2
Nie trzeba długo czekać, żeby mieszkańców wyspy zaintrygowała nieznajoma, która pojawiła się wśród nich. Przypuszczam, że rzadko mają do czynienia z przyjezdnymi, z wyjątkiem miesięcy letnich, kiedy przyjeżdżają turyści. Wczasowicze z Dublina mogą mnie rozpoznać, więc będę musiała zachować przytomność umysłu. Mam świadomość, że wykazuję się arogancją, zakładając, że nikt na tym małym atolu nie będzie w stanie mnie zidentyfikować, ale jestem raczej pewna, że to niemożliwe.
Rozchodzi się plotka, że kobieta z kontynentu, co zwykle oznacza Galway, Mayo lub Clare, wynajęła domek Peadera Dooleya i w każdym sklepie, do którego wchodzę, jestem proszona o potwierdzenie, że to ja jestem tą emigrantką, o której mowa. Kiedy to robię, wita mnie mieszanina podekscytowania z niepokojem, a przede wszystkim z troską o moje bezpieczeństwo. Wszyscy są przeświadczeni, że mój nowy dom nie jest wystarczająco dobrze ocieplony i że jeśli w nim zostanę, z pewnością umrę z powodu hipotermii.
- Prawdę mówiąc, jest całkiem ciepło - zapewniam piątą czy szóstą mieszkankę wyspy, która przepowiada mój zgon, a Cassandra przymierza się do tego, by się ze mną nie zgodzić i zapewnić, że umrę w ciągu miesiąca, ale przerywa jej mąż, który mówi, że nie, że domek Dooleya został zbudowany z porządnych cegieł.
- Większości się tak nie buduje - zauważa, drapiąc się po zarośniętym podbródku. Z jego uszu, nosa i brwi wyrasta więcej włosów niż z głowy i ten widok zbija mnie z tropu. - Obecnie. A tani pustak przepuszcza zimno. Ale domek z porządnych cegieł? One panią chronią. A czy pani go w ogóle zna?
- Kogo? - pytam.
- Tego Dooleya.
- Nie. - Kręcę głową. - Formalności załatwiliśmy mejlowo. Chyba tu nie mieszka, zdaje mi się.
- Po drugiej stronie - odpowiada, kiwając głową w kierunku Irlandii. - To jego ojciec, Shay Dooley, zbudował tę chatkę. Własnymi rękami. W tamtych czasach ludzie tak robili. Teraz nie mieliby pojęcia, co i jak. Wiadomo, po dawnych umiejętnościach nie ma śladu.
Próbuję sobie wyobrazić pracę, jakiej wymagała budowa. Skąd się wzięły cegły? Albo zaprawa murarska? Jak głębokie są fundamenty? A skoro już o tym mowa, nadwerężyłby się, gdyby zainstalował prysznic?
- Założę się, że jest pani pisarką - mówi kobieta z pewnym siebie uśmiechem na twarzy. - Stawiam piątaka.
- Dlaczego pani tak uważa? - pytam.
- Tak robią pisarze, prawda? - odpowiada. - Wynajmują chatę na odludziu, gdy pracują nad książką, a po skończeniu znikają i idą do Pata Kenny'ego albo Ryana Tubridy'ego i opowiadają, jak to miejsce ich zmieniło. Mam rację, prawda?
- Obawiam się, że nie - mówię, rozbawiona tą myślą. Mam historię do opowiedzenia, fakt, ale brakuje mi chęci, by ją spisać.
Moja rozmówczyni wydaje się rozczarowana, jakby miała nadzieję, że przywiozę na wyspę trochę wielkiego świata, a ja wyprowadziłam ją z błędu. Być może wyobrażała sobie wykłady albo warsztaty. Odczyt w kościele. Klub książki. Cokolwiek, co odmieniłoby monotonię codziennej egzystencji.
- Więc co pani porabia? - pyta zirytowana, jakby miała do czynienia z idiotką, skoro nie z pisarką.
- Właściwie nic - odpowiadam.
- Ale zanim tu pani przyjechała? Musiała pani coś robić.
- Nie, zupełnie nic - zapewniam i słyszę, że brzmi to niedorzecznie, choć to szczera prawda. Nic nie robiłam. Jestem sprawną, pięćdziesięciodwuletnią kobietą z otwartym umysłem, która przez niemal trzy dekady nie otrzymywała wypłaty. Trudno się do tego przyznać.
Mimo wścibstwa mieszkańców wyspy lubię z nimi rozmawiać. W większości są przyjaźni. I choć odczuwają ciekawość, mają dość przyzwoitości, by nie zadawać zbyt wielu pytań o to, dlaczego zamieniłam półtoramilionowe miasto na czterystuosobową wyspę. Spodziewałam się raczej inkwizycji. Jedna czy dwie osoby wyciągają ode mnie informację, że pochodzę z Dublina, i wtedy obejmują się i kręcą z namysłem głowami, jakby słyszeli o tym mieście same złe rzeczy i prędzej wybraliby się na Księżyc niż tam.
Wdrażam w życie rutynę. Budzę się o siódmej i idę na długi spacer po klifach, gdzie upajam się uczuciem porannego wiatru na twarzy, następnie wracam do domku i zjadam lekkie śniadanie, a później sprawdzam, kiedy Rebecca była ostatnio online. Czuję ulgę, gdy widzę, że było to stosunkowo wcześnie - powiedzmy około dwudziestej trzeciej - ale jeśli później, zaczynam się niepokoić. W rzadkich przypadkach, gdy widzę, że korzystała z telefonu o trzeciej lub czwartej nad ranem, martwię się i zastanawiam, co mogła robić. Może jakiś chłopak nie pozwala jej zasnąć? Nigdy nie lubiła mi się zwierzać ze swojego życia uczuciowego, ale ma dwadzieścia cztery lata, więc byłoby dziwne, gdyby w tym wieku nie miała pewnych doświadczeń w tej dziedzinie. Poznałam tylko jednego chłopaka, którego można by uznać za zalotnika - to on sześć lat temu towarzyszył jej na balu debiutantek. Colm, albo Colin, albo Colum. Coś w tym stylu. Twarz wciąż naznaczona trądzikiem, lśniące rude włosy i niepewność. Cienkie, kościste palce. Brendan zachowywał się jak Spencer Tracy w Ojcu panny młodej, był szorstki i władczy, ale źle wypadał w tej roli. Colm, albo Colin, albo Colum powiedział mi, że chce zostać entomologiem i myślę, że zaskoczyłam go, a nawet rozczarowałam tym, że wiedziałam, co oznacza to słowo i pozbawiłam go przyjemności wyjaśnienia mi tego. Uznałam, że ta praca by do niego pasowała. W każdym razie po balu nigdy go nie widziałam, a kiedy wspominałam jego imię, Rebecca udawała, że nie wie, o kim mówię.
Od czasu do czasu zastanawiałam się, czy mojej córki przypadkiem nie interesują bardziej dziewczyny niż chłopcy, ale nie, po namyśle nie sądzę, żeby tak było. Zauważyłam, że zdarzało jej się rzucać spojrzenia w stronę przystojnych mężczyzn w sklepach lub restauracjach, a poza tym nie jest z tych, którzy ukrywaliby swoją odmienną seksualność, jakby była czymś wstydliwym. Wręcz przeciwnie, szczyciłaby się nią. I wie, że nie miałoby dla mnie najmniejszego znaczenia, kogo przyprowadzi do domu, choć, jeśli mam być szczera, wolałabym, żeby to był chłopak, żeby wszystko było proste. Zdaję sobie sprawę, że wyrażanie takich uczuć może w dzisiejszych czasach wpędzić człowieka w kłopoty, ale uważam, że życie jest wystarczająco trudne bez dokładania kolejnej warstwy komplikacji. Uczciwie muszę przyznać, że Brendan zareagowałby tak samo. Ale niezależnie od orientacji Rebekki to nie on poprowadzi ją do ołtarza, jeśli taki dzień kiedykolwiek nadejdzie.
Emma umarła, zanim zdążyła się w kimkolwiek zakochać, więc tutaj nie ma żadnych tajemnic.
Poranki mijają szybko. Biorę kąpiel, myję głowę, zanurzając się w wodzie i odcinając się od ciszy. Sprzątam to, co sprzątałam poprzedniego dnia. Rozmawiam z kotem, który niechętnie zaakceptował moją obecność, ale nie da sobie odebrać fotela. Czytam. Wyglądam przez okno. Myślę o poranku, kiedy Gardaí[1] pojawili się przed naszymi drzwiami w Terenure. Nakazuję sobie przestać myśleć o poranku, kiedy Gardaí pojawiła się przed naszymi drzwiami w Terenure. W ten sposób mijają godziny i zanim się obejrzę, jest już prawie pora lunchu i mogę pójść do wioski.
Nie ma w niej zbyt wiele do roboty, ale liczy się to, żeby wyjść i porozmawiać z ludźmi, żeby nie być postrzeganą jako szalona kobieta z Dublina, ukrywająca się w chacie na wzgórzu. Poza tym obawiam się, że jeśli będę postrzegana jako odludek, to jakiś sąsiad, który ma dobre intencje, ale jest natarczywy, zaprosi mnie na kolację, a potem będę krążyć od domu do domu, aż wydrą ze mnie przeszłość i nie będę miała innego wyjścia, jak tylko spakować manatki i znowu się przenieść. Nie, lepiej, żeby mnie postrzegali jako otwartą, ale trzymającą się z daleka. Ilekroć zauważę, że któryś z mieszkańców wyspy spogląda w moją stronę, uśmiecham się i zagajam rozmowę. Oczywiście o pogodzie, bo co by się z nami stało bez rozmów o niej? Dłuższe wieczory. Możliwość burzy. Mówią o przypływach i odpływach, o ich nieprzewidywalnych zachowaniach, ale ja niewiele wiem na ich temat, choć mnie fascynują.
Chodzę do nowego pubu na lunch - kanapkę i miskę zupy - a wizyty w starym zostawiam na wieczór, kiedy dopada mnie poczucie izolacji i potrzebuję alkoholu w krwiobiegu, żeby powstrzymać się przed podcięciem sobie żył lub dodać sobie odwagi, by to zrobić. Nie kupuję alkoholu do domku. To równia pochyła.
Stary i nowy pub są do siebie zasadniczo podobne, a ich oficjalną nazwą jest nazwisko właścicieli, ale wszyscy mówią o nich "stary" i "nowy". Stary serwuje alkohol na wyspie od 1873 roku, a jego obecny właściciel jest prawnukiem lub praprawnukiem założyciela. Nowy pub działa dopiero od 1956 roku i w ciągu ostatnich dziesięcioleci zmieniał właściciela siedem razy. Obecnie należy do mężczyzny po pięćdziesiątce, który wygląda tak, jakby chciał ze mną porozmawiać, ale pilnuję, żeby mieć przy sobie książkę i w ten sposób bronić swojej prywatności, co najwyraźniej go zniechęca. Nie jest nieatrakcyjny, ale nie przyjechałam na wyspę w poszukiwaniu romansu i nie chcę go do tego zachęcać zbytnią przyjacielskością. Zresztą ma obrączkę na palcu. Zerknęłam mimowolnie.
Oczywiście jedynie z powodu próżności zakładam, że jest mną zainteresowany, ponieważ jestem przyzwyczajona do bycia podziwianą, ale później idę do łazienki i myjąc ręce, oglądam swoją twarz w lustrze i wciąż jestem zaskoczona zmianami, które widzę. Po pierwsze, straszna fryzura. Skóra, zaczynająca się wysuszać teraz, gdy nie stosuję już serii codziennych emulsji i kremów nawilżających. Przyzwoite ciało, owszem, ukryte jednak pod wieloma warstwami ubrań. Nie ma szczególnego powodu, dla którego jakikolwiek mężczyzna miałby zawiesić na mnie oko, chyba że z samotności. No ale w nowym pubie nie szukam namiętności, tylko kanapki i miski zupy.
Po tygodniu na wyspie zatrzymuje mnie na ulicy mężczyzna, który przedstawia się jako ksiądz Onkin, ale prosi, bym nazywała go Ifechi. Niech Bóg mi wybaczy, ale pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to to, że ten człowiek jest czarny jak as pik - takiego wyrażenia używała moja matka, ale mam dość rozsądku, żeby nie wypowiadać go na głos. Nie jest wyspiarzem, z pewnością, ale ma uśmiech, który mnie rozgrzewa, i najbardziej idealne zęby, jakie w życiu widziałam u mężczyzny. Jest młody, ma nie więcej niż trzydzieści lat i wydaje się szczerze zadowolony z tego, że mnie poznał.
- A pani to... - Unosi brew, a ja nieomal wypowiadam imię, od którego się uwolniłam, ale w porę gryzę się w język.
- Panna Hale - przedstawiam się, świadoma staropanieńskiego brzmienia tych dwóch słów, jakbym była damą do towarzystwa z powieści E.M. Forstera. - Ale proszę, mów mi Willow.
- Co za piękne imię - komplementuje.
- Tak jak i twoje - odpowiadam. - Ifechi. Nigdy wcześniej takiego nie słyszałam.
- Oznacza światło Boga - odpowiada.
- W takim razie jest odpowiednie.
- Tak, choć nie ja je wybrałem tylko, oczywiście, moi rodzice.
- Jeśli mogę zapytać, Ifechi, skąd pochodzisz?
Mówi, że urodził się w Nigerii, w miejscu zwanym Benin City, w tradycyjnej rodzinie ludu Edo. Nie słyszałam o ludzie Edo i zamierzam przeczytać o nim w Wikipedii, kiedy wrócę do domu, ale przypominam sobie, że nie mam Wi-Fi. Być może poszukam informacji w telefonie przy następnej wizycie w starym pubie, o ile obietnica łącza internetowego jest prawdziwa. Co ciekawe, w nowym pubie Internetu nie ma. Jest za to stół bilardowy.
- Jesteś tu nowa. - Na wpół pyta, na wpół stwierdza, a ja potwierdzam. - Nie osiedla się tu zbyt wielu nowych ludzi.
- Domyślam się. Przypuszczam, że wszyscy o mnie plotkują.
- Wszyscy co do jednego - przyznaje, po czym wybucha radosnym śmiechem, który i mnie rozśmiesza. Czuję się przy nim komfortowo i lubię go. - Zobaczymy się w niedzielę, Willow? - pyta.
- W kościele? Obawiam się, że nie, Ifechi. Nie mam takich inklinacji.
Nie mówię mu, że widziałam trzech papieży.
- Oczywiście - mówi i, na szczęście, nie próbuje mnie nawracać. - Ale jeśli kiedykolwiek będziesz miała ochotę na kilka chwil ciszy i spokoju, kościół jest otwarty przez cały dzień i przeważnie pusty. Może być dobrym miejscem na zebranie myśli, z dala od świata. Możesz rozmawiać z Bogiem, z samą sobą lub z nikim. Jeżeli poczujesz potrzebę, możesz się nawet zdrzemnąć. - Śmieje się, ale tym razem tylko się uśmiecham. Czuję, że to wyćwiczony wers, często powtarzany.
Prawda jest taka, że nigdy nie byłam religijna, choć wychowano mnie na katoliczkę, a Brendan nalegał, żebyśmy uczestniczyli we mszy w każdą niedzielę, gdy dziewczynki były małe. Nie miałam nic przeciwko temu - w końcu wszyscy to robili - wstawałam i klękałam w odpowiednich momentach, ściskałam dłonie sąsiadom i intonowałam modlitwy, nigdy, nawet przez chwilę, nie zastanawiając się nad ich słowami. Brendan z kolei lubił poczucie, że jest nie tylko członkiem społeczności, ale jednym z jej liderów. Od czasu do czasu czytał w niedzielę fragmenty Biblii i żenujące bywało to, jak angażował się w przedstawienie niuansów i postaci z historii biblijnych, przybierając niedorzeczny ton, który sprawiał, że dziewczynki rumieniły się skonsternowane. Regularnie służył jako szafarz, udzielając Komunii Świętej parafianom, gdy kościół był zbyt pełny, aby wszystkich mógł obsłużyć ksiądz.
Mogę dodać, że kościół znajdował się na terenie Terenure College, szkoły dla chłopców, która od pokoleń uchodziła za bastion rugby i katolicyzmu. Brendan nie uczęszczał do niej w dzieciństwie, ale lubił być tam widywany w niedzielny poranek. Przyjaźnił się ze szkolnym bibliotekarzem, księdzem Odranem Yatesem, i zapraszał go od czasu do czasu na kolację - siedzieli wtedy w salonie i rozmawiali o rugby, pływaniu i Gaelickim Związku Sportowym, jakby mnie w ogóle nie było. Gdybyśmy mieli syna, bez wątpienia zostałby posłany do tej szkoły, ale na szczęście dla dziecka - nie mieliśmy. Szkoła musi odczuwać dług wdzięczności wobec mojego męża. W ciągu ostatniego roku zepchnął ją z pierwszych stron gazet.
A jednak, choć nie odczuwam religijnych rozterek, może pewnego dnia wpadnę do kościoła Ifechiego. Opowiedział o nim bardzo zachęcająco, a nie mam napiętego grafiku. Zobaczymy.
- Bardzo się poświęciłeś - rzucam, zanim się rozstaniemy, a on patrzy na mnie pytająco.
- Poświęciłem? - pyta. - Nie rozumiem.
- Zamieszkałeś tutaj - wyjaśniam. - W tak odosobnionym miejscu. No i poza tym kwestia celibatu. To na pewno niełatwe. - Milknę. Nie wiem, dlaczego interesuje mnie życie seksualne tego biedaka lub jego brak. - Wybacz - mówię. - Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. To nie moja sprawa. Dopiero się poznaliśmy.
- Celibat to przekleństwo. - Sięga po moją dłoń, a ja pozwalam mu ją ująć. Jego ręce są miękkie i przez jedną dziwną chwilę zastanawiam się, co bym czuła, gdyby przesuwały się po moich piersiach albo między nogami. - Ale musisz zrozumieć, że tylko jedną rzecz na świecie kocham bardziej niż kobiety.
- Co to jest? - pytam.
- Bóg.
- Ale Bóg nie ogrzeje cię w nocy w łóżku, prawda?
Później, kiedy i ja leżę sama na wąskim łóżku, zastanawiam się, czy Bóg nade mną czuwa, a jeśli tak, to jaką karę ześle na mnie w następnej kolejności. Martwa córka. Mąż w więzieniu. Zszargana reputacja mojej rodziny. Cały kraj przekonany, że byłam w to wszystko zamieszana. Jak jeszcze może mnie skrzywdzić?
- Jesteś tam, Boże? - szepczę w ciemności, przypominając sobie tytuł książki sprzed wielu lat. - To ja, Willow.
Ale oczywiście nie jestem żadną Willow. Mogę się nazywać Willow Hale, tak długo, jak tylko będę chciała, ale w głębi duszy wciąż jestem Vanessą Carvin. Tylko nikomu nie mogę tego wyjawić.
[1] Potoczna nazwa irlandzkiej policji - Garda Síochána (przyp. tłum.).