Władza jest kobietą - Charlotte Mils, K.E. December, A. November, Arizona Dakota

-
Proszę czekać

Prolog

Dlaczego kobietom władza przeważnie kojarzy się z walką o nią? Czyż nie dlatego, że praktycznie przez całe życie muszą się przepychać łokciami, aby udowodnić swoją wartość, zdobyć szacunek i stać się niezależne? Ktoś mógłby powiedzieć, że to przesada. Kobiety to nie wojowniczki i każda powinna znać swoje miejsce. Najlepiej w domowym zaciszu, piekąc ciasteczka na szkolne przedstawienia, próbując ogarnąć gromadkę dzieci i dogodzić zapracowanemu mężowi wtedy tylko, kiedy oczywiście to on ma na to ochotę, czyli jakieś dwa do czterech razy dziennie. Dobrze by było, żeby w istotnych kwestiach nie zabierały głosu, bo przecież co one mogę wiedzieć o...? No właśnie, o czym?

Mowa tu o życiu.

Życiu nie zawsze kolorowym, ponieważ jeżeli dorosłe kobiety tracą niezależność i spotykają się na co dzień z brakiem szacunku, to zaczynają czuć się jak zwierzęta w klatce, osaczone i same przeciwko całemu światu. Czyż to właśnie nie one wiedzą wystarczająco o życiu? A co mogą wiedzieć o bólu, odrzuceniu i desperacji cztery małe dziewczynki, którym wyrwano z rąk ich przyszłość? Nawet jeśli życie nie jest dla nich łaskawe, to i tak niewiele mogą zrobić. Spuścić głowę, bawić się lalkami w wymarzony dom i podporządkować się otaczającej rzeczywistości.

Mikayla.

Meghan.

Adeline.

Nikki.

Dorosłe kobiety doświadczone przez życie, które widziały więcej na własne oczy niż przeciętny Amerykanin, wyprowadziły się z rodzinnych domów w Hell's Kitchen, by znaleźć szczęście. Tylko czasami trzeba było o to szczęście powalczyć, a towarzyszyły temu często łzy i krew.

Młode wyjątkowe kobiety, które wyrosły z biedy, patologicznych rodzin, a nawet przeżyły własną śmierć, potrzebowały stoczyć swoje własne walki, więc dla nich władza przybrała postać indywidualnej potrzeby. Było to coś, co trzymało je na powierzchni, nie pozwalało utonąć.

Czasami niezdrowe dążenie do tego uczucia pozostawiało za sobą opłakane skutki. Cztery przyjaciółki i cztery różne osobowości, które łączył wspólny mianownik w dążeniu do upragnionej wolności. Tym mianownikiem była władza. Absolutna i niepodważalna. Najczęściej nad mężczyznami.

***

**

*

Na dwa tygodnie przed Dniem św. Patryka cała dzielnica Hell's Kitchen stawała się Irlandią. Zrobiło się bardzo zielono i świątecznie, dlatego ta niedziela była dla przyjaciółek dobrą okazją do podziwiania przystrojonych na zielono pubów i witryn sklepowych. Szczególną atrakcję stanowił zaplanowany wypad na pchli targ o wdzięcznej nazwie "Hell's Kitchen Flea Market", który co prawda odbywał się co niedzielę, ale prócz Adeline, żadna z dziewczyn nie mieszkała już w tej części Nowego Jorku.

Pogoda, pomimo lekkiego mrozu, była bardzo przyjemna i w powietrzu można już było wyczuć zapach zbliżającej się wiosny. Dziewczyny bardzo rzadko miały okazję się spotkać we czwórkę, dlatego każda czekała z niecierpliwością na ten dzień. W pierwszej kolejności umówiły się na lunch w Twins Irish Pub, który znajdował się przy Dziewięćdziesiątej Pierwszej Alei. Zdaniem Nikki to najfajniejszy bar w Hell's, a można jej było wierzyć na słowo, ponieważ w swoim życiu imprezowała we wszystkich możliwych knajpach w ich dzielnicy i tylko ten pub dawał jej radę, bo zaliczyła w nim niejeden nokaut. Pub serwował tradycyjną irlandzką kuchnię oraz mógł się pochwalić długą listą piw na czele z osławionym Guinnessem. Ciemne irlandzkie piwo było uwielbianym trunkiem przez Meghan, która w dniu swoich osiemnastych urodzin wygrała organizowane raz w roku zawody w piciu Guinnessa na czas. Rekord świata w wypiciu jednego litra wynosił sekundę i trzy dziesiąte, a dziewczyna wypiła litr piwa w trzy i dwie dziesiąte sekundy. Oczywiście kilkanaście razy poprawiała rekord, w wyniku czego, dziewczyny musiały wynieść ją z baru.

W niedzielne południe wybiła godzina zero i Adeline praktycznie biegła na Dziewięćdziesiątą Pierwszą, żeby nie spóźnić się na spotkanie z dziewczynami. Po "incydencie" - jak to nazywała - z bardzo wielkim, bardzo niemiłym i chyba bardzo przystojnym mężczyzną, była roztrzęsiona i nie mogła się skupić.

Nie! Miała rozjebaną konstrukcję.

Cały czas widziała jego usta - w lusterku, w witrynie sklepowej, na sprzedawcy hot dogów. Znajdowały się wszędzie, a najgorsze było to, że wyobrażała sobie, że ma je na sobie i delikatnie ją muskają...

- Stop! - warknęła sama do siebie i zatrzymała się tuż przed wejściem do pubu.

Przez szybę dostrzegła ściskające się dziewczyny. Brakowało tylko jej. Szybciutko zerknęła w szybę witryny na swoje bardzo rozpalone policzki i kilka razy odetchnęła głęboko, nawet nie próbując myśleć, co się dzieje w jej majtkach przez te szalone myśli. Pchnęła drzwi i ruszyła z szerokim uśmiechem do stolika. Pierwsza zobaczyła ją Nikki.

- I oto ona! Nasza Tiny! - rzuciła się na przyjaciółkę.

Do oczu Adeline nabiegły łzy. Zawsze beczała, bez względu na okoliczności, ale tylko przy nich. Nigdy nie pozwalała sobie na taką słabość przy innych ludziach. Te trzy przyjaciółki przypominały jej stare czasy, gdy ich przyjaźń trzymała przy życiu każdą z nich.

- Boże, zaraz chyba spłonę! - Usiadła z plaskiem na krzesło, kiedy już wyściskała się z całą trójką.

- No właśnie! A co to się stało, że płoniesz? - zapytała Mikayla, puszczając oko do dziewczyn.

Wszystkie widziały jej rumieńce i rozedrganie.

- Miałam incydent.

- Jaki, kurwa, incydent? - Meghan popatrzyła na Adeline, jak na wariatkę. Jako prawniczka zawsze interesowała się konkretami, nie lubiła czczej paplaniny.

- Możliwe, że potrąciłam mężczyznę. - Adeline spojrzała na zszokowane przyjaciółki.

- Tiny, co ty pierdolisz? - zniżyła konspiracyjne głos Nikki i rozejrzała się po pubie.

- A ty co, z FBI jesteś? - wypaliła Adeline, zauważając jej dziwne zachowanie.

- Jest z FBI - odparła Meghan, pokazując język siedzącej obok pani analityk.

Nikki spojrzała zdezorientowana na obie przyjaciółki, ale natychmiast uciekła wzrokiem, próbując uniknąć dalszej dyskusji na ten temat. Pochwaliła się swoim awansem i tytułem młodszego analityka w FBI. Teraz tego żałowała.

Adeline zrobiła duże oczy i spojrzała na Kaylę.

- Mnie nie pytaj. - Podniosła ręce w geście poddania. - Ale do rzeczy. Jak to możliwe, że potrąciłaś mężczyznę? Ty jesteś ostrożna, zawsze... Co to za gość? - dociekała dalej Mikayla.

- Możliwe, że całkiem przystojny. Ale to nieważne. - Zatrzymała dłonią lawinę pytań.

- Tiny, przypomniałaś sobie coś? - zapytała Mikayla, marszcząc brwi.

Wszystkie próbowały ją zrozumieć. Na próżno.

Adeline pokiwała twierdząco głową.

- Mów, dziecko. - Ponagliła ją machnięciem ręki Meghan. Zawsze w poważnych sytuacjach nazywała ją dzieckiem, z racji tego, że zaraz po Nikki, była z nich najstarsza.

- Wiem, kto do mnie strzelił.

- Kto to był? - zapytała Mikayla.

- Caden O'Connor - rzuciła szybko, jakby wypowiedzenie jego imienia i nazwiska miało jej spalić język.

- Przecież to King! - praktycznie krzyknęła Meghan.

- Ożeż... - szepnęła pod nosem Nikki.

Przy stoliku zapanowała cisza. Adeline dała dziewczynom czas na oswojenie się z tą informacją. Kiedy to przetrawiły, Mikayla zadała poważne pytanie:

- Co masz zamiar zrobić, Tiny?

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale uśmiech nawet nie musnął jej pięknych fiołkowych oczu. Było to wyuczone zagranie, które miała opanowane do perfekcji.

- Zabiję go.

Nastała grobowa cisza idealnie pasująca do wypowiedzianych słów. Dziewczyny doskonale wiedziały, że Adeline nie żartowała, a pozbawić kogoś oddechu umiała perfekcyjnie. Nie było mowy o rezygnacji z postawionego sobie celu. Była niczym myśliwy, a zabicie tego faceta to dla niej kwestia czasu.

Mikayla dosunęła suwak na srebrnym kozaczku na swojej nodze, myśląc, że pewnie będzie musiała je sprzedać. Tak jak większość swojej garderoby. Wyznanie przyjaciółki przypomniało jej o nowej sytuacji, w której się znalazła. Nie była na to przygotowana, prawdę mówiąc, ledwo sobie radziła, wiążąc koniec z końcem.

- Jestem spłukana - wypaliła nagle, a przyjaciółki zamilkły na dłuższą chwilę, patrząc tylko na nią. - Muszę sprzedać większość rzeczy, żeby zapłacić za mieszkanie.

- Co ty mówisz? Przecież mąż cię utrzymuje - wtrąciła Nikki.

- Były mąż - poprawiła ją. - Zostawił mnie z psem i biżuterią.

Westchnęła, patrząc na pierścionek z diamentem, który tak naprawdę już planowała zastawić w lombardzie. Opłaci za niego mieszkanie na trzy miesiące do przodu, do tego czasu musiała znaleźć pracę. Cztery lata małżeństwa poszły na marne.

- Zostawił cię? - nie dowierzała Adeline. - A to sukinsyn.

- Znalazł sobie młodszą, aż dziwne, że pełnoletnią - cmoknęła rozczarowana swoim życiem Mikayla.

- A co mu się w tobie nie podobało? Kayla, nawet nie masz trzydziestki, nogi masz jak stąd do Ohio, cycki mało ci ze stanika nie wyskakują, a on szukał za ciebie zastępstwa? - pytała Meghan.

- Dosadniej tego nie można było powiedzieć? - mruknęła zdenerwowana Adeline.

- Nie. Ma rację, widocznie byłam niewystarczająca. Ta mała upatrzyła go sobie, jeszcze jak byliśmy małżeństwem. Zdradzał mnie z nią, a i tak rozwód jest z mojej winy.

- Dlaczego?

- Sędzina stwierdziła, że wyjeżdżając na cztery miesiące na Majorkę, dokonałam rozpadu małżeństwa.

- Miałaś mu powiedzieć, że zwerbowali cię na sesję zdjęciową - napomknęła Meghan.

- Tak, mówiłaś, że uwierzył - wtrąciła Nikki.

- Tak myślałam, ale ta suka wysłała za mną detektywa. Na sali sądowej widziałam swoje zdjęcia z prawie każdej minuty mojego urlopu! - wzburzyła się. - Chociaż zdążyłam opłacić to z jego karty.

- Co za perfidna... - nie dokończyła Meghan.

- Obrażasz ją, a Mikayla też nie wyszła za niego z miłości - upomniała ją Nikki.

- Przynajmniej na początku był dobry seks. - Wzruszyła ramionami Mikayla. - No i liczba zer na koncie się zgadzała.

Zaśmiały się razem. Pamiętały, jak chwaliła się pierwszym mężem i jego zarobkami. Wszystkie myślały, że ustawiła się do końca życia.

- Zdradziłaś go tam?

- Zależy, co przez to rozumiesz - uśmiechnęła się dwuznacznie z na wpół przymrużonymi oczami.

- Ty ladacznico - zachichotała Adeline. - Dobrze mu tak, niech nie myśli, że z niego taki casanova.

- Szkoda mi tylko tej willi z basenem - jęknęła Kayla, rozkładając się na krześle.

- Dlaczego nie spróbujesz od nowa? - zapytała Meghan. - Znajdź kogoś bogatego i puść go z torbami.

- A masz jakąś listę potencjalnych kandydatów?

- Może mam. - Puściła do niej oczko.

- Tak? A skąd? - zaśmiała się Tiny.

- Mam pewnego klienta... - zaczęła poważnie Meghan. - Jest po rozwodzie i ma duży budżet.

- Dopiero się rozwiodłam i mam znowu randkować?

- Facet jest przed pięćdziesiątką - dodała Meghan.

- Zawsze możesz go zabić - mruknęła Adeline.

Popatrzyły na nią przez chwilę w skupieniu. Wywodziły się z takiego miejsca, że śmierć nie robiła na nich wrażenia, ale wypowiedzenie tego na głos, nabierało innego, bardziej realnego znaczenia.

- Nazywa się Bill Martinez - przerwała ciszę Meghan. - I nie ma dziedziców do podziału majątku po jego śmierci.

- Martinez - westchnęła Mikayla. - Kolejne ładne nazwisko.

Uśmiechnęła się pod nosem, zerkając na przechodzącego obok faceta. Niedługo złamie komuś serce i to może być całkiem poważne przewinienie.

- Dobra, to teraz powiedz mi jedno. Gdzie w tym wszystkim jestem ja? - zapytała zdenerwowana Meghan.

Przyjaciółki zamilkły, patrząc na nią, nie rozumiejąc.

- Wzięłaś rozwód bez adwokata? - wyjaśniła.

- Miałam adwokata - odparła Mikayla. Patrzyła na nie raz po raz, nie kryjąc swojej rozpaczy.

- Oho, jeszcze lepiej - szepnęła Adeline.

- Rozumiem, że ty nim nie byłaś? - spytała Nikki, zerkając na Meghan.

- Prowadziłaś wtedy sprawę Karla, mówiłaś, że to było coś ważnego. -zaczęła tłumaczyć Kayla, ale po wyrazie twarzy przyjaciółki zrozumiały, że nie w smak jej była nowa sytuacja. Niestety za późno na zmiany i musiała liczyć się z konsekwencjami.

- Zawsze znalazłabym czas dla ciebie - szepnęła Meghan i czule uścisnęła przyjaciółkę za dłoń. - A ty nie musiałabyś teraz myśleć o pieniądzach.

Miała dobre przyjaciółki, zawsze się wspierały i doceniała to. Zagryzła wargę, nie chcąc się rozkleić od tego zwykłego, acz czułego gestu.

- Myślałam, że wygram. Nic nie zanosiło się na to, że jakaś cwana kochanka pośle za mną pieprzonego detektywa.

- Pieprzyłaś się, ale to ty z innym! - krzyknęła Adeline, a dziewczyny wybuchnęły głośnym śmiechem.

- Chociaż czuję satysfakcję, że pomimo przegranej nieźle się bawiłam. - Założyła włosy za ucho, uśmiechając się półgębkiem. Pamiętała przetańczone noce i pewnego mężczyznę, którego imienia nie poznała, a nie dał się jej zaprosić nawet na drinka. Wszyscy inni jej nie odmawiali. Pewnie dlatego zapisał się w jej pamięci.

Meghan siedziała, sącząc powoli swoje piwo i przysłuchując się historiom przyjaciółek.

"Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?" - pomyślała. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Kayla nie przyszła do niej z rozwodem, chociaż po części ją rozumiała, to było jej z tego powodu przykro. Wiedziała też, że przyjaciółka nie przyjmie od nich żadnych pieniędzy, dlatego nie zaproponowała jej ani centa. Musiała tylko się upewnić, że przy następnej sprawie to Mikayla zostanie z majątkiem męża, a do tego czasu będzie ją wspierać i robić wszystko, żeby żaden detektyw nie przyłapał jej na zdradach.

- Potrzebuję faceta - odezwała się, spoglądając na przyjaciółki. Od jej ostatniego zbliżenia minęły przeszło dwa tygodnie, a ona nigdy nie ukrywała, że seks odgrywał ważną rolę w jej życiu.

- Powinnaś znaleźć kogoś na stałe - poradziła jej Adeline, na co Meghan wybuchła głośnym śmiechem, zwracając tym uwagę przechodzących obok mężczyzn.

- Mam wystarczająco dużo problemów na głowie, żeby brać sobie kolejny - westchnęła, po czym odwróciła się i zamyślona spoglądała w okno. Przyjaciółki wciąż rozmawiały o swoich sprawach, ale ona zdawała się ich nie słyszeć. Pogrążona we wspomnieniach z dzieciństwa, rozmyślała nad perspektywą znalezienia kogoś na dłużej, jednak po chwili zrozumiała, że stały związek nie jest dla niej.

Nigdy nie będzie jak swoja matka, która zaślepiona miłością, dawała sobą pomiatać i się wykorzystywać. Nigdy się nie zakocha, bo miłość to słabość, a ona ciężką pracą osiągnęła sukces i nie pozwoli, żeby ktoś zniszczył jej idealnie poukładane życie. Nie potrzebowała faceta, który uważa się za lepszego tylko dlatego, że ma jaja. Ona miała większe. Z nikogo stała się znaną panią prawnik, a zarobki pozwalały jej na apartament w najlepszej części Manhattanu. Mężczyzn potrzebowała tylko do jednego i to się nigdy nie zmieni.

- Widzicie tego typa przy barze? - Wskazała przyjaciółkom samotnego mężczyznę w garniturze. - To moja dzisiejsza seksrandka.

- Wygląda, jakby czekał na kobietę - wtrąciła Mikayla.

- A czy to problem? - roześmiała się Meghan, kręcąc głową. - Przecież wiesz, jak bardzo lubię wyzwania.

- Wiem, dlatego zawsze ci je rzucam - odpowiedziała przyjaciółka, na co Meghan zaśmiała się ponownie, a w głowie od razu zaczęła formować plan wyrwania przystojniaka na dzisiejszą noc.

Nikki jak zwykle siedziała z obojętną miną - co wcale nie zdziwiło jej przyjaciółek. Życie często dawało jej w kość, więc nie miała zbyt wielu powodów do uśmiechu. Co gorsza, ponownie otrzymała porządnego kopa w tyłek. Nie należała do tak wylewnych osób jak Mikayla, która chętnie dzieliła się wszystkim, co dzieje się aktualnie w jej życiu. Z Nikki trzeba było wyciągnąć informacje, a najlepiej robiła to Meghan, która potrafiła tak podejść dziewczynę, że ta nawet nie wiedziała kiedy, a zwierzała się jej ze wszystkiego. Jednak dzisiaj było inaczej.

Bała się powiedzieć przyjaciółkom o tym, co się wydarzyło w ostatnim czasie. W duchu dziękowała Bogu, że na razie żadna o nic jej nie pyta, bo dziewczyny miały wiele ciekawszych tematów do rozmów - faceci, przygodny seks, intrygi i jeszcze raz faceci. To nie był świat Nikki, która nawet nie pamiętała, kiedy wylądowała z kimś w łóżku. Zbyt dużo pracowała, by choćby o tym pomyśleć. Stanowisko w FBI wymagało od niej wielu wyrzeczeń - w końcu nie była już wolnym strzelcem, który dla zabawy włamywał się na platformy firm i wykradał dane pracowników. Już od dobrego roku odwiedzała dark web1 tylko po to, by kogoś wrobić, a nie opchnąć coś na lewo. I może by tak zostało, gdyby pewnego razu nie zdecydowała się pomóc bratu...

Dziewczyna wpatrywała się tępo w pełen kufel piwa. Wiedziała, że jeśli nie zacznie pić, to reszta wyczuje, że coś jest nie tak. Ale przecież cała czwórka znała się zbyt długo, by przeszły obojętnie wobec zachowania ich przyjaciółki.

- Nikki? - zagaiła Adeline i nakryła swoją smukłą dłonią jej palce, które niespokojnie stukały w blat. - Coś nie tak? Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna.

- No dokładnie, a co gorsza, nie ruszyłaś nawet piwa - wtrąciła Mikayla.

Nikki ukradkiem spoglądała na przyjaciółki, zastanawiając się, czy nie lepiej będzie skłamać, ale czy to będzie fair wobec nich? Od zawsze mówiły sobie przecież wszystko.

- Dziewczyny... - zaczęła nieśmiało, co było do niej niepodobne. - Schrzaniłam sprawę. - Kurczowo zacisnęła szczękę, próbując nie uronić ani jednej kropli łzy, które drażniły ją pod powiekami. Bardzo rzadko pozwalała sobie na takie chwile, ale tym razem czuła, że zrujnowała sobie życie.

Czy można powiedzieć, że Nikki była cudownym dzieckiem? Nie, ale na pewno przebiegłym, cwanym i zbyt ambitnym. Dlaczego "zbyt"? Bo często nie potrafiła udźwignąć porażki. I tak było tym razem. Już jako mała dziewczynka, w każdej dziecięcej zabawie musiała być pierwsza, a jeśli się to nie udawało, to najczęściej zamykała się w swoim świecie - komputerowym. Pierwszy raz uciekła do tego miejsca, mając siedem lat, kiedy to jej ciotka sprowadziła sobie do domu kolejnego kochanka. Grzebanie w internetowym świecie stało się dla niej ratunkiem przed facetami cioci, którym wtedy przeszkadzała. Okazało się, że w komputerowych manipulacjach jest naprawdę dobra. Do tego stopnia, że już jako ośmiolatka potrafiła wkraść się na czyjeś konta bankowe. Nie trzeba wspominać, jakie rzeczy potrafiła robić w wieku dwudziestu siedmiu lat.

- Co odjebałaś, Nikki? - rzuciła poruszona Tiny.

- Nie gadaj, że przespałaś się z tym gburowatym agentem, który nie daje ci spokoju - dodała z jeszcze większym strachem Mikayla.

Wiedziały, że gnębił ją od pewnego czasu, czekając na jej potknięcie. Miał na jej punkcie obsesję.

- Nie - prychnęła Nikki. - Zupełnie nie o to chodzi... - dodała zdegustowana na samą myśl, że mogłoby być coś między nią a Callahanem. - Rzecz w tym, że... Nie jestem już żadnym pieprzonym agentem FBI. - Niemal czuła, jak niepozorna łza spłynęła jej po policzku. Dobrze wiedziała, że musi w końcu wziąć się w garść. - Wykopali mnie i tym razem to moja wina.

- Kurwa - powiedziały chórem dziewczyny i zamilkły.

To spotkanie zamieniło się w wymianę życiowych porażek.

Rozdział 2

- Czekałam, aż mi odpiszesz - mówiła Mikayla do słuchawki, ściszając głos.

- Wybacz, nie mogłam, miałam... ważne sprawy - tłumaczyła się Meghan.

- Chyba jakiegoś kutasa na boku - powiedziała z bezwstydnym uśmiechem.

- Jego kutas był w porządku - zaśmiała się przyjaciółka.

- Pani Mikaylo. - Nagle usłyszała twardy, kobiecy głos.

Zaskoczona, postanowiła udać, że rozmawia z matką, aby nie wzbudzić zainteresowania stojącej obok osoby.

- Tak, wiem, mamo, ale musisz zadzwonić po karetkę - mówiła do telefonu, po czym wcisnęła czerwony przycisk. Szybko się wyprostowała i spojrzała na kobietę, która ją szpiegowała. - Proszę wybaczyć, matka myśli, że psycholog pomoże jej na bóle w klatce piersiowej.

- Mhm - mruknęła bez cienia empatii kobieta. - Tak jak mówiłam, pacjentka w sali dwadzieścia osiem czeka na panią z zespołem do konsultacji.

- Już tam pędzę. - Prawie zasalutowała i zniknęła w prawej odnodze szpitalnego korytarza. Co za jędza. I to pierwszego dnia w pracy musiała trafić pod oko tej... nie miała na nią stosownego słowa. Przypominała jej czarownicę, bo była taka wysoka i chuda, a duże piersi, opadające już na połowę brzucha, wyglądały komicznie jak u ogrzycy.

Odczytała SMS.

MEGHAN: "Słaba wymówka, córko".

Uśmiechnęła się pod nosem i schowała komórkę do białego kitla, który dzisiaj dostała. Wyglądała w nim profesjonalnie i zarazem kobieco, choć myślała, że to będzie nieosiągalne w takim worku, ale biały sznurek przewiązany w pasie zdziałał cuda. Możliwe też, że wybór czarnej ołówkowej spódnicy był strzałem w dziesiątkę.

Spojrzała na dokumenty, które miała przeczytać. Cóż... nie zrobiła tego. Dlatego pospiesznie zaczęła wertować strony, zanim dotarła pod wyznaczoną salę.

Dziewczyna, lat osiemnaście. Przebywa w szpitalu od dwóch dni. Jest podejrzenie gwałtu, jednak ona nic nie chce powiedzieć. Ile takich spraw już przerabiała w swojej poprzedniej pracy? Przestała liczyć.

Weszła do sali wypełnionej lekarzami i pielęgniarkami. Ta biedna dziewczynka siedziała skulona na swoim łóżku.

- Dzień dobry wszystkim - powiedziała nieco głośniej Mikayla, celowo zwracając na siebie uwagę zebranych.

Rozmowy ucichły, a ciekawski wzrok spoczął na niej. Wyprostowała wymownie materiał kitla i podeszła do zgromadzenia.

- Pani...

- Mikayla Davis. Jestem psychologiem - zwróciła się do pacjentki, ignorując mężczyznę, któremu weszła w słowo.

- Pani Mikaylo, czy to jakieś przedstawienie? - zapytał wysoki brunet.

Spojrzała na niego z powagą.

- Bardzo dobre pytanie. Mamy tu pacjentkę z, jak mniemam, traumą, a pan, panie...

- Ryan, ordynator tego oddziału...

- Pan Ryan - weszła mu w słowo. - Świetnie, ale pełniona przez pana funkcja nie jest tu istotna.

Pożałowała, że spóźniła się na odprawę, w dodatku pierwszego dnia. Wtedy wiedziałaby, kto tu pełnił jaką funkcję.

- Co to wszystko ma znaczyć? - Zmarszczył brwi zdenerwowany.

- Czy konieczne jest, by w jednym pomieszczeniu było trzech lekarzy? I to mężczyzn? - Popatrzyła po nich.

- Z całym szacunkiem, ale może skupmy się na pacjentce.

- Właśnie to robię. Pacjentka została poszkodowana przez mężczyznę, a teraz panowie stoją nad nią, niczym kolejni jej oprawcy.

- Co za brednie - odezwał się któryś.

- To ja tu jestem psychologiem - powiedziała twardo. - Zna się pan na kobiecej psychice?

- Nie...

- Więc proszę mnie słuchać. Proszę przekazywać pacjentce informacje pojedynczo i to zawsze z kobietą w pomieszczeniu. Teraz proszę wyjść, chciałabym jako pierwsza porozmawiać z pacjentką.

- To jest śmieszne - powiedział łysy i dobrze zbudowany mężczyzna.

Postanowiła go sobie zapamiętać.

- Jaką ma pan specjalizację? - zapytała, podchodząc do niego z lekkością.

- Jestem ginekologiem, chciałem przekazać pacjentce...

- Panie... Camp - przeczytała z jego plakietki. - Z takim nastawieniem wyrządza pan tylko kolejną krzywdę pacjentce. Zdaje pan sobie sprawę, jak trudno po takich przejściach zaufać mężczyźnie i się przed nim odsłonić?

- Jestem ginekologiem, nie przyjaciółką - powiedział gniewnie.

- Wystarczy - odezwał się ordynator. - Dajmy pani Mikayli dziesięć minut.

- Ale...

- Zapraszam. - Otworzył drzwi na korytarz i gestem dłoni wyprosił cały personel.

Niektórzy byli obojętni, inni wyszli z sali poddenerwowani.

Gdy tylko trzasnęły drzwi, Mikayla odwróciła się w stronę dziewczyny. Usiadła na krześle obok i uśmiechnęła się, chcąc przełamać lody.

- Przepraszam za to całe przedstawienie, ale w sumie chciałam je zrobić.

- Po co? - zapytała lekko zdziwiona. Nigdy wcześniej nie widziała tak dziwnej psycholożki. Bała się nawet, że może jej coś dolega. "Może sama potrzebowała kogoś w swoim fachu" - pomyślała.

Mikayla odczytała to za dobry znak. W końcu dziewczyna odezwała się niewymuszenie, a o to jej chodziło.

- Chciałam ci coś pokazać. - Zrobiła krótką pauzę. - Bo widzisz... to, że ordynatorem jest facet, nie znaczy, że ma władzę. Władzę ma ten, kto o nią walczy i na koniec wygra.

- Po co mi to pani mówi? - Patrzyła na nią niepewnie.

- Teoretycznie, wszystkie książki psychologiczne mówią, że jeśli jakiś mężczyzna chce wykorzystać kobietę, to między innymi po to, by czuć władzę nad nią. Nie jestem mężczyzną, ale ta teoria wydaje mi się bardzo prawdopodobna.

- I po co mu to? Jaka to władza...

- My, kobiety, trochę inaczej postrzegamy słowo "władza". Facet czuje ją, gdy jest silniejszy fizycznie, a my, kiedy jesteśmy silniejsze psychicznie. Jak się teraz czujesz?

- Do dupy - mruknęła, jeszcze szczelniej okrywając się kocem. Przypomniała sobie tylko wydarzenia poprzedniej nocy i lekarzy, którzy nad nią skakali, gdy przyjechała karetką.

- Wiem, też przez to przechodziłam.

- Zgwałcił ktoś panią? - zapytała bezpośrednio.

- Pozwól, że nie odpowiem - uśmiechnęła się blado. - Ale wiem, jak z tego wyjść. Jak być znowu silną.

- Jak się nie bać? - zapytała ze łzami w oczach.

- Po pierwsze nie płakać. Ciągłe rozpamiętywanie nie da ci władzy, tylko temu idiocie.

- Nie mówi pani jak prawdziwa psycholożka.

- To dobrze czy źle? - Założyła nogę na nogę rozbawiona.

- Wcześniejsza babka kazała mi wypisać swoje lęki na kartce. - Kiwnęła głową na szafkę nocną.

- Wyrzuć to, spal i nigdy nie rozpamiętuj swoich słabości.

- Miałam z nią nad nimi popracować.

- Jedyną twoją słabością jest to, że nie chcesz wydać tego sukinsyna, który ci to zrobił. Kiedy pójdzie siedzieć, ty poczujesz się lepiej... wiesz, co poczujesz?

- Władzę?

- Szybko się uczysz, ale ogólnie rzecz biorąc, masz dwie opcje. Użalać się nad tą kartką albo zemścić się, posłać gościa do pierdla i cieszyć się, że teraz to ty masz władzę nad jego losem.

- Pani naprawdę jest psychologiem? - Zmarszczyła nieco usta i czoło.

- Tak, ale takim prawdziwym z własnymi problemami i traumą.

- A pani wysłała tego kogoś do kicia?

- Tak, i poczułam ogromną władzę, wiesz? Nie tylko nad jego losem, ale i nad swoim.

- Myślę, że reszta lekarzy nie popiera takich metod.

- I dlatego są takimi kutasami.

- Podoba mi się pani - zaśmiała się.

- Cieszy mnie to. - Wyciągnęła małą karteczkę i długopis z kieszeni kitla. - Napisz tu jego imię i nazwisko i przekaż ordynatorowi, wiem, że wypowiedzenie tego na głos może jeszcze boleć.

- Dlaczego uważa pani, że go znam?

- Statystyka. - Wzruszyła ramionami.

- Chyba pani nie wierzę.

- O - wydukała. - To bardzo dobry objaw. Lepszy niż lęki.

Mikayla wstała i zabrała kartkę z obawami dziewczyny.

- Pamiętaj, że nad ginekologiem też masz władzę. Wystarczy, że napiszesz kilka niepochlebnych słów na niego do ordynatora. - Mrugnęła zachęcająco.

- Chodzi o donos?

- Pamiętaj. Władza jest głównie w psychice. To nie ty masz się bać, ale inni. Trzymaj się, mała - powiedziała i otworzyła drzwi.

- Przyjdzie pani jeszcze do mnie? - zawołała.

- Przyjdę - obiecała i zamknęła drzwi.

Lekarze czekali pod salą uwiązani niczym pieski do barierki. W duchu śmiała się z tego widoku. W kilka minut stłamsiła ich i tu uwięziła.

- Wyrobiłam się w czasie? - Puściła oczko do łysego.

- Gdy tylko skończymy ten przypadek, zapraszam do mojego gabinetu. Na rozmowę. - Ordynator przeszedł koło niej z posępną miną, co nie oznaczało pogawędki przy ciasteczkach. - Teraz porozmawiam z pacjentką, możecie wracać do swoich obowiązków, przekażę jej wszystkie wasze diagnozy.

Personel pokiwał głową na potwierdzenie zrozumienia polecenia i zniknął w szpitalnych korytarzach.

- Pani Mikaylo, proszę mi towarzyszyć, skoro narzuciła nam pani tę głupią zasadę - dodał, otwierając drzwi.

Wolała nie igrać z jego złym humorem i nie odezwała się na tę zaczepkę.

Stanęli po przeciwnych bokach łóżka pacjentki. Ordynator spojrzał na Mikaylę, unosząc brwi.

- Ordynator, pan Ryan, przekaże ci wyniki badań - zapowiedziała go, sądząc, że na to czeka.

- Dziękuję za te słowa wstępu - odchrząknął.

- Mam coś dla pana - weszła mu w słowo dziewczyna. - Dwie informacje.

Ryan wziął od niej kartki i położył sobie na notatniku, który trzymał otwarty. Mikayla przyglądała się, jak jego gałki oczne szybko przesuwają się po tekście. Z sekundy na sekundę jego twarz zdawała się bardziej napięta. Zgadywała, że był to donos na ginekologa.

- Dziękuję, że mi to przekazałaś. Zajmę się tym - odchrząknął i kontynuował. - Z badań wynika, że nie masz żadnych uszkodzeń. Ból w żebrach to tylko stłuczenie. Wykluczyliśmy też ciążę. Chcielibyśmy cię jednak jeszcze u nas zatrzymać. Niepokoi mnie ten siniak na skroni. Udało mi się zarezerwować badania na dziś wieczór, będziemy wiedzieć, czy nie ma tam nic poza tym, co widać.

- Czyli co? - zapytała dziewczyna, marszcząc przy tym czoło.

- Mówiłaś, że uderzyłaś się w głowę. Musimy zbadać, czy po tym uderzeniu nie doszło do urazu.

- Zrobimy wszystko, żebyś wyszła stąd zdrowa, nie martw się. - Mikayla obdarzyła dziewczynę ciepłym i pokrzepiającym uśmiechem.

- Czy dzwoniła moja matka? - zapytała pacjentka, widocznie nie bojąc się już o swój stan zdrowia.

- Tak. Będzie tak szybko, jak to możliwe.

- Aha... czyli pana spławiła - stwierdziła gorzko.

- Będziemy jeszcze dzwonić do twojej matki - zapewniła Mikayla.

Kiwnęła głową, ale jej mina mówiła, że jest jej to obojętne.

- Jeśli źle się poczujesz, będziesz miała zawroty głowy, cokolwiek, musisz nas poinformować. Zaraz przyślę do ciebie pielęgniarkę, bo niestety pani Mikayla nam wszystkich wyprosiła z sali. - Ordynator spojrzał na nią kątem oka, a potem znów na pacjentkę, posyłając jej przepraszający uśmiech.

- Myślę, że dobrze zrobiła - powiedziała stanowczo dziewczyna.

- Tak - powiedział, przedłużając samogłoskę. - Zajrzę do ciebie jeszcze później.

Zamknął notes, co oznaczało koniec wizyty, i otworzył drzwi.

- Ja też wpadnę. - Mikayla puściła do niej oczko i wyszła pierwsza, korzystając z uprzejmości ordynatora, który zaraz podszedł do czekającej pod ścianą pielęgniarki.

- Nie chciałbym, by w kolejnej dobie została sama - powiedział, a kobieta tylko kiwnęła głową i weszła do środka. Popatrzył na Mikaylę i zaraz dodał: - Chodźmy, musimy porozmawiać.

Szedł w stronę swojego gabinetu, a jej trudno było dotrzymać mu kroku. Wszystko przez spódnicę, bo pasowały do niej tylko ciemne szpilki. Nie przebrała ich na stosowne obuwie. Gdy pani sprzątająca zwróciła jej rano uwagę, odpowiedziała "To mnie zwolnij" i poszła dalej. "Jednak trzeba było słuchać starszej kobiety, nie pyskować" - myślała. Chociaż z kolei odsłonięcie nóg i wysokie obcasy to dobry wybór, jeśli ordynatorem był facet. Nie chciała mu podpadać, zależało jej na pracy. Musiała tylko umiejętnie wykorzystać swoje atuty, a bycie kobietą miało wiele dobrych stron. Chociażby to, że swoim urokiem mogła skusić niejednego mężczyznę, a wtedy ten będzie jadł jej z ręki, co za tym idzie, wykorzysta go do własnych celów.

- Zapraszam. - Usłyszała stanowczy głos i zobaczyła wyciągniętą rękę w kierunku drzwi.

Uśmiechnęła się, przechodząc obok, i dyskretnie poprawiając fartuszek, wysunęła pierś do przodu. Usiadła na krześle, a on zamknął drzwi. Obszedł biurko dookoła i rzucił na blat swój notes. Przez chwilę patrzył na nią, karcąc ją samym spojrzeniem.

- Spóźniła się pani do pracy - zaczął od najmniejszego przewinienia.

- Miałam małe problemy i jeszcze te buty. - Wyprostowała się i uniosła stopy do góry, ukazując nie tylko szpilki, ale i ponętne nogi. - Nie mogłam w nich biec, spowalnia mnie to troszkę. Przepraszam. - Okazała skruchę, której ordynator się nie spodziewał.

Obstawiał, że dalej będzie grała silną i mającą wiele do powiedzenia osobę. Przejechał wzrokiem po jej nogach, a ona opuściła je w dół. Byłby ślepy, gdyby nie zauważył, jakie były długie i smukłe. Nadawały się do noszenia szpilek jak mało które.

- Uważa pani takie obuwie za stosowne? Tym bardziej w pracy w szpitalu?

- Oczywiście, że nie - skłamała gładko. - Nie miałam czasu ich zmienić, a swoją drogą w pośpiechu zapomniałam też innych, ale jutro już będę bardziej przygotowana.

Mówiła to wszystko ciepłym, miłym głosem, co nie pasowało mu do jej sylwetki.

- Znowu sobie pani ze mną pogrywa? Dlaczego podważyła pani mój autorytet nie tylko przy pacjentce? - Zamknął na chwilę oczy, wyraźnie próbując nie myśleć o Mikayli i jej długich nogach.

- Może nie powinnam tak tego rozegrać, ale dzięki temu przedstawieniu pacjentka pokonała pierwszą traumę. Może moje metody są niekonwencjonalne, ale działają - powiedziała szczerze i już z powagą.

- Jak mam wierzyć w ich skuteczność, skoro są sprzeczne ze sztuką?

- Moglibyśmy przejść na ty? Niekomfortowo mi się mówi o takich sprawach z takim dystansem.

- Dobrze, Mikaylo - odpowiedział, siadając w swoim fotelu. - To znaczy, jakich sprawach?

- Kto najlepiej wie, jak pokonać traumę po gwałcie? Myślę, że osoba zgwałcona. Nie chcę się tu użalać, ten etap mam za sobą, ale proces wyjścia z depresji i lęku mam opanowany. Doskonale wiem, jak pomóc nie tylko tej dziewczynie, ale i innym osobom, które spotkało coś podobnego. Można powiedzieć, że to mój konik. - Założyła nogę na nogę, by po tym wyznaniu czuć się jeszcze trochę władczo. Te wspomnienia wypowiadane głośno zazwyczaj trawiły ją od środka cały następny dzień.

Ryan patrzył na nią, chcąc zrozumieć, dlaczego wyznaje mu tak osobiste rzeczy. Nie krzywił się, nie był zdenerwowany. Na jego twarzy malowało się wręcz zdziwienie, może lekkie współczucie, a tego nie chciała.

Wstała z krzesła, pochyliła się, doskonale wiedząc, że odsłania dekolt i położyła dłonie na blacie biurka.

- Zapewniam, że moje życie osobiste nie wpływa na pacjentów, tylko pomaga mi im pomóc.

Jego spojrzenie przeskakiwało z jej piersi do oczu. Doskonale zrozumiał aluzję, tylko nie miał pojęcia, co z nią zrobić. Jeszcze żadna podwładna nie zapraszała go tak bezpośrednio w swoje życie intymne.

- To dobrze. - Wstał szybko, jak rażony prądem, a w jego ślad poszła zadowolona Mikayla. - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie przebiegała bez przeszkód.

Podszedł do drzwi, otworzył je i tym gestem zakończył rozmowę.

Dobrze poszło, pierwszego dnia nie wyleciała. Uśmiechnęła się figlarnie i stanęła naprzeciw niego. Dotknęła jego kitla, prostując pogięty kołnierzyk, i omiotła spojrzeniem jego twarz.

- Dziękuję za zrozumienie, ordynatorze. - Wszystkie słowa brzmiały, jak zaproszenie na dobry seks. Wypowiadała je starannie z namiętnością, której można pozazdrościć.

Ryan starał się nie myśleć o tym, jak z chęcią wziąłby ją na swoim biurku.

- Mikaylo. - W jego głosie czuć było ostrzegawczy ton, więc nie igrała dalej.

Wyszła, kołysząc biodrami, mając wielką nadzieję, że na nią patrzy. Odgłos zamykanych drzwi dopiero po dłuższej chwili, potwierdził jej przypuszczenia. Ze świetnym humorem zaczęła resztę swojej zmiany.

Ciągle patrzyła, czy Ryan chociażby przypadkiem nie przechodzi kilka metrów dalej. Musiała utrzymać zarzuconą sieć.

Spotkała go dopiero kilka godzin później na szpitalnej stołówce, gdzie zamierzała zaopatrzyć się w wodę i jakąś przekąskę. Czekało na nią jeszcze kilka pacjentów, musiała zebrać siły. Już dawno nie wysłuchiwała ciągiem tylu życiowych niepowodzeń i traum. Potrzebowała odpocząć. Już myślała, co zrobi z wieczorem, kiedy zakończy dyżur. Gdyby było ją stać, spa okazałoby się świetnym rozwiązaniem, ale została jej plaża, park i przechadzka, chociażby do Meghan.

- Co podać? - Usłyszała, kiedy nadeszła jej kolei. Odwróciła wzrok od siedzącego z boku Ryana i spojrzała na kasjera.

- Ożeż - wyrwało jej się na widok Bartholomew. - Co tu robisz?

- Po tym jak mówiłaś o pracy w szpitalu, szukałem ofert i znalazłem wolne stanowisko w szpitalnej kawiarni. I patrz. - Wskazał w bok. - Nawet parzę kawę.

- Czyli przyczyniłam się do twojego zarobku. Dostanę jakiś procent? - zażartowała.

- Dzisiaj do kawy ciastko jest gratis. - Wskazał na tabliczkę, rozbawiony jej poczuciem humoru.

- Więc poproszę kawę, mam nadzieję, że będzie lepsza niż ta ze Starbucks. - Puściła do niego oczko przyjaźnie. - I croissanta.

Bartholomew odszedł na bok do dużego ekspresu, a ona spojrzała za siebie na stolik pod ścianą. Ryan siedział tam, kończył pić kawę i przeglądał jakąś książkę.

- Startujesz do ordynatora? - zapytał Mew, podając jej kawę.

- Nikt cię nie nauczył szeptać?

- Daj spokój, nikt nie słucha. A z ordynatorem uważaj.

- Niby czemu? - Wzięła kawę i croissanta, którego jej podał.

- Dziewczyna, która mnie wprowadzała, mówiła, że ma niezłą kolejkę do siebie.

- Taki jest popularny? - uśmiechnęła się, czując wyzwanie. - Pamiętaj, że ja jestem zawsze na początku każdej kolejki. - Podała mu pieniądze i odeszła.

Szła między stolikami, nie spuszczając wzroku z Ryana. Dlaczego czuła do niego przyciąganie? Mogłaby przecież usiąść gdziekolwiek, najlepiej najdalej od niego. I tak wiele ryzykowała tą frywolną propozycją w jego gabinecie.

Jednak już tam poczuła niezłą frajdę z tej zabawy. Lubiła czuć władzę, było to dla niej uzależniające, niczym adrenalina rozpływająca się po jej organizmie. Dlatego wybrała sobie ordynatora na kolejny cel.

- Czy mogę się przysiąść? - zapytała, przerywając mu lekturę.

Uniósł na nią oczy i mogłaby przysiąc, że widziała w nich zaciekawienie. Może było to przelotne wrażenie, ale wystarczyło, by to dostrzegła.

- Proszę. - Wskazał na krzesło obok siebie.

Ochoczo usiadła, uprzednio stawiając na stoliku kawę i talerzyk.

- Co czytasz? - zapytała, bo przecież mieli przejść na ty.

Ryan wyprostował się na krześle i wyglądał na zrezygnowanego.

Patrzyła na niego z ciekawością, o co też mogło mu chodzić. Doskonale widziała na okładce jakieś ilustracje ludzkiego mózgu, więc pewnie była to literatura medyczna.

- Jak już tak mamy być szczerzy - zaczął, zdejmując sztuczną okładkę i pokazując książkę z motocyklem na pierwszej stronie. - To lubię sobie poczytać o mechanice.

- No to ładnie - zaśmiała się. - Wszyscy myślą, że nasz poważny pan ordynator się dokształca, a tu proszę.

- Dokształcam się, ale w innym zakresie. - Zamknął książkę, zakładając na nią znowu fałszywą oprawę.

Mikayla upiła kawę i popatrzyła na niego zaciekawiona, co tak naprawdę jeszcze kryje się pod przykrywką białego fartucha.

- Zawsze to mogły być świerszczyki - zasugerowała, unosząc brwi. Trudno jej było ukryć błądzący po twarzy uśmieszek. Sądziła, że wprawi go tymi słowami w zakłopotanie.

- Nie potrzebuję ich. - Skrzyżował ręce na piersi i patrzył na nią spod na wpół przymkniętych powiek.

Ugryzła kawałek croissanta, oblizując przy tym wargi. Starała się to robić powoli i dokładnie, by zadziałała jego wyobraźnia.

- Nie? Masz żonę? Kochankę? Dziewczynę? - dopytywała, skubiąc rogalika.

- A ty kogoś masz?

- Nie, ale ja nie potrzebuję zdjęcia nagich lalusiów.

- Przygody na jedną noc? - zasugerował. Teraz to on był ciekawy jej. W końcu to ona sugerowała mu w gabinecie szybki numerek.

Uśmiechnęła się tajemniczo i oblizała łyżeczkę, mocniej niż zwykle ściskając ją ustami. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak bezwstydna. Bawiło ją to.

- Podobają mi się te nasze szczerości, panie doktorze - odpowiedziała jedynie.

Przyglądał jej się w ciszy, a ona czuła wewnętrzną radość z dobrze zarzuconej na niego sieci.

- A jutro zmienisz szpilki na obuwie medyczne? - Zerknął na jej nogi, skrzyżowane pod stołem prosto w jego kierunku.

Mikayla wysunęła je jeszcze bardziej, by sobie popatrzył.

- Nie jestem pewna. - Patrzyła na kubek z kawą. Nie było sensu kłamać, przecież i tak zobaczy ją kolejnego dnia w wysokich szpilkach. Nie założy krzywych, okradających z seksapilu czółenek. Czułaby się pokonana, odarta z władzy, którą miała nad facetami dzięki swojemu ciału.

- To dobrze. Podobają mi się te obcasy - przyznał i odchrząknął, jakby żałował tej bezpośredniości. Wstał i wziął ze stolika swoją książkę i pusty kubek po kawie. - Pacjenci czekają.

- Do zobaczenia - rzuciła przez ramię, gdy się oddalał. Wypiła kawę ze zwycięskim uśmiechem. Ordynator Ryan już wkrótce będzie jadł jej z ręki.

Odniosła brudne naczynia, obmyślając już w głowie plan kolejnych rozmów z pacjentami.

- Jak ci idzie podryw? - zapytał Bartholomew, nachylając się ponad ladą, by go usłyszała.

Odwróciła się do niego i zatrzepotała rzęsami.

- Dobrze, dziękuję za troskę.

- No wiesz... o niego się nie martwię.

- O mnie też nie musisz. Jestem dużą dziewczynką. - Dotknęła jego policzka i przesunęła po nim opuszkami. - Bye, Mew!

Odeszła zadowolona, zostawiając chłopaka z natłokiem myśli. Lubiła wzbudzać w mężczyznach takie emocje. Im dłużej o niej myśleli, tym lepiej. Chociaż nie traktowała Mew jak celu, to satysfakcja, że wychodzi jej to już bez większego wysiłku, była wielka.

Zanim wróciła na oddział, weszła do łazienki dla personelu. Spojrzała w lustro. Zwykła ciemnowłosa dziewczyna, z traumatyczną przeszłością. Gdyby stanęła pośród innych kobiet, niczym by się nie wyróżniała. Była ładna, to fakt, ale istniało dużo kobiet na tej kuli ziemskiej ładniejszych od niej, tylko one nie umiały tego użyć. Mikayla wiedziała, jak wykorzystać swoją urodę i dlatego w oczach facetów uchodziła za jeszcze piękniejszą. Podkreślała swoje wdzięki na każdym kroku, przypominała im, że to na nią mają patrzeć, ją podziwiać.

- Jesteś silna - powiedziała do siebie, gdy w myślach wrócił jej ojciec. Drzwi do łazienki się otworzyły, a ona wystraszona spojrzała na doktora. - Zajęte.

Mimo to wszedł do środka, zamknął drzwi i spojrzał na nią, będąc więcej niż zdenerwowany. Zapomniała przekręcić klucz, a to co mogłoby się wydawać przeoczeniem, dla niego było okazją.

- Nagadałaś tej smarkuli bzdur, a ona na mnie doniosła - podniósł głos, niebezpiecznie zbliżając się do umywalek.

Mikayla odeszła kilka kroków w tył, poznając te ruchy. Tak samo szedł ojciec, gdy chciał się na niej wyżyć.

- Zrobiłam, co powinnam, dziewczyna powoli wychodzi z traumatycznych przeżyć. A o co konkretnie ci chodzi, Camp? - zapytała, mimo iż doskonale wiedziała.

- Kazałaś jej, to wszystko twoja wina. - Dopadł ją, krępując jej ręce z tyłu. Przylegał do niej całym ciałem, doskonale wyczuwała jego przyspieszony puls i narastający wzwód na swoich pośladkach.

- Puść mnie. Zacznę krzyczeć, chyba nie chcesz jeszcze gorszej reputacji? - zapytała, powstrzymując łzy resztkami samokontroli. Wiedziała, co zaraz nastąpi, jeśli się nie wyrwie, jeśli nikt jej nie pomoże.

Przyłożył jej dłoń do ust, a ona nie zdążyła nawet jęknąć. Zaczęła się szarpać, ale nie była dość silna. Ciągnął ją w stronę kabiny, a jej stłumiony krzyk nie wychodził nawet poza ściany toalety.

- Pokażę ci, co mogłem, a nie zrobiłem tej dziewczynie. - Usłyszała obok swojego ucha.

Tak samo traktował ją ojciec. Szeptał, co zaraz nastąpi, by wzbudzić w niej jeszcze większy lęk. Popychał ją na ścianę, mówiąc, że to jej wina. Bił ją na oczach biernej matki, tłumacząc, że same są sobie winne.

To nie była jej wina, wiedziała to, ale długo trwało, nim w to uwierzyła. Matka o nią dbała, ale nigdy nie prosiła nikogo o pomoc, mając w domu męża tyrana. Gwałcił ją na oczach córki, a Mikaylę bił do nieprzytomności. Zawsze znalazł się dobry powód, by ojciec w ten sposób zaznaczył, jaką miał nad nimi władzę. To on nauczył ją, że władza jest najważniejsza. Psychiczna i fizyczna. Jako kobieta mogła osiągnąć przewagę w pierwszym aspekcie, ale nigdy nie dorówna sile faceta.

Ginekolog, który wepchnął ją do kabiny, wiedział to i wykorzystywał na swój chory sposób. Uderzyła głową o ścianę i odwróciła się, próbując się bronić. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć i chociaż trwało to chwilę, dało jej nadzieję. Zaraz potem znowu ją złapał, a ona trzymała się tych kilku sekund, by nie dać się rozpaczy. To znowu się działo. Sądziła, że uciekła, że jest bezpieczna. Ojciec nie mógł jej już skrzywdzić, nie zada jej już cierpienia, jednak robił to ktoś inny, równie brutalnie i przerażająco.

Zacisnęła pięści, myśląc o tym, że da radę. Nie załamie się, jak dawniej. To nic nie zmieni. Prawda była jednak inna. Jej nogi drżały ze strachu, a po policzkach zaczęły płynąć łzy, gdy mężczyzna zaczął sunąć dłonią po jej ciele. Kilka sekund, kilka mrugnięć i oddechów, a czuła, jakby to trwało już wieczność. Była tym przerażona.

- Polubisz to, wszystkie to lubicie - wyszeptał do jej ucha, myśląc, że brzmi seksownie.

Poczuła się słabo. Zawroty głowy sprawiły, że osunęła się na ścianę. Przytrzymała się uchwytu na papier, by nie upaść. Jego ręce, jego usta na jej ciele wywoływały w niej mdłości. Zgięła się wpół, gdy zabolał ją brzuch i zwymiotowała.

- Masz szczęście, że mnie nie pobrudziłaś. - Usłyszała nad sobą, kiedy upadła na płytki.

Oczy jej zaszły mgłą, a dźwięki przestały do niej dochodzić. Zemdlała.

Rozdział 1

Rozwód.

Jedno słowo, kilka ostatnich spotkań, sprawa w sądzie. Czy bolało? Z pewnością nie tylko portfel Mikayli. Były mąż... tak go będzie nazywała - nawet w myślach. Nie zasłużył, by przypominała sobie jego imię. Tak więc były, a zarazem pierwszy mąż, nie był miłością jej życia. Wyszła za niego z wygody. Pojawił się w życiorysie niczym wybawienie i myślała, że ona sama będzie cholernym Kopciuszkiem, którego wyciągnął z biedy i patologii. Owszem, zrobił to, ale tymczasowo, by ją znów w nią wpędzić. Głupia była, myśląc, że ją kocha, że podoba mu się na tyle mocno, że wypad na Majorkę niczego nie zmieni. Mogła zostać w domu i dalej grać grzeczną, i rozkładać nogi na jego żądanie, ale dusiła się w takim układzie. Chciała poczuć się niezależna i wolna, bez obrączki. Przypłaciła to rozwodem i brakiem środków na koncie.

Żałowała jeszcze straty tak dobrego kochanka. Umiał doprowadzić ją do niejednego orgazmu. Zawsze starał się, by była zaspokojona, nawet kiedy nie miała ochoty na seks. On za to miał prawie zawsze. Jak pieprzony królik myślał tylko o tym, pewnie dlatego szukał zastępstwa, kiedy nie miał, gdzie sobie ulżyć. Zdrajca.

Nie mówiła o tym przyjaciółkom, ale na Majorce nie miała w łóżku faceta. Było tylko subtelne macanko i minetka na stole. Wtedy zorientowała się, że ktoś ich obserwuje. Wystraszyła się i odprawiła mężczyznę, spędzając noc w samotności w barze pełnym obcych ludzi. Nie sądziła, że to detektyw, tylko jakiś psychopata, który być może śledzi ją z chorych, tylko sobie znanych powodów. Obawiała się w najgorszym wypadku gwałtu albo napadu. Dostała za to niemalże nagie foty na sali sądowej. Czy się wstydziła? Nie. Była niemiłosiernie zdenerwowana na tę jego kochankę. Okazała się sprytna, aż nadto.

Wypuściła psa przez główne drzwi od klatki schodowej swojego tymczasowego mieszkania. Zakładała, że nie będzie musiała długo siedzieć w tak obskurnych warunkach.

Odebrała głośno wibrującą komórkę.

- Mam dla ciebie informacje. - Usłyszała głos Meghan.

- Mam nadzieję, że mi się spodobają.

- Facet przed pięćdziesiątką, po rozwodzie. Wiem, że szuka nowej żony. Miliarder - dodała i ściszyła głos. - Ma słabe serce, poszperałam trochę, a w zasadzie to Nikki zrobiła to dla mnie. - Głos miała lekko rozbawiony, gdy to mówiła. - Znalazła wyniki jego badań. Gość dosłownie czeka na śmierć. Myślę, że nawet nie musiałabyś skonsumować małżeństwa, bo się wykończy.

- Czyli nie muszę rozkładać nóg? Pocieszyłaś mnie. - Przewróciła oczami, zadowolona, że Meghan tego nie widzi.

- Zawsze możesz wypróbować staruszka - zaśmiała się. - O ile to przeżyje.

- Dobra. Czyli poślubić, wykończyć w łóżku i zebrać cały majątek - podsumowała swój plan.

- Tak to wygląda.

- To po co on szuka żony, jak ma zaraz umierać? - zauważyła.

- Tutaj Nikki też mi pomogła. Bill Martinez, twój przyszły mąż, ma kilka interesów. Jeden bardzo dochodowy, ale jest pewien problem. Jego matka jest współwłaścicielem i ma aż siedemdziesiąt procent udziałów. Podpisała oświadczenie, że zrzeknie się wszystkiego, jeżeli on będzie miał dziecko, bo ona chce wnuka.

- Wnuka? Przecież on jest umierający! - wykrzyczała, nie zważając na mijających ludzi na chodniku.

- Właśnie. - Pstryknęła palcami Meghan, co było słychać w aparacie. - Jego matka o tym nie wie. I tutaj wszystko się komplikuje.

- Miałabym mu urodzić dziecko? Jak on mnie zapłodni, a jak przy tym umrze? - zaśmiała się na te niedorzeczności Kayla.

- Wydaje mi się, że właśnie po to mu żona, by wykiwać matkę i zgarnąć kasę. Może adoptujecie?

- To zostanę z kasą i dzieckiem? Nie wiem, czy mi pasuje taki układ.

- Zawsze możesz przyczynić się do jego śmierci przed adopcją. Wiesz... papiery ma... a ty byś tylko mu pomogła w nieuniknionym.

Zamilkła na chwilę, rozważając jej słowa. Miałaby go zabić? Upozorować jego naturalną śmierć? Czy była do tego zdolna?

Szła w stronę Coney Island. Rano nie było tam dużo ludzi, a chciała pobiegać, mając przed oczami wodę. Jeżeli nie mogła oglądać teledysków lecących na ekranie telewizora w siłowni, to chociaż takie widoki umilały jej wysiłek.

- Gdzie mogę go spotkać? - zapytała po chwili namysłu.

- Tak się składa, że Nikki wpisała cię na listę gości jutrzejszego bankietu z okazji jego urodzin.

- Których?

- Czterdziestych ósmych. Czy to ważne? Staruszek ustawi cię do końca życia. Wyślę ci wszystko mailem.

- Oby tylko nie swojego - zaśmiała się.

Czy była zła? Nie. Ludzie nie byli dobrzy albo źli. To ich czyny takie były. Ten z całą pewnością można zaliczyć do złych i okrutnych. Jednak trzeba spojrzeć szerzej, by zrozumieć, co taką osobą kierowało. Dotrzeć do korzeni. Znaleźć przyczynę w przeszłości, a u Mikayli całe życie było czarne. Nawet nie czarno-białe.

- Dzięki, Meg - powiedziała.

- Wiesz, że zrobimy dla ciebie wszystko - dodała matczynym tonem przyjaciółka.

Rozłączyła się, nie chcąc, wracać do wspomnień, ale one i tak atakowały jej myśli.

Czarne sceny, wypełnione cierpieniem jej i matki, która niedawno zmarła.

W oczach stanęły jej łzy, które szybko otarła, nie chcąc przypominać sobie dawnego życia.

Pokręciła głową i zaczęła biec szybciej.

Chciała zapomnieć, przecież tyle czasu uciekała od tych kilkunastu lat udręki. Wszystko na próżno. "Kiedy to się skończy?" - zadawała sobie to pytanie niemal codziennie.

- Minnie! - zawołała do psa, który się zatrzymał. Spojrzała na niego przez ramię i zagwizdała, nie chcąc zwalniać tempa, tak jakby to oznaczało pogrążenie się w czarnej rozpaczy - bezlitosnej i dotkliwej niczym jej ojciec.

Zanim się spostrzegła, runęła na piasek, wpadając na coś twardego i niskiego.

Dotknęła pękniętych okularów od Gucciego i przeklęła. Miała je zastawić w lombardzie. Tę parę i kilka innych.

- Przepraszam. - Usłyszała nad sobą. Była zbyt zajęta rozpamiętywaniem szkieł i nie zauważyła, że po prostu wpadła na kogoś, kto siedział na piasku.

- To chyba ja powinnam przepraszać. Patrzyłam na psa... a nie przed siebie - zająknęła się, widząc, że mężczyzna ma ze sobą trzy pupile. - Wszystkie są twoje?

Podążył za jej wzrokiem i spojrzał na swoich towarzyszy.

- Tylko Piksel. Reszta należy do sąsiadki. Czasami wyjeżdża do matki i nie ma się nimi kto zająć. Zwykle biorę je do siebie. - Kucnął obok zwierzaka, a ten pomerdał wesoło ogonem.

- Lubi cię - wydukała.

Minnie przybiegła i posłusznie usiadła obok jej nogi, nie przejmując się obecnością nieznajomego.

- Jesteśmy dość zżyci, znamy się od lat - przytaknął, wstając.

- Moja suczka nie przepadała za moim byłym mężem. Ciągle na niego warczała i... w sumie to nie wiem, czemu ci to mówię. - Zrobiło jej się głupio, że wyznała coś takiego mężczyźnie, którego dopiero co poznała. - W każdym razie przepraszam, że na ciebie wpadłam.

Wzięła psa na ręce i nie dała mężczyźnie czasu na odpowiedź. Pomachała mu i pobiegła jak oparzona. Straszne myśli przeszły i zastąpiły je jeszcze gorsze.

Biała kulka nie wyrywała jej się z rąk, a mimo to ściskała ją dość mocno. Przeszłość i przyszłość wydały jej się tak niebezpiecznie podobne. Łączyła je bieda i strach, który czasami paraliżował ciało. Zwłaszcza bezsennymi nocami.

Biegła tak jeszcze kilka minut, aż stanęła wpatrzona w nadchodzących plażowiczów. Byli szczęśliwi - przynajmniej na takich wyglądali.

Każdy miał za sobą jakieś złe chwile, ale łatwo było je ukryć za zwykłym uśmiechem. Im więcej odczuwali cierpienia, tym więcej się uśmiechali do ludzi.

Puściła psa i założyła na twarz właśnie taki uśmiech. Najpogodniejszy, na jaki było ją stać. To tylko kawałek jej życia był parszywy, teraz musiała sprawić, by nie zgniła reszta.

Biegła do swojego małego mieszkanka. Miała kilka spraw, które należało załatwić.

Godzinę później zastawiła w lombardzie całą swoją biżuterię i piękny płaszcz z norek. Dostała pokaźną sumę, za którą opłaci mieszkanie i sukienkę na przyjęcie Billa Martineza.

Po kolejnej godzinie gładziła materiał dość drogiej sukni.

Spojrzała w lustro na swoje odbicie. Czerwień sukienki i złote elementy nie pasowały do tła - jej nowego mieszkania. Mogłaby rzec, że tak ubrana wyglądała, jakby pomyliła dzielnice. Chciała się tak czuć, ale to był jej dom. Takie same obskurne ściany towarzyszyły jej za młodu, dlatego propozycja Meghan, a raczej jej kandydat, wydawał się tak interesujący.

Co mogłoby pójść nie tak w takiej zagrywce? Uwiedzie faceta, pokaże mu swoje ciało, a ten umrze na miejscu z powodu intensywnych doznań. Nawet nie byłoby w tym jej winy, jako jego żona, mogła mu przecież oferować takie przedstawienia. Nikt nie oskarżyłby jej o celowe wywołanie zawału.

Rzuciła okiem na mieszkanie. Wszystko posprzątała, jak umiała najlepiej, ale to dalej pozostawała speluna. Wzięła torebkę, komórkę i klucze. Wyszła z budynku. Na zewnątrz było już ciemno, a zamówiona wcześniej taksówka, czekała, by zawieść ją pod adres, który dostała dzięki Nikki.

Usiadła na tylnej kanapie i powiedziała mężczyźnie, dokąd ma jechać.

Odblokowała wyświetlacz telefonu i kliknęła "Połącz" przy zdjęciu Nikki.

Nie odebrała. Pewnie miała ważniejsze sprawy do ogarnięcia. Jak na przykład tego agenta, który deptał jej po piętach.

Wyszukała więc Adeline.

- Cześć, Mikayla - odezwała się spokojnym głosem przyjaciółka. - Słyszałam od Meg, że masz super plan.

- No nie wiem, czy super. Facet najpewniej padnie na zawał. Może mnie zmiażdżyć swoim cielskiem - zaśmiała się sztucznie. Nie patrzyła na taksówkarza. W tym mieście woził większych dziwolągów i słuchał lepszych historii. W żadną z nich nie wierzył.

- Miej komórkę pod ręką, wyciągniemy cię spod niego, jak z każdego szamba. Pamiętasz, że kiedyś miałyśmy tylko siebie do pomocy?

- Tak, wiem - westchnęła, mimo wszystko nie chcąc tego rozpamiętywać. - Ale jestem już dorosła, Adeline. Chcę sama sobie radzić.

- Przecież sobie radzisz. Nie skończyłaś jak swoja... - urwała, pewnie nie chcąc jej urazić.

- Wszystko w porządku. Już mi nie przeszkadza to słowo.

- Nie chciałam powiedzieć "dziwka".

- Wiem, ale i tak obie myślimy o tym samym. - Patrzyła na zatłoczone nawet o tej porze ulice. To był Nowy Jork, to było tu normalne.

- Twoja matka była dobrą kobietą - wyznała Tiny.

- I właśnie to ją zgubiło. Była za dobra dla mojego ojca.

Zamilkły na chwilę, każda myśląc o przeszłości.

- Zadzwonię jutro. - Rozłączyła się, nie mogąc dalej ciągnąć tej rozmowy.

Miała zacząć nowe życie, nawet jeśli ze starcem na łożu śmierci. Pragnęła w końcu odciąć się od tamtych wydarzeń i zapomnieć. Magicznie zapomnieć, jakby krew z jej żył nigdy się nie sączyła.

Wysiadła pod dużą rezydencją, gdzie Bill Martinez wyprawiał swoje urodziny. To był jego dom, pewnie jeden z wielu. Pieniądze i wysokie ego gospodarza dawało się odczuć już od kutej bramy niczym z zamkowego pałacu.

Taksówkarz wysadził ją obok wysokiej fontanny, gdzie zatrzymywały się auta za spore sumy. Podziękowała mu, zapłaciła i wyszła zgrabnie na czerwony dywan, który prowadził do wejścia. Tam stał już mężczyzna przyjmujący zaproszenia. Wyjęła swoje, podrobione przez Nikki. Podała mu z delikatnym uśmiechem.

Spojrzał na nią, na zaproszenie i listę gości.

- Zapraszam na przyjęcie, panno Mikaylo Davis. - Ukłonił się szarmancko i odsunął jej kotarę. Wzięła od niego bilecik, który wskazywał miejsce przy stoliku.

Nawet nie sądziła, że wszystko pójdzie tak gładko. Nikki jak nikt inny znała się na hakowaniu i innych oszustwach. Mikayla cieszyła się, że miała ją za przyjaciółkę, biada temu, kto był przeciw niej.

Weszła na przestronną salę. Wszyscy ubrani w stroje wieczorowe wyglądali, jakby dobrze się bawili.

Odnalazła swój stolik i usiadła przy nim, witając się uprzednio z resztą. Nikki nawet w tej kwestii się spisała. Posadziła przyjaciółkę na wprost Billa Martineza. Jak ona tylko wytłumaczy mu tę sytuację?

- Czy my się znamy? - zapytał Bill, zerkając na nią ponad kwiatami na środku okrągłego stołu.

- Chyba doszło do dość poważnego zaniedbania. Nikt nie był tak łaskaw, by mnie przedstawić rok temu w szpitalu, gdy przydzielono mnie do pana matki - kłamała jak z nut Mikayla. Wszystkie te informacje dostała od Nikki na maila.

Ta sprytna dziewczyna podmieniła ją nawet w bazie danych i teraz w kartotece szpitala przy matce Billa widniała Mikayla. Gdyby ktoś odkrył to oszustwo, miałyby poważne problemy.

- To pani była tą miłą psycholożką, która zaglądała do niej codziennie? - wydawał się ożywiony, co akurat ją cieszyło.

Bała się, że plan okaże się totalnym bezsensem, a tu jednak Bill połknął haczyk.

- Cóż... tylko, gdy była w śpiączce. Potem przeniosłam się do innego szpitala, ale jestem pewna, że pana matka miała dobrą opiekę tuż po przebudzeniu. W Metropolitanie pracuje znakomita kadra.

- Jak pani się nazywa?

- Mikayla Davis.

Bill wstał ze swojego krzesła i podszedł do niej. Wyciągnął dłoń, a ona podała mu swoją. Wstała grzecznie, ciekawa rozwoju sytuacji.

- Bardzo miło mi panią poznać - wyszeptał, całując wierzch jej dłoni.

- Cała przyjemności po mojej stronie.

- Rzadko spotyka się młodą kobietę z gotowością do takich poświęceń. Zechciałaby pani zatańczyć? - zapytał, zerkając na parkiet, gdzie powolna, stonowana muzyka kołysała już garstkę ludzi.

- Z przyjemnością i proszę mi mówić Mikayla - uśmiechnęła się zalotnie. Jej przyszły mąż miał przynajmniej dobre maniery. Może przymknie oko na jego wiek.

Bill pociągnął ją na parkiet i objął, zatrzymując dłoń na dole pleców. Taniec z nim nie był wymagający. Krok do przodu, krok do tyłu, czasem obrót. Chyba nie był znakomitym tancerzem.

- Przyszłaś sama - bardziej stwierdził, niż spytał.

- Tak. - Czuła potrzebę odpowiedzi. - Niedawno się rozwiodłam. Mój były mąż wymienił mnie na młodszy model.

Nie miała zamiaru mówić, że rozpad małżeństwa to wyłącznie jej wina i jej wybryk. Musiała wywrzeć na nim dobre wrażenie, niekoniecznie przyznając się do zdrady, nawet takiej małej na stole w pokoju hotelowym.

- To musiał być kretyn - wypalił, odchrząkując na swoją bezpośredniość. - Wybacz, ale młodsze od ciebie chyba bawią się jeszcze w piaskownicy.

- O, masz rację, był z niego kretyn - zachichotała bezwiednie. - Mam dwadzieścia osiem lat. Schlebiasz mi.

- Dałbym góra dwadzieścia.

- Dziękuję, miło to słyszeć, szczególnie w ostatnim czasie.

- Darzysz go jeszcze uczuciem?

- Trudno kochać kogoś, kto nie poświęcał ci choćby najmniejszej uwagi - odpowiedziała wymijająco.

Muzyka ucichła, a na środek sali wyszedł mężczyzna w wieku Billa.

- Bill! Wiemy, że znowu kończysz osiemnaście lat! - krzyczał przez mikrofon. - Przyjmij od nas najszczersze życzenia!

Podeszła do niego starsza kobieta, zapewne matka Martineza.

- Synu, w tym roku to ja wybierałam prezent urodzinowy. Wszystkiego najlepszego - zaśmiała się staruszka, a ktoś z boku podał jej krzesło. Usiadła tyłem do zgromadzonych, a przez boczne drzwi wbiegła grupa mężczyzn.

Byli ubrani w skórzane spodnie i czarne chusty. Z głośnika rozbrzmiała głośna, rytmiczna muzyka, a mężczyźni przybrali figurę kota. Wypięli tyłki opięte materiałem i potrząsali nimi do rytmu.

- Wiedziałem, że moja matka jak zwykle wyda kasę na coś dla siebie - zaśmiał się, patrząc na klaszczącą staruszkę.

Siedziała najbliżej i miała największą frajdę.

Mężczyźni zaczęli się wić, a pokaz przerodził się w striptiz. Kobiecie to odpowiadało, bo co rusz podchodził do niej wypełniony testosteronem facet, by mogła dotknąć jego sześciopak.

- Na łożu śmierci była spokojniejsza, co?

- Nie posądzałabym jej o takie upodobania - uśmiechnęła się. Podziwiała jego matkę. - Na starość chciałabym być równie walnięta. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Spojrzała na Billa, upewniając się, czy aby nie pozwoliła sobie na zbyt wiele, ale ten kiwał głową, klaskał jak reszta publiczności i śmiał się.

- Musisz ją poznać. To taka dwudziestka uwięziona w ciele kobiety koło siedemdziesiątki.

- Z miłą chęcią.

Przyglądali się jeszcze dłuższy czas pokazowi. Bill raczej skupiał się na matce, a Mikayla na striptizerach. Była kobietą, to raczej zdrowy odruch, jeśli podobało jej się takie show, nawet w obliczu niedawnego rozwodu.

Gdy tancerze skończyli się rozbierać, tańczyć i wyginać, Bill pochwycił jej dłoń i zaprowadził do staruszki.

- Mamo, poznaj swoją panią psycholog. Mikayla Davis. - Wskazał na nią z powagą.

- Bardzo mi miło, szczególnie, że w końcu mam okazję zobaczyć panią po przebudzeniu - przywitała się Mikayla.

- A tak! Głośno o mnie było, co? Pierwsza kobieta po przeszczepie zwierzęcej nerki i to jeszcze staruszka. Lekarze pewnie nie dawali mi szans na przeżycie?

- Proszę mi wierzyć, że tamtejsza kadra bardzo przejmowała się pani zdrowiem. - Mikayla idealnie wczuła się w swoją rolę. Już sama prawie uwierzyła, że tam pracowała.

- Niech będzie, wierzę ci - zaśmiała się kobieta, widząc powagę dziewczyny. - Wielka szkoda, że cię wtedy nie poznałam, krążyły o tobie legendy.

- Legendy? - powtórzyła. Nikki nic jej o tym nie pisała, bo też w kartotekach nie było plotek.

- A i owszem. Młoda, ładna i do tego z sercem na dłoni. Wszyscy się dziwili, że zaglądasz do mnie charytatywnie - podsumowała.

- Bardzo się przejęłam tą operacją. Przeszła pani do historii.

- A tak. Już nawet sama znalazłam swoje zdjęcie w Google i pod hasłem "stara a bogata" - zaśmiała się głośno.

- Mama ma nietypowe poczucie humoru - próbował wytłumaczyć ją Bill, będąc niepotrzebnie zażenowany.

- Ale ja świetnie takie poczucie humoru rozumiem - zapewniła Kayla, uspokajając go.

- No widzisz, synu, wyjmij ten kij z tyłka. Przepraszam was, muszę się rozliczyć z tancerzami. - Wskazała na czekającego bez koszulki mężczyznę.

Mikayla miała wrażenie, że to wcale nie chodziło o rozliczenie z pieniędzy.

- Moja matka... cóż... ona jest... - zaczął Bill.

- Wspaniałą kobietą - podsunęła uśmiechnięta Kayla.

- Tak niektórzy twierdzą. - Kiwnął głową, sam pewnie będąc innego zdania. - Chodźmy do stołu, po życzeniach miały być desery.

Dała mu się poprowadzić, zadowolona, że dotknął jej pleców. Wydawałoby się, że to odruchowy gest, a wcale nim nie był. Zdradzał stosunek mężczyzny do kobiety i wszystko wskazywało na to, że nie popełniła błędu i zainteresowała go swoją osobą.

Usiadła przy okrągłym stoliku, układając sobie plan na resztę wieczoru. Nie planowała już dłuższej rozmowy z Billem. Nie mogła się mu narzucać. To on miał za nią gonić, nigdy na odwrót.

Po zjedzonym deserze poszła do baru z drinkami. Wytatuowany barman zrobił dla niej na zamówienie jeden bezalkoholowy koktajl. Nie chciała kusić losu. Musiała być trzeźwa.

Resztę przyjęcia spędziła w towarzystwie różnych mężczyzn. Tańczyła z nimi, rozmawiała lub siedziała przy barze, nie oglądając się na parkiet i tę elegancką część sali, gdzie stały stoliki. Co jakiś czas przed oczami przemknął jej Bill. Miała nadzieję, że patrzy na nią i ją podziwia, bo cały wieczór chodziła uśmiechnięta, aż bolały ją mięśnie twarzy.

Gdy stwierdziła, że impreza ma się ku końcowi, zamówiła taksówkę. Wyszła na zewnątrz, mając nadzieję, że rybka połknęła haczyk. Nie myliła się. Bill Martinez wyszedł zaraz za nią.

- Może mógłbym cię odwieźć - zaproponował od razu.

Pewnie by się zgodziła, gdyby mieszkała w lepszej dzielnicy.

- Zamówiłam już taksówkę.

- To może zjesz ze mną jutro kolację? - przeszedł od razu do rzeczy.

Podobało jej się, że nie czekał na jej ruch.

- Z miłą chęcią - uśmiechnęła się. Była lepsza w te klocki, niż myślała. W jeden wieczór, a raczej jedną rozmową, zainteresowała sobą tego milionera.

Bill wyciągnął komórkę i podał jej.

- Zapisz mi swój numer, zadzwonię.

Tak też zrobiła. Nawet nie sądziła, że wszystko pójdzie z taką łatwością. Miała nadzieję, że Bill nie robił tego z desperacji, by zagarnąć majątek matki.

***

**

*

Ciężkie ręce przytrzymywały jej nadgarstki. Czuła ogromny ból, gdy przejechał brudnymi palcami po podciętych żyłach. Widziała jego twarz tuż nad swoją. Wyrażała odrazę i nienawiść. Doskonale wiedziała, że ojciec nie darzy jej innym uczuciem. Od zawsze przyznawał, że nie chciał jej w swoim życiu. Była tylko pomyłką.

- Myślałaś, że się ode mnie uwolnisz? - chrypiał nad nią.

Przekręciła głowę na bok, zamykając oczy.

- Nigdy tego nie zrobisz. Jesteś zdana na moją łaskę, a gdy mi się znudzi twoja matka, zajmiesz jej miejsce. - Przycisnął jeszcze mocniej swoje ciało do niej.

Traciła oddech pod jego ciężarem, ale nie zamierzała walczyć o kolejną sekundę życia. On jednak doskonale wiedział, kiedy przestać. Wstał i wyszedł, zostawiając ją obolałą.

Leżała tak pół nocy, mając nadzieję, że krew się kiedyś skończy, a ona się wykrwawi i nigdy nie będzie już oglądała jego twarzy. Nic podobnego się nie stało. Jak co noc przyszła do niej Nikki. Zakradła się przez okno, które zawsze uchylone, było dla niej wejściem już od kilku lat.

- Mikayla! - zawyła, zakrywając dłonią usta. - Dobry Boże! Co się stało?

Podbiegła do plecaka i wyjęła chusteczki, zaczęła wycierać ciało przyjaciółki z krwi, ale ta była już zaschnięta.

Mikayla otworzyła powoli oczy. Nie była pewna, czy zemdlała, a może usnęła.

- Próbowałaś się zabić? - zapytała Nikki, próbując pomóc usiąść przyjaciółce.

- Czy ja pierwsza?

- Oszalałaś? Nawet nie wiesz, jak byśmy za tobą płakały! Jesteś egoistką.

- Być może.

Nikki wyjęła butelkę wody i dała jej, nie wiedząc, co może jeszcze zrobić.

- Nie rób tego więcej. Proszę.

- Tak naprawdę to nie ja. Ja tylko się zastanawiałam, siedziałam w łazience z żyletką w ręce. Ojciec wszedł i oszalał. Matka próbowała go powstrzymać, ale ją uderzył. Chyba leży jeszcze w korytarzu nieprzytomna. Potem zabrał mi żyletkę i mnie pociął.

- Chciał cię zabić?!

- Nie. Powiedział, że nigdy się od niego nie uwolnię, ale zrobi to na pamiątkę, żebym pamiętała, że nawet śmierć mnie nie wybawi.

- Sukinsyn. - Rzuciła się na przyjaciółkę, zaraz odskakując, widząc jak się krzywi z bólu. - Przepraszam, chciałam cię tylko przytulić. Czy... czy zrobił coś jeszcze?

- Nie. Tylko to. - Podniosła nadgarstki do góry. Była dzielna. Nie rozpłakała się przy przyjaciółce ani razu. Nie użalała się nad sobą. Słuchała tylko, jak Nikki ją opłakuje.

Podniosła głowę do góry.

- To tylko sen - wyszeptała do siebie. Mimo że to mieszkanie było równie obskurne, a jej portfel równie pusty, jak wtedy, gdy stamtąd uciekała. Teraz miała dwadzieścia osiem, a nie osiemnaście lat, i nie miała szalonego ojca w domu. Zaświeciła lampkę na stoliku nocnym, wstała z łóżka i przeszła kilka kroków do łazienki. Wątpiła, czy po takim koszmarze jeszcze zdoła zasnąć tej nocy. Przemyła twarz wodą i spojrzała w lustro na ciemne krążki pod swoimi oczami. Wyciągnęła resztki kremu za tysiąc dolarów, który kupiła sobie za pieniądze byłego męża i wklepała go w skórę. Będzie go jej brakowało, szczególnie po takich snach. Zawsze pomagał jej wyglądać lepiej, młodziej i tak, jakby nie miała żadnych zmartwień.

Wzięła komórkę i usiadła na łóżku, szczelnie okręcając się kocem. Otworzyła pocztę. Musiała znaleźć pracę, by się jakoś utrzymać, a nie miała pojęcia, jak długo będzie musiała podrywać Billa. Dlatego wysłała swoje CV do prawie każdego szpitala w Nowym Jorku. Dostała odpowiedź tylko od jednego. Państwowy Szpital Prezbiteriański w Nowym Jorku. Dzięki znajomości byłego męża pracowała w prywatnej klinice, oczywiście porzuciła tę pracę, bo pieniądze z niej wystarczały jej tylko na waciki, a mąż nie widział sensu, by spędzała tyle godzin w szpitalu - w jego mniemaniu - za tak niskie pieniądze.

Teraz nie miała takiej wygody i nieprzyjęcie tej propozycji byłoby szaleństwem. Każdy pieniądz się liczył, nawet jeśli dzięki temu będzie mogła nie zastawiać kolejnej partii ubrań w lombardzie.

***

**

*

Poranek wydał jej się wyjątkowo piękny. Może dlatego, że udało jej się zdrzemnąć pół godziny po tym koszmarze.

Założyła czarne spodnie w kant i białą bluzkę z eleganckim kołnierzykiem. Chciała wyglądać ładnie, a zarazem kobieco. Obcisłe spodnie podkreślały jej największy atut i o to jej chodziło.

Taksówka zawiozła ją pod szpital, gdzie miała się stawić na rozmowę, jeśli chciała tam pracować. Chciała! Jeszcze nigdy do tej pory nie pragnęła tak mocno pracować. Nawet gdy ojciec bił ją do nieprzytomności. Wtedy tylko chciała być wolna.

Weszła do budynku, w którym ludzie krążyli jak mrówki. Jedni czegoś szukali, drudzy na coś czekali. Ona szła do wyznaczonego punktu, a tabliczki na ścianach ułatwiały jej odnalezienie drogi. Musiała przyznać, że szpital, mimo iż publiczny, był duży i z mnóstwem krętych korytarzy. Trudno byłoby się w nim odnaleźć bez tabliczek informacyjnych.

Podeszła do młodej dziewczyny, która siedziała za witryną z napisem "Informacja". To tutaj kazali jej przyjść.

- Dzień dobry, mam dzisiaj rozmowę o pracę - zaczęła z pogodną miną.

- Dzisiejsze rozmowy są w pokoju sto czterdzieści osiem. - Wskazała palcem za Mikaylę.

Obróciła się instynktownie w tamtą stronę.

Przed drzwiami ustawiła się już pokaźna kolejka. Wszystkie kobiety były ubrane w biało-czarne stroje jak na szkolny teatrzyk.

- Dziękuję - mruknęła.

Ustawiła się w kolejce, mierząc konkurentki wzrokiem. Jak miała wypaść najkorzystniej z nich wszystkich? Musiała przecież jakoś się wyróżnić.

- Byłam tu już wczoraj, ale dyrektor nagle wyszedł i musiałam przyjść dzisiaj. Jego zastępczyni też gdzieś zniknęła i jestem dzisiaj - odezwała się do niej dziewczyna stojąca z przodu.

Mikayla obrzuciła ją szybkim spojrzeniem. To nie powinno być trudne.

- Ja już straciłam nadzieję. Przychodzę tu piąty raz. Za każdym razem prosił o to samo. Wiesz... seks za pracę. Za drugim razem się zgodziłam.

- I co?

- No dalej muszę chodzić, ale robi się coraz ciekawiej. Obiecał, że następnym razem poprosi kogoś z kolejki do trójkąta.

- Poważnie? - zapytała dziewczyna, nie dowierzając.

- Wiesz, ja nie mam nic do stracenia. A poza tym to jestem nimfomanką. Kręci mnie coś takiego. - Zrobiła krótką pauzę. - Normalnie nikomu z kolejki tego nie mówię, ale wydajesz mi się sympatyczna. Może dzisiaj to ty się do nas przyłączysz?

Dziewczyna zrobiła krok do tyłu, aż wpadła na swoją sąsiadkę.

- Przepraszam... Przepraszam - dukała, nagle zapominając innych słów. Uśmiechnęła się krzywo do Mikayli, wyminęła ją i poszła w stronę wyjścia.

"To było za łatwe" - pomyślała. Przecież w tej kolejce powinny stać same psycholożki, które umieją posłużyć się swoją wiedzą. Jeśli jednak były tak słabe, jak ta, która uciekła, nie będzie trudno dorównać im umiejętnościami.

Nie wdawała się już w żadne dyskusje, po prostu czekała na swoją kolei, a ta nadeszła dopiero po półtorej godziny, kiedy została wezwana do pokoju.

Zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się po gabinecie dyrektora z działu kadr.

- Dzień dobry, dlaczego powinna pani u nas pracować? - zadał standardowe pytanie.

- By uratować waszych pacjentów od koleżanek, które dziś razem ze mną stały w kolejce - odpowiedziała wprost, zakładając nogę na nogę.

Mężczyzna przyjrzał jej się dokładniej, szczególnie przypatrując się konkretnym miejscom.

- A to ciekawe - odparł. - Mogłaby pani rozwinąć?

- Jednej z nich wcisnęłam kit, że żeby mieć tu pracę, trzeba się przespać z dyrektorem kadr.

- Czyli ze mną? - wskazał na siebie zdziwiony.

- Uwierzyła i wyszła niegotowa na taką rozmowę kwalifikacyjną. Zdaje pan sobie sprawę, że zatrudniając osobę, która uważa, iż ma odpowiednie kompetencje, tylko powiększa pan uszczerbek na zdrowiu pacjentów?

- Pani tak zawsze z grubej rury? - zaśmiał się, chrząkając.

- Nie żartuję, jeśli chodzi o dobro człowieka. To jest mój zawód, nie mogłabym.

Dyrektor podrapał się po głowie, zastanawiając się nad czymś.

Czy wywarła na nim wrażenie? Jakieś na pewno. Czy dobre? Miała nadzieję, że zapadające w pamięć.

Otworzył teczkę z jej CV. Przejrzał ją pobieżnie i znów na nią spojrzał.

- Czy ma pani poczucie humoru?

- Słucham? - nie mogła uwierzyć, że takie pytanie padło na rozmowie o pracę w szpitalu.

- No, pytam, bo widząc pani twarz, sądzę, że nie.

- Mam, ale nie będę się śmiała z pacjentów, a o nich rozmawialiśmy.

- Zdaje sobie pani sprawę, że to, co pani zrobiła, nie jest do końca legalne?

- Ma pan na myśli pomówienia?

- Między innymi. - Kiwnął głową, patrząc na nią z góry.

Po jego mowie ciała wnioskowała, że przegrała. Wpakowała się w jeszcze większe kłopoty. Zaraz ją zaskarży i wezwie ochronę.

- Możliwe, że są na to paragrafy.

- Nawet niejeden - wtrącił.

- Ale... - kontynuowała. - Szuka pan psychologa, nie prawnika. Mam znać się na ludzkiej psychice i ją rozpracowywać, jak zrobiłam w przypadku kobiety, która była ze mną w kolejce. Rozpracowałam ją, wykorzystując swoją wiedzę i spryt. Czy to coś udowadnia? Być może wiedzę o funkcjonowaniu ludzkiego umysłu i oddanie pacjentom, których ocaliłam przed tą kobietą, albo moją naiwność, że to ktoś doceni. Niech pan wybierze.

Milczał. Patrzyła na niego, nie poruszając nawet palcem. Była spięta. Ryzykowała i to w imię czego? Pieniędzy?! Tak nisko upadła, by rządziło nią kilka zielonych?

Przejechał palcem po linii swojej szczęki, nie spuszczając z niej wzroku.

- Bardzo mądrze. - Wycelował w nią długopisem. - Ma pani tę pracę.

Cisnęło jej się na usta zwykłe "Co proszę?", ale powstrzymała się, by do końca wyglądać profesjonalnie.

- Dziękuję. - Kiwnęła głową.

- Z tymi dokumentami proszę iść do informacji. - Podpisał coś i jej podał.

Wstała, nabierając nowego entuzjazmu, i zebrała dokumenty. Może jednak jej życie nie będzie tak złe. Za miesiąc dostanie pierwszą wypłatę, do tego czasu jakoś sobie poradzi.

Zrobiła wszystko, o co poprosił, a potem to, o czym poinstruowała ją kobieta z recepcji. Miała się stawić jutro. Dostała wszystkie potrzebne rzeczy i miała tylko nadzieję, że tego nie schrzani.

Wracając do mieszkania, kupiła kawę w najpopularniejszej kawiarni - Starbucks. Stwierdziła, że na rogu jej ulicy serwują lepszą, mimo że podają ją w tanich nieekologicznych kubeczkach. Może jednak nie mieszkała na tak złej ulicy, jak myślała.

W ostatnim momencie skręciła, porzucając pomysł siedzenia cały dzień wśród obskurnych ścian.

- Tak? - odebrała dzwoniącą komórkę, przechadzając się plażą. Jakoś ostatnio ciągnęło ją w takie miejsca. Nie tylko dlatego, że było tu ładniej niż w tymczasowym lokum.

- Mówi Bill.

- Ach, Bill - zaszczebiotała wyuczenie. - Miło, że dzwonisz.

- W końcu obiecałem. Moje słowo wiele znaczy - podkreślił, a ona zanotowała to w pamięci. - Miałem zaprosić cię na kolację.

- Tak? A ja myślałam, że już zaprosiłeś - zaśmiała się delikatnie, wręcz dziewczęco. Udawanie miłej, zainteresowanej czy wręcz zauroczonej małej kobietki, nie było dla niej niczym trudnym. Od zawsze umiała grać, może dlatego tak łatwo przyszło jej zostać psychologiem. By grać, musiała doskonale wiedzieć, jaki kostium przybrać, a dla Billa wystarczyło być jak najbardziej niewinną.

- Masz rację. Spotkajmy się o osiemnastej w Eleven Madison Park. Zarezerwowałem tam stolik dla naszej dwójki. - Brzmiał męsko.

Po Mikayli przeszły ciarki i to nie ze strachu. Lubiła taki ton, ale nie spodziewała się go po czterdziestoośmioletnim facecie, którego planowała oskubać z forsy.

- Dobrze, idealnie wybrałeś - powiedziała, chociaż w rzeczywistości wolałaby iść do tańszego lokalu. Nie dlatego, że do takich nie przywykła. Chodziła po droższych restauracjach świata z byłym mężem. Miała tylko nadzieję, że Bill okaże się dżentelmenem i za nią zapłaci.

- A więc do wieczora - powiedział wesoło i się rozłączył.

Schowała komórkę do torebki i spojrzała w niebo.

- Nie wiem, co tam dla mnie wymyśliłeś, ale nie chcę znowu wylądować pod mostem - mówiła cicho, zapatrzona w obłoki. Westchnęła, przypominając sobie ucieczkę z rodzinnego domu.

- Znowu się spotykamy! - Usłyszała krzyk.

Oderwała wzrok od obłoków i spojrzała przed siebie. To ten mężczyzna, na którego wpadła. Widocznie był stałym bywalcem tej plaży.

- O! - wyrwało jej się. - Tylko tym razem jestem bez psa.

- Ja też. - Podniósł dłonie, jakby chciał zaznaczyć, że nie ma w nich smyczy.

Mikayla usiadła na piasku, dziwnie zmęczona tą połową dnia.

- Mogę usiąść obok?

- Nie krępuj się. Jesteś sam? Często tu przychodzisz?

- Prawie codziennie, odkąd rzuciłem pracę. - Usiadł obok i skrzyżował nogi na piasku.

- A ja właśnie dostałam pracę. W Szpitalu Prezbiteriańskim. Może dlatego nie czuję satysfakcji.

- A kim jesteś? Lekarzem?

- Psychologiem i już odczuwam ciężar moich pacjentów, chociaż ich jeszcze nie widziałam. - Patrzyła na taflę wody, czując, że ją to uspokaja.

- Taka praca może być męcząca - przyznał. - Ja odszedłem ze Starbucksa.

- O! A to dlatego mieli dzisiaj taką słabą kawę - zaśmiała się.

- Jestem Bartholomew.

Odwróciła głowę w jego kierunku i skrzywiła się.

- No co? - zapytał, nie rozumiejąc.

- Bardziej matka cię ukarać nie mogła.

- Przyjaciele mówią na mnie Mew.

- Dobrze robią - uśmiechnęła się przyjaźnie. - Jestem Mikayla.

- Masz znacznie fajniejsze imię.

- Nie zaprzeczę - zaśmiała się znowu.

Miał może dwadzieścia pięć lat. Nie więcej. Gdyby nie ten krótki zarost na brodzie i policzkach pewnie dałaby mu jeszcze mniej. Jego otwartość na drugiego człowieka była pokrzepiająca, ale i dziwna zarazem. Trudno znaleźć człowieka, tak miło nastawionego na obcą osobę.

- Co robisz w życiu oprócz parzenia kawy? - zapytała z uśmiechem.

- Dużo już w życiu robiłem - zaśmiał się gromko, patrząc na nią, a potem na niebo. - Ale jakoś nie mogę znaleźć swojego miejsca. Starbucks był fajny przez miesiąc.

- Ty chociaż możesz przebierać w ofertach, ja potrzebuję kasy na wczoraj i nie mogę tak wybrzydzać.

- Nie wybrzydzam, tylko chcę robić coś, co lubię.

- A może coś, co umiesz? Jeśli to ty wcześniej parzyłeś kawę w Starbucks, to wiedz, że lepszej nie piłam, i mimo iż to sieciówka, to twoja receptura była najlepsza.

- Mam taki jeden mały sekret, dlatego mi wychodzi. - Wzruszył ramionami.

- Trzymaj się go. Lubiłam tę kawę.

Mew wyjął z plecaka kartkę i długopis. Koślawo napisał na niej numer i podał Mikayli.

- Jeśli będziesz potrzebowała dobrej kawy, a może wypieków, to wal jak w dym.

- Pieczesz słodkości?

- Tylko prywatnie. Jeszcze nigdy nie pracowałem jako cukiernik.

Zaśmiała się i wzięła od niego kartkę.

- Całe życie przed tobą. Spróbuj w jakiejś małej kawiarence. Oni tam zawsze potrzebują kogoś z pomysłami.

- Jesteś pomocna. Dzięki - wyszczerzył się do niej w uśmiechu, a ona zachichotała.

- Może jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy. - Puściła do niego oczko i wstała z piasku, otrzepując spodnie. - Trzymaj się.

To spotkanie poprawiło jej humor, a przecież nawet nie wiedziała, że tego potrzebuje - obcej osoby, po prostu kogoś, z kim mogłabym pogadać, tak jakby nie było tej spłukanej Mikayli.

***

**

*

Punkt osiemnasta zjawiła się w restauracji, która samym wyglądem mogłaby oskubać ją z oszczędności. Kiedy tylko powiedziała, jak się nazywa, kobieta zaprowadziła ją do stolika, będąc przy tym przesadnie miła.

- Dostałam informację, że pani towarzysz za chwilę przybędzie - uśmiechnęła się szeroko, bardzo nienaturalnie. - Czy do tego czasu pani sobie coś życzy?

- Nie, dziękuję - powiedziała, poprawiając sukienkę, spływającą w dół krzesła.

Lubiła ładnie wyglądać, nie mogła się oprzeć przed kupnem nowej zdobyczy. Znów zastawiła biżuterię, której zapasy znacznie się uszczupliły. To nie wróżyło nic dobrego.

Kobieta ukłoniła się delikatnie, jakby Mikayla była królową Anglii, i odeszła.

- Dwulicowy babsztyl - podsumowała cicho pod nosem i położyła kopertówkę na stoliku.

Bill zarezerwował go w najgłębszej części lokalu, siedzieli ponadto oddzieleni koronkowym parawanem od reszty sali. Gdyby nie była nastawiona na ślub z tym facetem, czułaby się nie na miejscu.

- Przepraszam, że musiałaś na mnie czekać. - Usłyszała jego głos i poderwała się automatyczne z krzesła. Stanęła do niego przodem i oniemiała, widząc bukiet czerwonych długich róż.

- To dla mnie? - zapytała, gdy zdziwienie wciąż malowało się na jej twarzy.

- Nie mógłbym przyjść bez nich. Piękne kwiaty dla ślicznej kobiety to zdecydowanie obowiązek. - Zawołał gestem kelnera, który przybiegł jak na skrzydłach. - Prosimy o flakon. - Wskazał na kwiaty, a chłopak zdążył już pobiec po wskazaną przez niego rzecz.

- Dziękuję - powiedziała, próbując znów panować nad emocjami, a zwłaszcza nad mimiką.

Gdy kwiaty znalazły się już w wazonie, Bill pomógł jej usiąść, zachowując się przy tym, niczym najwyższej klasy dżentelmen. Zastanawiała się, czy taki jest zawsze, czy może to tylko pozory.

- Wybrałaś już coś? - Wskazał na kartę przed nią.

Przeniosła wzrok na przedmiot i pokręciła przecząco głową.

- Nie. Czekałam na ciebie.

Bill znowu przywołał kelnera i wyprostował się na krześle, chcąc ujść za jeszcze bardziej władczego.

- Prosimy dwa razy specjał kuchni i wytrawne wino. Mikaylo, masz jakieś życzenia? - zapytał, patrząc na nią uważnie.

Nie przeszkadzałoby jej to, gdyby nie próbował dominować. Może niektóre kobiety lubiły, gdy facet decydował za nie, co mają jeść, ale ona nie należała do tej grupy.

- Ja poproszę łososia - odczytała szybko z karty. - Specjał kuchni w dziale ryb - zaznaczyła wesoło, chcąc mu dopiec. - I wodę.

- Trzy dania? - zapytał kelner, patrząc nieśmiało na Billa.

- Dwa - powiedział, nie spuszczając wzroku ze swojej towarzyszki.

Kelner zrozumiał słowne przepychanki, ukłonił się i odszedł.

- Powiedz mi, Mikaylo - zaczął Bill, zmieniając taktykę. - Myślałem, że jesteś bardziej cichą osobą.

- Co znaczy "cichą"? Czy nie to, że nie mam własnego zdania? - uśmiechnęła się, próbując nie pokazać swojego zdenerwowania. Powinna się uspokoić, w złych emocjach nie zdziała nic dobrego.

- Tego nie sugeruję. Aczkolwiek myślałem, że szukasz bardziej władczego mężczyzny. - Oparł się o blat stolika, nachylając do niej, jakby ich rozmowa była bardzo poufna.

- Może szukam. - Puściła do niego oczko. - Ale nie przepadam za wołowiną. - Wskazała w menu na danie, które zamówił, i znów przykryła swoją złośliwość uśmiechem.

- Zapamiętam na przyszłość.

- O, a zapraszasz mnie jeszcze gdzieś? - Pochyliła się nad stolikiem, eksponując dekolt.

- Wybierz coś. Jestem otwarty na propozycje. - Przejechał wzrokiem po jej krągłych piersiach, by zatrzymać się na oczach.

- Lubisz spacer plażą? Najlepiej nocą? - zapytała wprost.

- Wszystko, co zaproponujesz.

- Jesteś szalony - zachichotała, znów wczuwając się w swoją rolę.

- Możliwe, że tak. Pod wpływem pięknej kobiety mężczyzna szaleje. - Wskazał na nią.

- Mówisz to pewnie każdej - podjudzała go starym chwytem.

- Tak o mnie myślisz? - zapytał, bawiąc się w to dalej.

- Poznałam cię wczoraj, daj mi wyrobić sobie o tobie opinię - mówiła najmilej, jak potrafiła. Nawet nie sądziła, że będzie jej tak trudno poderwać tego mężczyznę.

Kelner przyniósł zamówione dania, przez co Bill stracił okazję, by coś odpowiedzieć. Podziękował mu, chyba pod wpływem zmiany trybu z władczego na miłego. Mikayla z podziwem obserwowała jego grę. Oboje czegoś chcieli. On - potomka, a ona - jego pieniędzy. Tylko że on nie zdawał sobie sprawy z tego, że ona grała.

Zjedli, wymieniając między sobą uprzejmości. Było miło i gdyby nie denerwujący ją początek spotkania, uznałaby to za udaną randkę.

- Mam nadzieję, że ci smakowało - powiedział, płacąc rachunek.

- Tak, ale mówiłam ci już, że chcę za siebie zapłacić.

- W tej kwestii pozwól mi być facetem, co? - zaśmiał się lekko, a ona już więcej nie nalegała.

Zresztą zależało jej na tym, żeby nie musiała tego zrobić. Sprawdzała, na ile jest hojny. I z tego testu wyszedł zdecydowanie obronną ręką.

Opuścili restaurację oboje zadowoleni. Ona, że może liczyć na jego pieniądze, a on, że poczuł się męsko. Nie znaczyło to, że Mikayla chce być jego utrzymanką, ale lubiła drogie prezenty. Teraz tylko musiała mu wpoić to, że on je chce jej dać.

Otworzył drzwi do swojego auta i zaprosił ją do środka uroczym gestem.

- Chciałaś jechać na plażę, tak? - zapytał, gdy popatrzyła na niego wyczekująco.

- Byłoby miło - zapewniła i wsiadła, a on zamknął drzwi.

Gdy pakował róże do bagażnika, wyciągnęła komórkę i napisała SMS do Meghan: "Jesteś w domu? Potrzebuję twojego mieszkania na godzinę!".

Bill wsiadł do auta w momencie, gdy chowała telefon.

- Jakiś naprzykrzający się koleś? - zażartował, ale zorientowała się, że znowu badał grunt.

- Nie. Po moim ostatnim mężu, sporo minie, zanim komuś zaufam - westchnęła, udając przybitą.

Bill ściągnął brwi i włączył się do ruchu drogowego. Myślał nad tym, co powiedziała. A konkretniej nad tym, jak sprawić, by mu zaufała.

- Po jakim czasie za niego wyszłaś?

- Och, to było bardzo spontaniczne - kłamała płynnie. - Oświadczył mi się po miesiącu, a na drugi dzień byliśmy już u pastora. To... byłam ślepa...

- Nie mów tak.

- Teraz widzę, jak głupia byłam i łatwowierna, bo zaufałam złemu mężczyźnie - łgała dalej.

- Jesteś po prostu młoda...

- Działam w emocjach, zbyt często - westchnęła.

- Też mi się czasami zdarza. Moja ostatnia żona oświadczyła mi się po tygodniu. - Teraz z kolei to on kłamał.

- Oświadczyła ci się kobieta?

- Mamy równouprawnienie, prawda? - Wzruszył ramionami.

- Podobno - przytaknęła, kiedy zajechał na parking.

Pomógł jej wysiąść, robił wszystko, by się jej przypodobać. Szczerze jej się to podobało, kiedy próbował traktować ją jak swoją panią.

- O tej porze woda wygląda przepięknie - powiedziała, kiedy doszli do plaży.

Bill popatrzył na swoje lakierki i wahając się, zanurzył buty w piasku.

Mikayla zaśmiała się na jego rozterki. Kiedyś miała takie same. Ciężko jej było rozstać się z ulubionym płaszczem czy oddać go na charytatywną licytację, którą prowadził jej były mąż. Teraz, gdy musiała się pozbyć niektórych rzeczy, mimo że nie było jej łatwo, nie czuła już do nich takiego przywiązania. Była w potrzebie i wolała pozbyć się sukienki od Diora, a w zamian kupić śniadanie.

- Czuję się trochę, jak na życiowym zakręcie, tak jak ty przed wejściem na plażę - zaśmiała się szczerze.

- Dlaczego? - Jego prawy kącik ust drgnął, okazując jego zmieszanie.

- Dopiero co się rozwiodłam, moje życie nie ułożyło się, jak chciałam. Myślałam, że napis "Żyli długo i szczęśliwie" będzie w mojej bajce. - Przewróciła oczami na swoje marzenia.

- Nie mogłaś żyć długo i szczęśliwie u boku kogoś, kto ci tego szczęścia nie dał.

- Ach... ale kobiety mają swoje marzenia i mimo to nie zakładałam zaraz, że będę zaczynała od zera. Na nowo budowała swoje życie.

Bill zatrzymał się i chwycił jej dłoń. Spojrzała na niego, tak zatopiona w uczuciach, o których przed chwilą mówiła, że sama mogłaby uwierzyć w to, jak zagubiona była.

- Mikaylo, możesz na mnie liczyć. O każdej porze dnia i nocy możesz zadzwonić do mnie, jeśli będziesz potrzebowała zwykłej rozmowy. Jestem... do twojej dyspozycji. - Uniósł jej dłoń i położył sobie na klatce piersiowej.

- To wiele dla mnie znaczy - wyszeptała i ryzykując jego odrzucenie, delikatnie musnęła jego wargi. Pocałunek był krótki i mogłaby rzec, że powierzchowny, przynajmniej dla niej.

- Hmm... - zamruczał niskim tonem. - To chyba wiele wyjaśnia.

Uśmiechnęła się półgębkiem i pociągnęła go wzdłuż plaży. Plan zdobycia jego pieniędzy szedł bajecznie łatwo.