Woal - Michał Kuszewski

Reflow text when sidebars are open.
I wtedy zobaczyli kobietę. Pojawiła się nagle, wypluta przez mrok jaskini, rozjarzona w świetle ognia, wysoko ponad ich głowami. Klęczała w bezruchu, przyniesiona na drewnianej platformie przez czterech wtajemniczonych akolitów Kapłana. Skulona niewiasta w białej sukni wylewającej się na ich głowy. Włosy o barwie dojrzałej wiśni zakrywały jej twarz długimi falami.
Wokół rozległy się westchnienia i odgłosy przełykanej śliny. To już za chwilę.
Niecierpliwe oczy zgromadzonych skierowały się na kobietę, która wedle reguł rytuału niespiesznie wyprostowała tułów i rozpostarła szeroko ramiona. Uniosła głowę i odchyliła do tyłu, eksponując miękką skórę alabastrowej szyi. Jej ponętna sylwetka jaśniała przy płomieniu niczym ludzka pochodnia. Prześwitująca przez materiał skóra mamiła młodością. Napięta gęsią skórką strachu i podniecenia.
Do szeptów i pomruków zachwytu dołączył chrzęst kolan szurających o chropowatą skałę.
I raptem, jak na dany znak, wszystko ucichło.
Zza pleców klęczących mężczyzn powoli wpłynęła do jaskini fala płynnej czerni. Poruszała się tuż nad ziemią wraz z gorącym podmuchem paskudnego fetoru. Obejmowała łydki i kolana akolitów. Uniemożliwiała zaczerpnięcie oddechu. Wyciskała łzy z oczu, które rozpaczliwie próbowały wywrócić się na drugą stronę, by mieć szansę na spojrzenie ku Temu, Który Został Wezwany.
On zaś wypłynął kłębem czarnego dymu z otworu w ziemi. Z niewielkiej, nieobudowanej nawet najlichszą cembrowiną studni. Wyrósł wysoko nad nimi wszystkimi na długich, powyginanych nogach, a potem zrobił krok w stronę ognia i przygotowanej na Jego cześć ofiary. Bezszelestnie jak cień, który Go zrodził. Niespiesznie. Władczo.
Miał szeroko otwarty pysk.
On jest głodny - stwierdziła w myślach, nie bez zaskoczenia, Caitriona.
Powoli prostując szyję, słyszała, jak zmęczone kręgi trą jeden o drugi. Wbiła wzrok w demona. Wzięła głębszy oddech i natychmiast tego pożałowała, gdy do jej nozdrzy wdarł się smród kwaśnego potu i zepsutego mięsa. Ostatkiem siły woli powstrzymała się przed kaszlnięciem.
Przeżruj zatrzymał się w pół kroku po drugiej stronie ogniska. Zrobił to, jeszcze zanim się poruszyła. Wszystkie czworo oczu pływających bezładnie w efemerycznej substancji jego ciała błyskały czerwienią i żółcią, lustrując ją od stóp do głów. Czujnie.
Wahał się.
Jego utkane z najczarniejszej materii pazury zdążyły rozedrzeć już ciała trzech innych kobiet, jego wijący się jak wąż język, oplótłszy nagie kości każdej z nich, zlizał do czysta najdrobniejszą kroplę żółtego tłuszczu. Trzykrotnie w ciągu trzech miesięcy. Ale teraz...
Echem od ścian jaskini odbił się przeraźliwy syk, a stojące powietrze drgnęło i buchnęło w stronę płomienia, który błyskawicznie rozżarzył się i rozsierdził, a następnie zaczął wirować.
- To chyba już - mruknęła Caitriona i podniosła się z klęczek. - Asena!
Podźwięk okrzyku zadudnił w jaskini. Zagłuszył syk i przez moment się wydawało, że przygasił szalejący ogień. Ten buchnął powtórnie, tym razem na czerwono, ukazując znieruchomiałym akolitom prawdziwe oblicze kobiety, którą chcieli ofiarować demonowi. Zniknęła zwiewna biała suknia, zniknęła młodzieńcza cera i pozorna bezbronność. Ich miejsce zajęły czerwona koszula pod skórzaną kamizelką, spodnie barwy zakrzepłej krwi i wysokie, połyskujące w ogniu buty za kolano. Skóra kobiety na wystających z rękawiczek palcach, szyi i twarzy - przed chwilą nieskazitelna i blada - przeorana była upiorną mozaiką blizn. Jej wzrok przeszywał demona ognikami tańczącymi w głębokim brązie skupionych oczu. I wyłącznie pofalowana kurtyna znajomych włosów pozwoliła nielicznym uwierzyć, że stała przed nimi ta sama osoba.
Ale było coś jeszcze. Mroczna aura, która spowijała jej sylwetkę. Niemożliwa do uchwycenia gołym okiem, bardziej odczuwalna niż widzialna.
Ci, którzy mogli, przenieśli wzrok na przyzwanego stwora, oczekując jego reakcji. Przeżruj wciąż górował nad wyznawcami, podobnie jak nad magicznie przemienioną kobietą. Falujące palce jego dłoni z łatwością mogły ją całą objąć, gdyby tylko chciał. Wiedział o tym. Więc zrobił kolejny krok do przodu.
I wtedy niedoszła ofiara zakrzyknęła ponownie, a obok niej uformował się nowy, skłębiony kształt. Wilczyca.
Kobieta i demoniczne zwierzę rozdzielili się, by obiec z dwóch stron palenisko i zaatakować jednocześnie. Demon instynktownie się cofnął, rozbijając dymną kolumnę nogi o twarze akolitów, którzy znaleźli się na jego drodze. Nieszczęśnicy natychmiast zaczęli się dusić.
Asena przemknęła zwinnie pomiędzy ludzkimi posągami, wybiła się i zwaliła całą swą eteryczną masą na przybysza z Szeolu. Przeżruj przyjął na siebie pęd zwierzęcia, po czym zawył przejmująco, odwrócił się na jednej nodze i posłał agresora za siebie, ku grupce kolejnych mężczyzn. Z rany na ramieniu, tam, gdzie dosięgły go kły ostre jak gałęzie Lasu Ostrzy, buchnął gęsty żółty dym.
Wtedy natarła Caitriona. Zawinęła się wokół jego nogi i wykonała okrężne cięcie sztyletem o kształcie wielkiego pajęczego pazura. Dymiąca żółć wyścieliła podłoże i okryła nogi akolitów aż do pasa. Demon zachwiał się i cofnął raz jeszcze, głębiej w mrok, tuż poza zasięg światła płomienia.
Łowczynię uratował instynkt. Najpierw poruszyło się powietrze, zassało dym do góry. To był znak, żeby uciekać. Odskoczywszy, przewróciła dwóch krztuszących się mężczyzn. Sama też upadła, ale uniknęła dzięki temu potężnego ciosu, który nadciągnął spod stropu idealnie tam, gdzie stała sekundę temu.
Fala uderzenia przewróciła najbliższych akolitów i rozrzedziła dym, wypychając jego kłęby daleko i wysoko ku ścianom kawerny.
Kobieta podniosła się i kątem oka zauważyła ruch tuż za pochylonym cielskiem demona. Zdążyła jedynie zaczerpnąć nieco powietrza.
- Asena, nie zabijaj, to jeszcze dziecko!
Wykrzyczała to w momencie, gdy wilczyca zdążyła się już wgryźć w kark przeżruja i obalić go z impetem na ziemię. Teraz, śliniąc się, trzymała w zaciśniętych szczękach kłąb demoniej materii i patrzyła na Caitrionę szeroko otwartymi oczami.
W jaskini rozbrzmiało chóralne staccato kaszlnięć do tła rwanej melodii świszczących oddechów. Stężałe uda akolitów poddały się po nagłym przywróceniu ciężaru ich ciał i wszyscy zwalili się na ziemię. Wili się w białych szatach i Caitriona miała wrażenie, że znajduje się w gnieździe gigantycznych czerwi. Ale to nie był Szeol. To było tu i teraz. Na Powierzchni.
- Won mi stąd! - warknęła na pierwszych z mężczyzn, którzy nadludzkim wysiłkiem zdobyli się na powstanie. - Wszyscy! Do domu! Aseno, wystarczy.
Jednym z nich był ich Kapłan. Jeszcze przed chwilą stoicki w swej bezwzględności, teraz drobiący w przestrachu, z napęczniałym krwiakiem na czole i wielką żółtą plamą na wysokości ud. Starzec łypnął tylko okiem na kobietę i oddalił się czym prędzej w kierunku wyjścia. Za nim poczłapało kilku kolejnych.
Caitriona odwróciła się w stronę leżącego demona i dała znak wilczycy. Asena wypuściła z pyska kark stwora, przeskoczyła go i stanęła tuż przed kompanką. Następnie ziewnęła, oblizała się, podrapała tylną łapą za uchem i rozpłynęła w powietrzu.
- W coś ty się wpakował? - mruknęła łowczyni i przyklękła przy przeżruju. - Pewnie nawet nie chciałeś zabijać tych kobiet, co? Robiłeś to, co ci wpojono.
Zamiast odpowiedzi z wciąż przeciekającego kłębiącą się żółcią cielska wydobył się przejmujący jęk, a ślepia demona zadrżały. Obok przekuśtykało dwóch akolitów, ciągnących z chrobotem po ziemi trzeciego. Caitriona westchnęła i spojrzała ku okrągłej dziurze, z której wydostała się przywołana przez nich na bezsensowny rytuał demoniczna istota.
- Próbowałeś wrócić do domu, co?
Nie minęło zbyt wiele czasu, a przyspieszone oddechy i łkanie świadków całego zdarzenia oddaliły się w mroku zaglądającej przez wejście nocy i w jaskini na powrót zapadła cisza. Łowczyni stanęła nad otworem i wbiła wzrok w nieprzeniknioną czerń wiodącego w dół tunelu. Nie docierał stamtąd ani jeden szmer, nawet najmniejszy powiew wiatru.
Być może dziura była po prostu dziurą.
Spojrzała na swoje oświetlone dogasającym żarem paleniska palce. Podwinęła rękaw, odsłaniając przedramię - znów gładkie, powabne, zdrowe. Ludzkie.
Nagle wyprężyła się, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk zbliżających się kroków. W jej dłoni błyskawicznie pojawił się pajęczy pazur.
- Spokojnie, Vess, to tylko ja.
- Jensen... Śledziłeś mnie?
- Nie schlebiaj sobie. Wolałbym to nazwać zbiegiem okoliczności.
Mężczyzna minął Caitrionę w odległości kilku kroków. Skinął głową i otaksował wzrokiem dyszącego na ziemi demona. Podszedł bliżej ognia i od niechcenia dosunął butem parę walających się obok szczap.
- To moje zlecenie - zachrypiała łowczyni, przyglądając się zdecydowanie nieprzyjemnie wyglądającej kuszy, którą Jensen trzymał w dłoniach; miała dwa łuki, jeden pod drugim, i dwa załadowane bełty. - Czego tu chcesz?
Jensen nie odpowiedział. Przez chwilę na młodzieńczej twarzy malował się wyraz zadumy, co - jak uznała Caitriona - w połączeniu z równo przyciętą blond fryzurą dawało efekt tyleż komiczny, co upiorny. Zależnie od przyjętej perspektywy.
- Dlaczego on nie jest jeszcze martwy? - zapytał wreszcie.
Jego słowa, a może ton, którym je wypowiedział, sprawiły, że kobieta poczuła nagły przypływ gniewu. Opanowała go nieszczerym uśmiechem.
- To jeszcze dziecko. Całkowicie zagubione w tym świecie. Zamierzam je odesłać na dół. Pomóż mi go zaciągnąć do tej dziury albo idź stąd.
- Tak myślałem.
Nim Caitriona zdążyła zareagować, łowca opuścił kuszę i nacisnął spust. Cięciwa pchnęła bełt prosto w głowę demona, a ten przebił czarny kłąb, ze szczękiem zrykoszetował od skały i pofrunął, koziołkując, w czerń jaskini. "Skóra" stwora, niczym przebity balon, zwinęła się w kilka strzępów, a spod niej rozlała się po ziemi i rozpełzła po skalnych szczelinach resztka smrodliwej żółci.
Łowczyni zacisnęła pięści i z rezygnacją pokręciła głową.
- Jaka matka wychowała tak podłego skurwysyna?
- Dobrze wiesz, Vess, że zrobiłem właśnie to, co należało do ciebie. I "dziecko"? Ten przeżruj to był prędzej napalony nastolatek.
- Zagubiony nastolatek! Świat nie jest czarno-biały, powinni ci byli to wpoić w pierwszej klasie. Można było go jeszcze uratować.
- I mówi to plugawa hybryda.
- Plug... Och, Jensen. - Caitriona wyszczerzyła się kpiąco. - To jak to jest, chcesz mnie obrażać słowami idiotów z Aparatu czy własnoręcznie posłać do piachu?
- Może kiedyś, Vess...
Wyraźnie zbity z pantałyku młody łowca ponownie zarzucił na ramię kuszę i podszedł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą podrygiwała głowa demona. Kucnął i wziął w garść wszystkie, sczerniałe teraz, oczy przeżruja. Dwoje z nich rzucił Caitrionie.
- Twoje zlecenie, twoja nagroda. Nic mi do niej. Masz swój dowód. Drugą połowę zachowam dla siebie, jeśli pozwolisz.
Łowczyni schowała fanty do kieszeni.
- Twój problem, Jensen - sarknęła na odchodne - nie leży w tym, że nie ma już wojny, podczas której mógłbyś zaimponować tym, którym próbujesz zaimponować. Tu chodzi o to, że nawet gdybyś miał tyle lat, ile my, kiedy walczyliśmy o ten świat, a nie ganiał beztrosko z gołą dupą po obejściu, i tak nie wzięto by cię do oddziału.
- Grube słowa, Vess - odparł młodzian, odchodząc. - Ale to jedynie słowa. Nic więcej.
Caitriona przygryzła wargę i ponownie przeniosła wzrok pod nogi - w bezkresną, pociągającą czerń tunelu do innego świata.
Gdy weszła do chaty sołtysa Aporii, wewnątrz momentalnie nastała głucha cisza. Łowczyni odczekała kilka chwil, zabijając czas nonszalanckim stukaniem butami w parkiet. Krępa żona urzędnika posłała jej jedno - tylko jedno - strachliwe spojrzenie i natychmiast wyprowadziła z izby dwójkę umorusanych błotem dzieci. Podstarzały chudy petent, który nie doczekał się audiencji, przesunął się zaś wolno za plecami Caitriony w stronę drzwi, szorując odrapaną kamizelką o ściany. Tak jakby ukazała się im w prawdziwej, przeoranej setkami blizn skórze.
A miała przecież na sobie swą piękną powłokę.
- Pani Vess.
Głos sołtysa, który rozbrzmiał w opustoszałym raptem pomieszczeniu, drżał nieznacznie. Bynajmniej nie z zimna.
Caitriona podeszła do solidnego długiego stołu, który w godzinach roboczych zmieniał się w urzędnicze biurko, i usiadła naprzeciwko mężczyzny. Wbiła w niego przenikliwe spojrzenie, a kiedy uznała, że osiągnęła zamierzony efekt, wyjęła z kieszeni skamieniałe oko demona i pchnęła po blacie. Kula ze stukotem pokonała nierówności starego, wypaczonego drewna i zatrzymała się pod pulchną dłonią sołtysa.
Mężczyzna przełknął ślinę i spojrzał na fant z mieszaniną obrzydzenia i niepewności.
- Panie Lodewijk, zlecenie wykonane.
Sołtys oblizał wargi i pociągnął nosem, po czym zawinął oko w wysupłaną z kieszeni chustkę i wstał od stołu. Już miał ruszyć w kierunku prężącej się w rogu pomieszczenia komody, ale zatrzymał się w pół kroku. Wyglądał, jakby coś w nim pękło.
- Miało być pięć dni - powiedział.
Jego oczy, zamiast twarzy łowczyni, lustrowały zmętniałą szybę okna, za którym poranna mżawka powoli przeistaczała się w deszcz.
- Zeszło mi dłużej. I co z tego? - Caitriona założyła ręce na piersi i odchyliła się na krześle. - Demon więcej waszych dziewuch nękać nie będzie. Już prędzej radzę uważać na tego, który go do wszystkiego nakłaniał. Starszy jegomość z wielkim guzem na czole. Trudno będzie go przeoczyć. Coś jeszcze?
Sołtys chrząknął, opuścił głowę i podjął marsz ku komodzie. Łowczyni zatrzymała go podniesionym głosem.
- Panie Lodewijk, koza jest chyba w drugą stronę!
Odmachnąwszy niecierpliwie dłonią, mężczyzna dopadł do drzwiczek, schylił się, choć nie bez wysiłku, i wyszarpnął ze środka brązową skrzynkę. Następnie wrócił na swoje miejsce i z hardym wyrazem twarzy pchnął pudełko ku kobiecie.
Nim drewno zaczęło szorować o drewno, Caitriona podniosła się nagle. Krzesło upadło za nią z łomotem na ziemię. Jej głos ciął gęste, wilgotne powietrze niczym świst naprężanej struny:
- Czaj i chleb, Lodewijk.
Przecież sama sobie tego nie wymyśliła, taka była tutejsza tradycja. Jeżeli jakiś przyjezdny, zazwyczaj fachowiec, wykonywał dla wspólnoty zlecenie czy czynił jej przysługę, zanim otrzymał zapłatę, częstowany był osobiście przez sołtysa herbatą i chlebem. Przez głowę i ręce ludu. Jako wyraz wdzięczności. Rolą gościa było przyjąć posiłek i życzenia szczęścia w drodze. Pieniądze mógł wziąć dopiero na koniec.
- Żadnych poczęstunków - wydusił przez ściśnięte gardło sołtys. - Nie jest pani nawet zrzeszona...
- A więc o to chodzi? Jensen was odwiedził, co? I nasączył do ucha jadu.
Lodewijk nie wytrzymał jej spojrzenia. Spuścił głowę. Wyglądał, jakby był o krok od załamania.
- To nie ten nadgorliwy szczyl rozwiązał wasz problem, sołtysie - powiedziała Caitriona spokojnie. - Ja go rozwiązałam. I jeśli mamy być ze sobą szczerzy, bardzo chętnie sobie stąd pójdę, bo nie był to dla mnie łaskawy czas. Poza tym nie mam tu więcej nic do roboty. Reszta to wasz bałagan do ogarnięcia. - Przywróciła krzesło do pionu stopą, usiadła na nim i zarzuciła nogi na blat. - Ale najpierw dostanę swój czaj i chleb.
To całkowicie przełamało opór sołtysa, który przetarł brodę, chcąc zakryć trzęsące się wargi, i podążył w stronę rozgrzanej kozy w przeciwległej części izby. Caitriona w milczeniu obserwowała, jak mężczyzna napełnia czajnik wodą i stawia go na fajerce. Gdy wziął się za krojenie, przeniosła wzrok na okno, za którym z chwili na chwilę wzmagała się deszczowa łupanina. Od niechcenia szturchnęła butem skrzyneczkę. Była cięższa, niż mogło się wydawać.
Wtem przypomniała sobie o Jensenie. Zmarszczyła brwi.
Jak ją znalazł? Śledził ją? Miał na nią zlecenie? Chciał się wykazać?
Sprawdzał ją?
Zobaczyła go po raz pierwszy trzy lata temu, kiedy jako praktycznie nastolatek bez trudu okiełznał rodzeństwo lilitów w środku przywołanej przez nie czerwonej burzy. Nie pozwolił parze demonów skrzywdzić przerażonych chłopów w oborze nieopodal. Nawet ich chałupa zachowała się w całości, nie licząc snopów strzechy, które rozwiało po całej okolicy.
Ubiegł ją wtedy, ale była mu wdzięczna. Posiadał naprawdę ogromny potencjał jako łowca. Gdyby tylko nie miał pod sufitem równo jak od linijki...
Z zamyślenia wyrwał Caitrionę stukot metalu o drewno. Zapachniało gorzkim ziołem.
- Czaj i chleb - powiedział Lodewijk bez emocji. Pociągnął nosem i palcami wytarł spod niego wilgoć.
Nawet nie spojrzała na poczęstunek. Wstała i wydłubała ze skrzynki zwitek banknotów, zostawiła kilka sporej wielkości monet. Dwa i pół tysiąca szikl. Nie potrzebowała na trasie dodatkowego obciążenia.
- Panie Lodewijk. - Skinęła sołtysowi głową, po czym odwróciła się, założyła na nią trikorn, by wyjść na ulewę i chłód.
Czekali na nią. Dwóch osiłków: jeden z pałką, drugi z łańcuchem. Obaj w skórzanych kurtkach, przekazujący sobie fajczywo pod daszkiem chałupy, która kuliła się pod naporem deszczu po drugiej stronie wiejskiej drogi. Gdy Caitriona zamknęła za sobą drzwi, w okolicy ust jednego z nich rozjarzył się pomarańczowy żar i zaraz potem spod strzechy buchnął kłąb białego dymu.
Zaklęła pod nosem i rozejrzała się uważnie. Aporia była wsią wciśniętą w leśną przecinkę, skomasowaną na niewielkiej przestrzeni, gdzie drewno, słoma i okazjonalna cegła niemal przepychały się o skrawek wolnej przestrzeni. Dalej, w kierunku pól, było luźniej. Jaśniej. Tamte okolice, droga, która ją tu przywiodła, przypominały jej Wolfstaed. Tutaj dusiła się od samego patrzenia na zabudowę.
Zanim wróciła spojrzeniem ku zbirom - bez wątpienia nasłanym przez Frilla - zarejestrowała kontur tylnego koła motocykla, wystającego zza ściany kilka chat dalej. I to nie był jej wysłużony przerdzewiały Balor, którego przezornie pozostawiła pod drzewem z najgęstszą koroną w okolicy. Nie była to również maszyna któregokolwiek z tych dwóch, którzy właśnie odkleili się od ściany i zaczęli iść w stronę łowczyni. Motor był zbyt wyszukany. Zbyt nowoczesny. Co skracało listę podejrzanych do jednego nazwiska.
Jensen.
Skoro łowca z Gathary wciąż kręcił się po okolicy, nie mogła przywołać Aseny, by poradzić sobie z tą dwójką. Wszak wilczyca też była demonem. I doskonałym pretekstem, by użyć na niej wreszcie tej fikuśnej kuszy, którą młody Jensen tak bardzo lubił majtać przed jej oczami.
Nie, tym razem musiała poradzić sobie sama.
Spotkała się z nimi pośrodku ulicy. Było już naprawdę mokro. W błotnych zagłębieniach po jej podeszwach natychmiast uformowały się drobne kałuże. Ten z pałką wskazał na jej wypchaną kieszeń.
- Frill czeka na płatność - oznajmił i splunął.
Caitriona zauważyła, że kropla jego śliny była mniejsza od tych, które ze stukotem bombardowały jego łysą głowę, tworząc tuż nad nią białą mgiełkę.
- Dostanie ją - odparła, zastanawiając się, ile ma czasu, nim skóra jej kamizelki nasiąknie na tyle, by zamoczyć banknoty. Potrzebowała swojego płaszcza. - Ode mnie.
- No to po staremu, Gargan - powiedział łysy.
Szczęknęło i jego kompan niemal bez zamachu wypuścił w jej stronę zakończony nieprzyjemnie wyglądającą kolczatką łańcuch. Caitriona już jednak była w lekkim przechyle, aby umożliwić sobie uniknięcie pierwszego uderzenia. Z powodu błota musiała reagować szybciej. Nie, nie reagować. Przewidywać.
Pałka drugiego była krótsza, więc na sekundę, dwie, nie musiała się nim martwić. Łańcuch, który miał opleść ją w pasie, pomknął w próżnię i szarpnął dłonią zaskoczonego zbira, wytrącając go z równowagi. Łowczyni doskoczyła do niego z pięścią zaciśniętą w skórzanej rękawiczce. Jednocześnie drugą dłonią zerwała z głowy trikorn. Nim łysy zorientował się w sytuacji, jego kolega musiał ratować się przed upadkiem, człapiąc do tyłu, a kapelusz wraz ze sporą ilością wody, która zebrała się wokół korony, pofrunął wprost w jego twarz. Zbił go w ostatniej chwili niepewnym wymachem pałki. Caitriona już stała na ugiętych nogach, gotowa do kolejnego wypadu. W jej dłoni czernił się pajęczy pazur. Nie zdążyła jednak tego zrobić, bo gość od łańcucha szarpnął mocno i ogniwa przeorały mokry grunt tuż pod jej stopami. Musiała szybko unieść jedną z nich, by nie stracić buta. Wtedy pasmo włosów przykleiło się jej do twarzy i zasłoniło lewe oko. Wyczuwszy ruch od strony łysego, pochyliła się czysto instynktownie, akurat gdy jego sękaty oręż przeciął ścianę wody w miejscu, w którym moment wcześniej znajdowała się jej głowa. Wbiła mu w udo ostrze i odepchnęła się od jego biodra wprost na drugiego, który zbierał się do kolejnego wymachu łańcuchem. Tego widziała wyraźnie. Poleciała na niego tak, jakby chciała go objąć, i kiedy zatrzymała się na śmierdzącej dymem i potem masie jego torsu, błyskawicznie nakreśliła końcówką pajęczego pazura półokrągłą linię - od jego lewej nerki do pępka.
Obaj padli w błoto z chlupotem i z szeroko otwartymi oczami i ustami.
Caitriona odgarnęła włosy z twarzy i krytycznie przyjrzała się uwalonym rozmokłą ziemią czubkom swoich butów. Następnie podniosła trikorn, otrzepała go energicznie i ignorując spojrzenia tych, którzy wystawili z okien łepetyny w oczekiwaniu na widowisko, pomaszerowała między chaty, ku linii lasu.
Zwinięty pod siedzeniem gruby skórzany płaszcz załatwił problem dalszego moknięcia, ale co złapało wilgoć, to trzymało przez całą dwugodzinną drogę skrajem lasu. Resory Balora trzeszczały na każdym korzeniu, a tylne koło nieustannie buksowało, gdy silnik regularnie, po chwilach zastoju, łapał powietrze w swe stalowe płuco i wskakiwał nagle na wysokie obroty. Jadąc po wertepach, z dala od ubitych szlaków, Caitriona dziękowała opatrzności za dodatkową stabilizację, jaką jej pojazdowi nadawał wiecznie pusty boczny wózek. Ten, mimo upływających lat, wciąż trzymał się ramy solidnie, jakby złożył przysięgę dozgonnej wierności. No i nie nabierał wody, bo jego podłoga była oczywiście dziurawa jak sito.
Wraz z zapadaniem zmroku deszcz powoli ustępował, aż wydał z siebie ostatnią kroplę - i właśnie wtedy łowczyni dojrzała między drzewami blask ogniska. Zgasiła silnik. Na plecy chlusnęła jej woda, którą zwiał z liści podmuch wieczornego wiatru.
Pachniało ziemią i dymem.
Vess poświęciła chwilę na rozeznanie się w okolicy. Obóz bandy Frilla podróżował z miejsca na miejsce, nigdy nie pozostawał w danej lokacji dłużej niż miesiąc. Ten tutaj nie był starszy niż tydzień. Znalazła go wyłącznie dlatego, że wcześniej dostała wskazówki od samego herszta. Nie znaczyło to, że jej ufał. Ale było to więcej niż nic.
Przywoławszy w pamięci zwyczajowy rozkład namiotów i posterunków, obeszła szerokim łukiem strefę pilnowanych przez grupę wartowników jeńców i wkroczyła w przestrzeń obozu od najciemniejszej strony. Modliła się w duchu, by ominąć najbardziej obsrane dołki.
Kiedy pojawiła się tak nagle i niespodziewanie w zasięgu światła głównego paleniska, gardłowe rozmowy i śmiechy przy śmierdzącym z dala bimbrze umilkły. Nikt jednak nie wyciągnął broni, nikt nie rzucił się w jej stronę. Ktoś splunął. Ktoś zaklął. Ktoś z głośnym plaśnięciem przekazał z dłoni do dłoni kilka monet. A potem wszystko wróciło do normy - głośnej, rechoczącej i wulgarnej.
Na widok Caitriony siedzący u szczytu - jeżeli koliste zgromadzenie mogło w ogóle mieć coś takiego - herszt odgonił gestem brodatego osiłka i rozłożył szeroko ręce. Wyszczerzył się w krzywym, żółto-złotym uśmiechu.
- Rio! Rio Vess! Nasza ulubiona wilcza suczka.
Choć wydawało się to nieprawdopodobne, na jego całkowicie pokrytej tatuażami skórze łowczyni wypatrzyła parę zupełnie nowych. Jeden z nich, wciśnięty między lewą brew a zajmujący większość jego łysej głowy kawał realistycznie odwzorowanej czaszki, łypał na nią oczami rozdziawionego wężowego pyska.
- No, siadaj, kobieto. Nie stercz tak. Kieron, kopsnij mi z dwie flaszki jeszcze!
Niechętnie, bo niechętnie Caitriona zajęła zwolnione przez młodego Kierona miejsce w okręgu. Ciepło szalejącego między bierwionami ognia natychmiast zabrało się za suszenie jej splątanych włosów. Czekając, aż Frill skończy opowiadać kilku nowym jedną z historii gangu, którą reszta słyszała już dziesiątki razy, zdjęła płaszcz i rękawiczki. Mimochodem spojrzała w lewo, na ledwo oświetlone, pilnowane przez zbirów pnie. Do paru z nich przywiązani byli ludzie.
Gdy Frill odwrócił się wreszcie w jej stronę, trzymał w dłoni dwie butelki. Wzięła jedną bez słowa i łyknęła gorzkiej, pachnącej żywicą nalewki. Wysupłała z kieszeni kamizelki zwitek banknotów i wcisnęła przywódcy bandy w niemal czarną od tuszu dłoń.
Herszt wziął papier w dwa palce i pomachał nim z obrzydzeniem.
- Co jest, kurwa? Wyłowiłaś to z rzeki? Co ja mam z tym zrobić?
- Frill...
Caitriona westchnęła i krzywiąc się, przeczesała rozcapierzonymi palcami wilgotne strąki włosów. Gdzieś spomiędzy drzew dobiegł ją ptasi trel.
- Znamy się ile? Pięć lat? Od pięciu lat ganiasz ze swoją szajką po polach i lasach tego kraju, żyjąc z haraczy i handlu tymi, którzy mieli pecha się na was napatoczyć z dala od wsi. Jak jest dobrze, to jest dobrze. A jeśli jakiś demon zje ci kolegę, posyłasz po mnie i jakoś się dogadujemy. Ale nie jest to proste, Frill, i wiesz, co jest temu winne? Twoje skurwysyństwo.
Rozmowy wokół jakby nieco przycichły. Słowa zawisły w powietrzu w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń. Łowczyni pociągnęła jeszcze jeden łyk.
- Nie wierzę, że tych dwóch przydupasów, którzy na mnie naskoczyli dzisiaj we wsi, działało na własną rękę. Nasłałeś ich na mnie, choć powinieneś wiedzieć, że i tak przyniosę ci to, co jestem ci winna. Miałbyś swoje pieniądze suche i bezpieczne jeszcze przed zapadnięciem zmroku, gdybyś tylko nie mierzył ludzi swoją miarą.
Frill zacisnął pięść, zmiął papier, a w jego oku błysnął ognik gniewu. W następnej chwili jednak roześmiał się gromko, czym wywołał kilka nieśmiałych rechotów wśród członków bandy. W końcu schował zwitek do kieszeni, wziął głęboki haust bimbru i głośno beknął. Parę kropel spłynęło mu po brodzie i zniknęło w trawie. Jak na umówiony sygnał ukryty w drzewach ptak ponownie zawtórował całej sytuacji śpiewem.
- Widzisz, Vess... - Frill buchnął w stronę Caitriony żywicą i przetrawionym obiadem. - My tu wyznajemy pogląd, że życie jest nieco zbyt przewidywalne. Chcesz robić cały czas to samo? Chcesz siedzieć na dupie od zimy do lata i robić to samo rok w rok, do usranej śmierci? No właśnie. Mówiłem ci, skąd mam te tatuaże?
- Tak, to twoja historia.
- Więcej entuzjazmu, kobieto! Wszystko, co mi się przydarzyło, każdy sukces, każde zwycięstwo, każda ważna osoba, którą spotkałem. Wszystko to noszę ze sobą, bo rzeczy zdarzają się tylko raz i nigdy więcej.
- I co, dla mnie też znalazłeś tam miejsce?
- A pewnie, że chciałabyś wiedzieć! - Frill uniósł brwi i zaśmiał się gardłowo. Gdy skończył, obniżył głos. - Tak czy siak, po przyjacielsku, jestem ci coś winny za tych dwóch dupków - powiedział, po czym, zauważywszy spojrzenie łowczyni, dodał: - I za siebie.
- Mhm, coś wymyślę - odrzekła Caitriona i podniosła się energicznie.
- Obniżenie długu nie wchodzi w grę!
- Nawet nie przyszło mi to do głowy. Aha, Frill, nazwij mnie wilczą suczką jeszcze raz, a utnę ci język i rzucę Asenie na deser. Dla dobra wszystkich.
- Obiecanki! A jeśli chcesz zostać na noc, Kieron znajdzie ci jakieś miejsce.
Narzuciwszy na siebie płaszcz, łowczyni znów poczuła chłód przyciśniętej do pleców wilgotnej koszuli. Wycofała się w cień. Nie wiedziała, czy miała ochotę zostać do jutra. Pozbyła się właśnie całkiem grubej wypłaty i jak najszybciej potrzebowała następnej, by we względnym spokoju przetrwać kolejne tygodnie. Ale w tej chwili jej myśli zaprzątało coś zupełnie innego. Ten ptasi trel. Już kiedyś go słyszała.
Dziesięć lat temu.
Nie od razu skojarzyła, skąd mógł dochodzić. Od kiedy wstała, nie odezwał się ani razu. Ale to nie mógł być nikt z bandy Frilla. A przynajmniej nie była gotowa w to uwierzyć. Trel, ta konkretna urwana zbitka pięciu dźwięków, był echem dawno zagrzebanej przeszłości. Znało go niewiele osób. Ile z nich przeżyło do dziś? Ile ułożyło sobie na nowo życie?
Ile pałętało się bez celu po lasach z dala od cywilizacji?
Zatrzymała się przed rzędem pni z przywiązanymi do nich jeńcami. Nieszczęśnikami, którzy mieli pecha zaleźć Frillowi za skórę. Jedyną osłoną przed deszczem były rzadkie gałęzie nad ich głowami.
Przy jednym siedział półnagi brodacz z obleśnym, i to pod każdym względem, tatuażem na ramieniu. Zapewne członek bandy, którego Frill odesłał na dzień, dwa, by ochłonął po jakiejś burdzie. Do drugiego przywiązana była kobieta w podartych łachmanach. Wyglądała na starszą od Caitriony, ale być może był to efekt zmęczenia, głodu i rozpaczy, która osiadła pod jej oczami w grubych sinych worach. Bez wątpienia tutejsza, czekająca, aż mąż zrzuci się z przychylnymi chłopami ze wsi na haracz.
Przy trzecim siedział...
- Ej, won stąd - warknął prawie dwumetrowy, ale za to chudy wartownik, gdy zauważył łowczynię.
- Frill zezwolił na oględziny towaru - odburknęła Caitriona, nawet nie odwróciwszy się w stronę mężczyzny.
- Ale...
- Idź i z nim się kłóć, nie ze mną. Klay, prawda?
Wartownik chrząknął.
- Prawda.
Wskazała na jeńca, przy którym się zatrzymała.
- Co to za jeden?
Klay przez chwilę jakby deliberował, czy się w ogóle odezwać, po czym najwyraźniej stwierdził, że owszem.
- Chuj wie, co to za jedni. Ci wszyscy. Tego też w lesie chłopaki dorwały. O, pod Aporią. Parę dni temu. Pewnie szczur bez domu.
Caitriona zmrużyła oczy i wpatrzyła się w chudą twarz niewysokiego mężczyzny. Był brudny i miał tygodniowy zarost, ale nie był zmarnowany ani chory. I wciąż miał to spojrzenie: pełne werwy i determinacji. Podjęła decyzję, zanim jeszcze pod jego ostrym, długim nosem wykwitł szeroki uśmiech.
- Frill! - krzyknęła w stronę ogniska. - Chyba wiem, co możesz dla mnie zrobić!
Mężczyzna dreptał obok niepewnie i co rusz potykał się na wystających korzeniach. Caitriona, której Asena użyczyła umiejętności widzenia w ciemności, prowadziła go i podtrzymywała za kołnierz. W końcu, gdy wreszcie przystanęli, powiodła jego dłoń ku kierownicy jej motocykla.
- Trzymaj się tego.
- Na demony, Rio... - wysapał świeżo uwolniony więzień. - To naprawdę ty.
- Witaj, Leo Silku.
- Nie wierzyłem. Niech mnie ściśnie, nie wierzyłem w to, co mówili, ale kiedy zobaczyłem cię przy ognisku...
- Dobra, Leo, powoli. Jesteś cały? Zrobili ci coś?
- Gdzie tam. Ten ich oprawca kopnął mnie w kostkę. Utykam. Ale przeżyję.
- Przegadałam Frilla, żeby mi ciebie pożyczył na godzinę, więc mamy chwilę. Uspokój się, weź oddech i powiedz mi, kto ci o mnie mówił.
Leo poruszył się niespokojnie i chyżo na powrót wymacał w ciemności chłodny metal motocykla.
- Czekaj no. "Pożyczył"? Po co?
- Ech, dziewczyna ma swoje powody i potrzeby. Mów.
- Dobra. Po kolei. Przyjechałem tu z Gathary. Po ciebie.
- Z Gath...
- Tak naprawdę głównie po to, by się upewnić, że historia o tym, że zginęłaś dziesięć lat temu, nadal jest aktualna. Daleko, bo daleko: najpierw dwa dni koleją, potem drugie tyle na pace ciężarówki i jeszcze pół dnia piechotą. Normalny by powiedział, że nie ma sensu się pchać, ale nie wiem. Miałem przeczucie, że coś jest na rzeczy. Tak mnie zresztą zgarnęli. Zaraz po tym, jak się zgubiłem.
- Tyle lat spokoju i nagle wszyscy mnie śledzą. Czemuś nie przyjechał z Jensenem na jego maszynie?
- Hę? Z kim?
- Nieważne. Kto cię tu wysłał?
Leo nie od razu odpowiedział.
- Gurzil - rzekł wreszcie.
Na dźwięk znajomego nazwiska łowczyni przełknęła ślinę. Spróbowała wygrzebać z pamięci twarz.
- Sierżant?
- Teraz to szeryf. Szeryf milicji Gathary. Ktoś... Muszę usiąść...
Caitriona westchnęła i poprowadziła Leo za rękę do bocznego wózka. Wskazała mu postrzępione siedzisko.
- Uważaj, jest mokro.
Mężczyzna wdrapał się do środka, usiadł i złapał za głowę.
- No więc ktoś zabija w Gatharze członków oddziału - podjął po chwili. - Tych, którzy przeżyli. Nikt nie jest w stanie go zidentyfikować, a co dopiero pochwycić. A liczba ciał stale rośnie.
- Oddziału? Naszego oddziału?
- Gurzil zrobił nie lada karierę w mieście, ale teraz wychodzi z siebie. Między jednym pogrzebem a drugim wezwał mnie, zabrał na bok, jak nigdy tego nie robił, i powiedział, że parę lat temu posłyszał jakieś plotki, że gdzieś tu, na południu, działa niezrzeszona łowczyni, która być może, a być może nie, wygląda mniej więcej jak niejaka Caitriona Vess z oddziału Dumu. Ta, której zwłoki nigdy... I tak dalej. Gadał zakręcony jak stado gwoździ, ale patrzył na mnie, jakby przekazywał tajemnicę państwową.
Caitriona się zamyśliła. Gathara, stolica tego przeklętego kraju, była największym wrzodem na jego ciele. Jak stwardniały szaro-czarny wyprysk, z którego regularnie sączy się trująca wszystko wokół ropa. Który nie chce się zagoić. Tak ją zapamiętała dekadę temu. Dziś mogło być tylko gorzej.
- To mnie w żaden sposób nie dotyczy - odpowiedziała wreszcie i machinalnie otrzepała rękawy płaszcza. - Gurzil wysłał cię, bo mnie znasz... czy znałeś. I, jak mniemam, potrzebujesz pieniędzy. Pół dnia w tę lub inną stronę i nie trafiłbyś na mnie. Pogadam z Frillem. Wytłumaczę mu, że nikt się po ciebie nie zgłosi. Wrócisz do domu i zgarniesz wypłatę. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić, Leo. Ale dobrze cię widzieć... zdrowego.
- Poczekaj, Rio. - Silk spróbował się podnieść, ale rozchybotane zawiasy podwozia natychmiast posadziły go z powrotem na tyłku. - Jest jeszcze coś. Ten zabójca. Nic o nim nie wiadomo oprócz jednego. Sposób, w jaki zabija, rany i to, co w nich znaleziono... Wszystko wskazuje na to, że jest demonem. A ty polujesz na demony. Prawda?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował:
- Pamiętasz sierżanta? To najbardziej wkurwiająco prostolinijny i racjonalny człowiek, jakiego znała armia. To, że zrobił coś takiego, że mnie tu wysłał z obietnicą sowitej zapłaty, nawet jeślibym cię nie znalazł, znaczy, że jest naprawdę przyparty do muru. On już nie ma wyjścia, Rio. Tylko honor i klucze do skarbca w komendzie.
Caitriona zacisnęła wargi i wbrew sobie zapytała:
- Ile?
- Pięćdziesiąt tysięcy.
Vess raz jeszcze spojrzała w kierunku majaczącego w oddali między liśćmi żaru ogniska i zaklęła pod nosem.
- Rio...? Jesteś tam...?
Wtedy chłodną ciszę skulonego pod czarnymi chmurami wieczoru rozdarł ryk rozrusznika, który przeszedł w równomierny, stały klekot. Jakieś spłoszone zwierzę zatuptało nieopodal, rwąc galopem między drzewa.
- Trzymaj się! - zawołała Caitriona.
- A co z nimi?! - przekrzykując silnik, Leo zwerbalizował jej myśli.
- To już moje zmartwienie!
Chwyciła pewnie kierownicę i przestawiła pokrętło na jej środku, a jedyne oko Balora otwarło się i spowiło wilgotne listowie migoczącą żółtą poświatą.
A potem dodała gazu.