Woda w jeziorze nigdy nie jest słodka - Giulia Caminito

Kup ebooka

46.00 zł
36.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Każde ludzkie życie zaczyna się od kobiety. Moje - od rudowłosej kobiety, która właśnie wchodzi na salę, ubrana w lniany komplet wyciągnięty z szafy specjalnie na tę okazję. Kupiła go na straganie z przecenionymi markowymi ciuchami przy Porta Portese, nie w byle jakim lumpeksie za grosze, tylko na porządnym straganie opatrzonym tabliczką RÓŻNE CENY.

Kobieta jest moją matką i w lewej ręce trzyma czarną skórzaną teczkę, sama ułożyła włosy, użyła lokówek i lakieru, szczotką podniosła grzywkę, ma zielone oczy z żółtymi cętkami i lakierki od bierzmowania, wchodzi do środka i w pomieszczeniu robi się ciasno.

Na sali przy biurkach siedzą urzędnicy. Matka przestała trzy godziny na rogu budynku z teczką przyciśniętą do piersi, a kiedy o tym opowiada, dodaje, że miała miękkie nogi i zgagę.

Zbliża się, poruszając biodrami, wyprzedza ją woń perfum, którym przykryła zapach soczewicy gotowanej na obiad. Mówi: Ja do dottoressy Ragni, jestem umówiona.

Powtarzała sobie to zdanie przed lustrem, w tramwaju, w windzie i na rogu: Jestem umówiona.

Tonem łagodnym, tonem wesołym, tonem zdecydowanym, szeptem, jakby to było coś normalnego. Teraz mówi to do młodej kobiety bez obrączki i z włosami spiętymi na karku, która patrzy na nią i widzi lekko pognieciony lniany komplet oraz nadgryzioną przy uchwycie skórę teczki.

Panienka spogląda na leżący przed nią terminarz: Jak się pani nazywa?

Antonia Colombo, odpowiada matka.

Urzędniczka uważnie sprawdza terminarz wizyt dottoressy Ragni, szybko przesuwa palcem po stronie i szuka tej całej Colombo, ale jej nie widzi.

Nie ma tu pani nazwiska.

Moja matka się krzywi, wcześniej wielokrotnie myślała o tej chwili, zastanawiała się, co zrobi w tym konkretnym momencie, musiała przestudiować każdą sekundę, w najdrobniejszych szczegółach wyobrazić sobie, co się może wydarzyć, i grymas wychodzi jej dobrze, to grymas zapracowanej kobiety zirytowanej niekompetencją innych i opóźnieniami.

Mówi: Widzi pani, umówiłam się na wizytę tydzień temu, jestem adwokatką, a dottoressa Ragni zapewniła mnie, że będzie tu dzisiaj, mamy duże opóźnienie w dostarczeniu dokumentów.

Grymas mojej matki jest krzywy, a jej zniecierpliwienie prawdziwe, tak prawdziwe jak jej przyciasne buty i wysocy, spoceni mężczyźni w tramwaju.

Kobiety wymieniają argumenty, Antonia Colombo uparcie trwa przy swoim, bo jest pewna, że tak właśnie należy postąpić, zająć stanowisko i nie ustępować ani na krok.

Panienka daje się przekonać, rudowłosa kobieta wygląda na pewną siebie.

W biurze nikt nawet nie podniósł wzroku znad swoich papierów, bo to jeszcze nie kłótnia.

W końcu młoda urzędniczka otwiera drzwi z tabliczką DOTTORESSA RAGNI, a moja matka przechodzi przez próg swojej przyszłości.

Widzi kobietę ubraną w czarną garsonkę w zielone grochy, ale jeszcze nic nie mówi, czeka, aż ta, która ją tu przyprowadziła, zamknie za nią drzwi.

Patrzą na siebie, ta druga trzyma jeszcze ręce w szufladzie, ale szybko ją zamyka. Na regale za jej plecami piętrzą się prawnicze tomiszcza, a moja matka wie, że nigdy nie będzie w stanie trzymać tylu papierów u siebie, ponieważ papier zajmuje miejsce i kosztuje.

A pani to kto? pyta dottoressa Ragni, zakładając nogę na nogę.

Antonia Colombo, odpowiada moja matka i dodaje: Nie znamy się i nie byłam umówiona.

Zapada gęsta cisza, która trwa kilka sekund, dopóki Antonia nie przerwie milczenia.

Nie zna mnie pani, ale na pani biurku leży mój wniosek o przydział, jestem pewna, że gdzieś tam w tej stercie jestem i ja, mieszkam przy via Monterotto 63, a właściwie nie mieszkam, bo moje miejsce zamieszkania nie jest formalnie uznane i gnieciemy się na dwudziestu metrach kwadratowych, w suterenie, a rachunki nie są na moje nazwisko i obciążyli mnie grzywną za bezprawne zajmowanie lokalu, wpłaciłam pieniądze z góry, aby móc tam zostać, i chcę uregulować swoją sytuację, minęło już pięć lat.

Dottoressa podnosi się z krzesła, okazuje się, że nie jest zbyt wysoka, zdejmuje okulary, są okrągłe i mają szylkretowe oprawki, z irytacją rzuca je na biurko i krzyczy na moją matkę, żeby wyszła.

Byłam w urzędzie, we wszystkich waszych urzędach, przyniosłam dokumenty, których zażądaliście, wyszłam za mężczyznę, który ze mną mieszka, adoptował mojego syna, zaszłam w ciążę, założyłam rodzinę, spełniłam wszystkie wymagania, wylicza moja matka.

Dottoressa zaczyna wybierać numer w telefonie, po czym rzuca słuchawką, grozi, że wezwie policję, i mówi mojej matce, by natychmiast wyszła, i jak w ogóle śmiała wejść do niej pod fałszywym pretekstem, podnosi głos i powtarza: Jak pani śmiała?

I w tym momencie moja matka siada po turecku na podłodze, a lniana spódnica odsłania jej białe piegowate uda. Podnosi wysoko ręce i oznajmia: Jestem tutaj, bo chcę mieć swój dom.

Siedzi nieruchomo, ramiona ma sztywne, dłonie szeroko otwarte, pusta teczka leży na ziemi, moja matka nie jest żadną adwokatką i nie ma umówionych spotkań z nikim ważnym, ma mieszkanie, które oczyściła ze szczurów, karaluchów i strzykawek po narkomanach, i żąda rozwiązania.

Dottoressa odchodzi od biurka i obchodzi moją matkę bokiem, celowo potrąca ją kolanem, otwiera drzwi, wzywa pomoc, woła: Na podłodze siedzi wariatka, zabierzcie ją.

Wtedy wbiegają - ta młoda urzędniczka, kilku mężczyzn, woźny i portierka - i widzą przyrośnięty do podłogi pniak kobiety, którym jest moja matka, z rękami uniesionymi do sufitu i lnianą spódnicą całkiem już podwiniętą, a matka ma kamienną twarz i miele w ustach obelgi oraz pieśni gotowe do wyśpiewania na całe gardło.

Nie wierzy, by potrafili zrozumieć, jak to jest dojść do punktu, w którym nie da się już dłużej wytrzymać, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu pracownikach socjalnych, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu urzędach pocztowych, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu adwokatach z urzędu, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu urzędnikach z zarządu nieruchomości, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu formularzach do wypełnienia, po jednym dwóch trzech czterech pięciu dziesięciu mandatach, rachunkach, ostrzeżeniach i groźbach.

Podnoszą ją siłą za ręce i nogi, a wtedy jej bluzka się rozpina i pokazuje stanik bez fiszbinów, nabrzmiałe piersi, jej spódnica się rozdziera i pokazuje majtki, z porządnego ubrania mojej matki zostają strzępy, a ona kopie i krzyczy niczym dzika bestia.

A ja stoję tam w kącie, patrzę na nią, osądzam ją i nie wybaczam.

1.TAM DOM, GDZIE SERCE TWOJE

Mieszkamy w dzielnicy, której moja matka nie lubi nazywać przedmieściem, bo żeby coś było przedmieściem, trzeba wiedzieć, jakie jest właściwe miasto, a my go nigdy nie widzieliśmy. Nigdy nie odwiedziłam Koloseum, Kaplicy Sykstyńskiej, Muzeów Watykańskich, Villa Borghese czy piazza del Popolo, nie jeżdżę na wycieczki szkolne, a jeśli już gdzieś wychodzę, to z mamą na lokalny targ.

Z tego mieszkania, szerokiego na pięć i długiego na cztery metry, najbardziej lubię betonowe podwórko i kwietniki; rośnie w nich tylko trawa, nikt nie pomyślał, żeby zasadzić tam kwiaty, a moja matka nie chciała tego robić, ponieważ sadzić oznacza pozostać.

Wnętrze to kuchnia w zabudowie, prycza wyciągana spod łóżka Mariana, grzejnik elektryczny, który można włączyć tylko na chwilę, jeśli jest naprawdę zimno, plakat Beatlesów nad stołem i cztery różne krzesła, to skrzypienie łóżka moich rodziców, kiedy to robią, ponieważ pokój jest tylko jeden i nie można wyjść na zewnątrz ani zamknąć się w łazience, ponieważ nawet z zewnątrz i z łazienki wszystko słychać.

Dom to ja, dziecko, które zna tylko betonowe podwórko i mieszka tu razem z bratem jak w pałacu, jest nasz i tylko nasz, kopiemy w nim, skaczemy, gotujemy pokrzywy i mrówki, a na ziemi rysujemy kredą zabraną ze szkoły cyfry i linie, i trójkąty, i kwadraty, i siadamy na nich, i mówimy, że to nasze, mieszkamy tam, wewnątrz znaków na ziemi, które narysowaliśmy.

D-O-M, mówimy, i wystarczy nam narysować kilka linii, ściany i dach, okna i drzwi.

To miejsce, kraina naszych zabaw i pierwszych fantazji, istnieje, ponieważ chciała go nasza matka. Wcześniej było to królestwo karaluchów, myszy i strzykawek wrzucanych przez siatkę z ulicy lub pozostawionych przez narkomanów śpiących w bramie kamienicy.

Matka wkłada wysokie gumiaki, pożyczone od mojego ojca, aby zebrać je co do sztuki i spalić. Jeśli znajdziesz strzykawkę, powtarzała, to musisz ją usunąć, bo jeśli dziecko na niej stanie, to będzie także twoja wina.

Kupiła trutkę, kazała ojcu przynieść łopatę z budowy i zaczęła polować, zabijać i tępić.

Po miesiącach pracy podwórko, na które wychodzą bezzębne usta naszego mieszkania w suterenie, zostało uzdrowione, a ona chwyciła nas za rękę, poprowadziła na środek i powiedziała: Bawcie się.

Aby zdobyć to mieszkanie, matka poprosiła swoją babkę o pieniądze na zapłacenie odstępnego krewnym staruszki, która tam zmarła.

W biednej dzielnicy zamieszkanej przez ćpunów i starców jedną nogą w grobie nikt nie kupiłby tej spleśniałej dziury, a moja matka i tak nie miałaby takich pieniędzy, więc ułożyła się z właścicielami i rozpoczęła starania o zalegalizowanie tymczasowego pobytu i znalezienie innego miejsca.

Myślała, że zajmie to tylko chwilę, że jakoś się to załatwi, że poszukają dla nas nowego domu w zasobach komunalnych, podczas gdy my będziemy czekać w tej dziurze.

Czekaliśmy tak długo, że matka w końcu się poddała i zaczęła sprzątać, naprawiać podłogę, malować sufit i udrażniać odpływ z wanny, ponieważ władze miejskie Rzymu nie chciały nam przyznać mieszkania.

Wszystko trwa w niepewnej równowadze drzewa wiszącego nad urwiskiem, bliskiego zawalenia, ale ostatnim korzeniem uparcie trzymającego się kruchej ziemi, do momentu gdy moja matka zachodzi ponownie w ciążę, a mój ojciec, który nie jest ojcem Mariana, spada w pracy z rusztowania i zostaje sparaliżowany.

Do dokumentów małżeństwa i adopcji dochodzą orzeczenia o niepełnosprawności, do wniosków o zasiłek dla bezrobotnych podania o wsparcie dla dużej rodziny i miejsca w żłobku dla mojego rodzeństwa. Istniejemy, prosząc miasto, burmistrza, państwo, by nam pomogli, wsparli nas i ochronili, a nie zapomnieli o nas, nasze życie jest nieustającą litanią próśb.

Kiedy rodzą się bliźniaki, mam sześć lat. Mariano nienawidzi nas wszystkich, przede wszystkim ojca, który nie jest jego rodzonym ojcem i z gburowatego mężczyzny zmienił się w uciążliwe i męczące akcesorium, stał się niedziałającym piekarnikiem, zepsutym odkurzaczem, bojlerem, który po pięciu minutach przestaje lać ciepłą wodę, jest jak stare żelazko i mój brat chciałby go wyrzucić.

Mój ojciec, znany z ciężkiej ręki i niepohamowanej chuci, a teraz przykuty do wózka inwalidzkiego zdobytego przez moją matkę dzięki krewnym w szpitalu, ma bezwładne nogi i przestał jeść kolacje. No bo i co mu po jedzeniu.

W domu są teraz ci dwoje: mężczyzna nieruchomy niczym posąg, marmur, kafelki, futryna czy ściany ograniczające kamienicę i zapracowana kobieta, która zbiera, przenosi, poleruje, naprawia, klei, truje insekty, usuwa wodę, gdy dostaje się do mieszkania podczas ulewy. Ten nieruchomy mężczyzna to mój ojciec, ta druga, ta niestrudzona, ta rudowłosa kobieta nazywa się Antonia Colombo.

Nie mam zabawek ani wielu koleżanek, dostaję wybrakowane kopie wszystkiego: jeśli lalka, to uszyta ze szmatek, jeśli teczka na rysunki, to używana przez inne dziecko i już przez nie pobazgrana, jeśli buty, to przyniesione z targu bez pudełka, tylko w plastikowej torbie i ze zdartą podeszwą, zamiast lampek choinkowych - mandarynki, zamiast lalek Barbie - ich zdjęcia wycięte z czasopism.

Myślę o nas, że jesteśmy wybrakowanym materiałem, bezużytecznymi kartami w skomplikowanej grze, porysowanymi kulami do gry w bule, które już się nie toczą: leżymy nieruchomo na ziemi, jak mój ojciec, który spadł z byle jak skonstruowanego rusztowania na nielegalnym placu budowy, bez umowy o pracę i bez ubezpieczenia, a z miejsca, na którym się znaleźliśmy, widzimy, jak inni zakładają na szyję sznury klejnotów.

Bliźniaki to małe hałaśliwe stworzenia, śpią w ogromnym pudle pełnym koców obok kuchennego stołu, a smród ich pieluch miesza się z zapachem zupy.

Mariano i ja nie rozumiemy, dlaczego wciąż tam jesteśmy, nigdy nie próbowaliśmy uciec. Potajemnie planujemy, ja i ten ciemnowłosy chłopiec, chwilę, w której uciekniemy, ale nigdy nie jesteśmy gotowi, by skręcić za róg naszego życia.

* * *

Ledwie znamy geografię Lacjum, naszego regionu, i ulice Rzymu, naszego miasta, ponieważ przemieszczamy się tylko w najbliższym sąsiedztwie, dalej jest dla nas zbyt drogo i nikt tam nie da mojej matce niczego na kredyt ani nie wymieni dnia jej pracy na chleb i szynkę.

Teoria mojej matki brzmi: jak cię ktoś nie zna, to ci nie pomoże, zostajemy więc tam, gdzie wiadomo, kim jesteśmy, i gdzie ona może nawiązywać małe i duże relacje oparte na wzajemnym wsparciu i wdzięczności.

Mariano jest najstarszy z rodzeństwa i pojawienie się każdego z nas przyjmował jak kolejny atak intruza wdzierającego się między niego a Antonię. Przez pewien czas była ona samotną matką, a ich dwoje tworzyło jedno ciało walczące o przetrwanie.

Jeśli chodzi o mnie, to brat mnie toleruje, bo nie jestem beksą i słucham go w milczeniu, pozwalając mu straszyć mnie demonami i zadręczać mrocznymi opowieściami, w których zawsze ginie dziewczynka, a wygrywa wilk. Jest ode mnie cztery lata starszy, w oczach dziecka to szalona różnica, wydaje mi się dorosły, niemal sędziwy. To on interweniuje, gdy ktoś mnie nęka, bo też faktycznie mam bardzo złą opinię na temat innych dziewczynek i patrzę na nie z niechęcią, ponieważ wydaje mi się, że mają coś więcej niż ja, ale wciąż nie znalazłam sposobu, by wydać im walkę.

Jest tam mała blondynka, moim zdaniem Austriaczka, która przezywa mnie Dziób Nietoperza, bo jak twierdzi, mam wydatne usta. Kiedy wracam do domu, staję na palcach przed lustrem w łazience, żeby to sprawdzić, i nie widzę żadnego zniekształcenia, no i wiem, że nietoperze były kiedyś myszami, a nie kaczkami. Ale dziecięce obelgi nie muszą mieć sensu, by ubodły, bo boli bycie innym, wybrakowanym, więc najlepiej się nie wychylać, wtopić w resztę i siedzieć cicho, mamy już wystarczająco wiele nieszczęść, nie stać nas na dzioby czy odstające uszy.

Kiedy mówię o wyzwiskach Marianowi, on przychodzi pod moją szkołę, prosi mnie, żebym pokazała mu tę dziewczynkę, krzyczy na nią: Zamknij się, idiotko, i częstuje ją pięścią.

A mnie przechodzi dreszcz zdrowego podziwu, bo jednym gestem uciszył nikczemność, a swoją porywczością zaskarbił sobie moją wdzięczność.

Doniosłości tego wydarzenia nie doceniają jednak ani nauczyciele, ani moja matka, która przez kilka dni wiąże Marianowi ręce za plecami, mówiąc, że musi sobie poradzić bez nich lub poprosić nas o pomoc, jeśli mu się nie uda: skoro nie wie, jak ich należycie używać, to ich używać nie będzie.

Na problemy Antonia znajduje różne rozwiązania, rzadko nas policzkuje czy kopie, woli czegoś nas pozbawić.

Jeśli krzyczymy w domu, nie gotuje obiadu, jeśli nie pomagamy jej przy bliźniakach, bo wolimy się bawić, nie daje nam przekąsek do szkoły albo konfiskuje piórnik; jest stworzona do strajków i demonstracyjnego oporu.

Ma własne poglądy, nie wiadomo jak ukształtowane, może dzięki matce, może przez życie, a może sama do nich doszła. Nie ma religii, straciła partię, jasny ma tylko zmysł sprawiedliwości, wytrwałą obsesję na punkcie tego, co słuszne.

Mnie fascynują kwiaty, nie te samosiejki, delikatne wiosenne stokrotki rosnące z rzadka na naszym podwórku, ale róże, jaśminy i hortensje w cudzych ogrodach, które widzę, idąc z matką po ulicy, i chcę je zerwać.

Raz próbuję to zrobić, bo chciałabym jak moje koleżanki z klasy macerować płatki tych róż w plastikowej butelce z wodą, a potem pochwalić się w szkole tyleż cuchnącymi co drogocennymi perfumami domowej roboty. Antonia widzi, jak zrywam różę, która zakwitła na zewnątrz drucianego ogrodzenia, i zaczynamy się kłócić.

Nie możesz brać tego, co nie należy do ciebie, krzyczy na mnie.

Ale ona była na ulicy, a ulica należy do wszystkich, ripostuję.

W takim razie jesteś jeszcze większą złodziejką, nie tyka się tego, co należy do wszystkich, warczy moja matka.

Zepsucie lub uszkodzenie przedmiotów jest świętokradztwem, któremu moja matka natychmiast zadośćuczyni, próbując albo je naprawić, albo spożytkować do czegoś innego, ale w kwestii tego, co należy do wszystkich, jest nieprzejednana: nie depcze się trawy w parku, nie rzuca papierków na ziemię, nie zrywa róż w ogrodach, nie niszczy książek z biblioteki.

Te ostatnie to jej obsesja, bo nie posiadamy telewizora, tylko radio, i odkąd mój ojciec trafił na wózek, jedyną rozrywką jest czytanie, a ponieważ nie mamy ani miejsca, ani pieniędzy na własne książki, korzystamy z należących do wszystkich i muszą być dla nas jak relikwie. Są starannie ułożone, matka zapisała daty ich zwrotu do biblioteki i zadręcza nas przypomnieniami, byśmy skończyli je na czas, sprawdza, czy ich nie poplamiliśmy ani nie pognietliśmy, a jeśli tak się stanie, ciągnie nas do biblioteki i każe przeprosić bibliotekarkę i inne dzieci, a następnie za nie płaci i nawet jeśli mówią, że nie ma takiej potrzeby, ona odpowiada: Ależ oczywiście, że jest.

Kiedy ośmielam się zwrócić jej uwagę, że rzeczy, które należą do wszystkich, to tak jakby nie należały do nikogo, odpowiada: Wyrzuć ten pomysł z głowy, bo wyrośniesz na złą kobietę.

* * *

Antonia już nie ubiera się elegancko, do urzędu chodzi w tej samej odzieży, którą nosi po domu, spocona, ze spiętymi naprędce włosami. Twarz ma okrągłą, skronie wąskie, rzęsy długie, nos ani się nie wyróżnia, ani nie chowa, nie jest chuda, ale nie ma nadmiarowych kilogramów, jej ciało jest zdrowe.

Zawsze nam powtarza, że trzeba mieć zdrową buzię, bo zapadnięte twarze są przerażające, a nogi nie powinny być jak patyki.

Antonia uznała, że aby dostać to, czego chce, musi napierać. Wkroczyła na scenę jak reflektor, który odrywa się od sufitu i spada na deski; niechciany i niebezpieczny. Miała oświetlać innych, a teraz zachciewa się jej grać główną rolę.

Zmęczona, zdesperowana i zobojętniała taszczy ze sobą stos dokumentów, zauważa urzędnika, który wydaje się jej bardziej przyjazny od reszty, i notuje jego nazwisko na kartce: Murri Franco.

A teraz posłuchaj mnie, Murri Franco, jestem Colombo Antonia i dopóki mi nie pomożesz, będę tu wracać i prosić zawsze o ciebie, oświadcza moja matka i wręcza mu dokument po dokumencie.

Murri Franco stara się być uprzejmy: Rozumie pani, przyszła tu pani pod fałszywym pretekstem, a nasza kierowniczka o tym nie zapomniała, więc trudno, żeby te dokumenty przeszły.

Colombo Antonia nie ustępuje: W takim razie będziemy kłaść je na tym biurku pięćdziesiąt razy, aż stanę się tak uciążliwa, że nie da się mnie dłużej ignorować. Mam teraz czworo dzieci i niepełnosprawnego męża.

I tak przez miesiąc, przez dwa, przez trzy, a jeśli zmieni się urzędnik, wie, że będzie musiała zacząć od nowa, więc gdy nie widzi Murriego Franca przy biurku, oznajmia, że przyjdzie następnego dnia, lub umawia się na nowe spotkanie.

Kiedy wraca do domu, mówi nam o Francu jak o aptekarzu czy kioskarzu, zażyłej znajomości z bliskiego i bezpiecznego świata. My nie wiemy, jakie dać mu twarz i ciało, wydaje się nam intruzem, nie rozumiemy, co robi dla naszej matki, i zaczynamy być o niego zazdrośni, zwłaszcza Mariano.

Ona się widuje z tym facetem, a twój ojciec nic na to nie mówi, zarzuca mi pewnego dnia, jakbym to ja była temu winna, a zwłaszcza winna temu, że mam ojca, którego on nie ma lub mieć nie chce.

A co ma mówić? odpowiadam i patrzę na mojego ojca, jak siedzi na wózku obok stołu i na kolanach ma od dobrej pół godziny otwartą płachtę "il manifesto" i chyba już zapomniał, co czyta.

Cokolwiek, odpowiada Mariano i rzuca mu pełne dezaprobaty spojrzenie.

Tato się wyłączył, jest jak przepalona żarówka. Podchodzę do niego i kładę mu rękę na kolanie, mimo że nie ma w nim czucia, i pytam, kim jest ten Franco i czy chce mu coś powiedzieć.

Tata nie patrzy na mnie, tylko mówi: Powiedz twojemu bratu, żeby stulił dziób.

Konfrontacja między nim a Marianem dokonuje się na niewielkiej przestrzeni między wózkiem ojca a łóżkiem, na którym siedzi mój brat, ponieważ wciąż są w tym samym pokoju i nie można uciec ani udawać, że się nie słyszało.

Aresztowali ją, dodaje mój ojciec, podczas gdy Mariano ze złością wkłada adidasy, chce wyjść pobiegać.

Kogo? pytam, spuszczając wzrok na gazetę.

Tę całą kierowniczkę, wyjaśnia mi ojciec, ale ja nie wiem, co to jest kierowniczka i czym się zajmuje, więc szukam wśród wydrukowanych słów jakiejś wskazówki i odczytuję nazwisko, na którym mój ojciec trzyma palec: Vittoria Ragni.

Nie wiem, kto to taki, i kilka razy odczytuję to imię, Vittoria Ragni, a nawet wypowiadam je na głos, gdy matka wraca do domu, dźwigając bańkę płynu do mycia podłóg, bo ona nigdy nie wraca z pustymi rękami, znosi szklane słoiki, plastikowe butelki, kawałki sklejki, to, czego inni już nie potrzebują, a nam z pewnością się przyda.

Vittoria Ragni co? pyta, stawiając butlę na stole. Mariano, a ty dokąd? dodaje, ale mój brat nie zaszczyca jej spojrzeniem i wychodzi, nie widzi więc pierwszej satysfakcji naszej matki, nie widzi jej twarzy, która rozluźnia zmarszczki na jej czole, nie może uchwycić błysku jej oczu ani radosnej krzywizny ust.

Antonia wyrywa gazetę z rąk mojego ojca i czyta, potem czyta raz jeszcze, potem widzę, jak jej uśmiech przechodzi w drżenie i moja matka płacze.

Patrzę na nią zdumiona, nigdy nie widziałam, żeby płakała, nawet w szpitalu, kiedy rodziła bliźniaki, nawet kiedy zmarła jej babcia, nawet kiedy mój ojciec spadł z rusztowania.

Prowadzą przeciwko niej dochodzenie w sprawie nadużyć, poślą ją do więzienia, mówi przez łzy, a ja nie potrafię powiedzieć, czy się cieszy, czy jest jej przykro.

Czy to była twoja przyjaciółka? pytam nieśmiało, a ona wybucha śmiechem, jej oczy wciąż są mokre, ale śmieje się głośno.

* * *

Antonia musi pokazać, czego nam brakuje - nie dociera ciepła woda, gniazdka elektryczne mają odkryte przewody, nie mamy dość przestrzeni, światło z trudem dochodzi do wnętrza - a jednak kiedy przyszli ci ludzie, wciąż powtarza: radzimy sobie, jest czysto. Nowa kierowniczka wcześniej pracowała w opiece społecznej i kiedy czyta w naszych aktach, że na dwudziestu metrach kwadratowych mieszka dwoje dorosłych i czworo dzieci, bierze czerwony marker i na pierwszej kartce pisze: PILNE.

I tak zaczynają się nami zajmować, przychodzą sprawdzić, jak mieszkamy, zastają siedzącego na łóżku mojego ojca, który nawet nie mówi dzień dobry, bliźniaki uczepione spódnicy mojej matki tak mocno, jakby chciały przewrócić ją na podłogę, u stóp szafy leży worek z ich ubraniami, śpią w pudle, przyklejone do siebie, wciąż jeszcze nie umieją być osobno.

Mariano stoi na zewnątrz i słyszymy, jak krzyczy, udaje, że jest w niebezpieczeństwie, woła pomocy dorosłym głosem, na co moja matka stwierdza: Nie przejmujcie się, chce zwrócić na siebie uwagę, nic mu nie jest.

Intruzów jest dwóch i sprawiają, że nasze mieszkanie wygląda na jeszcze mniejsze, nagle patrzymy na nie jak na schowek albo zaplecze, szafkę na szczotki i detergenty.

Policja, wrzeszczy z zewnątrz Mariano, a następnie odpala petardę.

Ci dwaj robią notatki, zadają mojej matce pytania o stan nieruchomości, a kiedy wychodzą, mój ojciec kładzie się na boku i zaczyna chrapać, ja zaczynam jeść surową marchewkę, a moja matka wychodzi na próg, patrzy na Mariana i krzyczy: Jesteś draniem, ci ludzie przyszli z urzędu, dziś dostaniesz tylko suchy chleb na kolację.

Dwa tygodnie później nowa kierowniczka dzwoni do mojej matki, jak wiemy, lista oczekujących na przydział nie jest krótka i przez długi czas nasza sprawa stała w miejscu, ale chce, żebyśmy opuścili to mieszkanie, jest dla nas za ciasne, znalazła nam inne, nie może nam go urzędowo przydzielić, ale może nam je oddać pod tymczasową opiekę i posiadając podpisany przez nią dokument, wolno nam tam mieszkać, aż coś się dla nas znajdzie.

Matka kseruje ten kawałek papieru dziesiątki razy i nosi go do wszystkich urzędów, na pocztę, do banku i urzędu skarbowego, trzyma w portfelu i wiesza na ścianie, chowa wraz z naszymi dowodami tożsamości obok pudełeczek z pierwszymi mleczakami.

Mariano i ja żegnamy się z betonowym podwórkiem pełni przerażenia i udręki.

Nasze nowe miejsce zamieszkania znajduje się w dzielnicy tych, którzy mają pieniądze, na corso Trieste, blisko biur i banków, pieszo możemy stamtąd dojść do Villa Torlonia oraz Villa Ada, w dziesięć minut jesteśmy w kultowej dyskotece Piper Club, dzielnica sąsiadująca z naszą to Parioli, najbogatsza w mieście, a w tym sześciopiętrowym budynku z dwoma wewnętrznymi dziedzińcami gmina posiada tylko jedno mieszkanie, i to ono trafia teraz pod naszą opiekę.

I tak z wszystkimi naszymi bambetlami, pudłami i pudełkami, pojemnikami po jogurcie w roli doniczek na kaktusy, słoikami po fasoli służącymi za kubki na szczoteczki do zębów, wieszakami na ubrania z kartonu i taśmy klejącej, majtkami upchniętymi do dużych plastikowych worków na śmieci zajmujemy to mieszkanie.

Są tu trzy sypialnie, kuchnia, salon, jest prawdziwy hol wejściowy, prawdziwe schody, prawdziwe drzwi i prawdziwa wanna, prawdziwa kuchnia, prawdziwe okiennice.

Mariano i ja stawiamy dwa plastikowe worki z naszymi koślawymi zabawkami na środku pokoju, w którym mamy zamieszkać, wydaje się nam zbyt duży dla nas, wręcz przerażający.

Odkąd tam mieszkamy, źle sypiam, zmuszam brata, by nie gasił światła, a w środku nocy z niezwykłą punktualnością budzę się z jakiegoś koszmaru, którego nigdy do końca nie pamiętam, wiem tylko, że we śnie spadam i nikt mnie nie podtrzymuje.

W nocy nie słyszę już ciężkiego oddechu ojca ani płaczu bliźniaków, widzę tylko, jak Mariano wstaje, podchodzi do okna i patrzy na ulicę.

Sąsiedzi z góry zaczynają narzekać, bo bliźniaki nigdy nie śpią, bo Mariano i ja chodzimy za szybko, bo matka włącza głośno radio, kiedy zmywa naczynia, bo ojciec bluźni każdego ranka i zamiast powiedzieć, ech, jaki dziś piękny dzień, złorzeczy wszystkim świętym.

W nowym budynku istnieje wspólnota mieszkaniowa, jest zarząd, są spotkania, na które nie jesteśmy wpuszczani, ponieważ mieszkanie nie jest tak naprawdę nasze, w przeciwieństwie do nich nie kupiliśmy go i nic tu do nas nie należy.

Dziedziniec jest pełen róż - żółtych, czerwonych i łososiowych - oraz roślin owocowych, ale nie możemy ich dotykać, nikomu nie wolno, w każdą środę przychodzi ogrodnik i spryskuje je jakąś śmierdzącą cieczą.

Pierwszego popołudnia, kiedy Mariano i ja bawimy się pod oknami, z góry wylewa się na nas wiadro wody: tamta pani nie lubi, gdy hałasujemy.

Mariano krzyczy na nią: Suka!

Ona na to, że zadzwoni po karabinierów.

Matka nas beszta i mówi do Mariana, żeby więcej nie krzyczał, ci ludzie byli tam przed nami i nie możemy robić tego, co robiliśmy w starym domu, musimy dostosować się do życia innych i zachowywać jak należy.

Trudno nam robić zakupy spożywcze w okolicy, wszystko jest drogie, w szkole pojawiliśmy się dopiero w połowie roku i według nauczycielek jesteśmy tak daleko w tyle, że musimy repetować klasę, mojego brata wciąż za karę wyrzucają z lekcji, a mnie zasób słów skurczył się o połowę, odpowiadam okrojonymi zdaniami, piszę chwiejnym pismem i bardzo zazdroszczę ładnych o i m wszystkim innym dziewczynom.

Jedyną przyjaciółką mojej mamy jest dozorczyni, niska Sycylijka, niezbyt rozmowna, ale szybka i dokładna w sprzątaniu. Wysłuchuje wszystkich skarg, zwierzeń i kłótni lokatorów, ale o swoich sprawach nigdy nie mówi. Porządkuje przychodzącą pocztę i ma swoją tablicę, gdzie wiszą klucze do domów i piwnic, i każdego zamka w kamienicy; nie są opisane, nie da się ich odróżnić, tylko ona wie, który co otwiera, i to jest jej tajemnica.

Dozorczyni ma na imię Nunzia i ma córkę Robertę, która, podobnie jak mój ojciec, jeździ na wózku inwalidzkim, ale nie dlatego, że skądś spadła, tylko dlatego, że już się taka urodziła, i nie mówi dobrze, często opada jej na bok głowa i ma wtedy takie puste spojrzenie, jakby jej tam w środku nie było.

Kiedy wracam ze szkoły, zawsze zatrzymuję się na dziedzińcu i jeśli nikt mnie nie widzi, rzucam tornister na ziemię i idę do fontanny pośrodku, jest biała i brudna, ale w wodzie kręci się w kółko sześć złotych rybek. Wiele godzin spędzam z zanurzoną ręką, próbując je pogłaskać, a one uciekają, a potem podpływają bliżej, a ja mieszam i mieszam dłońmi, i zbieram gałązki, które osiadają na powierzchni.

Myślę, że to zabawa, która nie może nikomu przeszkadzać, ani ryby, ani ja nie hałasujemy, poza tym dotrzymuję im towarzystwa, nie wylewam zbyt dużo wody, nigdy jej nie piję.

W ogrodzie jest miejsce, gdzie słońce dociera nawet zimą, zakątek, z którego jeśli spojrzysz w górę, widać kawałek nieba, trójkąt wystarczający, by zapomnieć, że jesteś w środku miasta; do tego miejsca Nunzia zawozi na wózku Robertę, bo dziewczyna lubi światło. Ich mieszkanie przy portierni jest najmniejsze w budynku i choć na szczęście prowadzi do niego niewiele schodów, to dociera tam mało świeżego powietrza.

Roberta jest cichą dziewczyną, czasami coś gulgocze, oblizuje usta, przeciąga słowa i pyta o coś, co rozumie tylko jej matka, ale pragnienie wyjścia na słońce potrafi zakomunikować bez kłopotu.

Widzę, że wielu lokatorów przechodzi obok i nigdy jej nie pozdrawia, nawet na mnie patrzą z ukosa i idą prosto przed siebie, ignorują ryby, wtedy ja mówię: Ciao.

Mówię to na głos, do wszystkich, aby zobaczyć, co zrobią, czy zareagują, czy nie. Niektórzy mamroczą dzień dobry lub dobry wieczór, inni nawet nie zawracają sobie głowy odpowiedzią.

Mieszka tu taka pani z Niemiec, która surowo patrzy na nas ze swojego okna, a kiedy schodzi na dziedziniec, spaceruje tam i z powrotem, uśmiecha się do innych pań, ale nie do nas, patrzy na mnie, a potem bierze się pod boki, idzie do dozorczyni, narzeka i wraca do siebie. Pewnego dnia widzę ją całą czerwoną na twarzy - ona wojsko, ja bandyta - podbiega do mnie i wyciąga moje ręce z wody.

Dość tego, bo zniszczysz, krzyczy ostro, jej oczy są niebieskie, a skronie szerokie.

Cały ten ruch przeraża ryby w sadzawce, ich ogony są wyprostowane, a oczy wystraszone, Roberta się niepokoi i tupie, Niemka chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie w kierunku wejścia na klatkę schodową prowadzącą do mojego mieszkania.

A teraz idź, poleca mi cała spocona, a ja wbiegam na górę po dwa stopnie i szukam mojej matki.

Znajduję ją z jednym bliźniakiem na szyi i drugim siedzącym z gołymi nogami na stole, porusza pupą tak bardzo, że wygląda, jakby tańczył.

Mamo, mówię jej, cała spocona od biegu po schodach. Niemka mnie skrzyczała za fontannę, mówi, że ją zepsuję.

Tyle razy ci tłumaczyłam, że nie możesz się bawić na dziedzińcu, to nie jest tak jak w starym domu, to jest dekoracja, rozumiesz? Nie jest do zabawy, tylko po to, by budynek był piękny, jest jak kokarda we włosach.

Ja tylko siedziałam cicho i patrzyłam na ryby, co to za głupcy, zrobili piękne miejsce, lecz nikt go nie może dotknąć, odpowiadam.

A co ludzie robią z naszyjnikami i koronkami? Nic, po prostu się upiększają.

Przez kolejne dni przechodzę obok fontanny, patrząc na nią jak odrzucony kochanek, ryby są klejnotami, a róże szminkami i nikt się nimi nie przejmuje.

Wkrótce jednak się orientuję, że Roberta nie siedzi już na swoim zwykłym miejscu, choć jest słoneczny dzień, nie zeszła do ogrodu i nawet moja matka to zauważa, a potem idzie zapytać dlaczego.

Dowiaduje się, że to Niemka tego zażądała, powiedziała do dozorczyni, że jej śliniąca się córka to nie jest ładny widok i że odkąd wprowadzili się tamci - to znaczy ja i moja rodzina - nikt tu nie kupi mieszkania, bo obniżamy wartość nieruchomości.

Wtedy moja matka przystępuje do działania, zabiera bliźniaki, mnie i Mariana na dół i każe nam stanąć pod ścianą, zdjąć koszule, ona też zdejmuje bluzkę, zostaje w samym staniku, opiera się o ścianę jak kobieta skazana na rozstrzelanie, a kiedy pojawia się Niemka z mężem, mówi im: Jeśli nie pozwolicie dziewczynce siedzieć w ogrodzie, my będziemy tu każdego dnia, ja i moje dzieci, bez ubrań, na znak protestu.

Krzyczy to tak głośno, że ludzie wyglądają przez okna wychodzące na dziedziniec, a Niemka nieruchomieje jak sztokfisz albo wieszak na ubrania, po czym oznajmia: Dzwonię po karabinierów.

Może sobie pani dzwonić, my się stąd nie ruszymy. Jak można odmówić dziecku przebywania na słońcu? Małej dziewczynce, która nie może chodzić. Powiem to karabinierom, a jeśli nas wyrzucą, wrócimy, nawet pani nie wie, jaka potrafię być uparta, naprawdę mnie pani jeszcze nie zna.

One krzyczą, a my stoimy półnadzy i przyklejeni do ściany, Mariano w samych majtkach, ja z podciągniętą spódnicą.

Jesteśmy gotowi na rewolucję.

Widzi pani te drzwi w bramie? interweniuje mąż Niemki, na pewno starszy od niej o dobrą dekadę. Wstawiliśmy je z powrotem po wojnie, bo faszyści je ukradli, ten budynek ma swoją historię, zauważa cicho i stanowczo, i być może ten jego jadowity spokój wywołuje jeszcze większą wściekłość w mojej matce.

A kim są teraz faszyści, co? Dbacie o bramy, nie o dzieci, nie pozwalacie im się bawić, nawet się nie przywitacie, nie obdarzycie pieszczotą, nie pozwalacie im usiąść w kącie, co z was za ludzie? Ja niemal się zaraziłam aidsem, żeby moje dzieci mogły się bezpiecznie bawić.

Rudowłosa kobieta kładzie dłoń na klatce piersiowej i wykonuje na ramieniu gest ukłucia strzykawką.

Nie wiedzą, co powiedzieć, więc milczą.

Na umówiony sygnał ubieramy się i gęsiego maszerujemy za Antonią do domu, a ona deklaruje, że wrócimy.

I rzeczywiście stajemy tam każdego popołudnia po szkole, aby gorszyć wszystkich na dziedzińcu, dopóki Roberta nie wróci na swoje miejsce w słonecznym kąciku.

Trzeba naciskać tak długo, aż dadzą ci, co chcesz, jeśli jesteś konsekwentny, nic cię nie powstrzyma, tłumaczy matka Marianowi, kiedy widzi Robertę z frotowym śliniakiem, jak macha rękami w powietrzu, wykręca nadgarstki i wydaje się szczęśliwa.

Nasza matka wygląda jak bohaterka komiksu, Anna Magnani w kinie, ta, która się nie poddaje, która sprawia, że wszyscy milkną.

Stoimy w przedpokoju, Mariano i ja w krótkich spodniach, mamy sztywne łydki i w naszych oczach widzimy ten sam strach: nie być jak Antonia, nie być takim jak trzeba, nie wygrywać żadnych bitew.