Rozdział drugi
Niebieskie. Jego oczy miały odcień znoszonych dżinsów. Charlotte przyjrzała się twarzy Gavina, szukając znajomych rysów, i zatrzymała wzrok na jego ustach. Aha! Górna warga miała wyraźne wcięcie, a dolna była od niej pulchniejsza.
Gapisz się na jego usta. Momentalnie spojrzała z powrotem na jego oczy. Tak, przyłapał ją. Jej twarz zapłonęła żarem. Z opóźnieniem schowała lornetkę za plecy. Czemu nadal miała ją przy sobie?
- Cześć. - Odchrząknęła i spróbowała jeszcze raz. - Cześć.
Gavin uśmiechnął się profesjonalnie i uścisnął jej dłoń.
- Ty jesteś Charlotte, prawda? Chyba nigdy formalnie się nie poznaliśmy. Gavin Robinson.
- Tak, tak. Wydaje mi się, że twoja młodsza siostra chodziła ze mną do szkoły, do starszej klasy.
- Możliwe.
Nie patrz na jego usta. Jej ciekawskie oczy powędrowały do jego uszu. Małe i nieco spiczaste, z lekko odstającymi płatkami, dokładnie jak u...
- Gavin Robinson. - Wyciągnął rękę do Gunnera.
- Gunner Dawson.
- Przepraszam, nie przedstawiłam was sobie. Gavin jest właścicielem firmy Robinson Construction, a Gunner to... hmmm... mój nowy trener koni. Tak? Oczywiście jeżeli jest otwarty na tę propozycję. - Wow, ależ dzisiaj gładko jej szło.
Gunner uniósł wysoko brwi i popatrzył jej w oczy.
- Bardzo chętnie.
- W takim razie gratulacje - powiedział Gavin. - Chyba jesteś tu nowy. Skąd przyjechałeś?
- Ostatnio mieszkałem w Louisville.
- Pracował tam w wielkiej stadninie koni - dodała Charlotte, a Gunner przytaknął.
- Zeszłego lata przechodziłem przez Riverbend, idąc szlakiem, i spodobało mi się to miasteczko.
- Nie tobie pierwszemu. Witamy w Riverbend. - Gavin wyjął wizytówkę z kieszeni i podał Gunnerowi. - Nie potrzebujesz budowlańców, ale jeśli będziesz potrzebował czegokolwiek, zadzwoń do mnie. Znam wszystkie najlepsze knajpy.
- To bardzo miłe. Dzięki.
- Zobaczysz, większość ludzi tutaj jest pomocna i serdeczna.
Charlotte odzyskała język w gębie.
- Gavin ma rację. Bez problemu się tu odnajdziesz i nawiążesz przyjaźnie.
Będzie tu tylko przez sześć miesięcy, bo w listopadzie czekała na niego wspaniała posada, ale nie było powodów, żeby się tu nie rozgościł.
- Dobrze wiedzieć. - Gunner odsunął się i potwierdził Charlotte, że wróci rano.
Została sama z Gavinem. Niezręcznie przestąpiła z nogi na nogę.
- Wpadłem przyjrzeć się stopom fundamentowym. Będę tu przyjeżdżał regularnie i razem z Wesem wykonamy rusztowanie. W naszej firmie dużo robimy własnymi rękami.
- To właśnie mi powiedział. Świetnie. - Czy słyszał lekkie drżenie jej głosu?
- Nie po to otwierałem własną firmę, żeby siedzieć za biurkiem.
- Oczywiście. Mam podobnie. - Było tak wiele spraw, niezwiązanych z budową, o które chciała go zapytać, ale wszystkie pytania utknęły jej w gardle. I tak nie mogłaby ich zadać.
- To ma sens. Masz kawał ziemi. Twoja nowa stajnia będzie cennym nabytkiem.
- Taką mam nadzieję.
- Chyba jeszcze nie przekazałem ci kondolencji z powodu śmierci twojej mamy. Właściwie jej nie znałem, ale w miasteczku była bardzo lubiana. I słynęła z wielkiej troski o swoje konie.
Minęło dziewięć miesięcy, ale wzmianka o mamie nadal otwierała w jej wnętrzu zionącą pustkę.
- Dziękuję. Kochała je, jakby były jej dziećmi. A ja zamierzam postępować tak samo.
- Dobrze zaczynasz. - Zerknął do tyłu. - To będzie Tadż Mahal wszystkich stajni.
Albo jej ostatni wysiłek, by uratować to ranczo.
- Daj z siebie wszystko albo daj sobie spokój.
Jego oczy rozbłysły.
- Podoba mi się takie myślenie. Wes i ja będziemy tu przez większość przyszłego tygodnia i w kolejnym, żeby postawić rusztowanie. Zdziwisz się, jak szybko ten budynek urośnie. Ale reszta będzie wymagała cierpliwości. Na pewno już ci wspominał, że postaramy się wykonać prace w terminie, ale czasami pogoda może pokrzyżować nam plany, albo opóźnienia w dostawie materiałów. Ale do pierwszego lipca ją postawimy.
- Wyjaśnił mi to wszystko. W porządku. Macie tu dobrą reputację.
- W takim razie spróbujemy jej sprostać. Jeśli nie masz już do mnie żadnych pytań, muszę zajrzeć do innego zlecenia.
Żałowała, że nie przyszło jej do głowy nic inteligentnego, bo nie chciała, żeby już poszedł. Ale nie odróżniłaby stóp fundamentowych od paska klinowego.
- Nie mam. Wszystko jasne.
- Dobrze, w takim razie do zobaczenia o świcie w poniedziałek.
- Jasne.
Zebrał się do odejścia.
Mogłaby jeszcze raz powiedzieć "jasne". Poza tym przyłapał ją, jak gapiła się na jego usta! Świetne wrażenie zrobiłaś, Charlotte. Zakryła oczy. Pewnie miał ochotę uciekać stąd z krzykiem. Zapewne po przyjeździe do domu opowie żonie o dziwnej młodej ranczerce, która na zabój się w nim zakochała.
Zadrżała. Bo wtedy byłby w ogromnym błędzie. Jeśli ciekawił ją tak bardzo, że posuwała się do szpiegostwa i wlepiania w niego wzroku, to tylko dlatego, że za bardzo się bała powiedzieć mu prawdę. O tym, że w wieku dwudziestu sześciu lat, kiedy jej jedyna krewna umarła, Charlotte odkryła, że ma troje biologicznego rodzeństwa - a jednym z nich był Gavin Robinson.
- Kim był ten gorący towar na motorze? - Młodsza siostra Charlotte wpadła do domu minutę po niej i podeszła do lodówki.
Emerson miała dwadzieścia jeden lat i już dawno nie wyglądała na taką zabiedzoną jak wtedy, gdy razem ze swoim ojcem pojawiła się w życiu Charlotte. Teraz była o pięć centymetrów wyższa od mierzącej metr pięćdziesiąt siedem siostry i miała szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Z tymi swoimi niebieskimi oczami i gęstymi blond włosami sięgającymi do pasa przypominała księżniczkę Disneya.
- A gdzie "dzień dobry"? To był nasz nowy trener koni, Gunner. Właśnie naprędce przeprowadziłam z nim rozmowę kwalifikacyjną i zaliczył ją bez zarzutu. - Ze swojego miejsca przy zlewie zgromiła Emerson wzrokiem. - I jest dla ciebie stanowczo za stary.
Emmie poruszyła wymownie brwiami.
- Ale dla ciebie nie.
- Pracownicy rancza są poza zasięgiem.
- Nigdy nie było takiej zasady.
- Bo nigdy wcześniej nie miałyśmy pracowników. - Charlotte umyła ręce i chwyciła ręcznik.
Sądząc po mailach, wyobrażała sobie Gunnera jako starszego. Przynajmniej po czterdziestce, łysiejącego i z obwisłą oponką przesłaniającą pasek do spodni. A on okazał się szczupły i umięśniony, z bujnymi ciemnymi włosami i zielonymi oczami, które jakimś cudem przejrzały ją na wylot - a przynajmniej tak jej się wydawało.
W oczach Emerson rozbłysły iskierki.
- Zdajesz sobie sprawę, że każda właścicielka konia w promieniu siedemdziesięciu kilometrów nagle będzie miała jakiś problem ze swoim zwierzęciem?
- Świetnie, przyda nam się ruch w biznesie.
- Czemu ją wyjęłaś? - Emerson skinęła w stronę lornetki, którą Charlotte odłożyła na kuchenną wyspę.
- Eee... Przyglądałam się budowie... No wiesz, stajni.
- To trochę dziwne. Wiesz o tym, nie?
- Nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna.
Charlotte nie wspomniała Emerson o swoim ostatnim odkryciu - o biologicznym ojcu i rodzeństwie. Chociaż były prawdziwymi siostrami pod każdym istotnym względem, nie były ze sobą spokrewnione i Charlotte nie chciała ranić jej uczuć. Kiedyś jednak będzie musiała jej powiedzieć.
Na pewno zanim ujawni prawdę Robinsonom - jeśli kiedykolwiek się na to zdobędzie.
Emerson dopiła wodę ze szklanki.
- Pojadę na kilka dni do April.
Charlotte opadły ręce. Miała mnóstwo roboty z nowymi końmi przeznaczonymi na wycieczki szlakiem, z nowym trenerem, ze stajnią, z nadchodzącym dniem otwartym i dyżurami w Trailhead Bar and Grill.
- Nie możesz tego przełożyć? Mamy tu mnóstwo pracy.
- Muszę jej pomóc z komputerem. Chce rozkręcić swój jubilerski interes. A ja tak dawno nie wyrwałam się z domu.
Charlotte nie pamiętała, kiedy sama miała coś w rodzaju wolnego dnia. Jednak Emerson zawsze była trochę rozpieszczana. I Charlotte ponosiła winę za to na równi z rodzicami.
- Rozumiem cię, ale potrzebuję twojej pomocy przy koniach, zwłaszcza odkąd kupiłyśmy nowe.
Emerson zgromiła ją wzrokiem.
- Chyba odkąd ty je kupiłaś.
- Odkąd ranczo je nabyło, a ty jesteś jego współwłaścicielką. Naprawdę nie powinnaś ot tak wyjeżdżać, kiedy jest tyle roboty przy rozwoju firmy. Miałam nadzieję, że zrobimy burzę mózgów dotyczącą naszego dnia otwartego. - Liczyła na to, że to będzie wielki dzień. Musiały sprawić, by ranczo wyszło spod kreski.
Emerson skrzyżowała ramiona.
- Właśnie dlatego chciałam je sprzedać. Pomyśl tylko, co mogłyśmy zrobić z tymi pieniędzmi.
- Nie pozwolę, żeby ranczo, które jest w naszej rodzinie od trzech pokoleń, przepadło. Obiecałam mamie.
Ile razy musiały toczyć tę samą rozmowę?
- Właśnie. Ty jej obiecałaś, a nie powinnaś! Ono należy do mnie tak samo jak do ciebie, a nie dałaś mi nic powiedzieć.
- Myślałam, że to ustaliłyśmy.
- Nie, to ty to ustaliłaś, bo nie mogę sprzedać swojej połowy bez ciebie. A więc proszę bardzo, rób wszystko po swojemu. Ale ja nie dam się uwiązać do tego głupiego rancza na resztę życia. Ja też mam swoje plany i marzenia, wiesz?
Jakby Emerson kiedykolwiek wykazywała wielką inicjatywę.
- Na przykład jakie?
- Nie wiem, na przykład otwarcie własnej kawiarni, piekarni albo pójście na studia, podróże.
Charlotte pokręciła głową.
- To miasto ma już piekarnię, nie cierpiałaś szkoły i nie masz kasy na podróże.
- Ale miałabym, gdybyśmy sprzedały ranczo. Uwielbiam piec i przyrządzać jedzenie. Może mogłabym pójść do szkoły kulinarnej.
To dopiero zaskoczenie. Charlotte zamrugała. Przecież w podstawówce Emmie chciała być baleriną, a w liceum rysowniczką portretów pamięciowych, astronautką i zawodową koszykarką.
- Jesteś świetną kucharką. Na pewno wrócimy do tematu. Ale czy teraz możemy się skupić na ranczu? Jest za dużo pracy dla jednej osoby.
- Nie chcę pracować ze zwierzętami od świtu do nocy. Nawet nie zarabiamy na tym godziwych pieniędzy. Mama nie umiała rozkręcić interesu.
Owszem, to praca taty, który był kierowcą ciężarówki, pozwalała utrzymać to miejsce. A po rozwodzie mama ledwo wiązała koniec z końcem. Tata wyprowadził się do Asheville. Emerson została w Riverbend, bo dopiero co zaczęła liceum, a tata często jeździł w trasy.
- Poradzimy sobie - powiedziała Charlotte. - Jak myślisz, po co robimy to wszystko? Stajnię, dzień otwarty, rozwój?
Emerson zaśmiała się cierpko.
- O tak, porozmawiajmy o stajni... I o osiemdziesięciu tysiącach dolarów z funduszu emerytalnego mamy, które wykorzystujesz na jej budowę. Mogłyśmy nimi spłacić pożyczkę i wystawić ziemię na...
- Nie miałam pojęcia, że tak bardzo zależało ci...
- Bo nie pozwoliłaś mi nic powiedzieć. To, że jesteś starsza, nie oznacza, że wszystko wiesz.
- Pytałam cię, co o tym myślisz. W salonie, tamtego wieczoru, kiedy dostałyśmy czek z funduszu emerytalnego.
- Tak, pytałaś. I powiedziałam ci, że nie wyobrażam sobie siebie na ranczu na dłuższą metę.
- Myślałam, że chodziło ci... nie wiem, o dziesięć lat, czy coś. Czemu nie mówiłaś wcześniej?
Emerson wywróciła oczami.
- Bo byś na mnie naskoczyła, jak zawsze.
- Wcale tak nie robię.
- Właśnie teraz to robisz!
- To nie fair. Plan rozwoju już jest w trakcie wdrażania. Już za późno, żeby go zatrzymać. To przyniesie więcej pieniędzy, zobaczysz. Kiedy zgarniesz połowę zysków, już nie będziesz narzekać.
Emerson posłała jej zimne spojrzenie.
- Muszę iść. - Ruszyła w stronę schodów.
- Emerson, nie odchodź tak.
Odwróciła się i prychnęła.
- Wszystko okej, Charlotte. Spakuję torbę i pojadę do April. Na pewno coś wymyślisz. Jak zawsze.
Charlotte zacisnęła zęby.
- Możesz chociaż wyczyścić zbiornik na wodę, zanim wyjedziesz? Muszę być o szesnastej w pracy.
- Sorry, nie dam rady. Wpadłam tylko po swoje rzeczy. - Wyszła z pokoju i wbiegła po schodach.
Charlotte chwyciła pustą szklankę Emerson i schowała do zmywarki. Nie mogła uwierzyć, że siostra wyjeżdża i daje jej znać w ostatniej chwili. Choć to nie Emerson dźwigała na barkach brzemię rancza i koni. Nie żeby to było brzemię. Charlotte kochała je ponad wszystko.
Zaczęło się od opowieści babci o początkach rancza, o poświęceniach, jakich wymagało od dziadków, którzy po jego założeniu ledwo byli w stanie się utrzymać. O tym, jak dziadek wykorzystał wszystkie środki ze spadku, by zacząć hodowlę koni. Tak bardzo kochali życie na ranczu, że jakoś wytrzymali do czasu, aż zaczęło przynosić prawdziwe dochody. Młode, chętne przygód serce Charlotte uwielbiało te historie.
Ale kiedy ranczo przejęła jej mama, gospodarka podupadła i trudno było utrzymać hodowlę. Mama podjęła trudną decyzję, by zamiast tego otworzyć pensjonat dla koni, i przyjęła pełnoetatową posadę w banku, żeby utrzymać stajnię. Dzięki jej wysiłkom ranczo przetrwało, ale nie było już samowystarczalne.
Być może mama czuła, że ranczo wymyka jej się z rąk, kiedy dwa tygodnie przed śmiercią wyciągnęła z Charlotte tamtą obietnicę.
Siedziała wtedy w prowizorycznym biurze w stajni i zajmowała się rachunkami, gdy Charlotte do niej zajrzała.
- Muszę pojechać do sklepu z karmą. Potrzebujemy czegoś oprócz glukozaminy?
- Chyba nie. - Mama nie podniosła wzroku znad pracy. Miała ściągnięte brwi i zmarszczone czoło.
Charlotte odłożyła łopatę i weszła do pokoju.
- Coś jest nie tak?
Mama odchyliła się na krześle, wodząc wzrokiem po rachunkach rozłożonych na biurku. Westchnęła ciężko.
- Popełniłam błąd.
- Jak to?
Pokręciła głową.
- Nie powinnam była otwierać pensjonatu dla koni. Hodowla była dobra... Po prostu przechodziła trudne chwile z powodu załamania gospodarki. Gdybym to przeczekała...
- Nie mogłaś przewidzieć, co się stanie. Możliwe, że firma zupełnie by zbankrutowała.
- Martwię się o jej przyszłość.
- Będzie dobrze, mamo.
- Musimy wprowadzić pewne zmiany, ale to kosztuje, a my nie mamy pieniędzy. Starzeję się i nie chcę zostawiać was, dziewczyny, w tej sytuacji. O ile w ogóle nie zrujnuję rancza. Twoi dziadkowie tak ciężko pracowali, żeby je zbudować.
Charlotte złapała mamę za rękę.
- Nie pozwolimy, żeby to się stało, mamo. Przemyślmy to.
- Myślę nad tym od miesięcy. Zaraz oszaleję.
- No to ja coś wymyślę. - Ścisnęła dłoń mamy. - Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Nie pozwolę, żeby to ranczo upadło.
Charlotte mówiła wtedy z głębi serca, ale od czasu śmierci mamy z trudem wiązała koniec z końcem. Nie zarabiała tyle, co mama w banku. Inwestycja w rozwój firmy była ostatnim wysiłkiem, by raz jeszcze postawić interes na nogi. Inaczej Charlotte nie widziała możliwości utrzymania tego miejsca.
Siostra zbiegła głośno ze schodów.
- Do zobaczenia, pewnie w środę.
- W środę?!
Emerson zgromiła ją wzrokiem.
Charlotte westchnęła.
- Niech będzie. Jedź ostrożnie. Pozdrów April! - zawołała, tuż zanim trzasnęły drzwi z moskitierą.
Szkoda, że nie miały możliwości wszystkiego przegadać, ale Charlotte i tak nie była teraz w nastroju. Całkiem możliwe, że powiedziałaby coś, czego później by żałowała.
Nie kłóciły się tak, odkąd były nastolatkami. Emerson skarżyła się wtedy, że Charlotte się rządzi, a Charlotte upierała się, że Emerson zawsze się upiecze - co było prawdą. Wszystkie zasady, które wobec Charlotte były uznawane za żelazne, dla Emerson podlegały negocjacjom.
W takie dni jak ten żałowała, że mama już nie żyje. Tata zresztą też. Emerson była zagubiona, odkąd odeszli. Nie chodziła już do kościoła, nie odwiedzała cmentarzy i nie miała żadnego celu w życiu. Charlotte okropnie tęskniła za obojgiem rodziców. Od zawsze wiedziała, że Patrick Simpson nie był jej biologicznym ojcem. Ale prawie nic nie pamiętała z czasów, zanim pojawił się w jej życiu ze swoją małą córeczką, gdy Charlotte miała siedem lat. Emmie, którą niedawno porzuciła matka, przylgnęła do niej jak rzep. Charlotte z radością wzięła na siebie rolę starszej siostry.
A posiadanie ojca było czymś nowym, co bardzo jej się podobało. Latem czasem zabierał ją ze sobą w trasę ciężarówką. Uwielbiała jeździć wielkim pojazdem i słuchać, jak tata rozmawia przez CB-radio. Czasami pozwalał jej też mówić. Nauczyła się slangu, a tata śmiał się z dumą, kiedy tak rozmawiała z innymi kierowcami. Była zachwycona tym tajemnym językiem. Ale najbardziej kochała to, że nawet w samym środku nocy mogła sięgnąć do tej pustki, a ktoś zawsze jej odpowiadał. W jakiś sposób podnosiło ją to na duchu.
Miała tylko kilka wspomnień z czasów przed małżeństwem swoich rodziców. Jedno z nich było w stajni, tuż po tym, jak ukochana klacz mamy, Luna, się oźrebiła.
- Gdzie jest tatuś źrebaka? - spytała Charlotte, obserwując, jak Luna czyści swoje młode, stojące na uginających się nóżkach, a znajomy zapach słomy i koni wypełniał powietrze.
Mama przykucnęła obok niej.
- To klaczka, skarbie, pamiętasz? Źrebak, który jest samiczką, to klaczka.
- Gdzie jest tata klaczki? Czy ona jest taka jak ja?
Mama popatrzyła na nią zielonymi oczami.
- Co masz na myśli?
- Ona nie ma taty?
Mama długo milczała. Charlotte sądziła, że nie usłyszała.
- Mamo, czy ona nie ma...?
- Ma tatę. To Rogue, ten ogier, który był u nas zeszłej jesieni, pamiętasz?
Czarny ogier czystej krwi był jednym z najpiękniejszych koni, jakie Charlotte kiedykolwiek widziała - miał lśniącą sierść i bujną grzywę. Był wysoki i potężny i Charlotte nie wolno było się do niego zbliżać.
Mama odwróciła Charlotte ku sobie i pogładziła ją po policzku.
- Ty też masz tatę, kochanie. Ale on nie może z nami być.
Charlotte pomyślała o dużym, silnym koniu.
- Jak Rogue?
Oczy mamy zabłyszczały i pokiwała głową.
- Tak, skarbie. Jak Rogue.
Gdzieś miała silnego, potężnego tatę, który nie mógł z nią być. To jej wystarczyło. Może jej prawdziwy tata był superbohaterem.
Później powróciła do sprawy swojego biologicznego ojca w czasach podstawówki. Ale mama zawsze odpowiadała wymijająco i szybko zmieniała temat. Kiedy Charlotte była w piątej klasie, wiedziała już, że superbohaterowie nie istnieją. Ale może był agentem FBI albo astronautą, albo komandosem marynarki wojennej. Oni też mieli tajne misje. Jego praca była ważna i nie mógł mieć normalnego życia rodzinnego jak inni ojcowie.
A potem, w szóstej klasie, następnego ranka po zabawie, na której uczestniczyła w tańcu ojców z córkami, zastała mamę samą w kuchni. Przywitały się i rozmawiały o tańcu, a Charlotte w tym czasie nalewała sobie mleka do miski jabłkowych płatków śniadaniowych. Pamiętała, jak wspaniale bawiła się poprzedniego dnia z tatą, ale kiedy wieczór się skończył, pytanie, które dusiła w sobie od lat, wypłynęło na powierzchnię.
Usiadła za stołem naprzeciwko mamy i wzięła głęboki wdech dla odwagi.
- Mamo... kto jest moim prawdziwym ojcem?
Łyżka mamy zatrzymała się w połowie drogi do celu. Kobieta zamrugała.
- Patrick jest twoim ojcem, Charlotte. Jedynym, który się liczy.
Ale ona była już dość duża, żeby interesować się tym, skąd pochodziła. I dość duża, żeby zastanawiać się, dlaczego ojciec nie może z nią być. Jej klasa robiła w zeszłym semestrze drzewa genealogiczne i miała poczucie, że połowa jej pracy to kłamstwo.
- Wiesz, o co mi chodzi. Czy nie mam prawa wiedzieć, kto jest moim prawdziwym ojcem?
Właśnie wtedy w drzwiach pojawił się tata. Stanął jak wryty. Kąciki jego oczu opadły. Rozdziawił usta. Nagle wydał się jej o dziesięć lat starszy niż wczoraj wieczorem, kiedy śmiał się i kręcił nią w kółko na parkiecie.
Po szyi Charlotte wspiął się rumieniec. Zawładnęło nią poczucie wstydu, nagle poczuła się oślizgła i paskudna.
Mama znowu zmieniła temat, ale Charlotte nie mogła zapomnieć bólu wymalowanego na twarzy taty. Męczyło ją to przez wiele tygodni i nie wiedziała, jak to naprawić. On nigdy więcej nie podjął tej kwestii, więc ona też.
Wkrótce wszystko wróciło do normy i chociaż Charlotte nadal była ciekawa, kto jest jej biologicznym ojcem, już nigdy więcej nie zaryzykowała i nie pytała o to, by znowu nie skrzywdzić taty.