Rozdział 3
Była siedemnasta trzydzieści, kiedy skończyła pracę nad jednym z najpilniejszych zadań, które przydzielił jej Tomek na spotkaniu zespołu. Jednym z wielu zanotowanych chaotycznie po obu stronach kartki A4 wyrwanej z notesu ozdobionego logo ich firmy. Zadania rozmnażały się przez pączkowanie - gdy tylko zrealizowało się jedno, natychmiast wyłaniało się kilka kolejnych, i to jeszcze pilniejszych. Dla tych rasowych zadaniowców radość z tego powodu nie miała końca, ale jej koniec wydawał się bliski. Czasami (coraz częściej) zastanawiała się, czy w ogóle dociągnie do jutra, a jeśli tak, to w jakim właściwie celu.
Teraz nie mogła się zdecydować, czy gorzej będzie zostać w biurze, czy z niego wyjść. Powinna oczywiście zostać - kolejka rzeczy do zrobienia nie tylko piętrzyła się w notesie, ale wiła się i okręcała wokół jej szyi niczym gruby sznur. Przez to oddychało się jej chyba jeszcze gorzej niż rano. Chociażby z tego powodu warto byłoby wyjść - poza biurem, mimo wszystko, było odrobinę więcej tlenu. A gdyby chciała zrealizować wszystko i zasłużyć na wyróżnienie podczas przyszłotygodniowego spotkania przeglądowego, i tak musiałaby tu chyba zamieszkać. Tak jak Tomek i paru innych (pamiętając jednak o garderobie na zmianę).
Nie. Poddaję się.
Stwierdziła, że nadal pęka jej głowa i musi się natychmiast przewietrzyć, nawet jeśli na zewnątrz jest deszcz, smog, wiatr i cała reszta efektów specjalnych, które czyniły ten dzień tak wyjątkowo zniechęcającym do przebywania na jawie.
Zamknęła komputer, wyrzuciła plastikowy kubek po kawie, zaniosła do kuchni i umyła porcelanowy kubek po dwóch kolejnych kawach, ubrała się, zjechała na dół i wyszła.
Brr.
Na szczęście wzięła z domu parasol, bo z nieba lała się właśnie jakaś zimna i mokra substancja w brudnym niekolorze. Może gdzieś wysoko w chmurach wyglądała jeszcze jak biały puszysty śnieg, ale zbliżając się do ziemi, raptownie topniała, szarzała i przekształcała się w błotnistą maź o niedookreślonej konsystencji. Taka oto aura ciążyła tego dnia na lokatorach warszawskich biurowców i innych mieszkańcach stolicy - w przeważającej części tymczasowych mieszkańcach i od-niedawna-mieszkańcach. Słoikach, if you will. Ale też na tych, którzy w garniturach Calvina Kleina zamawiali na lunch sałatkę z anchois i kaparami.
Pogoda - tak samo jak kostucha z barokowego obrazu Taniec śmierci - zrównuje przecież wszystkich ludzi. W każdym razie było naprawdę nieprzyjemnie, jakby wszystkie beztrosko wyrzucane plastikowe śmieci, odpady chemiczne, spaliny, a także narzekania, kłótnie i wszelakie inne zło, mniej lub bardziej świadomie emitowane przez umęczonych i zagonionych mieszczuchów, wracały teraz do nich w postaci tej szarobrudnej scenerii.
- Też idziesz na przystanek? - odezwał się nagle ktoś z boku.
Natalia próbowała właśnie naprostować wyginającą się od wiatru ciemnozieloną parasolkę, która nie była jednak najwidoczniej przeznaczona na tak ekstremalne warunki pogodowe. Odwróciła się i zobaczyła Agnieszkę Stosiak - miłą i ładną dziewczynę, która dołączyła do ich zespołu zaledwie trzy tygodnie temu. Agnieszka miała lekko falujące, grube ciemnoblond włosy, niebieskie oczy i spojrzenie spłoszonej sarny. Natalia wiedziała o niej tylko to, że pochodzi spod Biłgoraja i ukończyła ekonomię. Tyle przynajmniej powiedziała o sobie sama zainteresowana na ostatnim team meetingu.
- Tak. - Natalia uśmiechnęła się do niej. Naprawdę się uśmiechnęła, bo dziewczyna jakoś budziła jej sympatię. Ta sarna w jej spojrzeniu ewidentnie zaplątała się w pułapkę, jednak Agnieszka starała się nadrabiać eleganckim strojem i poważnym tonem głosu. Chciała pewnie sprawiać wrażenie, że jest urodzonym junior data entry specialist, rokującym nadzieję na szybki awans. Natalii wydawało się, że chyba jednak nie była - właśnie przez te oczy.
- Jak tam praca? Ty też jesteś na tym nowym projekcie? - spytała Agnieszka tym trochę nienaturalnym, na siłę profesjonalnym tonem.
- Tak, jestem. Straszny jest jeszcze z tym chaos - odparła Natalia.
- Myślę, że szybko to wyprostujemy! - wykrzyknęła tamta entuzjastycznie, ale zabrzmiało to, jakby obiecywała, że za moment wyjdzie słońce i zrobi się ciepło i przyjemnie. - Poza tym dobrze, że są takie jasne i czytelne procedury i mamy się na kim benchmarkować. Ten team z Indii przekaże nam przecież wszystkie dane, prawda? A ty już ile jesteś na swoim stanowisku? - dopytywała.
- Od roku. Też zaczynałam od juniora, tak jak ty - odpowiedziała Natalia przyjaźnie, choć bez większego zainteresowania.
Najbardziej chciałaby zapytać, czy to prawda, że w Biłgoraju nadal są szeptuchy i czy rzeczywiście potrafią zdejmować z ludzi uroki. No i czym te uroki właściwie są, kto je rzuca i w jakim celu. Dawno temu, na koloniach, zaprzyjaźniła się z dziewczynką z Biłgoraja, która wieczorem przy ognisku opowiadała innym dzieciom historie o szeptuchach, duchach, klątwach i urokach. Natalia chętnie dowiedziałaby się teraz więcej, jednak wydawało jej się, że poruszanie takiego zagadnienia mogłoby znacząco wykraczać poza etykietę przystankowego networkingu.
- Zobaczysz, jak się sprawdzisz, to szybko cię awansują na konsultanta. Teraz potrzebują masy ludzi przy tych przeniesieniach z Azji - dodała więc tylko i jeszcze raz uśmiechnęła się ciepło do nowej koleżanki.
- Oby tak było, dzięki! - odparła Agnieszka, zerkając na podjeżdżający właśnie autobus. - Ja wsiadam w ten!
- Spoko, ja czekam na 303. Widzę, że też już jedzie. To do zobaczenia!
- Do jutra! - Agnieszka pomachała jej i wsiadła.
***
Autobus był okropnie zatłoczony i zaparowany. Przez brudne od deszczu ze śniegiem okna świat wydawał się tak rozmyty, mokry i szary, że aż tracił na realności. Trudno było uwierzyć, że rzeczywistość może się okazać aż tak brzydka i przygnębiająca.
Pasażerowie starali się desperacko oderwać od tego ponurego otoczenia, nurkując w różne alternatywne rzeczywistości. Nastolatki miały w uszach słuchawki (małe douszne lub wielkie designerskie - jaskrawe, pluszowe, modne). Każdy trzymał przed sobą jakiś ekran - smartfon, tablet, czytnik e-booków, a w ostateczności MP4. Jakaś starsza pani dzierżyła w ręku ciężką starą nokię (niedotykalną, jak mówiła mama Natalii) i z zacięciem naciskała klawisze. Siedzący obok niej staruszek czytał książkę o drugiej wojnie światowej - taką, którą można było dostać chyba tylko w zakurzonym antykwariacie za rogiem (dwa metry za spożywczakiem, schodami w dół) albo w zapomnianej osiedlowej bibliotece. Z miękką, pogniecioną okładką i pożółkłymi stronami. Dwie osoby drzemały, uderzając głowami o brudne szyby. Jako ostatnia deska ratunku służyła jeszcze UrbanINFO.tV, która reklamowała właśnie usługi Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie.
W pewien sposób autobus był więc pusty. Natalia musiała mocno trzymać się poręczy, bo wylądowała na przegubie pojazdu, gdzie było najmniej stabilnie. Gdy jej telefon zadźwięczał, jedną ręką wygrzebała go z torby, starając się przy okazji nie wyrzucić na podłogę reszty jej zawartości.
"Dołącz do naszej gry!" - zachęciła ją jakaś aplikacja. "Baw się i wygrywaj z Larą Croft".
"Wyczyść" - kliknęła ze złością i wrzuciła telefon z powrotem do torby. Co za niepotrzebny wysiłek.
- Bokserska - poinformował ciepłym, dodającym otuchy głosem autobusowy lektor.
Czyli wysiadała na następnym. Upewniła się, że jej parasolka jest jako tako zregenerowana i gotowa do dalszej walki z siłami natury.
Gdy autobus się zatrzymał, z trudem przepchała się przez napierającą falę wsiadających, najwidoczniej chcących jak najszybciej znaleźć się w środku (mogło to świadczyć jedynie o tym, że na zewnątrz nie należy spodziewać się niczego dobrego - przynajmniej jeśli chodzi o poziom wilgoci i siłę wiatru). Z ulgą wyszła na zewnątrz i szybkim krokiem ruszyła w kierunku domu. Idąc, rozłożyła parasolkę, jednak przy pierwszym silniejszym podmuchu ta natychmiast wygięła się i opadła.
- Cholera jasna! - mruknęła ze złością i zatrzymała się, żeby ją naprostować. Czy takie dni w ogóle muszą istnieć?
Gdy nadaremnie próbowała dojść do ładu z powyginanymi drutami, kątem oka zauważyła, że na chodniku koło jej buta coś jakby zalśniło. Coś kolorowego, czerwonego. Pochyliła się, próbując sprawdzić, co to takiego. Jakaś różowo-czerwona karta? Schyliła się i podniosła. Dowód. Mokry i ubłocony, ale ewidentnie był to, ni mniej, ni więcej, czyjś dokument tożsamości. Westchnęła.
I co teraz? - spytała z pretensją do tego kogoś, kto złośliwie skierował jej wzrok w stronę ziemi, tak że zauważyła dowód, podniosła go i teraz była już odpowiedzialna za podjęcie ewentualnych dalszych kroków. Desperacko rozejrzała się dookoła, ale szansa, że ktoś upuścił go akurat chwilę temu, i do tego był tego świadomy, wydawała się raczej nikła. Ktoś, czyli Joanna Miłek, jak udało jej się odczytać w kolorowym świetle przystankowej gabloty reklamowej (POWRÓCIŁ. BURGER DRWALA). Rocznik siedemdziesiąty ósmy, zamieszkała w Gdyni.
Co zrobić? Wysłać na adres zamieszkania? Oddać do jakiegoś urzędu czy na policję? Coś musiała wymyślić, bo ponowne porzucenie dowodu w tej kałuży błota nie byłoby raczej zbyt sensownym działaniem.
Gdy skończyła siłować się z parasolką (udało się ją ponownie rozłożyć, ale kilka drutów było niestety połamanych), sięgnęła do torebki i wytarła dokument chusteczką higieniczną. Następnie znów schowała go do kieszeni kurtki. Zastanowi się nad tym później - teraz chciała po prostu jak najszybciej znaleźć się pod dachem.
Była tak zmarznięta i przemoczona, że natychmiast po wejściu do domu rzuciła ubrania i torebkę na podłogę w przedpokoju i weszła pod ciepły prysznic. Od razu zrobiło jej się lepiej - o wiele, wiele lepiej. Ciepła woda podziałała rozluźniająco i kojąco, za co chwała należała się Miejskiemu Przedsiębiorstwu Wodociągów i Kanalizacji. Ciepły prysznic jesienią i zimą był niedoskonałą, ale jednak przyjemną alternatywą dla letnich i wiosennych kąpieli w słońcu, które właściwie były ulubionym zajęciem Natalii. Przynajmniej w ostatnim czasie.
Przebrała się w dres, zabrała z korytarza mokre ciuchy i włączyła pralkę. Czując narastający głód, weszła do kuchni, wstawiła wodę na makaron i wyjęła warzywa z zamrażalnika. Dopiero gdy było jej już ciepło, sucho, a wizja choćby najbardziej banalnego posiłku zaczęła nabierać realnych kształtów, znów przypomniała sobie o dowodzie.
Wyjęła go z kieszeni suszącej się przy kaloryferze kurtki i położyła na kuchennym stole. Joanna Miłek.
I co ja mam z tobą począć? - spytała pogodną kobietę na zdjęciu. Sięgnęła po telefon i wklepała dane w wyszukiwarkę. Kliknęła w link do Facebooka. Osób o wskazanym imieniu i nazwisku było siedem. Jeszcze raz spojrzała na zdjęcie w dowodzie. Kobieta miała dość charakterystyczne jasne kędzierzawe włosy i nieco wydłużony nos.
To chyba ta! Kliknęła w jeden z wyświetlonych profili. Joanna Miłek, zamieszkała w Trójmieście, studiowała na Wydziale Nauk Społecznych w Gdańsku. W dobie mediów społecznościowych praca detektywa to rozrywka dla amatora.
Tak, na pewno ta. Na zdjęciu profilowym widać było tę samą roześmianą kobietę, tyle że w letniej sukience i okularach słonecznych. Identyczna burza jasnych kręconych włosów. Wszystko się zgadzało. Natalia napisała więc krótką wiadomość: "Witam, czy czasem nie zgubiła Pani dowodu na Żoliborzu w Warszawie? Pozdrawiam".
Odłożyła telefon i wróciła do gotowania. Jaki by tu przygotować sos? Niech będą pomidory z puszki i pieczarki, a do tego jeszcze warzywa na patelnię. Wyjęła też z lodówki sałatę, rukolę i pomidorki koktajlowe. Umyła, doprawiła oliwą i ziołami prowansalskimi. Prowizoryczny element śródziemnomorskiego klimatu. Wkroiła plasterki zielonego ogórka. Świeżego, prosto z Ryneczku Lidla.
Szybko przygotowała sos pieczarkowo-pomidorowy i razem z warzywami wrzuciła na patelnię. Kiedy chciała wsypać do garnka z wrzącą wodą brązowe penne, leżący na stole telefon zadźwięczał - ktoś napisał na Messengerze. Może Bartek wyjątkowo zje z nią tego dnia obiad? Sprawdziła. Nie, to Joanna Miłek.
"O Boże, rzeczywiście! Dopiero się zorientowałam, jak Pani napisała. Nie mam w torebce. Przy Wyspiańskiego szukałam czegoś w portfelu i tam musiał mi wypaść!" I dalej kropki sugerujące, że będzie ciąg dalszy wiadomości. "Jestem z Gdyni". Podała też swój PESEL. "W jaki sposób mogę odebrać dowód? Jestem dziś nadal w Warszawie, mogę podjechać w dowolne miejsce, gdziekolwiek Pani pasuje".
Natalia się zastanowiła. Była coraz bardziej głodna, a aura za oknem chyba coraz bardziej ohydna, o ile w ogóle dało się jeszcze stopniować. Nie miała ochoty nigdzie się już tego wieczoru ruszać. Chyba podanie tej kobiecie adresu nie będzie błędem?
Nie rozmawiaj z obcymi, nie podawaj nikomu adresu, nie wpuszczaj do domu.
Cienie dawnych rodzicielskich przestróg jak zwykle odzywały się nieproszone. A niech tam. Kobieta na zdjęciu wydawała się przyjazna.
W końcu każdy jest obcy, zanim nie stanie się bliski.
Podała więc adres ich wynajętego mieszkanka (jeden niewielki pokój wyposażony w stare, odziedziczone po właścicielach rozkładane łóżko, wysoka do sufitu meblościanka i proste biurko, a poza tym wąska kuchnia z jasnobrązową obdrapaną zabudową i klaustrofobiczna łazienka z ubikacją). Stanowiło ono pojedynczą komórkę szarego postkomunistycznego bloku, niepamiętającego już ani mieszczącej się tu niegdyś warszawskiej cytadeli, ani krwawych powstańczych walk. Niczym niewyróżniająca się, jedna z tysięcy podobnych sypialnio-jadalni dla ciężko harujących na raty kredytu warszawiaków. Słoików albo już niesłoików.
"Dziękuję! Akurat jestem przy Galerii Arkadia, więc powinnam być w ciągu pół h!"
"OK" - odpisała Natalia, odłożyła telefon i odruchowo wrzuciła cały makaron z torebki (zamiast jednej porcji dla siebie) do gotującej się wody. Pomieszała sos na patelni i dodała czosnku.
Trudno, weźmie sobie na jutro do pracy na obiad albo Bartek zje wieczorem.
O wilku mowa! Telefon znów zadźwięczał i tym razem była to wiadomość od niego.
"Mamy dileja z raportem, więc chyba stąd nie wyjdę przed 21. Tak że widzimy się wieczorem :*" - poinformował.
"Może z domu popracujesz? Robię makaron, dodam ci kurczaka" - spytała w odpowiedzi. I tak przecież pracował z domu prawie codziennie.
"Nie, nie dam rady wyjść teraz. Muszę pocisnąć, prawie cały mój zespół jeszcze siedzi. Był Pan Kanapka, a najwyżej jeszcze złapię jakiegoś batona" - odpowiedział dopiero po kilku minutach.
"Aha, OK. W takim razie na pocieszenie chyba sama zjem całą paczkę penne..." - napisała, półświadomie chcąc chociaż odrobinę wzbudzić w nim poczucie winy, co jednak raczej nie przyniosło żadnego skutku.
"Smacznego, kochanie :*" - odpisał po prostu, na odczepnego, chcąc zapewne już zakończyć tę czasochłonną konwersację.
Usiadła przy stole i spojrzała w okno. Całkiem gołe gałęzie rosnącego na podwórku starego kasztanowca uginały się od wiatru. Szyba, tak jak w autobusie, była brudna i mokra. Późnojesienny krajobraz sprawiał, że zrobiło jej się znów smętnie, smutno i szaro. Żeby go nie widzieć, wstała i opuściła roletę w kiczowate kolorowe paski. Pomyślała, że mogłaby wykorzystać ten czas i sama popracować chociaż z godzinę, dwie. Miała wrażenie, że, niczym gradowa chmura za oknem, w pracy też gromadził się nad nią stos niezrobionych rzeczy.
Ale jakoś nie mogła - tak bardzo, tak nieskończenie bardzo nie miała na to ochoty. Co było z nią nie tak? Jeśli jeszcze trochę pozostanie w tym dziwnym letargu, to źle się to wszystko skończy.
To się źle skończy, Natalko - usłyszała wiecznie ten sam nachalny głos, który tak naprawdę był mieszanką najróżniejszych głosów, a może tylko echem wydobywającym się z jakiejś bezdennej studni, gdzie topiły się wszystkie raniące słowa, karcące spojrzenia i pogardliwe gesty. Niby się topiły, a potem jednak wracały.
To się źle skończy, moja panno, sama zobaczysz! Przestań skakać jak wariatka po podłodze albo zaraz przyjdzie tu pan Konecki i cię porwie!
Pan Konecki był sąsiadem z drugiego piętra - piętra niżej - czyli ich podłoga była jego sufitem. To zresztą dość ciekawe, że czyjaś podłoga może być dla kogoś innego sufitem. W każdym razie pan Konecki umarł pięć lat temu i ostatecznie nigdy nie przyszedł, żeby porwać Natalię. Ani razu.
Co więc było z nią nie tak? W ciągu dnia ledwo zmuszała się do pracy i skupienia, a po godzinach ciężko jej było się zmotywować, żeby chociażby sprawdzić skrzynkę. Jakby ogarnęło ją jakieś odrętwienie, paraliż. I tak już co najmniej od kilku tygodni. Albo raczej miesięcy, a może nawet dłużej. Może od zawsze, tylko kiedyś dużo mocniej i skuteczniej się zmuszała. Tak czy inaczej, nie było to pożądane - z punktu widzenia pracodawcy - podejście do pracy. Nastawienie nie było właściwe. Brakowało entuzjazmu, pasji, zapału. Kreatywności, a zarazem umiejętności dostosowania się do procedur, reguł. A przecież firma dawała jej liczne możliwości, perspektywy, ścieżki rozwoju. Wejściówki na siłownię.
Domofon gwałtownie wyrwał ją z tych ponurych refleksji. Poderwała się z krzesła i pobiegła do przedpokoju, żeby odebrać.
- Joanna Miłek, po dowód! - usłyszała sympatyczny, radosny głos. Kobieta musiała być naprawdę zadowolona, że odzyska dokument i uniknie problemów związanych z wyrabianiem go na nowo. Nic zresztą dziwnego, bo kto lubi włóczyć się po urzędach.
- Trzecie piętro! - poinformowała Natalia i nacisnęła przycisk otwierania.
Joanna wyjątkowo szybko - jakby potrafiła latać - znalazła się na górze. Natalia otworzyła drzwi i wpuściła obcą kobietę, dyskretnie się jej przyglądając.
- Dzień dobry! - zawołała tamta radośnie, odrzucając do tyłu kilka niesfornych loków. - Przepraszam, że panią nachodzę... - zaczęła.
Bardzo szczupła, średniego wzrostu, miała zwinne i energiczne ruchy. Jeśli nie latać, to z pewnością potrafiła tańczyć. Twarz w kształcie serca, z nieco wydłużonym nosem, który - idąc najprostszym tropem - mógł zwiastować ciekawskie usposobienie. Burza kręconych włosów opadała jej na czoło i oczy, które były kocio zielone i lśniące. Drobne zmarszczki mimiczne nie odejmowały uroku delikatnej porcelanowej skórze. Joanna była taka jak na zdjęciu, tylko żywa - sto albo tysiąc razy bardziej żywa.
Niektórzy ludzie na zdjęciach wyglądają na bardziej żywych niż w rzeczywistości, ale na pewno nie dotyczyło to Joanny, od której aż tryskała świeża, radosna energia. I było to odczuwalne natychmiast, od pierwszej sekundy kontaktu z nią.
- Dzień dobry! - odpowiedziała Natalia. - Proszę wejść, a ja już szukam dowodu. - Szerokim ruchem ręki zaprosiła ją do środka. Właściwie to powinna trzymać już dowód w ręku i po prostu podać go kobiecie przez próg. Zabieranie sobie nawzajem czasu nie miało przecież sensu. Była jednak chyba zbyt pochłonięta swoimi ponurymi rozważaniami, żeby na to wpaść.
Zmoknięta, ale pogodna niczym gorący sierpniowy dzień, Joanna Miłek żwawo wkroczyła do przedpokoju.
- Przepraszam, że panią nachodzę! - powtórzyła. - Ależ tu u pani pachnie! Pewnie przeszkodziłam w rodzinnej kolacji! A tramwaj mi podjechał ekspresowo! Miałam szczęście! - dodała podekscytowana, jakby opowiadała co najmniej o wygranej w totka.
- Nie jechała pani autem? - spytała Natalia, wpatrując się w jasne, błyszczące oczy swojego niespodziewanego gościa.
- Nie, auto zgarnął dziś mąż, bo jego jest w naprawie. Właśnie pojechał do serwisu, pewnie mu jeszcze zejdzie trochę czasu, to sobie wrócę do galerii. Pogoda wprawdzie mało spacerowa, ale ja to zawsze lubię się przewietrzyć! - Roześmiała się. Właściwie to całe jej ciało śmiało się bez przerwy.
- To tak jak ja w sumie. Każdy spacer dobrze robi - odparła Natalia z uśmiechem.
Joanna wydzielała tak pozytywne fluidy, że jeszcze przed chwilą kiepski nastrój podskoczył jej o kilka punktów.
- O tak! Wczoraj też mi dobrze zrobił spacer z koleżanką po tym osiedlu, nie ma co! - roześmiała się znowu Joanna. - Byłam tak pochłonięta rozmową, że, jak widać, beztrosko rozrzucałam zawartość portfela wokół siebie. Dobrze, że mi karta płatnicza przynajmniej nie zginęła! - stwierdziła w myśl zasady, że szklanka jest zawsze do połowy pełna. Nie było wątpliwości, że zwykle właśnie tak postrzegała świat. - Szukałam zdjęcia, o które zapytała koleżanka, i wtedy musiał mi wylecieć z przegródki - dodała.
- Zdjęcia? Jakiego? - spytała Natalia, ale zaraz się zreflektowała. Po co dopytuje o takie szczegóły? Czy to w ogóle jej sprawa?
Z jakiegoś powodu - może z powodu kolejnego samotnego wieczoru - była jednak ciekawa.
- Koleżanka zapytała mnie o zdjęcie młodszej siostry, bo dawno nie widziała mojej rodziny. Mariola to przyjaciółka z dzieciństwa. Z podstawówki! - wyjaśniła. - Wyprowadziła się do stolicy i wczoraj spotkałyśmy się po wielu latach. Akurat miałam tu spotkanie autorskie.
- Spotkanie autorskie? Jest pani pisarką? - dopytywała dalej Natalia, jednak w międzyczasie przyniosła już dowód z kuchni i teraz trzymała go w ręce. Mogłaby, a nawet powinna, po prostu oddać go właścicielce i się pożegnać.
Jednak żal jej było tego promyka światła, który nieoczekiwanie wpadł do jej przedpokoju wraz z pojawieniem się tej rozpromienionej kobiety. Podtrzymywała więc rozmowę, nerwowo obracając dokument w dłoniach.
- Tak, jestem pisarką, zgadza się. - Energicznie pokiwała głową. - O, jest mój dowód! - Spojrzała na dokument w ręku Natalii. - To ja już nie będę pani przeszkadzać! Jestem przeogromnie wdzięczna, a tutaj taki drobiazg w podziękowaniu. - Sięgnęła do jaskrawożółtej materiałowej torby z naszytym haftowanym kwiatem i wyjęła z niej bombonierkę Seashells, po czym z szerokim uśmiechem podała ją Natalii. Biało-brązowe muszle, ostrygi i rozgwiazdy - ulubione czekoladki Natalii. A był to wprost idealny dzień na to, żeby kolejny raz podnieść sobie poziom endorfin za pomocą słodyczy.
Na krótką chwilę, ale zawsze coś.
- Nie trzeba było! - zaprotestowała grzecznościowo, ale przyjęła podarunek. - To nic takiego przecież, cieszę się, że mogłam pomóc! - dodała i dopiero teraz niechętnie oddała Joannie nieszczęsny dokument tożsamości.
- Nie każdemu by się chciało zadawać sobie trud! Tak że serdecznie dziękuję jeszcze raz i uciekam! - odpowiedziała Joanna i zrobiła energiczny, wręcz taneczny obrót w kierunku drzwi. Prawie piruet.
- A może... - zaczęła Natalia, sama nie wiedząc, co powiedzieć dalej. - A może... Mówiła pani, że mąż by panią odebrał, jak skończy w serwisie... Więc może napije się pani ze mną herbaty? - wypaliła. - Pogoda fatalna, a pani bez samochodu... I właściwie to mogę poczęstować skromnym obiadem! Zapraszam! - dodała z entuzjazmem, który podłapała chyba od swojej rozweselonej rozmówczyni.
Joanna zatrzymała się już w drzwiach i na moment znieruchomiała, wyraźnie się wahając.
- Ja... Ma pani pewnie kolację rodzinną, nie chciałabym zawracać głowy! Poradzę sobie z dojazdem, a Arturowi to jeszcze z godzinę może zejść albo i więcej! - Machnęła ręką.
"To świetnie" - prawie że na głos powiedziała Natalia.
- To chociaż proszę się chwilę ogrzać, serdecznie zapraszam! - zachęcała żarliwie, jakby od tego zależało coś bardzo istotnego. - Bo... właściwie to nie mam żadnej kolacji rodzinnej, a wręcz przeciwnie... Nagotowałam przez przypadek za dużo makaronu, a mój chłopak zostanie pewnie do północy w pracy i zamówi kurczaka z KFC. Tak że byłoby miło, jeśli chciałaby pani mi potowarzyszyć... o ile, oczywiście, ma pani ochotę. A potem zabierze panią mąż. Pogoda jest naprawdę wstrętna! - mówiła szybko i, przynajmniej miała taką nadzieję, przekonująco. Tak przekonująco, jak tylko potrafiła.
- To akurat fakt, pogoda jest idealna na gorącą herbatkę! - roześmiała się Joanna. - No dobrze, jeśli jest pani pewna, że nie przeszkadzam, to wejdę na moment się ogrzać - powiedziała i zaczęła zdejmować ciemnożółty płaszczyk, który miała na sobie. Od stóp do głów była kolorowa - wysokie jasnobrązowe kozaki, czerwone spodnie w szkocką kratę, żółty płaszcz, torba i żółto-czerwony szal. Strój właściwie podkreślał jej beztroski i żywiołowy sposób bycia.
- Wspaniale! - ucieszyła się Natalia, powstrzymując się, żeby nie podskoczyć z radości. - Tylko proszę dobrze schować dowód tym razem! - poradziła z uśmiechem.
- Tak, to przede wszystkim! - odparła, śmiejąc się, Joanna i schowała dokument do portfela. Była już rozebrana - pod płaszczem miała nie mniej kolorowy (bordowo-pomarańczowy) luźny sweter. Ładny.
- Proszę wejść i sobie usiąść - Natalia wskazała na wejście do kuchni, a sama podeszła do kuchenki, gdzie bulgotał sos i makaron - a ja już wstawiam wodę na herbatę i nakładam nam jedzenie. Makaron już się zagotował. Sos pieczarkowo-pomidorowy, może być?
- Oczywiście, tylko odrobinę! - uśmiechnęła się Joanna i usiadła na krześle pod oknem.
Natalia chwilę krzątała się po kuchni, po czym postawiła przed kobietą talerz z jedzeniem. Nałożyła też sobie i umieściła między nimi szklaną miskę z zieloną sałatką. Przyniosła także sól, pieprz i sztućce.
- Oj, za dużo... - oceniła Joanna, patrząc na talerz. - Dziękuję bardzo, wygląda super! Smacznego!
- Smacznego! - odparła Natalia, zabierając się do jedzenia.
- Czyli pani chłopak... dużo pracuje? - spytała pisarka, podnosząc widelec.
- Tak... sporo... Natalia jestem, tak w ogóle! - powiedziała i wyciągnęła rękę przez stół. - Gapa ze mnie, że dopiero teraz!
- Właśnie, ja też nie pomyślałam... - Joanna podchwyciła jej dłoń. Miała ciepły, mocny uścisk. - Chociaż w tej sytuacji... Znasz wszystkie moje dane. - Roześmiała się. - Joanna jestem. Asia! - dodała.
Asia - tak jak jej Aśka, najlepsza przyjaciółka od samego przedszkola.
Gdy Joanna pochyliła się nad jedzeniem, Natalia znów uważnie na nią zerknęła, chcąc wyczytać jak najwięcej. Wyczytać, wchłonąć, ogrzać się. Bo to nie Joanna grzała się w mieszkaniu Natalii, ale Natalia ogrzewała się obecnością swojej wesołej towarzyszki.
Zgodnie z danymi w dowodzie Joanna była od Natalii osiem lat starsza, ale właściwie nie było to zauważalne. Na pierwszy rzut oka jej wiek trudno byłoby ocenić. Biła od niej ta młodość ducha - świeżość, radość, dynamizm - która nadaje płynność ruchom i gestom, ożywia spojrzenie. Taka iskra, która, jeśli jest naturalnie zasilana, nie przemija nigdy, nawet w bardzo późnych latach życia.
Jadły makaron, cały czas rozmawiając - o pogodzie, o niedawnym urlopie Joanny w Szwajcarii, o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. I o przedmiotach, które w życiu zgubiły, a potem szczęśliwie znalazły (albo nie).
- Najbardziej to nie lubię pożyczać książek, muszę się niestety przyznać. Rzadko powracają, prawda? - spytała Joanna, podnosząc widelec do ust.
- To fakt, choć ja zawsze staram się oddawać. Ale ostatnio mało pożyczam, bo niestety mało też czytam... - powiedziała Natalia. - A... pani... znaczy... mówiłaś - poprawiła się - że jesteś pisarką?
- Tak, piszę książki. Czytam dużo różności, ale trochę też piszę - roześmiała się Joanna. - Ostatnio nawet więcej piszę, niż czytam. Bo jak wsiąkam totalnie w jakąś własną historię, to nie mam już ochoty wyściubiać z niej nosa. Tak jest czasem lepiej.
- Super! A o czym piszesz? - zapytała podekscytowana Natalia. Kto wie, może Joanna będzie przyszłą J.K. Rowling i Natalia będzie mogła kiedyś wspominać, jak to poczęstowała ją makaronem w sosie pieczarkowym?
Sława i sukces przychodzą przecież najróżniejszymi drogami.
- Kryminały podróżnicze przede wszystkim - odparła, nakładając sobie łyżkę sałatki.
- Wow! Skąd bierzesz na to pomysły?
- Wiesz, tak jak z tą Szwajcarią ostatnio... Czasem jeździmy z mężem trochę po świecie, staramy się jak najwięcej. I niemalże zawsze, gdy wracam z jakiejś podróży, to mam w głowie nową historię. No i muszę - muszę - je potem spisywać, nic na to nie poradzę - roześmiała się. - Ale już teraz mam chyba w głowie więcej historii, niż zostało mi lat życia, żeby je spisać! Na szczęście pomysły ewoluują, czasem się łączą. Najlepiej jest, kiedy dobre pomysły zapoznają się ze sobą, uprawiają seks i powstają z nich jeszcze lepsze pomysły. - Uśmiechnęła się.
- A ile książek... tych historii już spisałaś?
- Teraz piszę swoją dwunastą książkę. Moje książki najlepiej sprzedają się w Niemczech i dlatego często tam jeżdżę na różne spotkania, wywiady. Dużo mnie zapraszają, a ja lubię ten kraj. Może to dlatego, że kiedyś mieszkałam trochę w Heidelbergu - przeurocze miasto! I tam właśnie napisałam pierwszą powieść.
- Wow! - powtórzyła tylko Natalia. - O czym jest twoja najnowsza powieść? - dopytywała dalej.
- Najnowsza akurat dzieje się na Sardynii. Byliśmy tam zeszłego lata. To magiczna wyspa, dosłownie! To, co tam zobaczyłam... W ogóle nie chciałam wracać. Niesamowita, prastara energia, klimat taki... coś takiego jest w powietrzu... - Joanna rozmarzyła się, może przenosząc się w wyobraźni na jakąś sardyńską plażę. - Byłaś może?
- Nie, z Włoch to tylko w Mediolanie parę lat temu, ale akurat padał deszcz. A gdzie mogę znaleźć twoje książki? - spytała Natalia.
Może jak przeczyta sobie powieść Joanny, coś ją wreszcie zainspiruje, natchnie, odmieni... Przejdzie na nią choć odrobina tej radości, którą emanowała autorka. A jeśli nie, to przynajmniej przeniesie się na parę godzin w jakaś inną kolorową rzeczywistość, co też ma sens, biorąc pod uwagę, jak bardzo była znudzona swoim obecnym - prawdziwym - światem.
- Wszystkie są w księgarniach, zwłaszcza te najnowsze. Te starsze pewnie na zamówienie. Ale najlepiej dam ci potem wizytówkę z moją stroną, tam jest wszystko, co napisałam... Ale... - Wzrok Joanny powędrował gdzieś na ścianę nad stołem, naprzeciwko zabudowy kuchennej. - Cóż to takiego? - zapytała, wyraźnie zaintrygowana.
- Co? - zdziwiła się Natalia i podążyła za spojrzeniem Joanny. - A, to... A nic, nic takiego... - odparła wymijająco.
- Co to za obraz? - drążyła kobieta, z zainteresowaniem wpatrując się w ścianę. Wpatrując się w obraz na ścianie.
Obrazek.
Bazgroły jakieś.
- Taki tam... Takie tam... moje stare bazgroły - odpowiedziała Natalia i też przez chwilę patrzyła na wiszący w antyramie obrazek, ze zdziwieniem i odkrywając go całkiem na nowo. Jakby zobaczyła go po raz absolutnie pierwszy, tak jak ujrzała go teraz Joanna - tymi żywymi, błyszczącymi oczami.
Namalowany pastelami obraz przedstawiał niewielki murowany domek z dużym, porośniętym winoroślą tarasem. Na tarasie stały sporej wielkości donice z kolorowymi kwiatami o ogromnych kielichach. I konewka. Kwiaty uśmiechały się do siebie, a konewka patrzyła na nie z ukosa. Z jej "nozdrzy" pryskały kropelki wody. Drabina w miedzianym kolorze prowadziła z tarasu na dach. Na krawędzi dachu, z niedbale zwisającymi nogami, siedział kot - w butach i w wielkim czerwonym kapeluszu z szerokim rondem. W ustach kocura tkwiła fajka, z której wydobywała się strużka szarego dymu, wijąc się wysoko w niebo i łącząc się na końcu z białą kłębiastą chmurą.
Obrazek podpisany był jej imieniem i nazwiskiem.
Natalia Terlecka, kl. VI B, miejsce I.
Kiedyś dostała za niego pierwszą nagrodę w ogólnopolskim konkursie plastycznym. Kiedyś. Chyba w jakimś innym życiu.
- Byłam wtedy z tej wygranej bardzo dumna - dodała z zawstydzonym półuśmiechem, jakby przyznawała się do czegoś gorszącego.
- I prawidłowo, bo to... bardzo ciekawe dzieło! - Joanna podniosła się i teraz z bliska patrzyła na obraz. - Co to za miejsce? - spytała.
- To jest dom mojej babci. A kot to oczywiście element nadprogramowy. - Natalia się uśmiechnęła.
- Intrygujące i... jak na szóstoklasistkę... bardzo dobre! Ma pani zdolności! - Joanna spojrzała na Natalię z uznaniem. - Czy mogę zobaczyć... jakieś nowsze prace?
- Nie mam... prawie nic nie mam. Kiedyś chodziłam na te plastyczne zajęcia, a potem przestałam. Wprawdzie wiele lat rysowałam sobie różne rzeczy... Ale ostatnio już dość dawno tego nie robiłam - powiedziała Natalia z jakimś nagłym smutkiem.
Zaskoczył ją ten smutek. Bo był niespodziewanie silny i boleśnie ukłuł ją w klatkę piersiową.
[...]
Pozostało jeszcze 95% treści tej książki.