Czy dzika jabłonka, na którą wspinałeś się jako małe dziecko, jeszcze rośnie na Saskiej Kępie?
Nie wiem. Ciągle mnie korci, żeby zajrzeć do domu przy ulicy Francuskiej, ale brama jest zamknięta. Któregoś dnia musimy wybrać się tam razem.
Urodziłeś się w Warszawie 21 marca 1949 roku jako Vladimir Šaranović. Pierwsze lata życia spędziłeś właśnie tam - na Saskiej Kępie, w willowej dzielnicy Warszawy po prawej stronie Wisły, ocalałej w czasie wojny. Jak trafili tu twoi rodzice?
Rodzice pochodzili z Czarnogóry, ale poznali się po wojnie w Polsce. Moja mama Bosiljka Vukmanović dostała pracę sekretarki w ambasadzie Jugosławii w Warszawie. Po przyjeździe na miejsce była przerażona skalą zniszczenia stolicy. Początkowo mieszkała w kompletnie zrujnowanym hotelu Polonia w Alejach Jerozolimskich. Chciała się stamtąd szybko przenieść. Trafiła na Saską Kępę, gdzie kwaterowano większość dyplomatów. Mój tata Radomir Šaranović był z kolei sekretarzem ambasady Jugosławii. Rodzice poznali się w pracy.
Saska Kępa wydawała się oazą w zrujnowanej Warszawie. Po moich narodzinach najpierw mieszkaliśmy u państwa Kurdzinów, z pochodzenia Litwinów, w domu przy ulicy Bajońskiej. Dziś już go nie ma, został zburzony. Jako mały chłopiec co roku czekałem, aż w ogrodzie dojrzeją morele. Potem przenieśliśmy się do domu przy ulicy Francuskiej, gdzie rosła moja ulubiona dzika jabłonka. To był mój azyl, mój kapitanat. Prowadziłem tam wyobrażone życie wolnego chłopca, który nie musi nosić szaliczków i czapeczek ani jeść z rondelka sterty szpinaku. Do siódmego roku życia często chorowałem. Doświadczyłem wszystkich możliwych przypadłości wieku dziecięcego. Byłem chudy, więc mama ciągle za mną chodziła, żeby mnie dokarmić. Zostałem nawet wysłany do sanatorium w Rabce, co przeżyłem szalenie boleśnie, uznałem to za pewien rodzaj porzucenia. Byłem za młody i zbyt kochany, żeby znieść to lekko.
Jako mały chłopiec spędzałeś czas głównie w towarzystwie mamy - zwanej Bebą - i jej polskich przyjaciółek. W kobiecym świecie.
Tata brał różne dodatkowe prace. Robił tłumaczenia z języka włoskiego, którym biegle władał. Pracował do późna. Spędzał ze mną mało czasu. W tych pierwszych latach po urodzeniu żyłem całkowicie w świecie mamy i jej koleżanek z Saskiej Kępy. Czarna Mańka, Cesia i Zającowa - trzy silne i zdecydowane kobiety - poświęcały mi wiele uwagi. Opowiadały bajki i czytały książki w języku polskim. Brzechwę, Tuwima, Serce Edmondo de Amicisa i Winnetou Karola Maya. W trakcie spacerów po Saskiej Kępie opowiadały o wojnie i powstaniu warszawskim. Dobrze pamiętam imieniny męża pani Cesi w ich maleńkim mieszkanku. Fascynujące wydarzenie dla małego chłopca. Puszczano piosenki o starej Warszawie. Były tańce, tango, a nawet walc. Dobre trunki, nie wiadomo skąd. Autentyczna radość i zabawa. Coś niezwykle rzadkiego w powojennej rzeczywistości. Z tych lat pamiętam też rodziców bawiących się na potańcówce na Mariensztacie. Niezwykle mnie zdziwiło, że rodzice tak lekko i przyjemnie tańczą, choć ojciec był potężnej postury, a mama bardzo szczupła.
Nie brakowało ci rówieśników?
Bardzo. Nie chodziłem jeszcze do szkoły. Byłem wówczas szalenie odizolowany od innych dzieci. Mama była nadopiekuńcza. Potrzebowałem wybawienia od tych szpinaczków i buraczków z rondelka.
Tym wybawieniem okazały się narodziny twojego młodszego brata Čeda oraz przeprowadzka z Saskiej Kępy na Muranów...
Moment urodzenia przez mamę drugiego dziecka, czyli mojego ukochanego braciszka, okazał się kluczowy. Mama była mi niewiarygodnie oddana, gdy byłem mały. Zresztą chyba do końca życia miała poczucie, że jestem jej własnością. Ale gdy urodził się Čedo, zyskałem wreszcie sporo wolności. Rodzice przestali zajmować się tym, czy się należycie ubrałem, czy grając w piłkę, nie spociłem się lub nie zmokłem. Wyszedłem poza ogródek z dziką jabłonką, która była mi fortecą, ale i więzieniem. Przenieśliśmy się wówczas na Muranów, gdzie zacząłem chodzić do podstawówki. Tam przeżyłem pierwsze prawdziwe przygody, a potem sportowe sukcesy.
Zniszczony Muranów
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Czym różnił się dla ciebie Muranów od Saskiej Kępy?
Saska Kępa była praktycznie nietknięta przez wojnę. Wiele budynków nosiło wprawdzie ślady po ostrzałach, ale nie czuło się tam ducha hekatomby, która dotknęła Warszawę. W dodatku mieszkaliśmy w przyjemnym domu wielorodzinnym z ogrodem. Muranów natomiast był w całości budowany od zera na ruinach getta. Zawsze czuliśmy, że pod tymi gruzami są pogrzebane straszne wojenne losy. Na Muranowie powstawały same bloki. Mieszkał tam szalenie trudny element. Było trochę dzieci, które później skończyły w kryminale. Tu musiałem zacząć walczyć o swoje. Muranów stał się dla mnie prawdziwą szkołą życia. Ale jednocześnie jedną wielką przygodą. Przy ulicy Nowotki (dziś Andersa), gdzie mieszkałem, wybudowano dwa rzędy bloków, a dalej ciągnęły się zgliszcza. A przecież było to już około 1955 roku. Dziesięć lat od zakończenia wojny wciąż o niej mówiono i dało się ją dostrzec na każdym kroku. My, jak to dzieci, zapuszczaliśmy się regularnie na zniszczone tereny, szukając skarbów. Bawiliśmy się w wojnę.
Co rodzice mówili ci o tym miejscu?
Mówili, że to teren getta, miejsce wielkiej tragedii, którą powinniśmy uszanować, i dlatego po prostu niegodne jest grzebanie w ruinach, gdzie ciągle unosi się duch pomordowanych ludzi. Obserwowaliśmy podjeżdżające pod Pomnik Bohaterów Getta autobusy z Żydami z całego świata, którzy chcieli uczcić to miejsce. Zawsze staliśmy koło placu, patrząc, jak wyglądają obchody rocznicy powstania w getcie. Rodzice powtarzali nam, żeby nie zabierać niczego, co znajdziemy w ruinach.
Słuchaliście ich?
Nie zawsze. Kiedyś razem z kolegą Mirkiem Wodzyńskim - zresztą późniejszym olimpijczykiem - znaleźliśmy kopertę złotego zegarka. Pierwszy podniosłem ją z ziemi. Mirek mówi: "Pokaż". Gdy to zrobiłem, chwycił tak mocno, że choć był młodszy ode mnie, a ja dzielnie walczyłem, nie dałem rady jej odzyskać. Mirek już wtedy miał twardy, olimpijski charakter. Wszystkie dzieci z Muranowa czuły, że pod tymi gruzami znajduje się jakaś wielka tajemnica, która ukrywa straszne losy. Tylko wzmagało to w nas zainteresowanie i ciekawość. Cały teren Muranowa traktowaliśmy jako miejsce eskapad i przygód. A jednocześnie się baliśmy. Gdy znajdowaliśmy zasypaną piwnicę, nikt nie chciał wejść do niej pierwszy. Wyobrażaliśmy sobie, że pojawią się w niej tajemnicze postaci lub duchy. Czuliśmy lęk, że wydarzy się coś strasznego. Byliśmy przecież dziećmi.
Dlaczego twoi rodzice przenieśli się z Saskiej Kępy na Muranów?
Na Saskiej Kępie zostaliśmy dokwaterowani do mieszkania komandora Adama Mohuczego, oficera okrętów nawodnych, uczestnika kampanii wrześniowej, a potem jeńca wojennego. Po wojnie komandor mieszkał tam z młodą żoną i teściową. Dwa z trzech pokoi zostały oddane do dyspozycji moich rodziców. Z czasem - jak to w jednym domu - zaczął narastać konflikt między moją mamą a teściową komandora. Nie znam szczegółów, ale w którymś momencie chciano wyeksmitować rodzinę komandora. On sam był w więzieniu, gdzie niedługo potem zmarł. Mój ojciec nie zgodził się na takie rozwiązanie i rodzice zaczęli się starać o przydział na mieszkanie.
Beata Chomątowska, w książce Stacja Muranów, opisuje, że ludzie przyjeżdżający po wojnie do Warszawy byli szczęśliwi, gdy dostawali przydział na mieszkanie na Muranowie, starzy warszawiacy natomiast przenosili się tam niechętnie. Po wojnie Muranów i Mirów pęczniały więc od przyjezdnych z całej Polski. Dzielnica zaczynała tętnić życiem, a jej przekrój społeczny był szalenie zróżnicowany.
Muranów uznawano za nowoczesny i pełen wygód. Faktycznie był bardzo zróżnicowany pod względem społecznym. Chociażby przekrój mieszkańców naszej klatki schodowej okazał się interesujący. Na parterze żył dozorca, zwany przez sąsiadów "Cwancyk", bo często używał tego słowa. Obok znajdowało się mieszkanie służbowe MSW, chociaż pewnie bardziej Urzędu Bezpieczeństwa. Po prawej stronie żyła skromna rodzina składająca się z rodziców i dwóch córek; kobieta była woźną w mojej szkole, ale miała chyba większe aspiracje, bo nieznajomym mówiła, że jest nauczycielką. Obok mieszkali państwo Skotakowie, z którymi wszyscy się przyjaźnili. Pan Skotak był złotą rączką. A w tamtych czasach mieliśmy wspólną pralnię i używana przez wszystkich lokatorów pralka Frania ciągle się psuła, więc pan Skotak był nieocenionym sąsiadem, bo zawsze pomagał w naprawach. Jednocześnie pasjonował się motoryzacją, która nas - okoliczne dzieciaki - fascynowała. Ciągle reperował swoje samochody. Najpierw syrenkę, później warszawę. Odpalał je triumfalnie, a my patrzyliśmy, jak objeżdża wewnętrzny okrąg między dużym blokiem od ulicy Nowotki a wewnętrzną stroną tej ulicy - wyglądało to jak jedno okrążenie na 400 metrów na stadionie olimpijskim. W niebieskiej chmurze spalin robił jak na paradzie jedno okrążenie, po czym następował strzał w gaźniku, samochód stawał i reperacja zaczynała się od nowa. Dla naszej podwórkowej ferajny największą atrakcją było, gdy pan Skotak na to jedno okrążenie zabierał nas do środka i pozwalał sobie towarzyszyć.
W naszej klatce mieszkał też pan Mockało, wybitny stroiciel fortepianów, z żoną Kasią i córką. Później było nasze domostwo, dwa pokoje z kuchnią. Po prawej stronie od nas żyła tajemnicza para: bardzo przystojny major Wojska Polskiego z jeszcze piękniejszą żoną. To był w ogóle mój pierwszy zachwyt nad dojrzałą kobietą - postawną, elegancką, w futrze. Pamiętam do dziś, że nosiła pończochy ze szwami. Miała piękne miedziane włosy, zawsze starannie uczesane.
W naszym bloku mieszkały jeszcze dwie rodziny skrzypków z Filharmonii Warszawskiej. Pierwszy skrzypek, pan Emil Filipowicz, zawsze wytwornie ubrany, miał zwyczaj chodzenia w meloniku i głośnego witania się słowami: "Witam pana!". Kierował je nawet do mnie. Z moim tatą witali się zabawnie - on uchylając melonika, a mój tata kapelusza. Nawet w owych czasach było to już passé. Drugi skrzypek, pan Leon Szymłowski, był równie elegancki. A cała jego rodzina muzykowała. Na górze mieszkali jeszcze państwo Dębińscy. Pani Dębińska była ordynatorem w szpitalu przy Inflanckiej. Natomiast na ostatnim piętrze żył sąsiad, który woził węgiel. Gdy wracał z roboty, często był troszeczkę "wczorajszy" i pukał do wszystkich, myląc mieszkania, zanim trafił do własnego. Kiedy już dotarł na miejsce, żona rozprawiała się z nim w dość stanowczy sposób. Chociaż i tak niewiele do niego docierało.
Tak wyglądał przekrój społeczny naszej klatki. Poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami wszyscy traktowali się przyjaźnie. Starali się być dobrymi sąsiadami.
A jak wyglądały twoje relacje z rówieśnikami? Wspomniałeś, że to była dla ciebie szkoła życia.
Były regularne bitwy między podwórkami. Każde podwórko miało swoją hierarchię - przywódców i wojsko. Raz zapuściliśmy się z moim sąsiadem Jurkiem zwiedzać Muranów, przeszliśmy za ulicę Lewartowskiego i trafiliśmy na tereny dawnego Pawiaka. Tam napadła nas grupa chłopaków. Zaczęli w nas rzucać kamieniami. Chcieli się bić. Uciekaliśmy cały czas, byle tylko zbliżyć się do naszego placu i podwórka. W pewnym momencie Jurek wpadł do dziury i zdarł skórę na całej długości łydki. Sytuacja stawała się krytyczna. Wyglądało na to, że nasi nieprzyjaciele nas dopadną i sprawią nam tęgie lanie. Mobilizowałem Jurka, żeby się bronił, ale on zupełnie zaniechał walki. Dali nam spokój, dopiero gdy dotarliśmy bliżej naszego miejsca zamieszkania. Miałem potem do Jurka ogromne pretensje, że się w ogóle nie bronił. Musiałem bić się za nas dwóch. Powiedział mi wtedy: "Nie mogłem się bić, bo jestem synem Światły". Zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi. Poszedłem do domu, powiedziałem o tym rodzicom. Tata zamknął drzwi i poprosił, żebym pod żadnym pozorem nikomu tego nie mówił. Użył chyba nawet określenia, żebym trzymał język za zębami. Tłumaczył, że jeśli to się wyda, wokół jego rodziny może się zrobić bardzo nieprzyjemnie. Zrozumiałem, że to poważna sprawa.
Budowa bloku przy ulicy Dzielnej na Muranowie, 1953 rok
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe / Archiwum fotograficzne Zbyszka Siemaszki