ROZDZIAŁ DRUGI: ROMANTYCZNA PRZYGODA CUTHBERTA ST. JOHNA.
"Wdowa" trzymała się bardzo mądrej zasady, że na pensjonarki powinno się przyjmować małe dziewczątka i trzymać je w szkole aż do samego końca, kiedy wreszcie mogłyby opuścić jej mury świeże, pełne energji i zupełnie rozwinięte, aby powitać dorosły świat. Zakład św. Urszuli był klasztorem nietylko z nazwy, ale naprawdę.
Zdarzało się czasami, iż "nowa" kręciła noskiem nad dziewczęcemi rozrywkami, którym oddawały się jej koleżanki. Ale wkońcu i ją niewstrzymany prąd porywał. Skakała przez sznurek i biegała z obręczą, brała udział w puszczaniu orła na otwartem polu, uczyła się w zimowe popołudnia ślizgać i grać w hockey, a w sobotnie wieczory - rozkoszować się lodowatym cukrem i pierniczkami dokoła wielkiego kominka, albo też improwizowanemi maskaradami, kiedy cała szkoła przetrząsała strychy w poszukiwaniu czegoś, coby się nadawało na kostjumy. Po tygodniu najbardziej zmanierowana światowa panienka zapominała o wszystkiem coby ją ciągnęło tam, za mury szkolne, i poddawała się duchowi młodocianej, siostrzanej miłości.
Ale podlotki najchętniej reagują na wezwania Romantyczności. To też czasami, przy sposobności, szarą godziną w czasie między ostatnią lekcją a dzwonkiem, dającym znak do ubierania się do kolacji, zbierały się przy ławce stojącej pod oknem i zwrócone twarzami ku zachodowi, marzeniami wybiegały w przyszłość - zwłaszcza jeśli wśród nich znajdowała się Renia Patton. Ładna, delikatna, nieobliczalna mała Renia była jakby stworzona dla tego, co nazywamy romantycznością. Ta romantyczność wieszała się jej złotych włosów, patrzyła jej z oczu. Mogła mieć bardzo mgliste wyobrażenia o różnicy, zachodzącej między "participium" a "supinum", mogła się zawahać, gdyby ją zapytano o definicję równoległościanu, ale gdy przedmiotem rozmowy było uczucie, mówiła z całem przekonaniem. I bynajmniej nie na podstawie samej tylko teorji, lecz na podstawie osobistego doświadczenia. Był taki, który się jej już oświadczył.
Z szczegółów tego zdarzenia zwierzyła się swym najbardziej zaufanym przyjaciółkom, te znów opowiedziały o wszystkiem swoim najzaufańszym przyjaciółkom, aż wreszcie cała szkoła dowiedziała się z wszystkiemi szczegółami o tej romantycznej przygodzie.
Naczelne stanowisko Reni w sprawach sentymentu, uważano za należne jej najzupełniej słusznie. Zuzia mogła być pierwszą w grze w koszykówkę, Ludka Wilder na scenie, Keren Hersey w geometrji, a Inka Wyatt - no, powiedzmy w bezkarności i zuchwalstwie - za to Renia była powszechnie uznaną powagą w sprawach sercowych i dopóki nie pojawiła się Mira Mertelle van Arsdale, nikt tego jej stanowiska nie kwestjonował.
Pierwszy miesiąc życia szkolnego był dla Miry Mertelle przykry. Mocnym jej punktem, na którym przywykła odznaczać się, były stroje, ale kiedy przybyła ze swemi czterema kuframi do Zakładu św. Urszuli, zauważyła ku wielkiemu swemu niezadowoleniu, że toalety tu na nic się nie zdadzą. Na polu mody mundurek szkolny sprowadzał wszystko do martwego punktu. Zato na innem polu mogła mieć widoki osiągnięcia wybitnego stanowiska. W porównaniu z bezbarwnem życiem innych dziewcząt jej własna historja sercowa była żywa, wobec czego Mira postanowiła uzyskać należne sobie miejsce.
Pewnej soboty, wieczorem - było to w październiku - jakie pół tuzina dziewcząt zebrało się w pokoju Reni. Panienki przykręciły płomień gazu i siedziały na stosach poduszek i poduszeczek. Przez okno szeroką strugą wlewało się światło księżycowe. Zpoczątku śpiewały cicho jakąś pieśń w tonacji molowej, ale pomału śpiew przeszedł w rozmowę. Rozmowa, zgodnie z światłem księżycowem i przelatującemi po niebie obłoczkami, miała zabarwienie uczuciowe i wkońcu naturalnie zeszła na Wielkie Przeżycie Reni. Ociągając się, lecz zachęcana i proszona gorąco przez koleżanki, opowiedziała znowu, swą historję - której "nowe" jeszcze nie słyszały, a która dla "starych" była zawsze nową.
Dekoracja sceny była wspaniała: Oświetlone księżycem piaszczyste wybrzeże, bijące o brzeg fale i szumiące sosny. Kiedy Renia przypadkiem opuściła jaki szczegół, słuchaczki jej, napamięć umiejące już całą historję, natychmiast ją uzupełniały.
- A on przez cały czas, jak mówił, trzymał cię za rękę! - wtrąciła Zuzia.
- Och, Reniu, naprawdę? - zabrzmiał jakby zawstydzony, chór "nowych".
- No - tak! Na samym początku wziął mnie za rękę i zapomniał wypuścić, a ja nie chciałam mu zrobić przykrości i nie zwróciłam mu na to uwagi.
- Co on mówił?
- Powiedział mi, że nie może beze mnie żyć.
- A co ty odpowiedziałaś na to?
- Że bardzo mi przykro, ale że będzie musiał.
- A co potem się stało?
- Nic się nie stało - musiała wyznać. - Zdaje mi się, że cośby się może stało, gdybym go była przyjęła, ale, jak widzicie, nie przyjęłam go.
- Ale ty byłaś wówczas jeszcze bardzo młoda! - podsunęła jej Ewelina Smith. - Jesteś pewna, że wiedziałaś co robisz?
Renia potwierdziła ruchem głowy z miną niepozbawioną jakby melancholijnego żalu.
- I owszem. Wiedziałam, że nigdy go nie pokocham, bo - bo - no, niech już będzie, powiem - bo on miał strasznie komiczny nos. Ten nos zpoczątku zwrócony był w jedną stronę, a potem nagle zmienił zdanie i zwrócił się w drugą.
Jej słuchaczki wolałyby, żeby raczej pominęła ten szczegół, ale Renia myślała wszystko dosłownie i była pozbawiona instynktu, który wytrawnemu opowiadaczowi każe pewne szczegóły opuszczać.
- Pytał mnie, czy nie może mieć nadziei, że ja zmienię zdanie - dodała w zamyśleniu. - Odpowiedziałam mu, że nie mogę go tak kochać, aby wyjść za niego zamąż, ale że zawsze będę miała dla niego szacunek.
- A co on wtedy powiedział?
- Powiedział, że nie popełni samobójstwa.
Zapadła głęboka cisza i podczas gdy Renia wpatrywała się w księżyc, wszystkie panienki wpatrywały się w Renię. Z lśniącemi, złotemi włosami i fiołkowemi oczami była w ich oczach ideałem bohaterki powieściowej. Ani im nawet na myśl nie przyszło zazdrościć jej; dziwiły się tylko i podziwiały ją. Z prawa przyrodzonego była koronowana na Królową Przygody miłosnej.
Mira van Arsdale, która bez słowa przysłuchiwała się opowiadaniu, pierwsza przerwała milczenie. Wstała, poprawiła uczesanie, obciągnęła bluzkę na sobie i grzecznie stłumiła ziewanie.
- Nonsens, Reniu! Tylko taka zwarjowana gąska, jak ty, może robić tyle krzyku o nic. Dobranoc, dzieci. Idę spać.
Skierowała się powoli ku drzwiom, ale w progu przystanęła, aby od niechcenia rzucić niby mimowolne wyznanie:
- Mnie oświadczono się już trzy razy.
Ta "obraza majestatu" wywołała szmer oburzenia całego kółka.
- Ona jest obrzydliwa mądrala i ja nie wierzę ani słowu z tego co ona mówi! - oświadczyła Zuzia z szczerą stałością, całując na dobranoc biedną, zmiażdżoną Renię.
To drobne starcie rozpoczęło erę naprężonych stosunków. Mira Mertelle zebrała koło siebie swe własne stronnictwo, a osobna koterja przyjaciółek Reni skupiła się pod sztandarem swej królowej. Te starały się wytłumaczyć zwolenniczkom Miry, że rodzaj romansu w obu wypadkach był całkiem inny. Mira mogła być bohaterką całego mnóstwa zwykłych flirtów, ale Renia była ofiarą uczucia, które nazywa się "une grande passion". Naznaczona była niemożliwą do usunięcia blizną, którą weźmie z sobą do grobu. W żarze swego partyjnego uwielbienia przechodziły do porządku nawet nad niekształtnym nosem bohatera i nad niezaprzeczonym faktem, że Renia zupełnie nie była swym konkurentem zajęta.
Ale Mira nie wyrzuciła jeszcze swych atutów. Naprzód zaczęły obiegać szkołę jakieś szepty, pod pieczęcią tajemnicy, rozumie się. Mira była beznadziejnie, nieszczęśliwie zakochana. Nie była to historja ostatnich wakacyj, ale paląca kwestja dnia. Współlokatorkę Miry nieraz budził w nocy jej płacz. Nie miała apetytu - to musiał przyznać cały stół. W połowie deseru, nawet kiedy były lody, zapominała o jedzeniu i siedziała z łyżką w podniesionej ręce, zapatrzona gdzieś daleko przed siebie. Kiedy jej zwracano uwagę, że siedzi przy stole, drgała, jakby popełniła coś złego i szybko sprzątała resztę z talerza. Opierając się na tem, przeciwniczki jej twierdziły, że mimo wszystko ona kończyła pierwsza i jadła nie mniej od drugich.
Co tydzień jedna godzina angielskiego poświęcona była w Zakładzie św. Urszuli ćwiczeniom w starodawnej sztuce pisania listów. Dziewczęta pisały listy do domu, opisując szczegółowo życie szkolne, dalej pisały do wymyślonych przyjaciółek, babek, braci uczących się w kolegjum i do małych siostrzyczek. W ten sposób uczono je wielkiej tajemnicy prawdziwego efektu literackiego - a mianowicie dostosowywania stylu do poziomu czytelników. Wreszcie dochodziły do punktu kulminacyjnego - a mianowicie do listu, w którym nieistniejącemu młodemu człowiekowi miały podziękować za nadesłanie nieistniejących kwiatów. Mira przysłuchiwała się poniekąd napuszonej stylizacji tych grzecznych i chłodnych listów z uśmiechem wyższości. Spoglądająca w jej stronę klasa znowu zadrżała.
Stopniowo szczegóły romansu zaczęły przedostawać się do powszechnej wiadomości. Ów pan był Anglikiem. - Mira spotkała go na pokładzie parowca - i pewnego dnia, po śmierci brata (brat cierpiał na jakąś nieuleczalną chorobę, która miała go sprzątnąć w przeciągu paru lat) miał odziedziczyć po nim wszystkie tytuły i cały majątek; jakie były te tytuły, Mira szczegółowo nie powiedziała. Bądź co bądź, ojciec jej był zaciekłym Amerykaninem i nie znosił Anglików ani tytułów. Nigdy nie pozwoliłby swojej córce wyjść zamąż za cudzoziemca. Jeśli odważyłaby się na coś podobnego, nie dostałaby od niego ani dolara. Ale ani Mira ani Cuthbert nie dbali o pieniądze. On miał mnóstwo własnych pieniędzy. Nazywał się Cuthbert St. John. Wogóle miał cztery nazwiska, ale Mira tak go najchętniej nazywała. Obecnie bawi w Anglji, gdzie go wezwano kablogramem z powodu krytycznego stanu zdrowia brata, ale kryzys minął już i Cuthbert wkrótce wróci. A wtedy -
Tu Mira zacisnęła wargi, tak że powstała tylko cienka, prosta kreska i wyzywająco patrzyła w przestrzeń.
- Wtedy jej ojciec zobaczy!
Wobec wstrząsającego realizmu tego romansu, mała, nieciekawa historja Reni rozpłynęła się w nicość.
Intryga zaczęła tężeć. Przeglądając listę przybywających statków, Mira oznajmiła swej współlokatorce, że on już przyjechał. Dał swego czasu jej ojcu słowo, że nie będzie do niej pisywał, ale wiedziała, iż w pewien sposób da jej o sobie znać.
A słowa jej sprawdziły się.
Następny ranek przyniósł bezimienny bukiecik fiołków. Dotychczas byli tacy, którzy wątpili - lecz wobec tego namacalnego dowodu sceptycyzm zniknął.
W niedzielę Mira, idąc do kaplicy, miała przypięte fiołki. Szkoła odpowiadała podczas nabożeństwa tak niedbale, że aż wstyd było - nikt nie uważał, wszystkie oczy utkwione były we wzniesionej twarzy Miry, po której błąkał się jakby nieprzytomny, daleki uśmiech. Inka Wyatt zwróciła uwagę, że Mira z wielką starannością usadowiła się w świetle kolorowego okna i że od czasu do czasu jej zamyślone oczy badawczo ślizgały się po twarzach koleżanek, aby sprawdzić, czy poza wywarła pożądane wrażenie. Ale szkoła odrzuciła insynuację Inki z oburzeniem.
Nareszcie Mira zatriumfowała i zdołała sobie zapewnić stanowisko głównej bohaterki, gdy mała, skromna Renia nie odgrywała już żadnej roli.
Tak sprawy szły przez kilka tygodni, porastając po drodze w różne momenty. W wieczory poniedziałkowe urządzano "Podróże po Europie". Z powodu wykładu o "Angielskich siedzibach wiejskich", ilustrowanych przezroczami, znów powstał w szkole rumor. Kiedy wyświetlono okazałą siedzibę wiejską, z terasami i z jeleniami skubiącemi trawę na pierwszym planie, Mira Mertelle nagle zemdlała. Gospodyni, która pośpieszyła do niej z butelkami wrzątku i z kolońską wodą, nie podała żadnej przyczyny zemdlenia, ale później szepnęła do ucha swojej współlokatorce, że to był dom, w którym "on" przybył na świat.
Fiołki w dalszym ciągu przychodziły co sobotę, a Mira stawała się coraz bardziej roztargniona. Nadchodził czas meczu piłki koszykowej z Highland-Hall, sąsiednią pensją dla dziewcząt. Przeszłego roku Urszulanki zostały pobite; byłoby wieczystą hańbą, gdyby je miała spotkać klęska jeszcze raz, bo uczennice Highland-Hallu były w jednej trzeciej ich ilości. Przewodniczka zagrzewała i gromiła opieszałą drużynę.
- Wszystkiemu winna Mira Mertelle i jej wściekłe fiołki! - skarżyła się zniechęcona Inka. - Pozbawiła je bojowego ducha.
Z drugiej strony nauczycielki nie bez przykrości zauważyły, że atmosfera jest przeładowana. Dziewczęta zbierały się w grupki, wyraźnie drżąc, kiedy je Mira Mertelle mijała. Panowała rozmarzona atmosfera księżycowa, która zgoła nieszczególne wyniki dawała w wypracowaniach łacińskich. Sprawa stała się wkońcu przedmiotem obrad zaniepokojonego ciała nauczycielskiego. Nie było pod ręką żadnych konkretnych faktów, wszystko opierało się na przypuszczeniu, ale źródło podniecenia było jawne. Całą szkołę porwała fala sentymentu, który stał się zaraźliwy, jak ospa. Wdowa skłaniała się do zdania, że najprostszym sposobem oczyszczenia atmosfery było odesłanie Miry Mertelle i jej czterech kufrów do rodzinnego ogniska i pozostawienie sprawy jej narwanej matce. Miss Lord - to było dla niej charakterystyczne - nastawała na wypowiedzenie walki aż do końca. Chciała siłą położyć kres głupstwu. Mademoiselle, która była wrażliwa na sentymenty, wyraziła obawę, że może to biedne dziecko istotnie cierpi. Mówiła o współczuciu i sympatji - ale ostatecznie wygrał dobroduszny, zdrowy rozum Miss Sallie. O ile zdrowie Zakładu św. Urszuli tego wymaga, Mira Mertelle musi go opuścić; ona jednak - Miss Sallie - jest zdania, że przy pomocy odrobiny dyplomacji tak zdrowie Zakładu jak i Mira Mertelle mogą być zachowane. Jeśli się tę sprawę pozostawi jej, postara się użyć swych własnych sposobów.
Miss Sallie była córką Wdowy. Powierzono jej praktyczną stronę Zakładu - zajmowała się kuchnią, kierowała służbą i przebiegała z końca w koniec dwieście akrów należącego do Zakładu folwarku. Poza takiemi sprawami, jak kucie koni, sianokos i robienie masła, starała się być użyteczną, gdzie tylko mogła. Nigdy nie uczyła, ale umiała trzymać uczennice w ryzach. Szkoła znana była z kar nigdzie indziej niestosowanych, a większość ich wylęgła się w głowie Miss Sallie. Jej przydomek "Dragonka" miał swe źródło w pełnym szacunku podziwie dla jej umysłowych zdolności.
Następny dzień był wtorek, którego to dnia Miss Sallie jeździła regularnie na inspekcję. Kiedy po śniadaniu, wciągając rękawice do powożenia, schodziła nadół, omal nie nastąpiła na Ludkę Wilder i Inkę Wyatt, które, wyciągnięte jak długie na podłodze, usiłowały wypędzić z pod wieszadła piłkę od golfu.
- Hallo, dziewczęta! - zabrzmiało wesołe pozdrowienie. - Możebyście się przejechały ze mną na folwark? Lećcie i powiedzcie Miss Wadsworth, że jesteście uwolnione od lekcyj popołudniowych.
Uradowane dziewczęta z gorączkowym pośpiechem włożyły płaszczyki i kapelusze. Przejażdżka do folwarku Round Hill była w Zakładzie św. Urszuli największą dostępną przyjemnością. Albowiem Miss Sallie - poza murami szkoły - była najweselszą i najbardziej towarzyską osobą w świecie. Po wesołej pięciomilowej przejażdżce przez bronzowo-żółty pejzaż październikowy, dziewczęta spędziły parę godzin na włóczeniu się po polach, dostały mleka z imbirowemi ciasteczkami w kuchni pani Spencer, poczem, wtłoczone między główki kapusty, kosze z jajami i masło, pojechały zpowrotem. Rozmawiały wesoło na mnóstwo najrozmaitszych tematów - o maskaradzie w Dniu Dziękczynienia, o tem, jakąby sztukę grać, o nadchodzącym meczu z Highland-Hall i o opłakanym nowym przepisie, nakazującym im czytać artykuły wstępne w dziennikach. Wkońcu, kiedy rozmowa na chwilę się urwała, Miss Sallie zapytała jakby od niechcenia:
- A propos, dziewczęta, cóż to znów opętało Mirę van Arsdale? Wysiaduje wciąż po kątach a wygląda jak zmokła kura.
Inka i Ludka spojrzały po sobie.
- Prawdę mówiąc - mówiła dalej Miss Sallie wesoło - widać doskonale, w czem rzecz. Nie napróżno od dziesięciu lat pracuję w szkole. Ten głuptasek udaje nieszczęśliwą miłość. Wiecie dobrze, że nie bawię się plotkami, ale ciekawi mnie, kto to taki - czy ten pan, który chodzi w kościele z tacą, czy też subjekt, który u Marsha i Elkinsa sprzedaje wstążki?
- Ani jeden, ani drugi! - odpowiedziała Inka śmiejąc się. - To jakiś arystokrata angielski.
- Co takiego? - zdziwiła się Miss Sallie.
- A ojciec Miry nienawidzi arystokratów angielskich - tłumaczyła dalej Ludka - i zabronił mu nawet widywać się z nią.
- Jej serce jest złamane! - rzekła Inka ze smutkiem. - Ona z tego ginie.
- A fiołki? - dopytywała się Miss Sallie.
- Obiecał, że nie będzie do niej pisywał, ale o fiołkach nie było mowy.
- Uhum, rozumiem teraz! - rzekła Miss Sallie.
I pomyślawszy chwilę, odezwała się:
- Dziewczęta, ja tę sprawę powierzam wam! Trzeba z tem skończyć.
- Nam?
- Niemożliwa rzecz, żeby cała szkoła mogła dalej być w takiem podnieceniu. Ale sprawa jest zbyt głupkowata, aby nauczycielki się nią mogły zajmować. Nie wypada nawet. Ta sprawa musi być uregulowana przez opinję publiczną. Dajmy na to, że wy spróbujecie zrobić wszystko, co będzie w waszych siłach. Zatwierdzę was jako komitet mający za zadanie przywrócenie szkole solidnej podstawy zdrowego rozumu. Wiem, że wam mogę zaufać; nie wygadacie się.
- Nie widzę dobrze, co my możemy zrobić! - rzekła Inka z pewnem powątpiewaniem.
- Zwykle nie brak wam pomysłów - schlebiała Miss Sallie z uśmiechem. - Dam wam carte blanche co do obrania odpowiedniego sposobu postępowania.
- A czy możemy powiedzieć Zuzi? - zapytała Ludka. - Musimy jej powiedzieć, bo my trzy -
- Polujemy razem? - Miss Sallie skinęła potakująco głową. - Powiedzcie Zuzi, ale nikomu więcej.
Na drugi dzień, Marcin, jadąc do miasta, aby załatwić codzienne sprawunki, wysadził przed kwiaciarnią Inkę i Zuzię, upoważnione przez szkołę do kupienia kwiatów dla żony rektora. Panienki weszły do sklepu z główkami zupełnie zaprzątniętemi współzawodniczącemi z sobą wdziękami czerwonych i białych róż. Zamówiwszy kwiaty i napisawszy bilecik, bezczynnie czekały na Marcina, który, wracając, miał je zabrać ze sobą. Przechadzając się koło lady, spostrzegły na samym wierzchu notatkę: - "Co soboty fiołki dla Miss Mirandy van Arsdale, Zakład św. Urszuli".
Przystanęły i przez dłuższy czas stały pogrążone w milczeniu. Właściciel sklepu zauważył ich zdziwienie.
- Czy panie znają może młodą damę, która zamówiła te fiołki? - zapytał. - Nie podała swego nazwiska, a ja radbym wiedzieć, czy ona życzy sobie, żebym je posyłał w dalszym ciągu.
- Nie, nie wiem, ktoby to mógł być - odpowiedziała Inka, z doskonale udaną obojętnością. - Nie pamięta pan jak wyglądała?
- Była - była w granatowym płaszczyku - odpowiedział po namyśle właściciel sklepu.
Ponieważ wszystkie sześćdziesiąt cztery uczennice z Zakładu św. Urszuli nosiły granatowe płaszcze, ten opis nie na wiele się zdał.
- O! - poddała śpiesznie Inka. - Była prawdopodobnie wysoka z bujnemi, żółtemi włosami -
- To ona! - odpowiedział właściciel z przekonaniem.
- To sama Mira! - szepnęła Zuzia.
Inka nakazała jej skinieniem głowy milczenie.
- Powiemy jej - obiecała. - Ale, ale! - zwróciła się do Zuzi. - Sądzę, że byłoby ładnie z naszej strony, gdybyśmy posłały Mirze trochę kwiatów od - od - naszego tajnego Związku. Obawiam się tylko, że w skarbcu mamy w tej chwili pustki. Muszą być jakieś kwiaty tańsze niż fiołki. Jakie pan ma najtańsze kwiaty? - zapytała właściciela sklepu.
- Mamy pewien gatunek małych słoneczników, używanych czasem chętnie dla dekoracji. Nazywamy je "Utnij i przyjdź znowu". Mogę paniom odstąpić sporą wiązankę za pięćdziesiąt centów. Wcale dobrze wyglądają.
- O to nam właśnie chodzi! Proszę, niech pan pośle wiązankę tych kwiatów Miss van Arsdale z tą oto kartką.
Inka wzięła niezapisaną kartkę i zmieniwszy pismo, napisała: - Pani niepocieszony C. St. J.
Wsunęła kartkę w kopertę, a potem ostro spojrzała w oczy właścicielowi.
- Czy pan jest masonem? - zapytała z wzrokiem utkwionym w półksiężycu widocznym w klapie jego marynarki.
- Tak! - przyznał.
- Wobec tego rozumie pan, co znaczy przysięga dotrzymania tajemnicy? Nie wolno panu nikomu powiedzieć, kto posłał te kwiaty. Wysoka młoda dama z żółtemi włosami z pewnością tu przyjdzie i będzie się chciała dowiedzieć, kto je posłał. Pan nie będzie mógł przypomnieć sobie. Być może, że to był nawet jakiś pan. Pan nic nie wie. Ten Związek tajny w Zakładzie św. Urszuli jest o tyle większą tajemnicą od masonerji, że nawet o samem istnieniu jego nikt nie wie. Rozumie pan?
Właściciel wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Ja - tak, proszę pani.
- Gdyby tajemnica się wydała - dodała niejasno - nie byłabym pewna pańskiego życia.
Wraz z Zuzią złożyły się po dwadzieścia pięć centów.
- To będzie kosztowne - westchnęła Inka. - Zdaje mi się, że będziemy musiały poprosić Miss Sallie o jakieś osobne subsydjum na czas trwania tego komitetu.
Kiedy kwiaty przyniesiono, Mira znajdowała się w swoim pokoju, otoczona całym dworem swych wielbicielek. Przyjęła pakunek z zakłopotaniem.
- Przysyła kwiaty w środę jak i w sobotę! - wykrzyknęła jej współlokatorka. - Musi być pogrążony w rozpaczy.
Mira otworzyła paczkę wśród podnieconego pomruku.
- Jakie piękne kwiaty! - wykrzyknęły dziewczęta chórem, choć nie bez lekkiego rozczarowania. Wolałyby, żeby to były czerwone róże.
Mira przyglądała się prezentowi przez chwilę z pełnem zdumienia osłupieniem. Tak długo grała komedję, że wreszcie sama uwierzyła w istnienie Cuthberta. Kółko przyjaciółek stało w oczekiwaniu i Mira zebrała wszystkie siły, aby odpowiednio przyjąć nieoczekiwany kryzys.
- Ciekawa jestem, co mogą oznaczać słoneczniki? - zapytała tkliwym głosem. - Muszą przynosić jakieś posłanie. Czy która z was zna mowę kwiatów?
Ani jedna panienka nie znała mowy kwiatów: ale wystarczyło im już samo przypuszczenie.
- Tu jest jakaś kartka!
To Ewelina Smith znalazła ją wśród gęstych liści.
Mira zrobiła ruch, jak gdyby chciała przeczytać kartkę sama na osobności, ponieważ jednak dotychczas co się tyczy zwierzeń była bardzo hojna, nie wypadało jej cofać się w punkcie tak zajmującym. Zaglądając przez ramię, przeczytały głośno:
- "Pani niepocieszony C. St. J." - O, Miro, pomyśl, jak on musi cierpieć!
- Biedak!
- Poprostu nie mógł już dłużej milczeć.
- On jest uosobieniem honoru - odpowiedziała Mira. - Nie chciał napisać prawdziwego listu, ponieważ przyrzekł, że pisać nie będzie, przypuszczam jednak - że tych parę słów...
Do pokoju wpadła Inka Wyatt, która właśnie przechodziła koło drzwi. Pokazano jej kartkę, mimo słabego oporu Miry.
- Pismo świadczy o bardzo silnym charakterze - zauważyła Inka.
Uznano to za ustępstwo z jej strony, bo ona jedna od początku uchyliła się od kultu Cuthberta St. John'a. Była przyjaciółką Reni.
Następne dni przyniosły Mirze cały szereg zdumiewających niespodzianek. Przyjąwszy pierwszą przesyłkę słoneczników, nie mogła nie przyjąć drugiej. Zagalopowawszy się raz, musiała brnąć dalej. Po kwiatach posypały się słodycze i książki w przerażającej obfitości. Słodycze nie były zbyt drogiego gatunku. - Inka znalazła w mieście dziesięciocentowy magazyn - zato pudełka, w jakich się mieściły, wynagradzały swą dekoratywnością to, czego cukierkom brakowało; aż się pstrzyły od róż i amorków. Do każdego prezentu dołączona była stale karteczka, czasem z inicjałami, a czasem z krótkim podpisem "Bertie". Nigdy jeszcze nie doręczano przesyłek pocztowych z tak niezawodną szybkością; rozumie się, wszystkie przechodziły przez ręce Miss Sallie. Sprawdzała ona szybko adres, pisała na pakunku "doręczyć", a służąca czekała tylko na chwilę, w której jego doręczenie mogłoby adresatce sprawić jak najwięcej ambarasu - to znaczy, kiedy Mira Mertelle otoczona była swym dworem.
W przeciągu kilku dni stał się Anglik Miry z przedmiotu westchnień przedmiotem żarcików i śmiechu. Jego literacki smak był tak samo niemożliwy, jak zły gust, jaki okazał przy przysyłaniu cukierków. Na załączonych karteczkach wypisywał tytuły, które w dobrem towarzystwie uchodziłyby za specjalność służby kuchennej. "Ukochana Utracona!" "Urodzona Kokietko!" "Cierniu w kwiecie pomarańczowem!" itd. Biedna Mira broniła się przed niemi, ale bezskutecznie - szkoła przyjęła Cuthberta i teraz za nic w świecie nie chciała się wyrzec zabawy kosztem jego brytyjskich nietaktów. Na widok służącej, pojawiającej się z pakunkiem, Mira truchlała. Ostatnim ciosem była dla niej przesyłka pełnego wydania w papierowej okładce - dzieł Marji Corelli.
- To nieprawda! On nigdy nie przysłałby tych książek! - łkała. - To ktoś pozwala sobie na niemądre żarty.
- Nie trzeba się zaraz tak gniewać - pocieszała ją Inka - że książki te nie należą do tych, jakie wybrałaby Amerykanka. Wiesz przecie, że Anglicy mają gust dziwaczny, zwłaszcza już co się tyczy książek. - Tam wszyscy czytają Marję Corelli.
Następnej soboty część wychowanek udała się do miasta dla załatwienia sprawunków i na poranek artystyczno-muzykalny. Między innemi były też panienki i w pewnym sklepie z artystycznemi reprodukcjami fotograficznemi, gdzie zamierzały nabyć reprodukcje starych mistrzów włoskich. Zainteresowanie się Inki Giottem nie było zbyt wielkie, skutkiem czego panienka zrobiła mały przegląd sklepu. Przerzucała podobizny aktorów. i aktorek i w pewnej chwili aż jej oczy błysnęły, gdy natrafiła na wielką fotografję, przedstawiającą jakiś niepospolicie zdobywczy, zarozumiały typ, z podkręconemi wąsami, z dołeczkiem w brodzie i z wielkiemi, pełnemi wyrazu, oczami. Był w stroju myśliwskim i dumnie demonstrował obnażoną szyję. Podobizna ta była ostatnim słowem Romansu Dwudziestego Wieku, a, co było wprost bezcenne, miała na sobie firmę londyńską!
Inka nieznacznie odciągnęła dwie członkinie komitetu, stojące w podziwie przed Fra Angelico i trzy zachwycone główki pochyliły się nad podobizną.
- Znakomita! - zawyrokowała Ludka. - Niestety, kosztuje półtora dolara.
- Wyrzekniemy się wody sodowej na zawsze! - westchnęła Zuzia.
- Drogo! - przyznała Inka - ale -
Tu popatrzyła się znowu w jasne, pełne wyrazu oczy.
- Doprawdy, mojem zdaniem ta fotografja warta tego.
Złożyły po pięćdziesiąt centów i fotografja stała się ich własnością.
Inka przez czoło przepisała tym śmiałym, zmienionym charakterem pisma, który Mira już znienawidziła, czułą dedykację w języku francuskim i podpisała pełnem nazwiskiem "Cuthbert St. John". Następnie włożyła ją do koperty i poprosiła poniekąd zdziwionego pomocnika handlowego, aby ją wysłał następnej środy rano, ponieważ to miał być prezent imieninowy i nie powinien przyjść przed oznaczoną datą.
Pakunek przyszedł pocztą o piątej popołudniu i został doręczony Mirze, kiedy dziewczęta gromadkami wychodziły z lekcyj popołudniowych. Mira przyjęła go w ponurem milczeniu i usunęła się do swego pokoju. Z jakie pół tuzina najczulszych przyjaciółek szło tuż za nią. Tyle się Mira namęczyła, aby zdobyć sobie swój własny orszak, a teraz nie mogła się go pozbyć.
- Otwórz to, Mirko, prędko!
- Jak myślicie, co to może być?
- To nie mogą być ani kwiaty, ani cukierki. On z pewnością wymyślił coś nowego.
- Wszystko mi jedno, co to jest!
Mira z irytacją wrzuciła pakunek do kosza na papiery.
Irma Mc Collough wyłowiła go i rozcięła sznurek.
- O, Miro, to jego fotografja! - pisnęła. - Jest do-praw-dy prze-pię-kny!
- Widziałyście kiedy takie oczy?
- Czy on wąsy fryzuje czy też naturalnie tak mu rosną?
- Czemu nie powiedziałaś nam, że on ma dołek w brodzie?
- Czy zawsze chodzi tak ubrany?
Mira wahała się między ciekawością a złością. Porwała fotografję, spojrzała tylko na tkliwe, pełne wyrazu oczy, i wrzuciła ją, wierzchem do góry, do szuflady biurka.
- Nie wspominajcie przede mną jego nazwiska! - rzuciła, kiedy, z zaciśniętemi ustami, zaczęła się czesać do obiadu.
Następnego piątku popołudniu - dzień sprawunków w miasteczku - Inka, Ludka i Zuzia wstąpiły do kwiaciarni - wyrównać rachunek.
- Dwie wiązanki słoneczników, dolara - zaczął właśnie z głębi sklepu wyliczać właściciel, gdy wtem za panienkami dały się słyszeć kroki i nagle znalazły się twarzą w twarz z Mirą Mertelle van Arsdale, pochyloną również nad rachunkiem.
- O! - wykrzyknęła gwałtownie. - Mogłam się była domyślić, że to wy trzy to zrobiłyście!
Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu, poczem osunęła się na plecione, trzcinowe krzesło i oparła głowę o ladę. W ostatnich czasach wylała tyle łez, że płynęły już automatycznie.
- Rozumie się - łkała - że rozgadacie to teraz wszystkim i wszyscy będą się ze mnie śmiali.
Trzy przyjaciółki spojrzały po sobie z nieprzejednanemi minami. Tych parę łez nie wzruszyło ich.
- Powiedziałaś o Reni, że jest zwarjowaną gąską, ponieważ robi tyle krzyku o nic - przypomniała jej Zuzia.
- A tymczasem on był przynajmniej prawdziwym, żywym człowiekiem - rzekła Inka - choćby nawet miał krzywy nos.
- Czy wciąż jeszcze myślisz, że ona była zwarjowaną gąską? - pytała Ludka.
- N-n-nie!
- Czy nie zdaje ci się, że byłaś o wiele szaleńsza od niej?
- T-tak.
- A przeprosisz Renię?
- Nie!
- Ależ to będzie zabawa - rzekła po namyśle Inka - jak opowiemy tę historję.
- Jesteście skończenie okrutne!
- Przeprosisz Renię czy nie? - zapytała Zuzia znowu.
- Tak - o ile przyrzekniecie mi nic nie mówić.
- Przyrzekniemy, ale pod jednym warunkiem - mianowicie, że zerwiesz z Cuthbertem St. Johnem i nigdy już o nim nie wspomnisz.
Następnego wtorku Cuthbert wyjechał do Anglji na Oceanic'u. Wychowanki Zakładu św. Urszuli ogarnęła gorączka gry w piłkę koszykową i atmosfera została oczyszczona od wszelkiej Romantyczności.
ROZDZIAŁ PIERWSZY: REFORMA.
- To wstyd! - rzekła Zuzia.
- Obelga! - dorzuciła Ludka.
- Najwyższa obraza! - oświadczyła Inka. - Rozdzielać nas po trzech latach razem przeżytych.
- Zwłaszcza, że wcale znów nie byłyśmy tak strasznie nieznośne w ostatnim roku. Cała masa dziewcząt ma znacznie więcej grzeszków na sumieniu.
- Tylko że nasza nieznośność trochę zanadto rzucała się w oczy! - przyznała Inka.
- Zato byłyśmy bardzo grzeczne przez ostatnie trzy tygodnie - przypomniała Ludka.
- A gdybyście tak zobaczyły moją nową współlokatorkę! - jęknęła Zuzia.
- Chyba nie może być gorsza od Irmy Mc Collough.
- Właśnie, że jest! Jej ojciec jest misjonarzem, a ona została wychowana w Chinach. Nazywa się Keren-happuch Hersey, tak jak najmłodsza córka Hioba. A jej nawet na myśl nigdy nie przyjdzie, że to imię jest śmieszne.
- Irmie - rzekła ponuro Ludka - przybyło dwadzieścia funtów w ciągu lata. Waży -
- Ale żebyście zobaczyły moją współlokatorkę! - wykrzyknęła Inka. - Nazywa się Miranda Mertelle Van Arsdale.
- Keren wciąż siedzi nad książką i myśli, że ja będę chodziła na palcach, aby jej nie przeszkadzać.
- A gdybyście słyszały, co Mira Mertelle wygaduje! Powiedziała mi, że jej ojciec był bankierem i chciała koniecznie wiedzieć, czem był mój. Ja jej powiedziałam, że mój ojciec był sędzią śledczym i całe życie zeszło mu na zamykaniu w więzieniu bankierów. Nazwała mnie za to źle wychowanem dzieckiem.
Tu Inka uśmiechnęła się łagodnie.
- Ile ma lat?
- Dziewiętnaście, a dwa razy już oświadczano się jej.
- Dziękuję! Dlaczego wybrała właśnie Zakład św. Urszuli?
- Jej ojciec i matka uciekli z domu i pobrali się jak mieli dziewiętnaście lat, a teraz się boją czy przypadkiem ona nie odziedziczyła po nich tych samych skłonności. Dlatego wybrali dla niej dobry, surowy zakład klasztornego typu. Mira nie potrafi się nawet uczesać sama bez służącej. Jest strasznie zabobonna na punkcie kamieni księżycowych. Nosi tylko jedwabne pończochy i nie cierpi siekaniny. Będę ją musiała nauczyć, jak się łóżko ściele. Do Europy jeździ tylko parowcami linji "White Star".
Inka rzucała te szczegóły naślepo. Wysłuchawszy jej z współczuciem, koleżanki dorzuciły garstkę własnych narzekań.
- Irma waży sto pięćdziesiąt dziewięć funtów i sześć uncyj bez ubrania - opowiadała Ludka. - Przywiozła ze sobą dwa kufry naładowane słodyczami. Pochowała je we wszystkich kątach pokoju. Chrupanie czekolady jest ostatnim dźwiękiem, jaki słyszę w pokoju w nocy - i pierwszym rano. Ani się nawet nigdy nie odezwie - i nic tylko żuje. Ma się wrażenie, że się mieszka z krową. A inne sąsiadki! Też miła paczka! Po drugiej stronie mieszka Kid Mc Coy, która sama jedna robi więcej hałasu, niż pół tuzina cow-boyów. Tuż obok mieszka znów nowa pensjonarka, Francuzka, - wiecie, to drobne, ładne dziewczątko z dwoma czarnemi warkoczami.
- Wygląda wcale sympatycznie! - zauważyła Inka.
- I byłaby sympatyczna, gdyby umiała mówić, ale cóż, kiedy ona zna zaledwie jakich pięćdziesiąt słów. Henrjetta Gladden, mieszkająca razem z nią, jest rozlazła i ponura jak homar, a na samym końcu korytarza jest pokój Eweliny Smith. Chyba wiecie same, co to za skończona idjotka z tej Eweliny.
- Och, to okropne! - zgodnie wykrzyknęły dziewczęta.
- To wina panny Lord! - rzekła Ludka. - Wdowa nigdy nie rozdzieliłaby nas, gdyby się do tego Lordunia nie wmieszała.
- I właśnie ja ją dostałam! - jęknęła Inka. - Wy dwie macie Mam'selle i Waddams, obie bardzo dobre, słodkie, dobroduszne jagniątka, ale dziewczęta z Wschodniego Skrzydła mają tylko pannę Lord i to po szyję.
- Pst! - ostrzegła ją Ludka. - Idzie!
Nauczycielka łaciny, wchodząc do pokoju, zatrzymała się w progu. Ludka wyzwoliła się z plątaniny sukienek, książek i poduszek, któremi zarzucone było łóżko, i wstała grzecznie. Inka zsunęła się nadół po białej poręczy żelaznej, a Zuzia zeskoczyła z kufra.
- Dobrze wychowane panienki nie skaczą po meblach.
- Tak jest, Miss Lord - mruknęły jednogłośnie, wpatrując się w nią trzema parami szeroko otwartych, w górę wzniesionych oczu. Z miłego doświadczenia wiedziały, że nic jej tak nie irytowało, jak takie uśmiechające się posłuszeństwo.
Wzrok Miss Lord krytycznie przebiegł pokój. Inka była wciąż jeszcze w kostjumie podróżnym.
- Proszę włożyć mundurek, Inko, i skończyć rozpakowywanie. Jutro rano kufry muszą być zniesione nadół.
- Tak jest, Miss Lord.
- Zuziu i Ludko, dlaczego nie wyszłyście z panienkami do ogrodu, aby użyć pięknej pogody jesiennej?
- Ależ nie widziałyśmy się z Inką tak długo, a teraz, kiedy nas rozdzielono - zaczęła Ludka, patetycznie wykrzywiwszy usteczka.
- Jestem przekonana, że wiele na tej zmianie skorzystacie. Wy, Inko i Zuziu, rozumiecie dobrze, że powodzenie w kolegjum, a nawet powodzenie - w całem waszem życiu, zależy przedewszystkiem od fundamentów tu założonych. Inka jest słaba w matematyce, a Zuzia w łacinie. Ludka mogłaby wydoskonalić się w języku francuskim. Zobaczymy, co potraficie, kiedy naprawdę zechcecie spróbować.
Obdzieliła trzy panienki krótkiem skinieniem głowy i wyszła.
- Pracujemy chętnie i pojętnie i kochamy swych nauczycieli! - zaśpiewała Inka z ironiczną przesadą, wyciągając granatową spódniczkę i bluzkę marynarską z wyszytemi na rękawie złotemi literami "Św. U."
Podczas kiedy Inka się przebierała, Zuzia i Ludka zabrały się do przenoszenia jej rzeczy z kufrów do biurka, tak jak im wpadały w ręce - starannie układając tylko w najwyższej szufladzie. Przepracowana, młoda nauczycielka, której niewdzięcznem zadaniem było przeglądanie w każdą sobotę rano sześćdziesięciu czterech biurek i sześćdziesięciu czterech szaf, nie była na szczęście podejrzliwa i nie szperała po kątach zbyt pilnie.
- A Lordusia niepotrzebnie robi tyle gwałtu o moją naukę - rzekła Zuzia, chmurząc się nad pękiem sukien, przewieszonych przez ramię. - Wyjąwszy łacinę, stoję ze wszystkiego dobrze.
- Uważaj, Zuziu! Depczesz po mojej nowej sukience do tańca! - wykrzyknęła Inka, wystawiając głowę z wycięcia w bluzce.
Zuzia machinalnie zeszła z błękitnego szyfonu i w dalszym ciągu roztaczała swe żale.
- Jeżeli im się zdaje, że obecność najmłodszej córki Hioba wpłynie korzystnie na moje wypracowania domowe...
- Ja poprostu nie mogę się uczyć, dopóki nie zabiorą Irmy Mc Collough z mego pokoju - zawtórowała jej Ludka. - Ona jest zupełnie jak bryła lepkiego ciasta.
- Zaczekajcie, póki nie poznacie Miry Mertelle!
Inka siedziała na środku pokoju wśród chaosu i patrzyła na swe przyjaciółki uroczyście otwartemi szeroko oczami.
- Przywiozła pięć długich sukni wieczorowych, a wszystkie jej trzewiki mają francuskie obcasy. Ale to jeszcze nienajgorsze.
Tu Inka zniżyła głos do konfidencyjnego szeptu.
- Ona ma coś czerwonego w jednym flakoniku. Mówi, że to do paznokci, ale ja widziałam, jak sobie tem różowała twarz.
- O, nie może być! - szepnęła ze zgrozą Ludka wraz z Zuzią.
Inka zacisnęła wargi i pokiwała głową.
- Mówię wam, zbuntujmy się! - wykrzyknęła Zuzia. - Zmuśmy Wdowę, żeby nas umieściła zpowrotem w naszych dawnych pokojach w Rajskiej Alei.
- Ale jak? - zapytała Inka z dwiema równoległemi zmarszczkami na czole.
- Powiemy jej, że nie zostaniemy tu, jeżeli tego nie zrobi.
- Toby było nadzwyczaj roztropne! - zadrwiła Inka. - Ona-by poprostu zadzwoniła, kazałaby Marcinowi zaprząc i zawieźć nas na stację na pociąg o szóstej trzydzieści. Myślę, że wtedy zrozumiałybyście nareszcie, że Wdowy nie potraficie wywieść w pole.
- Groźby na nic się tu nie przydadzą - przyznała Ludka. - Musimy się odwołać do jej uczucia - uczucia -
- Ludzkości - rzekła Inka.
Ludka wyciągnęła rękę i pomogła jej wstać.
- Wiesz, Inko, mówisz zupełnie rozsądnie. Chodźmy do niej nadół zaraz teraz, póki jeszcze odwaga w nas kipi. Ręce macie czyste?
Wszystkie trzy mężnie podeszły ku drzwiom kancelarji pani Trent.
- Spróbuję dyplomacji - szepnęła Inka, biorąc za klamkę na skutek zaproszenia z wewnątrz pokoju. - Wy dziewczęta, przytakujcie tylko głowami wszystkiemu, co powiem.
Inka użyła całej dyplomacji na jaką ją stać było. Rozwiódłszy się tkliwie nad długą przyjaźnią, jaka trójkę łączyła, oraz nad bólem, wynikłym z rozdzielenia jej, lekko przeszła do innego tematu i zaczęła mówić o nowych koleżankach.
- To są niewątpliwie bardzo miłe panienki - zakończyła grzecznie - tylko, widzi pani, to nie są odpowiednie dla nas towarzyszki. Strasznie trudno skupić całą uwagę przy odrabianiu lekcyj, jeśli się nie mieszka z myślącą tak samo koleżanką.
Pewne, poważne spojrzenie Inki miało oznaczać, że lekcje były jedynym celem jej istnienia. Przelotny uśmiech przemknął przez twarz Wdowy, która jednak już w następnej chwili przyoblekła się znowu w powagę.
- My musimy koniecznie tego roku zabrać się porządnie do nauki - dodała Inka. - Zuzia i ja mamy wstąpić do kolegjum i zdajemy sobie doskonale sprawę z konieczności odpowiedniego przygotowania. Rozumiemy dobrze, że powodzenie w kolegjum, a nawet powodzenie - w całem naszem życiu, zależy przedewszystkiem od fundamentów tu założonych.
Ludka ostrzegawczo trąciła ją w łokieć. To zdanie było zbyt wierną kopją słów Miss Lord.
- A oprócz tego - dodała Inka pośpiesznie - wszystkie moje rzeczy są niebieskie, a Mira ma czerwony parawan i żółtą poduszkę na sofie.
- To istotnie przykre! - przyznała Wdowa.
- Przyzwyczaiłyśmy się już do mieszkania w Rajskiej Al... - chciałam powiedzieć w Zachodniem Skrzydle - i będzie nam bardzo brakowało - ee - zachodów słońca.
Wdowa pozwoliła zapaść pełnemu oczekiwania milczeniu, podczas którego w zamyśleniu stukała w biurko binoklami. Trzy panienki z natężeniem patrzyły jej w twarz, jakby chcąc z niej wyczytać odpowiedź, ale była to maska, której nie mogły przeniknąć.
- Obecny stan rzeczy jest mniej więcej chwilowy - zaczęła pani Trent równym, spokojnym głosem. - Być może, pewne zmiany byłyby, mojem zdaniem, stosowne i pożądane. Tego roku mamy większą niż zwykle ilość nowych uczennic. Otóż zamiast trzymać je osobno, wydało mi się za najstosowniejsze pomieszać je z starszemi panienkami. Wy trzy jesteście już oddawna. Znacie tradycje szkoły. Dlatego - tu na twarzy Wdowy pojawił się uśmiech do pewnego stopnia jak gdyby figlarny - mam zamiar rozmieścić was jak gdyby misjonarjuszy wśród tych nowicjuszek. Pragnęłabym, żebyście wywarły na nie swój wpływ.
Inka wyprostowała się, zdumiona.
- Nasz wpływ?
- Nowa, która z tobą będzie mieszkać - mówiła dalej z niezmąconym spokojem pani Trent - jest na swój wiek zbyt rozwinięta. Mieszkała stale w pierwszorzędnych hotelach, a w takich warunkach pewne zmanierowanie młodego dziewczęcia jest rzeczą nieuniknioną. Spróbuj rozbudzić w niej zainteresowanie się sportami dziewczęcemi. Ty zaś, Ludko, mieszkasz razem z Irmą Mc Collough. Jak wiecie, jest to jedynaczka, obawiam, się że może trochę zepsuta. Byłoby mi miło, gdybyście zdołały wzbudzić w niej większe poszanowanie dla duchowej strony życia, niż dla materjalnej.
- Ja - ja spróbuję! - wyjąkała Ludka, olśniona niespodziewaną rolą reformatorki moralności.
- A znów za sąsiadkę masz małą Francuzkę, Aurelję Deraismes. Byłabym bardzo rada, Ludko, gdybyś zechciała czuwać nad jej postępami w naukach. Dzięki niej mogłabyś nabrać większej biegłości w potocznym języku francuskim, odwzajemniając się jej tem samem na polu znajomości języka angielskiego.
- Z tobą, Zuziu, mieszka -
Tu pani Trent włożyła binokle i przez chwilę szukała czegoś na wielkim arkuszu.
- Ach, tak. Keren Hersey, istotnie niepospolita panienka. Wy dwie znajdziecie niejedno co was wzajemnie zajmie. Córka oficera marynarki z pewnością znajdzie wiele punktów stycznych z córką misjonarza. Są podstawy do przypuszczeń, że Keren poważnie odda się studjom - nawet, o ile coś podobnego byłoby możliwe - zbyt poważnie. Nie ma i nie miała nigdy przyjaciółki, nie zna wesołego, szkolnego życia koleżeńskiego. Ona może nauczyć ciebie, Zuziu, jak pilniej przykładać się do nauki, a czy ty za to nie mogłabyś nauczyć jej być, powiedzmy, bardziej giętką i łatwiejszą do kierowania?
- Tak, proszę pani! - mruknęła Zuzia.
- Tak więc wysyłam was poniekąd w swojem własnem zastępstwie, jako duchowe reformatorki. Chciałabym, aby "stare" były przykładem dla nowoprzybyłych. Pragnę, aby prawdziwą kierowniczką szkoły była pewna, zdrowa Opinja Publiczna. Wy trzy macie niemały wpływ. Zastanówcie się, co możecie zrobić w kierunkach przeze mnie wytkniętych - jak i w innych, które mogą się wyłonić w miarę, jak będziecie bliżej obcować z koleżankami. Obserwowałam was bacznie przez trzy lata i pokładam jak największą ufność w waszym z gruntu zdrowym rozumie.
Skinęła głową na znak pożegnania i trzy panienki znowu znalazły się w hallu. Spoglądały po sobie przez chwilę w pełnem zdumienia milczeniu.
- Duchowe reformatorki! - wykrztusiła Ludka.
- Przejrzałam Wdowę nawskroś - odezwała się Inka. - Wyobraża sobie, że wynalazła nowy sposób kierowania nami.
- Ale ja jakoś nie widzę, żebyśmy mogły wrócić do Rajskiej Alei! - skarżyła się Zuzia.
Oczy Inki błysnęły nagle. Chwyciła koleżanki za łokcie i wprowadziła je do pustej klasy.
- Zrobimy to!
- Niby co? - zapytała Ludka.
- Damy się wziąć na lep tej reformie szkolnej i będziemy się jej trzymać - z całej siły - zobaczycie! I po dwóch tygodniach wrócimy do Rajskiej Alei.
- Hm! - mruknęła Zuzia. - Jestem tego zdania, że mogłybyśmy to zrobić.
- Zaczniemy od Irmy - rzekła Ludka, natychmiast przeskakując myślą do szczegółów. - Postaramy się, żeby straciła swych dwadzieścia zbytecznych funtów wagi. To prawdopodobnie miała na myśli Wdowa, mówiąc, że pragnęłaby widzieć ją mniejszą materjalistką.
- Zrobimy ją chudą w mgnieniu oka! - potwierdziła Inka energicznym ruchem głowy. - A Mirze Mertelle damy dozę bujnie pieniącej się dziewczęcości.
- Keren zaś - wtrąciła Zuzia - nauczymy swawoli i zaniedbywania lekcyj.
- Ale nie ograniczymy się bynajmniej do nich trzech - mówiła Ludka. - Wdowa powiedziała przecież wyraźnie, że pragnie, abyśmy wywierały wpływ na całą szkołę.
- O, naturalnie! - zgodziła się Inka i z zapałem zaczęła recytować nazwiska z listy szkolnej. - Kid Mc Coy używa zbyt wielu wyrażeń gwarowych. Nauczymy ją dobrych manier. Renia nie lubi się uczyć. Naszpikujemy ją algebrą i łaciną. Henrjetta Gladden jest galaretowatą rybą, Mary Daskam strasznym małym kłamczuchem, Ewelina Smith jest głupią gąską, Nancy Lee plotkarką.
- Kiedy się tak zacznie myśleć o tem wszystkiem, widzi się, że każdej możnaby coś zarzucić - rzekła Ludka.
- Wyjąwszy nas! - poprawiła Zuzia.
- Tta-ak! - przyznała Inka, cofając się myślą wstecz. - Nie mogę sobie wprost przypomnieć czegoś, coby nam można było zarzucić - nie dziwię się, że postawiono nas na czele reformy.
Ludka poskoczyła żywo, rzekłby kto - uosobienie energji.
- Chodźcie! Połączymy się z naszemi małemi towarzyszkami zabawy i rozpoczniemy pracę dla dobrej sławy. Niech żyje wielkie Stronnictwo Pracy!
Wyszły przez otwarte okno w sposób obcy wszelkim przepisom czwartkowych wieczorowych lekcyj dobrych manier. Tłumy dziewcząt w granatowych bluzkach marynarskich zebrane były na placu rekreacyjnym.
- Widzicie, tam jest Irma! Wciąż żuje!
Ludka wskazała głową wygodną ławkę, ustawioną w cieniu, w pobliżu placu tennisowego.
- Zabawimy się w cyrk! - zaproponowała Inka. - Każemy Irmie i Mirze Mertelle biegać z obręczami dokoła placu rekreacyjnego. W ten sposób zabijemy dwie muchy naraz. Irma zacznie chudnąć, a Mira stanie się znów dziewczęciem.
Bieganie z obręczą było specjalnością Zakładu św. Urszuli. Nauczycielka gimnastyki była przekonaną, że w ten sposób uczy dziewczęta biegu. Jedenaście biegów dokoła owalnego placu rekreacyjnego równało się mili, a mila przebiegnięta z obręczą uwalniała na cały dzień od gimnastyki ciężarkami i maczugami. Trzy panienki zniknęły w piwnicy i wyszły stamtąd z obręczami tak wielkiemi, jak one same. Inka objęła komendę nad całą wyprawą i natychmiast zaczęła wydawać rozkazy.
- Ludko, ty pobiegniesz z Keren i wytrzęsiesz ją, jak tylko będziesz mogła; musimy złamać jej upór i pedanterję. A ty, Zuziu, zajmij się Mirą Mertelle. Nie pozwalaj jej na przybieranie min dorosłej panny. Jeśli ci powie, że się jej dwa razy oświadczano, powiedz jej, że tobie oświadczano się tyle razy, że już straciłaś rachubę. Trzymaj ją cały czas ostro. Ja się zabawię w trenera słoni i zmuszę do biegu Irmę; pod koniec zrobi się zwinna, jak pełna wdzięku gazela.
Przystąpiły do wykonania poszczególnych zadań. Skończył się spokój w szkole św. Urszuli, nastał dla niej czas reformatorskich męczarń.
W dwa tygodnie później w pracowni Wdowy odbywała się w piątek wieczorem nieoficjalna konferencja. Właśnie przed pięciu minutami zadzwoniono na "zgaszenie świateł" i trzy zmordowane nauczycielki, wyzwolone wreszcie od swych miłych dziewięciogodzinnych obowiązków, omawiały swe strapienia z dyrektorką, podczas gdy powierzone ich pieczy dziewczęta spały.
- Ale cóż one właściwie zrobiły? - zapytała pani Trent chłodnym tonem sędziego, widząc, że jej wysiłki zatamowania fali okrzyków są daremne.
- Trudno wskazać palcem jakiś konkretny fakt - rzekła swym tremolującym głosem Miss Wadsworth. - O ile mogłam zauważyć, w niczem przeciw przepisom nie wykroczyły, ale - wytworzyły atmosferę.
- Niema w moim korytarzu dziewczynki - odezwała się Miss Lord, z zaciśniętemi wargami - która nie przyszłaby, każda zosobna, do mnie z błaganiem, aby Inkę wraz z Zuzią i Ludką przenieść napowrót do Zachodniego Skrzydła.
- Inka! Mon Dieu! - wykrzyknęła Mademoiselle, wznosząc w niebo parę wymownych oczu. - Co ta dziewczyna ma w głowie! To złośliwy chochlik w całem znaczeniu słowa.
- Przypomina sobie pani - zwróciła się Wdowa do Miss Lord - że kiedy pani proponowała, aby je rozdzielić, ja mówiłam, że to eksperyment bardzo wątpliwy. Kiedy są razem, wyładowują swój temperament wzajemnie na sobie; rozdzielone -
- przewracają do góry nogami całą szkołę! - wykrzyknęła Miss Wadsworth, bliska łez. - Prawdę mówiąc, one bynajmniej nie mają tego zamiaru, ale ich nieszczęsne skłonności -
- To się pani tylko zdaje - oczy Miss Lord błysnęły. - Jak tylko wyjdą z klasy, natychmiast zaczynają obmyślać nowe jakieś psoty.
- Ale co właściwie zrobiły? - nastawała pani Trent.
Miss Wadsworth umilkła, zastanawiając się, jakie przykłady wybrać z bogatego materjału, jakim rozporządzała.
- Naprzykład: Pewnego razu zastałam Zuzię pilnie przerzucającą linją zawartość szuflad biurka Keren, a kiedy ją spytałam, co robi, bez cienia zakłopotania odpowiedziała, że stara się nauczyć Keren, aby nie była tak bardzo pedantyczna i że robi to na żądanie pani Trent.
- Hm! Ja sobie wprawdzie to inaczej wyobrażałam, ale mniejsza z tem! - mruknęła Wdowa.
- Najwięcej jednak zakłopotało mnie coś, co znajdowało się jakby na granicy bluźnierstwa - mówiła dalej Miss Wadsworth z wahaniem. - Keren ma bardzo religijny sposób myślenia, z którym jednak łączy nieszczęsny zwyczaj modlenia się głośno. Pewnego wieczoru po dniu, który jej cierpliwość wystawił na próbę większą, niż zwykle, modliła się, aby Bóg przebaczył Zuzi jej dokuczliwość. Wobec tego Zuzia uklękła przed łóżkiem i zaczęła się modlić, aby Keren stała się mniej kategoryczną i upartą, a za to skłonniejszą do zabawy z koleżankami z należytą szczerością i prostotą ducha. Był to - no, istotnie, możnaby to nazwać czemś w rodzaju wyścigów w modlitwie.
- Shocking! - wykrzyknęła Miss Lord.
- A znowu mała Aurelja Deraismes - one zaczęły ją ćwiczyć... w... w... potocznym języku angielskim. Wyrażenie, jakie w mojej obecności powtarzała, nie należało bezwarunkowo do tych, jakich używają panie z towarzystwa.
- Cóż to za wyrażenie? - zapytała Wdowa, z nutką wyczekiwania w głosie.
- A to morowa awantura!
Miss Wadsworth stanęła cała w ponsach, do tego stopnia nawet samo powtórzenie tak wątpliwego wyrażenia było sprzeczne z jej naturą.
Wargi Wdowy drgnęły. Było faktem, opłakiwanym zresztą przez jej pomocnice, iż jej poczucie humoru niejednokrotnie brało górę nad poczuciem sprawiedliwości. Bardzo niegrzeczna dziewczynka, o ile udało się jej być śmieszną, mogła mieć nadzieję, że wyjdzie z opresji cało, podczas gdy tak samo niegrzeczna dziewczynka, której nie udało się Wdowy rozśmieszyć, w całej pełni ponosiła za swe przewinienie karę, na jaką zasłużyła. Na szczęście, naogół biorąc, szkoła nie wiedziała o tym słabym punkcie zbroi Wdowy.
- Ich wpływ - zabrała głos Miss Lord - działa deprymująco na szkołę. Mira van Arsdale mówi, że pojedzie do domu, jeśli jej każą dłużej mieszkać w tym samym pokoju z Inką Wyatt. Nie wiem o co tu chodzi, lecz -
- Ja wiem! - przerwała Mademoiselle. - Cała szkoła śmieje się z tego. To ta historja z postiche'em.
- Z czem?
Wdowa podniosła głowę. Angielszczyzna Mademoiselle była czasem trudna do zrozumienia. Francuzka bezstronnie mieszała oba języki.
- Postiche, to - trochę włosów - żeby zrobić pompadour. Zeszłego tygodnia, jak miały być żywe obrazy, Inka pożyczyła postiche i zabarwiła na niebiesko, żeby zrobić brodę dla Sinobrodego. Ale ponieważ postiche był z natury żółty, więc zrobił się zielony i ten kolor nie dał się już wyprać. Postiche jest ruiną - zupełną ruiną - a Inka jest bardzo zmartwiona. Przepraszała. Myślała, że to się da wyprać, ale skoro nie chce się dać wyprać, powiedziała Mirze, żeby ona sobie pomalowała włosy na kolor postiche'u, a Mira straciła cierpliwość i zwymyślała ją. Wtedy Inka zaczęła udawać, że płacze i położyła ten zielony pęk włosów na łóżku Miry, w wieńcu kwiatów, powiesiła na drzwiach pończochę niby krepę i zaprosiła dziewczęta na pogrzeb i wszyscy śmieli się z Miry.
- Zupełnie słusznie! - odezwała się Wdowa. - Nie myślę popierać noszenia sztucznych włosów.
- Ale tu idzie o zasadę - rzekła Miss Lord.
- A ta biedna Irma Mc Collough! - opowiadała dalej Mademoiselle. - Tonie we łzach! Te trzy nastają na nią, żeby koniecznie zrobiła się chuda, a ona wcale nie chce być chuda.
- Zanim siądzie do stołu, zabierają jej masło - potwierdziła Miss Wadsworth. - Nie pozwalają jej zjeść deseru, zabraniają jej słodzić rano owsianą kaszę. Każą się jej bezustannie gimnastykować, a gdy ona mi się skarży, karzą ją za to.
- Zdaje mi się - rzekła Wdowa, nie bez sarkazmu - że Irma jest dość wielka, aby się móc obronić.
- Ma aż trzy przeciw sobie! - zauważyła Miss Lord.
- Zawołałam Inkę do swego pokoju - mówiła Miss Wadsworth - i zażądałam od niej wyjaśnienia. Powiedziała mi, iż zdaniem pani Trent, Irma jest za tłusta i że zażądała pani od niej i od jej przyjaciółek, aby pozbawiły Irmę zbytecznych dwudziestu funtów! Inka dodała, że to bardzo ciężka praca, że one same przy tem chudną, ale zdają sobie sprawę z tego, że są starszemi wychowankami zakładu i powinny wywierać pewien wpływ na szkołę. Jestem przekonana, że mówiła to szczerze. Rozwodziła się też szeroko nad odpowiedzialnością moralną i nad tem, że starsze panienki powinny świecić przykładem.
- To właśnie jej bezwstydne zuchwalstwo wyprowadza człowieka zupełnie z równowagi - rzekła Miss Lord.
- Oto - właśnie Inka! - roześmiała się Wdowa. - Muszę wyznać, że wszystkie trzy są nadzwyczaj zabawne. To dobry, zdrowy figiel i chciałabym, żeby takich figlów było jak najwięcej. One nie przekupują służących, aby im odnosiły listy na pocztę lub przemycały słodycze, nie flirtują z przekupniem wody sodowej. Tym trzem przynajmniej można ufać.
- Ufać! - wykrztusiła Miss Lord.
- Rozumie się, drobniejszy jakiś przepis przekroczą z jak największą, pełną radości ochotą - potwierdziła skinieniem głowy Wdowa. - Ale nie dopuszczą się nigdy choćby najmniejszej rzeczy niehonorowej.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi i zanim kto miał czas odpowiedzieć, drzwi się otwarły i w progu pojawiła się Keren-happuch. Jedną ręką przytrzymywała poły jaskrawego japońskiego kimona, drugą zostawiła dla gestykulacji. Kimono usiane było pożerającemi ogień smokami, wielkości kotów, a czerwona z gniewu twarz Keren z rozpuszczonemi włosami wydała się widzom jakby uzupełnieniem dekoratywnego szkicu. Kancelarja Wdowy była miejscem świętem, przeznaczonem na rozmowy urzędowe; nigdy jeszcze żadna uczennica nie zjawiła się tu w stroju tak mało ceremonjalnym.
- Keren! - wykrzyknęła Miss Wadsworth. - Co się stało?
- Proszę umieścić w mym pokoju inną koleżankę! Z Zuzią dłużej już wytrzymać nie mogę. Urządziła w mym pokoju przyjęcie z powodu urodzin.
- Jakich urodzin? - zwróciła się pani Trent z pytaniem do Miss Wadsworth.
Miss Wadsworth smutno przytaknęła głową.
- Wczoraj były urodziny Zuzi. Dostała paczkę od ciotki. Ponieważ dziś mamy piątek wieczór.
- Oczywiście.
Wdowa zwróciła się ku tragicznej postaci na środku pokoju.
- To jest twój pokój tak samo jak Zuzi i -
Keren rozgadała się na dobre. Cztery panie aż się pochyliły naprzód, aby móc wyłowić jakiś sens z tej powodzi słów.
- One urządziły sobie stół z mego łóżka, dlatego, że ono stało na środku pokoju, i Inka przewróciła postawiony na środku dzbanuszek z czekoladą. Ona mówi, że to przypadek - ale ona to zrobiła naumyślnie - wiem z całą pewnością. A ponieważ ja zrobiłam jej z tego powodu wymówkę, Zuzia powiedziała, że to niegrzecznie zwracać uwagę, gdy gość coś rozleje i - wylała mi szklankę soku porzeczkowego na poduszkę, aby pocieszyć Inkę. W ten sposób powinna - jej zdaniem - postąpić grzeczna gospodyni; tak je uczono zeszłego roku na kursie dobrych manier. Wszystko przemokło od czekolady, a wtedy Ludka Wilder powiedziała, że to szczęście, że ja jestem taka chuda, ponieważ będę mogła skulić się dokoła plamy; gdyby się to zdarzyło Irmie Mc Collough, musiałaby spać w czekoladzie, bo jest taka wielka, że zajmuje całe łóżko. A Zuzia powiedziała, że powinnam być wdzięczna Panu Bogu za to, że jutro jest sobota, bo dostaniemy czystą pościel, bo mogło się zdarzyć tak, że musiałabym spać w tej kałuży czekoladowej cały tydzień. A wtedy zadzwoniono na gaszenie świateł i one kazały mi to wszystko doprowadzić do porządku i poszły, a gospodyni poszła już spać i nie dostanę już czystej bielizny, a ja nie chcę w takiem łóżku spać. Nie przywykłam spać na czekoladowem prześcieradle. Nie lubię Ameryki i nie cierpię dziewcząt.
Z policzków Keren kapały łzy na smoki, pożerające ogień. Nie mówiąc ani słowa, Wdowa wstała i zadzwoniła.
- Kasiu! - rzekła, kiedy dyżurna służąca pojawiła się w drzwiach. - Proszę cię, daj świeżą bieliznę na łóżko panny Keren i prześciel je. To na dziś wystarczy, Keren. Kładź się czem prędzej spać i nie trajkocz już. Nie trzeba niepokoić innych dziewcząt. Jutro pomyślimy o przeniesieniu innej koleżanki do twego pokoju.
Kasia wyszła wraz z obrażonemi smokami.
Nastąpiło milczenie, podczas którego Miss Wadsworth wymieniała rozpaczliwe spojrzenia z Mademoiselle, zaś Miss Lord ściągnęła silniej rzemienie swej zbroi.
- Widzi pani - rzekła triumfująco - gdy posunęły się aż do prześladowania biednej, małej -
- Stosownie do doświadczeń jakie poczyniłam na polu życia szkolnego - oświadczyła pani Trent stanowczo - jeśli dziewczynka jest prześladowana, to zawsze z własnej winy. Keren jest beznadziejnie zarozumiała -
- W każdym razie nie może pani jednak pozwolić, aby znosiła -
- O, naturalnie, zrobię wszystko co będę mogła, aby przywrócić spokój. Jutro rano do pokoju Keren przeniesie się Irma Mc Collough, zaś Inka, Ludka i Zuzia powrócą do swych dawnych pokojów w Skrzydle Zachodniem. Pani, Mademoiselle, zagraża to do pewnego stopnia -
- Kiedy są razem, nic sobie z nich nie robię. Wtenczas są - jakby to powiedzieć - zabawne, wnoszą dużo ożywienia. Trudności powstają dopiero wówczas, kiedy się je rozdzieli i zmiesza z drugiemi.
Miss Lord zdumiała się.
- Czy pani chce przez to powiedzieć, że pani chce je nagrodzić za ich brzydkie postępowanie? Przecież one właśnie do tego tylko dążyły!
- Musi pani przyznać - uśmiechnęła się Wdowa - że się napracowały. Wytrwałość zasługuje na uznanie.
Następnego rana Inka, Ludka i Zuzia, dźwigając pełne naręcze sukienek, kapeluszy i poduszek na sofę, wesoło tańczyły two-steppa wzdłuż całego korytarza "Rajskiej Alei", przeprowadzając się w asystencji całej szkoły, która wreszcie odetchnęła. Ujrzawszy wśród tego tłumu Miss Lord, zaczęły chórem śpiewać popularną szkolną piosenkę:
My chodzimy do kaplicy chętnie,
Kaznodziei słuchać co niedzieli,
Pracujemy pilnie i pojętnie
I kochamy swych nauczycieli!