Wrogie przejęcie firmy przez Vistulę w 2008 roku bardzo zmieniło moje patrzenie na świat. Uzmysłowiło mi, że nic nie jest dane nam na zawsze, a wolny rynek to nie tylko wolna konkurencja, ale też czasem bardzo brutalne działania, wobec których trzeba umieć się odnaleźć i którym trzeba przeciwdziałać.
W 2008 roku mówiła o nas cała Polska. Okrzyknięto mnie bohaterem, kreślono wizję, że o naszej rodzinie będą powstawać filmy, a moją rolę odgrywać będzie Janusz Gajos. Zgłaszały się różne osoby chcące przeprowadzić ze mną wywiad rzekę. Podchodziłem do tego z dużym dystansem, ale to zainteresowanie moją osobą i naszą historią unaoczniło mi, że ludzie chcieliby o nas wiedzieć więcej.
Stąd latem 2009 roku usiadłem i zacząłem spisywać swoje wspomnienia. Wówczas jeszcze słabo posługiwałem się komputerem, wolałem pisać ręcznie. Zacząłem od środka - opisałem lata 1978-1983. Wyszło tego kilkadziesiąt stron historii prywaciarza, który posiadł umiejętność zgrabnego poruszania się po tamtej rzeczywistości bez naruszania prawa i bez politycznych układów. Moja biedna sekretarka próbowała potem to odczytać i przepisać te moje bazgroły, pisałem bowiem jak kruk pazurem...
Potem pochłonęły mnie dalsze zawirowania z Vistulą i budowanie nowej marki jubilerskiej Ania Kruk. Po latach wróciłem do tamtych notatek i zacząłem je uzupełniać. Wyszła z tego całkiem długa książka. Ale czy to może dziwić? W końcu nasza jubilerska historia liczy około stu osiemdziesięciu lat.
Wszystko na tle burzliwych dziejów naszego kraju. Najpierw pierwsze wyroby wuja Leona Skrzetuskiego, potem dziadka Władysława. Czas zaborów, walki o polskość, dalej budowa II RP przez mojego dziadka, ojca i wujka Tusia, którego bardziej niż jubilerstwo pochłaniała branża rozrywkowa. Jest trudna wojenna historia różnych członków mojej rodziny, a po niej umiejętne odnajdywanie się w zmieniających się z dekady na dekadę realiach PRL, gdzie postrzegano nas jako wrogów klasowych. Wreszcie zakończenie w III RP - zachłyśnięcie się wolnością, budową wolnej Polski przy jednoczesnym otwarciu zupełnie nowych możliwości w naszej branży. Są trudne doświadczenia wrogiego przejęcia, ale też historia tego, jak mi się z tej sytuacji udało wybrnąć, spaść na cztery łapy i przekazać stery kolejnemu pokoleniu.
Nie jestem literatem, stąd pisałem te wspomnienia ponad dziesięć lat. Szeroko korzystałem z notatek zostawionych przez mojego ojca Henryka. Ogromną pomocą było dla mnie solidnie prowadzone przez żonę archiwum prasowe dotyczące zarówno mojej działalności biznesowej, jak i społeczno-senatorskiej. Wszystkie materiały leżały chronologicznie poodkładane w pękatych segregatorach, jakby czekały na kogoś, kto po nie sięgnie i spisze tę historię. Spróbowałem.
Przyjemnej lektury!
Wojciech Kruk