Włóczędzy - Hao Jingfang

Kup ebooka

80.00 zł
66.40 zł (65,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

STATEK

Statek zbliżał się do lądu. Zgaszono światła.

Jednostka kołysała się w przestworzach niczym kropla wody pośród ciemności, powolutku wpływając do portu w kształcie łuku. Był to bardzo stary statek, połyskujący srebrzystym blaskiem jak wyświechtana odznaka, na której widać jeszcze inskrypcje i zdobienia, ale krawędzie i wierzchołki starły się od dotyku licznych dłoni. Wobec otaczającego go mrocznego bezkresu wydawał się maleńki. Samotny pośród otchłannej próżni. Statek, Słońce i Mars ustawiły się w jednej linii. Słońce po jednej stronie, Mars po drugiej, statek pośrodku. Jego kurs był prosty jak miecz. Obosieczny miecz o ostrzach rozpływających się w pustce. Srebrna kropla w oceanie ciemności, ledwie dostrzegalna. Samotnie dryfowała ku lądowi, dzielnie stawiając czoła milczącemu przestworzu.

Statek nazywał się Maerth. Był jedynym połączeniem pomiędzy Ziemią a Marsem.

Statek nie mógł wiedzieć, że dawniej jego trasa była ruchliwym szlakiem handlowym. Sto lat przed jego narodzinami w porcie stały kosmiczne transportowce, które kursowały między planetami niczym po rzece i lądowały na piasku. To było u schyłku dwudziestego pierwszego wieku, kiedy to ludziom udało się w końcu przełamać potrójną przeszkodę grawitacji, atmosfery i własnego umysłu. Z niepokojem, który stopniowo przeradzał się w podniecenie i samozadowolenie, poczęli na potęgę przewozić z Ziemi najróżniejsze rzeczy na planetę swoich marzeń. Przyziemna dotąd konkurencja rozszerzyła się aż po powierzchnię Marsa. Wysłannicy różnych rządów, przyodziani w różne stroje, mówiący różnymi językami, wprowadzali w życie plany rozwoju różnych państw. Ówczesne statki towarowe były niezdarne, okute szarozieloną blachą przypominały metalowe słonie poruszające się wolnym, ale pewnym krokiem. Docierały jeden po drugim do portu, pośród tumanów pomarańczowego pyłu otwierały włazy, z których wysypywały się najróżniejsze maszyny, zapasy żywności i gorące głowy płonące zapałem.

Statek nie mógł też wiedzieć, że siedemdziesiąt lat przed jego narodzinami upolitycznione floty państwowe zostały stopniowo wyparte przez prosperujące floty komercyjne. Przez trzy dekady istnienia marsjańskich baz macki handlowców, niczym magiczna fasola Jasia, cal po calu pięły się w górę, aż w końcu Jasiom udało się wdrapać do nieba. Wraz z nimi na piaszczystej planecie pojawiły się rachunki i z dnia na dzień konsolidowane biznesplany. Początkowo biznesy te ograniczały się do handlu konkretnymi towarami. Potem przedsiębiorcy sprzymierzyli się z politykami, pozyskując prawo do administrowania gruntami, handlu surowcami, rozwoju produktów kosmicznych. Z poezją na ustach wyprzedali jedną planetę drugiej. Później przedmiotem transakcji zaczęła stawać się wiedza. Podobnie jak miało to miejsce podczas wielkiej historycznej transformacji na Ziemi, tyle że to, co tam trwało dwieście lat, tu przebiegło w przyspieszonym tempie i dokonało się w ledwie dwadzieścia. Kapitał niematerialny stał się towarem, biznesmeni zaczęli pozyskiwać najtęższe mózgi spośród naukowców, budując niewidzialne mury pomiędzy bazami. Na pokładach przemierzających nocne ciemności statków, jak w ziemskich biurowcach, mieściły się tętniące życiem restauracje, w których biesiadowano i podpisywano liczne kontrakty.

Wreszcie statek nie wiedział i tego, że czterdzieści lat przed jego narodzinami na szlaku handlowym pojawiły się latające jednostki militarne. Najróżniejsze czynniki doprowadziły do wybuchu wojny o niepodległość Marsa, w której łowcy przygód i inżynierowie z różnych baz połączyli siły, by wspólnie rzucić wyzwanie ziemskim nadzorcom kolonii. Za pomocą zdobyczy astronautyki i kosmicznych technologii pragnęli złamać potęgę pieniądza i władzy. Szlak międzyplanetarny wypełnił się statkami wojennymi ustawionymi jeden za drugim w długi łańcuch, odpierającymi ataki najeźdźców - potężne niczym rozjuszone fale i jak fale bezgłośnie wycofujące się w kosmiczną ciemność. Zwinne i szybkie myśliwce nadlatywały z daleka, napędzane gniewem zdradzonych, i z obojętną, a zarazem zażartą wściekłością zrzucały bomby, sprawiając, że pośród tumanów pyłu rozkwitały kwiaty krwi.

Statek nie miał pojęcia o tym wszystkim. Narodził się dziesięć lat po zakończeniu wojny, kiedy dym się rozproszył, a pył opadł. Na niebie znowu zapanował spokój, a szlak już nie był uczęszczany. Ciemność okryła wszystko. Statek narodził się w tej ciemności. Zmontowany z odłamków metali unoszących się w przestrzeni, samotnie wpatrywał się w morze gwiazd, przemierzając w tę i z powrotem dystans pomiędzy dwoma planetami. Szlakiem, na którym niegdyś tłoczyły się najpierw transportowce, a potem jednostki militarne.

Poruszał się powoli, bezszelestnie. Nikt go nie mijał, nikt nie wyprzedzał, nikt nie przecinał mu drogi. Niczym srebrzysta kropelka wody sunął przez pustkę, pokonując niewidzialne bariery i mury, przeszłość, o której milczeli mieszkańcy obu światów.

Od jego narodzin upłynęło trzydzieści lat. Czas wyrzeźbił blizny na jego metalowym ciele.

Jego wnętrzności stanowiły labirynt. Oprócz kapitana nikt nie był w stanie zrozumieć jego struktury.

Był ogromny. Liczne schody prowadziły na liczne piętra, gdzie wzdłuż wijących się licznych korytarzy usytuowano liczne pomieszczenia. Nie brakło też dużych magazynów i spiżarni. Majestatyczny, wyposażony w najróżniejsze sprzęty, z kolumnadami we wnętrzach, przypominał opuszczony pałac. Wąskie przejścia wiodły do sypialni i sal bankietowych, ich układ był niczym przekombinowana fabuła. Na statku nie dało się odróżnić góry od dołu. Podłoga była po prostu obrotową ścianą, po której chodziło się dzięki działaniu siły odśrodkowej. Za obrót odpowiedzialne były metalowe słupy, niczym szprychy odchodzące od głównej osi. Maerth miał już swoje lata. Świadczyły o tym zdobienia słupów, wzory na podłodze, staromodne lustra, malowidła. Był pomnikiem minionego czasu. Hołdem. Pamiątką epoki, w której między ludźmi panowała jedność.

*

Tym razem statek wiózł trzy grupy pasażerów: pięćdziesięcioosobową delegację Ziemian, pięćdziesięcioosobową delegację Marsjan i dwudziestoosobową reprezentację marsjańskich uczniów.

Delegacje wybierały się na wystawę, która miała odbywać się na przemian na obu planetach, by pokazać tam swoje produkty. Właśnie zakończyła się pierwsza edycja ziemska i zbliżało się oficjalne otwarcie pierwszej edycji marsjańskiej. Obie strony wiozły najprzedziwniejsze eksponaty - Marsjanie, by pokazać Marsa Ziemianom, a Ziemianie, by pokazać Ziemię Marsjanom. Miało to im przypomnieć o sobie nawzajem. Było to pierwsze spotkanie obu społeczności po wielu latach od zerwania stosunków.

Reprezentacja młodzieży nazywana była Drużyną Merkurego. Jej członkowie mieli po osiemnaście lat i wracali na Marsa po pięciu latach pobytu na Ziemi. Merkury, zwany inaczej Hermesem, był wszakże posłańcem bogów. Nadanie grupie jego imienia było wyrazem nadziei na odnowienie zerwanych relacji.

*

Wojna skończyła się czterdzieści lat temu. Statek kursował od trzydziestu. Stanowił jedyne ogniwo łączące Ziemię i Marsa.

Był świadkiem kilku rund negocjacji, kilku wymian handlowych, zawarcia kilku umów, wybuchu kilku konfliktów. Poza tym jednak niewiele widział. Przez większość czasu tkwił bezczynnie w porcie. Jego pokład świecił pustkami, w sypialniach nikt nie spał, w magazynach nie było towaru, w salach bankietowych panowała cisza, a załoga nie miała zajęcia.

Kapitan i jego żona byli parą siwowłosych staruszków. Pracowali na statku od trzydziestu lat, tam mieszkali i tam się zestarzeli. Maerth stał się ich domem, życiem i światem.

- A więc nigdy nie byliście na zewnątrz? - zapytała ostrożnie śliczna młoda dziewczyna.

- W pierwszych latach wysiedliśmy parę razy, ale później postarzeliśmy się i przestaliśmy - odpowiedziała z łagodnym uśmiechem kapitanowa. Na głowie miała burzę siwych loków, od kącików jej ust odchodziły dwie zmarszczki w kształcie księżyca w nowiu. Wyglądała bardzo dystyngowanie, niczym drzewo w zimie.

- Dlaczego?

- Częste zmiany grawitacji są trudne do zniesienia. Na starość kości nie wytrzymują.

- Dlaczego więc nie przejdziecie na emeryturę?

- Garcia nie chce. Jego marzeniem jest dożyć swojego czasu na tym statku.

- Ilu ludzi jest na pokładzie?

- Gdy mamy zadanie do wykonania, ponad dwudziestu. Ale kiedy nic się nie dzieje, wówczas tylko my dwoje.

- Jak często wykonujecie kursy?

- Różnie to bywa. Czasami raz na cztery miesiące, czasami trzeba czekać ponad rok.

- Tak rzadko? Nie doskwiera wam tu samotność?

- Nie. Dawno się przyzwyczailiśmy.

Dziewczyna milczała przez chwilę. Opuściła długie rzęsy, po czym uniosła je ponownie.

- Dziadek często o was mówi. Tęskni za wami.

- My też bardzo tęsknimy za twoim dziadkiem. Na biurku Garcii cały czas stoi zdjęcie ich czwórki. Codziennie na nie spogląda. Pozdrów dziadka, gdy dotrzesz do domu.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale w uśmiechu tym był cień smutku.

- Ciociu Ellie, na pewno tu wrócę, żeby was odwiedzić.

Uśmiechała się, bo lubiła ciocię. Cień smutku zaś oznaczał, że pewnie długo przyjdzie jej czekać na spełnienie tej obietnicy.

- Dobrze. - Kapitanowa również się uśmiechała. Łagodnym ruchem pogładziła dziewczynę po włosach. - Jesteś taka piękna, przypominasz mamę.

*

Sypialnia kapitana znajdowała się z przodu statku, tuż przy sterówce i stabilizatorni. Wejście do niej mieściło się przy skrzyżowaniu dwóch korytarzy. Przechodząc tamtędy, łatwo było je przeoczyć. Przed drzwiami wisiała niebieska lampka, rzucająca słabe księżycowe światło na głowy kapitanowej i dziewczyny. Był to jedyny element wystroju wspólny dla pomieszczeń na Marsie i na Ziemi. Za każdym razem wzbudzał w nich wspomnienie domu. Drzwi zrobione z białego szkła niemal zlewały się ze ścianą. Uwagę przyciągała jedynie niewielka srebrna płaskorzeźba z wygrawerowanym konturem startującego statku kosmicznego z uniesionym dziobem oraz sznurem dzwoneczków na rufie. Pod statkiem zaś widniał rząd ozdobnych liter: Ellie, Garcia i Maerth. Drzwi pozostawały zamknięte przez większość czasu, w pustych korytarzach również panowała niezmącona cisza. Zdawało się, że ciągną się one w nieskończoność.

Kapitan Garcia był niegdyś towarzyszem wojennym dziadka dziewczyny. Byli bliskimi kompanami z jednostki. Urodzeni w czasie wojny, spędzili na pokładzie statków wojennych kilkanaście lat życia. Stali się też filarami powojennego społeczeństwa marsjańskiego. Dziadek wrócił na ląd, kapitan zdecydował się pozostać na niebie.

Okres powojenny był najtrudniejszym czasem w historii Marsa. Jałowe gleby, rzadka atmosfera, niedobory wody, niebezpieczne promieniowanie, wszystko to stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla życia. Marsjanie każdego dnia musieli walczyć o przetrwanie. Przed wojną rozwój Marsa napędzany był wszakże z Ziemi, stamtąd pochodziła też większość zasobów żywności. Połączony był z Ziemią jak płód z matką. Wojna zaś przypominała przedwczesny poród - ból i wstrząs, zakończony odcięciem pępowiny. A potem trzeba się było uczyć chodzenia na własnych nogach. Nie sposób było obyć się bez niektórych rzeczy z Ziemi. Nawet najtęższe głowy nie zdołałyby stworzyć z niczego zwierząt czy choćby niezbędnych bakterii, organicznych makrocząsteczek o kluczowym znaczeniu dla produkcji paliw. Bez tego nie dało się utrzymać przy życiu, a tym bardziej prosperować. W tym właśnie okresie kapitan postanowił wstąpić na statek.

Był to dziesiąty rok od zakończenia wojny. Wielu Marsjan nie pochwalało żebrania u Ziemian, ale kapitan nie ustępował. Podjął pierwszą w historii międzyplanetarną misję dyplomatyczną. Jak samotny żołnierz błąkał się po ziemskich prowincjach. Wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, jakie nastroje panują na Ziemi: wstyd porażki stopniowo przeradzał się w mściwą radość z nieszczęść wroga. Ale nie mógł się wycofać. Gdyby to zrobił, nowo narodzona ojczyzna nie dożyłaby dorosłości.

Druga połowa życia kapitana była nierozerwalnie związana ze statkiem. Zamieszkał na nim, wysyłał wiadomości na Ziemię, błagał, groził, kusił, wymieniał marsjańską technologię na ziemskie surowce. Po trzydziestu latach spędzonych na pokładzie nie potrafił już zejść na ląd. Był marsjańskim dyplomatą. W ciągu tych trzech dekad udało mu się doprowadzić do pierwszej transakcji między Ziemią a Marsem i do pierwszej wizyty delegacji, a także do pierwszej wystawy i wymiany studenckiej. Garcia znaczyło kapitan. Kapitan znaczyło Garcia. Jego misja zrosła się organicznie z jego imieniem, nie sposób było ich oddzielić. Ellie, Garcia i Maerth. Te słowa wypisane zostały na drzwiach.

Dziewczyna i kapitanowa wymieniły jeszcze parę uprzejmości, po czym każda ruszyła w swoją stronę. Nagle kapitanowa odwróciła się i zawołała rozmówczynię.

- Zapomniałabym. Kapitan chciałby coś przekazać twojemu dziadkowi.

- O co chodzi?

- "Czasem walka o skarb jest cenniejsza od samego skarbu".

Dziewczyna zamyśliła się. Wydawało się, że chciała o coś zapytać, ale nie zapytała. Wiedziała, że słowa kapitana mają związek z dyplomacją, ale nie śmiała podejmować tak trudnego tematu. Pokiwała jedynie głową i zapewniła, że zapamięta, po czym odeszła. Szła szybkim, lekkim krokiem, prostując nogi w kolanach i stawiając stopy lekko na zewnątrz. Przypominały one dwa piórka opadające na ziemię albo żaby muskające wodę, albo czysty powiew bez drobinki pyłu.

Kapitanowa odprowadziła ją wzrokiem. Dopiero gdy dziewczyna zniknęła jej z oczu, weszła do swojej sypialni. Dzwoneczki na drzwiach zadźwięczały łagodnie pośród nocnej ciszy. Rozejrzała się po ciemnym pokoju i odetchnęła bezgłośnie. Kapitan już spał. Jego organizm był coraz słabszy. Ledwie wypowiedział zdanie skierowane do dziadka dziewczyny, już wyczerpany zapadł w sen. Nie wiedziała, ile czasu mu jeszcze zostało. Nie wiedziała też, ile zostało go jej. Wiedziała jedynie, że kiedy wsiadała wraz z nim na statek, przeczuwała już to, co dokonywało się właśnie teraz. Była gotowa umrzeć z nim tutaj. Do ostatniej chwili kursować między Ziemią a Marsem. Weszła do pokoju i cichutko zamknęła za sobą drzwi.

Dziewczyna nosiła imię Luoying. Miała osiemnaście lat i należała do Drużyny Merkurego. Uczyła się tańca.

*

Nazwa statku "Maerth" była połączeniem angielskich nazw Ziemi i Marsa. Nie pozostawiała wątpliwości co do przeznaczenia statku, stanowiła świadectwo niegasnącego ducha negocjacji i kompromisu, a zarazem idealny przykład nazewniczego pragmatyzmu, pozbawionego jakichkolwiek estetycznych ambicji i wrażliwości.

Technologia zastosowana do produkcji statku nie odznaczała się nadmiernym wyrafinowaniem. Konstrukcja i silniki zbudowane były tradycyjnym przedwojennym sposobem. Panele słoneczne dostarczały energii elektrycznej, która napędzała układ złożony z potężnych słupów w taki sposób, by uzyskać siłę odśrodkową zastępującą efekt grawitacji i umożliwiającą poruszanie się na statku. Mechanizm był solidny, ale powolny i ociężały. Od zakończenia wojny zarówno na Marsie, jak i na Ziemi technologia posunęła się tak mocno naprzód, że z powodzeniem można by zbudować dużo zwrotniejsze i szybsze statki, które pokonałyby odległość między planetami w znacznie krótszym czasie. Ale Maerth był jedynym kursującym na tej trasie. Od trzydziestu lat nie znalazł się żaden następca. Jego powolność i ociężałość sprawiały, że robił wrażenie pozbawionego jakiejkolwiek drapieżności, co poniekąd sprzyjało jego koncyliacyjnej misji. Niezdarność okazała się najlepszą techniką, a opieszałość - najwyższą prędkością. W lodowatym oceanie Kosmosu, w którym cały czas wyczuwało się gorzki posmak wojny, był niczym samotny, łagodny wieloryb. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, że najtrudniejsza do pokonania nie jest bynajmniej fizyczna odległość. Najprostsze i najskromniejsze sposoby mogą okazać się najdoskonalsze.

Wnętrze statku dzieliło się na cztery strefy, wyznaczone przez cztery prostopadłe filary odchodzące od centralnej osi. Między strefami można było swobodnie przechodzić, ale odległości były ogromne, a droga skomplikowana. Mało kto więc opuszczał swoją strefę. Każda z trzech ekip znajdujących się na statku zamieszkiwała w innej. Toteż choć spędzili na jednym pokładzie sto dni, niemal się nie znali. Zdarzały się oczywiście wspólne imprezy, ale mało w nich było spontaniczności, a znacznie więcej chłodnej, wymuszonej uprzejmości.

Pośród delegacji panowały odmienne nastroje. Marsjanie kończyli swoją ziemską misję i wracali do domu, toteż dało się pośród nich wyczuć radość i podniecenie. Byli rozluźnieni, nie przejmowali się tym, co inni o nich pomyślą. Rozmawiali swobodnie o jedzeniu, dzieciach, dziwach, które widzieli na Ziemi, troskach wieku średniego. W stołówce opowiadali sobie żarty. Czuli się jak ryba w wodzie, mając do dyspozycji potrawy i naczynia w marsjańskim stylu, których brakowało im podczas misji.

W strefie należącej do Drużyny Merkurego trwała jedna wielka impreza. Ci osiemnastoletni dziś ludzie, odkąd w wieku trzynastu lat opuścili Marsa, skazani byli na samotność. Rozproszeni po całej Ziemi, rzadko się widywali. Lot międzyplanetarny był więc dla nich niepowtarzalną okazją, by wreszcie spędzić razem trochę czasu. Bawili się twardo przez całe sto dni. Pili, żartowali, hałasowali. Grali w piłkę w komorze nieważkości. Nocami śpiewali do utraty tchu.

Pośród Ziemian atmosfera była zgoła odmienna. Członkowie delegacji pochodzili z różnych krajów, nie znali się, dopiero się docierali. Poza lunchami biznesowymi spotykali się jedynie w małym barze, rozmawiali bardzo ostrożnie. Znajdowali się wśród nich dostojnicy państwowi, znani naukowcy, potentaci przemysłowi i medialni. W pewnym sensie wszyscy ulepieni byli z tej samej gliny. Zawsze w centrum uwagi, potrafili zachować wewnętrzny dystans. Ubierali się niby skromnie, ale z rękawów marynarek tu i ówdzie w okolicach nadgarstka wystawała odrobina luksusu. Mówili niby swobodnie, ale rzadko o sobie, tłumiąc wyniosłość w spojrzeniach, ale w taki sposób, żeby było widać, że tłumią.

W barze często widywało się maleńkie dwu-, trzyosobowe grupki ludzi odzianych w lekkie koszule i szepczących między sobą. Pomieszczenie urządzone było na ziemską modłę. Panował w nim półmrok. Do drinków dorzucano kostki lodu, szklanki z whisky połyskiwały w słabym świetle.

- Zauważyłeś spięcie między Antonowem a Wangiem?

- Między Antonowem a Wangiem? Nie, chyba nie.

- Przyjrzyj im się dobrze. Ciebie szczególnie powinno to obchodzić.

Tak rozmawiali ze sobą pewien łysy mężczyzna w średnim wieku i młody brunet. Inicjatorem rozmowy był ten pierwszy, to on właśnie zadał pytanie. Miał czarujący uśmiech i gładko ogolony podbródek, jego jasnoszare oczy błyszczały niczym morska woda w letnim słońcu. Młodszy rozmówca był z kolei dość małomówny, jedynie od czasu do czasu odpowiadał uśmiechem. Jego głęboko osadzone brązowe oczy przysłonięte były burzą loków opadających na czoło, toteż trudno było z nich cokolwiek wyczytać. Starszy nazywał się Thomas Theon i był głównym dyrektorem wielkiej ziemskiej spółki medialnej Thales oraz spadkobiercą jej majątku. Młodszego zwano zaś Eko Lu, podróżował wraz z delegacją Ziemian jako reżyser filmów dokumentalnych, zatrudniony przez spółkę. Wspomniani przezeń Antonow i Wang reprezentowali Rosję i Chiny. Spoglądali na siebie spode łba ze względu na sprzeczność interesów terytorialnych między ich ojczyznami. Był to tylko jeden z wielu przykładów napięć pomiędzy delegatami. Wszak ich kraje miały za sobą długą historię wzajemnych konfliktów. Z twarzy nie sposób było wyczytać otwartej wrogości, w sercach jednak kotłowały się najróżniejsze uczucia. Theon nie miał żadnego obywatelstwa. Posiadał paszporty czterech państw, mieszkał w piątym, lubił kuchnię szóstego, a żył według strefy czasowej siódmego. Na przepychanki na politycznej mapie świata patrzył więc zawsze z dystansem i pobłażliwym uśmiechem. Obserwował wszystko i rozumiał wiele, ale nigdy by tego otwarcie nie przyznał. Reprezentował postawę typową dla zglobalizowanego społeczeństwa końca dwudziestego drugiego wieku. Gardził ideą państwa i ostentacyjnie manifestował swój brak jakichkolwiek prób zagłębienia się w problemy natury historyczno-politycznej wynikające z istniejących niegdyś podziałów terytorialnych. Eko domyślał się, do czego Theon pije, ale wolał nie podejmować tematu. Każdy z członków delegacji miał inne cele i marzenia. To normalne. Każdy z nich czego innego oczekiwał po tej wyprawie. Eko nie stanowił wyjątku.

- Wiesz, co jest najlepszym obiektem dla kamerzysty? - zapytał roześmiany Theon.

- Co?

- Dziewczyna.

- Dziewczyna?

- Tak, pewna dziewczyna z delegacji marsjańskiej. Ma na imię Luoying.

- Luoying? Która to?

- Ta z najdłuższymi, czarnymi włosami. Ma bardzo jasną cerę. Trenuje taniec.

- Chyba kojarzę. A co w niej takiego szczególnego?

- Po powrocie na Marsa będzie dawała występ solowy. Myślę, że warto to zobaczyć. Nagraj o niej jakiś materiał. Na pewno będzie mieć wzięcie.

- I co jeszcze?

- Jakie jeszcze?

- Jeszcze... dlaczego jeszcze miałbym to robić? Jaki jest właściwy powód?

- Zgubi cię ta ciekawość. - Theon znów się roześmiał. - Ale dobrze, powiem ci. Jej dziadek jest gubernatorem Marsa. To jedyna wnuczka wielkiego dyktatora. Sam dopiero niedawno się o tym dowiedziałem.

- Czy to oznacza, że powinienem zwrócić się do niego o pozwolenie na filmowanie?

- Nie. Pod żadnym pozorem nikomu nic nie mów. Nie chcę kłopotów.

- Nie boisz się, że po powrocie będą z tego problemy?

- O problemy ziemskie będziemy się martwić na Ziemi.

Eko nic więcej nie powiedział. Nie wyraził ani aprobaty, ani dezaprobaty. Theon zresztą nie pytał go o opinię. Lepiej było milczeć. Zapewniało to obu stronom bezpieczny komfort. Eko nie był skrępowany obietnicą, a Theon mógł umyć ręce od podżegania. Młodzieniec bawił się trzymaną w ręku szklanką. Rozmówca przyglądał mu się, nie przestając się uśmiechać.

Theon był weteranem przemysłu filmowego. Doskonale wiedział, co można komu sprzedać, wiedział też, jak unikać problemów. Eko natomiast był nowy w branży, cały czas zachowywał się trochę jak uczeń. Miał mnóstwo pomysłów i nie lubił utartych ścieżek. Theon zaś wierzył w potęgę czasu. Widział już wielu nieopierzonych adeptów, przekonanych o swojej nienagannej moralności. Widział jednak też wielu takich, którzy odebrawszy lekcję życia, oprzytomnieli, uświadamiając sobie, że żeby przetrwać, trzeba umieć się sprzedać, i że dumę najlepiej schować do kieszeni.

W barze puszczano elektrojazz. Pulsująca muzyka zagłuszała biznesowe rozmowy i sekrety wymieniane przy stolikach. W pomieszczeniu było bardzo ciepło. Goście porozluźniali krawaty. Bar obywał się bez kelnerów. Napoje wybierało się z oszklonego automatu w ścianie. Z sufitu zwisały szkliste półkule. Dobywające się z nich światło padało na pozornie przyjazne twarze i głowy, w których kłębiły się najróżniejsze myśli. Od czasu do czasu rozbrzmiewał śmiech. Rozmowy powoli dobiegały końca, wymieniano ostatnie uprzejmości przed zbliżającym się lądowaniem.

Choć każdy z członków delegacji miał swoje cele, wszyscy zgadzali się co do głównego kierunku działań, którym była technologia. Technologia równa się bogactwo. W dwudziestym drugim wieku to ona była kluczowym elementem funkcjonowania wszystkich sektorów gospodarki. Swoistą monetą, na której opierał się system finansowy. Na niej, jak wcześniej na pieniądzu, zasadzała się sieć zależności międzynarodowych. I to ona zapewniała światu trudną do utrzymania stabilność i wątłą równowagę. Wymiana wiedzy stała się najistotniejszym czynnikiem społeczno-politycznym. Właśnie dzięki niej udało się przełamać wojenny impas w relacjach i wciągnąć do współpracy także wrogiego Marsa. Ludzie zdali sobie bowiem sprawę, że Mars jest fabryką inżynierów. Wiedza tymczasem oznacza niezależność, a także wiele korzyści, po które szkoda byłoby nie wyciągnąć ręki.

Muzyka grała dalej, światła paliły się, uśmiechy nie schodziły z twarzy, przemyślne kalkulacje osiągały kolejne poziomy abstrakcji.

W barze panował półmrok, na ścianach wisiały stare fotografie, na które nikt nie zwracał uwagi. Nowi bywalcy nie mieli pojęcia o historycznych pęknięciach, które skrywały. Przychodził tu niegdyś starzec przypominający złotogrzywego lwa, który ryczał wielkim głosem. A także inny, siwiuteńki brodacz, który rozpracował tu potężne oszustwo. Nazywali się Galiman i Ronen. To oni stali na tamtym zdjęciu na biurku kapitana, obok Garcii i dziadka dziewczyny.

Wszelkie konflikty przygasły, wszelkie pretensje w świetle dokumentów okazały się bezpodstawne, wszelkie ślady zatuszowano. Bar był, jak niegdyś, eleganckim barem. Zdjęcia w oszklonych brązowych ramkach wisiały równiutko, nie przyciągając uwagi.

*

Za pół nocy statek miał dotknąć powierzchni Marsa. Spotkania powoli dobiegały końca, gwar cichł. Złożono scenę, pochowano serwetki i wazoniki z kwiatami, poduszki i śpiwory, zgasły ekrany, wytarto kurz, opróżniono magazyny, wszystkie pomieszczenia opustoszały i wypełniły się przezroczystą ciszą. Pozostały jedynie błyszczące podłogi oraz szklane stoły i krzesła. Nagie ciało statku.

Maerth wiele już razy doświadczył zaludniania i wyludniania. Każdy stolik pamiętał wiele obrusów, a każdy dywan kroki wielu epok. Statek przywykł do bycia zapełnianym i opróżnianym, życia od pustki do pełni i od szarości do barw tęczy. W jego korytarzach wisiało wiele zdjęć. Od czarno-białych fotografii z czasów, kiedy ludzie nie marzyli jeszcze o lotach w Kosmos, aż po barwne trójwymiarowe z dumnej ery powojennej. Niczego nie brakowało. Wędrując krętymi przejściami, przytrzymując się od czasu do czasu szarych ścian albo wspinając się po licznych schodach, pasażerowie mogli odbyć podróż w czasie przez wszystkie epoki, a zarazem doświadczyć chaosu historii. Nie sposób było tu bowiem przemierzyć jednego okresu od początku do końca, gdyż zdjęcia nie zostały uporządkowane chronologicznie. Te sprzed wojny wisiały obok tych powojennych, rok 2096 sąsiadował z 1905, bez ładu i składu. Podobnie Ziemia i Mars wisiały obok siebie, jak gdyby nigdy nic. Zależnie od przyjętej logiki można było zrekonstruować na podstawie tych fotografii najróżniejsze kręgi zataczane przez czas.

Po zakończeniu każdego kursu sprzęt i elementy wystroju lądowały w szafach. Jedynie zdjęć nie ruszano. Nikt nie wiedział o tym, że w dniach wolnych od pracy kapitan samotnie przemierzał wszystkie korytarze i czyścił ramkę po ramce.

*

Impreza zakończyła się w momencie lądowania.

Luoying nigdy nie zdołała do końca rozwikłać labiryntu korytarzy na statku. Jej najpewniejszy punkt odniesienia stanowiła kabina nieważkościowa, w której młodzi spotykali się najchętniej. Była to kulista kajuta na samym tyle statku. Obracała się w kierunku przeciwnym do centralnych słupów powodujących obrót całego wnętrza. Wokół niej rozmieszczono tarasy widokowe. To było jej ulubione miejsce relaksu. Przez wysokie okna widać było rozciągającą się w nieskończoność kosmiczną ciemność.

Po rozmowie z kapitanową Luoying szybkim krokiem wracała pustymi korytarzami z drugiego końca statku. Taras widokowy świecił pustkami, za oknem rozpościerała się wszechogarniająca ciemność. Kiedy kobieta zbliżała się do kabiny nieważkościowej, jej uszu dobiegł nagły wybuch radości. Domyśliła się, że zakończyły się zawody, przyspieszyła więc i biegiem wparowała do środka.

W kabinie było głośno i kolorowo, jakby ktoś odpalił karton fajerwerków.

- Kto wygrał? - zapytała Luoying, chwytając za rękę najbliższego z uczestników.

Zanim usłyszała odpowiedź, poczuła, jak ktoś mocno przyciska ją do piersi. Nie wiedziała, co się dzieje. Zaraz jednak ocknęła się i zorientowała, że wylądowała w objęciach Leona.

- To ostatni mecz - wymamrotał.

Wypuścił Luoying z objęć, by pochwycić zbliżającego się Kingsleya. Uściskali się i poklepali po plecach. W tej samej chwili przed Luoying stanął Anka, który zdołał przecisnąć się przez tłum. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, za ramię od tyłu chwycił go Sorin. Zaraz potem zjawiła się Chania. Luoying zauważyła w jej oczach łzy.

Mira otworzył dwie butelki gio, po czym wlali alkohol do środka wielkiej sfery. Ten natychmiast rozproszył się w mgiełkę drobnych błyszczących kropelek. Odbili się od ściany i podryfowali w kierunku środka, wykręcając się i wyginając, żeby pochwycić ustami jak najwięcej trunku.

Za zwycięstwo! - wykrzyknął Anka, a cała reszta zawtórowała mu gromko. Tylko Luoying usłyszała, jak szeptem dodał jeszcze: - Za jutrzejsze lądowanie.

Uniosła głowę i zamknęła oczy. Opadła na plecy, jakby pociągnięta przez niewidzialną dłoń. Ułożyła się wygodnie i pozwoliła się objąć gwiaździstemu niebu.

To był ich ostatni wspólny wieczór.

*

Była szósta rano czasu marsjańskiego. Maerth zbliżył się do docelowej planety niemal równo z pierwszymi promieniami słońca. Dokładnie według planu znalazł się w porcie transferowym na orbicie synchronicznej. Port miał kształt pierścienia, w jego środku osiadł statek, na zewnątrz zaś oczekiwały samoloty pasażerskie kursujące między orbitą a Marsem.

Lądowanie trwało trzy godziny, pasażerowie mieli więc jeszcze sporo czasu, by dośnić niedokończone sny. Statek cal po calu przybliżał się do platformy w środku pierścienia, która przez przednią szybę wyglądała jak potężne bramy świątyni. Sam statek zaś był niczym biały gołąb pielgrzym, szybujący dostojnie i z godnością. Słońce świeciło od tyłu, powierzchnia lądowiska odbijała złociste światło. Samoloty czekały spokojnie na swoją kolej niczym strażnicy boskiego przybytku, lewym skrzydłem dotykając krawędzi platformy, prawym natomiast wskazując kierunek tonącej w tumanach czerwonego pyłu planety.

Spośród stu dwudziestu pasażerów statku jedynie trzydzieści pięć osób nie spało. Stali albo siedzieli we własnych pokojach albo innych mało uczęszczanych zakątkach, wyglądając przez okna. W momencie lądowania pospiesznie i niepostrzeżenie wrócili do swoich łóżek. Na statku nigdy jeszcze nie było tak cicho. Półtorej godziny później rozległa się nastrojowa muzyka. W piżamach, przecierając zaspane oczy, pasażerowie wychynęli ze swoich kabin, pozdrawiając się nawzajem. Sprawnie popakowali resztę rzeczy i zaczęli zmierzać w kierunku wyjścia. Na pokładzie znów zapanował gwar. Pożegnawszy się ze sobą, wsiedli do wyznaczonych samolotów i każdy udał się w swoją stronę. Był rok 2190 według kalendarza ziemskiego i 40 według kalendarza marsjańskiego.

HOTEL

Eko stał przy oknie i wpatrywał się w dal. Mars przypominał mu muzykę dud.

Hotelowy pokój był jasny i przestronny. Szklana ściana oferowała niemal nieograniczone pole widzenia. Czerwona pustynia rozciągała się w nieskończoność, płaska i rozległa, niczym poemat bez początku i końca.

A więc to jest miejsce, w którym chciałbyś być pochowany? - pomyślał Eko.

Nigdy wcześniej nie był na Marsie, ale znał ten krajobraz. Kiedy w wieku piętnastu lat po raz pierwszy odwiedził swojego nauczyciela w domu, na ścianach widział tę właśnie pylistą czerwień. Stał w drzwiach, ze zdziwieniem i przerażeniem wpatrując się w ów monotonny pejzaż, nie mając odwagi wejść do środka. Nauczyciel siedział na krześle z wysokim jedwabnym oparciem, plecami do wejścia. Zza oparcia wystawała jego blond czupryna, błyszcząca w promieniach zachodzącego słońca. W pomieszczeniu rozbrzmiewała muzyka dud, dźwięk był bardzo dobrej jakości, wydawało się, że dochodził ze wszystkich stron naraz. Pustynia na obrazie sprawiała wrażenie nieruchomej, ale kiedy chłopiec się w nią wpatrzył, nabrała życia. Wyglądało na to, że było to nagranie z lecącego samolotu - obraz przesuwał się więc bardzo powoli, ale pył wirował z ogromną prędkością. Tłem było gwiaździste niebo. Wpatrywał się jak zahipnotyzowany. Całkiem stracił poczucie czasu. Nagle na obrazie, nie wiadomo skąd, pojawił się głęboki rów. Eko wydał z siebie tłumiony okrzyk zaskoczenia i przesunął drewnianą rzeźbę przy drzwiach. Oparł się, by utrzymać równowagę. Kiedy uniósł głowę, nauczyciel stał już przed nim, trzymając mu rękę na ramieniu.

- Jesteś Eko, prawda? Wejdź.

Oszołomiony spojrzał raz jeszcze na ścianę. Pustynia zniknęła. Pozostała jedynie biała tapeta z delikatnym wzorem. Dźwięk dud unosił się w powietrzu. Eko poczuł rozczarowanie.

Nigdy nikomu nie mówił o tym doświadczeniu. Przez dziesięć lat spotkań z nauczycielem również niemal o tym nie rozmawiali. Był to ich sekret. Nauczyciel prawie nie wspominał o Marsie. Uczył chłopca technik filmowania, ale nigdy więcej nie pokazał mu żadnych materiałów z Marsa.

Po dziesięciu latach Eko w końcu miał okazję zobaczyć Marsa na własne oczy. Widok ten przywołał wspomnienia z domu nauczyciela, w tym muzykę dud. Eko stał przy oknie, wpatrzony w to, co tak długo sobie wyobrażał.

*

Wziąwszy gorący prysznic, Eko usiadł na fotelu i rozprostował nogi. Hotel był luksusowy, pokój bardzo wygodny, pozwalał się zrelaksować.

Eko lubił samotność. Choć miał łatwość w nawiązywaniu kontaktów i obcowaniu z ludźmi, a w dodatku ze względu na swoją pracę często przebywał w towarzystwie, uczestnicząc w różnych wydarzeniach i poznając najbarwniejsze postacie, zdecydowanie wolał być sam. W relacjach z ludźmi zawsze zachowywał dużą dozę ostrożności i uważności, dopiero we własnym towarzystwie udawało mu się rozluźnić i poczuć, że istnieje.

Umościł się w fotelu i popatrzył na sufit. Wszystko go tu ciekawiło. Przed przyjazdem wyobrażał sobie to miejsce na niezliczone sposoby, by natychmiast po przybyciu zorientować się, jak niewiele wyobrażenia te miały wspólnego z rzeczywistością. Trudno mu było stwierdzić, czy wolał świat z wyobraźni, czy ten faktyczny. Były one po prostu skrajnie różne. O Marsie zaczął fantazjować w wieku piętnastu lat. Zastanawiał się, co to musi być za miejsce, że nauczyciel spędził tam osiem lat swojego życia i tak bardzo za nim tęsknił.

W jego wyobrażeniach było to ostatnie idealne państwo ludzkości. Pozbawione prymitywnych dążeń, uznające prymat intelektu. Zdawał sobie sprawę, że jego wizja jest zgoła odmienna od tego, co powszechnie twierdzi się na Ziemi, ale nie zrażał się tym.

Rozejrzał się dookoła. Pomieszczenie przypominało pokoje na Maercie. Przezroczyste biurko, przezroczysta szafa, przezroczysty stelaż łóżka. Przezroczysty błękit w różnych odcieniach. Nawet fotel, na którym siedział, był przezroczysty. Jakby zrobiony z nadmuchanego szklanego włókna, które dostosowywało się do jego ruchów i kształtów. Przeciwległa ściana również była cała przezroczysta. Siedząc w fotelu, mógł wpatrywać się w dal. Jedynie biała ściana oddzielająca pokój od korytarza izolowała go od przechodniów i sąsiadów. Całe pomieszczenie przypominało kryształowe pudełko. Nawet dach był półprzezroczysty. Przez matową szybę przezierał błękit nieba, widać było słońce zawieszone nad głowami. Świecąc przyćmionym blaskiem, przypominało białą lampę.

Eko siedział, rozmyślając o tej przezroczystości. W pewnym sensie przezroczystość jest nacechowana politycznie. Pokój to przestrzeń prywatna, tymczasem przezroczystość zwykle implikuje jakiś rodzaj inwigilacji. Skoro wszystkie domy mają przezroczyste ściany, to jest to pewna forma monitoringu na skalę masową. Wiedział, co to oznacza.

Mógł potraktować to jako symbol, znak podporządkowania prywatności kolektywowi, alegorię pewnego rodzaju świadomości politycznej.

Całkowicie wpisywałoby się to w ziemski sposób myślenia i z pewnością przyniosłoby mu uznanie, gdyby nakręcił materiał na ten temat. Ziemscy filozofowie indywidualiści tylko na to czekali. Byłby to niepodważalny dowód na istnienie szeroko krytykowanego "piekła na niebie", a tym samym doskonały pretekst do podboju Marsa. Ale Eko nie zamierzał tego robić, nie chciał dać się ponieść zbiorowym nastrojom. Wiele go tu intrygowało. Poza tym nie wierzył, by jego nauczyciel chciał osiąść i mieszkać przez osiem lat w miejscu duchowego ucisku. Nikomu nie wyjawił celu swojej wyprawy na Marsa, ale dopuszczał do siebie myśl, że ktoś mógł go rozszyfrować.

Nie było tajemnicą, u kogo Eko się uczył. Fakt, że znalazł się w delegacji, pozornie miał związek z jego ubiegłorocznym zwycięstwem w konkursie, ale on sam nie miał wątpliwości, że prawdziwym powodem, dla którego Theon go zabrał, był jego mistrz. Przyjął zlecenie, o nic nie pytając, a Theon sam z siebie też nie kwapił się z wyjaśnieniami. Wiedział o przyjaźni, jaka łączyła biznesmena z jego nauczycielem. Widział go na pogrzebie, łysego, w ciemnych okularach. Był obecny przez całą ceremonię.

Eko wyjął z kieszeni maleńki chip i ułożył go sobie na dłoni. Zawierał wspomnienia z ostatnich dni życia mistrza. Podobno urządzenie to rejestrowało fale mózgowe w postaci kodu binarnego. Rozum podpowiadał mu, że to niemożliwe, ale w sercu bardzo chciał uwierzyć w tę technologię. Gdyby tak po śmierci człowieka dało się przechować zawartość jego pamięci, w dodatku gdyby mógł on zdecydować o tym, co się z nią stanie, to śmierć nie wydawałaby się aż tak ostateczna.

*

Eko zgłodniał. Wstał, by odszukać panel z menu w ścianie. Nazwy potraw brzmiały cokolwiek dziwacznie. Wybrał więc kilka na chybił trafił. Zamówienie zrealizowano niemal natychmiast. Nie minęło sześć, siedem minut, jak zapaliła się lampka na ścianie, a szklanym szybem wjechała taca niczym mała winda. Zatrzymała się przed drzwiczkami, które uniosły się, by umożliwić jej wyjęcie.

Eko sięgnął po jedzenie i przez dłuższą chwilę przyglądał mu się z zainteresowaniem. Po raz pierwszy miał do czynienia z marsjańską kuchnią. Na Maercie ich delegacja żywiła się daniami przygotowanymi z ziemskich składników. Ani razu nie dodano niczego marsjańskiego. Słyszał najróżniejsze opowieści, w tym wiele okraszonych fantazyjnymi, niekiedy drastycznymi szczegółami niczym z legend o piratach. Jedni powiadali, że Marsjanie żywią się dżdżownicami wykopanymi z gleby, inni, że plastikiem i opiłkami metali. Każdy miał własną wersję. Nie brak wszak na świecie ludzi skłonnych do wyolbrzymiania, którzy tonem znawców opowiadają wyssane z palca historie o nigdy niewidzianych rzeczach, czerpiąc z tego pseudointelektualną satysfakcję ćwierćinteligentów.

Z mieszanymi uczuciami wpatrywał się w trzymaną w dłoniach tacę. Zastanawiał się, czy nie nakręcić jakiegoś sentymentalnego filmu o tajemniczych rarytasach i nie rzucić go mediom modowym. Z pewnością pomogłoby to zatrzeć w zbiorowej wyobraźni obraz Marsa jako nieucywilizowanej, barbarzyńskiej planety i zastąpić go wizją rozbudzającej apetyt egzotycznej niezwykłości. Nic prostszego. Był to sprawdzony chwyt.

Nagle w uszach zadźwięczały mu ostatnie słowa nauczyciela: "Jeśli chcesz być interesujący, polegaj na intelekcie. Jeśli chcesz być wiarygodny, zaufaj sercu i oczom". Sam już nie wiedział, czemu miałby dawać wiarę. Miał przed oczyma sylwetkę mistrza w momencie, gdy wypowiadał te słowa. Łysiejący, skulony tak, że nie było go widać zza oparcia, mówił z trudem, ale jeszcze pieczołowicie, choć w zwolnionym tempie, gestykulując w powietrzu drżącymi rękoma. Jeśli chcesz być interesujący, polegaj na tym tutaj. Jeśli chcesz być wiarygodny, na tym i na tym. Jego głos był już ledwie słyszalny.

Przy pierwszym "tutaj" nauczyciel wskazał ręką na głowę. Przy drugim i trzecim zaś odpowiednio na oczy i serce.

Eko nie słuchał wówczas zbyt uważnie. Przyglądał się wychudzonym palcom nauczyciela, jakby patrzył na unieruchomione skrzydła wiatraka. Wydawało mu się, że jego mistrz jest przecież jeszcze młody, ma zaledwie pięćdziesiąt pięć lat. W tym wieku powinno się wciąż być krzepkim i energicznym, tymczasem on siedział skulony w fotelu jak wymizerowany chłopczyk. Na myśl, że z całej życiowej odwagi i ambicji na koniec pozostaje człowiekowi tylko tyle, Eko poczuł pustkę w sercu.

- Język jest zwierciadłem Światła - dodał nauczyciel powoli.

Eko skinął głową, choć nie bardzo rozumiał.

- Nigdy nie zapomnij o Świetle, skupiając się na zwierciadle.

- Dobrze, będę pamiętał.

- Słuchaj. Nie spiesz się tak.

- Czego mam słuchać?

Nauczyciel nie odpowiedział. Siedział ze wzrokiem utkwionym w powietrze, jakby stracił świadomość, jego spojrzenie zdawało się nieprzytomne. Przerażony Eko pomyślał, że mistrz umarł. Wtedy jednak ten znów poruszył ręką, wskazując na zachodzące słońce za oknem, przypominające ukruszony czubek góry lodowej.

- Jeśli, jeśli... będziesz miał okazję polecieć na Marsa, zabierz... zabierz ze sobą to.

Eko podążył wzrokiem za dłonią nauczyciela. Na stole leżał chip wielkości guzika. Nagle poczuł, jakby lodowy sopel przeszył mu serce. Oto bowiem mistrz rozdysponowywał nie tyle swoje rzeczy, co samego siebie, organizował swoje życie po śmierci. Pokazywał palcem, gdzie jest jego właściwe miejsce, jego ciało żegnało się ze wspomnieniami. Mówił niewyraźnie, ale niezwykle spokojnie. Ten spokój napełnił Eko smutkiem.

Tego wieczoru mistrz zapadł w śpiączkę. Dwa dni później zmarł. W międzyczasie przebudził się raz jeszcze i chciał zostawić parę słów dla Eko, ale udało mu się napisać tylko literę B, po czym ręka zaczęła mu drżeć i ponownie stracił kontakt ze światem. Eko cały czas czuwał przy jego łóżku, ale on już się nie obudził.

*

Eko zjadł śniadanie w milczeniu. Pogrążony w myślach, w ogóle nie czuł smaku. Gdy otrząsnął się ze wspomnień i wrócił do rzeczywistości, połowa porcji zniknęła już z talerza, zostały jedynie dwa małe placki i trochę warzyw. Nabił placek na widelec i włożył do ust. Przeżuwał, ale miał wrażenie, że jego kubki smakowe przestały działać. Nie potrafiłby powiedzieć, czy jedzenie mu smakuje, czy nie.

Walcząc z opanowującym go przygnębieniem, próbował przekierować myśli na własne filmy. Może powinienem zrobić z tego wizualną ucztę, barokowy taniec... W końcu tutaj wszystko jest takie barokowe, z każdego kąta wyziera przepych. Pogładził stół. Łagodny kontur działał kojąco na jego dłoń. Wiele rzeczy początkowo nie przykuwało jego uwagi, jednak gdy bliżej się im przyjrzał, odkrywał ich niezwykłość. Krawędzie stołu ozdobione były szklanymi wstawkami przypominającymi fontannę, rama lustra wiszącego na ścianie przywodziła na myśl pnący się w górę płomień, na tacy spostrzegł rzeźbione ornamenty roślinne. Te drobiazgi nie rzucały się w oczy, ale przydawały pomieszczeniu jakiejś barokowej dynamiki. Płynność granic i metafizyka detalu. To było to. Wiele mebli łączyło się bezpośrednio ze ścianą. Stół, łóżko i szafa przypominały kaskady wodospadu wybijającego gdzieś spomiędzy skał, podwinięty blat był niczym wzburzona fala. Eko czuł się coraz bardziej zaintrygowany. Przez cały czas nosił w sobie przekonanie, że Marsjanie potrafią docenić jedynie zimną precyzję estetyki maszynowej. Nie spodziewał się takiej delikatności i prostoty. Jakby nagle znalazł się w górskiej dolinie z dala od zgiełku świata.

Wyciągnął okulary, których używał do filmowania, założył i pozwolił wzrokowi raz jeszcze przewędrować po pomieszczeniu, by zarejestrować obraz. Po czym zaczął wyjmować z walizki kolejne sprzęty. Porozstawiał je po pokoju. Podgląd dystrybucji temperatury, analizator składu powietrza, chronometr solarny. Gadżety ożywiły się i zaczęły się wiercić jak jaja dinozaura, z których lada chwila ma się wykluć nowe stworzonko.

Eko wiedział, że skupienie się na egzotycznej estetyce jest łatwym i pewnym sposobem na sukces. Każdy element wystroju był tutaj absolutnie unikatowy. Ziemianom, którzy uwielbiają otoczone tajemniczą aurą znaleziska z odległych krain, z pewnością przypadłoby to do gustu. Pomogłoby to także jemu samemu zbudować dystans wobec filmowanego miejsca, jakby patrzył na obraz, łagodząc wstrząs mentalny, towarzyszący bezpośredniej konfrontacji.

Ale nie chciał filmować w ten sposób. Gdyby to zrobił, największej satysfakcji dostarczyłby z pewnością marsjańskim władzom. Tuż po lądowaniu, witając go serdecznie, wyrazili nadzieję, że swoją działalnością przyczyni się do budowania przyjaźni i zaufania pomiędzy Ziemią a Marsem, pokazując Ziemianom prawdę o Ognistej Planecie. Eko potakiwał tylko z uśmiechem, potwierdzając raz za razem, że jest przekonany, iż Mars to przepiękne miejsce. W lotniskowej hali uścisnęli sobie dłonie, a Eko uwiecznił tę scenę kamerą z drona.

Uprzejmość Eko nie była udawana, choć nie był do końca przekonany do idei przyjaźni między Ziemią a Marsem. Przede wszystkim nie chciał wyrażać opinii bez przyjrzenia się wszystkiemu. Z zasady nie ufał politykom. Wiedział też, że nie należy zbytnio rwać się do wypowiadania własnego zdania. Trzeba go bronić jedynie w wypadku najwyższej konieczności, w większości sytuacji jednak zdecydowanie lepiej jest patrzeć, niż mówić.

Wiele osób z delegacji próbowało go instruować, co powinien kręcić i jak. Profesor Jacques z USA wyraził przekonanie, że w autorytarnym państwie niczego nie da się zobaczyć takim, jakim jest naprawdę. Niemiecki pułkownik Hopman był bardziej bezpośredni. Stwierdził, że Eko jest jeszcze młody i niewiele w życiu widział, więc lepiej dla niego, by trzymał się z dala od tego, czego nie rozumie. Eko doskonale wiedział, że chodziło mu o politykę. Był jedynie reżyserem, nikt go nie wtajemniczył w misję delegacji. Ale wtajemniczenie polityczne to jeszcze pół biedy. Nawet za filmowanie nie za bardzo wiedział, jak się zabrać. Film to dowód. Coś, co znacząco ogranicza liczbę interpretacji historii z perspektywy przyszłości. Nikt nie był w stanie podpowiedzieć mu nic sensownego. W barze na Maercie różni ludzie podchodzili do niego, uśmiechali się, klepali go po plecach, życzyli powodzenia, po czym odwracali się i zniżali głos o pół tonu.

Tylko Theon przez cały czas podsuwał mu najróżniejsze propozycje, traktując tę podróż jako kolejną okazję do ubicia interesu.

- Dramaturgia to podstawa! Bez dramatu ani rusz.

Theon zilustrował swoją poradę dramatyczną miną. Był biznesmenem. Chociaż ubierał się jak windsurfer na wakacjach, dało się po nim poznać starego wyjadacza ze świata wielkich kontraktów. Nieumiejętność wyczucia sytuacji rynkowej stanowiła w jego przekonaniu największą porażkę. Kiedy tylko interes się kręcił, było mu wszystko jedno. Nie dbał o system polityczny, nie obchodziły go żadne demokracje i dyktatury, miał gdzieś nawet to, że może wyjść na idiotę i stać się obiektem kpin.

Patrząc na kręcących się wokół niego ludzi, Eko czuł się tak, jakby siedział na środku ronda i obserwował rozpędzone samochody. Niezbyt przejmował się cudzymi opiniami. Mieli zupełnie inne priorytety niż on. Mknęli niczym strzały wypuszczone z łuku pod nieodpowiednim kątem, którym lepiej usunąć się z drogi. Ich propozycje były jak pętla zaciskająca się wokół niego, on zaś jak bańka mydlana, która ściskana liną, rozszerza się w innym kierunku. Przytakiwał każdemu, ponieważ sam jeszcze nie znalazł tego, czego szukał. Był przekonany, że jeśli znajdzie, to pozostanie temu wierny. Przebył dziewięćdziesiąt milionów kilometrów, przemierzył szmat mrocznego nieba nie po to, by napisać kwiecistą rozprawkę na zadany temat. Poszukiwał lekarstwa. Lekarstwa na chorobę, która w jego mniemaniu trawiła Ziemian.

Nie chciał wyciągać wniosków przedwcześnie. Potrzebował więcej danych. Marzył o scenariuszu, jakiego świat dotąd nie widział. Chciał, by przyszłość potwierdziła teraźniejszość. Nie miał zakończenia, a więc nie potrafił także określić początku.

*

Po śniadaniu poczuł, że ogarnia go zmęczenie. Kontaktom z członkami delegacji przez cały czas towarzyszyło napięcie. Jakoś się trzymał, ale gdy tylko wszystko to opadło, zdał sobie sprawę, jak bardzo jest wyczerpany.

Wyciągnął się na łóżku i natychmiast zasnął. Miał sen. Bardzo długi sen. We śnie po raz kolejny zobaczył od tyłu sylwetkę swojego nauczyciela. Często śniła mu się ta scena: mistrz na krześle z wysokim oparciem mamrocze coś niezrozumiale. Za każdym razem jednak, kiedy Eko chciał podejść bliżej, popatrzeć na jego twarz i usłyszeć wyraźniej, wszystko znikało. We śnie nigdy nic mu się nie udawało. Przebiegał wiele mil, przemierzał góry i wody, pędził do utraty tchu, ale nie był w stanie dotrzeć do krzesła. Kiedy się obudził, była czwarta po południu. Wyjrzał na zewnątrz przez szklaną ścianę. W popołudniowym słońcu obiekty rzucały długie, ostre cienie. Wiedział, że czas na Marsie liczy się generalnie tak samo jak na Ziemi. Niebawem miało się rozpocząć przyjęcie powitalne. Ale nie miał najmniejszej ochoty się ruszać. Leżał z zamkniętymi oczami, pod powiekami dryfowały mu jeszcze powidoki sennego marzenia.

Czy zostanę tu na dłużej, jak mistrz? - zastanawiał się. Nie miał, co prawda, najmniejszego powodu, by zostawać na Marsie, ale przecież jego mistrz wtedy też nie miał. Było to osiemnaście lat temu. Podczas pierwszej wymiany między planetami dołączył do delegacji jako przedstawiciel świata filmowców, by uczyć się innowacyjnych technik filmowych. Poleciał i już nie wrócił. Wysłał jedynie na Ziemię potrzebny sprzęt i oprogramowanie wraz ze szczegółowymi instrukcjami. Ziemskie media były zdezorientowane. Nikt nie rozumiał, dlaczego postanowił zostać. Miał wówczas trzydzieści siedem lat, jego kariera rozkwitała, zgarniał kolejne nagrody. Stał się wiodącym autorytetem w środowisku, miał znajomości, szacunek innych. Nigdy nie przejawiał żadnych chęci ucieczki, nikt też nie spodziewał się po nim zdrady. Niektórzy dziennikarze utrzymywali, że mógł wejść w posiadanie jakichś poufnych informacji, przez co władze Marsa postanowiły go zatrzymać. Inni spekulowali, że pewnie przedłużył pobyt, by mieć więcej czasu na naukę wszystkich tych niesamowitych technik.

Eko miał wtedy siedem lat i niewiele wiedział o świecie, ale nawet on pamiętał wszystkie te przydługie analizy i komentarze w internecie. Domysłom nie było końca. Kiedy nauczyciel wrócił na Ziemię, nie mógł się opędzić od żądnych wyjaśnień reporterów. Jednak uparcie milczał, odmawiał podania choćby nikłego tropu, aż do ostatnich chwil swego życia.

Eko obserwował z boku to szaleństwo. To wówczas nauczył się ważyć słowa. Zaprzestał bezpodstawnego zgadywania. Zrozumiał, że o człowieku można dowiedzieć się wszystkiego, nie sposób tylko poznać jego motywacji, o ile sam ich nie ujawni. Nie śmiał nawet przewidywać swoich własnych działań, zdając sobie sprawę z tego, że bez dokładnej znajomości sytuacji nie da się przeniknąć powodów.

*

Odkurzacz przypominający żółwia wspinał się po ścianie. Pokój wypełniało światło zachodzącego słońca. Nie czerwone, lecz blade. Wpadając z ukosa do środka, obramowywało wszystkie rzeczy świetlistym konturem. Zupełnie inaczej niż kiedy w zenicie wdzierało się prosto przez dach. Eko podniósł się i usiadł na łóżku, wpatrując się w martwą naturę na ścianie. Nagle obraz zniknął, ekran rozbłysnął, a jego powierzchnia zafalowała niczym morze. Pojawiła się na nim młoda dziewczyna w słomkowym kapeluszu i czerwonej sukience w kratkę z białym paskiem zdobionym kwiatowym wzorem. Uśmiechała się uroczo. Była to wirtualna asystentka.

- Dzień dobry panu! Ładna dziś pogoda. Mam na imię Vera. W czym mogę pomóc?

- Dzień dobry! Jestem Eko. Chciałbym zapytać o transport publiczny na Marsie. To znaczy, jak znaleźć odpowiednie połączenie, zarezerwować bilet, sprawdzić trasę.

Dziewczyna zmrużyła oczy, przetwarzając informacje. Była naprawdę śliczna. Po kilku sekundach uśmiechnęła się, a na jej policzkach ukazały się dołeczki. Uniosła rąbek sukienki i dygnęła wdzięcznie. Sukienka zafalowała i rozłożyła się niczym parasol.

- Panie Eko, najpopularniejszym środkiem transportu na Marsie są pociągi tunelowe. Nie potrzeba rezerwować biletów. Są bezpłatne. Przy każdym domu jest stacja, z której co dziesięć minut odjeżdża pojazd. Może pan dojechać do najbliższego węzła przesiadkowego i tam znaleźć na mapce odpowiednią linię międzystrefową. Na każdej stacji są interaktywne rozkłady. Okrążenie miasta Mars zajmuje sto pięćdziesiąt minut.

- Rozumiem, dziękuję.

- Czy potrzebuje pan czegoś jeszcze? Chętnie opowiem więcej o usługach w mieście, muzeach, miejscach handlu.

- Czy... czy można sprawdzić...

- Co sprawdzić?

- Sprawdzić czyjś adres.

- Oczywiście. Proszę tylko podać nazwisko albo miejsce pracy.

- Brook. Janet Brook.

- Pani Janet Brook. Badaczka zatrudniona w Trzeciej Pracowni Archiwum im. Tarkowskiego, zamieszkała pod adresem: dzielnica Russell, współrzędne 7 x 6, mieszkanie 1. Może pan zostawić wiadomość na jej profilu. Może pan również zatelefonować do jej atelier.

- Świetnie. Dziękuję.

- Wszystkie informacje zostały zapisane na pana indywidualnym profilu gościa. Czy chciałby pan skontaktować się teraz z panią Brook?

- Nie - odpowiedział Eko po namyśle. - Na razie nie.

- Czy potrzebuje pan jeszcze jakichś informacji?

- Chwileczkę... Tak, jest jeszcze jedna osoba. Nazywa się chyba Luoying Sloan. Jedna z uczennic, które właśnie wróciły z wymiany.

- ... Luoying Sloan, uczennica Szkoły Tańca nr 1 prowadzonej przez zespół Duncan. Miejsce zamieszkania: dzielnica Russell, współrzędne 11 x 2, mieszkanie 4. Profil panny Sloan został tymczasowo dezaktywowany i do tej pory nie uruchomiono go ponownie.

- Jasne. Dziękuję. Nie mam więcej pytań.

- Vera cieszy się, że mogła pomóc.

Jej głos był słodki jak cukierek. Odwracając się, dygnęła na pożegnanie i oddaliła się w podskokach.

Eko usiadł na łóżku i zanotował wszystko, co usłyszał, na tablecie, który nosił przy sobie. Czuł, że ma cel na najbliższe dni. Ogarnęło go dziwne podniecenie. Nie miał pojęcia, co go czeka i kogo spotka. Siedział tak przez chwilę w milczeniu, zbierając i porządkując myśli.

*

Zrobiło się późno. Zaraz miało rozpocząć się przyjęcie powitalne z udziałem wszystkich uczestników delegacji. Wstał więc, przebrał się, przeczesał włosy i chwycił torbę ze sprzętem.

Wychodząc, zatrzymał się jeszcze przy ścianie. Na dworze zaczęło się ściemniać, zapaliły się latarnie. Ulice błyszczały w ich świetle. Kiedy rano przez samolotowe okno spoglądał w dół na miasto, zaintrygował go układ stolicy. Metropolia przypominała kryształ. Jej arterie były długie, wąskie i niezwykle skomplikowane. Szklane domy rozsiane były na rozległej równinie. Nieduże i skromne, odznaczały się ogromną różnorodnością. Dachy przywodziły na myśl pochylone niebieskie żagle surfingowe. Z daleka wyglądało to tak, jak gdyby woda wcinała się w ląd. Wąziutkie tunele nadziemne łączyły domy gęstą siatką, niczym układ krwionośny. Poczuł wówczas jakiś nieznany impuls. Wszystko to było tak odmienne od świata, który znał. Ta odmienność go pociągała.

DOM

Ostre słońce oślepiło Luoying, gdy tylko znalazła się poza budynkiem lotniska.

Od pięciu lat nie miała okazji doświadczyć słonecznego marsjańskiego dnia, prawie już zapomniała, jak to jest. Niebo nad Ziemią jest niebieskie, słońce pomarańczowe i łagodne. Na Marsie zaś dominują skrajności. Czarne to czarne, białe to białe, bez kompromisów, bez osłon.

Hala lotniska była przestronna i dobrze oświetlona. Powstała już po tym, jak Luoying opuściła Marsa. Szła przez nią w grupie przyjaciół, prawie bez słowa. Ściany, dach i podłogę wykonano z najzwyklejszego szkła, to pod stopami było stylizowane na granit. Na ścianach nie wisiały żadne dekoracje. Jedyną ozdobę stanowiła stalowa konstrukcja. Między podwójnymi szybami rozgrzane cząsteczki gazu tworzyły kolorowe wzory, bardzo delikatne, niemal przezroczyste. Od lądowiska do hali prowadził ruchomy pas, przypominający taśmę produkcyjną, na którym umieszczono siedzenia dla pasażerów. Przed wejściem do budynku przechodziło się kontrolę tożsamości. A dalej było już jak w domu.

Luoying szła obok Chani. Nie mogły powstrzymać się od uśmiechu na widok delegacji Ziemian, która kroczyła między delegacją marsjańską a uczniami. Ziemianie ubrani byli bardziej ekstrawagancko od Marsjan, ale wyglądali na całkowicie zagubionych i nieprzygotowanych do tego, co tu zastali.

Lider delegacji, pan Beverley, maszerował dumnie przodem, ale gdy stanął przed daktyloskopem, osłupiał, nie wiedząc, co robić. Kiedy aparat do skanowania źrenic niczym wielka ręka przysunął mu się do twarzy i pyknął leciutko tuż przed jego nosem, Beverley aż odskoczył i uderzył w przybliżającą się z drugiej strony prześwietlarkę, która zaczęła przeraźliwie piszczeć. Alarm poniósł się daleko po wielkiej i milczącej hali, przyciągając ku niemu spojrzenia wszystkich. Beverley zaczerwienił się z zakłopotania, ale zaraz potem uśmiechnął się i robiąc dobrą minę do złej gry, wyciągnął rękę, by pogładzić głowicę prześwietlarki, nie spodziewając się, że wywoła tym jeszcze głośniejszą reakcję ze strony aparatu. Podskoczył z przerażenia. Zorientowawszy się, co się dzieje, jeden z przedstawicieli delegacji marsjańskiej natychmiast podbiegł, by wybawić go z kłopotów. Luoying i całe towarzystwo również podśmiechiwali się cichutko, starając się nie patrzeć w tamtą stronę. Ciągnąc walizki, przeszli obok robotycznych rąk krokiem niemal tanecznym, jakby witali się radośnie z urządzeniami.

Beverley ściskał w dłoni pismo z pieczątką, potwierdzające jego uprawnienia jako szefa delegacji, ale przez całą drogę nie napotkał ani jednego pracownika służb, który byłby zainteresowany weryfikacją dokumentu. Przeszedłszy przez strefę robotycznych rąk, stanął zdezorientowany przy wejściu do hali, nie wiedząc, komu go okazać.

Hala zaprojektowana była na planie wachlarza. U wierzchołka znajdowało się wejście do terminala, a wzdłuż przeciwległej łukowatej ściany rozmieszczono wejścia na stacje pojazdów tunelowych. Wzdłuż prostych boków rozstawione były automaty z jedzeniem, piciem i upominkami. Można było kupić między innymi świeże ciasta i owoce. Pośrodku hali stało kilka szklanych tablic z interaktywną mapą transportu publicznego. Gęsta, kolorowa siatka połączeń tunelowych przypominała gobelin, którego wzór zmieniał się powoli. Między wejściami na poszczególne stacje znajdowały się mniejsze ekraniki, na których wybierało się przystanek docelowy. Marsjańscy delegaci już wystukiwali swoje adresy.

Luoying i Chania przypatrywały się temu przez dłuższą chwilę sprzed wejścia do hali.

- No to jesteśmy w domu, co? - powiedziała Chania, trochę do Luoying, a trochę sama do siebie.

- Na to wygląda.

- Jakie wrażenia?

- Żadne.

- Naprawdę? - Chania odwróciła się do niej.

- Serio. - Luoying skinęła głową. - Dziwne, co?

- Nie. Ja też nic nie czuję.

Luoying rozejrzała się po rozświetlonej hali.

- Jak myślisz, czym się różni nasze marsjańskie lotnisko od tych na Ziemi? - zwróciła się do Chani.

- Nazwą - odpowiedziała Chania po namyśle.

Luoying odwróciła głowę i spojrzała na jej rozczochrane długie włosy.

- Prześpij się trochę, bo wieczorem impreza - poradziła koleżance.

- Tak. Ty też się połóż.

Uczniowie pożegnali się ze sobą i rozeszli się do domów. Żegnali się już wcześniej wiele razy, więc obyło się bez sentymentów. Większość jeszcze nie do końca otrzeźwiała po wczorajszym świętowaniu, ich umysły przypominały nocne niebo. W hali było tymczasem tak przeraźliwie jasno, że nikomu nie chciało się nawet mówić. Pożegnanie poszło więc niemal tak sprawnie jak kontrola bezpieczeństwa.

Luoying szła na samym końcu. Widziała delegatów z Ziemi stojących razem na środku hali, całkowicie zagubionych. Niektórzy z nich łapczywie zjadali przekąski z dystrybutora na ścianie, nie mając zapewne pojęcia, że w tej samej chwili z ich tymczasowych kont gości znika odpowiednia kwota.

Nim marsjańscy repatrianci opuścili lotnisko, otworzyły się automatyczne drzwi pośrodku półokrągłej ściany. Do środka szybkim krokiem weszła grupa ludzi. Na ich czele Luoying zobaczyła dziadka. Za nim szli jej wujkowie i ciocie, którzy przybyli tu, by powitać przybyszy z Ziemi. Po kolei uścisnęli dłoń liderowi. Następnie dwie delegacje stanęły naprzeciw siebie, a między nimi wzniósł się most wyciągniętych rąk, łączący planety. Grawitacja na Marsie była mniejsza niż na Ziemi, toteż Marsjanie znacznie przewyższali Ziemian wzrostem. W tym niesymetrycznym ustawieniu mierzyli się nawzajem wzrokiem, wymieniając grzeczności.

Oczywiście nie był to najlepszy moment, by przywitać się z dziadkiem. Popatrzyła więc z daleka na jego szczupłą sylwetkę, po czym odwróciła się i nacisnęła przycisk z nazwą swojego przystanku.

*

Przed pięciu laty Mars wysłał na Ziemię pierwszą grupę uczniów.

Wyjazd ten poprzedziły niekończące się dyskusje na różnych szczeblach. Najpierw przeprowadzono trzymiesięczne badania wstępne o charakterze teoretycznym, potem trzytygodniową debatę publiczną w sieci, a po niej nastąpiły trzydniowe obrady w parlamencie. Na koniec swoje głosy oddali naczelnicy dziewięciu systemów, stanowiących podstawę organizacji marsjańskiego ustroju, gubernator oraz minister edukacji. Miało to miejsce w sali obrad parlamentu przed statuami założycieli Republiki Marsjańskiej. Jeszcze nigdy w czterdziestoletniej historii państwa nie przywiązywano tak dużej wagi do spraw związanych z wykształceniem ledwie garstki uczniów. Jedyny podobny precedens miał miejsce tuż po proklamowaniu niepodległości, kiedy to wszyscy pracownicy sektora edukacji, trzymając ręce na tabliczkach z imieniem Arsena, przysięgali nauczać dla innowacyjności. Ostatecznie po gorącej debacie oddano sześć głosów "za" i pięć "przeciw" wyjazdowi młodzieży na Ziemię. Niosący się echem po całej sali obrad odgłos złotego młoteczka, przypieczętowującego demokratyczną decyzję, przypieczętował zarazem los grupy młodych ludzi, którzy mieli na trwałe zapisać się na kartach historii.

Szczerze mówiąc, marsjańscy decydenci sami nie wiedzieli, co czeka młodzież na Ziemi. Sami urodzili się już na Marsie, zjawisko komercji i jego społeczne konsekwencje znali jedynie ze wspomnień starszego pokolenia, nie z własnych doświadczeń. Całe marsjańskie państwo było tak właściwie jednym miastem, hermetyczną szklaną metropolią. Grunty stanowiły tu własność wspólną, panował wysoki stopień kontroli, którą umożliwiały nowe technologie, nie istniał rynek nieruchomości, nie zdarzały się procedery przemytu, nie słyszano o kontraktach terminowych, nie powstawały prywatne banki. Nikt nie potrafił przewidzieć, jak zareagują dzieci urodzone i wychowane w takim miejscu, gdy zostaną wrzucone w świat wolnego rynku, w którym roi się od krzykliwych reklam. Przed wyjazdem uczestniczyły one w licznych kursach przygotowawczych, które miały za zadanie zapoznać je z ziemskim systemem, ale czy można nauczyć życia w szkole? Rzeczywistość prędzej czy później musiała zweryfikować teorię.

Luoying wybrała miejsce przy oknie. Opierając się o szybę, trwała w dziwnym stanie rozproszenia, a zarazem wytężonej uwagi.

Za oknem rozpościerał się widok dostatniego, spokojnego miasta. Słońce wpadało do środka przez dach z błękitnego szkła. Cienie gałęzi i liści przemykały jej po twarzy. Wokół było tak cicho, że aż nierealnie. Przez zimne w dotyku oszklone ściany spoglądała z góry na domy i stojące niewzruszenie drzewa w ogrodach.

Rozterki, które tłumiła i ukrywała od dawna, teraz nagle wtargnęły do jej serca.

Nie wiedziała, po co w ogóle poleciała na Ziemię. Na Maercie doszła do wniosku, że nie miała ku temu absolutnie żadnych kompetencji.

Pewnego wieczoru, kiedy siedzieli przy oknie i rozmawiali, ktoś wspomniał o pytaniach z testu kwalifikacyjnego. Cała grupa entuzjastycznie podjęła temat. Wspólnymi siłami udało im się z grubsza odtworzyć arkusz. Dzielili się odpowiedziami i uwagami. Tylko jedna Luoying przysłuchiwała się temu w milczeniu. Czuła, że wiedzą dużo więcej od niej i że jej wynik musiał być dużo słabszy. Wpatrując się w gwiaździste niebo, przełykała wstyd.

Nie wiedziała, czy jej wątpliwości są uzasadnione, czy nie. Jeśli nie, to w porządku. Ale jeśli tak, to znaczy, że ktoś maczał w tym palce i zakwalifikowano ją wbrew zasadom. Zimny dreszcz wstrząsnął nią na tę myśl. Oznaczałoby to nie tylko, że brak jej zdolności, ale i to, że te wszystkie opowieści o losie i wielkim przełomie w życiu to jedna wielka bujda, a cała sytuacja została przez kogoś starannie wyreżyserowana. Myślała, że złapała okazję. Tymczasem to okazja złapała ją.

Pomyślała o dziadku. Jeśli ktoś mógł potajemnie podmienić nazwiska na liście uczestników, to tylko on. Nie wiedziała, dlaczego miałby to zrobić. Nikt zresztą nigdy o tym nie wspominał. Gdyby nie ten nagły impuls, w ogóle nie przyszłoby jej to do głowy.

Chciała po powrocie zapytać o to dziadka, ale nie była pewna, czy odważy się otworzyć usta. Nie łączyła ich szczególnie intymna relacja, przeprowadziła się do niego stosunkowo niedawno, po śmierci rodziców. Kupował jej słodycze, ale rzadko ją przytulał. Ziemianie nazywali go wielkim dyktatorem. Zawsze spacerował samotnie. Zastanawiała się też, czy nie poprosić starszego brata, by pomógł jej zbadać sprawę. Brat był jej parasolem ochronnym, gdy przychodziła do niego z problemem, zwykle bez kłopotu znajdował sposób, by ją rozweselić. Tyle że on, w przeciwieństwie do niej, patrzył konsekwentnie w przyszłość, więc nie była pewna, czy zrozumie jej determinację do rozgrzebywania dawnych spraw.

Pociąg mknął bezgłośnie powietrznym tunelem, niczym wspomnienia w mgnieniu oka przemierzające wielkie dystanse w czasie i przestrzeni. Szklane ciało pojazdu połyskiwało w słońcu. Minęli małą salę konferencyjną, przecięli cienistą alejkę, boisko, na którym bawiła się w dzieciństwie, ogród ze zjeżdżalnią. Wszędzie było spokojnie jak we śnie. Bocznymi uliczkami spacerowały kobiety z wózkami. Rozmawiały.

Zastanawiała się, dlaczego właściwie chce to wiedzieć. Początkowo sądziła, że to tylko impuls, który minie, zwykła ciekawość, ale potem zrozumiała, że jej niepokój ma związek z tym, co nazywa się losem. Zdała sobie sprawę, że istnieją dwa rodzaje losu. Jeden to ten naturalny, obiektywny, który trzeba przyjąć. Drugi - wyreżyserowany przez człowieka, kierowany logiką przyczyn i celów, w który można wątpić i który można odrzucić. Ten drugi rodzaj losu należy wybrać samemu. Jeśli nie zrozumie tego, co się wydarzyło, nie będzie w stanie o własnych siłach posunąć się naprzód.

Dlaczego wysłano mnie na Ziemię? To pytanie nie dawało Luoying spokoju, powracało w myślach raz za razem, ona zaś nie czuła się ani odrobinę bliższa odpowiedzi. Przemierzyła na Ziemi wiele dróg. Tak wiele, że odległość nie robiła już na niej najmniejszego wrażenia. Nadal jednak nie miała pojęcia, dlaczego i po co.

W wagonie rozbrzmiewała muzyka, z oddali dochodził dźwięk wiolonczeli, z bliska - fortepianu. Dodawała ona majestatu scenerii rozciągającej się za oknem. Powolutku zza horyzontu zaczął się wyłaniać kontur domu Luoying. Można było dojrzeć uchylone okno na poddaszu, jego brązową ramę, światło odbijające się w szklanej kopule dachu.

Luoying wiele razy wyobrażała sobie moment powrotu do domu. Zastanawiała się, jakie uczucia będą jej towarzyszyć. Podniecenie, lęk, melancholia, tęsknota za dzieciństwem, może lekkie rozdrażnienie? Nie spodziewała się jednak, że nie będzie czuła zupełnie nic. Jedynym uczuciem był żal, że nic nie czuje. Po pięciu latach spędzonych pośród hałasu i zamętu wróciła do dawnego spokojnego życia, ale nie doznała ulgi. Gdzieś po drodze utraciła sentyment do rodzinnych stron, przywiązanie do ojczyzny. I nigdy już nie miała go odzyskać.

*

Pociąg zatrzymał się punktualnie w wyznaczonym miejscu. Była w domu. Na widok znajomej czerwonej bramy, do której dobijało się słońce, rozpłakała się.

Tymczasem drzwi wagonu otworzyły się i światło wpadło do środka pojazdu, oślepiając Luoying. Instynktownie zakryła oczy dłonią. W powietrzu wirowały świetliste iskierki. Na peron podjechała przezroczysta złota ławeczka i zatrzymała się tuż przed nią. Lekka, o obłych kształtach, starannie wyprofilowana, sunęła nad powierzchnią jak balon.

Luoying spojrzała w kierunku domu. Z okna na piętrze machał do niej brat. Na jego twarzy widać było radosne podniecenie, które znała z dzieciństwa.

Odwzajemniła uśmiech i trzymając bagaż, usiadła na ławeczce. Ta uniosła się, zawisła w powietrzu i poszybowała w odpowiednim kierunku. Luoying rozglądała się wokół. Patrzyła na pobliski skwer zaprojektowany na planie kropli, kwietniki w kształcie wachlarza, rozłożyste parasole drzew, krągłą kopułę dachu, czerwoną bramę, pomarańczową trapezowatą skrzynkę pocztową, otwarte okno na piętrze, kwiaty doniczkowe pod oknem. Wszystko było jak za dawnych lat.

Ławeczka zatrzymała się przy oknie. Rudy wstawił walizkę do domu, po czym wyciągnął ręce, by uściskać siostrę. Chwycił ją w swoje silne ramiona i bezpiecznie postawił na podłodze. Kiedy jej stopy dotknęły powierzchni, ogarnęło ją poczucie stabilności.

Brat bardzo urósł przez ostatnie pięć lat. Był smukły, wyprostowany, włosy przestały mu się kręcić, ale nadal były jasne i błyszczące.

- Zmęczona? - zapytał.

Luoying pokiwała głową potakująco.

Rudy przyłożył dłoń do czubka głowy siostry i nakreślił w powietrzu linię.

- Urosłaś! Przedtem byłaś taka - powiedział, pokazując dłonią w okolice pasa, by zobrazować różnicę.

- Co ty powiesz? - Luoying uśmiechnęła się. - Gdyby było tak, jak pokazujesz, to musiałabym urosnąć o dobre trzydzieści centymetrów.

To były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała po powrocie do domu. W jej głosie słychać było chrypkę od długiego milczenia. Miała wrażenie, że brzmi nienaturalnie.

Tak naprawdę urosła o zaledwie pięć centymetrów. Na początku swojego pobytu na Ziemi wyróżniała się wzrostem w porównaniu z Ziemiankami. Jednak przez pięć lat różnica między nimi prawie zupełnie się zniwelowała. Wiedziała, dlaczego. Organizmy marsjańskich dzieci z trudem radzą sobie w warunkach większej niż na Marsie grawitacji ziemskiej. Jej wzrost został zahamowany. Szpik kostny i serce poddane były ogromnemu obciążeniu, tkanka miękka puchła w tych warunkach. Każdy centymetr wzrostu okupiony był niesamowitym wysiłkiem całego ciała.

- Wszystko u ciebie dobrze? - zapytała.

- U mnie? Bardzo dobrze. - Rudy zaśmiał się.

- Do której pracowni trafiłeś?

- Piątej Elektromagnetycznej.

- I jak?

- Całkiem nieźle. Zostałem już liderem grupy.

- Naprawdę? To świetnie!

- Co z tobą? - Widząc jej zmęczenie, Rudy pogłaskał ją po głowie. - Wszystko w porządku? Jak ci minęło te pięć lat?

- Sama nie wiem. - Luoying spuściła głowę.

- Nie wiesz, czyli że dobrze?

- Nie wiem, czyli nie wiem.

- Czyli źle?

- Nie, też nie. Po prostu nie wiem, jak to opisać.

Luoying mieszkała w wielu miejscach na Ziemi. Z każdą kolejną przeprowadzką coraz bardziej rozpadał się obraz domu, który nosiła w sercu.

W jednym ze wschodnioazjatyckich miast mieszkała na sto osiemdziesiątym piętrze wieżowca. W tym samym budynku znajdowała się sala ćwiczeń szkoły tańca, do której uczęszczała. Budowla miała kształt piramidy. Okuta stalą wznosiła się niczym mocarna góra. W środku mieścił się cały świat. Winda przemieszczała się ekspresowo między piętrami wzdłuż krawędzi budynku. Fale ludzi przelewały się w tę i z powrotem, w górę i w dół, jakby pchał je huragan.

W Europie Środkowej Luoying mieszkała w starym domu na przedmieściach. Pojechała tam szukać inspiracji do zadanego projektu tanecznego. Miejscowość położona była wśród rozległych pól, falujących łanami złotej pszenicy. Roiło się tam od ptaków, na łąkach kwiaty kłębiły się niczym chmury na niebie, a chmury na niebie niczym wzburzone morskie fale. Właścicielem gruntów był biznesmen pracujący gdzieś daleko, który zjawiał się tam jedynie raz na rok. Jego własności strzegły tabliczki: "Teren prywatny. Wstęp wzbroniony".

Na północnoamerykańskich równinach mieszkała w samym środku sztucznie utworzonego parku krajobrazowego. Ziemskie władze zaprosiły tam uczniów z Marsa na wakacje. Były to niemal bezludne trawiaste tereny, na których jedynie gdzieniegdzie widywało się samotne uschłe drzewo. Po niebie rzadko przefruwały ptaki, często za to było zasnute chmurami nadciągającymi ze wszystkich stron. Błyskawice przypominały zwisające z nieba gałęzie drzew, a drzewa - zastygłe błyskawice wyrastające z ziemi.

W Azji Środkowej mieszkała w namiocie u stóp śnieżnej góry. Dołączyła do demonstracji organizowanej przez przyjaciół rewersjonistów. Otulony chmurami wierzchołek w chwilach prześwitu skrzył się w złotym słońcu. Na wyżynie obozowało wielu młodych, postulujących powrót do pierwotnego trybu życia, wykrzykujących emocjonalne slogany, przeciwstawiających się zastanemu porządkowi i systemowi. Fala zamieszek zmiotła obozowisko z powierzchni ziemi. Tonący w słońcu śnieżny krajobraz trwał dalej niewzruszenie.

Tego wszystkiego nie miała okazji doświadczyć w dzieciństwie. Na Marsie tego nie było i nie mogło być. Próżno tu szukać wieżowców, wsi, pól, gospodarzy, a także błyskawic i śnieżnych gór. Albo krwi.

Wszystko to widziała na Ziemi, ale nie była w stanie tego opisać. Zyskała niezliczone wspomnienia, ale utraciła marzenia. Poznała różne obce jej dotąd krajobrazy, a jednocześnie stopniowo zacierał się w niej krajobraz ojczyzny. Nie miała pojęcia, jak to wyrazić.

- Rudy - powiedziała, patrząc bratu w oczy. Zdecydowała, że będzie z nim szczera. - Muszę ci o czymś powiedzieć.

- Tak?

- Wtedy, pięć lat temu, myślę, że nie powinnam zostać zakwalifikowana na wyjazd. Ktoś zmienił wyniki testu. Wiesz, co się tam wydarzyło?

Czekając na odpowiedź, czuła, że choć głos jej nie drży, w sercu wzbiera niepokój. Stała w milczeniu z kamienną miną. Atmosfera zrobiła się dziwna. Wydawało jej się, że brat zastanawia się nad odpowiedzią.

- Kto ci to powiedział? - zapytał.

- Nikt mi nie powiedział. Tak czuję.

- Odczucia często bywają błędne.

- Ale my rozmawialiśmy.

- Wy, czyli?

- Ja i pozostali uczniowie z Drużyny Merkurego. W drodze powrotnej wspominaliśmy test kwalifikacyjny. Zorientowałam się, że musieli mieć dużo więcej punktów ode mnie. Nie potrafiłam rozwiązać wielu zadań, które oni rozwiązali. Poza tym oni musieli przejść jeszcze przez rozmowę, a ja nie. Przypominam sobie teraz całą tę sytuację. Początkowo nie dostałam żadnej informacji zwrotnej, nic, aż tu nagle pewnego dnia dowiaduję się, że lecę, i to niebawem, tak że nawet nie zdążyłam się nastawić na podróż. To oznacza, że zostałam dokooptowana w ostatniej chwili, prawda? No i? Wiesz coś o tym?

Patrzyła na brata. Rudy wzruszył ramionami. A z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji.

- Może ktoś zrezygnował w ostatniej chwili?

- Tak sądzisz?

- Nie jest to wykluczone.

W tej chwili Luoying poczuła, że między nią a bratem otworzyła się przepaść. Wydawało jej się, że on wie o wszystkim, tylko nie chce jej powiedzieć. Jego reakcja była podejrzana. Robił dobrą minę do złej gry, coś musiało się kryć za jego pozornie normalnym wyrazem twarzy. Powinien się przynajmniej zdziwić albo chociaż dopytać o coś. On tymczasem nie pokazał po sobie żadnych emocji. Nigdy wcześniej nie czuła, by był między nimi jakiś dystans. W dzieciństwie trzymali się zawsze razem, robili dziwne rzeczy, wspólnie okłamywali dorosłych, nigdy nie było tak, żeby on robił coś z dorosłymi, a okłamywał ją. Poczuła się strasznie osamotniona. Wahała się, czy może zapytać dziadka, ale sądziła, że przynajmniej brat okaże się pomocny. On jednak nie stanął po jej stronie. Co on takiego wie? - zastanawiała się. Czego nie chce mi powiedzieć?

- Skoro tak, to dlaczego wybrano na zastępstwo akurat mnie? - Nie dawała za wygraną. - Dziadek to załatwił, prawda?

Rudy nie odpowiedział.

Po chwili milczenia Luoying postanowiła spróbować ponownie.

- Prawda, że to dziadek?

Ale Rudy nabrał wody w usta.

Atmosfera zrobiła się napięta. Po raz pierwszy w życiu rozmawiali ze sobą w ten sposób. Wiedziała, że po pięciu latach nieobecności nie powinna zaczynać od tak trudnych tematów, ale nie spodziewała się, że sprawy tak się potoczą. Każde czekało, aż to drugie odezwie się pierwsze, ale niezręczna cisza trwała. W końcu Luoying westchnęła i już miała zmienić temat, gdy Rudy ochłonął i powiedział spokojnie:

- Dlaczego tak bardzo ci zależy, żeby to wiedzieć?

Podniosła głowę i odpowiedziała łagodniej niż przedtem:

- Żołnierze po zakończonej służbie też chcieliby poznać przyczynę wojny.

- Wojna skończona, więc czy ma znaczenie, dlaczego wybuchła?

- Ma. Oczywiście, że ma.

Przemierzyła kawał Kosmosu, straciła wiarę, czyżby nie należała jej się ta odrobina wiedzy, po co to wszystko było?

- Byłaś wtedy jeszcze mała - zaczął Rudy po chwili namysłu. - Mała i... i... bardzo... uczuciowa.

- To znaczy?

- Po śmierci rodziców cały czas byłaś rozbita emocjonalnie.

- Rodziców...

Luoying wstrzymała oddech.

- Tak. Ich śmierć bardzo cię dotknęła. Więc... więc dziadek chciał odwrócić twoją uwagę od tego.

Luoying milczała przez dłuższą chwilę.

- A więc to dlatego?

- Nie wiem, mówię tylko, że to niewykluczone.

- Ale - zawahała się - to było już pięć lat po śmierci rodziców.

- Zgadza się. Ale ty nadal nie potrafiłaś sobie z tym poradzić.

- Naprawdę?

Luoying wytężała pamięć, ale zupełnie nie mogła sobie przypomnieć tamtego czasu. Pięć lat temu miała trzynaście lat. Jaka wtedy była? Jak się czuła? Wszystko to zatarło się w jej głowie. Miała wrażenie, że wydarzyło się w innym życiu.

- Możliwe. - Uznała, że odpowiedź brata ma jakiś sens, pokiwała więc głową i postanowiła na razie nie drążyć.

Znów zapadło między nimi milczenie. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Luoying patrzyła na Rudy'ego. Był już całkiem dorosły. Szeroki w ramionach, wysoki, wyprostowany. Brwi nie poruszały mu się już tak żywiołowo, jak dawniej. Miał dwadzieścia dwa lata. Należał do pracowni, pełnił funkcję lidera grupy. Nie biegał jak szalony, ale stał obok niej spokojnie. Nie gadał też bez przerwy o statkach kosmicznych, rakietach i wojnach z obcymi. Nauczył się milczeć. Rozmawiał z nią jak dorosły.

- Masz jeszcze jakieś pytania? Nie zapomniałaś o czymś? - Rudy roześmiał się. - To twoja ostatnia szansa.

Luoying stała przez chwilę zdezorientowana. Zaraz jednak uświadomiła sobie, w czym rzecz.

Faktycznie, zapomniała o czymś. W dzieciństwie, gdyby nie usłyszał tego pytania, nie dawałoby mu to spokoju przez cały dzień.

- Jak działa ta ławeczka? Z czego ją zrobiłeś?

Rudy pstryknął palcami.

- To proste! Użyłem zwyczajnej folii szklanej, tyle że powleczonej niklem, który ma silne właściwości magnetyczne. Wystarczy wytworzyć odpowiednie pole magnetyczne na naszym podwórzu, a bez problemu uniesie się w powietrze.

Mówiąc to, wskazał palcem za okno, na białe rurki otaczające mały placyk. Była to zwykła cewka indukcyjna.

- Ale sprytne! - Luoying zawołała z podziwem.

O to właśnie chodziło. Od najmłodszych lat wypowiedziane z zaciekawieniem pytanie: "Jak to działa?", gwarantowało jej regularne dostawy nowych gadżetów do zabawy, które konstruował dla niej Rudy.

Teraz usatysfakcjonowany z uśmiechem pogłaskał ją po głowie. Dodał jeszcze troskliwie, że powinna odpocząć, i zszedł na dół. Patrzyła, jak odchodzi. Wiedziała, że Rudy próbuje odtworzyć przeszłość, ich dawne zwyczaje, by zasypać wyrwę w czasie i móc wierzyć, że wszystko jest jak dawniej. Ale nic nigdy nie jest jak dawniej. To tylko ludzie uparcie wypierają upływ czasu.

Kiedy brat zniknął jej z pola widzenia, Luoying odwróciła wzrok w stronę okna.

W słońcu wszystko lśniło i błyszczało. Na podłożu kładły się długie, wyraziste cienie. Oprócz białej cewki zamontowanej przez Rudy'ego na zewnątrz nic się nie zmieniło. Ta sama roślinność, ta sama herbaciarnia, to samo wyjście ze stacji. Kwiaty rozkwitały niezmiennie co roku, okrywając kolorowym dywanem niewidzialną przeszłość. Zobaczyła dawną siebie. Jej cień biegał samotnie po ogrodzie. Włosy miała splecione w warkoczyk, na nogach różowe buciki, a na twarzy jasny, radosny uśmiech, który Luoying zauważyła, gdy dziewczynka uniosła głowę. Biegnąc, patrzyła w niebo. W pewnym momencie jej wzrok padł na okno, w którym teraz stała jej dorosła postać.

W ogrodzie panowała niezmącona cisza. Zaledwie parę drobiazgów zdradzało nieubłagany upływ czasu. Spostrzegła, że taśma transmisyjna połączona ze skrzynką pocztową jest pusta i czysta jak skóra noworodka. Wcześniej znajdowało się tu okrągłe urządzenie, które Rudy zamontował dla niej w tajemnicy. Pozwalało ono prześwietlać przychodzącą korespondencję, by sprawdzić, czy nie ma tam jakiejś zabawki. Teraz nie było po nim śladu. Tylna ścianka skrzynki pozostawała gładka i pusta, jak pokój po jej wyjeździe, jak tarcza zegara.

*

Po południu, kiedy się przebudziła, ku swemu zdziwieniu, zobaczyła w pokoju dziadka. Stał zwrócony w stronę okna, w dłoniach trzymał jakiś przedmiot. Nie zorientował się, że Luoying już nie śpi. Patrzyła na jego plecy. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając ostatnie promienie na jedną część pokoju. Na postać dziadka padał cień. Wysokiego wzrostu mężczyzna, stojąc obok zegara wahadłowego, wyglądał jak kamienna stela. Luoying znała dobrze ten widok. Na Ziemi często myślała o dziadku. Zawsze wtedy widziała go właśnie w tej pozycji, milcząco wpatrzonego w dal, na poły zatopionego w mroku, skrywającego w sobie jakąś tajemnicę. Usiadła. Postanowiła wykorzystać okazję, by wypytać dziadka osobiście o to, dlaczego właściwie wysłano ją w tę podróż.

Dziadek usłyszał jej ruch. Odwrócił się i uśmiechnął. Ubrany był elegancko na wieczorne przyjęcie, które miało się rozpocząć niebawem. Miał na sobie czarny garnitur i płaszcz w stylu wojskowym. Siwe włosy zaczesał gładko do tyłu. Nie wyglądał na siedemdziesięciolatka.

- Obudziłaś się? - Hans przysiadł na brzegu łóżka, spoglądając na nią łagodnie ciemnoszarymi oczyma.

- Mhm. - Pokiwała głową.

- Jak minęła podróż? Zmęczona?

- Nie najgorzej. Już odpoczęłam.

- Maerth trochę się postarzał. Nie było wam tam niewygodnie?

- Nie. Spało się dużo lepiej niż na Ziemi.

- To dobrze. - Uśmiechnął się. - Jak się mają Garcia i Ellie?

- W porządku. Kazali cię pozdrowić - odpowiedziała Luoying, ale po chwili przypomniała sobie coś jeszcze: - Ach, wujek Garcia prosił też, żeby ci coś przekazać.

- Co takiego?

- Powiedział tak: "Czasem walka o skarb jest cenniejsza od samego skarbu".

Hans pogrążył się w myślach. Pokiwał tylko głową, jakby coś rozważał.

- Co to znaczy? - spytała Luoying.

- Ech, stare powiedzonko.

- Czy nasze obecne relacje z Ziemią są bardzo złe?

Znów zapadło milczenie. Po chwili dziadek zaśmiał się.

- Jak zawsze.

Luoying czekała, aż dziadek wyjaśni jej coś więcej, ale nie doczekała się. Porzuciła więc ten temat.

Przygotowywała się, by zadać najważniejsze dla siebie pytanie, ale kiedy układała słowa, kątem oka spojrzała na przedmiot trzymany przez dziadka. Osłupiała. Było to zdjęcie. Zdjęcie jej rodziców. Mama miała rozpuszczone włosy. W dłoni odzianej w rękawiczkę trzymała plastikowy nożyk. Na jej pokrytej błotem twarzy malował się uśmiech. Tata stał za nią, obejmując ją od tyłu, podbródek opierając na jej barkach. On również uśmiechał się radośnie. Hans spostrzegł, że zdjęcie przykuło uwagę Luoying. Podał jej fotografię.

- Wróciłaś w samą porę. Jutro jest rocznica śmierci twoich rodziców. Chciałem z tobą porozmawiać o jutrzejszej kolacji, by uczcić ich pamięć.

Biorąc zdjęcie z rąk dziadka, Luoying przytaknęła z ciężkim sercem.

- Coraz bardziej przypominasz swoją mamę.

Niski, głęboki głos dziadka wybrzmiał, pozostawiając za sobą pełną powagi ciszę, której nie chciało się przerywać.

W sercu Luoying wzbierały najróżniejsze trudne do zdefiniowania emocje. Od zdjęcia, które trzymała, biło jakieś obce jej ciepło. Nie wiedziała, czy pochodzi od osób z fotografii, czy od dłoni, która jej ją podała. Rodzice byli tu jeszcze tacy młodzi. W spojrzeniu dziadka dostrzegła przygnębienie. Rzadko pokazywał po sobie takie uczucia. Cała czwórka - rodzice, ona i dziadek - patrzyli na siebie i zdawali się rozmawiać bez słów. Minęło dziesięć lat od ich śmierci, prawie nie pamiętała ostatnich wspólnych chwil. Słońce całkiem już zaszło, między Luoying a Hansem pojawiła się jakaś szczególna intymna więź, wiodąca przez śmierć.

Właśnie wtedy rozległ się dzwonek.

Zapaliła się czerwona lampka na ścianie, sygnalizująca połączenie alarmowe. Hans, jakby wyrwany ze snu, podszedł szybkim, energicznym krokiem i wcisnął przycisk. Zamigotało i po chwili na ekranie ukazała się groźnie wyglądająca twarz wujka Juana.

- Możemy porozmawiać w cztery oczy? - zaczął, nie siląc się na grzeczności.

- Przed przyjęciem?

- Przed przyjęciem.

Hans skinął głową, nie okazując zdenerwowania, wyłączył ekran, odwrócił się, i chwytając po drodze szalik, opuścił pokój i zszedł na dół.

Luoying siedziała oszołomiona. Nie trwało to dłużej niż dwie minuty. Wystarczyło, by rozproszyć sen.

Drzwi się zamknęły. W korytarzu zapadła głucha cisza.

Patrząc na odchodzącego dziadka, wiedziała już, że nie ośmieli się z nim porozmawiać. Lepiej spróbować dowiedzieć się czegoś od innych. To powinno być łatwiejsze. Dziadek to dziadek. Weteran armii powietrznej, wieczny działacz. Od zawsze miał wiele tajemnic, a ona nie wiedziała, jak o nie zapytać. Przyglądając się fotografii, próbowała sobie przypomnieć, jaka była pięć lat temu i jak przeżywała śmierć rodziców.

*

Przyjęcie powitalne z udziałem Drużyny Merkurego, delegacji Ziemian i najwyższych dostojników marsjańskich odbywało się w sali Wielkiej Chwały - miejscu, w którym świętowano obchody najważniejszych uroczystości. Zbudowanej na planie prostokąta auli dostojeństwa dodawały rozmieszczone po obu stronach filary - osiem po lewej i osiem po prawej. Pomiędzy nimi zaś rozmieszczono modele i makiety upamiętniające kluczowe wydarzenia z historii Marsa. Ściany i sufit nie miały stałej dekoracji. Wyświetlano na nich obrazy z projektorów, odpowiednio dobrane do okazji.

Tego wieczoru pomieszczenie tonęło w światłach. Wystrój był elegancki, misterny, ale bez przesytu. Na bocznych ścianach widniały lilie. Projekcja nie różniła się znacząco od biało-zielonej tapety. Na małej scenie stały stoliki - cztery dla najważniejszych gości pośrodku, pozostałych szesnaście zaś w dwóch kręgach. Wszystkie przykryte były białymi obrusami. Jako że na Marsie tkanina to towar deficytowy, obrus stanowił oznakę najwyższego szacunku dla gości. Dodatkowo stoły zostały przystrojone fiołkami afrykańskimi, a filary sępolią. Z sufitu zwisały kolorowe serpentyny ze szklanego włókna, które iskrzyły się w świetle.

Taśmociąg podający dania znajdował się po lewej stronie. Nie było kelnerów, obowiązywała samoobsługa. W jednym z narożników ustawiono coś na kształt ziemskiego szesnastowiecznego targowiska, na którym piętrzyły się imponujących rozmiarów owoce i warzywa. Był to ukłon w stronę tradycji, a zarazem demonstracja sukcesu innowacyjnego marsjańskiego rolnictwa.

W oczach Ziemian takie przyjęcie w ogóle nie przypominało przyjęcia. Cóż to za bankiet bez obsługi? Bez kelnerów przepasanych białymi fartuchami, w koszulach ze stójką, z rąbkami chusteczek wystającymi dyskretnie z butonierek, którzy kłaniając się w pas z uśmiechem, pilnowali, by kieliszki z czerwonym winem nie były puste i wymieniali zastawę i sztućce po każdym daniu. Jakby to właśnie stanowiło o statusie i wyrafinowaniu. Próżno tu było szukać tego wszystkiego. Taśmociąg niespiesznie zataczał łuk, dając gościom czas na wybranie dań, i wjeżdżał z powrotem w ścianę w innym miejscu. Alkohol nalewało się z kraników w ścianie, również samemu. Choć wszystko zrobione zostało z gustem i wyczuciem, Ziemianom przypominało to podrzędną wiejską imprezę. Goście z zadartymi głowami głośno komentowali, jak takie przyjęcia wyglądają w ich krajach.

Na Marsie faktycznie nie było obsługi ani w ogóle żadnych usług. Ten sektor nie istniał w marsjańskiej gospodarce. Żadnych kelnerów czy kelnerek, co najwyżej praktykanci albo wolontariusze odgrywający role asystentów. Tu wszyscy byli badaczami zatrudnionymi w najróżniejszych pracowniach. Nikt przez całe życie nie parałby się podawaniem potraw w restauracji. Urządzenie przyjęcia od początku do końca leżało w gestii organizatora.

Marsjanie nie pofatygowali się, by wyjaśnić to wszystko Ziemianom podczas przyjęcia. Toteż w sali nawarstwiały się kulturowe nieporozumienia. Europejczycy spontanicznie zaczęli wspominać dawne zwyczaje szlacheckie, Azjaci wymieniali się spostrzeżeniami, że ludzie Wschodu praktykują uprzejmość i dobre obyczaje już od starożytności, Arabowie zaś dumnie podkreślali, że w ich kulturze mężczyźni potrafią zapracować na swoje żony, by te miały czas na usługiwanie w trakcie przyjęć. Marsjanie wysłuchali tych uwag z uśmiechem, po czym rozeszli się, by nałożyć sobie jedzenia. Ziemianie, nie dostrzegając oznak zakłopotania u gospodarzy, stawali się coraz bardziej rozdrażnieni. Szeptali coś między sobą, kiwając głowami.

Drużyna Merkurego zajmowała dwa stoły. Luoying siedziała między Chanią a Anką. Jedli i pili doskonale sobie znane smakowitości. Rozmawiali i śmiali się, szczęśliwi, że nie skazano ich na towarzystwo dorosłych. Kiedy na taśmociągu pojawiły się misternie przyrządzone słodkie desery, Chania porwała wielką tackę i przyniosła na stół, by podzielić się z przyjaciółmi.

- Pycha! - zachwycała się. - To się nazywa sztuka kulinarna!

Kuchnia ziemska nie przypadła im do gustu. Chania nazywała tamtejsze jedzenie po prostu jadłem.

- Mhm. - Anka skinął głową. - Ciekawe, co za kucharz to przyrządził.

Luoying skosztowała przysmaku.

- Obstawiam, że to od Maury'ego - powiedziała. - W dzieciństwie uwielbiałam jego puddingi. Zawsze kiedy coś mnie zasmuciło, posyłałam mamę po nie i od razu robiło mi się lepiej. Nawet na najgorszy nastrój wystarczył jeden kęs.

Wobec wyczuwalnego w powietrzu napięcia słodycz ta wydawała się cokolwiek nie na miejscu. Luoying zdawała sobie z tego sprawę. Stoły Drużyny Merkurego znajdowały się w niewielkiej odległości od tych zajmowanych przez najwyżej postawionych gości, a ona siedziała akurat najbliżej. Do jej uszu docierały więc skrawki rozmów między oficjelami. Choć nie słyszała wszystkiego, donośny głos wujka Juana, który zagłuszał wszystkich i wszystko, pozwolił jej dość dobrze zorientować się w sytuacji.

- Nawet nie próbuj zaprzeczać! Przecież mówię ci, że widziałem na własne oczy, jak wysadziło moją babcię. Chcesz wiedzieć, jak to wyglądało? Siedziała roztrzęsiona w sypialni i mamrotała pod nosem jakieś modlitwy, słyszałem, jak wypowiadała: "Boże, zmiłuj się!". Sekundę później została z niej mokra miazga. Pierwsze słyszysz? No, proszę. Oto wasza specjalność, Ziemianie: wysadzanie Bogu ducha winnych obywateli! W całej historii ludzkości trudno o nikczemniejsze metody!

Rozmówca odpowiedział szeptem coś, co jeszcze bardziej rozwścieczyło wujka Juana.

- Do jasnej cholery, gówno mnie to obchodzi, że nie masz z tym nic wspólnego. Mam gdzieś, który z was to zrobił. Jak będziesz się wykręcał, to wezmę cię za szmaty i wyrzucę! - wygrażał. Po czym uznał za stosowne uzupełnić: - Wiesz, jak to jest zostać wyrzuconym na zewnątrz? Nigdy wcześniej nie byłeś na Marsie, co? To ci powiem. Ledwie się wynurzysz i pyk, już po tobie. Leżysz rozpłaszczony jak napuchnięta ośmiornica.

Luoying prychnęła ze śmiechu. Odwróciła głowę i popatrzyła na VIP-owski stolik. Obok wujka Juana na honorowym miejscu z zakłopotaną miną siedział Beverley i ocierał usta serwetką.

Widok był zaiste intrygujący. Beverley na Ziemi był wielką gwiazdą. Słynął przy tym ze swej łagodności i opanowania. Gdyby na jego miejscu siedział ktoś inny, z pewnością wpadłby w szał, ale nie Beverley. Ubrany w garnitur nawiązujący do klasycznej mody, obszyty jedwabną i złotą nicią, z dwoma rzędami metalowych guzików, przypominał arystokratę sprzed kilku stuleci i tak też postępował, zachowując fason od początku do końca. Nie pozwolił sobie na żaden wybuch złości. Przez długi czas przy stole panowało więc milczenie, nikt nie śmiał się odezwać. Wreszcie do uszu Luoying ponownie dobiegł głos wujka Juana, brzmiący jeszcze groźniej niż poprzednio. Wujek wstał gwałtownie, nic sobie nie robiąc z tego, że oczy wszystkich zwróciły się na niego. Z naciskiem, sylaba po sylabie, oznajmił wszem wobec:

- Nie-moż-li-we! W żadnym wypadku!

W sali zapanowało poruszenie, zaczęły się szepty, wymiany zdań, ale nikt nie miał pojęcia, co takiego się wydarzyło. Ci, którzy siedzieli dalej, pytali sąsiadów siedzących bliżej, tamci zaś zwracali się do tych, którzy byli jeszcze bliżej. Ale nikt nie wiedział. Nawet ci, którzy widzieli scenę na własne oczy, bezradnie wzruszali ramionami. Przy stole VIP-ów zapanowała niezręczna atmosfera. Ktoś pociągnął wujka Juana, by usiadł, ale ten bynajmniej nie zamierzał się podporządkować. Jeden z Ziemian zerwał się i chciał wstać, ale inni go powstrzymali. W końcu podniósł się dziadek. Poklepał wujka Juana przyjaźnie po ramieniu, prosząc, by usiadł, bo on ma coś do powiedzenia.

- Drodzy goście z Ziemi! - zaczął, unosząc kieliszek. - Pozwólcie mi powiedzieć parę słów. Przede wszystkim ogromnie się cieszę na wasze przybycie. Co było, to było, ale przed nami rozpościera się świetlana wspólna przyszłość. Tegoroczna wystawa ma przynieść obopólne korzyści i satysfakcję. Chcemy, by obie strony poczuły się zwycięzcami, osiągnąwszy założone przez siebie cele. Ale aby tak było, trzeba rozmawiać! Wierzę, że uda nam się wypracować kompromisowe rozwiązanie, satysfakcjonujące zarówno Marsjan, jak i Ziemian. Z pewnością weźmiemy pod uwagę wasze postulaty, jednak ponieważ jest to sprawa najwyższej wagi, o jej ostatecznym wyniku zadecyduje cała społeczność. Decyzje tego rodzaju muszą być podejmowane demokratycznie. Co więcej, jestem przekonany, że także ziemska delegacja kieruje się ideałami demokracji i ona także zechce poddać dyskutowane tu kwestie pod głosowanie. Póki co, cieszmy się tym wspólnym wieczorem. To zdecydowanie za wcześnie, by wyciągać jakiekolwiek wnioski. Odłóżmy spory na później. A tymczasem wznieśmy kieliszki, by uczcić nasze pierwsze spotkanie w tym gronie!

Na te słowa wszyscy wznieśli kieliszki. Chania zapytała Luoying, o co w końcu poszło, ale ta potrząsnęła tylko głową i zapewniła, że również nie ma pojęcia.

Tak naprawdę miała. Dziadek nawiązywał do tego, co przekazał mu przez nią Garcia. Demokratyczne procedury wśród delegatów to właśnie walka o skarb, o której wspomniał kapitan. W głowie Luoying wszystko zaczęło się łączyć w logiczny ciąg, ale nie potrafiła powiedzieć, co miałoby być samym skarbem. Słowa dziadka były zbyt niejasne, trudno było wywnioskować z nich jakiś konkret. Opuściła głowę i skupiła się na jedzeniu, jednocześnie rozmyślając nad sensem dziadkowej wypowiedzi.

ARCHIWUM FILMOWE

Przed spotkaniem z Janet Brook Eko odwiedził lidera delegacji Ziemian, Petera Beverleya. Wybrał się do niego bez zapowiedzi i nie planował wywiadu. Stanął po prostu przed drzwiami jego apartamentu i zapukał.

Była dziewiąta trzydzieści. Eko wiedział, że Beverley musiał już być na nogach. O dziesiątej miała bowiem rozpocząć się pierwsza tura negocjacji. Przejście z hotelu do sali konferencyjnej zajmowało dziesięć minut, kilka minut rozmowy przed wyjściem nie powinno zatem stanowić problemu.

Eko domyślał się, że po wczorajszym przyjęciu Beverley nie tryskał optymizmem. Chciał jednak wiedzieć, jak czuł się po powrocie do hotelu. Podczas bankietu ukrył kamerę pod donicą sępolii i choć nikomu o tym nie powiedział, był pewien, że Beverley wiedział. Był w końcu gwiazdą filmową, na całej planecie próżno by szukać człowieka o większej wrażliwości na kamerę niż on. Przez cały wieczór obracał się prawym profilem do obiektywu, uśmiechnięty, przybierając najbardziej okazałą pozę. Odkąd w wieku trzydziestu pięciu lat rzucił show-biznes i zajął się polityką, zdążył doskonale wyćwiczyć tę pozycję. Eko był tym bardzo zaintrygowany. Nieczęsto miał do czynienia z ludźmi o takiej ogładzie. Przystojny, pochodzący z wpływowej rodziny, absolwent prestiżowej uczelni, posiadający wiele znajomości w świecie, w wieku niespełna pięćdziesięciu lat był już Beverley w oczach wielu najpoważniejszym kandydatem do reprezentowania Partii Demokratycznej w walce o fotel prezydencki. Na jego korzyść działało dodatkowo poparcie rodziny. Podobno to właśnie rodzinne koneksje umożliwiły mu udział w wyprawie na Marsa. Nie ulegało wątpliwości, że wykazanie się zaangażowaniem w tak istotne, a nieniosące za sobą żadnego wizerunkowego ryzyka przedsięwzięcie okaże się cennym kapitałem politycznym. Dlatego też bardziej niż ktokolwiek inny dbał o swoją prezencję i starał się wypaść bez zarzutu przed kamerą. To właśnie niesamowicie ciekawiło Eko. Po powrocie z bankietu obejrzał całe nagranie i zorientował się, że prawie polubił tego krzykacza, który siedział obok Petera Beverleya.

Beverley otworzył drzwi. Twarz miał rozpromienioną. Ubrany był elegancko w granatowy jedwabny garnitur. Zdecydowanie wyróżniał się strojem. Przywitał Eko uśmiechem, nie szczędząc uprzejmości.

- Dzień dobry - zaczął Eko. - Nie, nie będę wchodził. Mam tylko kilka pytań.

Beverley skinął głową na znak, że nie ma nic przeciwko.

- Czy słyszał pan zeszłego wieczoru, jak gubernator Marsa mówił o demokracji? Rozmawiałem wczoraj z jednym z członków marsjańskiego parlamentu. Powiedział mi, że parlament odpowiada za decyzje w bieżących sprawach oraz projekty inżynieryjne, ale w niektórych kwestiach odbywają się debaty i konsultacje społeczne oraz referenda. Różni się to trochę od tego, co zwykle słyszy się u nas o marsjańskim ustroju, prawda?

- Prawda.

- I co pan o tym sądzi? Mam na myśli... o tej różnicy. U nas obowiązuje demokracja pośrednia, a przedstawiciele wybierani są przez społeczeństwo w wyborach. Tu nie ma wyborów, ale za to obywatele mogą bezpośrednio uczestniczyć w podejmowaniu decyzji.

- Tak. - Beverley pokiwał głową. - Masz rację. Ta różnica... warto się nad nią zastanowić.

- Czy mogę do tego nawiązać w moim filmie?

- Oczywiście. Dlaczego by nie?

- To dotyczy poważnych kwestii światopoglądowych. Boję się, że jeśli zabrnę w to zbyt daleko, efekt może być trudny do przewidzenia.

- Nie szkodzi. Próba refleksji jest istotniejsza od ostatecznego efektu.

- Hmm... Panie Beverley, myślę, że nie do końca mnie pan zrozumiał. Wie pan, że na Ziemi obecnie nie uważa się Marsjan za społeczeństwo demokratyczne. Niewykluczone więc, że mój film wywoła wielkie poruszenie i wpłynie na poglądy Ziemian.

Beverley nie przestawał się uśmiechać. Wydawało się, że słucha uważnie, ale Eko zauważył, że dwa razy strzepnął z ramienia włosy i poprawił sobie rękaw. W końcu wyciągnął rękę i poklepał Eko po plecach jak dobry wujek.

- Młody człowieku, nie trzeba bać się wpływu. Bez wpływu nie ma przyszłości.

Eko był lekko poirytowany. Czuł, że w postawie Beverleya nie ma odrobiny szczerości. Był wręcz nieznośnie uprzejmy. Nie zajął żadnego stanowiska. O ile w ogóle miał wyrobioną jakąkolwiek opinię. Eko przypuszczał, że zupełnie nie zrozumiał, o co mu chodziło.

Teoretycznie Beverley powinien wiedzieć, że - mimo licznych konfliktów interesów między państwami ziemskimi - panuje wśród nich zgoda co do tego, żeby w relacjach z Marsem występować jako jeden obóz. Między planetami toczyło się coś w rodzaju kosmicznej zimnej wojny. Mars uważany był za samotną wyspę, rządzoną przez bestialską armię i szalonych naukowców, podręcznikowy przykład społeczeństwa o wysokim stopniu kontroli politycznej, którą umożliwiają najróżniejsze rozwiązania technologiczne. Uchodził za wielkiego wroga gospodarki wolnorynkowej. Zgodnie z obrazem kreowanym przez ziemskie media i intelektualistów Mars stanowił siedlisko tyranii, okrucieństwa i obojętności. Wielką machinę militarną, radykalną realizację autorytarnych utopii, które nigdy nie ziściły się na Ziemi. Wojnę między planetami jednogłośnie uznawano zaś za samobójczy akt zdrady, który ostatecznie doprowadzić musi albo do ponownego zjednoczenia, albo do samozagłady rebelianta. Jeśli Beverley był tego świadom i zdawał sobie sprawę z powszechności tego przekonania, powinien był zrozumieć, o co chodziło Eko. Pokazanie w filmie marsjańskiej demokracji wywróciłoby wszystko do góry nogami, oznaczałoby, że wiele przekonań, którym hołdują Ziemianie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Oznaczałoby to także konieczność uznania własnej małostkowości i zazdrości względem tryumfatora. Nie był to drobiazg, ale kwestia całkowicie pierwszorzędna, dotycząca samych podstaw funkcjonowania ziemskiej polityki i dyplomacji. O tym właśnie mówił Eko. Nie zależało mu na sianiu fermentu, doskonale wiedział, czym jest poprawność polityczna i czego wymaga się od niego jako członka delegacji.

Ale Beverley miał mu do zaoferowania jedynie przyjemnie brzmiące frazesy, zachowywał się jak łaskawy arystokrata.

Skoro tak, to w porządku - pomyślał Eko. W takim razie będę kręcił, co i jak uważam, przynajmniej nie będzie mógł mieć mi za złe, że nie zapytałem. W rzeczywistości taki obrót spraw był dla niego korzystniejszy. Jako wieloletni antysystemowiec i rewersjonista Eko lubił wbijać szpilki w nadęty balon ziemskich uprzedzeń.

- Dziękuję panu - powiedział. - Zapomniałem pana uprzedzić, że to nie był wywiad. Nie miałem włączonej kamery.

I wycofał się grzecznie. Odchodząc, kątem oka przez szczelinę w drzwiach zobaczył piękną żonę Beverleya, która przed lustrem wprowadzała ostatnie poprawki do makijażu. Młodsza o dziesięć lat, tak jak mąż była gwiazdą filmową. Ich miłość od początku stanowiła wydarzenie medialne. Od pierwszego pocałunku do momentu narodzin syna wszystko działo się przed kamerami. Beverley jak nikt inny potrafił odgrywać rolę arystokraty, dobrego, czułego męża, wyrażać romantyczne uczucia, recytować klasyczną poezję. Jego małżeństwo mogło służyć za wzorzec. Zawsze i wszędzie pojawiał się z żoną. Eko widział wielu aktorów, którzy zaangażowali się w politykę, ale nie doceniali, jak istotne w wyborach są głosy kobiet, a tych nie sposób pozyskać bez kobiety u boku. Beverley tymczasem zyskał poparcie żeńskiej części społeczeństwa, dzięki czemu z roku na rok jego szanse rosły, rzadko notował spadki popularności. Był największym zwycięzcą wyborów.