Zanim przybędziesz,
wspominasz babcię palącą papierosy.
Pamiętasz zapach jej suchego tytoniu jak woń siana po burzy. Cichy
szelest zwijanych bibułek. Trzask zapałki, którą czasem, żeby cię
zadziwić, pocierała o skórę na nodze, twardą jak łuski jaszczurki.
Pamiętasz ten jej rytuał. Usta miała zbyt suche, żeby zwilżać bibułkę,
to było więc twoje zadanie, pamiętasz, że przy lizaniu brzegu papierka
zostawały ci na języku twarde okruchy tytoniu jak odnóża robaka. Mówiła,
że to wymiana przysług, coś za coś. Ty ślinisz, ona opowiada historie. Z dziejów Starego Kraju. O królestwach w ruinie, o tragicznych zdradach i o starych drzewach pijących krew lisów, które były na tyle nierozsądne,
że zasnęły pośród ich ostrych korzeni. Dowolne historie, które można
opowiedzieć, zanim szybko zetli się jeden papieros.
- Wtedy było zupełnie inaczej - zaczynała, a ty patrzyłeś, jak bibułka
między jej palcami skręca się i żarzy, podczas gdy ona opisywała sto
wilków, które polowały na zbiegłe słońce, i potężny miecz jidero, tak
cienki, że mógł rozciąć przestrzeń między sekundami. Jej słowa były
nierozerwalnie związane z zapachem papierosa i z jej śmiechem, od
którego trzęsły się jej wszystkie kości. Złączone z nimi do tego
stopnia, że zawsze gdy myślisz o tamtym dawnym, odległym miejscu, chcąc
nie chcąc, myślisz o dymie i o śmierci.
Kiedy pierwszy raz opowiedziała ci o Odwróconym Teatrze?
Miałeś chyba trzynaście lat. Byłeś mniej więcej w takim wieku, że często
bezwiednie babcię straszyłeś, wręcz się na ciebie obrażała, wydymała
usta, ilekroć wchodziłeś do pokoju, jakby nagle wtargnął tam ktoś obcy z ulicy. Myślałeś, że babcia czuje odrazę do twojej tłustej cery, do
zapachu twojego ciała, do tego, jak się garbisz z nieśmiałości, ale tak
naprawdę po prostu zaskakiwało ją, jak szybko przemija czas. Twoja
młodość ją raniła. Sprawiała, że chciała cię jednocześnie chronić i wykopać za drzwi.
- Siadaj - mówiła, kiedy przechodziłeś koło kuchni. - I słuchaj. Coś ci
opowiem.
Przez podsunięte w górę okno wpadała ciepła noc, zawiewana przez
wietrzyk, który igrał z firankami i z dymem unoszącym się znad palców
babci, a ona opowiadała ci o teatrze, który stał pomiędzy światami.
- Pewnego razu Tarcza Księżyca i Ocean zakochali się w sobie. - Babcia
zatrzymywała się nad słowem "zakochali" niczym dym, który zawisał w powietrzu. - Jak sobie możesz wyobrazić, nie były to okoliczności
wymarzone do romansu. Jedno nie mogło się ruszyć z nieba, a drugie z ziemi. Jedno było uosobieniem bezruchu, drugie składało się z samych fal
i sztormów. Ale przez pewien czas byli szczęśliwi. Tarcza Księżyca
zalewała Ocean swoim blaskiem, a Ocean tak tańczył w przypływach i odpływach, jak wskazywała mu Tarcza Księżyca. I choć zajmowali odmienne
sfery, znajdowali okrężne sposoby, by się nawzajem odwiedzać, nie ma
bowiem w życiu bariery, której nie pokonałaby miłość. Ocean posyłał w niebo kłębiaste, burzowe, nabrzmiałe jego istotą chmury i swoją chłodną
mgiełką oraz słonym oddechem całował suchą, spękaną powierzchnię Tarczy
Księżyca. Tarcza Księżyca zaś, kiedy chciała odwiedzić Ocean, kładła na
jego powierzchni swoje odbicie, a wówczas spotykali się, tańczyli i oddawali miłości w Odwróconym Świecie, który leży zawieszony poniżej
naszego.
Babcia urwała i wpatrywała się w ciebie zza kłębów dymu, badając wyraz
twojej twarzy. Bywały takie okresy, kiedy się wzdrygałeś na samą
wzmiankę o fizycznej bliskości w jej opowieściach, ale nie tym razem.
Tym razem po prostu siedziałeś zasłuchany - co było znakiem dojrzałości,
która cieszyła jej serce, a jednocześnie ją przygnębiała.
- W każdym razie - ciągnęła, ze świstem zaciągając się dymem - to
właśnie w tym odbitym świecie wzniesiono teatr, w którym rozgrywają się
wydarzenia z naszej opowieści. Tarcza Księżyca i Ocean, jako opiekuńcze
bóstwa artystów i tancerzy, uwielbiali scenę i dlatego stworzyli własną:
wznieśli pagodę tak wysoką, że jej szczyt przecinał pasma niebios, i właśnie tam urządzili scenę dla prześwietnych występów, opowieści o dziejach nawet mnie nieznanych. - Babcia zakasłała. - Choć przyszedł
czas, kiedy Tarcza Księżyca i Ocean się rozstali, teatr pozostał,
prowadzony przez potomka tych dwojga, owoc ich miłości, niesłychanie
piękną istotę, która na widownię zapraszała nawet takich śmiertelników
jak my.
Zapytałeś, jak śmiertelnicy mogą znaleźć to miejsce.
- W snach - odparła, trzymając w palcach niedopałek z popiołem. - W głębokim śnie, w takich jego głębinach, w jakich twój śpiący duch
jeszcze nigdy nie pływał. Niczego więcej nie trzeba. Tylko snu i odrobiny szczęścia. A kiedy już zasiądziesz na widowni, opowiedzą ci
historię ze Starego Kraju. Odpowiednią historię i we właściwym czasie. A gdy będziesz teatr opuszczał - kiedy twoje ciało wynurzy się z głębin
tego snu - poczujesz zadowolenie, spełnienie, choć nie będziesz pamiętał
dlaczego, bo wspomnienie tej wizyty zatrze się, wypłynie z umysłu jak
mydliny, tak jak zaciera się każdy dobry sen, im bardziej ktoś stara się
go sobie przypomnieć. A ty będziesz się starał. Z wytężeniem. -
Uśmiechnęła się smutno. - I nie uda ci się.
Babcia zaczęła zwijać kolejnego papierosa.
- Może jeszcze przed końcem - powiedziała - wreszcie przypomnę sobie,
jak sama tam byłam.
Z drugiego pokoju dobiegł chichot. Kiedy babcia rozkładała tytoń na
bibułce nowego skręta, odchyliłeś się na krześle, żeby lepiej widzieć
swoich braci, którzy słuchali radia w salonie. Wszystkich dziewięciu
obsiadło radioodbiornik jak bezdomne koty jatkę rzeźnika - z nogą
przełożoną przez poręcz kanapy - z głową zwieszoną z boku szezlongu - z brodą wspartą na dłoniach zwiniętych w pięści, z łokciami na stoliku do
kawy - a cotygodniowy serial zbliżał się do punktu kulminacyjnego -
"Wszyscy ludzie prokuratora, którzy wycelowali strzelby w okna kościoła,
gotowi zastrzelić kapitana Domingo, zastanawiali się, patrząc w celowniki, dlaczego ten szakal ma czelność się uśmiechać w godzinę
śmierci. Przyczyna stała się jasna, kiedy kapitan z błyskiem w oku
pokazał detonator trzymany w dłoni odzianej w rękawiczkę" - a gdy
patrzyłeś na swoich braci, byłeś zazdrosny, że nie siedzisz z nimi, ale
jednocześnie cieszyłeś się, że z nimi nie jesteś. Że możesz ich
wszystkich widzieć ze swojego krzesła w kuchni. Że wszyscy oni mieszczą
się w twoim oku i możesz ich tam mieć.
- Owszem, próbujemy do tego teatru wrócić - powiedziała babcia, kierując
za okno spojrzenie dużych, zaszklonych oczu - ale wolno nam tam trafić
tylko raz. Dostajemy tylko jedno zaproszenie. Dlatego go nie zmarnuj.
Zapamiętaj.
Przez małe okno wpadało do kuchni wieczorne powietrze. Gdzieś na ulicy
zatrąbiło stare auto. Twój ojciec miał niedługo wrócić do domu, zmęczony
po ciężkim dniu. Trzeba jeszcze było nakryć do stołu. Ale babcia nie
przejmowała się czasem. Zaciągała się dymem głęboko i bez pośpiechu.
- Nie będziesz wiedział, że Odwrócony Teatr cię wezwał, aż się tam
znajdziesz - powiedziała, pozwalając, żeby bibułka się żarzyła, a z nią
spalały się lata. - To miejsce, w którym wizyty nie da się zaplanować. -
Wiatr od morza stukał okiennicami. - A kiedy już, odurzony snem,
nieoczekiwanie znajdziesz się w tym amfiteatrze, najlepiej usiądź,
oglądaj i słuchaj, bo nikt nie trafia tam przypadkiem.
Pociągnęła skręta, koniuszek żaru rozkwitł jak herbaciana róża. Papieros
już prawie całkiem się wypalił, kiedy nagle z hukiem otworzyły się drzwi
wejściowe. Twoi bracia rozpierzchli się od radia, a do środka wkroczył
ojciec wraz ze swoim nastrojem i całym światem za progiem - chciałeś
pójść go przywitać, ale babcia chwyciła cię za rękę.
- Ta opowieść jest dla ciebie - powiedziała.
Tytoń wypalał jej płuca.
- Więc puść wolno śpiące ciało.
Wypuściła kłęby dymu.
A dym, wydmuchnięty z ciemności, spowija cię, aż w końcu widzisz tylko
wirujące kłęby szarej materii, gęsta mgła jakby cię unosi, kołysze w ramionach, kładzie delikatnie, aż opadasz na gładką, twardą powierzchnię
i dym się rozwiewa - wspomnienie babci w kuchni powoli gaśnie, jak
gaśnie dzień w oczach zmierzchu, a wtedy odkrywasz, że stoisz właśnie
przed tym miejscem, o którym ci tyle lat temu opowiadała.
Witamy w Odwróconym Teatrze.
Wyłaniasz się z kłębów dymu i ją widzisz: niebotyczną pagodę na
spokojnym jeziorze nocą, jej odbicie w wodzie jest doskonałe, jej wiele
pięter jednocześnie wznosi się wysoko nad tobą, a w swoim wodnym odbiciu
opada bez końca w głąb. Na jej wygiętych okapach latarnie wiszą jak
kolczyki, rozjaśniając jej zdobną fasadę na tle czarnego kobierca nieba.
Budowla pnie się ku niebu kolumną niezliczonych balkonów, a każdy z nich
jest w innym kolorze. Z balkonu w barwie purpury, hen, wysoko, wychyla
się herold i krzyczy, że już niedługo zacznie się spektakl, proszę
wchodzić i zajmować miejsca.
Kamienna ścieżka zaprasza do przekroczenia mrocznej wody. Gdy po niej
stąpasz, uświadamiasz sobie, że nie idziesz sam. Kroczysz w rzece innych
śniących cieni, które przelatują przez ciebie jak podmuchy wiatru, a ich
myśli nadchodzą i odchodzą jak sygnały radiowe. Myślą o pracy. O utraconej miłości. O godzinach zmarnowanych w mrocznych pomieszczeniach
przy ogryzkach łojowych świec. Prowadziłem księgowość szaleńcowi.
Wiedziałem, że potrzebuję nowej pracy, ale nie mogłem ryzykować przerwy
- kto może ryzykować przerwę w zatrudnieniu? Niektórych rozumiesz, do
innych nie masz dostępu. Mówią w językach, których nie rozpoznajesz,
albo używają słów, które pozbawione kontekstu nic nie znaczą. Prułem
bieżnikiem gwiazd, byłem już w trzecim wątku, zagrzebany w kimono, kiedy
nagle coś zwabiło moje śpiące "ja" tutaj, na brzeg tego ciemnego
jeziora. Cienie ludzi zewsząd i z wszechdy. Bez twarzy, nieostre,
głośne. A kiedy przeprawiasz się przez jezioro, ich głosy nacierają
wszystkie naraz, obezwładniająco, jak ryk bezkresnego oceanu - zbiorowy
pomruk z tysiąca ust, niewyraźny i nieskończony. I w tej nieskończoności
teraz siedzisz.
Rząd ósmy, pośrodku.
Mrugasz i już tu jesteś - na wielkiej teatralnej widowni, gdzie wisi
pełno kotar, a na czarnych deskach podłogi ustawione są ławy. Teatr jest
stylizowany na dawne zapomniane czasy. Siadasz na ławce, którą dla
ciebie zajęto. Jeszcze zanim ją zobaczyłeś, wiedziałeś, że to twoje
miejsce. Wzywało cię. Miałeś pewność, dokąd się kierować.
Innych spraw jesteś mniej pewny. Podczas gdy pozostali znajdują swoje
miejsca, a wzdłuż przejść między rzędami pośpiesznie chodzą bileterzy,
za którymi unoszą się zapalone świece, wysoki cień, który usiadł obok
ciebie, nachyla się i pyta, skąd jesteś.
Trudno ci odpowiedzieć.
Z pomocą przychodzi ci to jaśniejące blaskiem księżyca ciało. Czubkiem
stopy delikatnie trąca i rozwija pergamin z dziejami twojego ludu, duży
palec stopy śledzi bitwy i traktaty, rozproszenia i zjednoczenia, aż
znajduje ciebie: w czasach pociągów i parowców, kiedy radioodbiorniki
jak dzwony katedr trzeszczały przez otwarte okna w nadbrzeżnym mieście,
w którym mieszkałeś.
Pochodzisz z czasów plakatów i propagandy. W których obwieszczenia o obywatelskim czynie dla wojennej sprawy sfruwały z furkotem z pokrytych
farbą murów w nieciekawych zaułkach. Widok na zalany słońcem, pachnący
solą ocean znienacka zaburzały sylwetki okrętów wojennych w błękitnej
dali. Czasem do miasta przypływały łodzie z rannymi żołnierzami. Wojna
jest wszędzie, ale gdybyś tej nocy - tej nocy, dzisiaj - nie spał i nastawił pokrętło radia, na tle trzasków nie usłyszałbyś gładkiego głosu
prezentera podającego wiadomości z frontu, tylko wibrujący śpiew Dorrada
"Chila" Seminy, którego głos porywał serca większości beznadziejnie
zakochanych słuchaczy na całym Zjednoczonym Kontynencie. Cóż, niestety!
Jutro rano, kiedy się obudzisz, będziesz musiał kłamać swoim rodakom,
gdy cię zapytają, czy jak oni nie kładłeś się do późna, żeby usłyszeć
jego nowy utwór, i będziesz musiał udawać, że śpiewasz w ich zachwyconym
chórze, bezgłośnie otwierając usta do słów piosenki, wstydząc się, że
dopiero musisz się ich uczyć na pamięć, ponieważ tutaj, teraz, gdy
ludzie z twojego miasta zachwycają się nadawaną muzyką popularną, twoje
ciało leży w głębokim śnie w pokoju, który wtedy dzieliłeś ze swoimi
dziewięcioma braćmi.
To jesteś ty. Dziecko kupca. Ale jedno z wielu. Twój wiek poza granicami
tego snu jest nieistotny, w tym teatrze masz tyle lat, na ile się
czujesz - jesteś nastolatkiem w okresie dojrzewania i jak wszyscy młodzi
ludzie jesteś samotny na własny, nienazwany sposób. Pełen lęku przed
ojcem i zadręczany przez babcię, której nie obchodziły fazy rozwoju
twojego ciała ani twoje zmienne zainteresowania, gdy zaciągała się dymem
ze zmiędlonego skręta, objaśniała ci kraj pochodzenia twojej rodziny i snuła wszelkie opowieści, z którymi tu przybyła.
- Na Odwrócony Teatr nie ma się jak przygotować - mówiła. - Otwiera
przed tobą podwoje, kiedy sam chce.
Wszystko to powtarzasz cieniowi, a on kiwa głową, usatysfakcjonowany, a potem odwraca się i zajmuje swoimi sprawami. Zastanawiasz się, czy
powinieneś zapytać, skąd pochodzi, ale cień już chyba skończył z tobą
rozmawiać, z zagubioną miną rozglądasz się więc po Odwróconym Teatrze,
nabożny zachwyt miesza się w tobie z głęboką tęsknotą i równie głęboką
konsternacją, bo nie masz najmniejszego pojęcia, dlaczego cię tutaj
wezwano.
- Nigdy nie wzywają bez powodu.
Zaczynasz podejrzewać, że może chodzić o przedmiot, który trzymasz w dłoniach, co dopiero teraz sobie uświadamiasz.
O tę włócznię.
Znasz ją dobrze. Jej krwiście czerwone drewno. Czerwony frędzel, ciasno
obwiązany wokół groźnie lśniącego grotu. Dziwne żłobienia i ryty
biegnące w ezoterycznych wzorach wzdłuż całego drzewca. Odkąd tylko
pamiętasz, broń ta obowiązkowo wisiała na gzymsie nad kominkiem w salonie, ignorowana przez wszystkich domowników, którym jej widok
spowszedniał, była bowiem zbyt droga, zbyt stara i zbyt bezużyteczna, by
ją brać do ręki. Kiedy byłeś mały, ty i twoi bracia dostaliście kiedyś
straszną burę za to, że bawiliście się nią na podwórku. Jeden z dozorców
powiedział o tym waszemu ojcu, a ojciec, który nigdy was nie bił, ale
znał inne sposoby, żeby wam poszło w pięty, w swoim gabinecie
przeprowadził po kolei rozmowę z tobą i oddzielnie z każdym z twoich
braci, i już nigdy potem nie dotknąłeś tej włóczni, nawet na nią nie
spojrzałeś, dlatego teraz czujesz zakazany dreszcz, kiedy ją trzymasz,
nieważne, że tylko we śnie.
- Przebyła długą drogę, by tu trafić - mówiła twoja babcia - a jeszcze
dłuższą ma do przebycia.
Zauważasz, że inni na widowni, inne cienie, rzucają na włócznię
ukradkowe spojrzenia. Byliśmy ciekawi, dlaczego ten cień ma broń. I są
ciekawi, dlaczego włócznia wygląda tak znajomo. Dlaczego przyniosłeś ją
tutaj, w to święte miejsce. I czy zamierzasz jej użyć.
Ale takie pytania będą musiały zaczekać.
Ponieważ się zaczyna.
Występ, na oglądanie którego zostałeś wezwany. Słyszysz bicie w werbel.
Gładka pałeczka z drewna uderza w napiętą impregnowaną skórę. Drrdum.
Dźwięk werbla przecina mroczną przestrzeń. Drrdum. Uderza ciebie, o,
tutaj, w sam środek piersi. Drrdum. Na ten dźwięk przeszywał nas
dreszcz. Słuchasz bicia serca tej budowli. Drrdum. Pełnego napięcia
oddechu siedzących wokół ludzi. Drrdum. I opuszczasz rodzinną
włócznię, pozwalasz, by oparła się pochylona o twój bok, na razie
zapomniana, podczas gdy ty i pozostali widzowie, wstrzymując oddech,
wpatrujecie się w scenę, wbijacie wzrok w kurtynę, której poły
bezszelestnie unoszą się ku belkom stropu, odsłaniając scenę jak
rozpostarte skrzydła.
Drrdum.
Staje przed tobą to jaśniejące blaskiem księżyca ciało. I choć to wasze
pierwsze spotkanie, wszyscy z miejsca to ciało rozpoznajecie.
Widzieliśmy te podobizny, posągi, fryzy. Znaną z opisów sylwetkę o szerokich barach i wąskich biodrach, o skórze barwy błękitu letniego
nieba, o oczach, które błyszczą jak światło na srebrze. Widzieliście
wyobrażenia artystów o tym jaśniejącym blaskiem księżyca ciele, z jego
włosami zielonymi jak morze, kołyszącymi się niczym w morskich prądach,
i gdy teraz patrzysz na to ciało, kłaniające się z krawędzi sceny,
zdajesz sobie sprawę, że wszystkie sny o jego pięknie były prawdziwe.
Gdzieś w twojej pamięci tęsknie wzdycha babcia, patrząc przez małe
kuchenne okno na wir gwiaździstej nocy.
- A gdybyś przypadkiem pewnego dnia znalazł się na widowni tego teatru i miał szczęście patrzeć, jak podnosi się kurtyna, wtedy osobą, która cię
przywita, będzie potomek Oceanu i Tarczy Księżyca. Istota zrodzona z tańca cofającej się Tarczy i odpływających wód Oceanu, teraz obsadzona w roli wiecznego artysty Morza Śpiącego. Po wsze czasy obdarzona siłą i wdziękiem najświetniejszych tancerzy.
Babcia się uśmiecha.
- Piękne, jaśniejące blaskiem księżyca ciało.
A ty z zaskoczeniem patrzysz, jak to jaśniejące blaskiem księżyca ciało
wciąga nosem powietrze tak głęboko, że jego brzuch się rozdyma,
brzemienny wiatrem. Ciało pewnie staje na deskach sceny, a potem w długim wydechu wypuszcza całe nabrane do płuc powietrze, powiew z jego
ściągniętych ust zdmuchuje ogień we wszystkich płonących misach w teatrze, aż w końcu sala opowiada się za mrokiem i twoje oczy widzą
teraz ostatnią żarzącą się misę na scenie - zwężasz źrenice, skupiając
się na tym pradawnym, szalejącym płomieniu, a wtedy to jaśniejące
blaskiem księżyca ciało staje przed nim i niczym mag przy nieświętej
chrzcielnicy wyczarowuje z trzaskającego paleniska głosy zmarłych
praprzodków, wkrótce zaczniemy snuć naszą opowieść - o tym krwawym
tygodniu, o tygodniu zamętu, teatr wypełnia fala szeptów, niektóre
historie są bowiem zbyt wielkie, by mógł je opowiadać tylko jeden głos.
To jest opowieść o twojej ziemi i o włóczni, która ją rozcięła.
Słyszysz konną szarżę ze wzgórza w oddali, a scenę zapełniają tancerze
wybijający stopami bezładne synkopy. Płomienie skaczą, światło i cień
smagają ściany, a gdy ruchy tego jaśniejącego blaskiem księżyca ciała i tancerzy rzeźbią w powietrzu daleki, dawny kraj, przysięgasz, że w tym
sennym teatrze widzisz jego obraz - a wtedy miejsce, które znasz tylko z opisów babci, nagle ożywa w najgłębszej głębi twojego wnętrza, jakby
zawsze tam było. Głębokie doliny i stare lasy, groźne szczyty czarnych
gór, które przebijają chmury, i kobierce mgły unoszącej się znad wąwozów
pośród stromych skał. To kraina, w której żyliśmy i w której
umarliśmy. Stary Kraj, jak nazywała go babcia, ale istniały też inne
nazwy. Nazwy wyryte runami i wplecione w języki dawno zapomniane w twoich dziejach. Dziś to Kraina Bezksiężycowej Nocy. Dziś to kraina
zlana potem podczas Lata Bez Końca - w teatrze płonie ogień, a ty
czujesz na plecach słońce, którego oko praży bez drgnienia powieki.
Czujesz zapach suchej trawy. Widzisz martwe potoki i zakrzywione palce
przydrożnych trupów, a nad nimi roje much, które rozlatują się, gdy
mijają je w galopie jeźdźcy, niebaczni na nic w tej suchej krainie,
niosący sztandar swojego Cesarza.
Właśnie tutaj zaczyna się nasza opowieść, od oddziału wojowników
dokonujących inspekcji kraju w imieniu władcy, tancerze tupią o deski
sceny, udając tętent koni brygady nieustraszonych jeźdźców, którzy w tumanach pyłu przemierzają tę suchą ziemię, i wyraźnie widzisz jeźdźca
na czele tej cesarskiej szarży - człowieka, który prowadzi swoich synów
wojowników na zachód i podnosi teraz roześmianą twarz, głęboko wdychając
zapach tej krainy, należnej mu z urodzenia.
- Posłuchaj - mówiła twoja babcia, przypalając papierosa.
Posłuchaj, mówi to jaśniejące blaskiem księżyca ciało, gdy krwawe
słońce sunie w górę na pergaminie nieba przy dźwiękach werbli
grzechoczących jak kości.
Posłuchaj pędu brygady Czerwonych Pawi.
Odgłosu dalekiego grzmotu w jasny, bezchmurny dzień. Grzmotu niosącego
się między bólem falistych wzgórz i wybuchem zielonych lasów. Grzmotu,
od którego spłoszone zwierzęta pierzchały do nor. Ludzie z niepokojem
nasłuchiwali nieba. Słyszeliśmy ich, jeszcze zanim było ich widać.
Grzmotu cesarskiego galopu.
Gdy tańczyły kamyki i trzęsły się okapy dachów z terakoty, wieśniacy
odkładali kosy i odwracali karmidła do góry dnem. Przygarniali do siebie
dzieci na widok koni, około czterdziestu, gnających po grani pobliskiego
wzgórza, z jeźdźcami odzianymi w czerwień. Byli krwawą raną na
horyzoncie w południowym słońcu. Wojownicy bezwzględni i bezlitośni, o ostrych kościach policzków i głodnych oczach, z tatuażami stworzenia
patronującego brygadzie, a do tego z czerwonym dziobem i piórem. Ten
widok przerażał każdego przezornego wędrowca, każdego, kto słyszał o nich opowieści, z wielu bowiem drużyn, brygad i band, które nawiedzały
doliny w tamtych dniach, największe spustoszenia siały Czerwone Pawie,
dowodzone przez jednego z cesarskich synów, człowieka, którego
zasłużenie zwano Pierwszym Zgrozą.
W całym kraju ludzie ustawiali się rzędem, by ich witać. Działo się to w przededniu Świętej Pielgrzymki Cesarza i brygada dostała święte zadanie
przygotowania ziem na przybycie Uśmiechniętego Słońca.
Wypełniali swoją misję z wielką przyjemnością.
- Już niedługo - oznajmiał Pierwszy Zgroza tkaczom, robotnikom z kamieniołomów, rybakom i rolnikom - ledwie za kilka dni przybędzie
Cesarz i w Swej wielkoduszności odwiedzi was wszystkich podczas
pięciodniowej podróży na wschodnie wybrzeże. Ofiarujecie Mu wasze
najlepsze rękodzieła i zbiory. Perły waszego ryżu, świeże solone ryby.
Wasze najwspanialsze gobeliny. Ducha waszej ciężkiej pracy. A On
zabierze ze sobą te daniny i będzie je sobie cenił, kiedy już przepłynie
Wielkie i Bezkresne Morze i zejdzie na brzeg, aby wizytować zamorskie
kolonie. Jego odwiedziny będą największym zaszczytem w waszym życiu. Na
starość będziecie o nich opowiadać dzieciom zebranym przy waszym łożu.
Nie zmarnujcie tej chwili, abyście gorzko nie żałowali.
Gdy Zgroza przemawiał, Pawie otwierały z hukiem drzwi i plądrowały
komody, kopały luźne deski podłóg, szukały dowodów nieposłuszeństwa.
Wypędzały kurczaki z kurników. Ostrymi nożami cięły worki z ziarnem i lnianą pościel. Ludzie słuchali, jak grabią ich domy, ale nie
ośmielaliśmy się zwrócić tam spojrzeń, bo wszyscy wiedzieliśmy, co czeka
każdego, kto odwróci wzrok od księcia.
- Kiedy Jego karawana będzie tędy przejeżdżać, usłyszycie bęben
oznajmiający Jego przybycie. Ustawicie się rzędem, tak jak teraz, przed
wjazdem do wioski, twarzą do drogi. Każdy mężczyzna, każda kobieta i dziecko. I złożycie pokłon. Niski pokłon, by On nie widział waszych
twarzy. Każda głowa, która się nie pochyli przed naszym Uśmiechniętym
Słońcem, zostanie dodana do zbioru - ostrzegł, wskazując na czarne od
zaschłej krwi worki zwieszone z końskich siodeł, nad którymi krążyły
roje much.
W jednej z wiosek rozległy się głośne krzyki - z niewielkiej chaty
wyciągano zapłakaną dziewczynę.
- Ta zdrajczyni schowała się pod podłogą, ojcze! - krzyknął Paw.
Wszyscy wieśniacy wstrzymali oddech. I patrzyliśmy na rodziców tej
dziewczyny, którzy przez to, że tak ją rozpuścili, sprowadzili zgubę na
nas wszystkich. Jej bose stopy ryły bruzdy w rozgrzanej suchej ziemi,
gdy ciągnięto ją przed księcia na osąd.
Matka próbowała bronić wleczonej córki.
- Ona się bała! - krzyczała. - Wybaczcie nam! Ona się bała!
Jej ojciec stał cicho z nisko pochyloną głową.
Pierwszy Zgroza bębnił palcami o pas wokół talii. Podniósł drżącą
dziewczynę z klęczek, a potem spojrzał jej w oczy i poczuliśmy, jak
wiatr zaczyna nas smagać coraz silniej, i byliśmy pewni, że to już
koniec, że książę nie wybaczy nam tej obrazy i że wszystkich nas wtrącą
w czeluście Weseliska. Niewysłowione szczęście, że nas oszczędzono. Na
zawsze pozostanie dla nich tajemnicą, jaka łaska sprawiła, że Zgroza
łagodnie odesłał dziewczynę w tłum, w roztrzęsione ramiona rodziców.
Złowieszczy wiatr już cichł. Na ustach księcia pojawił się swobodny
uśmiech.
- Nie będziecie mogli mówić, że Cesarz nie okazuje litości - oznajmił. -
Ale w dniu przybycia Jego karawany ci, którzy nie stawią się na
wyznaczonym miejscu, niech nie spodziewają się takiej łaski.
Potem odjechali. Konie stanęły dęba i puściły się galopem zaraz po
tym, jak Zgroza skończył przemawiać, osłupiali ludzie stali w milczeniu,
kilkoro zaniosło się kaszlem od tumanów kurzu spod końskich kopyt. Matka
przyciskała dziewczynę do piersi, ojciec patrzył bezradnie, bo spisał
córkę na straty. A żona już nigdy nie pozwoliła mi zapomnieć tej hańby.
Nigdy więcej nie mogłem spojrzeć córce w oczy.
Nigdy nie pojęliśmy, dlaczego nas oszczędzono.
Powód był prosty. Ten sam, dla którego Pierwszy Zgroza przez wiele
tygodni inspekcji był w takim dobrym humorze mimo żmudnego zadania. Ten
sam, dla którego spiął konia ostrogami do szybszego biegu, aby wrócić do
pałacu bez zwłoki, bez przestojów. Ten sam powód, o którym sobie
przypomniał, gdy spojrzał w oczy tej dziewczynie i zobaczył, że są
takiego samego koloru jak oczy jego ukochanego syna.
Oczy Juna.
- Już pół roku, jak nas rozdzielono. Wiem, z dumą służy Tronowi. I zdaję
sobie sprawę, jak ważną powierzono mu misję. Ale nic nie poradzę, że
wolałbym, by nie musiał wykonywać tego obowiązku. By mógł dzisiaj jechać
u mego boku. Bardzo trudno mi czekać, aż go do nas wrócą.
Dowódca Borsuczej Bramy, niski człowiek z cieniem zarostu na brodzie,
nalał Zgrozie herbaty, zgodnie z etykietą, z całych sił starałem się
opanować drżenie dłoni; z całych sił starałem się nie zrobić pod
siebie.
- Jesteś troskliwym ojcem, panie - powiedział z pokornym uśmiechem,
stawiając przed księciem lśniącą, czystą czarkę. - Oby wszystkich synów
w tym kraju pobłogosławiono takimi ojcami jak ty.
Słowa pochlebcze, ale prawdziwe. Pierwszy Zgroza płakał z synami i śmiał
się z nimi, a my z kolei obdarzaliśmy go niezachwianym oddaniem,
jeżdżąc z nim w najdalsze zakątki kraju, zabijając każdego, kogo było
trzeba. Ale on miał swojego ulubieńca. I okazywał to bez skrępowania.
- Za Juna - wzniósł toast dowódca, podnosząc czarkę w nadziei, że
zadowoli gościa, którą to taktykę stosował ze znawstwem.
Zgroza ze łzami w oczach uniósł swoje naczynie.
- Za Juna.
Stuknęli się czarkami za Juna Ossę, dwudziestego piątego Pawia, który od
sześciu miesięcy trzymał straż przed osławionymi Wilczymi Wierzejami w głębi pałacowych gór jako wyłączny obrońca Cesarzowej.
Jego ojciec otarł oczy, wzruszony ujrzaną w wyobraźni sceną: oto Jun
samotnie trzymający półroczną wartę w zimnie i mroku tej przepastnej
górskiej pieczary, za towarzystwo mający jedynie własny miecz, własne
myśli i zawarte wierzeje, których strzeże. Ten obraz ciążył mu przez
resztę dnia, aż w końcu później, już w obozie, pozostali synowie
położyli dłonie na jego ramieniu, aby go pocieszyć, i przypomnieliśmy
mu, że to już niedługo, a wtedy książę uśmiechnął się do swoich
chłopców, wdzięczny za nich wszystkich.
Spinając konie ostrogami, jechali dalej na zachód i wypełniali zadanie,
okazując rzadko spotykaną litość tym, których mijali. Zgroza dzielił
myśli między obowiązki i rodzinę. Dokonując inspekcji, przeglądając
niestarannie prowadzone zapiski i zadając pytania niekończącemu się
ciągowi zlanych potem dowódców, myślał o synu. O Junie Pięknym Nożu,
który pierwszy raz w życiu poderżnął gardło, gdy miał osiem lat. O Junie
Krwawym Cieniu, co w pojedynkę wyśledził w lasach klan wędrownych
bandytów Dorogo, którzy złupili święte skarbce wielmożnej pani Panjet, a żaden z nich nie był świadom, że ktoś na nich tamtej nocy polował, nawet
kiedy po przedwczesnym świętowaniu jeden po drugim wykrwawiali się w ciemnościach. O Junie Niosącym Pochodnię, od której zajmowały się ogniem
łany zboża, gdy szukał zdradzieckich psów zastawiających zasadzki na
patrole na Łabędziej Drodze. Patrzyliśmy z domów, jak ten demon rzuca w pola pochodnie i nasze zbiory stają w płomieniach, a wśród kłosów palą
się ci, których tam ukryliśmy. Jun o Wielu Zaszczytnych Tytułach,
nadanych mu przez zaślepionego miłością ojca.
- Kiedy ostatni raz mój syn Jun tędy przejeżdżał - powiedział milczącej
grupie wartowników przy Orlej Bramie - kilka wiosen temu... pamiętam, jak
zauważył niedopuszczalną gnuśność wśród straży. Bałagan w kantynie, brud
i nieład w koszarach. Jun ma do tego świetne oko. Słusznie zawstydził
was za brak dyscypliny i przyrzekliście mu wtedy, że zaprowadzicie tu
większy rygor. Uwierzyliśmy wam. - Przesunął dłonią po ścianie i pokazał
brudny od kurzu czubek palca spoconym ze strachu istotom czekającym na
wyrok. Nie musiał nic mówić. Wartownicy, a nawet ich dowódca, padli na
kolana i wypolerowali każdy cal koszar, a on się uśmiechał, bo choć
Cesarza kurz nie obchodził i nawet by go nie zauważył, dobrze, że ludzie
nadal byli pod kontrolą mimo pogłosek o ros nącej w siłę rebelii.
Tak właśnie przebył ostatni odcinek drogi do stolicy, niosąc ojcu
wieści, że kraj jest posłuszny i dobrze utrzymany przed Jego podróżą,
oraz niecierpliwie wyczekując spotkania z ukochanym synem. Wtem słońce
wyjrzało zza ciemnej chmury. Zachodnie szczyty gór, znane jako Paszcza,
wystrzeliły jeszcze wyżej na spotkanie chmurom i słońcu. Pierwszy Zgroza
uniósł głowę i zawył, Pawie zawyły z nim, a miejskie bramy otworzyły się
na ich przybycie. Jeśli jednak Zgroza spodziewał się triumfalnych
wiwatów na stromych ulicach Pałacowego Miasta, spotkało go
rozczarowanie, bo w mieście panowała pełna napięcia cisza. Wszyscy
strażnicy rozstawieni wzdłuż górskiej drogi byli tego dnia nadzwyczaj
czujni i uważni - ale żaden nawet nie zwrócił uwagi na juki pełne
odrąbanych głów, z którymi wracały tego dnia Pawie. Mniej nas
zajmowało, kto wjeżdża pod górę, a bardziej, kto z niej zjeżdża - był
wśród nas bowiem winowajca i przygotowywał ucieczkę.
Zgroza wciągnął nosem zimne, wysokogórskie powietrze. Wyczuł jakąś
kwaśność, jakby zgniłych cytryn, i wiedział, że ojciec jest nie w humorze.
Wcześniej, kiedy podążali grzbietem ostatniego wzgórza, jeden z generałów z cesarskiej świty wyjechał im na powitanie i właśnie od niego
książę się dowiedział, dlaczego w Paszczy panuje taki ponury nastrój.
Generał nosił malowaną maskę dzika z kłami, obyczaj kazał bowiem, by na
dworze całkowicie zakrywać twarz w obecności Cesarza. Patrząc
odpowiednio wielkimi i pełnymi paniki oczami dzika, generał jednym tchem
wyjaśnił, co się dzieje.
Jest to opowieść o kresie Księżycowego Tronu.
Którego upadek zaczął się właśnie od tego.
Od kradzieży ptaka.
Wydarzyło się to, mówił generał, jeszcze przed świtaniem, nim mrok nieba
na wschodzie zabarwił się fioletem, jeszcze nawet nim w wieży
strażniczej o świcie zmieniła się warta. Ktoś włamał się do cesarskich
pokojów - nie do wiary! - i wykradł ulubionego ptaka Cesarza z klatki z drewna sekwoi. Cesarz nie przyjął wtargnięcia ze spokojem.
- Nikt z nas nie ma do Niego dostępu - wyjaśnił generał. - Cesarz nie
chce nawet słyszeć o jutrzejszej pielgrzymce, jeśli ptak się nie
znajdzie, a winowajcy nie spotka sprawiedliwa kara.
- Czy przesunął mosty? - zapytał Zgroza.
- Przesunął, panie.
Zgroza potarł oczy.
Twoja babcia splotła kocią kołyskę z czerwonej nitki.
- Pagody pałacu wznosiły się na wierzchołkach Gór Zachodnich, na każdym
ich szczycie - opowiadała. Jej palce zamykały się i otwierały,
zmieniając układ nitek. - Między szczytami biegł tuzin mostów z gładko
ciosanego kamienia, łącząc pagody w zdumiewającą sieć. Mosty obracały
się na olbrzymich osiach jak wskazówki zegara. Z kaprysu Cesarza i dzięki mocy Jego boskich darów mosty się przesuwały, a rozkład pałacu
się zmieniał. - Palce babci zamykały się i z powrotem otwierały, a układ
nici rodził się na nowo, zmieniając połączenia. - Dla obrony -
wyjaśniła. - Odkąd tylko ród Cesarzy zasiadł na Tronie, dochodziło do
prób skrytobójstw, a do pałacu usiłowali przenikać szpiedzy. W razie
niebezpieczeństwa Cesarz rozkazywał obracać mosty tam, gdzie sobie
życzył. Mógł w jednej chwili oddzielić cesarskie pokoje od całego świata
i odizolować wrogów na samotnych szczytach.
Babcia spoglądała przez dziedziniec ku korytarzowi z rzędem okien, w którym słychać było głośne kroki twojego ojca.
- Większość tych mostów wzniósł ostatni z Cesarzy. Mówią, że zmieniał
ich kierunki częściej niż którykolwiek z jego poprzedników. A wiesz
dlaczego? - Kiedy kręciłeś głową, babcia odpowiadała niemal wesołym
szeptem: - Ze strachu. - Usłyszałeś odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Silnik
samochodu zaczął gniewnie burczeć. Twój ojciec odjeżdżał, a czerwona
nitka odplątywała się z wiotkich palców babci i przechodziła na twoje
dłonie, kiedy zamykała nad nimi swoje. - Bał się śmierci.
- Wszystkie mosty są rozłączone - oznajmił generał. - Do pokojów Cesarza
nie ma dostępu, a połowa naszych ludzi utknęła na innych pagodach bez
możliwości powrotu.
- To niedobrze - odparł Zgroza. - Jutro wyruszamy. Nie mamy czasu na
napady złości. - Uśmiech księcia kazał generałowi przezornie cofnąć się
o krok. - Mam więc nadzieję, że przedstawisz mi nie tylko problem, ale
też rozwiązanie.
Po chwili wahania generał pokiwał głową. Czułem smród rozkładających
się głów w jukach u siodeł jego synów. Z oczu pod maską płynęły mi łzy.
- Tak, mój książę. Istnieje pewne rozwiązanie. I za twoim pozwoleniem
sięgniemy po nie.
Książę udzielił pozwolenia. Nie minęła godzina, a Pierwszy Zgroza
zasiadł wśród innych możnych w trybunale ustawionym w półkręgu wokół
człowieka wybranego przez nich na tego, który poniesie karę za zbrodnię,
w nadziei, że gdy ktoś - ktokolwiek - zostanie ukarany, Cesarz powściąg
nie gniew i mosty wrócą na właściwe miejsca.
Wybrali właśnie mnie. Oskarżony stał pośrodku sali na niewielkim
podeście dla suplikanta, jak człowiek, którego za chwilę mają zepchnąć z tratwy do morza. Był to starszy mężczyzna, ciało miał przygarbione.
Nosił malowaną maskę uśmiechniętego gekona. Przez trzydzieści trzy lata
polerowałem porcelanowe wazony i podlewałem lilie wieczornice w wiszących ogrodach. Pracowałem po cichu, pilnowałem własnych spraw i w przeciwieństwie do innych sług nie zajmowałem się plotkami ani gdybaniem
na temat zachowania Cesarza w ostatnich kilku miesiącach. Przez
trzydzieści trzy lata budziłem się przed pierwszym pianiem koguta i szedłem spać długo po tym, jak gasła ostatnia świeca w Jego cesarskim
oknie. Ciałem i duszą oddany byłem sumiennemu czyszczeniu draperii i rozkładaniu wyśmienitych specjałów na misternie rzeźbionych tacach.
Rezygnowałem z nadarzających się okazji, by znaleźć miłość lub by zdobyć
korzyści, ponieważ moi rodzice nauczyli mnie, że na tym świecie nie ma
nic ważniejszego niż lojalność. A wtedy - a wtedy - pięciu Mędrców zza
długiego stołu w drugim końcu sali odczytało mu fałszywe zarzuty w bezdusznym porządku, z wszelkimi szczegółami, Pierwszy Zgroza zaś był w tym czasie zajęty cichą rozmową o sprawach wagi państwowej z innym
dygnitarzem. Mężczyznę oskarżono o to, że wemknął się do królewskiego
salonu, wykradł ulubionego ptaka Cesarza i ukręcił ptaszkowi głowę z czystej złości, a w końcu wyrzucił go przez balustradę w przepaść,
uniemożliwiając tym samym zwrócenie martwego ciała ptaka jego
prawowitemu właścicielowi. Pierwszy z Mędrców wycedził z teatralną
pogardą:
- Przez trzydzieści trzy lata służyłeś Tronowi.
A potem pewnego dnia nagle byłem skończony.
Oskarżony zaniósł się tak głośnym szlochem, że możni członkowie
trybunału niezręcznie poruszyli się na krzesłach. Ale jak miałem nie
szlochać, skoro każdy inny sługa i każdy wielmoża, któremu służyłem,
złożył przed Mędrcami świadectwa potrzebne, by mnie potępić. Na pamięć
swoich babek przysięgali, że nie widzieli mnie cały ranek. Że już od
dawna narzekałem na swoją pozycję. Że miałem motyw. A cały ten spektakl
był odgrywany przed żółwiem zajmującym miejsce na swoim podeście.
Spojrzenie żółwia padło na Pierwszego Zgrozę.
- Uśmiechnięte Słońce życzy sobie poznać twoje myśli - powiedział żółw i zachichotał jak szaleniec. - Na podstawie wszystkich przedstawionych ci
dowodów, w którą stronę skłania się twoje serce?
Zgroza spojrzał na stworzenie będące przedstawicielem jego ojca, a potem
opuścił wzrok na oskarżonego, który stał jak zbity pies pośrodku sali.
Trzydzieści trzy lata. I bez chwili wahania orzekł:
- Moje Uśmiechnięte Słońce, ten człowiek jest winny.
Oskarżony zapadł się w sobie.
Po co? - zapytałem.
Po co.
- Uśmiechnięte Słońce życzy sobie, byś wiedział, że cię pamięta -
przekazał żółw oskarżonemu. - Pamięta, że kiedy Jego ojciec zasiadał w trybunale, ty dawałeś Mu słodycze za plecami Jego piastunki.
Winowajca na podwyższeniu potwierdził, że to prawda. Dawałem mu
laseczki ze słodzonego ryżu, zawinięte w natłuszczone liście bananowca.
Był synem Cesarza, ale był też dzieckiem, które się nudziło i było
samotne.
- Robiłem to z ochotą, moje Uśmiechnięte Słońce! - krzyknął.
- Dlatego tym większa hańba, że masz serce przeżarte chorobą. - Żółw
odwrócił głowę. Zachichotał płaczliwie. - Obyś znalazł spokój w Morzu
Śpiącym.
Strażnik dobył miecza. Mężczyzna wstał - chciałem ich zaklinać,
oddałbym wszystko - rękami sięgnął do twarzy, by zdjąć maskę, by błagać
trybunał spojrzeniem oczu pełnych łez, ale jego krzyk ucięło szybkie i gwałtowne ścięcie głowy. Strumień krwi bryznął na czarne deski podłogi.
Głowa przestała się toczyć tuż przed półkręgiem wielmożów. Maska gekona
uśmiechała się pusto do mężczyzny, który przyciskał do nosa chusteczkę,
bliski omdlenia. A kiedy czerwona fontanna już przestała tryskać, ciało
obaliło się z bezwładnie rozrzuconymi rękoma i nogami. Resztka życia
opuściła je przez drgający mały palec prawej dłoni.
- Skończyliśmy - stwierdził żółw.
Możni z trybunału ucałowali posadzkę, dotykając do niej czołami.
Pałac się zatrząsł.
Gdy mosty z łoskotem wracały na dawne miejsca, trupa tego człowieka
wyciągnięto za buty przez otwarte drzwi, moje ciało wyrzucono przez
balustradę mostu w nieznaną przepaść, bez tabliczki na szyi, bez
modlitwy, a tymczasem Zgroza przedostawał się już na drugą stronę, nie
czekając nawet, aż most z jękiem przestanie się obracać. Nie zwalniając
kroku, założył na twarz kunsztownie ciosaną maskę Pawia, nawet książęta
nie byli bowiem zwolnieni z nakazów cesarskiego edyktu, i wszedł przez
niemal bezgłośnie rozsuwające się drzwi do cesarskiego salonu, gdzie
odczekał chwilę, aż odzyska nad sobą panowanie, a następnie oznajmił
swoje przybycie - co pozostało bez odpowiedzi. Głośno przeprosił i wszedł głębiej. Widział woskowane niskie stoły, zwoje pergaminów
wetkniętych równo w przegródki w kształcie rombów, przepych zasłon z kosztownej tkaniny induun, wytrzepanych i wyprasowanych. Aż trudno
uwierzyć, pomyślał, że było tu jakieś włamanie, bo jedyny jego dowód
stanowiła wisząca bezużytecznie w rogu salonu pusta klatka dla ptaków.
- Jak widać, nigdzie nie jest bezpiecznie - odezwał się ktoś chrapliwym
głosem. - Nawet w moim domu.
Magaam Ossa, Ósmy Cesarz Księżycowego Tronu, Ojciec Pierwszego, Drugiego
oraz Trzeciego Zgrozy, siedział z wydętymi ustami w swoim ulubionym
fotelu.
- Dobrze cię widzieć, Ojcze - przywitał go Zgroza. Ukląkł i przywarł
dziobem maski do wychudłej dłoni ojca.
- Tak? - zapytał Cesarz.
Wyniośle patrzył na syna małymi oczami bez życia, wzywając go do
odpowiedzi. Na jego dłoni, nadal trzymanej przez księcia, widać było
grube żyły jak martwe węże na wolno płynącej rzece. Zgroza chciał
jednocześnie zgnieść tę dłoń na miazgę i ją utulić.
- Wiem, że miałeś dziś ciężki dzień - powiedział - ale przynoszę dobre
wieści o Twojej jutrzejszej podróży. Lud...
Ręka ojca wyślizgnęła się z jego dłoni. Zgroza patrzył, jak Ósmy Cesarz,
odziany w najczarniejszą z szat, podchodzi do okna balkonu niczym
wdowiec w żałobie.
- Było mi ogromnie przykro, gdy usłyszałem o Twoim ptaku - odważył się
dodać Zgroza. - Zdaje się, że zbyt długo mnie tu nie było. Nie
wiedziałem, że miałeś nowego ulubieńca.
- W jaki sposób ty i inni dygnitarze zdecydowaliście, komu ściąć głowę?
- zapytał Cesarz.
Zgroza się zawahał.
- Odkrywając, kto był winien, panie.
- Nie jestem mandoliną. Nie próbuj na mnie wygrywać swoich melodyjek.
Z końca sali dobiegł stłumiony chichot. Książę zerknął na żółwia
leżącego na wysokiej poduszce przy stoliku do pisania. Żółw odpowiedział
mu hardym spojrzeniem, od którego jeżyły się włosy.
- Wybrano pierwszego z brzegu - przyznał Zgroza.
- W jaki sposób?
- Każdemu ze sług, którzy odwiedzali Twoje pokoje w ostatnich dniach,
przypisaliśmy numer. Jeden z generałów rzucił kostkami. - Kiedy Cesarz
ponuro się zaśmiał, słysząc to wyjaśnienie, książę spojrzał na ojca,
niedostrzegalnie mrużąc oczy. - Czyli wiedziałeś. Wiedziałeś, że ten
człowiek był niewinny.
Cesarz podszedł przez salon do pustej klatki. Bawił się w palcach
haczykiem, zamykał klatkę, otwierał, a gdy Zgroza przyglądał się ojcu,
który wydawał się dużo starszy niż zaledwie kilka miesięcy temu, mógł
śmiało przyjąć, że nie doszło do żadnej kradzieży - że ten starzec po
prostu zapomniał wczoraj zamknąć klatkę na noc i ptak sam, bez niczyjej
pomocy, wyfrunął przez okno balkonu. Że zabito mnie przed trybunałem
jedynie po to, by złożyć ofiarę Jego dumie.
- Ostatecznie to nie ma znaczenia - stwierdził Cesarz, zamykając klatkę
na dobre. - A teraz opowiedz mi o moim kraju.
Napili się razem herbaty. Zaparzył ją Zgroza. Kiedy gotował wodę na
ogniu, jego ojciec siedział dalej posępny i wycofany, Jego podkrążone
oczy dawały świadectwo, jak słabo sypia. Książę, w nadziei na
poprawienie ojcu humoru, opowiadał Mu, że posterunki na Górnej Drodze są
utrzymywane w znakomitym porządku. Że ataki bandytów zdarzają się
rzadziej niż za czasów Jego dziada. Nie wspomniał, że zupełnie odwrotnie
mają się sprawy na Dolnej Drodze. Że na tym niepatrolowanym szlaku
ludzie częściej niż przedtem padają ofiarami złodziei i zabójców. Jakiś
człowiek zatrzymał mnie, kiedy szedłem do wioski mojej siostry. Mówił,
że potrzebuje pomocy w popchnięciu wozu, który utknął tam, za drzewami.
Owszem. Dałem się nabrać. Miałem tylko trzy kopany przy duszy. Nie wiem,
czego się spodziewał. Ale i tak rozpruł mi brzuch. Tak, zapewniał
Zgroza, kraj rozkwita.
- Budowę floty na wschodnim wybrzeżu ukończono przed kilkoma tygodniami.
Każdy okręt ma w załodze najlepszych żeglarzy w całym kraju. - Nie
wspomniał, że flota kosztowała trzy razy tyle, ile szacowano, i że Tron
jest teraz zadłużony u Pięciu Rodów, od których nabywano surowce.
Zapewnił ojca, że wszystko jest gotowe na jutro, a lud bije się o to, by
zobaczyć przejazd Jego karawany. Nie wspomniał, że ludzie są głodni, że
z powodu Lata Bez Końca ich ciała leżą przy drogach, z wyschniętymi
gardłami, spalone słońcem. Że nasze dzieci piją wodę z pól ryżowych i puchną od choroby. Powiedział wszystko, co ojciec potrzebował usłyszeć.
Ale jego lukrowane słowa nie zdołały poprawić podłego nastroju ojca,
przez który ostatnio coraz bardziej zamykał się w sobie.
Cesarz odstawił herbatę. Potarł zapadłe oczy. Nie obchodziły go
posterunki ani bandyci, ani lud.
Opowiedział o jedynej rzeczy, którą ostatnio potrafił się przejąć.
- Miałem wczoraj kolejny sen. Żywszy niż wcześniejsze. - Zamknął oczy,
żeby przywołać tę wizję, a jego syn teatralnie okazał zainteresowanie. -
Tygrys trzymający w pysku gałąź wiśni wyłonił się z krzewu w moim
prywatnym ogrodzie. Szedłem za nim przez zarośla, przez łąkę, a nawet
przez morze. Stąpałem po wodzie jak po twardej ziemi. - Cesarz opowiadał
o tygrysie z trwożną powagą. Wiadomo było, że tygrys i gałąź wiśni są
symbolami długiego, dostatniego życia. Twoja babcia wyszyła tę gałąź na
ubraniu swojego ojca, co służyło tobie i twoim braciom jako jedyne
wytłumaczenie, dlaczego ten zaśliniony staruszek w bujanym fotelu jakimś
cudem ciągle żyje - musi być jakieś ziarno prawdy w tym, co mówią o tygrysach i gałęziach wiśni, ponieważ twój pradziadek, twój
pradziadunio, jak o nim mówiliście, z nadal nieznanego wam powodu nie
chciał umrzeć, pomimo masy chorób i przypad łości starczego wieku.
O odrzuceniu śmierci i o życiu długim ponad miarę - o tym były sny,
intensywne i wszechogarniające, które ostatnimi czasy prześladowały
Cesarza obietnicami z innego świata i które natchnęły Go do Świętej
Pielgrzymki. Niosły wizje i omeny, nakazujące Mu wyruszyć w podróż przez
morze do nowych ziem, aby znaleźć klucz do drzwi dotąd zamkniętych przed
wszystkimi ludźmi, nawet przed tymi, którzy zrodzili się z bóstwa.
Aby znaleźć sekret do życia wiecznego.
Nie wybierał się w podróż, by poznać poddany Mu lud. Pielgrzymka była
raczej sposobem na zdobycie wystarczających środków na długą podróż za
morze i jeszcze dalej - dokądkolwiek miała zaprowadzić.
- Sądzisz, że to znajdziemy? - zapytał cicho syna. - Tam za kanałem, za
Wielkim i Bezkresnym Morzem?
Zgrozę zaniepokoił niepewny ton ojca w przededniu podróży. Przecież pod
nieobecność Cesarza to on miał rządzić w Jego zastępstwie i poczynił już
wiele planów na urządzenie cesarskich pokojów, w których teraz się
znajdowali.
- Za wodą znajdziesz to, czego szukasz - zapewnił ojca, kurczącego się
starego człowieka. - Na nowych ziemiach odnajdziesz sekret wiecznego
życia. Tak mówią Twoje wizje, tak się zatem stanie, ponieważ jesteś
Słońcem, w którego promieniach znikają cienie wszelkiej niepewności.
Czyż nie tak? - Ujął ojcowską dłoń. - Ojcze? Nie tak?
- Tak, właśnie tak - odparł Cesarz głosem drżącym z emocji. - Masz
rację, jest, jak mówisz.
- Cieszę się - odparł książę. - Pożegnałeś się już z Matką? Jutro nie
będzie na to czasu.
Na ułamek chwili twarz Cesarza przybrała tajemniczy wyraz, którego Jego
syn nie potrafił odczytać. Ale potem ów zagadkowy grymas zniknął. A Cesarz pokręcił głową.
- Odwiedzę Ją później, po mojej ostatniej przemowie.
- Dobrze. A czy mógłbyś potem dać znać mojemu synowi, że tu jestem i że
z niecierpliwością czekam, aż się jutro spotkamy...?
- Tak, tak - wymamrotał Uśmiechnięte Słońce - przekażę mu, jeśli będę
pamiętał.
- Jak on się miewa? - zapytał książę. - Kiedy ostatni raz tam zaszedłeś,
czy był w pełni sił i zdrowia?
- A skąd miałbym wiedzieć? Jego zdrowie mnie nie zajmuje.
- Rozmawiałeś z nim? Jest zręcznym rozmówcą. Może jutro moglibyście we
dwóch...?
- Wystawiasz moją cierpliwość na próbę, synu.
Paw skłonił głowę.
- Najmocniej proszę o wybaczenie, moje Uśmiechnięte Słońce.
Cesarz zapadł się w fotelu. Odsunął czarkę.
- Zawsze wiesz, jak popsuć mi humor - burknął. - No, dobrze - westchnął.
- Powiedz, co mnie jutro czeka. Opowiedz mi o podróży. Niechaj mnie nie
zaskoczy żadna niewiadoma.
Książę gorliwie spełnił prośbę, nie chciał ojca zirytować, w dodatku tuż
przed końcem.
- Opowiem Ci o wszystkim, co się wydarzy jutro i w następnych dniach.
Opowiem Ci o Twojej pielgrzymce.
- Mów więc, synu. - Ostatni władca na Księżycowym Tronie jeszcze raz
zamknął oczy. Jego wyczerpane bezsennością ciało było teraz ciepłe i ciężkie od herbaty. - I niech twoje słowa będą tak słodkie jak ten napój
w czarkach.
- To opowieść o tym, co przyniesie jutro i następny tydzień.
Jutro, Ojcze, rozpoczniesz najważniejszą podróż w Swoim życiu. Z pierwszym słodkim tchnieniem świtu wyruszysz karawaną na wschód, na
wybrzeże, gdzie na Twoje przybycie czeka flota wyprawy, aby zabrać Cię
do krainy Twoich słynnych snów.
Jesteś tak blisko boskości.
Podróż na wybrzeże zajmie pięć dni. Na malowniczej Górnej Drodze
będziesz cieszył oczy najwspanialszymi widokami, obdarowywany tym, co
najlepsze z pięciu prowincji, gdyż lud, który nadal uważa, że wyprawiasz
się na zwykłą duchową pielgrzymkę, przybędzie, aby ofiarować Ci swoje
najwspanialsze dary.
Pierwszego Dnia ofiarują Ci najdoskonalsze zbiory. Zasiądziesz do
wspaniałej uczty, smakować będziesz wonnych herbat i spoczywać na
najbardziej miękkich ryżowych poduszkach podczas uroczystości na wielkim
dziedzińcu przy Małpiej Bramie, gdzie ugoszczą Cię wielmożny pan Yinn i wielmożna pani Panjet.
Stamtąd, po nocy pełnej uciech, udasz się na wschód, do Misy Niebios. Na
jej kryształowo czystych wodach spędzisz Dzień Drugi, delektując się
wybornym smakiem połowów z Tysiąca Rzek i zażywając wygód na pokładzie
łodzi spacerowej mojego brata. Jak dobrze wiesz, mam swoje zdanie o tym,
jak Luubu się prowadzi, ale zawsze wysoko ceniłem jego talent do
podejmowania zaszczytnych gości i jestem pewien, że wyprawi dla Ciebie
przyjęcie tak świetne, że zaczniesz rozważać rezygnację z podróży.
Trzeciego Dnia pozostaniesz w Misie, gdzie dokonasz objazdu tkalni
wielmożnego Induuna i oglądał będziesz najwspanialsze gobeliny oraz
najbardziej puszyste, najdelikatniejsze dywany, z których każdy utkano
właśnie na tę okazję. Ich wzory będą opowiadać dzieje Twojego długiego
panowania. Kobierce te zabierzesz ze Sobą w daleką podróż. Będą Ci
przypominać rodzinną krainę.
Czwartego Dnia droga Twojej pielgrzymki prowadziła będzie przez
kamieniołomy wielmożnego Waaga. W rozpękniętej ziemi pokażą Ci czarną
jak noc rudę, z której powstaje nasza najwspanialsza broń. Odwiedzisz
kuźnie, gdzie ofiarują Ci miecz ostrzejszy niż wszelkie dotąd wykute.
Niechaj ten miecz strzeże Cię w podroży przez tajemnicze, dzikie i nieznane ziemie.
A na koniec, Dnia Piątego, Dnia Ostatniego, dotrzesz do Boskiego Miasta
na końcu świata. Z nadmorskiej skały będziesz podziwiał zachwycający
widok na Wielkie i Bezkresne Morze. Na głównym placu zasiądziesz do
obejrzenia wspaniałego występu i aż do kresu dnia będziesz cieszył oczy
tańcem najświetniejszych tancerzy. Tylko od Twojej woli zależy, czy
dokonasz inspekcji Weseliska. Nikt nie będzie miał Ci za złe, jeśli
postanowisz je ominąć.
W końcu zajdzie słońce, a Ty i Twoja świta wstąpicie na pokład okrętów,
załadowanych owocami tej krainy, zapasy których wystarczą na przyszłe
lata, a gdy załoga podniesie żagle, wypłyniesz na spotkanie Swojej
największej przygody. Do nowej ziemi.
Gdy statek będzie odbijał od brzegu, Ojcze, odwrócisz się i zobaczysz
nas wszystkich, jak stoimy na skale i żegnamy Cię, gdy odpływasz w bezkres ku zachodzącemu słońcu. Na tle mroczniejącej purpury wieczornego
nieba wybuchać będą sztuczne ognie. I w głębi serca będziesz wiedział,
że choć znajdziesz się daleko, pamięć o Tobie nie zagaśnie - w dniu, w którym powrócisz, pokonawszy śmierć, ta kraina przyjmie Cię jak zawsze:
z ciepłem, miłością i najgłębszą dumą.
Nie ma się czego obawiać, moje Uśmiechnięte Słońce. Fortuna niezmiennie
sprzymierza z Tobą swoje zastępy. Ja będę trwał w pałacu jako zarządca
Twych ziem i każdego dnia bez wyjątku będę przewodził ludowi w żarliwych
modlitwach o Twą bezpieczną podróż, i podtrzymywał będę ogień w palenisku, aż wrócisz i je przejmiesz.
Z ciemności dobiegł chichot.
- Zaiste Twój syn cię miłuje, moje Uśmiechnięte Słońce.
Ojciec i syn spojrzeli przez salon na żółwia, leżącego na kocach w rogu.
Książę ze wstrętem odwrócił wzrok od olbrzymiego stworzenia, które za
woalami z najzwiewniejszej tkaniny induun zanosiło się szalonym
rechotem, wypełniającym pokój jak gaz z pękniętej rury.
- Dziwne stworzenia, żółwie.
Twoja babcia trzymała telefon przy uchu, a w drugim pokoju grało radio.
Twierdziła, że oba przedmioty służą za dobre porównanie.
- Były nastawione na pewien kanał. Miały dostęp do świata, którego nie
widzimy. Wyczuwały woń nastrojów, smak pobudek. I mogły porozumiewać się
ze sobą na wielką odległość.
W radiu prezenter opisywał w szczegółach najnowsze zwycięstwo: wzdłuż
wybrzeża grzmiały działa, samoloty podrywały się w powietrze jak kaczki,
unicestwiano bataliony wroga.
- Wielką moc miały te stworzenia - ciągnęła. - Ale wiązało się z nią też
pewne szaleństwo - westchnęła, a telefon dzwonił dalej. - Nic dziwnego,
że Tron tak często je wykorzystywał.
Cesarz skinął głową na Swojego żółwia.
- Dlaczego nam przerywasz? - zapytał.
Chichot ucichł.
- Dowódczyni Tygrysiej Bramy chciałaby potwierdzić, czy Twój syn
odwiedzi ją jutro, by wypić z nią herbatę, moje Uśmiechnięte Słońce -
oznajmił żółw.
Cesarz zwrócił się do księcia.
- Myślałem, że jutro wyruszysz z moją karawaną.
Książę milczał, ostrożnie dobierając w myślach słowa odpowiedzi.
- Pomyślałem, że będzie roztropnie, gdy pojadę Dolną Drogą z karawaną
odbierającą dary, aby upewnić się, że pomyślnie rozpocznie drogę. Sądzę,
że to niewielkie poświęcenie, brak mojego towarzystwa przez jeden dzień,
a w zamian za to dopilnuję, by właściwie przewożono towary na Twoją
długą podróż.
Cesarz nie był zadowolony, ale jak zwykle trudno Mu było odmówić synowi
pewnej słuszności.
- A co to za sprawa z tą herbatą?
Książę nieznacznie wzruszył ramionami.
- Napiję się herbaty ze znajomą, nic więcej.
Żółw głośno węszył w powietrzu, a zaraz potem zaniósł się śmiechem,
jakby wyczuł od księcia łaskotliwą woń pożądania.
- Ze znajomą i nic więcej - mruknął, głęboko rozbawiony. - Ze znajomą i nic więcej.
- Potwierdź, że przyjedzie, żółwiu - polecił Cesarz.
- Tak jest, moje Uśmiechnięte Słońce.
Zwierzę nagle uniosło głowę i naprężyło długą, wysuniętą szyję.
Sygnał został wysłany.
Myślisz o swojej babci przy telefonie, zgarbionej i czekającej, aż
odbierze telefonistka w centrali. Dryyyyyń dryyyyyń.
- Dryyyyyyń - czasem śpiewała do wtóru.
Zawsze dzwoniła do domu - nie do twojego domu, ale do tego za morzem,
skąd pochodziła twoja rodzina - aby powiadomić krewnych, że wszyscy są
bezpieczni i że prawie nie zauważacie wojny. Telefon dzwonił, a ona
ocierała ślinę z warg pradziadunia. Przepędzała koty z pokoju. Nuciła
pod nosem, przestawiała garnki i talerze w kuchni. Czekała.
Jeden z twoich starszych braci, którego ciekawiły podobne sprawy,
próbował wam wyjaśnić, jak działa telefon. Opowiadał, że gdzieś, w centrali, siedzi kobieta i wpina kable w gniazdka.
- O, tak - mówił, przesadnie naśladując gesty telefonistki, aż
parsknąłeś śmiechem.
I tak samo było z żółwiami: jeden wysyłał sygnał, uzyskiwał połączenie,
a wtedy drugi odbierał. Proste. Chociaż czasem co rozsądniejszy strażnik
czy posłaniec spoglądał na te stworzenia i zastanawiał się, kto
obsługuje centralę.
Klik.
Na południowym wschodzie, na szczycie wieży strażniczej, ponad łoskotem
wozów jadących przez zakurzony dziedziniec, żółw w punkcie kontrolnym
przy Tygrysiej Bramie uniósł głowę i naprężył długą szyję podobnie jak
jego brat w Pałacu. Odebrał przekaz, kiwnął głową. A wartownikowi
czekającemu na jego słowa powiedział:
- Potwierdza się przyjęcie zaproszenia na herbatę, jutro, u Dowódczyni.
U Arai Pijanicy.
W tamtych czasach trudno było się pozbyć przezwiska. Wypalało na
człowieku piętno trwale jak rozżarzone żelazo na krowim boku. Niektóre
przezwiska pielęgnowano. Tym, którzy je nosili, dawały pewien rodzaj
ochrony w kontaktach z innymi, czasem stanowiły ostrzeżenie, czasem
służyły zmyleniu rozmówcy. Tak właśnie było w przypadku dowódczyni
posterunku przy Tygrysiej Bramie, Uhi Arai, która w kręgach hierarchii
wojskowej znana była najczęściej jako Araya Pijanica. Wielmożna od
Flaszki. Przekrwiona Dama. Trunkowa Panienka. Była jowialną kobietą
niskiej, krępej postury, lubiła wygody, dochrapała się swojej pozycji
pomimo upodobania do trunków, a bywało, że i za jego sprawą, i w krótkim
czasie stała się nadzorczynią pierwszego posterunku na okrytej złą sławą
Dolnej Drodze. Ta wpływowa funkcja dawała jej wiele korzyści. Zawsze
zastanawialiśmy się, jak zaszła tak wysoko - jakie miała koneksje.
Araya powszechnie znano jako osobę skorą do śmiechu, a jeszcze bardziej
do częstowania łykiem czegoś, co wprawiało w dobry humor, ale pozbawiało
sił - choć nie było również tajemnicą, że na boku przyjmowała łapówki i według kaprysu zawyżała należne podatki. Mówiła, że wyglądam dla niej
podejrzanie. A potem nas zawróciła. Nawet nie oddała nam dokumentów.
Taka była Araya. Albo też taką swoją stronę pokazywała światu. Bekającą
i patrzącą zezem. Czasem zalotnicę, a czasem twardą sztukę.
Ale istniała też inna Araya, którą niewielu znało. Araya, która od
samego początku pracowała na to, by osiągnąć coś prawie niemożliwego. I właśnie taka Araya rozsupłała teraz troki mieszka z trucizną w swojej
wartowni, gdy dostała potwierdzenie, że nazajutrz przybędzie Zgroza.
Nachyliła się i powąchała sproszkowaną w kamiennym moździerzu miksturę.
Jej woń podrażniła nozdrza Arai, jakby wdychała słodkie iskry.
- Och - jęknęła z załzawionymi oczami i wydmuchała nos. Nie wiedziała,
jak ma to wsypać do herbaty Pierwszego Zgrozy, by się nie zorientował.
Spojrzała na półki, szukając czegoś, co zakryje smak.
- Cholera - przeklęła, kiedy przewróciła stojący na blacie pełny
kałamarz.
Wszystko zależało od niej.
Tak twierdził jej kontakt, człowiek bez języka, pomylony geniusz znad
szarych rzek, kiedy kilka tygodni temu wyrysował na jej drżącej dłoni
plany opracowywane od miesięcy. Figurami, które skreśliłem na jej
wilgotnej skórze, powiadomiłem ją, że nadszedł czas - że w końcu
znaliśmy już terminarz i drogę Pielgrzymki.
Nadeszła pora, by pożreć cesarski ród.
Ktoś zapukał do drzwi.
- Dowódczyni - dobiegł stłumiony głos - przyszła dla ciebie wieść
przekazana przez żółwia: wielmożna pani Jova z posiadłości Panjet
chciałaby omówić twoją dostępność na uroczystości z okazji osiągnięcia
przez jej córkę wieku pełnoletniego...
- Później, Raami - odburknęła, usiłując zetrzeć atrament z podłogi, ale
z każdym ruchem tylko bardziej rozmazując go szmatą. - Jestem akurat...
jestem w tej chwili zajęta.
- Tak jest, dowódczyni.
Jego kroki się oddaliły. Araya z westchnieniem rzuciła ociekającą szmatę
do wiadra, wewnętrzną fałdą odzienia wytarła uwalane palce, a potem
wróciła do kamiennego moździerza i leżącego obok niego woreczka.
Kruche liście wystawały z mieszka jak noże.
Zwyczajna trucizna nie powaliłaby członka cesarskiego rodu. Długa lista
nieudanych skrytobójczych zamachów przez wieki władzy Księżycowego Tronu
mówiła nam, że ich ciała, zrodzone z bóstwa, są odporniejsze niż nasze,
bardziej śmiertelne ciała. Dobrze zapamiętaliśmy historię biednego
głupca, który usiłował wsypać szczyptę Pocałunku Sędziego do ucha
Trzeciego Cesarza - bezskutecznie. Cesarz obudził się tylko ze słabym
bólem głowy, a potem kazał niedoszłego zabójcę ukarać. Do jego pleców
przyszyto skórę jego dzieci i miał ją nosić do końca swoich dni, które
spędził, przemierzając drogi tego kraju i głośno opiewając cnoty
władcy.
Araya pamiętała. Dlatego jej ręce nie przestawały się trząść, kiedy
ucierała miksturę w moździerzu na stole, aż proszek stał się jedwabiście
gładki.
- To się nie skończy dobrze - westchnęła ze smutnym uśmiechem.
Szczypczykami dodała więcej liści.
Trucizna nazywała się idlit. Było to zioło rosnące wśród mchu w głębokich lasach, zbierane przez nieliczne stare plemiona, które jeszcze
go tam pozyskiwały. Odcinaliśmy łodygi opalowymi nożami, ostrymi jak
dowcip Somy, trzymaliśmy je dłońmi w rękawiczkach. Zwierzątka, które
niefortunnie zjadły oleisty liść, padały w konwulsjach na wilgotne
poszycie lasu, a te, które z miejsca nie straciły życia, leżały
sparaliżowane na mchu, czekając, aż spośród zarośli w leśnej kotlinie
wyłonią się większe stworzenia, które zwęszyły drażniącą woń ich
bezsilności. Trucizny działające na głowę i na serce w najmniejszym
stopniu książętom ani Cesarzom nie szkodziły. Ale trucizny wpływające na
kości i na mięśnie mogły jeszcze coś zdziałać.
Liniami na dłoni dowódczyni dałem jej znać, że gdy Pierwszy Zgroza
odwiedzi ją przy Tygrysiej Bramie, a ona, jak nakazuje obyczaj, będzie
częstowała go herbatą, ma dosypać do jego czarki trochę tej urokliwej
mikstury. Wcisnąłem w jej dłoń niewielki mieszek i pożegnałem się z nią
ciepłym dotykiem. Zbyt wiele liści idlitu, a Zgroza swoim uwrażliwionym
zmysłem bez wątpienia wyczułby jakiś dodany składnik i wtedy zabiłby
każdego strażnika na posterunku, jeszcze nim paraliżująca substancja
trafiłaby do jego krwioobiegu. Zbyt mało liści, a poczułby najwyżej
lekkie mrowienie w kończynach. Może nabrzmiały wzwód, ale nie o taki
efekt nam chodziło, szczególnie u mężczyzny znanego ze swojej jurności.
Na małe zwierzęta idlit działał natychmiast, ale gdy ludzie przyjmowali
go z zaparzoną herbatą, paraliż następował dopiero po podwieczorku.
Powiedziałem Arai, że musi dopilnować, by Zgroza wkrótce po przyjęciu
trucizny opuścił posterunek. Substancja paraliżująca bezwzględnie
musiała zadziałać dopiero wtedy, kiedy będzie już daleko na wschód za
Tygrysią Bramą - dostatecznie oddalony od granic miasta, by jego ludzie
nie mogli pośpieszyć mu z pomocą.
Powiedziałem jej, że im więcej Pawi zjawi się na herbacie, tym lepiej,
ale jeśli pić ją ma tylko jedna osoba, to musi być właśnie ON - a herbata ma być najlepszej jakości, aby dopił ją całą. Inaczej tych,
którzy urządzili zasadzkę na karawanę, rychło czeka rzeź.
- On trwa przy życiu - wyszeptała, ucierając liście na proszek.
Była to codzienna modlitwa, którą zmawiała, kiedy czuła niepokój.
Niektórzy z nas, jej podkomendnych, usiłowali odgadnąć, kim jest ten
"on" - wrzucaliśmy kopany do garnca - ja stawiałem na dawnego kochanka -
ja na porzucone dziecko. Dokończyła przyrządzać proszek, a jego, tego z modlitw, widziała w myślach tak żywo jak w wizji tuż po przebudzeniu.
Pociągnęła z flaszki, aby uspokoić nerwy. Zaparzyła próbny czajniczek
herbaty i podała wyimaginowanemu gościowi. Wyobraziła sobie, że on na
nią patrzy jak sokół na pierzchającego gryzonia, uważnie obserwowała
ruchy nadgarstków przy nalewaniu. Wymyślała pytania, jakie mu zada,
komplementy, jakimi go obdarzy. Był przystojny i lubił, gdy mu o tym
przypominano. Uśmiechnie się do niego powściągliwie i powie, że każdy z jego synów to wykapany ojciec.
- Tak - powiedziała do pustej izby, napełniając czarkę aż po brzegi i uśmiechając się wdzięcznie do ściany. - Bez wątpienia masz słuszność.
Dla naszego Uśmiechniętego Słońca to będzie cudowny tydzień. Tak. Ja też
mam nadzieję, że będzie wspominał nas z czułością.
Herbata przelała się przez krawędź czarki.
Araya przeklęła cicho.
Jeszcze zanim opuściła nasze tajne miejsce spotkań, chwyciłem ją za
rękę i przypomniałem, czym grozi porażka. Przypomniałem, że więzień
Weseliska, na rzecz uwolnienia którego tak ciężko pracuje, pozostanie
zakuty w łańcuchy w tym piekielnym labiryncie, a jej własne życie
również będzie skończone. Że nie podejmiemy żadnych starań, by ją
ocalić. Że najpewniej dokona żywota jako obdarta ze skóry ozdoba
cesarskich pokojów. Araya głęboko westchnęła. A gdy wychodziła ze
świątyni na spotkanie przeznaczeniu, modliłem się za nią: "Niechaj to
dziecię wytańczy kroki Rytmu. Niechaj jej występ przyjmą z zadowoleniem
duchy i mędrcy Morza Śpiącego. Niechaj dożyje dnia, gdy nasz kraj
powróci w ręce swego ludu". Modlitwa tańczyła w umyśle Arai, która
siedziała z twarzą ukrytą w dłoniach, dopóki z zamyślenia nie wyrwało
jej pośpieszne pukanie do drzwi jej wartowni. "Chwileczkę!" - odparła,
chowając moździerz i o mały włos zgarniając gołymi dłońmi resztki
suszonych liści, ale w ostatniej chwili się opamiętała i ścierką zmiotła
truciznę z powrotem do mieszka. Otworzyła drzwi.
- O co chodzi? - zapytała podwładnego, po niej najwyższego rangą.
- Przepraszam, że przeszkadzam, dowódczyni - odparł młody Raami,
kłaniając się sztywno.
- W niczym nie przeszkadzasz, wejdź. Co cię sprowadza?
- Sugowie - odparł. - Znowu nie dają spokoju kalece.
Araya westchnęła - jak szybko myśl o jutrzejszym zabójstwie gdzieś się
rozwiała. Raami powiedział dowódczyni, że jeśli sobie życzy, on zajmie
się tą sytuacją, bo kiedy na nią spojrzałem, na kobietę, za którą byłem
gotów umrzeć, wydała mi się zmęczona, pokonana - i czułem, jakbym ją
zawiódł. Ale ona powiedziała, że nie, nie, ona sama pójdzie.
- Poza wszystkim, to należy do moich obowiązków - dodała gorzko.
Dowódczyni wybiegła ze swojej wartowni w ostre południowe słońce, aby
rozprawić się z gromadzącym się tłumem strażników ociągających się z inspekcjami, przez co wydłużała się kolejka podróżnych usiłujących
przejechać jeszcze przed zmierzchem. To ciało natomiast pragnie ci teraz
objaśnić naturę posterunku, nad którym pieczę sprawowała Araya Pijanica.
Posterunki zwane były bramami.
I były wszędzie. Na głównych drogach. W wąwozach. Przy skalnych
ścianach. Na odludziach między nicością a pustką. Wszędzie, gdzie
trafiało się jakiekolwiek przewężenie, które można było pokonać jedynie
biegnącą nim wąską drogą, stała masywna brama z twardego drewna, z linami na wielokrążkach. Posterunki służyły pobieraniu myta i sprawdzaniu papierów. Fortece te były nadzorowane przez żółwie, oczy
Cesarza, który ogarnięty paranoją podeszłego wieku, rozkazywał
wznoszenie coraz większej liczby takich budowli w całym kraju.
Posterunki przypominały punkty kontrolne z twoich czasów. Pamiętasz, jak
jechałeś z rodziną pociągiem do jednej z prowincji na północy, w odwiedziny u dalekich krewnych, kiedy nagle wasz pociąg się zatrzymał na
posterunku granicznym na kontrolę bagaży. Siedziałeś, wstrzymując
oddech, a żołnierze gwałtownymi szarpnięciami zdejmowali torby z pó łek
nad głowami pasażerów, jakby ściągali nieposłuszne dzieciaki z gałęzi
drzewa. Aż się krzywisz na wspomnienie rozdzieranego płótna i otwieranych siłą zamków. Z kamiennymi minami grzebali kijami w bagażach.
Zapadł ci w pamięć funkcjonariusz w surowym niebieskim mundurze,
pucołowate policzki miał rumiane, jakby właśnie napił się wina.
Pamiętasz wyraźnie, jak wyrwał dokumenty z rąk babci. Pamiętasz, jak jej
pierś unosiła się gwałtownie i szybko. Myślałeś wtedy, że coś jej się
stało, że jest chora, ale byłeś jeszcze mały - nigdy wcześniej nie
widziałeś jej zdenerwowanej.
W wagonie tuż przed waszym jakiś człowiek podniósł krzyk, a jego
bezradne wołania cichły, gdy wyprowadzano go z pociągu. Nie widziałeś
go, nawet kiedy razem z braćmi przyciskaliście nosy do szyby, ale przez
wiele lat potem wyobrażałeś go sobie, zawsze z inną twarzą, bo tak
naprawdę to mógł być każdy.
- Dziękuję - powiedział funkcjonariusz w niebieskim mundurze, rzucając
dokumenty na kolana babci i podchodząc do kolejnego pasażera. Babcia
schyliła się, żeby podnieść papiery, które upadły na podłogę. Ty i twoi
bracia przyglądaliście się, jak ten człowiek idzie wzdłuż przejścia, aż
w końcu babcia warknęła na ciebie, żebyś przestał się gapić. Myślałeś,
że uczy cię uprzejmości, co było jej zadaniem. Ale nie tamtym razem.
Tamtym razem uczyła cię, jak przeżyć.
Odnosiło się to też do ludzi z czasów przed pociągami i radiem. Ci,
którzy jechali nieutwardzoną Dolną Drogą, zdawali sobie sprawę, że to
może być ostatnia podróż w ich życiu. Zabieraliśmy dwa razy więcej
wody, niż było potrzeba. Nigdy nie podróżowaliśmy samotnie. I nigdy
nocą. Owszem, znalazło się kilku desperatów, którzy próbowali w pojedynkę przebyć Dolną Drogę. To właśnie ich martwe, spieczone słońcem
ciała stanowiły większość trupów ukrytych w zaroślach i na polach
ryżowych, ograbionych z kosztowności, nawet z zębów, które można było
sprzedać za niezłą cenę w zależności od ich połysku i od tego, komu się
sprzedawało. A jeżeli bandyci nie poderżnęli ci gardła, padałeś ofiarą
dzikiej leśnej zwierzyny, a jeśli nie zwierzyny, to palącego słońca i szmatu drogi przez pustkowia, z ostatnim bukłakiem już opróżnionym
suchymi spierzchniętymi ustami, mówiłem sobie, że tylko chwilę odpocznę
pod tamtą skałą, w jej chłodnym cieniu, tylko chwilę, i dopiero wtedy
odkryłem, że chwila może trwać do końca życia. I jeśli nawet jakimś
cudem ktoś pokonał te wszystkie niebezpieczeństwa, kres mógł dla niego
nadejść tuż przed celem podróży, kiedy przeprowadzał umęczonego konia
przez bramę niektórych posterunków, gdzie zajmował się nim wartownik,
najwyżej piętnastoletni, w paskudnym humorze, który przyjmował ludzkie
wyczerpanie za brak szacunku. Niech to szlag, dzień wlókł się w nieskończoność, a co chwila zjawiali się kolejni i żaden bynajmniej nie
okazywał wdzięczności za to, że wykonujesz swój obowiązek, że dbasz o bezpieczeństwo kraju! I jeszcze ten cholerny skwar. Trudno było się na
nich nie wyżywać. Nie patrzeć, jak się wiją. Człowiek trzymał strzępy
podartych papierów, a oni pakowali go do wozu jadącego prosto do
Weseliska.
Posterunek przy Tygrysiej Bramie, którym dowodziła Araya, stał jak
karaluch na drodze między skałami. Miał dwie ciężkie drewniane bramy,
tak wielkie, że aby każdą otworzyć, pięciu ludzi musiało kręcić kołem.
Między bramami znajdował się dziedziniec, przez który ludzie przesuwali
się jeden za drugim, odwracając wzrok. Tylko nas przepuśćcie,
modliliśmy się, tylko nas przepuśćcie. To tutaj, na pylistym dziedzińcu
tej zapomnianej fortecy, Araya podeszła do awanturników, którzy
wystawiali jej dowództwo na pośmiewisko.
Zauważasz pewną zmianę światła.
Twoją uwagę przyciąga dziwne nachylenie płomieni w misach oraz liczni
tancerze na scenie. Skupiasz się na tym ciele, ku któremu zdają się biec
wszystkie linie. Skupiasz się na tym ciele jaśniejącym blaskiem
księżyca. Jedno ramię ukryło za plecami. Twoim zdaniem to dziwnie
afektowana poza, ale w końcu dostrzegasz, że to nie jest po prostu gest,
tylko nieodłączna cecha postaci, którą to ciało odgrywa - życia
ukształtowanego przez brakującą lewą rękę.
Babcia wbiła palce w twój bark.
Przypominasz sobie, jak przesunęła palcami po krawędzi stawu, wzdłuż
którego twoje ramię łączy się z tułowiem. Nie była przy tym delikatna.
- Zwykle odcinali lewe - powiedziała. - O, tak. - Jej dłoń spadła jak
topór na twój bark. - Lewe ramię symbolizuje dumę człowieka. Jego
wojownicze serce. Jeśli ktoś zhańbił swoją rangę, jeśli porzucił
posterunek albo uciekł z pola bitwy, jego odcięte ramię z miejsca mówiło
wszystkim, że jest tchórzem.
A jeśli ktoś stracił ramię w bitwie? - zapytałeś. Albo z choroby? Skąd
wiedzieli, że to akurat z tchórzostwa?
- Cięcie było szczególne - wyjaśniła. - Wysoko. A ranę opatrywano w taki
sposób, że blizna układała się charakterystycznie, żeby nie można jej
było pomylić. - Babcia wzruszyła ramionami. - W tamtych czasach zupełnie
inaczej patrzono na brakujące ręce czy nogi. Nieżyczliwie. Nawet jeśli
nie brano cię za tchórza, to uważano za trędowatego albo za kiepskiego
szermierza, tak czy owak za człowieka podłego szczęścia. Za kogoś, komu
los nie sprzyja. A podłe szczęście jest zaraźliwe jak choroba. Lepiej,
żeby o człowieku nikt w ten sposób nie myślał.
Zastanowiłeś się nad jej słowami.
Zapytałeś, jak odrąbywali ręce.
Uśmiechnęła się, co było rzadkim widokiem, tego dnia uczyniła jednak
wyjątek, bo rozbawiła ją twoja ciekawość makabry i gotowa była ją
zaspokoić, ponieważ sprawa dotyczyła Starego Kraju.
- Jeśli kogoś lubili, zajmował się tym najlepszy szermierz. Najlepsi
potrafili odrąbać ramię jednym ciosem. Prostym cięciem, w dół. Wtedy
człowiek zostawał z najlepszą możliwą raną. Tak, jeśli kogoś lubili, to
było prawie jak okazanie miłosierdzia.
Po czym z chłodniejszym uśmiechem dodała:
- Ale rzadko kogoś lubili.
A nikt nie lubił tego młodego człowieka z północy.
- Koniec z tym, psy! - krzyknął Raami, przepychając się przez tłumek. -
Przyszła dowódczyni! Już! Wracać na swoje stanowiska!
Araya pokręciła głową, podczas gdy młodzi, znudzeni celnicy Tygrysiej
Bramy bez entuzjazmu wracali na swoje miejsca, kiwając palcem na
pierwszego podróżnego czekającego w kolejce. Mając lat czterdzieści,
Araya była ponad dwa razy starsza od swoich podkomendnych i wyraźnie
czuła tę różnicę, gdy stała teraz wśród kłębów opadającego pyłu i patrzyła na dwójkę klęczących zakrwawionych gówniarzy.
Rodzeństwo Sugów spoglądało na nią bez najmniejszej skruchy. Mae i Vogo,
brat i siostra z piekła rodem, dzieci jakichś dalekich krewnych Tronu,
kuzynów kuzynostwa. Płynęło w nich dość cesarskiej krwi, by najczęściej
nic sobie nie robili z dyscyplinujących gróźb Arai. Nawet nie zaczekali
na pozwolenie, by się odezwać, tylko sami zaczęli opowiadać.
Powiedzieliśmy Pijanicy, że tamten jednoręki zwyrodnialec podszedł i nas zaatakował, sam z siebie. Nawet złamał kciuk mojej kochanej
siostrze. Mae Sugo, dziewczyna o twarzy jak sztylet, zademonstrowała
Arai rzeczony wykrzywiony palec.
- Oczekuję należnego zadośćuczynienia - powtórzyła słowa, które padały z ust ich ojca, ilekroć był mocno niezadowolony, czyli często.
- Zapamiętam - odparła Araya, nie patrząc na nich, tylko na trzecią
osobę zamieszaną w tę awanturę. - A ty? - zapytała.
- Jaki miałeś w tym udział, Keemo z plemienia Dawarów?
Wyglądał tak: klęczał w brudzie i pyle, pobity, ale nie złamany, ciało
miał jak młoda pantera, szczupłe, ale silne, jego oczy tańczyły niczym
lśniące noże. Tylko raz rzucił krótkie spojrzenie na Arayę, a potem z szacunkiem wbił z powrotem wzrok w ziemię, z jego prawego nozdrza
płynęła krew.
Araya zapytała go po raz drugi, jaki miał udział w bójce. Ale on tylko
otarł twarz wierzchem jedynej dłoni.
- Odpowiedz dowódczyni - warknął Raami, kładąc rękę na pochwie miecza.
Araya uciszyła go spojrzeniem.
Raami ustąpił.
- Jego milczenie zdradza, że jest winny - oznajmiła Mae. - Możemy już
wstać z klęczek?
Araya, poirytowana zuchwałym uśmiechem Mae, dała młodemu mężczyźnie
jeszcze jedną szansę. Zapytała, dlaczego zaatakował współtowarzyszy
służby, ale on ponownie odmówił odpowiedzi, bo lepiej niż ktokolwiek
wiedział, że gdyby jego słowo postawić przeciw ich słowu, nic by to nie
dało, szale wagi sprawiedliwości były już bowiem przechylone na ich
korzyść za sprawą krwi i wpływów.
- Rozumiem, że należy wymierzyć wam karę - powiedziała Araya.
Keema szeroko otworzył zdumione oczy, kiedy jej wyniosłe spojrzenie
omiotło nie tylko jego, ale również Sugów.
- Cała wasza trójka nie dostanie dziś kolacji za tłok i przestoje, jakie
spowodowaliście na moim dziedzińcu. Sugowie, stawicie się dziś do służby
w stajniach. Konie i oruki mają być wyczyszczone i nakarmione, a cały
gnój uprzątnięty łopatami i wywieziony na skały. Kiedy skończycie,
stajnie mają lśnić jak dupa Uśmiechniętego Słońca.
Na to małe bluźnierstwo w jej ustach wszyscy skulili się w sobie, nawet
Raami.
- Dowódczyni - odezwała się Mae, gotując się z wściekłości - ja i mój
brat mamy dziś wieczorem wolne. Będzie na nas czekał wóz, który ma nas
zawieźć na plantacje herbaty.
- Tak, wiem - odparła Araya pogodnie. - Powiadomię wóz, by ruszał bez
was. Macie dużo do zrobienia, bo chyba wczorajsza pasza była nieświeża i konie obsrały cały sąsiek. Raami, dopilnuj, proszę, żeby dotarli do
stajni na czas.
Jej zastępca zasalutował dowódczyni i popchnął Sugów naprzód. Milczenie
obojga, kiedy ich odprowadzał, wytrącało go z równowagi. Gdy już poszli,
Araya zwróciła się do młodego człowieka:
- A jeśli chodzi o ciebie, Keemo z plemienia Dawarów, chłopcze mający
zwyczaj wszczynania bójek, które musi przerywać dowódczyni, przykro mi,
ale ciebie również muszę ukarać. Oszczędzę ci jednak najgorszego, jeśli
powiesz mi, skąd ta cała awantura.
Ale on tylko pochylił głowę. Chciał już szybko mieć to za sobą.
- Przyjmę każdą karę, jaką mi wyznaczysz.
Araya wpatrywała się w tył jego schylonej głowy, w krótkie czarne włosy,
ogolone niemal przy skórze, w niewyraźną bliznę na szyi. I powiedziała:
- Zgoda. Będziesz przepychał przez resztę popołudnia.
Skrzywił się.
- Ruszaj - powiedziała.
Chłopak się wyprostował i bez słowa sprzeciwu odszedł do wyznaczonych
przykrych obowiązków.
Keema z plemienia Dawarów.
Właśnie tak przedstawił się Arai trzy miesiące wcześniej, kiedy
przyszedł do niej wygłodniały i błagał o pracę. Keema z plemienia
Dawarów. Przedstawił się krótko i zwięźle, jakby oczywiste było nie
tylko to, że istnieje plemię Dawarów, ale też, że właśnie dlatego jest
dumny ze swojego pochodzenia. I choć Araya nigdy nie słyszała o tym
plemieniu z północy, nieumieszczonym na długiej liście ludów, przez
których ziemie przedarto się podczas Marszów, całkiem spodobały jej się
słowa, jakimi chłopak się przedstawił, spodobał jej się ich rytm i ogień, i właśnie dlatego ona też wypowiadała je w pełnej formie, kiedy
tylko miała ku temu okazję. Powiedziała je pod nosem nawet teraz, z czułym uśmiechem i z pewnym żalem, patrząc, jak chłopak odchodzi.
Do miejsca, w którym nikt pracować nie chciał.
Do latryn Tygrysiej Bramy, długiego szałasu przy południowym murze
fortecy, dokąd wartownicy chodzili się wypróżniać. Wewnątrz szałasu nad
wykopanym rowem stały drewniane ławki. W ich siedzeniach wycięto dziury,
kiedy się załatwialiśmy, wszyscy najczęściej siedzieliśmy kolano przy
kolanie. Podkurczaliśmy palce stóp, pociliśmy się i udawaliśmy przed
sobą, że jesteśmy sami w tym jebanym szałasie. Naturalne siły
działające w świecie sprawiały, że nieczystości osuwały się szybem,
który biegł coraz bardziej stromo i kończył się wylotem w skalnej
ścianie. Potem spadały w przepaść między Wieżycami, ku niezadowoleniu
zwierząt z zalesionej kotliny pod fortecą.
Na nieszczęście dla strażników z Tygrysiej Bramy gównospad, jak go
nazywano, miał nieregularne koryto i miejscami bardzo się zwężał, co
powodowało częste blokady. Wtedy jeden z nich musiał zejść z kijem do
szybu i poprzepychać te zatory, zanim doszło do prawdziwej katastrofy.
To było najgorsze zadanie ze wszystkich. Kwitł handel wymienny, który
pozwalał wykręcić się od służby w latrynie. Monety, zobowiązania do
przysług, przedmioty "skonfiskowane" podróżnym - wsuwaliśmy komuś rzeczy
w dłoń i wykupywaliśmy się od roboty przy gównospadzie. Vogo i Mae
Sugowie słynęli wśród celników z talentu do wymiany handlowej i jeszcze
nigdy nie musieli schodzić do cuchnącego szybu, mimo że służyli przy
Tygrysiej Bramie od lat.
Ale kilka miesięcy temu, wraz z przybyciem tego młodego Dawara,
wykupowanie się szybko zanikło wśród wartowników. Nie było już
przehandlowywania, nie było rzucania kośćmi. Nie o gównospad.
Po prostu jemu kazaliśmy tam chodzić.
Schodził do szybu często.
Zapierając się obiema nogami o skałę pod latrynami, z pochylonym
grzbietem, żeby się zmieścić pod rzędami ławek, Keema rozbijał kijem
skamieniałe hałdy blokujące gównospad. Oprószona pachnącym pudrem chusta
zawiązana wokół ust i nosa bardzo słabo chroniła go przed duszącymi
wyziewami z tej ciemnej, wilgotnej arterii, ale on pracował mimo smrodu,
robił tylko tyle przerw, ilu naprawdę domagało się jego ciało, nie chcąc
przeciągać zadania dłużej niż to konieczne.
- Oni chcą cię zabić.
Głos nadbiegł z góry. Kiedy Keema wystawił głowę z szybu, zobaczył wiele
małych, ubrudzonych sadzą stóp, skierowanych paluchami w jego stronę.
Sieroty, które pracowały przy miechach i czyściły baraki, wyszły na
przerwę od obowiązków i najwyraźniej miały do niego jakąś sprawę.
- Lubisz się tarzać w tym gównie, świniaku? - zapytał najgłośniejszy z nich, chłopak z zajęczą wargą. Był nowy, usiłował wywalczyć sobie
miejsce pośród innych dzieci w jedyny znany sobie sposób, ale
ordynarność tego pytania, zadanego dziecięcym zachrypniętym głosem,
sepleniącym przez zajęczą wargę, stanowiła takie zaskakujące połączenie,
że pytanie Keemę nie tyle uraziło, co rozbawiło. Wręcz się roześmiał.
- Lubię - odparł. - Chrum, chrum.
Dzieciaki też parsknęły śmiechem.
- Śmiej się, śmiej - powiedział chłopak z zajęczą wargą, usiłując ukryć
rozbawienie. - Możesz się tarzać ze śmiechu. Ale jak stracisz
przytomność w tym szybie, nie przyjdziemy cię uratować. Będą nas prosić,
będą nas błagać, żebyśmy zeszli do rynny, ale powiemy "nie" i tam
zdechniesz. Świniaku.
Stojąca za nim dziewczynka powtórzyła "świniaku" z nieśmiałym uśmiechem.
Keema udał, że się bardzo mocno zastanawia nad ich słowami, a w końcu
odparł:
- W takim razie spróbuję nie stracić tu przytomności. - Po czym dodał,
patrząc na pozostałych: - Jedno z was powiedziało, że ktoś chce mnie
zabić.
- Sugowie - potwierdził chłopiec z tyłu grupy, z podbitym okiem. -
Podsłuchaliśmy ich w stajniach.
- Rozprują ci brzuch, jak będziesz spał - dodał chłopak z zajęczą wargą.
- Niepotrzebnie ich powstrzymałeś - dodał ten z podbitym okiem, niemal
ze złością w głosie. - Nas biją bez przerwy. A teraz zabiją ciebie.
- Niepotrzebnie ich powstrzymałeś - powtórzyła nieśmiała dziewczynka.
Keema słuchał tego wszystkiego.
- Dziękuję, że mnie ostrzegliście - powiedział, z wdzięcznością
pochylając głowę przed sierotami, co było gestem niespodziewanym i dzieciaki do takich nie przywykły. Kiedy z powrotem zasłonił usta i nos
chustą i pochylił się nad rowem, sieroty nie były pewne, co powiedzieć
ani zrobić, zostały więc przez chwilę przy wejściu do latryn, pilnując,
czy nie nadchodzą ewentualni zabójcy, aż w końcu przegonił ich nadzorca,
krzykiem zapędzając z powrotem do obowiązków - polerowania trociniaków i nakrywania stołów do wieczornego posiłku.
Wąski tunel w ziemi nabrzmiewał sapaniem Keemy. Z rzęs chłopaka
skapywały krople potu. Gówno osuwało się rynną i spadało ze skały. Miał
nadzieję, że jeśli będzie milczał i nie powie nic Arai o tym, że Mae i Vogo Sugowie wcześniej bili dzieciaki, uniknie odwetu rodzeństwa, ale
okazało się, że los kolejny raz mu nie sprzyja. Przez resztę czasu,
który Keema spędził w rowie, myślał, jak ma się tej nocy ochronić. Gdzie
będzie najbezpieczniej spać. I w tym sensie tego dnia był dla Arai
bratnią duszą, bo myśli obojga zajmowała śmierć.
Raami to widział, miała to wypisane na twarzy.
Patrzyła ponuro, a kiedy obchodzili posterunek, sprawdzając, czy
wszystko jest w dobrym stanie na jutrzejsze przybycie Pierwszego Zgrozy,
rzucało się w oczy pewne ociąganie w jej krokach, jakby usiłowała
rozciągnąć w czasie godziny pozostałe do końca dnia. Na istnienie
jakiegoś sekretu naprowadził Raamiego nie tylko wyraz jej twarzy czy
tamto drobne bluźnierstwo, które jej się wyrwało - nadal nie mogę
uwierzyć, że tak ordynarnie wyraziła się o cesarskiej... o cesarskim
siedzeniu - ale także to, jak otwarcie i bez zawstydzenia piła po
południu z flaszki, nie próbując w żaden sposób ukryć swoich przywar.
Również jej dowcipy były sprośniejsze, uśmiechała się szerzej, gdy on
się czerwienił. Ale nie potrafiła ukryć przede mną swojego
przygnębienia. Mam świadomość, że wielu rzeczy o niej nie wiedziałem,
wielu spraw nie znałem. Z jej przeszłości. Ale wiedziałem dość, by ją
kochać.
Po naradzie z dowódcą łuczników Raami zatrzymał Arayę przy południowym
murze. Zmrużył powieki w ostrym słońcu, żeby spojrzeć jej prosto w oczy.
- Jeśli mogę cokolwiek zrobić, dowódczyni - odezwał się. - Nawet coś, co
nie dotyczy bezpośrednio moich służbowych obowiązków, proszę, powiedz.
Uśmiechnęła się do niego blado.
- Jeśli mogę uczynić cokolwiek - dodał - żeby zdjąć z ciebie ciężar,
który niesiesz.
Jej wyćwiczony przez lata promienny uśmiech, wypróbowany w wielu różnych
sytuacjach, które oznaczałyby dla niej koniec, gdyby nie to, że
potrafiła się przez nie przebić tym uśmiechem, teraz nieco zbladł. Jakby
jakaś zaniedbana konstrukcja w sercu, cieniutkie pęknięcie w podporach,
groziła zawaleniem pod ciężarem nagłej wielkoduszności jej zastępcy. Ten
krótki moment zawahania zdruzgotał Raamiemu serce.
A potem spojrzała na mnie jak na bezradne dziecko, którym byłem.
- Możesz pomóc celnikom przy końcu kolejki - powiedziała, a zaraz potem
odeszła.
Życie na posterunku toczyło się dalej,w miarę jak dzień przechodził w zmierzch.
Podczas gdy Keema usuwał zatory nieczystości po innych wartownikach,
słońce zaczęło zniżać się na niebie za Wieżycami - masywnymi skalnymi
szpicami, które w tej porze zmierzchania przypominały wyciąg nięte palce
konającego olbrzyma - lecz mimo ciemniejącego nieba upał nie osłabł.
Lato Bez Końca nie odpuszczało, powietrze nadal dusiło jak zarzucone
ciężkie okrycie, wszyscy tracili cierpliwość.
Celnik na posterunku zarżał jak muł; śmiejąc się podróżującej kobiecie w twarz, powiedział jej, że pieczęć na jej dokumencie jest przedawniona,
że teraz używają innej i że będzie musiała wrócić z odpowiednim
stemplem. Między dwoma mężczyznami w kolejce o mały włos wybuchła bójka,
rzekomo z powodu popchnięcia, ale pretekst mógł być dowolny - wymianie
ciosów zapobiegł tylko trzeci podróżny, który stanął między nimi i przemówił im do rozumu. Wszyscy chcieliśmy się przedostać. Nie było
potrzeby sobie tego nawzajem utrudniać. Chór niemowląt płakał w niebogłosy w ciężkim, wilgotnym powietrzu i ssał wyschłe piersi matek,
które nie miały już wiele do oddania. Ci, którzy wieźli wystarczające
zapasy wody, dzielili się z tymi, których bukłaki od dawna już były
puste, a tymczasem wartownicy nieśpiesznie kartkowali dokumenty. Nie
było powodów do dumy, wszyscy byliśmy spragnieni w tym upale. Żółw,
który siedział w wieżyczce strażnicy jak olbrzymi orzeł na gałęzi,
obserwował ich uważnie z góry, węsząc za kwaśną wonią zdrady, a słońce
tymczasem zaszło za wysokie mury i fortecę skrył błogosławiony, chłodny
cień.
Kiedy do zamknięcia bram pozostała zaledwie godzina, wszyscy nagle
zamarli, słysząc przeraźliwy wrzask.
- Zbiórka! - wrzeszczał żółw. - Pora na Jego Wieczorną Przemowę!
Ustała wszelka praca. Keema z trudem chwytał oddech w szybie latryny.
Araya, która wpatrywała się w swoją prawą dłoń, zdrętwiałą od
podpisywania pokwitowań odbioru transportów ryżu, wyszła z wartowni w stanie bliskim amnezji i dołączyła do pozostałych na dziedzińcu, wszyscy
stali w bezruchu, nie odważając się głębiej odetchnąć, a żółw piskliwym
krzykiem przekazywał słowa swojego pana.
- Nad naszym najwspanialszym krajem zapada wieczór!
Z balkonu wysoko ponad światem Cesarz obserwował zachód słońca,
przekazując siedzącemu za Nim żółwiowi słowa Swojego ostatniego
wieczornego przemówienia. Sieć rozchichotanych stworzeń przekładała Jego
zmęczony, ponury głos na triumfalny krzyk.
- Zachód słońca wprowadza nas w prześwietną noc. Widzę nadpływające
jezioro pełne gwiazd i spokojnych snów. To najpiękniejsze przejście w najświętszy tydzień, jakie możemy sobie wyobrazić.
Urwał i spojrzał na Swojego syna, który leżał wsparty na poduszkach,
jakby to miejsce już teraz należało do niego.
Syn kiwnął do Niego głową, by upewnić Go w słuszności Jego słów.
Cesarz zmarszczył brwi.
- Czekam niecierpliwie, aż będę przesiewać przez palce ziarna waszych
plonów. Aż będę słuchać waszych opowieści o niepokornym pstrągu i zerwanych haczykach. Aż zatracę się w nieprzebranych wzorach dywanów,
które tkacie, oraz aż dzierżyć będę najostrzejszą broń z waszych kuźni.
Oczyma wyobraźni już teraz widzę wasze występy, ćwiczone od wielu
miesięcy, i szybkie kroki waszych energicznych ciał - całe piękno, jakie
ten kraj stworzył i będzie tworzył, nawet gdy mnie już nie będzie,
każdego dnia, pod spojrzeniem Uśmiechniętego Słońca. W tygodniu, który
nadejdzie, uhonorujmy się nawzajem naszymi przedstawieniami.
Gdy w całym kraju słuchaliśmy krzyku żółwi - słuchaliśmy Jego ciepłych,
pełnych tęsknoty słów - przez chwilę zapominaliśmy o nędzy, w jakiej
żyjemy, i Mu wierzyliśmy.
Wierzyliśmy, że robi to dla nas.
- Ale najpierw musimy przeżyć ostatni sen. Najpierw musimy wyśnić
przyszłe doskonałe dni, tej ostatniej nocy przed naszą wielką wyprawą.
Nie lękajcie się, gdy za nami słońce chowa się za wzgórza. Jutro światło
powróci. Ale musimy pozwolić, by kobierzec rozmył swe wzory w nieostrości. Aby przyniósł nam słodki smutek, jaki towarzyszy końcowi
dnia.
Ze szczytu Swojej góry spoglądał na kropkę światła na horyzoncie.
Na tę samotną, drżącą świecę.
- Aby przyniósł nam rozkosze najprawdziwszej nocy.
Świeca zgasła.
Na szybki ruch ręką tego ciała gasną wszystkie misy w Odwróconym
Teatrze. Nagle znika światło, a ciemność, w jakiej jesteś zanurzony,
jest teraz tak całkowita, że czujesz ją wokół siebie jako obecność,
która nie pozwala ci dojrzeć nawet własnej dłoni. Jest to więc nie tyle
brak światła, co przytłaczający smog. Czujesz go w piersi. Czujesz, że
trudniej ci oddychać. Ciemność zamyka się nad tobą.
Taka była noc w Starym Kraju, czy raczej to, co znali jako prawdziwy
mrok. Gdy słońce już całkiem stoczyło się ze szczebla na wysokościach,
ciemność była całkowita i nieustępliwa.
Na co innego mogli liczyć, skoro na niebie nie było księżyca?
Babcia zgasiła papierosa na ścianie.
Kiedy oderwała niedopałek, na kremowej farbie na warstwie tynku widniała
czarna osmalona plamka.
- Nazywali to Zgorzelą - powiedziała.
Dziurą w kobiercu nieba, które Tarcza Księżyca dawniej zwała domem, tak
przynajmniej brzmiała opowieść babci, historia o tym, jak jeden z Pierwszych Ludzi odpruł Tarczę Księżyca od nieba czubkiem swojej
włóczni, uwalniając Ją z wyznaczonego Jej miejsca na nieboskłonie.
Tarcza Księżyca podarowała mu jedno życzenie, a on zażyczył sobie
królestwa.
Właśnie z powodu Zgorzeli na niebie, tej blizny po papierosie, z nastaniem zmierzchu posterunki zamykały bramy, zwierzęta kryły się
głęboko w jamach i niewielu śmiałków przemierzało drogi, istniały bowiem
znacznie większe niebezpieczeństwa niż bandyci, grasujący w krainie
pozbawionej blasku księżyca.
Posłuchaj, jak świat zawiera wrota.
To łoskot jednoczesnego zasuwania tysiąca rygli, gdy bowiem zachodziło
słońce, w żadnej wiosce i w żadnym mieście nie zwlekano ani chwili z zatrzaśnięciem drzwi. Bramy posterunków z jękiem drewna opuszczały się
do samej ziemi. Podróżnych, którzy nie zdążyli przejść inspekcji na
dziedzińcu, wszystkich bez wyjątku cofano za wrota i zmuszano, by
wracali co tchu do najbliższego miasta i łomotali do drzwi gospód,
których właściciele żądali teraz za nocleg podwójnej opłaty. Wszyscy
pierzchali jak myszy przed kotem, drogi były więc puste, bo nawet
bandyci woleli nie błąkać się po tym świecie pełnym zębisk, a bez
światła. Ci, którzy nie mieli wyboru i nie mogli się na noc schronić pod
dachem, w panice wcierali w całe ciało maskujący zapach, mieszaninę
łajna i olejów, która stapiała ich człowieczość z drzewami i zaroślami.
Tak uczyniła banda zabójców na wschód od Tygrysiej Bramy, dwadzieścioro
bezlitosnych mężczyzn i kobiet, którzy w lasach nad drogą biegnącą
między skalnymi ścianami znieruchomieli na noc jak jelenie i słuchali
pohukiwań sów przecinających mgłę nad wzgórzami. A patrząc na świat z mrocznej kryjówki, bandyci widzieli sztylety światła z trociniaków,
świec i pochodni, które tu i ówdzie przebijały ciemności. Takie smużki
jasności nie miały co prawda dość mocy, by zrzucić ze świata gruby,
duszny koc mroku, ale zawsze było to coś, bezpieczeństwo, i ludzie
gromadzili się wokół tych świętych źródełek światła, modląc się, by
dożyć do rana.
- Za jutrzejszy dzień! - wzniósł przed ojcem toast Pierwszy Zgroza.
Po czym odstawił czarkę i wstał, by opuścić cesarskie pokoje, ale gdy
był przy drzwiach, Cesarz zatrzymał go spojrzeniem.
- Wychodzisz tak szybko - powiedział.
- Ależ, Ojcze, byłem tutaj całe popołudnie - przypomniał mu łagodnie
Zgroza.
Nawet jeśli Cesarz wyczuł ton upomnienia w słowach syna, nie dał tego po
Sobie poznać.
- Na piętrze przygotowano dla ciebie pokój. Będziesz tam dzisiaj spał.
- Jestem Ci wdzięczny, Ojcze, ale muszę odmówić. - Zgroza złożył ukłon,
w którego szczerość jego ojciec nie uwierzył. - Zatrzymam się na noc u moich synów. Mam z nimi wiele do omówienia w związku z planami na
przyszły tydzień.
Cesarz odwrócił się do balkonu.
- Jak chcesz.
- Wrócę skoro świt. Nawet się nie zorientujesz, że mnie...
- Przyślij kogoś tutaj, kiedy będziesz wychodził.
Jego syn stał, rozważając, czy powinien przekonywać dalej. Żółw wyczuł
bijącą od księcia aurę wahania. Zachichotał cicho w koce.
- Dobranoc, Ojcze - pożegnał się Zgroza.
Kiedy drzwi się za nim zasunęły, Cesarz rozejrzał się po Swoim
opustoszałym salonie.
Spojrzał na pustą klatkę dla ptaków i zadrżał.
Ten przeklęty kraj.
Wyszedł na balkon i oparł starcze dłonie na balustradzie, Jego długie
paznokcie, którymi zazwyczaj nabierał tabakę, stukały teraz niespokojnie
o lakierowane drewno. Jego zapadłe oczy chłonęły mroczny krajobraz,
usiany z rzadka drobniutkimi światełkami, Jego umysł pracował,
zastanawiał się, ilu ludzi w kraju chce Jego głowy. Usłyszał w górze
skrzypienie i skulił się w sobie, ale po chwili zrozumiał, że to tylko
las poddaje się naporowi wysokogórskich wiatrów. Wziął głęboki oddech,
barki miał napięte, gdy spoglądał na kraj, którym władał. Jeszcze nigdy
nie czuł tak wyraźnie jak teraz, gdy był sam, że bardzo chce już
zostawić to wszystko za sobą.
- W tym kraju nie ma miłości - wyszeptał, siadając zmęczony w fotelu na
balkonie. Poczuł nagłą potrzebę rozładowania emocji.
Dobrze się złożyło, bo akurat rozsunęły się drzwi i próg cicho
przestąpił cesarski sługa, mając na stopach jedynie skarpetki. Kiedy
młody człowiek w masce królika zbliżył się i zapytał Cesarza, co może
zrobić dla Uśmiechniętego Słońca, Cesarz nawet nie trudził się
odpowiedzią. Nie odwracając się w fotelu, po prostu podniósł palec, a sługa zesztywniał, jakby skamieniał mi kręgosłup, nie mogłem nawet
przymknąć powiek, po moich lodowatych policzkach spływały gorące łzy.
Cesarz w powietrzu kreślił palcem linie, a ja krzyczałem bezgłośnie,
bez tchu, gdy moje ramię wykręcało się ze stawu, a kolana łamały się w tył, pięta wciskała się między łopatki, Jego palce tkały niewidzialne
nici w powietrzu, a moje ciało składało się raz po raz, coraz ciaśniej,
aż z tego człowieka pozostał jedynie blok skręconych mięśni, które
jakimś dziwnym sposobem nadal charczały przy oddechu, czułem oddech na
palcach stóp, a moje oczy, wytrzeszczone tak, że niemal wypadały z oczodołów, patrzyły przez tę klatkę z kończyn na moje Uśmiechnięte
Słońce, które z zadowoleniem spoglądało z góry na wszystko, co
stworzyło, raz jeszcze rozpamiętując Swoją ogromną moc. A kiedy później
zostałem odkryty jak ciśnięta w kąt zabawka, którą byłem, strażnik,
współczując mi tego stanu, zaniósł mnie do mojej kochanki, która
trzęsącymi się dłońmi tuliła mnie do piersi, aż w końcu wydałem ostatnie
tchnienie i powróciłem do Morza Śpiącego, bez skrzydeł, wolny.
Zaspokojony Cesarz usiadł z powrotem w fotelu, podczas gdy blok z mięśni
charczał za Jego plecami. Cesarz zapadł się w poduszki jak nakarmiony
lew. Nie pamiętał, kiedy zasnął. Sen spłynął na niego nagle niczym
powiew wiosennego wiatru, był krótki, ale dojmujący, trwał akurat tyle,
by Cesarz wyśnił senne marzenie.
I cóż to był za sen!
Cesarz unosił się wysoko nad Swoim krajem. Obłoki z ukłonem rozstępowały
się przed Nim, a On spoglądał na prowincje w dole i widział, jak z pienistym bulgotem wylewają się z nich uprawy ludzkich rąk - jak rzeki
herbaty wiją się wokół dorodnych łodyg ryżu, osłaniane draperiami z najświetniejszych kobierców i gobelinów. U Jego boku siedmiu panujących
przed Nim Cesarzy kłaniało się Mu i potwierdzało, że podtrzymuje oraz
rozwija ich świetne dzieło - nawet Jego ojciec, zabity przez Niego
Siódmy Cesarz, mówił Mu teraz, że jest z Niego dumny. Całe niebiosa
świętowały Jego triumfy. Teraz miał przed Sobą już tylko odbycie podróży
przez Wielkie i Bezkresne Morze, gdzie czekała na Niego nagroda.
- Zdobędę ją - poprzysiągł przodkom. - Zdobędę należną mi nagrodę! - I na statku unoszonym przez falę tak wysoką, że nawet gwiazdy schodziły
jej z drogi, dopłynął do nowej ziemi, a gwiazdozbiór Tygrysa z gałęzią
wiśni sadził przed Nim susy, zostawiając za sobą migotliwą smugę, która
wyznaczała Mu drogę i świeciła tak jasno, że nawet cień Śmierci nie
ośmielał się zbliżać do Jego statku.
To długa podróż, powiedział Mu tygrys. Takiej lepiej nie odbywać
samotnie.
A kiedy Cesarz spojrzał w bok, ogromnie się zdumiał, zobaczył bowiem
osobę, która miała towarzyszyć Mu w Jego boskiej podróży, i zastanawiał
się, dlaczego nigdy nie przyszło Mu to wcześniej do głowy, ten
porywający plan.
Obudził się ze snu, wzdychając z zachwytu.
Wiedział, co ma czynić.
Cesarskie kroki rozbrzmiewały echem na ciemnych kamiennych schodach.
Schody prowadziły z pałacu w dół, wrzynając się stromą ścieżką w samo
serce góry. Powstały bardzo dawno temu i od tego czasu na Tronie
zasiadło już wielu Cesarzy. Każdy stopień tych stromych schodów
zachwycał porywającym wirem spiralnych ornamentów. Wymarzył je sobie
Trzeci Cesarz, który narodził się obdarzony wyostrzonymi zmysłami, i to
on rozkazał stworzenie tej cichej przystani, w której mógł się chronić
przed rozpraszającym go światem. Nikt z nas nie dożył ukończenia tego
wielkiego projektu. Tych z nas, którzy nie zginęli przy jego budowie i ryciu tunelu, zabito, aby ochronić sekret, ku któremu wiodły schody.
Nasze kości wrosły w mury tej więziennej twierdzy. Nasza skóra rozwiała
się w powietrzu, a nasza krew rozpłynęła w wodzie ściekającej po każdym
stopniu. Płomień pochodni lizał wilgotną skałę. Łkał i tańczył na
wietrze wiejącym w ciasnym przejściu. Żołnierze, którzy szli w dół za
swoim Cesarzem, usiłowali kroczyć mężnie, próbowali samych siebie
przekonać, że schodów nie nawiedzają niespokojne duchy zmarłych. Wszyscy
odetchnęli z ulgą, kiedy w końcu dotarli do rozległej sklepionej
pieczary, tak ogromnej, że pomieściłaby się w niej wielka rezydencja.
Ta sklepiona komnata, nasze arcydzieło. Przez otwory w sklepieniu
spływały krystalicznie czyste wodospady, a ściany pokrywały zawiłe
mozaiki z niebieskich i czarnych płytek w kształcie spiralnej muszelki,
które niczym wirujące freski przedstawiały sceny ze starych opowieści z praczasów: upadek Tarczy Księżyca, Jej ocalenie przez tego, który miał
zostać pierwszym z Cesarzy, powstanie Tronu, i wiele innych. Pozwolono
nam przedstawić tylko zatwierdzone dzieje, opowieści ukazujące Tron jako
drzewo potężne, choć wyrosłe z nizin, drzewo, które nigdy nie przestało
i nigdy nie przestanie rosnąć. Na przeciwległej ścianie te wszystkie
ryte linie zbiegały się w najważniejszym punk cie komnaty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki