Władysław Bartoszewski. Wywiad rzeka - Władysław Bartoszewski, Michał Komar


Reflow text when sidebars are open.
LUDZIE UMIERALI Z CHŁODU, GŁODU, OD ZASTRZYKÓW W SERCE I OD BICIA. POZORNY DROBIAZG: W STUDNIACH NIE BYŁO PITNEJ WODY, A PRZEGOTOWANEJ NAM NIE DAWANO... DROBIAZG, KTÓRY ZADECYDOWAŁ O ŻYCIU SETEK, A MOŻE TYSIĘCY LUDZI.
Czy latem 1940 roku słyszał pan o obozie w Oświęcimiu?
Nie. Myślę, że w Warszawie mało kto o nim wiedział. Może rodziny więźniów Pawiaka przewiezionych tam w sierpniu wraz z ludźmi z łapanki? Ja nie słyszałem. Moje otoczenie też nie. Wygarnięto mnie 19 września o świcie, przed godziną policyjną. Matka obudziła mnie zaniepokojona dużą ilością Niemców na ulicy. Uważałem, że mama niepotrzebnie panikuje. Po chwili do mieszkania wtargnęli panowie w żelaznych melonikach, tak wtedy mówiło się na hełmy, i nie zwracając uwagi na matkę, wrzasnęli w moim kierunku: - Aufstehen! Mitkommen! Wstałem. Matka kazała mi wziąć jesionkę, choć było ciepło. Na podwórzu stali sąsiedzi, z naszego domu wyprowadzono chyba ze trzydziestu. Pod eskortą doszliśmy do placu Wilsona, gdzie stały ciężarówki SS. Tam sprawdzili nam dokumenty. Pracownikom elektrowni, gazowni i wodociągów kazano iść precz, czyli do domów, reszta na budy. Jechaliśmy ulicami Warszawy. Przechodnie idący do pracy z lękiem patrzyli na konwój, niektórzy odwracali głowy.
Już po wojnie, w czasie procesu norymberskiego, dowiedziałem się, że ta obława była częścią czy też dopełnieniem akcji A-B zarządzonej przez Hansa Franka na zlecenie Himmlera. Celem akcji była "nadzwyczajna pacyfikacja" skierowana przeciw polskiej inteligencji. Z dwudziestu tysięcy uwięzionych część miała być od razu zlikwidowana, stąd egzekucje w Palmirach, część zaś wysłana do obozów koncentracyjnych.
Ciężarówki wjechały na teren koszar SS Reiterregiment Warschau. Zostaliśmy osadzeni w hali maneżu. Mówiąc dokładniej, kazano nam położyć się na zalegających podłogę maneżu suchych końskich odchodach.
Po co? Dlaczego?
W hali było ponad tysiąc Polaków pilnowanych przez dwóch podoficerów niemieckiej Służby Bezpieczeństwa (SD). Jeden z nich ustawił na stoliku ręczny karabin maszynowy i co jakiś czas puszczał serię nad naszymi głowami. Po jakimś czasie pozwolili nam usiąść, dali nawet kubły z wodą. Minęło kilkanaście godzin. Ustawiono nas w kolejkach do stolików, przy których siedzieli oficerowie i umundurowane maszynistki. Rozpoczęło się dokładne sprawdzanie dokumentów.
Pan miał legitymację Polskiego Czerwonego Krzyża...
Miałem. Okazało się jednak, że Polski Czerwony Krzyż albo z niewiedzy - bo na pewno nie ze złej woli - albo z powodu zmieniających się przepisów nie zadbał o to, żeby na legitymacjach były dodatkowe pieczęcie niemieckie, tak zwane "wrony" albo "gapy". W oczach oficera dokument bez niemieckiego orła nie miał żadnej wartości. Zostałem uznany za bezrobotnego.
Co pan wtedy pomyślał?
Bezrobotny - czyli zbędny, niepotrzebny niemieckiej gospodarce w Warszawie. Pewnie mnie gdzieś wywiozą. I sprawdziło się. Po trzydziestu sześciu godzinach zawieziono nas na bocznicę kolejową przy ulicy Towarowej. Ciężarówki podjechały w taki sposób, że otwarte klapy bud dotykały wejścia do wagonów, które potocznie nazywa się bydlęcymi. Wrzaski: Los! Los! Schnell! Raus! Popychani przeskoczyliśmy do wnętrza wagonu. Trzask zamykanych drzwi. Ciemno, bo przecież noc. Słychać szczekanie psów, huk wystrzałów, wrzaski Niemców, warkot silników następnych bud, szczęk zatrzaskiwanych drzwi wagonów, znów wrzaski. To trwało. W końcu nadszedł infernalny świt. Pociąg ruszył.
Strach?
Strach. Niepokój. Znaleźliśmy się w dzikich warunkach. Czterdzieści, może pięćdziesiąt osób w wagonie, część musi stać. Brak wody. Potrzeby fizjologiczne? Pod siebie. Nie wiadomo, jak długo będziemy jechać. Nie wiadomo dokąd. Do ciężarówek wywoływano według listy alfabetycznej. Nasz wagon obejmował nazwiska od A do C. Jechałem z panem Adamskim, panem Bronikowskim, panem Bauerercem, panem Czaplickim. Ale pociąg był długi. Aż do litery Z, a nawet jeszcze dłuższy, bo jak się potem okazało, były tam wagony z więźniami politycznymi z Pawiaka, którzy mieli za sobą tygodnie albo miesiące przesłuchań na Szucha. Nie wiedziałem, że w tym samym transporcie znalazł się aresztowany przez gestapo ksiądz Józef Burakowski, prefekt z mojej szkoły. Nie dożył końca 1940 roku.
Jak długo jechaliście?
Cały dzień. Powoli. Pociąg stawał na bocznicach. W Poraju pod Częstochową dano nam kilka kubłów wody. Poraj był stacją na granicy Generalnego Gubernatorstwa i Rzeszy. Uznaliśmy, że wiozą nas na Śląsk, do pracy w przemyśle. I odczuliśmy ulgę. W końcu pociąg się zatrzymał. Był późny wieczór, przed północą. Szczekanie psów. Wrzaski. Ostre światło reflektorów ustawionych na samochodach. Los! Los! Raus! Schnell! Esesman wskakuje do wagonu i zaczyna bić ludzi kolbą karabinu. Instynktownie pojmujemy ich oczekiwania. Wagon stoi na wysokiej rampie. Trzeba skakać. Niektórzy przewracają się, kaleczą. Ustawieni w trójkową kolumnę ruszamy w kierunku zabudowań, nad którymi góruje wysoki dymiący komin. I znów uczucie ulgi. To pewnie jakaś fabryka. Przechodzimy przez bramę, na której widnieje napis Arbeit macht frei. Praca czyni wolnym. To brzmiało jak zachęta. A więc skoszarowany obóz pracy. Zostaliśmy podzieleni na grupy liczące około trzystu osób. Przespałem parę godzin w bloku X, dokładniej zaś Xa, na pierwszym piętrze. Wczesnym rankiem obudził nas wrzask. Po chwili stanęliśmy na placu apelowym.
Co pan zobaczył?
Pięć tysięcy więźniów stojących na baczność. Grupę esesmanów. Baraki. Komin, który okazał się kominem krematorium nr 1. Szalejących kapo. Trzydziestu, może czterdziestu. To byli prawie wyłącznie Niemcy. Jeden z nich - o czym dowiedziałem się później - był więźniem politycznym, reszta wielokrotnymi mordercami, gwałcicielami, których skierowano do obozu z obietnicą ułaskawienia za dobre sprawowanie. To znaczy za gorliwe wykonywanie rozkazów SS. Przywieziono ich z Sachsenhausen i Dachau. Stado dzikich zwierząt. Byli gorsi od esesmanów, bo ci - w białych rękawiczkach - tylko obserwowali. W pierwszym momencie to nawet wyglądało na jakiś cyrk, ci wrzeszczący, miotający się faceci w prążkowanych ubraniach, w beretach z trójkątami. Ale po chwili zobaczyliśmy, jak wyciągają z szeregu jakiegoś mężczyznę, biją go pałkami, katują. Upadł. Zaczęli go deptać. A my staliśmy na baczność, bez słowa, z niewidzącymi oczyma. Straszne doświadczenie.
Tego dnia - 22 września - zapędzono nas do łaźni, ogolono na całym ciele, wydano łachy, ponumerowano.
Tatuaż?
Wtedy jeszcze nie stosowano tatuażu. Numer był zapisywany na szmatce, którą należało przyszyć do ubrania. Dostałem spodnie w paski i poplamioną krwią kurtkę mundurową Wehrmachtu. Skierowano mnie do bloku V, bloku młodocianych.
Kiedy pan sobie zdał sprawę, że to nie obóz pracy skoszarowanej, ale Konzentrationslager Auschwitz?
Pierwsze chwile w Oświęcimiu były nieprzejrzyste. Nie wiedzieliśmy, jakie są zamiary naszych prześladowców. Poranny apel trochę wyjaśnił. Trochę, ale nie wszystko. Po paru godzinach, z rozmów z więźniami przywiezionymi do obozu kilka tygodni wcześniej, dowiedziałem się, że Niemcy stosują metodę zmasowanego terroru. Mówiono o dręczeniu tzw. gimnastyką, o ciągłym upokarzaniu, o pracy, ciężkiej a bezproduktywnej... Tak jakby prześladowcy nie mieli żadnego planu, prócz chęci wymuszenia na nas całkowitej uległości.
To był pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny na ziemiach Rzeczypospolitej w granicach z 1939 roku. Owszem, Polaków wywożono już wcześniej do Dachau, Gusen, Sachsenhausen, Ravensbrück, pewna grupa została uwięziona w Stutthofie, na terenie byłego Wolnego Miasta Gdańska, ale do lata 1940 roku na ziemiach Rzeczypospolitej żadnego obozu koncentracyjnego nie było. Można powiedzieć, że w tym czasie KL Auschwitz był dla Niemców swoistym polem doświadczalnym. Wybrali miejsce wilgotne, błotniste, o największej w Polsce ilości opadów. Na początku wykorzystali koszary austriackie z XIX wieku. Ciekawe, że Austriacy starszego pokolenia, ci którzy służyli w wojsku, używali nazwy Oświęcim. Auschwitz to wymysł niemiecki, okupacyjny. Oświęcim był małym, spokojnym miasteczkiem zamieszkanym w połowie przez Żydów, w połowie przez Polaków. Przed 1939 rokiem w koszarach stacjonował pułk artylerii konnej, w którym - o czym dowiedziałem się później - odbywał staż podchorążacki Jan Kozielewski, czyli Karski. Ot, takie sobie miasteczko, jedno z wielu w Polsce. Dlatego trzeba odróżniać Auschwitz od Oświęcimia, koniecznie.
Kim byli współwięźniowie z transportu?
Z czasem dowiedziałem się, że obławy 19 września objęły Żoliborz, część Marymontu, kolonię Staszica, kolonię Lubeckiego, bliski Mokotów i Saską Kępę. W transporcie byli nauczyciele, urzędnicy, trochę osób z rodzin oficerskich i podoficerskich. Skład społeczny nieprzypadkowy. Odpowiadał niemieckim zamiarom złamania kręgosłupa inteligencji warszawskiej. Nas, najmłodszych, z roczników 1922-1925, zgrupowano w bloku młodocianych.
A czym się różnił ten blok od bloków dla dorosłych?
Tak jak inni byliśmy poddawani tzw. ćwiczeniom gimnastycznym, mustrze, wszystkim tym strasznym metodom łamania ludzi, ale w pierwszych dniach nie wysyłano nas do pracy. Starsi więźniowie po powrocie z robót mieli trochę czasu na odpoczynek, wtedy my musieliśmy uczyć się niemieckiego i ćwiczyć wykonywanie rozmaitych rozkazów.
Blokowym był więzień polityczny, Polak, o dosyć dwuznacznej postawie, Józef Baltaziński, zastępcą blokowego - więzień polityczny Jerzy Żarnowiecki. Żarnowiecki przeżył obóz, zginął po wojnie w jakiejś katastrofie. Schreiberem, a to ważna funkcja w bloku, był Janek Brumer, absolutnie przyzwoity młody człowiek, syn przedwojennego oficera, piłsudczyka, teatrologa Wiktora Brumera, który w tym czasie był w Anglii. Janek próbował ucieczki do Wojska Polskiego na Zachodzie. Został aresztowany, uwięziony gdzieś w południowej Polsce, chyba w Tarnowie. Potem przewieziono go do Auschwitz. Był przyzwoitym człowiekiem, ale - z drugiej strony - musiał postępować wedle rygorów narzuconych i sprawdzanych przez SS. Trudne zadanie, bo między pozorami stanowczości a szkodnictwem przebiegała bardzo cienka granica. Niektórzy blokowi i sztubowi przekraczali tę granicę, wyżywając się na współwięźniach.
Przez pierwsze dni niektórzy z nas żyli nadzieją rychłego zwolnienia. Skoro zostaliśmy uwięzieni niejako przez przypadek, to - logicznie rzecz biorąc - jesteśmy kimś w rodzaju zakładników. To tylko rodzaj ostrzeżenia, po którym wyjdziemy na wolność. Nadzieja bezpodstawna, choć wzmocniona faktem uwolnienia po 13 października 1940 roku dziesiątków osób z transportów warszawskich w wyniku skutecznych interwencji różnych instytucji niemieckich, przedsiębiorstw i, być może, pośredników wręczających łapówki. Wśród zwolnionych byli między innymi Bohdan Korzeniewski i Eryk Lipiński, którzy jako pierwsi przekazali polskiemu podziemiu wiadomości o sytuacji w obozie. Eryk Lipiński był związany z socjalistyczną lewicą, Bohdan Korzeniewski z Klubem Demokratycznym i już działającym Związkiem Walki Zbrojnej. Korzeniewski pozostawił cenne, artystycznie znakomite świadectwo swych doświadczeń oświęcimskich, które zostało po dziesiątkach lat opublikowane w paryskich "Zeszytach Historycznych", w wydawnictwie Instytutu Literackiego.
Ilu było więźniów w obozie pod koniec września 1940 roku?
Wraz z przybyciem i ponumerowaniem naszego transportu nieco ponad pięć tysięcy. Trzy miesiące później - ponad osiem tysięcy. Trzeba zwrócić uwagę, że wyjąwszy małą grupę kapo niemieckich, więźniowie byli Polakami chrześcijanami. Współwięźniów pochodzenia żydowskiego było niewielu. Niemcy jeszcze nie opracowali planów "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Tak więc koledzy pochodzenia żydowskiego byli wysyłani do Auschwitz z innych paragrafów, na przykład z powodu pełnienia przed wojną jakichś funkcji społecznych czy politycznych. W przypadku ujawnienia "niearyjskości" więźnia - do czerwonego winkla ("Politisch Pole") dodawano napis "Jude", a później żółtą gwiazdę. Rozmawiałem z tymi ludźmi. Pamiętam ich pełne życzliwości głosy, które dziś mają w sobie coś z makabrycznego paradoksu: - My stąd wyjedziemy. Na pewno wydobędą nas Amerykanie. Ale co będzie z wami? Dobrzy koledzy, dodatkowo obciążeni "niearyjskim" pochodzeniem, byli przekonani, że los polskiej inteligencji będzie gorszy niż ich, ofiar doktryny rasistowskiej, bo nie ma siły, która ujęłaby się za polskim nauczycielem czy księdzem. To były złudzenia zrodzone przed wojną, które w stopniu skrajnym uwidoczniły się w czasie jawnej, planowej zagłady w latach 1942-1943. Ale ja opowiadam o 1940 roku, a w czasie wojny zmiany następowały szybko, ciągle coś się zmieniało. W 1940 roku Niemcy były sojusznikiem Związku Sowieckiego, więc w KL Auschwitz nie osadzano jeszcze komunistów Polaków. Spotkałem natomiast komunistę Niemca, kapo, który polskich więźniów politycznych traktował przyzwoicie, nie bił, nie maltretował, nie krzyczał. Był więźniem od wielu lat. Niekiedy wdawał się w dyskusje z Polakami. Twierdził, że wojna skończy się klęską Niemiec i zwycięstwem światowego proletariatu. A ponieważ proletariat niemiecki - wyżej rozwinięty od proletariatu polskiego - jest czołowym oddziałem proletariatu światowego, to Polacy powinni liczyć się z faktem, że proletariat niemiecki będzie odgrywał rolę przewodnią. W obozie koncentracyjnym, wobliczu zagłady, ten dość przyzwoity człowiek nie umiał wyzbyć się wielkoniemieckiej pychy.
Polacy reprezentowali szeroki wachlarz poglądów i rodowodów politycznych. Endecy, socjaldemokraci, piłsudczycy. Był w tym czasie w obozie pod fałszywym nazwiskiem Stanisław Dubois. Potem wywieziono go do Warszawy, do gestapo. Po śledztwie wrócił do Auschwitz i został zabity. Pamiętam transport złożony z inteligencji i ziemian z regionu radomsko-kielecko-krakowskiego, w styczniu 1941 roku. W transporcie byli bracia Heydlowie. Profesor Adam Heydel, prawnik, historyk kultury, wybitny naukowiec z Uniwersytetu Jagiellońskiego, został aresztowany w listopadzie 1939 roku w sławnej akcji niemieckiej skierowanej przeciw profesorom Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zwolniony po paru miesiącach z obozu w Sachsenhausen, pojechał do brata, Wojciecha Heydla, który był właścicielem majątku w Kieleckiem. W styczniu 1941 roku obu aresztowało gestapo. Postać Adama Heydla wiąże się z jednym z moich najbardziej wstrząsających przeżyć obozowych. Mówię o wstrząsie, jaki przeżył osiemnastolatek, niedoświadczony, może naiwny, ale przecież już zahartowany zetknięciem z grozą. Miałem za sobą oblężenie Warszawy, upokorzenia, biedę, ale to wszystko była - jak się wtedy mówiło - kaszka z mlekiem w porównaniu z tym, co przyszło mi zobaczyć w obozie. W Auschwitz jeszcze nie było komór gazowych. Ludzie umierali z chłodu, głodu, od zastrzyków w serce i od bicia. Pozorny drobiazg: w studniach nie było pitnej wody, a przegotowanej nam nie dawano... Drobiazg, który zadecydował o życiu setek, a może tysięcy ludzi.
Czy Niemcy od początku zakładali metodyczne wyniszczenie więźniów?
KL Auschwitz był zaplanowany jako obóz najcięższej kategorii. Na początku podlegał dowództwu policji i SS we Wrocławiu. Stamtąd pochodzili specjaliści założyciele. Potem doszło do rozmaitych reorganizacji, w wyniku których w maju 1940 roku komendantem obozu został Rudolf Höss, od 1934 roku nadzorca bloku w KL Dachau, później zaś oficer SS w KL Sachsenhausen. My o tym wszystkim nie wiedzieliśmy. Nieznane nam były zamiary prześladowców. Przeważał pogląd, że okres przewidzianego internowania (bo to obóz - mówili niektórzy - a nie więzienie) wynosić będzie trzy, może sześć miesięcy. Przecież przed wojną słyszało się o Dachau i innych obozach, w których hitlerowcy czasowo więzili Niemców, socjaldemokratów, komunistów, dziennikarzy, posłów do Reichstagu. Prasa angielska i francuska informowały o brutalnych praktykach SS, ale nikt nie pisał o obozach masowej zagłady. Pamiętałem z lektury "Robotnika" artykuły o "brunatnym niebezpieczeństwie", najpierw w wydaniu frankistowskim, potem zaś hitlerowskim, ale ta wiedza miała charakter ułamkowy. Teraz przyszło mi skonfrontować ułamkową wiedzę z rzeczywistością.
Na ostateczną konfrontację długo nie czekałem. Tąpnięcie nastąpiło 28 października. Tąpnięcie fizyczne i psychiczne. Zaginął wtedy jeden z więźniów. W odwecie zapędzono nas na plac. Apel karny trwał kilkadziesiąt godzin. Staliśmy w chłodzie, na deszczu. Ludzie padali, nikt ich nie ratował, więc umierali. Trzeba było stać na baczność, nieruchomo, żeby przeżyć. Ten apel opisał Jerzy Andrzejewski w swoim słynnym opowiadaniu, na podstawie relacji, ale talent pisarza i jego rozumienie ludzkiej kondycji sprawiły, że gdy sięgam po jego tekst, to nie mogę uwierzyć, że został napisany przez kogoś, kto nie był w obozie i nie przeżył tamtych wydarzeń. Apel kosztował życie stu kilkudziesięciu osób. Ja wiem, że sto kilkadziesiąt osób w porównaniu z infernalnymi danymi statystycznymi drugiej wojny światowej brzmi dosyć niewinnie. Ale sto kilkadziesiąt osób na pięć tysięcy stojących na placu apelowym... Nie zostali zatłuczeni, nie zostali zastrzeleni. Po prostu umarli.
Byłem chudy, wątły, niedożywiony, umęczony pracą...
Wspomniał pan, że w pierwszych dniach młodociani nie pracowali.
Potem było wszystko. I ciągnięcie walca drogowego. I noszenie koszów z ziemniakami, biegiem, zawsze biegiem. I kilkukilometrowe marsze z cegłami, po pięć cegieł w lewym ręku, to taka sadystyczna zabawa esesmanów. Wcześniej skierowano mnie do okładania darnią pagórka okrywającego krematorium numer 1 w Oświęcimiu. Ten pagórek istnieje do dziś. Był wtedy utrzymywany w niezwykłej schludności i czystości. Wycinało się łopatą kwadraty darni, wiozło się taczką, potem pieczołowicie okładało pagórek. Praca byłaby prosta, byłaby zdrowa, bo na świeżym powietrzu, gdyby nie ciągłe poszturchiwanie, bicie, chłód i głód. W odległości kilku metrów ode mnie przechodzili ludzie z Leichenkommando. Nosili zmarłych do krematorium. Wtedy, na początku października 1940 roku, trupów nie było dużo. Śmiercią naturalną umierało dziennie kilka do kilkunastu osób.
Jak pan definiuje śmierć naturalną?
Że nie został zastrzelony, nie roztrzaskano mu czaszki pałką, nie zadławiono trzonkiem łopaty. Umarł. Chory. Udręczony. Trupa odnoszono do krematorium, palono na rusztach. Te ruszty zachowały się do dziś. Potem, kiedy zaczęło się masowe mordowanie w komorach gazowych, zbudowano nowe krematoria w Auschwitz-Birkenau, w Brzezince. O tym opowiada wiele relacji, w tym powszechnie znane relacje Tadeusza Borowskiego. Ale w czasie, o którym mówię, było tylko krematorium nr 1. Początkowo rodziny mogły otrzymywać - odpłatnie - urny z prochami zmarłych. W tych urnach były zmieszane prochy kilku, niekiedy kilkunastu ludzi, ale po wyjściu z obozu namawiałem rodziny zmarłych więźniów, żeby składały zamówienia, bo przecież to mimo wszystko rodzaj grobu, rodzaj jakiegoś śladu. Nikt nie chce być zapomniany... Potem przyszedł ten apel październikowy. Krematorium nie nadążało z szybkim spaleniem stu kilkudziesięciu zwłok. Dym unosił się nad pagórkiem obłożonym darnią, trochę w lewo od bramy Arbeit macht frei. Ile razy przyjeżdżam do Oświęcimia, tyle razy przypominam sobie osiemnastoletniego Bartoszewskiego, który tam trząsł się ze strachu i z zimna.
Użył pan słowa "tąpnięcie". To słowo oznacza rozpad...
Niech pan sam oceni. 12 grudnia, w czasie pracy przy czyszczeniu cegieł straciłem przytomność. No, cóż, w tych warunkach normalne. Byłem wycieńczony, pokaleczony, zbolały. To zgodne z normą oświęcimską. Tak jak normalne byłoby, gdybym zginął pod uderzeniem pałki albo od przydeptania gardła butem kapo. Dziwną rzeczą było, że więźniowie zanieśli mnie do Krankenbau i położyli przy schodach. Nie mogli zrobić nic więcej, bo musieli natychmiast wrócić do pracy. Uratowali mi życie.
BYŁEM TAK WYCHOWYWANY, ŻEBY SIĘ NIE DAĆ. DZIECKO RUCHLIWE, WYNALAZCZE I DOSYĆ SAMODZIELNE.
Michał Komar: Skąd pan jest?
Władysław Bartoszewski: Z bardzo zwyczajnej sytuacji. Przeciętna katolicka rodzina mieszkająca w Warszawie. Kiedy się urodziłem, a był to rok 1922, mój ojciec miał dwadzieścia siedem lat, matka dwa lata mniej. Ojciec pracował w banku, matka była urzędniczką miejską. Później dzięki wytężonej pracy, samokształceniu, nazwijmy to ogólnie rozwojem osobistym, obydwoje awansowali. Ojciec osiągnął stanowisko naczelnika w Banku Polskim, potem był nawet jednym z wicedyrektorów w tej instytucji. Matka pracowała w dziale księgowości elektrowni miejskiej. Byłem, niestety, ich jedynym dzieckiem, co rzutowało w jakimś stopniu na moją samotność. Matka pochodziła z całkowicie zubożałego ziemiaństwa, które przeniosło się do miasta. A więc środowisko mieszczańskie. Ojciec matki był pracownikiem kolei, jej matka - nauczycielką. Rodzice mego ojca byli chłopami z Mazowsza. Czyli, mówiąc krótko, byłem takim sobie przeciętnym polskim dzieckiem w przeciętnej polskiej rodzinie, ani u szczytów, ani w nędzy. W przeciętnej rodzinie, która żyła z pracy i układała sobie życie w nowym, wolnym państwie.
To ostatnie jest bardzo ważne. Fakt, że urodziłem się w wolnej Polsce i że chodziłem do polskiej szkoły, był dla moich rodziców czymś niezwykłym i radosnym. Dorastali, kończyli szkoły, dojrzewali pod zaborami, w czasach gdy prawdopodobieństwo odzyskania niepodległości wydawało się bliskie zera. Dla mnie ten sam fakt był tak oczywisty jak oddychanie. Bo gdzie miałbym się urodzić, jak nie w wolnej Polsce? Innej możliwości nie umiałbym sobie wyobrazić. Trójpodział Polski, rozbiory - były dla mnie tematem z podręcznika historii. Urodziłem się w trzecim roku istnienia naszego państwa, półtora roku po odparciu armii bolszewickiej spod Warszawy, a więc jestem z pierwszego pokolenia Polski odrodzonej.
Mieszkaliśmy w małym, jednopiętrowym domu stojącym między okazałym budynkiem Banku Polskiego i pałacem Radziwiłłów, przy ulicy Bielańskiej 12, w centrum miasta, kilkaset metrów od placu Teatralnego. Gmach banku, zniszczony w czasie wojny, został częściowo odbudowany. W pałacu Radziwiłłów, gdzie wtedy przez część roku mieszkał Janusz Radziwiłł z rodziną, no i oczywiście ich pracownicy, po wojnie zainstalowała się najpierw Centralna Rada Związków Zawodowych, później Muzeum Lenina, po 1989 znalazło tam siedzibę Muzeum Niepodległości. Natomiast domku, w którym znajdowało się nasze mieszkanie, mówię nasze, choć było mieszkaniem służbowym banku, dziś już nie ma. Dalej, koło Tłomackiego, koło Nalewek, żyli wyłącznie warszawiacy-Żydzi. I nie byli to inżynierowie, lekarze, prawnicy, ale przeważnie zwykli robotnicy, rzemieślnicy, sklepikarze, bardzo często noszący się w sposób tradycyjny, egzotyczny, gdy spojrzeć na to z dzisiejszego punktu widzenia. Teraz, gdy tysiące Polaków pielgrzymują do Ziemi Świętej, wystarczy przejść paręset metrów poza mury starej Jerozolimy, na północny wschód, ku Mea Szearim, by zobaczyć Nalewki, ulicę Długą, Bielańską, takie, jakie widziałem oczyma kilkuletniego dziecka. Kto zobaczy, jak bawią się dzieci w Mea Szearim na zieleńcu, ten może wyobrazić sobie żywą przestrzeń Ogrodu Krasińskich, którego resztki zachowały się gdzieś między Świętojerską i tyłami Arsenału. Dla większości to odległa, niemal zamierzchła przeszłość, a dla mnie to dzieciństwo.
Bawił się pan z dziećmi żydowskimi?
Prawie wyłącznie z dziećmi żydowskimi. Innych tam nie było. W tej części miasta chrześcijanie, goje, nie mieszkali. My zajmowaliśmy mieszkanie służbowe. To był dla moich rodziców ogromny bonus, wtedy, po pierwszej wojnie światowej, młodych urzędników nie było stać na zakup czy wynajęcie mieszkania w eleganckich dzielnicach, a przecież i teraz otrzymanie służbowego lokalu jest korzystnym zaszczytem. O tym, gdzie zamieszkaliśmy, zadecydowała administracja banku. Ojciec był wtedy pracownikiem skarbca emisyjnego. Z czasem został zastępcą naczelnika skarbca, co w przekładzie na język praktyki oznacza, że był depozytariuszem części składanego klucza do ukrytego skarbca, w którym znajdowały się państwowe rezerwy złota.
Widział pan ten klucz?
Nie tylko klucz. Widziałem też skarb. Kiedyś ojciec, oczywiście za zgodą swojego szefa, pana dyrektora Oczechowskiego, zaprowadził mnie do skarbca Banku Polskiego w podziemiach budynku przy Bielańskiej. Za stalowymi kratami leżały równo ułożone ogromne ilości cegiełek ze złota. Ale wtedy, prawdę mówiąc, bardziej niż złotem zainteresowałem się biegającym wokół mnie psem dyrektora Oczechowskiego. Dla chłopca w moim wieku, a miałem chyba cztery lata, może pięć, pies był bardziej atrakcyjny niż złoto. Nie pamiętam, jak wyglądał, jakiej był rasy, ale wiem, że przyciągnął moją uwagę, tym bardziej że u nas w domu psa nie było.
Podobno w czasie zabaw z dziećmi sąsiadów nauczył się pan podstaw jidysz?
Zacząłem rozumieć, co mówią, i nabyłem nawet umiejętność wysławiania się w tym języku w sprawach podstawowych. Potem, kiedy zacząłem systematycznie uczyć się języka niemieckiego, dobra niemczyzna wyparła jidysz z mojej pamięci. Ale do dziś, gdy jestem na przykład w Jerozolimie w Mea Szearim i słyszę rozmowę prowadzoną w jidysz, to ją rozumiem. Oczywiście nie wszystko. Wiem, czego dotyczy rozmowa, choć nie znam poszczególnych słów. Więc wtedy znałem trochę jidysz, który był językiem powszechnym w tej dzielnicy. Oczywiście wszyscy rozumieli po polsku, ale między sobą większość nie używała polskiego. Z tym moim rozumieniem zrobił się problem, bo zdarzało się, że w parku jakaś żydowska matka mówiła do swego dziecka - wskazując na mnie: - ...nie baw się z tym głupim gojem, a mnie było przykro. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wtedy, po powrocie do domu, rozżalony pytałem: - Mamo, dlaczego ja jestem głupi goj? Mama najpierw śmiała się, potem pytała, kto mi to powiedział. - A, w parku, jedna pani... Mama odpowiadała: - Nie przejmuj się. Nie jesteś ani głupi, ani mądry. Po prostu jesteś, jaki jesteś. I tyle. Moi rodzice mieli znajomych, koleżanki i kolegów pochodzenia żydowskiego. Ci ludzie bywali u nas w domu, a i my bywaliśmy u nich. Normalne stosunki towarzyskie. Do niektórych mówiłem "ciociu", "wujku". Ponadto ojciec mój był zbieraczem, numizmatykiem i filatelistą. Pamiętam, że odwiedzali go także żydowscy koledzy i przy świetle lampy, z lupami w dłoniach, pochylali się nad albumami. Nie wolno mi było wtedy wchodzić i przeszkadzać. Bardzo tego nie lubiłem...
A pan zbierał znaczki?
Zacząłem zbierać, ale jakoś bez entuzjazmu, co zrozumiałe, bo mój ojciec był wielkim kolekcjonerem, miał tysiące marek pocztowych, jak wtedy się mówiło, a ja odczuwałem dyskomfort, widząc, że go nie prześcignę. Trochę więc zbierałem, ale nigdy nie stałem się zbieraczem nałogowym. Kto mógł przewidzieć, że bezinteresowna pasja, jaką jest zbieractwo, przyniesie ojcu wymierną korzyść? W czasie okupacji z ciężkim sercem sprzedał swoje zbiory, bo ze swojej umownej pensji w banku kontrolowanym przez Niemców musiałby żyć biednie. A tak żył jako tako. Przynajmniej nie miał problemu z wyżywieniem czy ubraniem.
Warszawa z czasów pana wczesnego dzieciństwa miała około 1 300 000 mieszkańców na obszarze trzykrotnie mniejszym niż dzisiaj.
Tak, miasto było znacznie mniejsze. Bo na południu Warszawa praktycznie wygasała gdzieś pomiędzy placem Unii Lubelskiej i ulicą Madalińskiego, czyli w dzisiejszym centrum miasta. Rakowiecka to było już przedmieście, prawdziwe, jak należy. Tam były koszary i kryminał, tam Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego miała swoje ogródki doświadczalne, do dzisiaj ich resztka została, po osiemdziesięciu latach. Wtedy te ogródki były rozległe, rozciągały się wokół pierwszego budynku SGGW, niedaleko kościoła (wtedy tylko kaplicy) Jezuitów. Na rogu Puławskiej i Rakowieckiej stał pułk artylerii przeciwlotniczej, a wojsko jest zawsze atrakcją dla dziecka. Dalej, owszem, budowano, ale przedmieście przechodziło w wieś. Były pola. Za nimi, daleko, nowy tor wyścigów konnych na Służewcu. Stary tor znajdował się przy Polnej, za nim, w stronę ulicy Wawelskiej, było lotnisko. Doskonale pamiętam te samoloty, przeważnie dwupłatowe, i pamiętam wyścigi konne, na które można było popatrzeć przez dziury w płocie. Pamiętam dobrze te okolice, bo ojciec w związku z awansem otrzymał chyba w 1928 roku kolejne, lepsze mieszkanie służbowe, w budynku nr 7 przy ulicy Flory.
Czyli bardzo blisko Belwederu.
Bardzo blisko Belwederu, gdzie pracował i mieszkał marszałek Piłsudski. Blisko Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych, blisko Łazienek, blisko alei Szucha, na której stawiano okazałe budynki Najwyższej Izby Kontroli Państwa i Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. Nobliwa dzielnica, jedna z najlepszych w Warszawie pod względem standardu lokali, prawdopodobnie też jedna z najdroższych, ale mnie to nie obchodziło. Obok domu, w którym mieszkaliśmy, zaczęto z rozmachem budować nowe kamienice. Latem można było usłyszeć dźwięki muzyki dobiegające z ogródka kawiarni Dakowskiego, dziś znajduje się tam rezydencja ambasadora Wielkiej Brytanii. Budowano też na ulicy Chocimskiej, przy linii kolejki wąskotorowej, która łączyła Warszawę z odległym Piasecznem i odległym Konstancinem. Jeden z tych domów zachował się. Ma ścięty narożnik do wysokości pierwszego piętra, bo pod tym narożnikiem musiał zmieścić się komin lokomotywy. Po kolejce nie ma już dziś śladu, ale charakterystyczny narożnik pozostał. Na pobliskiej ulicy Klonowej była wtedy znana, prywatna szkoła męska Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej...
I tam pan rozpoczął nauki szkolne?
Nie chodziłem do szkoły podstawowej, którą wtedy nazywano szkołą powszechną. Naukę pobierałem w domu, od korepetytorki, i w ten sposób opanowałem materiał pierwszych czterech klas. Latem 1930 roku zdałem egzamin do prywatnego Gimnazjum Katolickiego im. św. Stanisława Kostki przy ulicy Traugutta 1. Przed pierwszą wojną światową gimnazjum nosiło imię margrabiego Wielopolskiego, a dzięki temu podlizaniu się uzyskało od Rosjan zgodę na prowadzenie zajęć w języku polskim. Jego absolwentem był, między innymi, Witold Gombrowicz, ale o tym dowiedziałem się po latach. Szkoła była katolicka, konserwatywna, pobożna. W mojej klasie większość uczniów wywodziła się z rodzin rzemieślniczych, kupieckich, drobnourzędniczych, ale byli też przedstawiciele znanych rodzin wielkomieszczańskich, bardzo katolickich: Witek Rotwand i Lopek Kronenberg. Co niedzielę maszerowaliśmy pod sztandarem do pokarmelickiego kościoła św. Józefa. Obecność na mszy była obowiązkowa. Mszę odprawiał na ogół nasz prefekt ksiądz Julian Chróścicki. On też przygotowywał mnie do pierwszej komunii. Z tego czasu zapamiętałem makabryczną przygodę. Idąc do pierwszej spowiedzi, spisałem na kartce moje grzechy, ale kartkę zgubiłem i potem bałem się, że ją znajdą koledzy.
Są takie wspomnienia z dzieciństwa, które, choć nie do końca wyraźne, to na zawsze pozostają w pamięci...
Pamiętam, że bawię się na placu Saskim, czyli placu Piłsudskiego, przy murze wysokości półtora metra, ale dla mnie wysokim. Czyli że jestem mały. Ale kiedy to było? I gdzie? Przecież za mojej dorosłej pamięci na środku placu nie było żadnych murów. Przez długie lata nie umiałem tego miejsca zlokalizować, choć wspomnienie powracało raz po raz. W końcu upewniłem się, że mur był resztką fundamentów wielkiego soboru prawosławnego, czyli katedry św. Aleksandra Newskiego, która została rozebrana w latach 1924-1926, przy czym jej wielką sześćdziesięciometrową dzwonnicę zburzono w roku mych narodzin.
Drugie takie wspomnienie, dziś bardzo dla mnie ważne, dotyczy pewnego konduktu pogrzebowego. Przez ulicę Bielańską często przeciągały ku Powązkom karawany. Konie spowite kirem, nierzadko ze srebrnymi czy złotymi zdobieniami na czarnych narzutach, karawaniarze z latarniami, kapłani idący przed karawanem, na którym stała trumna. Otóż pod koniec 1925 roku patrzyłem z okien naszego mieszkania na kondukt nadzwyczaj uroczysty, taki jakiego nigdy przedtem i długo potem nie widziałem. Zrobił na mnie wielkie wrażenie. Jako dziecko rzadko stykałem się ze śmiercią. Nie było okazji. Rodzice młodzi. Ciotki i wujowie też. W wieku nie do umierania. Babka żyła w dobrym zdrowiu. Trudno się dziwić, że długi kondukt powoli kroczący przez Bielańską w stronę Powązek wbił mi się w pamięć. Później dowiedziałem się, że to był pogrzeb Stefana Żeromskiego.
Trzecie wspomnienie z dzieciństwa dotyczy 1926 roku. Wiosną, już po Wielkanocy, gdy robiło się ciepło, wyjeżdżałem z niańką na letniaki, do Józefowa czy Świdra, już nie pamiętam. Mama przyjeżdżała do mnie późniejszym popołudniem, zajmowała się mną, a raniutko, gdy jeszcze spałem, jechała kolejką do pracy w elektrowni, by wrócić po południu. W maju 1926 roku nastąpiły zaburzenia w tym cyklu. Mama przestała przyjeżdżać, a od strony Warszawy słychać było huk armat. To były tzw. wydarzenia majowe, o których, rzecz jasna, nie wiedziałem, ale pamiętam mój lęk. Moje pierwsze rozstanie z matką. Ważne wydarzenie w życiu każdego dziecka. A oprócz tego nie mogłem zrozumieć, skąd biorą się te odgłosy, przypominające burzę z piorunami, grzmotami, skoro niebo jest czyste, bez chmur. Groźne huki, nie ma mamy i nie wiadomo, jak długo jej nie będzie. Tak to trwało przez kilka dni.
Pamiętam też czas, gdy zamieszkała u nas matka mojej matki, babcia Józefa. Babcia - zanim urodziła i wychowała pięcioro dzieci - była nauczycielką. Nie miała wyższych studiów, prawdopodobnie ukończyła jakieś kursy nauczycielskie po maturze, ale w zaborze rosyjskim w XIX wieku to był światły zawód. To jej zawdzięczam pierwszy kontakt ze słowem drukowanym. U nas w domu nie było szczególnie dużo książek. Trochę klasyki, trochę albumów, trochę książek religijnych i poradników w rodzaju "Lekarz ratujący życie", w którym były atlasy anatomiczne. Wśród albumów leżało wydanie Pana Tadeusza w bardzo dużym formacie, zielonej płóciennej oprawie ze złoceniami, ze sztychami Andriollego. Sztychy znane, reprodukowane do dziś w rozmaitych edycjach Pana Tadeusza otworzyły mi oczy na świat bajeczny, odległy od codziennego doświadczenia warszawskiego. Tekst był drukowany dużą czcionką, pewnie dla powiększenia objętości, ale dzięki temu bardziej czytelny. Zacząłem uczyć się czytać. Chciałem udowodnić babci, że już umiem i że sam, bez niczyjej pomocy... Podpisy pod ilustracjami wydrukowane pismem kaligraficznym były trudniejsze, słowa w wersach łatwiejsze. Tak więc przypadek sprawił, że choć miałem Elementarz Falskiego, to moją pierwszą książką był Pan Tadeusz.
Czego pan bal się w dzieciństwie? Czarownicy? Duchów? Komtura krzyżackiego?
Matka była rozumna i jak na swoje pokolenie dość oświecona, nie przychodziło jej do głowy straszenie mnie czarownicami. Nie, nie straszyła mnie. Ale niańka, która była półanalfabetką ze wsi, doskonale wiedziała, co jest złe i co jest najgorsze. Była pobożna, prowadziła mnie więc do kościoła św. Antoniego na Senatorską, do Wizytek, niekiedy do Kapucynów na Miodową, bo tam były ciekawe szopki, czasami do skromnego wówczas kościoła garnizonowego na Długą. Byłem tak wychowywany, żeby się nie dać. Dziecko ruchliwe, wynalazcze i dosyć samodzielne. Ato niekiedy niepokoiło nianię. Wtedy mówiła: - Jak będziesz niegrzeczny, to przyjdzie bolszewik i cię zabierze! Dla tej dziewczyny, która w 1920 roku miała kilkanaście lat, a wywodziła się z bardzo biednej wsi, bolszewik, strzelający, rabujący, gwałcący, był synonimem ostatecznego zagrożenia.
Trzydzieści kilka lat później, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, pracowałem przez krótki czas w tygodniku "Stolica". Na przyjęciu świątecznym zorganizowanym w redakcji pojawił się dyrektor wydawnictwa, oczywiście członek jedynej słusznej partii, a gdy wszyscy nieco sobie podpili, opowiedziałem o mojej niańce i straszeniu bolszewikiem. Obecni zamarli. Dyrektor Stanisław Błotnicki, zresztą Żyd uratowany w czasie okupacji przez chrześcijan, człowiek bardzo dla mnie życzliwy, obrócił wszystko w żart: - No, redaktorze, to musieliście być cholernie niegrzeczni, skoro...
Jak daleko sięgała pamięć pana rodziny?
Ojciec o tym mówił niechętnie, bo przecież wyrwał się ze swojej wsi. Zostawił ją za sobą, nie oglądał się, nie wspominał. Rodzina była biedna, ziemi mało, pięcioro dzieci, trzeba było dorabiać we dworze. Ojciec dzięki pomocy filantropów wyjechał do Warszawy. Pracował. Uczył się. To było życie pełne wyrzeczeń, wymagające uporu, stanowczości i odwagi. Jego cztery starsze siostry z czasem powychodziły za mąż. Byłem parę razy u dziadków we wsi Zary, pod Bożą Wolą, niedaleko od Warszawy, w trójkącie Warszawa - Sochaczew - Błonie. Prawie nic z tego nie pamiętam. Potem dziadkowie pomarli i kontakt się urwał. Ojciec, jak to się niekiedy zdarza, przylgnął do rodziny żony.
Moja matka, z domu Zbiegniewska, była blisko spokrewniona z Izabelą Zbiegniewską, przełożoną pensji żeńskiej we Włocławku, emancypantką czy też sufrażystką. Historycy XIX wieku piszą o niej jako o osobie poglądów postępowych, antycarskich. Rosjanie odebrali jej prawo do kierowania szkołą w związku z patriotycznym zachowaniem jej uczennic w 1863 roku. Izabella Zbiegniewska serdecznie przyjaźniła się z Narcyzą Żmichowską. W trzytomowym wydaniu listów Żmichowskiej pół tomu zajmują listy do pięknej Eli - Izabeli. To była przyjaźń kobiet dość samodzielnych, które jakoś tam obywały się bez mężczyzn. Babka pisywała do "Bluszczu", była autorką wydanego pod pseudonimem IZ Słowniczka pseudonimów i kryptonimów polskich, korespondowała z Teofilem Lenartowiczem. Gdyby żyła w innych czasach, to pewno byłaby polonistką, autorką rozpraw literackich. Tyle o inteligenckiej tradycji rodziny ojca mojej matki, czyli Mieczysława Eligiusza Zbiegniewskiego.
Dziadek Zbiegniewski pochodził z rodziny ziemiańskiej, ale to wcale nie znaczy, że był ziemianinem. Pracował na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Kolej w XIX wieku była instytucją postępową, niektórzy wszakże spoglądali na nią podejrzliwie, nawet z lękiem. Babcia opowiadała mi, że za czasów jej młodości, czyli w latach 1870-1880 uważano, że jazda pociągiem z prędkością 30 kilometrów na godzinę źle wpływa na płuca dziewcząt. Tak właśnie! Babcia śmiała się, bo przecież gdy mi to opowiadała w drugiej połowie lat dwudziestych XX wieku, trudno było sobie wyobrazić życie bez kolei.
Babcia wywodziła się z mieszczańskiej, kupieckiej rodziny Brodzkich, właścicieli sklepu kolonialnego najpierw na ulicy Elektoralnej, potem na Miodowej. Romuald Brodzki występuje w wykazie kupców chrześcijańskich w starych kalendarzach warszawskich. I ta rodzina po linii macierzystej była zasiedziała w Warszawie co najmniej od czasów Królestwa Kongresowego. Protoplaści mojej matki, poza tą dosyć znaną babcią emancypantką, nie byli sławni. Jakiś pradziadek pracujący w sądzie w Ostrołęce, jakiś dziadek notariusz. Żadne szczyty. Rodziny inteligenckie, polskie, rozmaitych orientacji politycznych. Na przykład w linii dziadka notariusza była straszna ciocia endeczka, która paliła świeczki ku czci Eligiusza Niewiadomskiego, zabójcy Narutowicza. Był też wujek Osterman, farmaceuta mieszkający w Odessie. Moja mama, jeszcze jako uczennica gimnazjum, spędziła u niego wakacje. To była wielka egzotyczna podróż, choć przecież nie wiązała się z przekraczaniem granicy. Kiedy wybuchła rewolucja, wujek Osterman natychmiast uciekł do Polski. Uciekł tak, jak stał. Wszystko zostawił w Odessie i w Warszawie przyszło mu klepać biedę.
Rodzina nie miała wspomnień heroicznych. Żadnych bohaterów powstań, żadnych uczestników walk. Dla mnie takim bohaterem stał się mąż cioci Aliny, rodzonej siostry mojej mamy, Jan Dariusz Cygankiewicz. Pochodził z okolic Bochni. Jako młody chłopak poszedł do Legionów, był żołnierzem I Brygady, a po 1918 roku służył w Wojsku Polskim, gdzie doszedł do stopnia kapitana. Ciocia Alina poślubiła go w 1919 roku. Jak większość legionistów Cygankiewicz żył kultem Marszałka. Zamieszkał w Brześciu, w twierdzy. Moja kochana ciocia i jej mąż traktowali mnie niemal jak własne dziecko. Byli bezdzietni i w jakiejś mierze przenieśli na mnie uczucia rodzicielskie. Ponadto Jan Cygankiewicz był moim ojcem chrzestnym. Wujek, ojciec chrzestny i w dodatku w mundurze wojskowym...
...szabla, pistolet, oficerki, ostrogi...
Przyjeżdżał z Brześcia w pełnej gali na spotkania u Komendanta. Mieszkał u nas, był przecież w bardzo dobrych stosunkach z moimi rodzicami. Pamiętam, że pewnego wieczoru pochylił się nad moim łóżkiem, żeby mnie pogłaskać, a mama wtedy powiedziała, że jestem hałaśliwy, na co on: - Dobrze, niech sobie płuca wyrabia! Był moim obrońcą i sojusznikiem. No i mogłem bawić się jego orderami: prawdziwym Virtuti Militari, prawdziwym Krzyżem Walecznych. Kiedy już byłem w gimnazjum, pojechałem do wujka na wakacje, do Brześcia nad Bugiem. Życie w twierdzy było dla mnie dosyć egzotyczne, uporządkowane wedle regulaminów wojskowych. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jakie wujek pełni tam funkcje. Potem się okazało, że był zastępcą szefa samodzielnego referatu informacji DOK 9, czyli w Dowództwie Okręgu Korpusu na Polesie, był zastępcą szefa wywiadu i kontrwywiadu, głównie zajmującego się dywersją komunistyczną sowiecką, polską i białoruską. Miał pewnie sporo roboty, bo ruch komunistyczny był na tym terenie dosyć silny, silniejszy nawet niż na Nowogródczyźnie. Przełożonym i przyjacielem wujka był major Małek, który po wojnie służył w Ludowym Wojsku Polskim i został aresztowany w związku z tzw. sprawą Tatara. Na początku lat trzydziestych w wojsku doszło do weryfikacji, to było chyba jeszcze przed śmiercią Marszałka. Wuj przeszedł w stan spoczynku. Mówiło się, bardzo ogólnikowo, że wykonuje jakieś odpowiedzialne zadania. Otrzymał służbowe mieszkanie w Warszawie, na ulicy Nowowiejskiej. Często tam bywałem, po kilka razy w tygodniu, bo u wuja mogłem sobie czytać "Polskę Zbrojną" i "Gazetę Polską", zdobyć dodatkową wiedzę. A i ciotka chętnie ze mną rozmawiała. O wszystkim, nawet o panienkach. Była osobą trochę samotną, bo wuj działał w Gdańsku, w komendzie Straży Granicznej, a więc w polskim wywiadzie na terenie Wolnego Miasta.
Zdaje się, że szkoła odegrała w pana życiu bardzo ważną rolę.
To prawda. Stało się tak z bardzo prostych powodów. Byłem jedynakiem. Byłem sam. Nie narzekam, ale to fakt. Ojciec zapracowany, dziś mówi się o takich ludziach, że są pracoholikami, zajmował się mną niewiele. Miał rzeczowe, chłopskie podejście do sprawy: skoro nic mi nie brak, mam co jeść, mam w co się ubrać, rozwijam się normalnie, to wszystko jest w porządku. Co nie znaczy, że nie dbał o moją postawę. Sporo zawdzięczam jego radom, były mądre, wysnute z głębokiego doświadczenia życiowego. Kiedy miałem dziesięć lat, rodzice zaczęli mi dawać kieszonkowe, po parę złotych, a to wcale nie było mało. Ojciec powiedział: - Możesz wydać, na co chcesz, ale zapisuj, ile poszło na książki, ile na lody, ile na cukierki, ile na kino. Zapisuj, żeby wiedzieć, jakie są proporcje wydatków. Nie musisz mi przedstawiać sprawozdania. Ale będę pytał. Wystarczy, że mi powiesz, bo wierzę ci. To była, można powiedzieć, nauka rozsądnego gospodarowania.
Z kolei porada organizacyjna czy, jak się potem miało okazać, porada organizacyjno-polityczna brzmiała tak: - Synku, nie kłam, bo kto kłamie, to może ukraść, a kto ukradnie, to może i zabić. Nie kłam, choć nie musisz mówić wszystkiego wszystkim. A przede wszystkim nigdy i niczego lekkomyślnie nie podpisuj. Zanim coś podpiszesz, zastanów się, nie raz, ale wiele razy, poradź się mnie albo mamy, albo nauczyciela w szkole się poradź, ale nie podpisuj niczego lekkomyślnie. Zdarza się, że ktoś podpisuje, myśląc, że złożył podpis na czystej kartce, a tymczasem podpisał weksel, który musi spłacać do końca życia. I wiele, wiele lat potem przypominałem sobie: A co ci tata mówił? Nie podpisuj! Nie podpisuj bez rozważenia możliwych skutków!
Wreszcie były rady polityczno-moralne. W mojej rodzinie panowała atmosfera szacunku dla innych. Nie było uprzedzeń narodowych, wyznaniowych czy majątkowych. Kiedy zacząłem chodzić do szkoły, na ulicach zaczęły się awantury antyżydowskie, sporo o tym mówiono i pisano, rozmaicie mówiono i pisano. Ojciec na to: - To są głupoty! Niech będzie Żyd, niech będzie Turek, byle był wypłacalny, byle był rzetelny. Jedyną miarą człowieka jest jego uczciwość. Inne spojrzenie na te sprawy uznawał za niepoważne. Za odchylenie od normy.
Na kogo rodzice głosowali w wyborach?
Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Ojciec był państwowcem. Prawdziwym państwowcem. Pracownik Banku Polskiego - a więc centrum polskiego pieniądza. Wprowadzał złotego. Rósł z bankiem. Rósł z państwem. I był z tego dumny. W domu słyszałem o nowych inwestycjach, o rozwijających się kolejach państwowych, o potędze Poczty Polskiej. Mówiono o sukcesie Gdyni. Pojechaliśmy tam. Miałem wtedy dwanaście lat. To było niezwykłe. Zupełnie nowe miasto. Nowoczesne domy, urzędy, port, no i oczywiście budynek Banku Polskiego. Podejmowali nas bankowcy, koledzy ojca. Pamiętam, że mówili: To nasze dzieło! Byli dumni z sukcesu. I ja też byłem dumny, chodząc po Gdyni albo oglądając album Dziesięciolecie Polski niepodległej 1918-1928 czy albumy z Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu.
O tym, że będę uczył się w prywatnym gimnazjum katolickim, zadecydowała moja mama. Szkoła uchodziła za jedną z lepszych w Warszawie. Jej dyrektorem był ksiądz, ale poza nim i, rzecz jasna, prefektem, uczyli nauczyciele świeccy, ludzie najwyższych kwalifikacji. Łaciny uczył Jerzy Manteuffel, pracownik Uniwersytetu Warszawskiego (brat historyka - Tadeusza i Leona - kardiochirurga). Geografię i biologię wykładał dr Stanisław Sumiński, wybitny przyrodnik, przyjaciel Jana Żabińskiego, poważny działacz Funduszu Obrony Morskiej. Jego syn Michał Sumiński odziedziczył po nim zamiłowanie do zwierzątek, był doskonałym popularyzatorem, ale to już następna generacja. Stanisław Sumiński zginął w obozie na Majdanku w 1943 roku. I tam, na Majdanku, zginął również dyrektor naszej szkoły ksiądz Roman Archutowski, znany historyk Kościoła. W 1940 roku został rektorem Seminarium Duchownego w Warszawie. Aresztowany przez gestapo, poniżany, torturowany, w końcu wysłany do Majdanka, zmarł w Niedzielę Palmową 1943 roku. W 1999 roku został beatyfikowany przez Jana Pawła II na placu Piłsudskiego w Warszawie. No i na starość dowiedziałem się, że mój dyro, którego dobrze znałem i szanowałem, został zaliczony do grona osób błogosławionych.
Nauczycielem niemieckiego był doktor germanistyki, wiceprezes Towarzystwa Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, Tadeusz Mikułowski. Narodowy demokrata, a więc programowo podejrzliwy wobec Niemców, był wybitnym znawcą kultury niemieckiej. Tam panował hitleryzm, on zaś - na przekór - uczył nas wierszy Heinricha Heinego, w Niemczech zakazanego. Dał mi mocne podstawy niemczyzny. Tak mocne, że potem Niemcy dziwili się, skąd tyle wiem o ich języku i kulturze. Tadeusz Mikułowski został rozstrzelany jako "polski podczłowiek" w 1944 roku, w masowej egzekucji w ruinach getta, obok Pawiaka.
Historii uczył nas dr Tadeusz Bornholtz, autor podręczników dla gimnazjów i liceów. Był piłsudczykiem. W czasie wojny służył w Drugim Korpusie, potem był dyrektorem polskiego gimnazjum w Szkocji, zmarł w 1966 roku. Matematykę wykładał adiunkt Politechniki, wybitny działacz harcerski Witold Sosnowski. Spotkałem go później w obozie w Oświęcimiu.
Więc tak: byłem uczony przez narodowego demokratę i przez piłsudczyka, i jeśli dzieliły ich różnice światopoglądowe, polityczne, a dzieliły, to łączył wysoki etos wychowawczy, chęć właściwego ukształtowania młodych ludzi w duchu, przede wszystkim, obywatelskim. I katolickim, rzecz jasna, bo do szkoły przyjmowano wyłącznie katolików - z rozmaitych zresztą środowisk. Byli więc synowie rodzin ziemiańskich i mieszczańskich, w tym rodzin konwertytów bardzo dbałych o wychowanie katolickie. Byli chłopcy z ubogich rodzin rzemieślniczych, choćby Wacek Bojarski, syn właściciela warsztatu rymarskiego na ulicy Bednarskiej, późniejszy redaktor "Sztuki i Narodu". W szkole panowała atmosfera społecznikowska. Ubożsi uczniowie otrzymywali stypendia.
W 1937 roku, po uzyskaniu tzw. małej matury, przeniosłem się do liceum Towarzystwa Wychowawczo-Oświatowego "Przyszłość" przy ulicy Śniadeckich 17. Było tam dwóch dyrektorów: dr Teodozy Radzikowski, historyk, katolik, bardzo konserwatywny, który później, w czasie wojny, wstąpił do zakonu paulinów, i dr Aleksander Szymankiewicz, polonista, piłsudczyk, a obok nich grupa nauczycieli najwyższych kwalifikacji. Elita nauczycielstwa warszawskiego. Powiedziałbym, że zostałem obdarowany dwiema łaskami. Pierwszą było to, że urodziłem się w niepodległej Polsce. Drugą - że byłem kształcony przez pedagogów z prawdziwego zdarzenia.
To byli ludzie naprawdę interesujący się życiem uczniów, ich rozwojem intelektualnym. Mądrzy i wrażliwi. Kiedy dyrektor ksiądz Archutowski dowiedział się, że jestem miłośnikiem twórczości Bolesława Prusa, kupił mi pełne wydanie dzieł pisarza, dwadzieścia sześć tomów. Spory wydatek, który spłacałem co miesiąc z kieszonkowego. Taką zawarliśmy umowę, dzięki której mogłem nauczyć się czegoś więcej... Z geografii i przedmiotów humanistycznych miałem bardzo dobre oceny, natomiast z fizyki, a już szczególnie z matematyki było słabo. Nawet bardzo słabo. W 1940 roku w Oświęcimiu, chyba w listopadzie, ciągnąłem w błocie, wraz z innymi więźniami, ciężki walec drogowy. Nieopodal widzę mojego nauczyciela matematyki Witolda Sosnowskiego. Wychudzony, wyniszczony. Nie przeżył zresztą Oświęcimia: zmarł w 1941 roku. Ogłoszono przerwę. Tulimy się do siebie, bo straszny chłód, nacieramy sobie plecy, zabijamy ręce, a on nagle pyta: - Powiedz, czy ty nie mogłeś się tej matematyki nauczyć, czy nie chciałeś? Pedagog, który stojąc na krawędzi życia, śmiertelnie zagrożony, myśli z troską o swoim uczniu! Tak, ja moim szkołom zawdzięczam bardzo dużo.
Dobrzy nauczyciele. Dobre szkoły. Było takich sporo w całej Polsce. I niczym nie ustępowały szkołom w innych państwach europejskich. Mogłem się o tym upewnić, rozmawiając po latach z rówieśnikami z Niemiec, Anglii czy Francji. W roku akademickim 1982/83 byłem stypendystą w Berlinie Zachodnim. Poznałem wówczas nadburmistrza Berlina Richarda von Weizsäckera, przyszłego prezydenta Republiki Federalnej. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, ważnych i mniej ważnych, w końcu o młodości, o szkołach, wykształceniu. On zdawał egzamin maturalny w 1938 roku, ja rok później. Z tym jednak, że von Weizsäcker wywodził się z uprzywilejowanego środowiska, z arystokracji, z domu, w którym z pokolenia na pokolenie dziedziczono piękne księgozbiory, ja zaś pochodzę ze skromnej rodziny. Opowiedziałem o programie literatury niemieckiej w mojej szkole. On na to: ...to wcale nie mniej niż u nas. A naprawdę zdziwił się, kiedy zacząłem recytować fragment średniowiecznego tekstu w staroniemieckim. - No tak, pamiętam! - mówi. A ja na to: - Ale mnie tego uczono w polskim gimnazjum!
O szkołach w dwudziestoleciu międzywojennym miałem też ciekawą rozmowę z Janem Pawłem II. To było w Watykanie, w listopadzie 1995 roku. Był jeszcze w dobrej formie fizycznej. Rozmowa w cztery oczy, bardzo sympatyczna, trochę o polityce, trochę też o sprawach prywatnych, bo znaliśmy się z Krakowa. Zeszło na szkoły. Na zalety przedwojennych gimnazjów. Powiedziałem: - Ojciec święty chodził do gimnazjum państwowego, ja chodziłem do katolickiego. Papież uśmiechnął się: - A widzi pan, to ja miałem więcej do nadrobienia.
Skończyłem liceum w maju 1939 roku. Należałem do pierwszego i zarazem ostatniego rocznika, który uczył się w zreformowanym systemie. Moi o rok młodsi koledzy z tej samej szkoły, Janusz Warmiński (Lewandowski), później dyrektor teatru "Ateneum", Andrzej Grzegorczyk, filozof, czy Jerzy Krasnowolski, publicysta i tłumacz, zdawali egzaminy już na kompletach konspiracyjnych. Tego dnia co ja pracę maturalną we Lwowie pisał Stanisław Lem, w Łodzi - Andrzej Braun i Karl Dedecius. W całej Polsce były te same tematy. O przeciekach jakoś nie było słychać. Wybrałem temat "Idea miłości ojczyzny w poezji Adama Mickiewicza", Dedecius mówił mi po latach, że pisał o Żeromskim.
Jak pan, absolwent szkoły katolickiej, usytuowałby się na ówczesnej polskiej mapie politycznej?
W szkole nie było ani Legionu Młodych, ani Straży Przedniej. Działał Związek Harcerstwa Polskiego, do którego nie należałem. Niektórzy moi koledzy, ich nazwiska przemilczę, związali się z tajnymi grupami Obozu Narodowo-Radykalnego. Ja należę do gatunku ludzi notorycznie unikających zrzeszania się. Natomiast dzięki udziałowi w kółku zainteresowań w liceum, prowadzonym przez księdza prefekta Józefa Burakowskiego, dowiadywałem się o społecznej nauce Kościoła, o encyklikach Piusa XI - Mit brennender Sorge, która potępiała nazizm, i Divini redemptoris, która potępiała komunizm. Oczywiście uczestniczyłem w lekcjach wychowania obywatelskiego, które prowadził nauczyciel historii. Myślę, że poglądy polityczne wynosiło się z domu. A to często było związane z wyborem tradycji kulturalnej. Jeden sięgał po Struga, drugi po Żeromskiego, trzeci po Sienkiewicza, czwarty po Prusa.
Był pan Żeromszczykiem?
Nie. Wstyd się przyznać, ale twórczością Żeromskiego zainteresowałem się poważniej dopiero po wojnie, kiedy poznałem Monikę Żeromską. Czytałem, rzecz jasna, Wierną rzekę, Wiatr od morza, Echa leśne, czyli Żeromski był dla mnie raczej niepodległościowo-romantyczny niż rewolucyjno-niepodległościowy, w jakiś dziwny sposób bliski Orzeszkowej czy nawet Sienkiewiczowi. Moim ulubionym pisarzem był Bolesław Prus, autor Lalki i Faraona, wielkiej powieści o mechanizmach władzy. Lalkę przeczytałem wcześnie, zanim zaczęliśmy ją przerabiać w szkole. Chodziłem z książką w ręku, by sprawdzić, gdzie mieszkał Rzecki, co widział z okna, gdzie był sklep Wokulskiego, jak biegną wąskie uliczki Powiśla. No i sam Wokulski! Pozytywista-romantyk z powstańczą skazą. Bo dla mnie powstanie styczniowe było jednym z najpiękniejszych rozdziałów historii Polski i nauczyciele o poglądach endeckich, więc programowo niechętni powstaniu, nic na to nie mogli poradzić. Widziałem jasno linię prowadzącą od powstania styczniowego przez Legiony - po 1920 rok, kiedy nuncjusz Achilles Ratti co dzień odprawiał mszę w kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży, potem zaś spotykał się z Piłsudskim, którego rozumiał i cenił. Ratti jako jeden z dwóch dyplomatów (obok przedstawiciela Turcji) nie opuścił Warszawy zagrożonej przez bolszewików, a jako papież Pius XI zawiesił w Watykanie obraz "częstochowski". To było dla mnie ważne.
W czasie wojny znalazłem się w kręgu Zofii Kossak, której niektórzy przypisują endeckość, co świadczy o słabej znajomości ówczesnych realiów. Była żoną oficera II Oddziału, piłsudczyka, członkinią zarządu Rodziny Wojskowej, publikowała w "Gazecie Polskiej", a tam dla osób związanych z Narodową Demokracją nie było miejsca. Z domu - a była córką bliźniaczego brata Wojciecha Kossaka, syna Juliusza - wyniosła antybolszewizm, co można zrozumieć w związku z tym, co działo się na Wołyniu, gdzie Szczuccy (pierwszy mąż Zofii Kossak) mieli majątek. Ale z antybolszewizmu wcale nie musi wynikać nacjonalizm czy antysemityzm. Była ortodoksyjną katoliczką i posługiwała się językiem czy też specyficznym sposobem myślenia ówczesnej ortodoksji. Pisała, na przykład, że dręczenie kobiet Polek i Żydówek na placu apelowym w Oświęcimiu, nędza, głód, bicie, jest sprawiedliwą karą bożą za malowanie ust i noszenie jedwabnych pończoch. To wynikało z jej stosunku do Boga. Zresztą, niejeden rabin mówił tak samo. Szczególny sposób widzenia, który nie pokrywa się z moim. Ale przypomnę, że ta sama Zofia Kossak umiała w konspiracyjnej broszurze Jesteś katolikiem... Jakim? napisać o postawie nierzadko występującej wśród wiernych: "Dewotka. Trzy czwarte czasu spędza w kościele, odmawia coraz nowe nowenny, niezliczone dziesiątki różańca. Uważa się za doskonałość nieskończenie wyższą od wszystkich, którzy postępują inaczej".
Zatrzymajmy się przy pańskich lekturach.
Byłem pożeraczem książek, entuzjastycznym i trochę chaotycznym. Lekturom poświęcałem cały wolny czas, rezygnując ze spotkań z kolegami, sportu, turystyki. No, może w czasie wakacji czytałem mniej, ale w ogóle to trudno było mi sobie wyobrazić dzień bez książki. Czytałem, co chciałem. Pisma wszystkie Moliera. Dzieła Fredry, z których część chyba nigdy nie była wystawiana. Lubiłem dla zabawy czytać równolegle Makuszyńskiego i Struga, Żeromskiego i Jeske-Choińskiego, Kraszewskiego i Gąsiorowskiego - w dzikim pomieszaniu hierarchii artystycznej i literackiej. Chętnie czytałem Rodziewiczównę. Nigdy nie uważałem za nudną prozy Orzeszkowej, chociaż takie było ogólne mniemanie moich rówieśników. W dodatku czytałem te książki, wyprzedzając program szkolny o dwa lub trzy lata, więc cenili mnie poloniści, uważali za przodującego ucznia. Ciekaw świata, ciekaw geografii, kultury sięgałem po Waltera Scotta, w latach zaś licealnych prawie równocześnie po Balzaca i Zolę. Był oczywiście Jack London. I Aleksander Dumas z Trzema muszkieterami. W wieku dwunastu lat nałogowo zaczytywałem się tomikami Karola Maya, w nie najlepszych przekładach. Było tego kilkadziesiąt tomów, bo i seria bliskowschodnia i indiańsko-westernowa, z Winnetou i Old Shatterhandem. Nie trafiała do mnie twórczość Norwida i Krasińskiego, może dlatego, że nauczyciele nie potrafili mnie zainteresować Irydionem czy Nieboską komedią, z zainteresowaniem natomiast przeczytałem dramaty Wyspiańskiego w wydaniu Biblioteki Polskiej oraz utwory Dygasińskiego i Kaczkowskiego.
Ulubione dzienniki i tygodniki?
Miałem dość rozległy dostęp do prasy. "Kurier Warszawski", " Wieczór Warszawy", "Wieczór Warszawski", prawicowy "Goniec Warszawski", "Polska Zbrojna", "Robotnik". Szeroki wachlarz, bo od socjaldemokracji do endecji. Czytywałem "Przewodnik Katolicki" prenumerowany przez matkę. Znałem również bardzo tani, bo za pięć groszy, "Mały Dziennik" wydawany przez franciszkanów. Była to gazeta reprezentująca taki mniej więcej kierunek, jaki dziś reprezentują niektóre media toruńskie. Dosyć wcześnie zacząłem czytać "Wiadomości Literackie". Mama pożyczała je od swej przyjaciółki Haliny Medresówny, córki inżyniera Medresa, dyrektora technicznego elektrowni. Bywaliśmy u nich, a oni u nas. Halina Medresówna zginęła wraz z częścią swej rodziny w Treblince. Stary inżynier umarł na czas, bo przed wojną, uniknął strasznego losu swych najbliższych. Wojnę przeżyła Elżunia Medresówna, dziś Szulkinowa, którą poznałem, gdy była studentką, ja zaś uczniem gimnazjum. Jest profesorem biologii. Mieszka w Szwecji. Nie znałem tylko sławnego członka rodziny, brata obu panien Medresówien, późniejszego Wiktora Grosza.
Generała, ambasadora, redaktora Grosza?
Działacza komunistycznego przed wojną i po wojnie, zaangażowanego - i to chyba z głębokiego przekonania. Bo rodzina nie miała z tym nic wspólnego. Zasymilowani polscy inteligenci o umiarkowanych poglądach.
Czytałem również, choć nieregularnie "Pion", kupowany przez wuja, piłsudczyka. W latach 1938-1939 sięgałem po głośny w kołach młodzieżowych endecki, oeneryzujący tygodnik literacki "Prosto z mostu", redagowany przez Stanisława Piaseckiego, w którym do czołowych autorów należeli Jerzy Pietrkiewicz, Jerzy Waldorff, Konstanty Ildefons Gałczyński, Wojciech Wasiutyński. Lektura tych gazet i książek nie miała jednak zasadniczego wpływu na kształtowanie się mego światopoglądu. Interesowała mnie nauka społeczna Kościoła. Sięgałem więc po kwartalnik " Verbum". Od kolegów dostawałem pisma katolickie o orientacji mocno prawicowej, na przykład "Pro Christo" redagowane przez księdza Jerzego Pawskiego, który żądał "aryzacji" Kościoła, czyli chciał, żeby Kościół z powszechnego przeobraził się w Kościół "tylko dla Polaków". Jako szesnastolatek zacząłem czytać poważne jezuickie pisma "Przegląd Powszechny" oraz "Wiarę i Życie", których treść dzisiaj mogłaby może budzić pewne wątpliwości, ale wówczas to był głos katolickich elit. Myślałem o przyszłości, chciałem, jak każdy młody człowiek, poprawiać świat, ale moje poszukiwania zostały przerwane przez wybuch wojny.
Podobno chciał pan wstąpić do Towarzystwa Jezusowego?
Tak, tuż przed maturą. Jako absolwent liceum powinienem był spełnić obowiązek wojskowy, czyli rozpocząć roczną służbę w Szkole Podchorążych Rezerwy. Z drugiej jednak strony przepisy głosiły, że ten obowiązek spoczywa na mężczyznach, którzy mają ukończone 18 lat. Ja byłem o rok młodszy, więc w ogóle nie było pewne, czy mnie wezmą do wojska, czy też odroczą odbywanie służby. I co robić? Czym się zająć? Od dłuższego czasu marzyłem o tym, żeby zostać pisarzem albo dziennikarzem. Takie trochę dziecinne marzenia. Kiedy miałem siedem czy osiem lat, przyjaciółka matki zapytała: - Kim ty chcesz być Władeczku? Ja zaś, miast odpowiedzieć, że strażakiem albo żołnierzem, oznajmiłem, że chcę być mężem córki Gebethnera i Wolffa.
Ambitny zamiar.
Gebethner i Wolff mieli wspaniałe wydawnictwo książkowe. Ich firma prowadziła księgarnie w całym kraju. Jak tam się dostać? Najprościej przez małżeństwo! No i w ten sposób stworzyłem wirtualną córkę Gebethnera i Wolffa, z którą planowałem się ożenić. Później, w okresie poprzedzającym maturę, zacząłem interesować się życiem intelektualnym Kościoła, działalnością jego elit umysłowych. Tak się złożyło, że przez pewien czas mieszkałem przy Asfaltowej, nieopodal zbudowanego ledwie co domu ojców jezuitów i kaplicy św. Andrzeja Boboli u wylotu Rakowieckiej. W 1938 roku śmiertelne szczątki świętego, relikwie, zostały sprowadzone z Rzymu do Warszawy. Sfery zarówno kościelne, jak i państwowe nadały temu wydarzeniu spory rozgłos. Historycznie rzecz ujmując, szło o krwawe konflikty religijne i narodowościowe w drugiej połowie XVII wieku, o spór między katolicyzmem a prawosławiem, ale męczeńska śmierć Andrzeja Boboli została potraktowana jako symbol współczesnych zagrożeń ze wschodu. Prasa, także niekatolicka, zwracała uwagę na budowę kaplicy i jej otwarcie. Chodziłem tam często, by wysłuchać kazań czy też raczej referatów ojca Edwarda Kosibowicza i pod ich wpływem doszedłem do wniosku, że zakon jezuitów jest takim miejscem, w którym będę umiał pogodzić powołanie z pracą pisarza, mówcy, dziennikarza. Podzieliłem się tą myślą z księdzem Burakowskim. Prefekt napisał opinię, którą (w zaklejonej kopercie) zaniosłem do ojca Kosibowicza. Przyjął mnie herbatą, uważnie wysłuchał. To działo się po 28 kwietnia 1939 roku, po pamiętnej mowie Hitlera zrywającej jednostronnie pakt o nieagresji, i chyba też po mowie ministra Becka, a więc w atmosferze ogólnego napięcia politycznego, przynajmniej wśród ludzi myślących. Ojciec Kosibowicz potraktował mnie jak dorosłego człowieka, ja zaś poczułem się zaszczycony, gdy powiedział: - Masz siedemnaście lat. Idź do wojska, spełnij swój obowiązek. My tę wojnę wygramy. Pobijemy Hitlera. A jak wojna się skończy, za rok, przyjdź do mnie, a ja cię przyjmę z otwartymi rękami. Czyli, najpierw spełnij obowiązek, poznaj dorosłe życie - i wtedy poważnie zastanów się nad decyzją. Mądra rada.
Ponownie spotkałem ojca Kosibowicza w 1943 roku, gdy oprócz służby w Armii Krajowej byłem kimś w rodzaju osobistego sekretarza Zofii Kossak, współzałożycielki katolickiego Frontu Odrodzenia Polski i Komitetu Pomocy Żydom. Któregoś dnia poprosiła mnie, bym jej towarzyszył w ważnej rozmowie u ojców jezuitów. Dodała, że spotkamy się ze sławnym kaznodzieją. Jak się wkrótce okazało, ojciec Kosibowicz znał Zofię Kossak jeszcze sprzed wojny, cenił jako wybitną pisarkę katolicką. Był uradowany spotkaniem. Potem spojrzał na mnie: - My przecież się znamy... Przytaknąłem. A on na to: - Miałeś do mnie przyjść... Zmieniłeś zamiar? ...Ale skoro jesteś tu z panią Zofią, to widocznie idziesz słuszną drogą... Zacząłem tłumaczyć, że w 1940 roku byłem w Oświęcimiu. - Aha, to ty jesteś z tych, co wyszli! Dziękuj Bogu! Rozmowa, którą prowadził z Zofią Kossak, trwała przynajmniej godzinę, dotyczyła zaś działań generała Sikorskiego i oceny stosunków między podziemnymi organizacjami katolickimi różnych orientacji politycznych, prawicowych i nieprawicowych. Słuchałem tego z zaciekawieniem.
W pierwszym tygodniu Powstania Warszawskiego dotarły do mnie ogólnikowe informacje o rzezi u ojców jezuitów. Z czasem dowiedziałem się o szczegółach. Otóż w podziemiach świątyni przy Rakowieckiej znaleźli schronienie mieszkańcy okolicznych domów. Drugiego sierpnia wkroczyli tam Niemcy. Ojciec Kosibowicz podszedł do dowodzącego akcją oficera SS i zaczął go przekonywać płynną niemczyzną, że na terenie ojców jezuitów są tylko cywile, że nie ma broni... Wedle opowieści naocznych świadków oficer bardzo grzecznie zaprosił Kosibowicza na przechadzkę. Przeszli na drugą stronę ulicy, i wtedy oficer strzelił swemu rozmówcy w głowę. Tak się zakończył dialog niemieckiego oficera z doktorem teologii Edwardem Kosibowiczem, jezuitą, który zginął, próbując ratować innych ludzi, czyli w moim rozumieniu stał się męczennikiem, a na pewno jest postacią z kręgu Kościoła, o której warto pamiętać, gdy myśli się o losach wojennej Warszawy.
Naturalnym porządkiem rzeczy po maturze przychodzą pierwsze dorosłe wakacje...
W połowie lipca pojechałem na czterotygodniowy obóz Junackich Hufców Pracy. To była służba obowiązkowa, wieńcząca szkolny kurs przysposobienia wojskowego, a jednocześnie nauka współdziałania obywatelskiego. W Hufcach służyli junacy zawodowi, niemający wykształcenia średniego, kandydaci do szkół podoficerskich oraz junacy z poboru, tacy jak ja, którzy mieli być następnie skierowani do szkół podchorążych rezerwy. Przeszedłem już wtedy przez komisję poborową, wkładając sporo wysiłku, by otrzymać kategorię A, innej mieć nie wypadało, bo wstyd. Byłem krótkowzroczny. Bardziej niż dziś. W sklepie u optyka nauczyłem się więc na pamięć liter i cyfr z tablicy testowej. Badanie odbywało się w Szpitalu Ujazdowskim. Młody lekarz, podporucznik czy porucznik, szybko się zorientował, że go oszukuję. - Zależy wam, żeby pójść do wojska? - Tak! - No, dobrze, nie będę wam robił trudności. I tak się stało. Poborowi z takim wzrokiem jak mój otrzymywali kategorię C, co znaczyło, że w przypadku wojny będą służyć w formacjach pomocniczych, ale ja chciałem pójść do szkoły podchorążych.
Otrzymałem przydział na turnus zaczynający się w połowie lipca. Miałem szczęście. Następny bowiem turnus zaczynał się w połowie sierpnia i miał trwać do połowy września. Wybuchła wojna. Junacy odbywający służbę na wschód od Bugu i Sanu byli traktowani przez Armię Czerwoną jak żołnierze. Byli umundurowani, choć bez broni. No, może niektórzy mieli ćwiczebne mannlichery. Wzięci do niewoli, trafili do obozów na terenie ZSRR. Wielu nie przeżyło.
Nasz obóz znajdował się we wsi Góry koło Dąbia nad Nerem. Muszę przyznać, że to było ciekawe doświadczenie: Polska w przekroju. Po raz pierwszy w życiu spotkałem chłopców ze wsi, z małych miast, którzy nie mieli wykształcenia i nie aspirowali do zawodów inteligenckich. Byli od nas sprawniejsi, lepiej przystosowani do pracy fizycznej, zdarzało się więc, że spoglądali na wielkomiejskie niedojdy z pewnym lekceważeniem. Spotkałem Białorusinów, których ambicją było ukończenie szkół podoficerskich, bo zawodowy plutonowy czy sierżant cieszył się wtedy szacunkiem. Spotkałem Niemców, obywateli polskich. Z nimi były pewne trudności. Emocje antyniemieckie były silne, dochodziło do konfliktów. Spotkałem też chłopców z wybitnych polskich rodzin. Na przykład Barciszewskiego, syna polskiego prezydenta Bydgoszczy, który parę tygodni po zakończeniu turnusu został wraz z ojcem rozstrzelany przez Niemców.
Wróciłem do Warszawy w połowie sierpnia, by wyjechać z mamą na krótki urlop do plebanii pod Płockiem. 27 sierpnia władze Warszawy odwołały pracowników miejskich z urlopów. Trzeba było wracać. A po miesiącu dowiedziałem się, że Niemcy zamordowali proboszcza, który tak niedawno nas gościł.
Przed wyjazdem na obóz smakowałem dorosłe życie. Chodziłem z kolegami do kawiarni, cukierni... Do Teatru Letniego w Ogrodzie Saskim. Ten teatr spłonął we wrześniu 1939 roku. Do Teatru Polskiego i Narodowego. Obejrzałem Genewę Shawa. I do Operetki - w poczuciu dojrzałości, bo wtedy nie było w zwyczaju, żeby uczniowie w mundurkach szkolnych oglądali frywolne przedstawienia. A potem wszystko się zawaliło.
Dziś, mając osiemdziesiąt pięć lat, zadaję sobie pytanie: ile lat żyłem w wolnej i niepodległej Polsce? Policzmy! Niewiele ponad siedemnaście lat przed wojną i prawie siedemnaście lat po 1989 roku. Między jednym i drugim pięć lat wojny i okupacji, potem zaś dziesięciolecia jakiejś autonomii, jakiegoś Królestwa Kongresowego... Wynika z tego, że jednak większość życia spędziłem w państwie niesuwerennym, zależnym.
CAŁY WYSIŁEK, TRUD I STRACH NA NIC. WAŻNE DOŚWIADCZENIE ŻYCIOWE. PRZECIEŻ BYŁEM NORMALNYM SIEDEMNASTOLETNIM CHŁOPCEM, NIGDY PRZEDTEM NIE WIDZIAŁEM ZABITYCH LUDZI, NIE WIDZIAŁEM TAK OKRUTNIE PORANIONYCH CIAŁ!
"Hasło Silni, zwarci, gotowi [...] odpowiadało rzeczywiście duchowi chwili. Nie zdarzyło się bowiem nigdy w dziejach Polski, a może i całego zachodniego świata, by wola narodu tak solidarnie i tak gorąco zdecydowana była na przyjęcie wojny [...]. Zapał narodu utwierdził kierowników państwa w mniemaniu, iż przyjmując wojnę postępują słusznie, nie tylko gdy chodzi o ocenę powszechnej woli, lecz także o przewidywania, co przyniesie Polsce przebieg wojny [...]. Można by więc powiedzieć, że wola narodu była główną przyczyną błędu w ocenie sił popełnionego przez kierownicze czynniki państwowe. Jednak i one uczyniły niejedno, aby wprowadzić w błąd masy". To jest cytat z poprzedzonej Pana wstępem edycji Czasów wojny Ferdynanda Goetla, przed wojną prezesa polskiego Pen Clubu i Związku Zawodowego Literatów Polskich. Czy pan podzielał pewność, że Polska w krótkim czasie wygra wojnę z hitlerowskimi Niemcami?
Podzielałem ją w pełni, tak jak wszyscy moi koledzy. Uważaliśmy, że ta wojna zostanie szybko wygrana. Oni nam grożą, krzyczą, prowokują, ale jeśli ośmielą się napaść, to na pewno przegrają. Nastrój był optymistyczny, tym bardziej że nikt nie przewidywał możliwości powstania aliansu między Niemcami i ZSRR. Jeśli dojdzie do wojny, to ją wygramy. Dlaczego? Między innymi dlatego, że mamy rację. Uważaliśmy, że racja jest bardzo ważnym argumentem. Tyle, jeśli mowa o moich poglądach i poglądach moich rówieśników.
Myślę, że podobnie było w środowisku moich rodziców. Ojciec był już wtedy na stanowisku naczelnika w Banku Polskim i niewątpliwie wiedział coś o wojennym planie ewakuacji skarbca w razie zagrożenia stolicy. Ale pamiętajmy, że takie plany nie są tworzone z dnia na dzień, w obliczu wojny. Powstają w czasie pokoju w każdym państwie. Nie sądzę więc, aby w sierpniu 1939 roku ojciec dopuszczał do siebie myśl, że Warszawa będzie zagrożona. A pracował wśród ludzi wykształconych, świetnie poinformowanych, wiedzących, co w świecie się dzieje, zawodowo zajmujących się przewidywaniem rozwoju sytuacji. Nie miał też wątpliwości wujek legionista związany z wywiadem. W ogóle dominowało naiwne poczucie, że mając rację i entuzjazm, szybkim marszem dojdziemy do Berlina. Proszę popatrzeć na kolejne wydania "Robotnika", organu Polskiej Partii Socjalistycznej, na wypowiedzi Mieczysława Niedziałkowskiego, Zygmunta Zaremby i innych działaczy tej partii. Przecież socjalistyczne demonstracje 1-majowe w 1939 roku zostały przekształcone w manifestacje solidarności z rządem i wojskiem - w obliczu niemieckiej agresji. Z kolei skrzydło narodowe, choć mocno skłócone z piłsudczykami, postrzegało wojnę z Niemcami jako słuszny i sprawiedliwy bój z odwiecznym wrogiem. Aktywnego poparcia udzielały rządowi środowiska żydowskie. Mówiąc krótko: ani razu nie spotkałem się wtedy z poglądem, że należy zrezygnować z walki i ulec żądaniom Hitlera. Po klęsce było trochę inaczej. Ludzie mieli żal, mieli pretensję, że nie byli świadomi dysproporcji sił. Ale czy gdyby byli świadomi, to dużo by zmieniło?
Owszem, istniała maleńka grupka krążąca wokół Władysława Studnickiego, który był germanofilem i uważał, że Polska powinna budować przyszłość w trwałym związku z Niemcami. Ale żądania Hitlera odbierały Polsce przyszłość; marzyło mu się powtórzenie manewru z Czechosłowacją, manewru z prezydentem Hachą, który 14 marca 1939 roku podpisał dokument przekazujący "los narodu czeskiego w ręce Führera". Żaden polski polityk nie ośmieliłby się złożyć podpisu pod aktem kapitulacji. I nie złożył. W czasie wojny było to dla mnie źródem wielkiej satysfakcji moralnej. Rzeczpospolita nie poddała się! Nie ma aktu kapitulacji naczelnego wodza, nie ma aktu kapitulacji pełnomocnika naczelnego wodza, nie ma aktu kapitulacji premiera ani prezydenta, ani żadnego ministra działającego w imieniu prezydenta. I to jest jedyny taki przypadek w wojennej historii Europy.
Ostatnio pojawiło się parę publikacji, w których autorzy, historycy urodzeni po wojnie, rozważali, czy nie byłoby lepiej, gdyby Wojsko Polskie wraz z Wehrmachtem i oddziałami SS ruszyło wspólnie na wschód.
Nie lubię wdawać się w rozważania typu: co by było, gdyby... bo to mało poważne. Wiem, co było. Wiem, zapamiętałem na własnej skórze. W przeciwieństwie do Francuzów, Belgów, Duńczyków czy Norwegów Polacy byli dla Niemców podludżmi. Doktrynalnie. To wyrażało się między innymi w znakowaniu na robotach w Niemczech. Francuzi i Belgowie nie musieli nosić oznaczeń narodowościowych. Robotnicy z republik ZSRR, ostarbeiterzy, nosili napis "Ost". Polacy musieli nosić literę "P". W niemieckim mniemaniu napis piętnujący. Podludzie! Z tego powodu nie było protestów niemieckiej opozycji, nie było to sprawą niepokojącą najświatlejsze dusze niemieckie, świeckie i kościelne, może z wyjątkiem rodzeństwa Scholl. Nawet beatyfikowany niedawno kardynał Clemens von Galen, który twardo przeciwstawił się zarządzonej przez Hitlera akcji eutanazji i nawet zagroził mu procesem, interesował się tylko Niemcami. W jego pismach nie ma ani jednego słowa wpółczucia czy solidarności z narodami podbitymi, ani słowa o polskich księżach uwięzionych w Dachau. I dlatego jego proces beatyfikacyjny ciągnął się kilkadziesiąt lat, a orzeczenie jest trudne do przyjęcia dla wielu ludzi, także w Niemczech. Otóż mówienie dziś o jakiejś realnej alternatywie strategicznej dla Polski w 1939 roku jest oparte na fałszu. Nie było alternatywy. Niemcy z czasów pierwszej wojny światowej nie uważali Polaków za podludzi. Polski inteligent mógł być oficerem w armii austriackiej, w armii pruskiej. W 1939 roku niemieckie społeczeństwo było już inne. Przeorane przez hitleryzm.
Czołgi niemieckie dotarły do przedmieść Warszawy pod wieczór 6 września 1939 roku...
Tego nikt się nie spodziewał. Uczucie gorzkiego zaskoczenia! Nikt. Ani przeciętni warszawiacy, ani ludzie odpowiedzialni za miasto, urzędnicy administracji państwowej i komunalnej. Trudno było sobie wyobrazić, że tydzień po wybuchu wojny Warszawa zostanie zagrożona inaczej jak przez bombardowania lotnicze.
Pierwszego września bomby spadły wczesnym rankiem na Okęcie, na domy mieszkalne na Kole i Woli. Ludzie jeszcze spali. Pierwsze ofiary wojny zginęły, nie wiedząc, że wybuchła wojna. Gazety poranne 1 września przyniosły wiadomości z poprzedniego dnia. O mobilizacji. O nastrojach. O przewidywanym rozwoju sytuacji politycznej. Wiadomości już całkiem nieaktualne. Informacje radiowe? Radio nie było tak powszechne jak dziś. Dwa programy Polskiego Radia, no i stacje zagraniczne. Pamiętam głos prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego. Słowa o napaści. Ale o wojnie dowiedziałem się wcześnie rano 1 września. Zbudziły mnie wybuchy. Sądziłem, że to ćwiczenia. Mieszkaliśmy wtedy na ulicy Grójeckiej 104, przy rogu Opaczewskiej.
To ważne miejsce w dziejach obrony Warszawy.
Ulica Opaczewska wyznaczała linię obrony, na której 8 września wojsko wspomagane przez ludność cywilną odparło pierwsze ataki Niemców. Powstał o tym wiersz ze sławnym wersem: "...ja, pani Opaczewska, bronię dziś Warszawy", najpierw mówiono, że napisany przez nieznanego autora, anonima, potem okazało się, że autorem był Jan Janiczek. Niemcy zostali zaskoczeni siłą oporu, determinacją... To wszystko działo się w bliskim sąsiedztwie naszego domu. Ale po kolei. Pierwsze dni września przeżyliśmy w pewnym chaosie. Ojciec spędzał dnie i noce w banku. Sprawował nadzór nad skarbcem, przygotowywał skarb państwa do ewakuacji. Do miasta zaczęli napływać uciekinierzy. Wkrótce wojsko zarządziło ewakuację ludności z południowo-zachodnich obrzeży Warszawy. Domy zostały przekształcone w stanowiska bojowe. 6 września albo dzień później musieliśmy więc opuścić nasze mieszkanie. Wzięliśmy walizki z najbardziej niezbędnymi rzeczami, reszta została pod opieką wojska. Marsz do Śródmieścia nie był łatwy. Na pobliskich ulicach stały już barykady. Tramwaje przestały jeździć. Rzesze żołnierzy z rozbitej Armii "Łódź" i z oddziałów, które wycofywały się z Wielkopolski i Pomorza. Przygnębiający widok. Szokujący. Przeciętnemu człowiekowi trudno było się w tym wszystkim zorientować. 8 września dowiedzieliśmy się z plakatów, że obroną Warszawy dowodzi generał Walerian Czuma. To on wprowadził porządek, zorganizował żołnierzy z rozbitych jednostek, wydawał odezwy. Tak więc w naszej świadomości generał Czuma był faktycznym organizatorem obrony stolicy i dopiero potem został usunięty w cień przez generała Rómmla, który - po klęsce swej armii - przejął dowodzenie w Warszawie, bo był wyższy stopniem. 6 września Niemcy zajęli Raszyn, umilkł więc I program Polskiego Radia. Rozgłośnia warszawska nadawała z radiostacji na Fortach Mokotowskich. Tam toczyły się ciężkie walki, w których brał udział jako dowódca plutonu, potem jako p.o. dowódcy kompanii Tadeusz Żenczykowski-"Zawadzki", którego miałem poznać w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Po latach został zastępcą dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa... Do tego wrócimy.
Premier, generat dywizji, dr Felicjan Składkowski zanotował 6 września 1939 roku: "Czołgi niemieckie są pod Grójcem i dochodzą do stacji radiowej pod Raszynem. Są więc o kilkanaście kilometrów od Warszawy [...]. Wobec czego, w myśl zapowiedzi, sztab przechodzi do Brześcia [...]. Rząd tej nocy ma przenieść się do Łucka. Melduję Marszałkowi o konieczności wydania odezwy do ludności stolicy, przy opuszczeniu jej przez rząd. Zgadzamy się, że odezwa ta ma być krótka i bez szumnych zwrotów. Jeszcze, być może, nie wyjedziemy, ale nadzieja jest słaba [...]. Ludność nie wie jeszcze o bliskości Niemców i nastroje są dalej doskonałe [...]. Telefonuję do Prezydenta Warszawy Starzyńskiego. Zostaje on na swoim posterunku, jak się wyraził: "Ja tu zostaję na gospodarstwie"". Felicjan Sławoj-Składkowski, Nie ostatnie słowo oskarżonego, Warszawa 2003, s. 273-274.
Gdy mowa o obronie Warszawy, trzeba pamiętać o kolejności wydarzeń. To nie było tak, że Niemcy zaatakowali Festung Warschau, twierdzę zawczasu przygotowaną do oblężenia. Na odwrót! Warszawa była miastem bombardowanym i ostrzeliwanym, zanim zaczęła się bronić. Była miastem otwartym.
Władze państwa ewakuowały się na wschód wieczorem 6 września. Bombardowania i ostrzał artyleryjski były skierowane przeciw ludności cywilnej. Miały charakter terrorystyczny. Niemcy zakładali, że wejdą do miasta niejako siłą rozpędu, bez walki. Opór ich zaskoczył. Wtedy zdecydowali się na zmasowane użycie artylerii ciężkiej i bombowców. Najsilniejsze bombardowania nastąpiły 10, 17 i 25 września. A dla nas było oczywiste, że nie możemy się poddać. Nie damy się bez walki! Wtedy nie wiedzieliśmy, że Mołotow zdążył już wysłać do Ribbentropa serdeczne gratulacje z okazji zdobycia Warszawy. I nie wiedzieliśmy, że oblężenie Warszawy jest obserwowane przez Hitlera coraz bardziej rozwścieczonego oporem miasta. Wiedzieliśmy natomiast, że nic nas nie zwalnia z obowiązku walki. Brzmi to trochę górnolotnie, ale tak naprawdę było.
Powstał Komisariat Cywilny przy Dowództwie Obrony Warszawy, na którego czele stanął Stefan Starzyński, żołnierz Legionów, major rezerwy. Od 1934 roku był komisarycznym prezydentem Warszawy, niezbyt zresztą lubianym. Atakowano go i z prawej strony, i z lewej. Dbał o miasto, był rzetelnym gospodarzem, ale prawdziwą popularność zdobył we wrześniu 1939 roku, gdy włożył mundur. Nawiasem mówiąc, na czele Wydziału Ogólnego w sztabie obrony cywilnej stanął były legionista, pedagog, zastępca komendanta Straży Przedniej, kapitan Karol Makuch, ojciec mojej żony. W tej części mojej rodziny tradycja i legenda obrony Warszawy mają więc szczególne znaczenie.
Pan chciał walczyć?
Zgłosiłem się wraz z kolegami maturzystami do Rejonowej Komendy Uzupełnień. Byli tam jacyś podoficerowie administracyjni. Tylko oni, bo szefostwo zostało ewakuowane. No i mówią nam: - Nie jesteście szkoleni, nie macie kart powołania... Nie zawracajcie głowy! Do nas przychodzą ludzie z kartami, a my im możemy co najwyżej powiedzieć, żeby szli na wschód i dołączyli do najbliższej jednostki. Potem ogłoszono ochotniczy zaciąg do batalionów obrony Warszawy dla sześciuset mężczyzn. Poszedłem z ulicy Hożej (tam mieszkałem z mamą) przez liczne barykady na ulicy Przejazd, gdzie odbywał się werbunek. Po drodze napotkałem dużą grupę, może tysiąc ludzi, może więcej. Wracali rozczarowani, bo sześciuset ochotników zebrano w ciągu kilku minut, z tych, którzy stali na początku kolejki. Utworzone przez Polską Partię Socjalistyczną bataliony robotnicze odegrały ważną rolę w utrzymaniu elektrowni, gazowni, wodociągów. Zakłady użyteczności publicznej były w rękach ludzi, którzy czuli się żołnierzami walczącymi o wolność kraju i o własne zakłady pracy.
Jakie wiadomości ze świata docierały do oblężonej Warszawy?
Zrozumiałe, że w takiej sytuacji, pod bombami, ludzie łakną nadziei. Mówiono więc, że Brytyjczycy podobno wysadzili jakiś desant, ale jaki, to nie wiadomo, i że Francuzi rozpoczęli natarcie gdzieś na Zachodzie. Plotki wyssane z palca. Były gazety drukowane w małych nakładach na dwóch kolumnach, jednostronnie - i plakatowane. Potem z uwagi na brak prądu elektrycznego powstała "Gazeta Wspólna", tworzona przez kilka redakcji. Wiadomo było o krwawych próbach przebicia się oddziałów Wojska Polskiego do miasta. Warszawa przekształciła się w oblężony bastion. 18 września dotarła do nas informacja o uderzeniu Armii Czerwonej. Ludzie łudzili się, że Rosjanie idą nam z pomocą, ale to złudzenie rozwiało się dosłownie po paru godzinach. Deprymująca świadomość, że wielkie państwo stało się sojusznikiem Hitlera. Że w obliczu takiej dysproporcji sił jesteśmy bezradni. Ale trzeba było coś robić!
Zostałem noszowym. Włączyłem się do pracy służb sanitarnych. Po prostu brałem nosze i z nieznanymi mi mężczyznami nosiłem rannych, umierających. Brało się nosze i szło tam, gdzie spadły bomby. Potem odnosiliśmy rannego na trawnik przed Szpitalem Dzieciątka Jezus. Tam rannym zajmowali się sanitariusze, lekarze, a my ruszaliśmy po następnego. Nikt nas nie kontrolował, nie pytał, jak długo będziemy pracować, trzy godziny, pięć czy osiem, za dnia czy w nocy. Normalna obywatelska sprawa, ale dla siedemnastoletniego chłopaka bardzo trudna. Raz nieśliśmy kobietę z ulicy Tarczyńskiej. Była ranna w brzuch. Trafiona odłamkami bomby. Między piersiami i podbrzuszem miała wszystko rozbabrane, wszystko na wierzchu. Trzeba było jak najszybciej dostarczyć ją do szpitala. A tymczasem zaczęły nas ostrzeliwać samoloty. Wtedy odstawialiśmy nosze, kładliśmy się na ziemię. Samoloty odlatywały. My chwytamy za nosze, by przejść parę metrów. I znów samoloty. W końcu, już blisko szpitala, przy murze Filtrów okazało się, że kobieta nie żyje. Martwą donieśliśmy do Dzieciątka Jezus. Cały wysiłek, trud i strach na nic. Ważne doświadczenie życiowe. Przecież byłem normalnym siedemnastoletnim chłopcem, nigdy przedtem nie widziałem zabitych ludzi, nie widziałem tak okrutnie poranionych ciał! Pierwsze zwłoki, jakie zobaczyłem, to te, które leżały na warszawskich ulicach.
A potem przyszedł najgorszy dzień. Dzień kapitulacji. Dzień plakatów z wezwaniami do zachowania spokoju i powrotu do pracy.
Czy pamięta pan swoje pierwsze spotkanie z Niemcami?
Dwa spotkania. Doszło do nich przed 5 października, a więc przed dniem, w którym Hitler przyjął defiladę zwycięstwa w Alejach Ujazdowskich. Otóż po kapitulacji zamieszkaliśmy w domu mego wuja, kapitana Cygankiewicza, który wraz z żoną ewakuował się dokądś na wschód. Dokąd? - nie wiedziałem, ale miało to zapewne związek z jego pracą w Straży Granicznej. W mieszkaniu znajdującym się przy ulicy Belgijskiej była ich stara służąca.
W tym czasie do Warszawy wchodziły oddziały Wehrmachtu, a obok nich nieznane warszawiakom niemieckie formacje policyjne. Gestapo i kripo zainstalowały się w alei Szucha, w wielkich, pięknych budynkach Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego oraz Najwyższej Izby Kontroli Państwa. Przed wojną w NIKP pracował starszy brat mojej matki, który mieszkał w Alejach Niepodległości 227, w blokach, gdzie parę lat później ukrywał się Władysław Szpilman.
W pierwszych dniach po kapitulacji nie wychodziłem z domu. Tak mi radzili rodzice, kierując się słusznym założeniem, że młody człowiek bez dokumentów nie będzie bezpieczny na ulicy pełnej czujnych patroli. Proszę pamiętać, że wedle prawa obowiązującego w Rzeczypospolitej pełnoletność osiągało się wraz z ukończeniem dwudziestego pierwszego roku życia. Nie miałem żadnego dokumentu tożsamości prócz nieważnej legitymacji szkolnej. A w reżimie policyjnym człowiek bez ważnej legitymacji jest nikim. Jest nikim i jest podejrzany. A podejrzanego zawsze warto wsadzić. Rodzice mogli poruszać się po mieście, bo ojciec wrócił do pracy w banku, który został przejęty pod zarząd niemiecki, matka była pracownicą elektrowni, ważnej instytucji miejskiej. Siedziałem więc w domu.
I oto na początku października w mieszkaniu zjawiło się kilku panów. Jedni w czarnych, nieznanych mi mundurach, inni w cywilnych ubraniach. Grzeczni. Uprzejmi. Zapytali mnie, kim jestem. Odpowiedziałem po niemiecku - pierwszy i chyba ostatni raz, potem już nie przyznawałem się do znajomości języka - że jestem członkiem rodziny, gdyż frau Cygankiewicz jest siostrą mojej mamy. O wuju ani słowa. A ci uprzejmi panowie na to, że oni nie przyszli po panią Cygankiewicz, ale do pana Cygankiewicza i teraz chcą rozejrzeć się po mieszkaniu. - Gdzie jest pan Cygankiewicz? Odpowiedziałem, że nie wiem. Został ewakuowany, nie mam o nim ani o ciotce żadnych wiadomości. - Czy wrócą? - Nie wiem. - Jeśli wuj wróci, to powinien się do nas zgłosić. - A dokąd? - Do komendantury! Potem zapytali, czy mogą zajrzeć do szafy. Otworzyłem szafę. Popatrzyli bez szczególnego zainteresowania. - A gdzie jest biurko pańskiego wuja? Wskazałem biurko. - Czy może pan otworzyć? - Nie mam klucza. Wskazali na służącą: - Może ta kobieta ma klucz? Nie miała. - Jest nam przykro - mówi jeden z nich - ale skoro nie ma klucza, to będziemy musieli uszkodzić zamek. Wyłamali zamek, przejrzeli papiery, część z nich zabra li. Widać, że znali polski. Pokazali mi też przyniesioną z sobą fotografię wuja, dosyć wyraźną, wierną. Czy mógłbym wskazać pośród tych papierów w biurku fotografię najbardziej podobną. Wskazałem więc najmniej podobną. Przyjrzeli się portretowi wiszącemu na ścianie. Był to portret ślubny wuja i ciotki z roku 1919: on w mundurze legionowym, a ona z długimi warkoczami do pasa. Mówią: - Bardzo ładny portret. Odpowiadam: - Ładny. Oni: - Podobni są? A ja rozumiejąc, że chcą ten portret zabrać, odpowiadam: - Nie, zupełnie niepodobni. Portret był zrobiony, zanim ja się urodziłem. - Ja, ja... ciotka to ładna kobieta, a wuj ma rysy takie zdecydowane, oficerskie... Usiłowali nawiązać ze mną kontakt, ja zaś starałem się mówić jak najmniej. Pochodzili jeszcze trochę po mieszkaniu, zapytali, ile mam lat, aha, w sprawie pańskiego rocznika będą wydane zarządzenia... A przed wyjściem powtórzyli, że gdyby wuj zjawił się w Warszawie, to ma zgłosić się do nich w celu wyjaśnienia pewnych spraw. No i poszli.
I nadal nie wychodził pan z mieszkania?
Oczywiście, że wychodziłem. I pewnego dnia zostałem zmuszony przez Niemców do pracy przy rozbieraniu resztek barykad na ulicy Puławskiej przy placu Unii Lubelskiej. Oni łapali Żydów, ot tak, na oko, biednych ludzi w tradycyjnych strojach, w chałatach i jarmułkach, albo takich, którzy jakoś im się wydawali Żydami. Ja byłem wychudzony, miałem wydatny nos, okulary, no to mnie uznali za Żyda: - Komm Jude, komm... Trzeba było przenieść płyty chodnikowe, oczyścić jezdnię z gruzu. Dali nam łopaty, kilofy. Obok mnie pracował jakiś młody mężczyzna. Postawili jakiegoś podoficera Wehrmachtu, który dyrygował, pilnował, na lewo, na prawo. A potem pojawił się jakiś oficer i wtedy doszło do czegoś dziwnego. Nazwijmy to sytuacją testową. Sprawdzianem. Młody człowiek, o którym wspomniałem, podszedł do oficera, wyjął spod rozpiętej koszuli medalik z Matką Boską i powiedział: - ...kein Jude, kein Jude... (nie jestem Żydem). A ja wtedy sobie pomyślałem, że choć ten człowiek nie robi właściwie nic złego, to jednak nie można pozwolić na to, żeby Niemiec nas segregował według tego, czy nosimy Matkę Boską, czy jej nie nosimy. Ja akurat miałem medalik, ale nie przyszłoby mi do głowy, żeby z jego pomocą prowadzić dialog z okupantem. Uznałem, że jest w tym cos fałszywego. Nie, to nie było żadne przemyślenie filozoficzne. Raczej odruch solidarności. Przyzwoitości. Dzisiaj powie, że nie jest Żydem, a za kilka dni go zapytają, to powie, że nie jest przeciw Niemcom, że nie walczył przeciw nim i że nie będzie walczył... Jeśli tak zaczyna, to jak skończy? To był dla mnie ważny test. Wkrótce dowiedziałem się od dozorcy, że od godziny takiej a takiej do godziny takiej a takiej dnia 5 października mężczyżni mają zakaz wychodzenia na ulice. Nie wiadomo dlaczego. Trudno, zostanę w domu. I 5 października usłyszałem miarowy krok oddziałów maszerujących Puławską do placu Unii. To trwało dosyć długo. Dźwięki orkiestr. Defilada. I wtedy się rozpłakałem. Pierwszy raz od wybuchu wojny. Szlochałem, czując, że zawalił mi się świat.
Utrata nadziei?
Przekroczenie progu bezradności. Poczucie, że nic już nie da się zrobić. Taki stan ogarnął wielu ludzi. Następnego dnia okazało się, że wojsko defilowało przed Hitlerem. Przyjechał, by odebrać paradę zwycięstwa. Wtedy nie wiedziałem, że tworzą się pierwsze organizacje konspiracyjne, że zaczyna działać Służba Zwycięstwu Polski, a więc podziemie wojskowe. Dochodziły wiadomości o generale Kleebergu, o jego grupie stworzonej z jednostek cofających się ze wschodu, między innymi z marynarzy flotylli pińskiej, o bohaterskiej postawie i na koniec - o klęsce. Zanim Niemcy przeprowadzili rekwizycję odbiorników radiowych, dowiedzieliśmy się dzięki Radiu Paryż i BBC o objęciu stanowiska prezydenta przez Władysława Raczkiewicza i powołaniu rządu z nowym wodzem naczelnym, premierem, generałem Władysławem Sikorskim. Tymczasem w Warszawie ogłoszono przymusową rejestrację oficerów Wojska Polskiego. Spora grupa podporządkowała się temu zarządzeniu i została wzięta do niewoli. Nie wszyscy. Niektórzy wrócili do domów. Innych ujęto w biurze rejestracyjnym i wysłano do oflagów. W połowie października pojawił się "Nowy Kurier Warszawski", dziennik wyjątkowo szmatławy i słusznie nazywany gadzinówką. Wiadomości wojskowo-polityczne i komentarze, a przynajmniej ich poważna część, były przekładane z niemieckiego przez tłumaczy o nikłych umiejętnościach, więc językowo nędzne. Gazeta cieszyła się popularnością z uwagi na wiadomości lokalne, rozbudowany dział ogłoszeń. I nekrologi, rzecz jasna, a tych było dużo. O najważniejszych sprawach warszawiacy dowiadywali się z plakatów. Na niektórych z nich widniał przez pewien czas podpis Stefana Starzyńskiego. Gestapowcy aresztowali go 27 października. W gazetach niemieckich, tych centralnych, berlińskich, pisano o sytuacji na Zachodzie. O Polsce już nie. Dla nich Polska przestała być tematem.
Co się stało z pana wujem?
Trzeba zupełnie niezwykłego trafu, że parę dni po wizycie tych panów w czerni wuj zjawił się w mieszkaniu. Odbył długą podróż, chyba z Łucka, był zmordowany, miał opuchnięte, poobcierane stopy. Pamiętam, że trzymał nogi w miednicy z gorącą wodą, a ja siedziałem naprzeciwko niego i opowiadałem o włamaniu do biurka. - E, tam nic ciekawego nie było... - Wujku, mówili, żeby zgłosić się w komendanturze... - Chyba nie sądzisz, że do nich pójdę. - Nie sądzę - odpowiedziałem. - Nie sądzę, tylko powtarzam. Wujek ucałował mnie: - Trzymaj się, niech cię Bóg prowadzi. Do wiosny ich pobijemy, a na razie trzeba zająć się innymi rzeczami. Jak zjawi się ciotka, to jej powiedz, że byłem. Ona wie, gdzie mnie szukać. I znikł na dłuższy czas.
Moja matka opowiadała mi, że jesienią 1939 roku sporo ludzi, szczególnie starszych, tych, którzy przeżyli świadomie pierwszą wojnę światową, uważało, że choć okupacja to rzecz straszna, ale przecież Niemcy, naród kulturalny, dobrze wychowany...
O, moja matka też w to wierzyła, ale przestała, gdy Niemcy rozstrzelali w Wawrze stu niewinnych mężczyzn...
Przyszła zima, wczesna, mroźna i głodna...
Tak, to była bardzo ciężka zima. Substancja miasta została w 10 procentach zniszczona, drugie tyle uległo uszkodzeniu. Chłód i głód. Kłopoty z ogrzewaniem. Kłopoty z opałem. I nagłe powszechne zubożenie. Polskie instytucje państwowe, miejskie, oświatowe wypłaciły swym pracownikom jednorazowe odszkodowania czy też ostatnie pensje, i to wszystko. Na bruku znaleźli się pracownicy ministerstw, instytucji naukowych i kulturalnych, redakcji. Nauczyciele głodowali. Dopiero potem, wraz z organizacją tajnego nauczania i subwencjami rządowymi z zagranicy, nastąpiła zmiana. Dodajmy do tego rodziny, których ojcowie i synowie, jedyni żywiciele, wymaszerowali na wschód, zostali ujęci przez Armię Czerwoną i wysłani jako "bieżeńcy" w głąb ZSRR. Bezrobotna była młodzież. Niemcy zamknęli uczelnie, więc przestał działać system stypendialny. Te zmiany stosunkowo najsłabiej dotknęły robotników zatrudnionych w zakładach miejskich czy też w przedsiębiorstwach, które były potrzebne okupantowi, mam na myśli koleje, pocztę, przemysł związany z wojskiem. Z tego powodu część proletariatu warszawskiego dawała sobie jakoś radę, ale inteligencja znalazła się w dołku. Zrozumiałe, że w związku z tym zaczęły rozkwitać rozmaite inicjatywy handlowe. Ludzie wyprzedawali dywany, obrazy, biżuterię, meble, żeby kupić trochę żywności. Zubożenie okrutnie dotknęło ludzi starszych, bezradnych w nowej rzeczywistości. Pauperyzacja była widoczna. Sytuacja materialna mojej rodziny była przeciętna. Nie dobra, ale też i nie dramatyczna. Matka miała stałe uposażenie z elektrowni. Ale trzeba było znaleźć nowe mieszkanie. Dom na Opaczewskiej był częściowo zburzony. Bomba trafiła w klatkę schodową i żeby dostać się na drugie piętro, trzeba było przejść jakąś wąską kładką, bo brakowało schodów. W dodatku - a mówię to ze smutkiem - mieszkanie zostało ograbione przez ludzi z okolic, z przedmieścia, z pobliskich Szczęśliwic. Zostały meble, których nie udało się wynieść, no i książki, ale resztę skradziono. I tak zostaliśmy jak ostatnie dziady. Cały dorobek rodziny zmieścił się na jednym wózku.
Ojciec został zatrudniony w biurze likwidatora Banku Polskiego. Nie pracował dla Niemców, jak część bankowców, którzy przeszli do Banku Emisyjnego. Bank Polski był wielką spółką akcyjną, miał aktywa, majątek, w tym budynki mieszkalne. I ojciec został kimś w rodzaju kierownika gospodarczego, który miał dbać na przykład o remonty albo dostawy koksu do ciepłowni. Nadzorcą był Reichsdeutch, niezbyt kąśliwy, sudecki Niemiec czy Austriak, zachowywał się spokojnie, bez szczególnej agresji, dbał o swoją wygodę, a to znaczy, że nie wtrącał się do działalności wykwalifikowanych podwładnych. Tak więc ojciec miał względnie unormowane życie ze skromną pensją. Ja zaś zająłem się handlem damską bielizną jako komisant u pana Majzulsa. Byłem najmitą żydowskim.
Matka szukała możliwie najtańszego locum. Jej kolega z elektrowni, skromny urzędnik, mieszkał wraz z żoną w dwóch pokojach przy Chłodnej 42. Odstąpił nam jeden pokój, w którym przewegetowaliśmy na materacach zimę 1939/40. W domu żyli prawie wyłącznie Żydzi i może dwie czy trzy rodziny polskie. Pierwszy raz w życiu znalazłem się w czynszowej kamienicy, której główną, a może jedyną zaletą był niski czynsz. Właściciele mieszkania utrzymywali dobre stosunki z sąsiadem, panem Majzulsem. Starszy pan, wdowiec, w tradycyjnym żydowskim ubraniu, kupiec. Miał córkę trochę starszą ode mnie, inteligentkę. Pewnego dnia pan Majzuls zapytał, czy mógłbym cos dla niego załatwić. Przedstawił propozycję. Trzeba wiedzieć, że choć wtedy jeszcze nie było getta, to Niemcy wprowadzili już przymus noszenia opasek. Zaczęły się głupie szykany, jeszcze nie zbrodnie, ale upokarzano ludzi, zaczepiano, niekiedy bito, i niektórzy Żydzi, szczególnie starsi, bali się wychodzić na ulice. Pan Majzuls prowadził przed wojną zakład pasmanteryjno-konfekcyjny i miał sporo damskiej bielizny. Zapytał, czy nie zająłbym się sprzedażą zapasów w zamian za jakiś procent od obrotu. To było po mojej myśli, bo nie bardzo umiałem się pogodzić z faktem, że nigdzie nie pracuję i nie wnoszę niczego do domu. Udzielanie korepetycji nie wchodziło w rachubę, bo przecież w Warszawie było mnóstwo bezrobotnych nauczycieli o najwyższych kwalifikacjach. Gdybym miał zdolności manualne i obycie techniczne, mógłbym zająć się jakimiś naprawami. Ale co mogłem zrobić z moją znajomością literatury, historii i geografii? Nic. Tak więc propozycja pana Majzulsa jakoś mnie ucieszyła. Pozostały jednak dwa problemy. Pierwszy: nie miałem pieniędzy na kaucję. Pan Majzuls powiedział jednak, że mi ufa, i od tej pory dostawałem co dzień walizeczkę z bielizną. Drugi: nie miałem pojęcia o damskiej bieliźnie. Okazało się, że z tym nie ma większego problemu. Stawałem na Żelaznej czy Chłodnej przy rogu, w pobliżu którego zainstalowała się potem żandarmeria niemiecka, otwierałem walizkę z koszulami, majtkami i biustonoszami. Przechodzące panie zatrzymywały się, pytały o szczegóły. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Panie oglądały bieliznę, a że nie była droga, to chętnie kupowały, bez mierzenia, bo przecież ulica i mróz... W ten sposób zarobiłem pierwsze pieniądze w życiu.
To działo się na granicy getta?
Kiedy getto zostało obudowane murem i zamknięte, ja byłem więźniem w Oświęcimiu. Zresztą z Chłodnej wyprowadziliśmy się wiosną 1940 roku. Matka znalazła przystępne mieszkanie dwupokojowe na Żoliborzu w spółdzielni na ulicy Słowackiego 35/43. Tego domu dziś już nie ma, została po nim figura Matki Boskiej stojąca wtedy na podwórkowym trawniku. To był chyba marzec albo początek kwietnia. W tym czasie Arbeitsamt ogłosił zarządzenia o obowiązku pracy i rejestracji młodych ludzi. Wcześniej takie zarządzenia objęły Żydów. Mój ojciec, człowiek doświadczony, uważał, że rejestracja może być zapowiedzią pracy przymusowej dla Niemców. A tego należało uniknąć. Ale gdzie znaleźć pracę, dzięki której będę miał stosowne dokumenty? Takich chętnych jak ja były tłumy. Okazało się (o tym nie wiedziałem), że przed wojną ojciec był społecznym działaczem Polskiego Czerwonego Krzyża, członkiem zarządu dzielnicowego PCK Warszawa-Północ. Dzięki temu dowiedział się, że Czerwony Krzyż otwiera kilka przychodni dla biednych, a jedna z nich ma działać na Żoliborzu. Polski Czerwony Krzyż był, podobnie jak jego niemiecki odpowiednik, afiliowany w Międzynarodowym Czerwonym Krzyżu w Genewie. Dzięki temu PCK mógł prowadzić korespondencyjne poszukiwania osób zaginionych na wojnie, mógł wysyłać paczki do obozów, ale tylko dla tzw. aryjczyków. Tak więc Niemcy tolerowali w pewnym stopniu wykonywanie przez PCK jego statutowych funkcji. Nie wiem, w jaki sposób, z czyją pomocą - już się nie dowiem, bo ojciec od dawna nie żyje - zostałem pracownikiem Przychodni nr 1, która mieściła się na parterze niewielkiego domu przy ulicy Hozjusza, obok kościoła św. Stanisława Kostki. W kilkupokojowym mieszkaniu lekarka dr Ochnicz-Czerniewska i pielęgniarka, siostra Maria, przyjmowały ubogich, chorych, rannych żołnierzy, wszystkich, komu potrzebna była pomoc medyczna. Porada kosztowała jednego złotego. Pełniłem funkcje intendenta, księgowego, gońca i woźnego. Obie panie, znacznie ode mnie starsze, traktowały mnie, osiemnastolatka, z wielką życzliwością i nie bez matczynego rozczulenia. Uposażenie było skromne. Mogłem za nie kupić nie więcej niż trzy kilogramy tłuszczu, ale czułem, że robię coś sensownego, a to bardzo dużo. No i od 1 maja 1940 roku miałem legitymację Polskiego Czerwonego Krzyża wystawioną w języku polskim i niemieckim, z fotografią, pieczątką i podpisami zarządu - honorowaną w czasie policyjnych kontroli ulicznych.
Co pan robił po pracy?
W sąsiedztwie była wypożyczalnia książek. Sporo czytałem. Mniej znane powieści Josepha Conrada, Rudyarda Kiplinga, trochę literatury amerykańskiej. W wypożyczalni była seria laureatów Nagrody Nobla. Dzięki temu mogłem poznać twórczość Knuta Hamsuna, Karla Gjellerupa, Selmy Lagerlöf, pisarzy, których w innej sytuacji pewnie bym nie czytał. Nawiązałem znajomości z rówieśnikami z Żoliborza. Bardzo interesujący młodzi ludzie, oczytani, z gimnazjum Poniatowskiego albo od sióstr Zmartwychwstanek. Spośród osób, które żyją, bardzo już nielicznych, wspomnę profesora Krzysztofa Dunin-Wąsowicza, którego mama, pani Janina Dunin-Wąsowiczowa, prowadziła przed wojną przedszkole Rodziny Wojskowej, a po wielu latach dowiedziałem się, że do tego przedszkola uczęszczał mój przyjaciel, poeta Marek Skwarnicki, syn oficera. Wspomnę też Barbarę Filarską (z domu Wąsikównę), znanego później archeologa śródziemnomorskiego, profesora na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, matkę Danuty Kuroniowej. To było środowisko młodych inteligentów.
Czy dochodziły do pana jakieś wiadomości o powstających zrębach konspiracji?
Przede wszystkim docierały do nas wstrząsające informacje o niemieckich zbrodniach. Najpierw o wzięciu zakładników przed 11 listopada 1939 roku. Potem o masowym mordzie w Wawrze, gdzie wyciągnięto z domów i rozstrzelano ponad stu niewinnych mężczyzn. Wśród nich zginął kolega mamy, inkasent z elektrowni. Zginął też jego syn. Po prostu Niemcy wdarli się do ich mieszkania, bez słowa wyprowadzili na ulicę i zastrzelili. Wprowadzono zarządzenia antyżydowskie. Zaczęły się konfiskaty mienia, rabunek sklepów, prowokowane przez Niemców awantury na ulicach. Ale też panowała powszechna nadzieja, że wojna skończy się na wiosnę. Byle do wiosny. Docierały do mnie egzemplarze pisma konspiracyjnego "Polska żyje", kolportowane w dużych nakładach i dosyć naiwnie, po prostu jeden z sąsiadów rozdawał pismo na podwórku. "Polska żyje" była organem Komendy Obrońców Polski.
Na Żoliborzu przeżyłem tragiczny dzień kapitulacji Francji. Wtedy uświadomiłem sobie, że wojna będzie trwała długo, może bardzo długo. Nawiasem mówiąc, upadek Paryża stał się bodźcem dla reorientacji polskiego podziemia. Wtedy rozpoczął się długofalowy proces tworzenia konspiracyjnych struktur informacyjnych, oświatowych, szkoleniowych.
Raz czy dwa razy odwiedziłem moją szkołę. Dowiedziałem się wtedy od pracowników administracyjnych, że jeden z nauczycieli trafił do niewoli sowieckiej, potem znaleziono go w Katyniu, inny znów do niewoli niemieckiej, a trzeci gdzieś zaginął, może trafił do wojska na Zachodzie? W życiu miasta rozpoczęła się mała stabilizacja. Mała stabilizacja zła. Ludzie starali się jakoś urządzić. Kwitł drobny handel. Kwitł przemyt. Brakowało podstawowych produktów, wkrótce więc na rynku pojawiła się sztuczna herbata, marmolada z buraków albo z brukwi, rozmaite namiastki cukru. Byłem wciąż głodny. Osiemnastolatek musi się porządnie najeść, a tymczasem brakowało żywności. Mięso jadłem bardzo rzadko. Codzienne menu składało się z chleba, smalcu, kartofli, niekiedy kaszy. Wokół widziało się coraz większą biedę. Było mizernie.
12 sierpnia 1940 roku Niemcy przeprowadzili w Warszawie obławy, w których zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi, może więcej. Zabierano ich z ulic, z kawiarni, z tramwajów, czyli akcja zastraszająca. Niektórzy pocieszali się, że Niemcy potrzebują taniej siły roboczej. Ale przecież zatrzymywano nauczycieli, księgowych, urzędników, w wieku co najmniej dojrzałym. Tam byli ludzie pod sześćdziesiątkę. Co to za tania siła robocza? Później dowiedziałem się, że uwięziono ich w koszarach SS przy ulicy Podchorążych. Część została zwolniona po sprawdzeniu dokumentów. Innych wywieziono. Dokąd? W sierpniu i na początku września nikt nie znał odpowiedzi na pytanie: dokąd ich wywieziono? Tę odpowiedź miałem wkrótce poznać na własnej skórze.