wąsy, żeby nieco wesprzeć twoją wyobraźnię? - Lidia uśmiechnęła się do siostry.
- Musiałabyś jeszcze obciąć włosy. - Zachichotała.
- Moja kochana siostrzyczko, na takie poświęcenie raczej nie będzie mnie stać - odparła Lidia i zaczęła wpatrywać się w monotonny krajobraz za oknem.
Miały spędzić u ciotki trzy tygodnie wakacji, w jej przepastnym domu położonym na skraju lasu, z dala od miejskiego zgiełku i w pobliżu dużego jeziora, nad które chętnie przyjeżdżali letnicy. Emilia była podekscytowana, bo lubiła głuszę, długie spacery i leniwy wypoczynek na łonie natury. W przeciwieństwie do niej Lidia tego nie znosiła. Wolała słyszeć stukot tramwajów, odgłos końskich kopyt na brukowanych ulicach i gwar wielkomiejskich kawiarni.
Siostry mieszkały wraz z rodzicami w Grójcu, niewielkiej miejscowości niedaleko Warszawy, i żadna z nich nie była zadowolona ze swojego miejsca do życia. Dla Emilii było za hałaśliwie, dla Lidii zbyt spokojnie.
- Ale obiecaj, Emilko, że gdy wrócimy z Ostrówki, namówimy rodziców na wyjazd do stolicy. Przynajmniej na kilka dni. Do teatru bym poszła i do Bliklego na ciastko.
- Nie wiem, jak można lubić wielkie miasta. - Emilia wydęła usta. - Jakiekolwiek miasta. Tam cuchnie, jest brudno i wszędzie pełno ludzi, a ja lubię zapach świeżo skoszonej trawy albo aromat lasu.
- No chyba że akurat chłopi wyrzucają gnój na pola. - Lidia zachichotała. - Ciotka ma i konie, i krowy, więc takich zapaszków także nie zabraknie.
Były zupełnie inne. Jak ogień i woda. Lubiły co innego, inaczej spędzały wolny czas, a nawet podobali się im inni chłopcy. A jednak mimo tych różnic kochały się niemożliwie i wspierały zawsze, gdy zaszła taka potrzeba. Lidia mogła się wykpić z tych wiejskich wakacji, ale wiedziała, że jej siostrze będzie przykro, gdy z nią nie pojedzie. Była także pewna, że Emilia będzie jej towarzyszyła podczas podróży do Warszawy. Lidia nie wyobrażała sobie, żeby nie spędzić tam chociaż kilku dni podczas letnich wakacji albo nie odwiedzić stolicy przed świętami, by kupić prezenty pod choinkę.
Ciotka Adela Liszewska była siostrą ojca i poprzez małżeństwo z pewnym zamożnym ziemianinem stała się wielką damą. Oni także nie należeli do biedoty, bo ojciec Lidii i Emilii był poważanym dyrektorem miejscowego banku, ale nie mogli się równać z Liszewskimi, którzy posiadali dworek nad jeziorem, obszerne mieszkanie w Łodzi i górską chatę w Zakopanem, gdzie spędzali tylko dwa tygodnie w ciągu roku. Mąż ciotki dysponował także luksusowym autem, a w swoich stajniach miał kilkanaście wierzchowców. Na samą myśl o jeździe konnej Emilii błyszczały oczy, bo uwielbiała to zajęcie. Lidia także potrafiła dosiadać konia, ale nie była szczególną wielbicielką szaleństw po dzikich polach i leśnych ostępach.
Na stację wyjechał po nich kierowca Liszewskich. Upchnął ich przepastne bagaże i ruszyli w stronę dworku. Zbliżała się pora obiadu i Lidia poczuła ssanie w żołądku. W tym momencie przestała narzekać, że będzie musiała spędzić trzy tygodnie na odludziu, bo przypomniała sobie suto zastawiony stół w domu ciotki. Za każdym razem, gdy dziewczyny od niej wracały, musiały przeszywać guziki w spódnicach, bo u Liszewskich jadało się dużo i dobrze. One także nie głodowały, ale rzadko kiedy w ich domu podawano czterodaniowe obiady, w Ostrówce stanowiło to normę. Przełknęła ślinę i pomyślała, że nie będzie się przejmować swoją talią, najwyżej postara się każdego dnia przepłynąć na drugą stronę jeziora i z powrotem, by w nowym roku nie pojawić się w szkole z wystającym brzuchem.
Bez względu na to, jak bardzo Lidia nie lubiła wsi, musiała przyznać, że okolica jest niezwykle malownicza. Pofałdowane pola, urokliwe zagajniki, a wreszcie tafla jeziora robiły niesamowite wrażenie. Kilkadziesiąt kilometrów dalej znajdował się Sandomierz, przepiękne miasto, do którego miała nadzieję pojechać któregoś dnia.
Wjechali do lasu i po kilku minutach Lidia ujrzała dworek ciotki. Auto zatrzymało się przed bogato rzeźbionymi dębowymi drzwiami i chwilę potem dziewczęta witały się już z Manuelą, służącą Liszewskich, a potem z samą ciotką i jej synem.
Juliusz Liszewski na co dzień studiował w Warszawie, na politechnice, i chełpił się, że kiedyś będzie pokazywał kuzynkom kamienice, których projekty wyszły spod jego ręki.
- Dobrze, że przyjechałyście, bo pojutrze przybędzie mój kolega ze studiów, Władek Marczewski. Sami umarlibyśmy tu z nudów, mam jednak nadzieję, że we czwórkę wymyślimy coś, co sprawi, iż lepiej zniosę pobyt na wsi - powiedział ze śmiechem Juliusz.
Odkąd powrócił z Paryża, uważał się za światowca. Studiował tam architekturę na École Nationale Supérieure des Beaux-Arts, a potem przeniósł się do Warszawy.
- A chociaż przystojny ten twój przyjaciel? - zainteresowała się Emilia.
- Polubicie go - odrzekł ze śmiechem Juliusz, a po chwili dodał: - Obiad czeka. Dzisiaj będą kuropatwy, które osobiście upolowałem.
Lidii właściwie było wszystko jedno, bo od wyjścia z pociągu cały czas burczało jej w brzuchu.
Obiad podano na werandzie i gdyby nie kilka bardzo upartych much, Lidia mogłaby stwierdzić, że wieś jest całkiem przyjemnym miejscem.
Najedzona i dotleniona wiejskim powietrzem, zasnęła wieczorem niemal natychmiast i kiedy nazajutrz się obudziła, miała wrażenie, jakby przespała nie tylko całą noc, ale także połowę następnego dnia. Otworzyła drzwi do ogrodu i weszła boso na świeżo skoszoną trawę.
- Duchy zazwyczaj grasują w nocy. - Usłyszała jakiś męski głos.
Odwróciła głowę i zobaczyła obcego młodego mężczyznę. Nie mogłaby stwierdzić, czy był przystojny i jaki miał kolor włosów, bo zawstydzona uciekła do pokoju, który zajmowała w dworku Liszewskich. Zerknęła w lustro, znajdujące się w dużej rzeźbionej szafie, i przeraziła się swoim wyglądem. Jej długie kręcone włosy były rozczochrane, powieki nieco podpuchnięte, a pod koszulą wprawny obserwator mógł dostrzec ciemne sutki i kępkę czarnych włosów między jej nogami.
- Boże... - jęknęła do siebie. - To pewnie jest ten cały Władek. Chyba spalę się ze wstydu.
Podczas śniadania Władek nie wspomniał ani słowem o ich spotkaniu w ogrodzie, ale wciąż żartował. Na szczęście nie z niej, za co była mu niezmiernie wdzięczna.
- Po śniadaniu popłyniemy na wyspę. Wy, kuzyneczki, będziecie się wylegiwały na trawie, a my złowimy trochę ryb na kolację - zarządził Juliusz.
Lidii nieco ulżyło, bo nie za bardzo wierzyła siostrze, że ta posługuje się wiosłem prawie tak samo sprawnie, jak szydełkiem. Wbrew temu, co można było sądzić na pierwszy rzut oka, Emilia należała do dziewcząt delikatnych i subtelnych. Takich, które należy raczej nosić na rękach aniżeli dawać im w dłoń pagaj.
- Chciałyśmy z Lidką płynąć same, ale jeśli będziecie wiosłować, chętnie z tej okazji skorzystamy - odparła Emilia i wsunęła do ust kęs bułki posmarowanej wiśniowymi konfiturami.
Śniadanie trwało ponad godzinę i Lidia zaczynała się już niecierpliwić, bo szkoda jej było czasu na tak długie siedzenie przy stole. Chociaż co innego można było robić w tej głuchej wsi, jeśli nie biesiadować, ewentualnie pluskać się w wodzie albo bez końca spacerować czy też jeździć konno.
Władek Marczewski skutecznie rozpraszał nudę, bo zawsze miał pod ręką jakiś dowcip i chyba podobnie jak Lidia niezbyt lubił takie leniwe życie. Gdy płynęli łódką, kilka razy o mały włos jej nie wywrócił, kręcąc się jak ona podczas śniadania. W pewnej chwili szepnął jej do ucha:
- Gdybym miał się z panną Lidką ożenić, zrobiłbym to ze spokojnym sercem, bo już wiem, jak pani wygląda tuż po przebudzeniu.
- Jak strach na wróble. - Uśmiechnęła się do niego. - Żebym nie wiem co robiła, zawsze po nocy mam rozczochrane włosy.
- Niech mi panna Lidka wierzy, że o poranku wygląda panienka uroczo. - Puścił do niej oko.
Zmieszała się nieco, bo nie wiedziała, czy przypadkiem Władek nie czyni aluzji dotyczących jej prześwitującej koszuli i tego, co można było pod nią dojrzeć, jednak nie zamierzała o to zapytać, bo wciąż palił ją wstyd. Zresztą nie wypadało o podobnych sprawach wspominać i miała nadzieję, że Władek jest dżentelmenem i także nie będzie się nad tym rozwodził.
Dziewczęta zabrały ze sobą koc, kosz z wiktuałami na drugie śniadanie i miały pod sukienkami stroje kąpielowe. W czasie gdy mężczyźni wędkowali, one leżały i przyglądały się z rozbawieniem, jak Władek za każdym razem wyciąga z wody wędkę z pustym haczykiem.
- Przechytrzyły mnie, megiery. Przynętę pożarły, ale na haczyk się nie nadziały - mówił ze strapioną miną, a potem znowu zaczynał żartować, że ma tak dobre serce, iż nawet rybom chce darować życie.
Lidka pomyślała, że kolega Juliusza jest naprawdę zabawny, a do tego ma czarujący uśmiech, bujne jasne włosy i błękitne oczy.
- Ciekawy człowiek z tego Władzia - powiedziała do siostry.
- Niewątpliwie jest bardzo sympatyczny, ale nie dla ciebie - mruknęła Emilia.
- A może tobie się spodobał i dlatego tak mówisz? - zadrwiła Lidka.
- Nie, już wolałabym powściągliwego Juliusza, gdyby oczywiście nie był moim kuzynem.
- Zatem dlaczego twierdzisz, że Władek to nie mężczyzna dla mnie? Jego rodzice mają dworek niedaleko od nas, a on na co dzień mieszka w Warszawie, więc mogłabym bez przeszkód kontynuować taką znajomość - żachnęła się Lidka.
- Tobie chyba najbardziej podoba się to jego mieszkanko w Warszawie. - Emilia zachichotała, a potem spoważniała i dodała: - Wydaje mi się, że Władek, chociaż uroczy z niego kompan, należy do tych mężczyzn, którzy nigdy nie dorastają. Taki wieczny chłopiec.
- Przecież jest młody, dlaczego miałby się zachowywać jak stateczny urzędnik? - Lidka wzruszyła ramionami.
- Myślę, że on z pewnych zachowań nigdy nie wyrośnie. To słodkie, ale ty potrzebujesz silnego mężczyzny, który nieco stępi ci pazurki. Znam cię, siostro, lepiej niż ty samą siebie i wiem, kogo ci potrzeba.
- Brednie opowiadasz - prychnęła Lidka. - Ja szukam takiego, przy którym nie grozi mi nuda, a z Władkiem nudzić się nie sposób. Zresztą to tylko znajomy, więc nie ma sensu rozważać, jakim byłby mężem czy kochankiem.
- Masz rację, tylko zauważyłam, że Władek jest tobą zainteresowany.
- Emilko, znamy się jeden dzień, a to za krótko, byś mogła wysnuć podobny wniosek.
Emilia położyła się na kocu, wpatrywała się w niebo i żuła źdźbło trawy.
- Bo ja tak sobie myślę, że jeśli spotkam mężczyznę, który jest mi przeznaczony, wystarczy mi kilka minut, żeby to stwierdzić. Porazi mnie piorun, nogi ugną się pode mną albo padnę na ziemię zemdlona, bo będzie jasne, że to ten jedyny - westchnęła.
- Jesteś romantyczką i wierzysz, że podobne rzeczy się zdarzają. Ale znasz mnie, ja twardo stąpam po ziemi i dla mnie miłość od pierwszego wejrzenia jest jedynie wymysłem literatów. Bo cóż można powiedzieć o drugim człowieku po kilku minutach, dniach, a nawet miesiącach? Miłość przychodzi powoli, najpierw jest zauroczenie, sympatia, a potem cała reszta. Jesteś starsza ode mnie i wciąż czekasz na to rażenie piorunem, a ja ci mówię, że możesz nigdy się go nie doczekać.
- Tak czy inaczej, Władek nie jest dla ciebie. Mógłby być twoim przyjacielem, powiernikiem czy kompanem, ale w żadnym razie mężem.
- Na szczęście, siostrzyczko, o tym nie ma mowy. - Roześmiała się.
W drodze powrotnej Władek zaczął perorować o tym, że każdy mężczyzna powinien przed ślubem zobaczyć swoją wybrankę tuż po przebudzeniu, bo potem może się mocno rozczarować. Lidka odniosła wrażenie, że chłopak wciąż wraca do ich pierwszego spotkania, więc postanowiła się odciąć.
- Panie Władku, jeśli pan ofiarowujesz mi się na męża, to już lepiej, żeby pan został wędkarzem.
- Przecież nie złowiłem ani jednej ryby. Ani rybki, ani chociażby rybeńki - zdziwił się Władek.
- Właśnie - mruknęła i popatrzyła na niego z rozbawieniem.
- Jeszczem nigdy nie dostał kosza, zanim w ogóle pomyślałem o pannie. Marny żywot mnie czeka.
- Wciąż mi pan wytyka nasze poranne spotkanie - powiedziała.
- Wytyka? - Zaśmiał się. - Byłem oczarowany, chociaż przyznać się muszę ze wstydem, że o ślubie z panią nie pomyślałem.
- Lidzia ci to wszystko mówi, żebyś już nie musiał nawet tego rozważać - powiedział ze śmiechem Juliusz i dodał: - Cieszmy się spokojem i błogim lenistwem, zanim powrócimy do Warszawy. Nie będzie czasu ani na wędkowanie, ani też na jazdę konną.
- To prawda, chociaż nie ukrywam, że lubię zgiełk. W dużym mieście zawsze coś się dzieje, a nawet jeśli nie zauważam pewnych zdarzeń, to gazeciarz na pewno mnie o tym poinformuje - odparł Władek.
Kiedy wypowiedział te słowa, Lidia polubiła go jeszcze bardziej i nie zmieniła zdania aż do końca swojego pobytu u ciotki. Pływali, grywali w kanastę albo włączali gramofon i tańczyli na wypolerowanym parkiecie w salonie ciotki. To wszystko zapewne nudziłoby Lidię niewymownie, ale Władek był duszą towarzystwa. Zawsze sypnął jakimiś dowcipami, wymyślał niestworzone historie i to sprawiło, że żegnała Ostrówkę z żalem, co dotychczas jej się nie zdarzyło.
***
Gdy w ostatni wieczór bujała się na huśtawce w ogrodzie, zobaczyła Władka niosącego dwie szklanki z lemoniadą. Podał jej jedną, potem zaś usiadł koło niej.
- Aż dziw, żeśmy się wcześniej nie poznali, jeśli mieszkamy tak blisko siebie - powiedział.
- Pan Władek ciągle rozbija się po świecie, a ja... nadal tkwię w naszej nieciekawej mieścinie. Znam jednak pańską siostrę, chociaż się nie przyjaźnimy.
- Moja Irenka jest cudowną dziewczyną, ale rzadko z kimś się zaprzyjaźnia - odparł ze śmiechem. - A teraz niech panna Lidka zamknie oczy.
- Boże, uchowaj, jeszcze mi pan Władek wrzuci żabę do lemoniady - zażartowała.
- Nie zrobię tego, przyrzekam. Ale jak się tak kołyszemy na huśtawce, wyobrażam sobie ogromny parowiec, którym podążamy do Ameryki.
- To jednak zamknę oczy, a pan mi opowie, dokąd płyniemy - westchnęła Lidka.
Zawsze marzyła o podróżach i wielkim świecie. Jej bowiem ograniczał się do Grójca, gdzie mieszkała, i od czasu do czasu Warszawy, do której czasami wybierała się po sprawunki. Jej ojciec dobrze zarabiał i Obramskim wiodło się nieźle, jednak rodzice wyjeżdżali tylko wówczas, gdy było to konieczne. Nie mieli w sobie żadnej ciekawości świata, a wszystko, co nowe, ich przerażało. Woleli swoje ustabilizowane i nieco monotonne życie, gdy tymczasem Lidce marzyły się odległe kontynenty albo chociażby Warszawa z kinami, teatrami i niezliczonymi kawiarniami.
- W takim razie zejdziemy z pokładu w Nowym Jorku. Takich budynków jak tam nie ma na całym świecie. Mają po kilkadziesiąt pięter, a człowiek czuje się wśród nich jak mrówka.
- Był pan w Nowym Jorku? - zapytała z zazdrością w głosie.
- Nie byłem, ale widziałem i filmy, i zdjęcia, bo marzy mi się, że kiedyś zaprojektuję podobną budowlę i stanie ona w centrum Warszawy. I niechże już panna Lidka mówi mi po imieniu, bo czuję się jak emerytowany nauczyciel gimnazjum.
- Dobrze, Władku, niech i tak będzie, ale teraz opowiedz mi o Nowym Jorku. Dopływamy do brzegu, a przed nami majaczy Statua Wolności i co jeszcze możemy zobaczyć?
- Monumentalny most Brookliński - dodał, a po chwili wczuł się w rolę i chociaż nigdy nie był w Ameryce, opowiadał o niej w taki sposób, że Lidce aż trudno było w to uwierzyć.
Była tak zafascynowana podróżą, którą odbyli w wyobraźni, że postanowiła kontynuować znajomość z Władkiem także po wakacjach. W tym roku czekała ją matura, ale obiecała sobie, że gdy tylko ją zda, spakuje walizkę i pojedzie do Warszawy szukać szczęścia i posady. Choćby miała nawet wynajmować pokój przy rodzinie w jakiejś nieciekawej dzielnicy. Po Warszawie jeździły przecież tramwaje i dzięki temu będzie mogła przemieszczać się po całym mieście.
Powrót do domu bardzo przeżyła Emilia, która kochała wieś i spokój, bo wówczas mogła chodzić z głową w chmurach, pisać swoje wiersze w sztambuchu i tęsknić za czasami, gdy kobiety nosiły suto marszczone długie suknie, jedwabne rękawiczki czy fikuśne kapelusze.
- Kobiety wyglądały wtedy jak jakieś księżniczki - mówiła rozmarzonym głosem Emilia.
- I przy okazji zamiatały z ulic łajno i śmieci - drwiła Lidia. - A talię osy zawdzięczały niewygodnym gorsetom, przez które traciły oddech.
- Ale może dzięki temu mniej jadły i miały idealne sylwetki.
- Nam i bez gorsetów niczego nie brakuje. - Zaśmiała się, bo w istocie obie siostry mogły się poszczycić szczupłymi figurami.
- Będziesz się widywała z Władysławem? - zapytała w końcu Emilia.
- Mam nadzieję - westchnęła. - On jest taki jak ja. Lubi podróże i nie traktuje życia zbyt poważnie.
- Właśnie - mruknęła Emilia. - A tobie potrzebny jest ktoś, kto podróżuje, a nie tylko to sobie wyobraża.
- Przecież mieszkał dwa lata w Paryżu, a ja nawet tam nie byłam - burknęła Lidka.
- Posłuchaj, siostrzyczko. Wiesz, że kocham cię nad życie, ale to chłopięce spojrzenie na świat rychło ci się znudzi. Bo czyż taki prześmiewca może być romantykiem? Nie mówię, że Władek jest głupi, ale zachowuje się jak sztubak, a przecież już za dwa lata kończy studia.
- Lubię go. - Wzruszyła ramionami.
- Tak, Lidziu, i przez całe życie będziesz go lubiła.
- A co w tym złego? - zdziwiła się.
- Nic. Jednak namiętność, żar płomiennych uczuć i drżenie serca nie pasują mi kompletnie do Władka.
- Ale ja nie jestem taka jak ty - prychnęła.
Rozzłościła się trochę na siostrę, bo ta za wszelką cenę usiłowała zniechęcić ją do ich nowego znajomego. Tymczasem Lidka nie pamiętała, kiedy tak dobrze czuła się w czyimś towarzystwie. Uważała także, że te wszystkie romantyczne uniesienia cechują znudzone pensjonarki, którym się wydaje, że mąż będzie je przez całe życie adorował. Ona tego nie potrzebowała i wolałaby mieć przy sobie partnera, z którym połączy ją przyjaźń i wspólne zainteresowania, zaś wzdychanie przy świetle księżyca zostawiała takim kobietom jak Emilia.
Po powrocie do domu Lidia Obramska wciąż myślała o zabawnym Władku, który miał niesamowitą wyobraźnię i duszę niesfornego chłopca. Polubiła go, bo byli do siebie podobni i wciąż marzyli o życiu pełnym przygód i ciekawych doznań. Nie zastanawiali się nad tym, jak osiągnąć stabilizację, ale jak rozproszyć nudę codzienności. Może serce nie biło jej mocniej na widok tego mężczyzny ani też nie drżały usta, gdy z nim rozmawiała, ale takie rzeczy mogły zajmować wrażliwą Emilię, a nie takiego niespokojnego ducha jak ona. Lidia mogłaby być wiecznym nomadą, bez stałego miejsca na ziemi i z głową pełną szalonych pomysłów. Szkoda jej było i czasu, i energii, by skupiać się na jakichś ckliwych historiach. To nie było jej do niczego potrzebne.
Uważała także, że Emilia myli się zupełnie, bo to właśnie Władek był mężczyzną dla niej stworzonym. Miała nadzieję, że wkrótce ją odwiedzi albo przyśle liścik, w którym zaproponuje spotkanie. Czekała jednak bez zniecierpliwienia. Spała jak zawsze, bardzo dobrze i mocno, nie straciła apetytu ani też nie miała napadów wilczego głodu. Zachowywała się jak zwykle i to chyba było najbardziej dla jej siostry podejrzane, bo przecież zakochane kobiety powinny cierpieć katusze, nie widząc ukochanego choćby przez chwilę.