1
Siedziałem tego dnia w kawiarni na placu Grunwaldzkim. Korzystałem z ostatnich promieni słońca. Koniec sierpnia to czas, kiedy wielkie miasta stają się całkiem znośne. Lato we Wrocławiu było jeszcze w pełni, choć za chwilę miało się nagle skończyć, jak to się zdarza w naszej strefie geograficznej. W powietrzu unosiła się woń spalin i nagrzanego asfaltu. Nie przeszkadzało mi to. Lubiłem jesień, więc te ostatnie dni sierpnia miały dla mnie dodatkową wartość, prawie sentymentalną.
Korzystałem z przywilejów przynależących - z grubsza - do świata dorosłych. Kawa, papieros, gazeta. Drukowana na papierze zostawiającym czarne ślady na palcach; żadna tam cyfrówka. Polityka mnie mierziła, ale wciąż trafiali się dobrzy dziennikarze kulturalni.
Czytałem o premierach, na które się nie wybiorę. O książkach, które mógłbym kupić, ale pewnie zapomnę ich tytuły, jeżeli kiedykolwiek dotrę do księgarni. Obietnica - może to było najprzyjemniejsze.
To nie były luksusy, na które mogłem sobie zazwyczaj pozwolić. Może właśnie dlatego, aby przywołać mnie do porządku, zadzwonił telefon.
- Halo.
Chwila ciszy.
- Czy to pan Turski?
- Tak, to ja.
Nie przedstawiałem się przy odbieraniu połączenia. Byłoby to może profesjonalne, ale dla mnie ciut korporacyjne.
- Nazywam się Beata Gajus. Dzwonię... - kobieta wyraźnie się zawahała - w sprawie terapii.
W słuchawce słyszałem jej nerwowy oddech. Dałem jej jeszcze chwilę.
- To znaczy interwencji - dodała.
- Tak, słucham.
- Dobrze się dodzwoniłam, prawda?
- Tak. To ja. Jestem panem nianią - odparłem.
Czułem, że się uśmiechnęła.
- Przestudiowałam pańską stronę.
- Bardzo mi miło.
- Wszystko, co tam jest napisane...
- Jest aktualne.
- Czytałam również pana książkę.
- Cieszę się. To znaczy, że dwa pięćdziesiąt wpadło mi do kieszeni.
Zaśmiała się teraz już wyraźnie. Wsłuchiwałem się. Małe, dziwne hobby. Czy można przejrzeć charaktery ludzi na podstawie ich śmiechu? Oczywiście to czarna magia. Gdybym miał taki dar, z pewnością uniknąłbym wielu kłopotów.
- Nie jest pan bardzo oficjalny.
- Skoro państwo zapraszają mnie do swoich domów, chyba nie powinienem. Proszę mi opowiedzieć, z czym pani do mnie dzwoni.
Miałem wrażenie, że zaczerpnęła tchu.
- Chłopiec ma na imię Michał. Ma siedem lat. Jest żywym, bystrym dzieckiem. Nie wiem, co więcej...
- Jakieś konkretne problemy zdrowotne? Leki?
- Nie. Fizycznie, można powiedzieć, zdrowy jak rydz. Choć... może powinien pan coś wiedzieć...
Znowu się zawahała. Trwało to trochę za długo.
- Przepraszam, czy pani pozwoli?
- Tak?
- Nie muszę znać szczegółów sprawy teraz. I chętnie porozmawiam z Michałem. Czy zapoznała się pani z moimi metodami pracy?
Wobec jej dłuższego milczenia dodałem:
- Kontrakt możemy delikatnie modyfikować, ale trzon i to, co w nim jest uwzględnione, obowiązuje obie strony.
- Jasne - powiedziała. - Zgodzimy się na wszystko.
- Mam jednak problem z czasem. Przypuszczam, że pani dzwoni w związku ze szkołą?
- Owszem.
Zapadła krótka cisza.
- Bardzo zależy nam na tej interwencji - podjęła Beata Gajus.
- Dobrze, tylko wyjmę notes. Pamięć ludzka to zawodna sprawa.
Zajęło mi to paręnaście sekund. Notes był skórzany, odrapany. Miałem go trzeci rok, stanowił kopalnię informacji.
- Mam wolny czas, ale dopiero w październiku. I to z weekendem pośrodku, taki trochę ślepy termin.
- Jesteśmy chętni - odparła szybko.
- Zatem jedenastego października? Zajmę państwu siedem dni.
- Będziemy czekać. - Podała mi adres. - Czy pana wynagrodzenie jest takie jak na stronie?
- Dane są aktualne. Upewnię się jednak, czy pani doczytała. Bo mogę się zatrzymać w domu, ale także w hotelu, w zależności od preferencji i warunków...
- Hotel z pewnością nie będzie konieczny - ucięła.
Zakończyłem rozmowę. Brzmiała standardowo. Była standardowa. A ja byłem psychologiem z dwudziestoletnim stażem, ze specjalizacją z psychologii klinicznej dziecka. Tym razem miało się okazać, że instynkt zawiódł mnie na całej linii. Nie wiedziałem, jak złą decyzję podejmuję, siedząc w tych ostatnich promieniach słońca na placu Grunwaldzkim we Wrocławiu.
Ponad miesiąc później spakowałem samsonite'a, podlałem kwiaty w naszym mieszkaniu na piętrze domu przy Olszewskiego. Napisałem kartkę dla żony, przeczytałem to, co napisałem. Chwilę później zgniotłem ją i wrzuciłem do kosza na papier. Szybkim krokiem zszedłem do hondy i wstukałem w telefonie nazwę miejsca.
Zwierzyniec. Nigdy tam nie byłem, w ogóle nigdy nie byłem na Roztoczu.
Nuda autostrad, rozkosze starych rockowych ballad. Stacja benzynowa, kanapka i papieros. Pięć godzin później roztoczańska kraina powitała mnie delikatnie pofalowanymi polami, niczym masy ciasta, oraz październikowym lasem we wszystkich kolorach.
Dotarłem do Zwierzyńca. Z perspektywy samochodu trudno było mi nazwać go miastem. Minąłem jakiś pasaż handlowy, ogromny park z wodą, który z pewnością miałem jeszcze obejrzeć, a potem stojące w szeregu budynki. Moim celem był jeden z ostatnich domów w granicach miasta, tak przynajmniej wskazywała mapa. Dalej zaczynał się już słynny las. Minęło mnie kilkoro rowerzystów; ich sprzęt wyglądał na droższy od mojej hondy.
Przede mną pojawiło się srebrzystoszare ogrodzenie, a następnie szutrowy wjazd. Kiedy ukazał mi się dom, ukryty dotąd za rzędem starych olch, pomyślałem, że to raczej domostwo albo nawet coś w rodzaju pałacu - przynajmniej takim mianem określano by to w serwisach sprzedaży nieruchomości.
Patrzyłem na rozległy drewniany budynek, przywodzący na myśl architekturę zakopiańską. Miał dwa skrzydła, potężny ganek, dwupłatowe drzwi wejściowe. Znajdujący się przed nim placyk był wyżwirowany. Z bliska dostrzegłem, że jedno skrzydło domu jest starsze; ciemne drewno nie wyglądało zdrowo. Drugie, wyremontowane, pachniało pieniędzmi. Z pewnością było to jedno z ładniejszych miejsc, w jakich miałem okazję się zatrzymać w trakcie mojej praktyki zawodowej.
Zaparkowałem hondę. Pordzewiałe podwozie i odrapany zderzak raczej nie oznajmiały, że mi się powodzi (i z pewnością prezentowały się gorzej niż strona internetowa, którą pomogła mi skonstruować pewna zdolna studentka). Poprawiłem koszulę i wysiadłem. W powietrzu czuć było chłód - wilgoć drzew, ziemi, wody. Ze znajdującej się po prawej stronie domu szopy - a przynajmniej czegoś, co na nią wyglądało - wyszedł młody mężczyzna w kurtce myśliwskiej. Oparł się o łopatę i patrzył na mnie. Bez słowa. Czarne jak smoła włosy, ciemny wąs, do tego zarost. Nie podchodził, tylko się przyglądał. Kiwnąłem mu głową, nie zareagował.
Zagapiłem się, nie bardzo wiedząc, co zrobić, gdy otworzyły się drzwi domu.
- Dzień dobry.
Beata Gajus schodziła w moim kierunku. Prezentowała się tak, jak sobie ją wyobrażałem. Zadbana kobieta z włosami przyciętymi na wysokości szyi, w stylu fryzjer dwa razy w miesiącu. Rdzawy sweter, bawełniana spódnica.
- Szczepan Turski - oznajmiłem dla pewności.
- Oczywiście. Czekaliśmy na pana.
Pierwsze spojrzenie na człowieka. Większość osób sądzi, że charakter widać na twarzy, brzmi to niczym stara ludowa mądrość. Co myśleli, patrząc na mnie? Wzrost nieco ponad metr osiemdziesiąt. Budowa raczej sportowa - czyli bez brzuszka. Koszula prawie zawsze trochę wymięta. Włosy w połowie czarne, w połowie siwe, obcinam je na krótko. Kilkudniowy zarost, bo całkiem gładka twarz pachnie dla mnie perwersją, a psycholog z brodą to klisza nad klisze.
Jednym słowem, jestem przeciętny, podobno błękitne oczy ratują sytuację. Podobno. Mam czterdzieści pięć lat i nie wyglądam na więcej niż pięćdziesiąt, a przynajmniej żyję w takim przekonaniu.
- Nie ma pan bagażu - zauważyła.
- W samochodzie - objaśniłem.
Podeszła bliżej i podała mi rękę. Sucha dłoń, mocny uścisk. Odwzajemniłem go. Znowu pierwsze wrażenie. Wbrew stereotypom kobiety również zwracają na to uwagę. Lepiej mocniej niż słabiej; lepiej zmiażdżyć rękę niż podać rybę.
- Niech pan od razu weźmie bagaż.
Wyjąłem z bagażnika moją walizeczkę "siedmiodniówkę". Wszystko sobie wyliczyłem - za duża wywoływałaby uniesienie brwi, a jednak muszę jakoś wyglądać, wprowadzając się do czyjegoś domu na parę dni. Do czyjegoś domu i do czyjegoś życia. Pociągnąłem za sobą zgrabnego samsonite'a na kółkach i podążyłem za gospodynią w kierunku domu. Zerknąłem w prawo - mężczyzna w kurtce myśliwskiej już zniknął.
Wnętrze nieco rozczarowywało. Spodziewałbym się tu raczej schodów w stylu Przeminęło z wiatrem albo Wojny i pokoju, tymczasem przechodziłem przez wielką sień, w której na stałe zagościł zapach psa. Wielki owczarek podhalański zawarczał na mnie z legowiska ("Pucek!", przywołała go do porządku gospodyni), następnie weszliśmy do kuchni. Równie wiekowej jak wszystko, co widziałem do tej pory.
Kobieta jakby czytała mi w myślach.
- Potrzeba tu remontu. Namawiam męża, ale... - Urwała.
- Bardzo mi się podoba.
- Czego się pan napije? Kawy, herbaty?
- Może być czarna kawa.
Obserwowałem, jak podchodzi do dużego srebrnego ekspresu. Oszczędne, wyważone ruchy. Wydawało mi się, że nie ma w nich nic zbędnego. Usiadłem przy zarysowanym stole ze śladami dziecięcej kredki. Wryła się głęboko w blat. Wdychałem zapach drewna.
Nie okłamałem gospodyni. Naprawdę pasował mi ten klimat. Starość. Odtrutka na białe ściany, w których kiedyś przyszło mi pracować. Na smutne stare ławki w ciągnących się korytarzach, szare drzwi z tabliczkami oraz papierowe wywieszki. Na zapach desperacji i smutku.
Zrobiła mi kawy. Pociągnąłem łyk; była dobra, aromatyczna. Nie podchodziła chemią jak kawa ze stacji benzynowej, którą piłem po drodze.
- Pewnie pan jest ciekawy, jak na pana trafiłam?
- Dosyć.
Parsknęła śmiechem.
- Dosyć... Teraz wszędzie robią badania opinii.
- Jestem w niszy. Przypuszczam, że oglądała pani mój webinar.
- Niezupełnie... - Wydawało się, że chce coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnowała. - Ale tak, rzeczywiście to sobie obejrzałam. Jak pan to wydedukował?
- Zadzwoniła do mnie pani dzień po. Przekonałem nim panią?
- Powiedzieć panu prawdę?
Próbowałem ją wyczuć i robiłem to ze względów profesjonalnych. Z początku wydawała mi się zimna, ale teraz, kiedy skoncentrowała na mnie swoją uwagę... Są takie kobiety. Uważasz je za zimne, drażniące, władcze. Nie podobają ci się. Dopóki na ciebie nie spojrzą i się tobą nie zainteresują. Wtedy zmienia się optyka.
- Staram się nie działać w kłamstwie - odparłem.
- Na początku wydawał mi się pan zbyt autorytarny. I się pan powtarzał. Zrobiłam sobie przerwę na herbatę, wróciłam, a pan dalej swoje - zaśmiała się. - Ale potem, im dłużej pana słuchałam, jakoś zaczął pan do mnie przemawiać. Zaciekawiać swoim uporem i konsekwencją. Więc zrobiłam to, co każdy teraz robi.
- Mianowicie?
- Sprawdziłam pana.
- No i co pani wykryła?
- Zaskakująco niewiele.
- Bo niewieloma rzeczami się obecnie zajmuję. Właściwie tylko interwencjami.
- Dlaczego?
Wzruszyłem ramionami. Tysiąc przyczyn i żadnej. Tak czy siak, nie miałem obowiązku się zwierzać.
- Przepraszam, może nie powinnam o to pytać - zreflektowała się.
- Chyba po prostu to wydaje mi się właściwe.
- Nie prowadzi pan praktyki...
- Nie. Napisałem książkę i jeżdżę. - Uśmiechnąłem się. - Gadam do komputera, jak pani sama słyszała. Choć z pewnością to nie jest moja specjalność. Prawdę powiedziawszy, obawiałem się, że mogę sobie tym zaszkodzić. Gdyby chciała pani znać prawdę, to boję się internetu.
- Czego konkretnie?
- Że się ośmieszę.
Znowu się zaśmiała. Dopiłem kawę.
- Pewnie chce pan zobaczyć swój pokój? - zapytała.
- Bardziej, niż sądziłem.
- Dom od pokoleń należy do rodziny męża.
- Aha.
- Oczywiście się sypie, a Jacek niezbyt radzi sobie z remontami. Jest bardzo zajęty, no i oczywiście koszty są ogromne.
- Rozumiem.
- Nie jestem pewna. Ale proszę za mną, a być może pan zrozumie.
Zrobiłem, jak poprosiła. Długi korytarz na piętrze prowadził do wielu drzwi. Powiodła mnie do pokoju na samym skraju. Niskie łóżko, stolik, skos.
- Czy odpowiada panu?
- Bardziej niż jakikolwiek hotel.
- Cieszę się.
Usiadła na fotelu.
- Więc jak pana nazwiemy? To znaczy...
Kiwnąłem głową na znak zrozumienia.
- Jedną z opcji jest "wujek", dzieci znają tę formę, ale to zależy od obyczaju domu. Zróbmy tak, żeby wyszło naturalnie. Może być również po imieniu, jeśli pani woli.
- Dowolnie. Michał i tak mówi do większości dorosłych po imieniu. No, tak ma.
- To nic złego, zwłaszcza w tym wieku.
- Może i my przejdziemy na ty?
- Zatem: Szczepan - uśmiechnąłem się. - Nic nie poradzę, że takie imię, czasem dzieci się śmieją.
- Beata. - Wyciągnęła rękę. - Studiowałam twoją stronę, ale proszę, przypomnij mi, jakie są zasady.
- Przede wszystkim patrzę na to, co robicie, odprowadzam go razem z wami do szkoły... Bawię się z nim. Uczestniczę w waszym życiu.
- Mąż rzadko bywa w domu. Pracuje w parku narodowym.
- Rozumiem.
- Jest bardzo zajęty.
- Ale znajdzie dla nas choć trochę czasu? To istotne.
- Postaram się.
Pokiwałem głową. Przez chwilę nad czymś się zastanawiała.
- Ja cię sprawdzałam - powiedziała. - A czy ty nas sprawdzałeś?
- Nie. Im mniej wiem, tym łatwiej mi jest zacząć pracę.
- Nie byłeś ciekaw swoich...
- Klientów - uzupełniłem. - Przyjechałem, żeby pomóc dziecku...
- A nie jego rodzicom, tak?
- Właściwie i to, i to.
Zostawiłem jej przestrzeń. Miałem nadzieję, że sama to skomentuje. Zrobiła to, ale w zaskakujący sposób.
- Mąż nie tylko pracuje w parku. Jest jego dyrektorem.
Znowu nie wiedziałem, co powiedzieć. Do tej pory nie wiem, czy to stanowisko to powód do dumy, czy dowód na posiadanie układów.
- Gratuluję.
Żachnęła się.
- Nie mówię tego po to, żeby się chwalić. Jest dość znany, jak cała nasza rodzina. Uprzedzam, skoro będziesz z Michałem.
- Dziękuję za wprowadzenie. Oczywiście, każdy ci powie, że to ma wpływ. Rodzina, otoczenie chłopca. Ale ja będę tu przez parę dni. Chcę pomóc dziecku i wam. Nie oferuję psychoterapii, mam nadzieję, że to jest jasne.
- Wiem. Dobrze. - Odniosłem wrażenie, że chce już wstać. - Jeśli potrzebujesz się odświeżyć, to łazienka jest na końcu korytarza. Niewielka, ale tylko do twojej dyspozycji. I nie zdziw się, w domu jest jeszcze parę osób.
- Z pewnością wszystkich poznam.
- Tak, myślę, że tak - odparła w zamyśleniu. - Zrobię dziś kolację. To chyba będzie właściwe?
- Nie zaszkodzi.
- A czy przedstawić ci już Michała? Czy zaczekamy do posiłku?
- Chętnie zobaczę go już teraz.
Zdążyłem się zorientować, że zakwaterowano mnie w najstarszej części domu, w tym zbutwiałym skrzydle. Nie miałem nic przeciwko. Musieliśmy przejść przez hol i czułem się jak bohater powieści Dickensa, kiedy tak maszerowaliśmy. Jakbym przeskoczył kilka klas społecznych.
- Nasze pokoje są w tej części - wyjaśniła. - Jest wygodniej. Czy chciałbyś obejrzeć...
- Nie trzeba. Nie przyjechałem z pisma o wystroju wnętrz.
Pokiwała głową, ale uśmiechy się już skończyły; może przestałem być zabawny. Czułem również jej napięcie. Nie przyśpieszałem. Czekałem, zdając sobie sprawę, że dotarliśmy na miejsce. Pod zamknięte drzwi. Zamknięte białe drzwi w wielkim, starym domu.
- Beata. - Zatrzymałem się. - Przyjechałem tu, żeby pomóc, prawda?
- Tak.
- Możesz już mnie poznać z Michałem.
Weszła do pokoju. Podążyłem za nią. Było to pomieszczenie pełne zabawek. Walały się wszędzie. Przyglądałem się temu przez parę sekund. Sporo rzeczy wydawało mi się zniszczonych, poszarpanych, potraktowanych z zaskakującą siłą.
- Nie nadążamy ze sprzątaniem i wymienianiem na nowe - powiedziała.
Pośrodku pokoju siedział chłopiec i układał starą blaszaną kolejkę, jedną z tych, które pamiętają jeszcze czasy naszych ojców. Był ubrany w czerwone spodenki dresowe i zielony sweter. Miał rudoblond loczki, które spadały mu na niebieskie oczy. Podniósł je na mnie.
- To jest nasz Michał - powiedziała Beata.