Anna i Maria
Sankt Petersburg, Szpital Czerwonego Krzyża,
18 sierpnia 1902, ranek
Siostra Anna, przełożona Szpitala Czerwonego Krzyża w Sankt Petersburgu, rozpromieniła się, widząc cesarzową wdowę Marię.
Kobiety znały się od wielu lat i bardzo szanowały. Przeszłość siostry Anny, kilka lat starszej od Marii, owiana była mgłą tajemnicy, ale z pewnością Anna wywodziła się z arystokracji. Świadczyły o tym sposób poruszania się, elegancja, doskonała znajomość francuskiego i genealogii rodów panujących w Europie. Delikatny akcent wyczuwany przy rozmowach w języku rosyjskim, którym czasami się posługiwały, wskazywał na to, że Anna mogła pochodzić z Polski lub Czech.
Cesarzowa nie śmiała jednak zadawać żadnych pytań. Życie wielokrotnie pokazało Marii Fiodorownie, że nie należy zbytnio wnikać w sprawy innych, a już na pewno nikogo nie warto nakłaniać do zwierzeń. Musiała jednak przyznać sama przed sobą, że o przeszłości Anny rozmyślała nader często. Ta kobieta w spranym habicie miała w sobie taką siłę, że nawet w czasach, gdy Maria była panującą carycą, czuła się przy Annie mała.
O dziwo, jednak zupełnie jej to nie przeszkadzało. Podczas częstych spotkań wiele się nauczyła od tej niezwykłej kobiety. Dzięki temu dziś mogła o sobie powiedzieć, że jest znawczynią ludzkich charakterów. To niejeden już raz wyratowało ją z opresji.
Tego ranka siostra przełożona zadzwoniła z gorącą prośbą o spotkanie w szpitalu. Ten telefon był dla Marii zaskoczeniem. To nie zdarzyło się w czasie ich ponadtrzydziestoletniej znajomości. A przecież łączyła je nie tylko charytatywna działalność, lecz także delikatna wspólna tajemnica.
- Jestem, siostro Anno. - Cesarzowa spojrzała z wyczekiwaniem.
- Dziękuję, Mario Fiodorowno. - Anna jakby westchnęła z ulgą. - Wejdźmy do mojego biura. - Nie wiedzieć czemu, rozejrzała się i ściszyła głos. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, od razu przeszła do rzeczy: - Mario Fiodorowno, proszę wybaczyć zuchwałość i dzisiejszy poranny telefon, ale stało się coś, o czym powinna pani wiedzieć.
- Wiesz, że możesz zawsze na mnie liczyć. - Maria wzięła do ręki delikatną dłoń zakonnicy.
Przypomniała sobie, jak jeszcze przed narodzinami Nikiego podjęła decyzję, że chce być inna niż te arystokratki, które myślą tylko o sukniach, klejnotach i balach. Pamiętała, w jak trudnych warunkach wychowywała się przez pierwszych kilkanaście lat życia, i bardzo doceniała to, jak uśmiechnął się do niej los. Doskonale zdawała sobie sprawę, że przecież mogło być różnie. Co by było, gdyby spotkało ją to, co młodszą siostrę, Thyrę? Miłość do nieodpowiedniego człowieka, której owocem było niechciane dziecko oddane na wychowanie obcym ludziom. Dlatego chciała pomóc kobietom, które nie miały tyle szczęścia, co ona.
Maria pamiętała to jak dziś: sama spodziewała się dziecka, kiedy siostra Anna po raz pierwszy zaprowadziła ją na "oddział dla matek niezamężnych". Tak w elegancki, ale i pełen wyższości sposób określano te, które oczekiwały na poród, ale nie miały na kogo liczyć. Trafiały tu nieszczęsne kobiety z różnych warstw społecznych, może poza córkami zamożnych przedsiębiorców i arystokratów. W tych sferach "załatwiało się to inaczej". Panna wyjeżdżała "do wód" lub "w cieplejszy klimat", gdzie rodziła dziecko i jak gdyby nigdy nic wracała na łono rodziny. Sama! Maleństwo oddawano na wychowanie albo umieszczano w sierocińcu. Na oddziale dla samotnych matek można było spotkać uwiedzione córki urzędników czy ubogiej szlachty, a także nierzadko ofiary gwałtów w dobrych domach, ale i robotnice z fabryk - cały społeczny przekrój kobiecej niedoli samotnego macierzyństwa.
Maria Fiodorowna bardzo współczuła kobietom, dlatego pomagała często i skutecznie. Jedna z tych "upadłych kobiet" była dziś cenioną wśród towarzyskiej śmietanki Petersburga krawcową, a w kolejce do niej czekały potulnie damy z najlepszego towarzystwa.
Podziwiała samotne matki. Bardzo szanowała je za to, że mimo przeciwności losu zdecydowały się na urodzenie dziecka. Wiele kobiet z jej warstwy w podobnej sytuacji mogło zapewnić swojemu dziecku wychowanie, a jednak wolały, żeby po prostu "problem zniknął". Może dlatego, że zbyt wiele miały do stracenia?
Pierwsza wizyta na oddziale położnic bardzo wstrząsnęła młodą cesarzową. W wielkiej i słabo oświetlonej sali stały rzędy wąskich żelaznych łóżek, na których leżały wymizerowane, kaszlące kobiety. Mimo starania sióstr i samych pacjentek, mimo maski na twarzy czuła unoszący się w powietrzu ohydny odór niemytych ciał, ropy, ekskrementów i chloru. Najgorsza była jednak straszliwa woń, która kojarzyła się jej z pogrzebem teścia, Aleksandra II. Zginął w zamachu, a jego ciało poharatane było przez ładunek wybuchowy. Balsamiści zrobili, co mogli, ale całowanie nieboszczyka w policzek przez kolejne siedem dni, jak wymagał tego rosyjski ceremoniał, było prawdziwą traumą.
Zhańbiona
Wzdrygnęła się na to wspomnienie i wróciła do rzeczywistości.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. O co chodzi, Anno?
Zakonnica popatrzyła na nią niepewnie i wskazując porozumiewawczo drzwi, zbliżyła usta do jej ucha.
- Jest u nas dziewczyna z Ukrainy, która twierdzi, że spodziewa się dziecka księcia von Zinoffa. Podobno obiecał jej małżeństwo i... Teraz obraca się w Petersburgu pod skrzydłami szwagierki waszej wysokości, wielkiej księżnej Włodzimierzowej. - Zamilkła, zakłopotana.
- Jak zwykle jest to samo! - Maria Fiodorowna zacisnęła drobne pięści. - Powiedz, Anno, dlaczego w takiej sytuacji to kobiety zostają same, bezbronne i w dodatku potępione?! To ktoś inny powinien się wstydzić! - Poczerwieniała ze złości. - Ten łajdak będzie przyjmowany w najlepszych domach, będzie stawał na honorowym miejscu w cerkwi i nadal będą mu się kłaniać, a głupie matki będą wpychały w jego objęcia swoje córki.
- Wiem o tym aż nadto dobrze - szepnęła zakonnica, a jej zatroskana twarz jakby się postarzała. - Tym razem nie chodzi jednak o tego drania, a o życie matki. Obawiam się, że stracimy ją albo dziecko. Zagroziła, że jeśli dziecko umrze, poskarży się samemu carowi i skontaktuje z redaktorami gazet!
- Nie pozwolimy na to! Kiedy będzie rodziła?
- Lada moment.
- Wymyślimy coś, Anno! Jak zwykle znajdziemy sposób. A tak w ogóle to przydałaby się nam lekarka. Kobieta! - szepnęła porozumiewawczo i wyjęła z aksamitnego woreczka sakiewkę z ciężką zawartością.
- Nie trzeba, jeszcze nam wystarczy. - Zakonnica odsunęła jej dłoń.
- Trzeba! Nigdy dość, żeby odpokutować za grzechy naszej klasy. Poproś Piotra Fabergé, by dobrze to sprzedał. Jest tu parę rzeczy, których, szczerze mówiąc, chciałabym się pozbyć. Rozbudujemy za to nasz oddział dla podrzutków i otworzymy drugie okno życia.
- Niech ci Bóg wynagrodzi.
Anna, zmieszana, wzięła sakiewkę i odruchowo zważyła ją w dłoni. Maria była nadzwyczaj hojna, jeśli chodziło o samotne matki. Szczególnie zaś przysłużyła się arystokratkom, dla których urodzenie nieślubnego dziecka oznaczało skazanie na towarzyski ostracyzm, co w ich sferze oznaczało śmierć za życia.
Trzydzieści cztery lata temu, po urodzeniu następcy tronu, na prośbę Anny cesarzowa zgodziła się na nowo powołać do życia Tajne Bractwo Świętej Katarzyny. Wielka cesarzowa, która sama miała kilkoro nieślubnych dzieci, wiedziała, jakim dramatem jest dla matki rozłąka z własnym dzieckiem i niepokój o jego los.
- Będę w Peterhofie. Dzwoń, jak tylko dziecko przyjdzie na świat. Moja synowa lada dzień również ma rodzić. Boże, miej nas w swej opiece! - Caryca-wdowa przeżegnała się, skinęła głową i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
Anna otworzyła szufladę i włożyła do niej sakiewkę. Wtedy rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk.
- Zaczęło się - szepnęła, kiwając głową z politowaniem, i pospieszyła w stronę sali porodowej.
Kiedy ucichły jej kroki, zza portiery przysłaniającej połowę wielkiego okna wychynął szczupły mężczyzna. Rozejrzał się po pomieszczeniu i jak kot podszedł do biurka. Mrużąc oczy, delikatnie wysunął szufladę i sięgnął po sakiewkę.
- Ciężka! - mruknął z zadowoleniem i ukrył ją za pazuchą. - Ja też jestem podrzutkiem - dodał półgłosem sam do siebie.
Gdy usłyszał kroki na korytarzu, pobiegł w stronę otwartego okna i wyskoczył na zewnętrzny parapet. Stamtąd ostrożnie zszedł na gzyms i trzymając się ściany, ruszył w kierunku rosnącego w pobliżu starego drzewa.
Marzenie o synu
Peterhof, Wiejski Domek[2],
18 sierpnia 1902, późny wieczór
Aleksandra Fiodorowna[3], żona cara Mikołaja, miała tak bladą twarz, że wyglądała na martwą. Była jeszcze młoda. Dwa miesiące temu skończyła zaledwie trzydzieści lat, co dla kobiety żyjącej w dostatku mogło oznaczać drugą młodość po odchowaniu dzieci: długie lata zabaw, podbojów i towarzyskich triumfów. Ale nie dla młodej cesarzowej Alix, jak nazywała ją rodzina: kostycznej i zawsze spiętej.
Imperatorowa Wszechrusi jak na swój wiek wyglądała bardzo poważnie. Na jej skroniach pojawiła się pierwsza siwizna, a dotychczasowe cztery ciąże i narodziny dużych noworodków odbiły się fatalnie na jej zdrowiu i samopoczuciu. Na pięknej niegdyś i łagodnej twarzy gościł wyraz permanentnego niezadowolenia. Największą uwagę zwracały wąskie, zaciśnięte usta, których kąciki opadały, jakby Alix była bardzo poirytowana lub za chwilę miała się rozpłakać. Rzeczywiście powodów do łez miała sporo. Na skutek kontuzji w młodości i nawracających ataków rwy kulszowej wciąż dręczyły ją problemy z poruszaniem się. Całe tygodnie spędzała w łóżku, na szezlongu lub krześle na kółkach. Przez ostatnich kilka miesięcy mocno ograniczyła swoje i tak prawie nieistniejące życie towarzyskie. Obsesyjnie koncentrowała się na urodzeniu następcy tronu. Zadręczała tym wszystkich - rodzinę, lekarzy, służbę i dworzan. Nie działo się tak jednak bez przyczyny.
Rosja była wobec Aleksandry bezwzględna. Caryca powinna była urodzić carewicza. Syna! A nie cztery córki, jedną po drugiej. Niewydarzona Niemra! - tak cały czas ją nazywali. Nadal nie była "matuszką". Tę rolę z powodzeniem odgrywała jej teściowa, caryca-wdowa, Maria Fiodorowna.
Aleksandra, wnuczka królowej Wiktorii, wyjątkowo ceniąca sobie niezależność, chciała jednak żyć na własnych zasadach. Już w oczekiwaniu na narodziny najstarszej córki, Olgi, zajęła się stworzeniem azylu dla swojej rodziny. Od razu wiedziała, czego chce: miały to być miejsca objęte zakazem wstępu dla postronnych. Daleka od wścibskich oczu przystań dla niej, Nikiego, nad którym coraz bardziej dominowała, i dzieci. Zamierzała urodzić całą gromadkę, jak przystało na wnuczkę wielkiej Wiktorii nazywanej babką Europy. W zamian zażądała jednak czegoś, czego nie miała przed nią żadna inna caryca: całkowitej prywatności i zwyczajnej rodziny ukrytej przed wścibską petersburską socjetą.
W Carskim Siole wybrała zaniedbaną zachodnią część Pałacu Aleksandra, blisko bram, a nie wschodnie skrzydło, z którym wiązały się dzieciństwo i młodość jej męża. Wiedziała od razu, że do urządzania domu nie będzie potrzebowała antyków z carskich składów, bo nie chciała wnętrz w imperialnym stylu. Zdecydowała się na proste, współczesne meble, jakie pamiętała z rodzinnego domu w Darmstadt, gdzie zawsze oszczędzano. Zamówiła je listownie u znajomego angielskiego producenta Maplesa, bezpośrednio z jego londyńskich składów przy Tottenham Court Road.
Wnętrza zgodnie z jej wskazówkami odnowił rosyjski projektant Roman Meltzer w modnym w Niemczech Jugendstil, zwanym w pozostałej części Europy secesją. Wszędzie dominowały jej ukochany fiolet i cytrynowe drewno. Gdzie tylko się dało, wieszała i ustawiała rodzinne fotografie. I kwiaty! Na każdej wolnej powierzchni: cieplarniane amarylisy i anemony, storczyki o kwiatach przypominających motyle, a obok begonie i prymule. Miało być domowo i przyjemnie, jak w prywatnych pokojach babki Wiktorii, która zastąpiła Aleksandrze wcześnie zmarłą matkę. No, może z wyjątkiem temperatury, bo babka preferowała chłód.
Niki się nie wtrącał. Miał swój gabinet i to w zupełności mu wystarczało. Na szczęście nie zamykał się w nim przed rodziną jak wielu mężczyzn. Wiedział, że Alix by na to nie pozwoliła. Byli jednością, więc nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. Miała nawet aparat telefoniczny podłączony do jego telefonu w gabinecie i była z nim przy najtrudniejszych rozmowach. Nic nie mówiła. Tylko słuchała. Kiedy patrzył na nią prosząco, doradzała mu znaczącymi gestami lub skinieniem głowy. Wszystkie decyzje podejmowali razem. Nie podjąłby żadnej bez jej aprobaty.
[2] Jedna z dwóch ulubionych - obok Carskiego Sioła - rezydencji cara Mikołaja II i jego rodziny.
[3] Aleksandra Fiodorowna urodziła się jako Wiktoria Alicja Helena Ludwika Beatrycze z Hesji-Darmstadt. Nowe imię przyjęła po przejściu na prawosławie. Była ukochaną wnuczką królowej Wiktorii. Ostatnią cesarzową Rosji, żoną Mikołaja II.