Prolog
Prolog
Ostrze drasnęło jego grdykę, gdy tylko stanął przed królem. Korona
połyskiwała w blasku wschodzącego słońca. Korona, która wkrótce miała
należeć do Edwarda.
Leniwie odsunął miecz dłonią, wiedząc, że tamten jest zbyt przerażony,
by go pchnąć.
W sali, która już niebawem również miała być własnością Edwarda,
rozległy się przygłuszone krzyki. Uśmiechnął się do siebie.
Lubił się bawić uczuciami tych ludzi.
Patrząc na rywala, doskonale wiedział, że pozbawienie go życia zajmie mu
najwyżej parę minut. Ale przecież musiał dostarczyć poddanym rozrywki.
Więcej, niż dostarczył dotąd. Oni zawsze pragnęli więcej, a on mógł im
to dać.
Zamach na arrayski tron nie był dla niego niczym trudnym. Od lat miał
popleczników, którzy poświęciliby wszystko, byleby tylko wejść w jego
łaski. Zebrał armię. Własną armię. Powiedział im, że jego brat zginął w Array, zamordowany przez tamtejsze władze. Nie powiedział, że sam go
zabił. Ogłosił za to, że planuje wendetę. Dodał, że im to wynagrodzi.
Rzeź, do jakiej doszło tamtej nocy, bez wątpienia pozostanie w pamięci
następnych pokoleń. A odpowiedzialny za to będzie on - Edward William
Withmoore. Ten, który zdołał obalić arrayskie rządy. Przyszły król
Reedial.
Od władzy dzielił go jedynie ten niedołężny starzec, który bez wątpienia
już dawno powinien zginąć na jakimś froncie. Edward nie miał pojęcia,
jak królowi udało się przetrwać tyle lat na tronie. Nie wiedział, kogo
przekupił, by utrzymać to miejsce.
Wyciągnął miecz z pochwy i spojrzał królowi w oczy. Iskrzyły z nienawiści.
- Powiedz mi - powiedział wolno i począł okrążać rywala. - Jakim cudem
tak długo sprawujesz władzę? Ta informacja może mi się przydać w przyszłości.
Zamachnął się mieczem, celując w ramię króla, ale ten zablokował cios.
Na tym się skończyło. Widać było, że oszczędza siły. Edward zaśmiał się
cicho, gdy dostrzegł jego minę.
- A dlaczego nie masz dziedzica? - ciągnął. - Czyżby żona się ciebie
brzydziła? Jak myślisz, ilu miała kochanków?
Dopiero te słowa zdołały sprowokować króla do wyprowadzenia paru ciosów.
Ryknął wściekle, ale nic nie powiedział. Zawsze był małomówny, co nie do
końca odpowiadało Edwardowi. Zastanawiał się, jak długo powinien ciągnąć
to przedstawienie.
- Wyglądała na szczęśliwą. Nie podejrzewałeś nigdy kamerdynera albo
któregoś gwardzisty?
- Idź do diabła! - wrzasnął starzec i ciął mieczem.
Edward odskoczył z gracją i ugodził króla w nogę.
Odetchnął lekko i rzucił przelotne spojrzenie na swoją żonę. Nie
wyglądała na poruszoną, a raczej na znudzoną. W jej oczach nie było nic,
co świadczyłoby o emocjonalnym zaangażowaniu, a jeżeli jej to nie
bawiło, innych również. Musiał się bardziej postarać.
W tym starciu wszystkie chwyty były dozwolone. Była tylko jedna zasada -
nie używamy innego oręża niż miecz. Jednak same ręce też bywają
niebezpieczne. Przepisy nie mówiły też nic o torturach ani truciznach,
więc Edward wcześniej obmyślił sposób na unieruchomienie przeciwnika.
Upewnił się też, że jego synowie wszystko obserwują. Byli jeszcze bardzo
młodzi, ale miał nadzieję, że zapamiętają coś z tego starcia. Dwóch
chłopców spoglądało na niego z ramion służącego. Zastanawiał się, jak
umarł jego pierwszy syn, bliźniak Alexandra, choć tak naprawdę nie
powinno go to obchodzić. I nie obchodziło. Był po prostu ciekaw.
Od tamtej chwili minęły trzy lata, ale bywały momenty, w których sobie o nim przypominał.
Ostatnio myślał też o Velvicii. O Velvicii, która prawdopodobnie go
pokochała. Która była głupia, naiwna i tak łatwo dała się nabrać.
Dołożył wszelkich starań, by nikt nie dowiedział się o jego stanie
cywilnym i synach. W przeciwnym razie jego plan ległby w gruzach.
Niebawem cały świat miał należeć do niego. Prócz tego roztrzęsionego
starego tchórza nie było nikogo, kto mógłby go teraz powstrzymać.
Edward uderzył go, bez trudu trafiając w plecy. Polała się odrobina
krwi, która jednak wystarczyła, by stało się to, na co liczył od samego
początku. Rozpoczęła się zaciekła walka, która miała trwać bardzo
krótko. Potem zaś powinna się rozpocząć zabawa dla tłumu.
Król uparcie wyprowadzał uderzenia, które Edward zgrabnie blokował.
Chciał sprawić, by mężczyzna pozostawał w ruchu. Aby trovatta jak
najszybciej rozprzestrzeniła się w jego krwi.
Co jakiś czas przez tłum przechodziły salwy westchnień i okrzyków.
Edward dał się raz trafić w ramię. Oberwał mocniej, niż się spodziewał.
Z bólu zatoczył się do tyłu, tym razem ledwo unikając śmiercionośnych
ciosów. Kiedy doszedł do siebie, przewrócił się z udawanym okrzykiem, na
co ludzie zareagowali niezwykle rozpaczliwie.
Nie musiał się już jednak nawet podnosić, bo widział, co się dzieje z królem. Jego twarz lekko zwiotczała. Ruchy nie były już tak precyzyjne.
W takim stanie nie mógłby nikogo okaleczyć, a co dopiero zabić. Po
chwili oręż wypadł mu z dłoni z łoskotem, a on sam osunął się na ziemię.
Trovatta zaczynała działać. W tak małym stężeniu mogła go unieruchomić,
ale nie znieczulała. Może tylko trochę, lecz to i tak nie miało
znaczenia.
Król chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie ani słowa.
Widać było, że z trudem przychodzi mu nawet mruganie.
Edward uśmiechnął się promiennie do poddanych i zerwał na nogi, by im
pokazać, że nic mu nie jest. Ludzie zaczęli krzyczeć, a on przeszedł się
wokół króla. Zastanawiał się, ile czasu powinien go utrzymać przy życiu,
nim ostatecznie mu je odbierze.
To była tylko chłodna kalkulacja.
Pięć godzin, a nawet cztery czy trzy, mogło być dla ludu nużące. Dwie
również. Spojrzał na żonę, która wysunęła nieznacznie jeden palec.
Godzina. Tyle się z nim pobawi.
Spojrzał na zegar, który wskazywał kwadrans po dziesiątej. A więc król
skona po jedenastej.
Położył go na środku wielkiej sali, a jego myśli podążyły ku środkom
chemicznym, które usuną z białych kafelków krew. Miał nadzieję, że król
nie ubrudzi zbytnio parkietu. Poprawił mu koronę, ale jej nie zdejmował.
Przypatrzył mu się, a wkrótce po tym rozpoczął tortury.
Król mógł krzyczeć dopiero po pewnym czasie, kiedy działanie trovatty
ustępowało, ale trwało to bardzo krótko, bo już po paru minutach zdarł
sobie struny głosowe. Niektórzy obecni również. Dodatkowo połowa wyszła,
a część zemdlała, ale ci, którzy zostali, mieli zapamiętać ten widok na
zawsze.
Gdy wybiła jedenasta, żona spojrzała na Edwarda i pokręciła głową.
Niech będzie. Mruknął jeszcze do siebie coś niezrozumiałego i wytarł
ostrze o rękaw. Wstał.
- Wasza Wysokość - rzekł i skłonił się uniżenie.
Kiedy tylko się upewnił, że uwaga obecnych jest skupiona na nim, a nie
na tym okaleczonym idiocie, jednym płynnym ruchem pozbawił króla głowy.
Korona upadła parę metrów dalej.
Rozdział 1
1
Przez długi czas jego jedynym towarzyszem była ciemność. Ciemność i nieprzebrana otchłań bólu.
Nie słyszał nic, nawet ciszy.
Nie był w stanie się poruszyć, ale nie rozmyślał nad tym, czy jeszcze
żyje. Wiedział tylko, że czas przemija nieubłaganie i nie przynosi mu
ukojenia.
Trwał tak, czując się jak widmo przemierzające zaświaty. Trwał, coraz
bardziej pogrążony w bólu. Mógłby przysiąc, że czas leczy rany, ale dla
niego nawet czas nie był łaskawy. Im dłużej tak trwał, im więcej
powietrza napełniało jego płuca, tym większy ból mu doskwierał, tym
dotkliwsza cisza go otaczała.
Otaczała go pustka; nicość, lecz zarazem ogromne cierpienie.
W końcu zauważył gwiaździste niebo przemykające nad jego głową. Niemal
od razu zamknął oczy. Miał ochotę wrzeszczeć, lecz ani gardło, ani ciało
nie należały już do niego. Dusza tylko w nim spoczywała, niezdolna do
niczego prócz egzystowania i odczuwania bólu.
Ból. Tak ogromny ból.
Kiedy znów uchylił powieki, rażące słońce zbliżało się ku horyzontowi.
Czuł, że jest w jednym miejscu, ale zdążył zanotować jedynie cień, który
go przysłonił, a potem znów pogrążył się w krainie boleści.
Po pewnym czasie wszedł w cudowny stan, który zabrał od niego wszystkie
utrapienia. Był pewien, że to śmierć po niego przyszła, jednak się
mylił, bo już po chwili cały ból powrócił ze zdwojoną siłą.
Niestety nie umarł.
Jęknął głucho.
Czuł pieczenie, swędzenie, kłucie i wszelkie inne dolegliwości, jakie
mogły mu kiedykolwiek doskwierać.
Nie pamiętał nic prócz swego imienia. I nie chciał niczego pamiętać.
Chciał po prostu jeszcze przez chwilę jedynie egzystować, aby nie musieć
uczestniczyć w życiu. Chciał po prostu znów zatracić się w stanie, który
go dopadł, mimo że był to niezwykle bolesny stan.
Obolałe mięśnie nie pozwoliły na żaden ruch, więc po prostu leżał. Nie
otwierał oczu, oddychał miarowo, skupiając się po kolei na każdej
bolącej go części ciała. Każdy wdech sprawiał mu trudność, a wydechy
powodowały ciche syczenie wydobywające się z jego ust.
Odtrącił od siebie wszechobecny ból, by móc trzeźwo pomyśleć. Bez
względu na to, co się z nim stało, musiał dopiąć swego. Musiał to
zrobić.
Muszę to zrobić - powtarzał w myślach.
Ale co właściwie musiał zrobić?
Jak się tu znalazł?
Kim był?
Pamiętał tylko swoje imię i to na nim się skupił.
Przez dłuższy czas było jego jedyną myślą. Przetrawiał je i rozpatrywał.
Alexander. Alexander. Alexander.
Alexander William.
Alexander William Withmoore.
Withmoore.
Zachłysnął się powietrzem, jakby właśnie ono było sprawcą nagłych
zawrotów głowy. Już wszystko pamiętał. Podparł się na łokciach, co
spowodowało ogromne pieczenie w klatce piersiowej. Krzyknął, lecz nadal
nie otwierał oczu. Zanotował obok siebie jakieś poruszenie, ale ono nie
było istotne. Istotne było to, kim jest.
Nazywam się Alexander William Withmoore.
Nazywam się Alexander William Withmoore - pomyślał. - I jestem
bezwzględny.
Odsunął od siebie wszystkie emocje i wspomnienia.
Pozostał tylko on.
Książę.
Dziedzic.
Obrońca.
Władca.
Zaraz po tych słowach ból znów rozlał się po jego ciele, porywając go w swe objęcia.
Rozdział 2
2
Kiedy się kładła, stwierdziła ze zdziwieniem, że wciąż świeci słońce.
Zima na świecie powoli ustępowała miejsca ciepłej wiośnie, jednak ta
metaforyczna zima w ich państwie dopiero się rozpoczynała.
Wstała, by zaciągnąć firanki, i na powrót przykryła się lekkim kocem.
Odwróciła się też na drugi bok, gdyż promienie - mimo zasłon - dosięgały
jej oczu.
Odetchnęła i zamknęła ze znużeniem powieki.
- Nie mogę uwierzyć, że dałem się na to namówić... - szepcze cicho,
jednak nie patrzy na swoje odbicie w lustrze, a na dłonie dziewczyny
poprawiającej mankiety jego surduta.
- Wiesz, że poddani czekają.
- Na ciebie na pewno - mówi Alexander i otacza ją ramieniem.
Dokoła nich nie słychać nic prócz tykania zegara. Maybeth uśmiecha się
lekko.
Nagle ziemia zaczyna się trząść. Książę wypuszcza dziewczynę z objęć i odpycha ją od siebie. Ta wydaje z siebie zduszony krzyk i orientując
się, co się dzieje, wyciąga rękę do Alexandra. Ten niemal ją chwyta, ale
w tej samej chwili podłoga pod nim się rozstępuje.
Książę spada, a Maybeth może tylko patrzeć na jego śmierć.
Jego blade, pozbawione życia oblicze jest ostatnim, co widzi.
Mogłaby przysiąc, że minęła zaledwie minuta, jednak gdy znów uniosła
powieki, w sypialni było zupełnie ciemno. Nie pamiętała, czy cokolwiek
jej się śniło. W głowie pozostało tylko coś na kształt nieprzyjemnego
wspomnienia. Czegoś odległego.
Ktoś dotknął jej odkrytej dłoni i mimo że był to czuły dotyk, odskoczyła
przerażona. W mroku nie mogła niczego dostrzec. Słyszała tylko głośny
szum w uszach.
- Hej - szepnął ktoś. - Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć - dodał
łagodnie.
- Henry... - jęknęła Maybeth i opadła z powrotem na łóżko. Po omacku
odszukała jego dłoń. Szum w głowie zaczął ustępować. - Henry, to, że
okazałeś się księciem, nie upoważnia cię do odwiedzania mnie w środku
nocy, wiesz?
- Nie? - Łóżko ugięło się, kiedy na nim usiadł. - Twój gwardzista
przepuścił mnie bez problemu.
- Rano się z nim rozmówię - odburknęła zaspanym głosem.
Czuła, jak sen znów szczelnie ją otula, jednak Henry delikatnie ścisnął
jej rękę.
- May, mimo wszystko nie przyszedłem tutaj po to, żeby patrzeć, jak
śpisz - powiedział miękko. - Mam ci coś do pokazania.
- I nie możesz tego zrobić rano?
- May. - Przybrał nagle poważny, niemal surowy ton, przez co Maybeth od
razu odzyskała trzeźwość umysłu.
Wysunęła rękę spod jego dłoni i usiadła, poprawiając koszulę nocną.
Nagle poczuła, że na jej policzki wstępuje rumieniec. Znała Henry'ego
całe życie, jednak on zawsze widział ją tylko w wytwornych i przede
wszystkim stosownych sukniach.
Czy to, że w ogóle go tu wpuszczono, nie jest niestosowne? Jak właściwie
do tego doszło? Zapewne Nicole, śpiąca w sąsiednim pokoju, maczała w tym
palce. Wiosną doba dla służących kończyła się dopiero po zapadnięciu
zmroku.
Spojrzała na mężczyznę, a ten pomógł jej wstać i założyć szlafrok.
- Jeszcze raz przepraszam, że cię przestraszyłem - wyszeptał, błądząc
wzrokiem po jej komnacie.
Miał zmarszczone brwi i zaciśnięte usta. Maybeth przechyliła głowę w geście zrozumienia.
- To nie twoja wina. Po tamtym... po tamtym balu nie mogę spać spokojnie
- powiedziała i zagarnęła część włosów za ucho.
Henry sprawiał wrażenie, jakby chciał ją przytulić, ale jedynie wolno
pokiwał głową.
- Wiesz, Henry... - kontynuowała. - Ciężko mi z tym. Próbuję o tym nie
mówić i nie rozmyślać za dużo nad tamtą nocą, jednak ciągle nie mogę się
pozbyć wrażenia, że ktoś mnie obserwuje. Wiem też, że Nicole to okropnie
przeżyła, więc nie chcę z nią o tym rozmawiać. Nie chcę jej tym
obciążać.
- Rozumiem - powiedział i pogłaskał ją czule po ramieniu.
Tak naprawdę w tamtym momencie pragnęła tylko jego bliskości. Podobnie
jak każdej nocy, kiedy zostawała sama w sypialni. Bo gdy go przy niej
nie było, powracały wspomnienia. Drżała na myśl o tym, że ktoś wtedy
obserwował ją, jak spała. Myślała też o księciu z Reedial. Zastanawiała
się, jak zginął. Zastanawiała się, czy jego śmierć pociągnie za sobą
cierpienie jej poddanych. I przede wszystkim - czy uda się tego uniknąć.
Teraz milczała, by usłyszeć coś więcej. Niedoczekanie. Henry wziął ją za
rękę i pociągnął w stronę balkonu. Nim go otworzył, sięgnął jeszcze po
koc i narzucił jej go na ramiona. Dopiero wtedy wyszli na zewnątrz.
Ciepłe powietrze owiało policzki i szyję dziewczyny, otulając je niczym
aksamitny szal. Miasto już dawno zapadło w głęboki sen, zapewne jak
znaczna część jej królestwa. Korony drzew kołysały się ponad murami
dziedzińca. Dziewczyna odetchnęła. Usłyszała, że Henry również wypuszcza
powietrze.
Otaczała ich cudowna, kojąca cisza. Niezmącona cisza...
Nagle Maybeth aż się wyprostowała.
Chciała jak najprędzej przerwać tę ciszę, przekonując swój umysł, że to
nie przez wzgląd na Alexandra. On nie powinien mieć najmniejszego wpływu
na jej zachowanie... A mimo to bała się, że cisza przyniesie jej jego
głos. Głos, którego żaden śmiertelnik miał już nie usłyszeć.
Wtem przypomniała sobie cały sen. Zadrżała. Zaczęła rozpaczliwie szukać
w głowie słów, które zakończą to milczenie.
- W takich chwilach zapominam, że mam jakieś obowiązki - szepnęła. - Że
wszyscy jakieś mamy. Że...
- Że jesteśmy jak młyn wodny? - dokończył, a ona obrzuciła go zdziwionym
spojrzeniem.
- Jak młyn wodny? - powtórzyła, a kąciki jej ust nieznacznie się
uniosły.
Jak poradziłaby sobie bez Henry'ego?
- Tak. Każda łopatka jest potrzebna, aby był wydajny. Tak samo jest z nami.
Jej spojrzenie stało się nieco łaskawsze i bardziej zaciekawione.
- Nie spodziewałam się dziś usłyszeć porównania moich ludzi do młyna.
Ale to prawda. - Zaśmiała się dźwięcznie. Przysunęła się do niego o krok. - Więc co to za sprawa?
Twarz mężczyzny stężała, a on sam zacisnął szczękę. Widziała to w grze
mięśni na jego żuchwie.
- To świeża wiadomość. Dostarczono ją godzinę temu. - Przełknął ślinę. -
Piraci zaatakowali.
Maybeth zamrugała.
- Piraci? Przecież od paru lat był z nimi spokój... Podobno wypłynęli za
Paerletan... - myślała na głos. - Co robią na naszym morzu? Zaatakowali
nasz galeon?
- Nie, nie. Nie nasz. I w tym jest problem. - Wypuścił powietrze, a ona
już przeklinała go w myślach za zwlekanie z tak ważną wiadomością. -
Zaatakowali kupców z Reedial.
- Och, nie... - jęknęła i podparła się na balustradzie. - Dlaczego mnie
o tym nie powiadomiono?
- Ja cię powiadamiam.
- Tak, ale...
- Było krótkie spotkanie, May, nie chcieli cię budzić. Dlatego wysłali
mnie. Uznali, że mimo wszystko powinnaś o tym wiedzieć. Teraz. Twój
ojciec tak uznał.
To by wyjaśniało obecność Henry'ego w komnacie. Żaden strażnik nie
przepuściłby go bez pozwolenia króla, nawet gdyby był jej narzeczonym.
Co, oczywiście, nie było możliwe...
Chociaż dotąd wydawało jej się, że zwołanie spotkania bez jej wiedzy
również jest niemożliwe.
Aż sapnęła z niesmakiem.
Od balu w Edgerze ojciec dość brutalnie odsunął ją od pewnych spraw.
Zupełnie jakby znów miała dwanaście lat. Jakby nie była jedyną
następczynią tronu. Jakby od najmłodszych lat nie przygotowywano jej do
rządzenia krajem.
Cóż, robił to pod pretekstem ulżenia jej starganym nerwom, ale przecież
to, że co noc zmagała się ze strachem, nie wpływało na trzeźwość jej
umysłu czy gotowość do działania. Zapewne nie chciał mieszać jej w wojnę, ale wojna ma to do siebie, że pochłania wszystkich, bez wyjątku.
I usilne starania rodzica na nic się zdadzą.
Zresztą i tak o wszystkim ją informował. Chyba był rozdarty, bo z jednej
strony o wszystkim wiedziała, a z drugiej nie mogła z tymi informacjami
nic zrobić. Może jednak nie chciał jej rozgniewać, tylko po prostu się o nią troszczył?
Poczuła ucisk w żołądku, bo mimo wszystko jej to nie odpowiadało.
- Co omówiliście? - zapytała dość twardo, choć nie chciała przelewać
żalu i złości na Henry'ego.
Mężczyzna, złożywszy przed sobą ręce, oparł się łokciami o balustradę.
- Spisaliśmy szczegółowy raport dla króla, bo był akurat czymś zajęty...
- Cóż, przynajmniej jej ojciec również w tym nie uczestniczył. -
Ustaliliśmy też wstępny plan działania i godzinę następnego spotkania.
Odbędzie się między twoimi lekcjami tańca a balem urodzinowym.
Westchnęła z ulgą. Może nareszcie nie będzie miała problemu z dołączeniem.
- Racja, bal... - mruknęła. - Mam wrażenie, że wszystko skupia się na
balach. Trochę ich ostatnio dużo, nie sądzisz?
Henry spojrzał na nią szarymi oczyma i wzruszył ramionami.
- Taki już twój los.
- Ale to takie... - szukała właściwego słowa - ...nieadekwatne do
obecnej sytuacji.
- Wolałabyś już ogłosić żałobę narodową? - Przysunął się i objął ją
ramieniem. - Ludzie muszą czymś żyć.
- Henry. - Zgromiła go spojrzeniem, na co tylko bezczelnie się
uśmiechnął.
- Reedial już tak prawie zrobiło. - Po tych słowach odsunęła się od
niego.
- Jak możesz sobie z tego żartować? - zapytała oburzona. - Śmierć
Alexandra w takich okolicznościach to najgorsze, co mogło nam się
przytrafić... Nie patrz tak na mnie, dobrze wiesz, że nic do niego nie
czułam.
- Nic takiego nie sugerowałem - wyszeptał z narastającą złością i błyskiem w oku.
Pokręciła głową.
- Nie kłóćmy się o niego, Henry, nie jest tego wart. Już i tak wyrządził
wystarczająco wiele szkód. A ty myśl sobie o mnie, co tylko zechcesz,
skoro mi nie ufasz. - Zadarła podbródek i czekała na jego reakcję.
Wtedy w namiocie był wściekły. Nie panował nad sobą, tak jakby już
poczuł się częścią rodu Withmoore'ów, jednak dzisiaj zauważyła w nim
skruchę. Poczuła też, że jego palce delikatnie muskają jej nadgarstek
wsparty na poręczy balkonu.
Poruszył ustami, wypowiadając bezgłośne "przepraszam". Pokiwała lekko
głową, jednak usta wciąż miała zaciśnięte.
Przez chwilę milczeli.
Księżycowa łuna nieśmiało rzucała na nich światło zza kłębiastych chmur.
Maybeth zwróciła głowę w stronę mężczyzny skupionego na jakimś punkcie
za murami. Cała ta gra światła sprawiła, że Henry był bledszy niż
zazwyczaj, a jego włosy połyskiwały w nienaturalny sposób. Jakby były
ciemniejsze. Wciąż nie mieściło jej się w głowie, że szaty i przyzwyczajenia mogą tak skrzętnie ukryć człowieka.
Henry opowiedział jej, jak to wszystko przebiegło. Jak jego ojciec
znalazł go gdzieś na granicy Reedial... Wszystko się zgadzało.
Withmoore'owie prawdopodobnie nie wiedzieli, że ich potomek przeżył.
Maybeth zastanawiała się, który z nich był starszy. Alexander czy Henry?
- A co, jeśli on żyje? - zapytał nagle Henry.
Dziewczyna nie mogła powstrzymać parsknięcia, jednak szybko zorientowała
się, że to niekoniecznie był żart.
- Żyje? Czemu nagle przyszło ci to do głowy? - dopytywała, choć sama
nieraz przyłapywała się na podobnych myślach.
Henry wykonał w powietrzu nieokreślony ruch ręką.
- Nadal nie było pogrzebu. A nasi ludzie potwierdzają, że nigdzie nie ma
jego ciała.
- Mogli go nie znaleźć. Zresztą, Henry, nawet jeśli Alexander by żył, to
co miałby robić? I gdzie?
Cytadela.
Może właśnie tam się ukrył? Choć to nie miało sensu, w jakiś sposób
dawało Maybeth do myślenia. Cytadela. Która cytadela? Na terenie Array
było ich kilkanaście, niektóre z nich pamiętały jeszcze czasy
starożytnych przodków.
Cytadela.
Zapomniała o niej i o tych gorączkowych słowach, które Alexander
skierował do niej tamtej nocy, ale nie mogła się za to winić. W obliczu
wojny nie to było istotne...
Książę mówił jej też o swoim marzeniu - o państwie bez korony.
- Henry, a co, jeżeli on uciekł? - zapytała szybko.
Spojrzał na nią rozkojarzony, jakby właśnie mu przerwała.
- Co? May, słuchałaś mnie w ogóle? - Pokręciła nieznacznie głową, nie
odrywając od niego wzroku. Wypuścił powietrze. - Mówisz, że uciekł?
- Nie, to tylko gdybanie. Co o tym myślisz?
- Cóż... Jest to prawdopodobne, ale... sądziłbym raczej, że to król coś
uknuł.
- Nie - odpowiedziała natychmiast. - Edward nie upozorowałby śmierci
swojego następcy.
- Ma jeszcze paru innych. - Westchnął, a mięśnie na jego ramionach nieco
się napięły.
- Henry, dobrze wiesz, że nikt nie zastąpi Alexandra - oznajmiła z naciskiem, na co urażony mężczyzna zmarszczył brwi. - Żeby wywołać
wojnę, mógłby posądzić nas o zabicie któregokolwiek z nich. Ale
Edwardowi kończy się kadencja, więc schowanie Alexandra na resztę życia
byłoby niezwykle głupie.
- Znasz ich. Niedługo mogą go wyciągnąć z jakiejś udawanej niewoli albo
cudem odnaleźć w lesie - rzucił, a ona ze zdziwieniem stwierdziła, że
potrafi z łatwością ukrócić każde jej przypuszczenie.
Odetchnęła z irytacją. To brzmiało sensownie, ale... ci bandyci, ten
spłoszony koń... wszystkie podejrzenia rzucane przez Reedial...
- Myślę, że jednak coś się stało - upierała się Maybeth. - Dam sobie
rękę uciąć, że Edward nie panuje nad tą sytuacją.
- Czyli... czyli mogą go jeszcze szukać. - Henry włożył ręce do
kieszeni. - Jeżeli twoja teoria jest prawdziwa.
- Tak, szukają go. I dlatego to my musimy odnaleźć go jako pierwsi.
Rozdział 3
3
Wirowała na parkiecie razem z wieloma innymi kobietami i młodymi
mężczyznami. Trafił jej się wyjątkowo utalentowany partner, więc dopóki
cała grupa nie doszła do oddzielnych sekwencji, Maybeth nie musiała się
skupiać na krokach. Brunet bardzo dobrze ją prowadził, a ona po prostu
kołysała się w rytm, który nadawał.
Trzy razy w roku, przed urodzinami kogoś z rodziny królewskiej, odbywały
się lekcje tańca dostępne również dla pałacowego personelu. Mogła
przypuszczać, że tańczy z jednym z gwardzistów. Ale nie to ją teraz
zajmowało.
Z niecierpliwością czekała na koniec zajęć. Wskazówki zegara poruszały
się dzisiaj bardzo mozolnie. Dodatkowo od rana nie widziała się z matką.
Nie mogła jej nigdzie znaleźć, a chciała jako pierwsza złożyć jej
życzenia. Zważywszy na godzinę, na pewno już ktoś ją ubiegł.
Kiedy Henry wczoraj wychodził, przytulił ją na pożegnanie i prosił, aby
się wyspała. I ostatecznie chyba zasnęła, ale wcześniej długo myślała o Alexandrze. O tym, co by było, gdyby jednak żył. Gdzie mógł być i co tam
robić. Czy skrywa się w jakiejś cytadeli? A jeśli tak, to po co? Bała
się kolejnej intrygi, jednak instynkt podpowiadał jej, że jeśli
Alexander żyje, to naprawdę nie ma kontaktu z ojcem.
A może jednak coś knuł?
Na znak mistrza partnerki opuściły partnerów, a ci usunęli się z gracją
pod ściany. Kobiety ustawiły się w kilku rzędach, z Maybeth na przedzie,
i odtańczyły kilka niezbyt skomplikowanych, ale widowiskowych taktów.
Następnie dygnęły dystyngowanie, a ich nauczyciel skończył odliczanie.
- Dziękuję, że przybyliście na zajęcia. Wszyscy spisaliście się
znakomicie. Do zobaczenia za trzy miesiące. - Ukłonił się nisko, a inni
odpowiedzieli tym samym.
Kilka dziewcząt odnalazło wzrokiem swoich partnerów, a kilka innych
wpatrywało się w Maybeth. Czuła ich spojrzenia na karku i nie dziwiła
się im. Był to czas, kiedy stały w jednym szeregu z samą królewną. Na
parkiecie przecież każdy był równy.
Podeszła do stołu z napojami, a gdy już zaspokoiła pragnienie i porozmawiała z paroma osobami, udała się do odpowiedniego gabinetu.
Drzwi akurat się zamykały, a strażnik wcale nie usunął się z drogi,
kiedy próbowała dostać się do środka. Spojrzała na niego pytająco.
- Przykro mi, ale król zakazał wstępu Jej Wysokości.
Zacisnęła szczękę. To zabolało bardziej niż jego ostatnie działania.
Dzisiaj nawet nie wyznaczył jej żadnego zajęcia, które mogłoby być
pretekstem do odsunięcia jej od udziału w spotkaniu.
Mimo to nie dała po sobie poznać zawodu.
- Czy Jego Wysokość podał powód? - zapytała uprzejmie, patrząc
mężczyźnie w oczy.
Widziała, że nie czuł się komfortowo, odmawiając jej czegokolwiek. Stał
między młotem a kowadłem. Między córką a ojcem.
- Proszę wybaczyć, ale wyjaśnienia nie należą do moich obowiązków.
Pokiwała wolno głową, nieprzekonana.
W jakim celu ojciec najpierw informował ją o tej sprawie, a potem
zabraniał jakiegokolwiek działania? Nie potrafiła nie winić za to
Alexandra. Gdyby ten bal potoczył się inaczej...
- W porządku. Gdy tylko spotkanie dobiegnie końca, proszę powiadomić
króla, że córka chciałaby z nim porozmawiać.
Odwróciła się na pięcie i zatrzymała przy jednym z niewielkich okien z widokiem na ogród. Uchyliła je nieco.
Piraci...
Czemu musieli zaatakować akurat teraz? Czemu przypadek mógł tak bardzo
zaważyć na życiu tysięcy ludzi? Przecież ci, którzy zginęli na statku,
byli jak kamień ciągnący na dno całe rzesze osób. Array zostanie
posądzone o przekupienie piratów i sabotowanie układów handlowych.
Jej mama będzie miała wprost cudowne urodziny. Poprzednim razem z okazji
tego dnia wybrali się na krótki rejs. Stwórca jeden wie, jak on by się
skończył w tym roku.
To wszystko zaczynało ją przerastać. Potrafiła sobie doskonale poradzić
w każdej sytuacji, o ile wciąż buzowały w niej emocje. Teraz jednak,
kiedy umysł zaczynał wszystko spokojnie przetrawiać, rozumiała, że
znaleźli się w wyjątkowo niebezpiecznej sytuacji. A ona nie mogła nic
zrobić. Nienawidziła tego marnotrawienia czasu. Pozostawiono ją samą z jej myślami.
Chciała porozmawiać z Nicole, lecz ta ostatnio była bardzo zajęta. Być
może przydzielono ją do rozdzielania żywności poszczególnym oddziałom.
Wojsko musiało być w gotowości.
Maybeth potarła nasadę nosa, próbując wymyślić sobie jakieś zajęcie,
które odciągnie ją od rozmyślania o niesprawiedliwości, jakiej
doświadczała, a przede wszystkim o Alexandrze.
Naraz przyszło jej coś do głowy i udała się po mapę do biblioteki,
jednak ta była zamknięta. Bibliotekarza nie było w środku, a ona mimo
wysokiego stanowiska nie mogła tam wejść pod jego nieobecność. Zresztą i tak niczego by nie odnalazła bez jego pomocy.
- Szlag - wyrwało jej się.
Usiadła na jednej z kanap i czekała, obserwując kręcącą się służbę.
Przez chwilę rozważała wtargnięcie na obrady. Przecież przepuszczą
rozjuszoną córkę króla, prawda?
Po kwadransie ktoś przyszedł ją powiadomić, że spotkanie się przedłuży,
a król prosi, aby wybrała kwiaty na dzisiejszy wieczór. Kwiaty.
Podczas gdy oni będą dyskutować na temat piratów i wojny, ona miała
wybierać kwiaty.
Poczuła, że zaczyna ją boleć głowa. Miała już dość.
Wyszła na zewnątrz i dosiadła konia, a następnie pognała na pola, do
niewielkiego stawu. Tam spędziła parę godzin, dopóki nie wysłano po nią
kogoś ze służby.
Na szczęście była już gotowa psychicznie na spotkanie z ojcem.
Wiedziała, jak je poprowadzi. I jak go przekona. Rozmowa jednak musiała
zaczekać do rozpoczęcia balu, bo król właśnie się na niego szykował. Ona
również. Starała się zachować spokój.
Służące uwijały się wokół niej i już po godzinie była prawie gotowa na
bal. Akurat dobierały biżuterię, kiedy przez uchylone drzwi komnaty
dostrzegła królową. Dłonią dała służkom znak, aby na moment się od niej
odsunęły, a sama wybiegła na zewnątrz.
- Mamo! - zawołała cicho i z zaskoczeniem zanotowała obecność Nicole u boku królowej.
Szły korytarzami i wyglądało na to, że dobrze im w swoim towarzystwie.
Służąca zawsze była blisko z rodziną królewską, mimo wszystko był to
rzadki widok. Pozdrowiła dziewczynę skinieniem głowy, gdy ją
spostrzegła.
Królowa odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła szerzej, kiedy zobaczyła
córkę. Dziewczyna przytuliła ją, co nie było łatwe przez obszerne
suknie.
- Mamo, wszystkiego najlepszego. Przepraszam, że wcześniej do ciebie nie
przyszłam, ale nie mogłam cię znaleźć - powiedziała prędko, gdy się od
siebie odsunęły.
Królowa wyglądała na bardzo pogodną, mimo to jej czoło przecinała
zmarszczka zmartwienia. Maybeth nie mogła się temu dziwić.
- Cóż, w takim razie dobrze się ukryłam. - Królowa zaśmiała się
dźwięcznie. - Miałam dużo spraw na głowie, ale... zdaje się, że ty też
miałaś co robić?
Maybeth wyprostowała się lekko.
- Nie zostałam wpuszczona na spotkanie.
Gdyby nie znała matki całe życie, nie zauważyłaby, że ta jest teraz
zaskoczona.
- Nie wpuszczono cię? Akurat dzisiaj? - Pokręciła głową.
- Przecież przez ostatnie dni też robiliście wszystko, abym w niczym nie
uczestniczyła - odrzekła dziewczyna.
Zmarszczka na czole matki się pogłębiła.
- Maybeth, musisz zaufać ojcu - powiedziała twardo. - Taki był zamysł,
przynajmniej dopóki sprawy się nie wyklarują.
- Czyli dopóki nie rozpocznie się wojna i nie przegramy?
- Maybeth, nie tym tonem! - huknęła królowa i wypuściła wolno powietrze.
- Dobrze, chodź do mojego gabinetu. Nie będziemy tutaj rozmawiać.
Położyła dłoń na ramieniu Nicole. Kobiety uśmiechnęły się do siebie
blado, a następnie się rozeszły. Maybeth posłusznie szła krok w krok za
matką.
Drzwi skrzypnęły lekko pod naciskiem dłoni dziewczyny, po czym się
zamknęły. Obydwie kobiety zasiadły na fotelach naprzeciwko siebie.
Maybeth nie odważyła się podnieść wzroku, ale siedziała wyprostowana.
Nie chciała urazić matki akurat w jej urodziny. Przecież i tak miała już
wystarczająco dużo problemów na głowie.
Królowa nerwowo bębniła palcami w obicie fotela.
- Posłuchaj - zaczęła. - Nie chcę teraz tłumaczyć postępowania twojego
ojca...
- Ale ja potrzebuję wyjaśnień! - przerwała królewna błagalnym głosem. -
Odsunęliście mnie od wszystkiego w tak ważnej chwili.
- Właśnie dlatego, że jest to tak ważny moment, odsunęliśmy cię od tego.
Ale dzisiaj wyjątkowo miałaś być na radzie. Dlatego Henry do ciebie
przyszedł...
- Więc dlaczego ostatecznie mnie nie wpuszczono?
- Cóż, sądziłam, że udało mi się przekonać Warrenusa... - Królowa
poprawiła się na fotelu, jakby temat okazał się dla niej niewygodny. -
Wczoraj do późna rozmawialiśmy... Najwidoczniej twój ojciec zmienił
zdanie. - Maybeth nadal nic nie rozumiała, więc czekała po prostu, aż
matka wszystko jej wyjaśni. - Widzisz, May, dzisiejsze spotkanie miało
dotyczyć bezpośrednio ciebie.
- Mnie? - Aż się zachłysnęła.
Czemu miałaby figurować na liście tematów do omówienia zaraz po ataku
piratów?
- Tak. Bardzo mi zależało, abyś zabrała głos.
- Mamo, proszę, powiedz mi po prostu, o co chodzi - rzekła cicho
Maybeth, skubiąc przejrzysty rękaw sukni.
Matka odsunęła z twarzy pojedynczy lok.
- O małżeństwo.
Dziewczyna poczuła się, jakby wylano na nią beczkę gorącej wody. Na
początku uznała, że na pewno się przesłyszała, ale widząc minę matki,
odsunęła od siebie tę głupią nadzieję.
- Z kim? - zapytała natychmiast. - Przecież Alexander nie żyje.
Sama zaczęła się zastanawiać, dlaczego akurat Alexander jako pierwszy
przyszedł jej na myśl. Spłonęła rumieńcem.
- Nie znasz go. Jego państwo nie należy do Paktu.
Zawirowało jej w głowie.
- Czy to nie jest łamanie prawa?
Złamane prawo. Zamiast zapytać o imię tego mężczyzny, zastanawia się
nad załamanym prawem.
Przyłożyła rękę do piersi, by sprawdzić, czy serce jeszcze tam jest.
- Nie jest, jeżeli robimy to dla dobra ogółu. Pochodzi z Paerletanu,
więc...
- Paerletanu? - mruknęła z niedowierzaniem.
Przecież dotarcie tam zajęłoby dłużej niż objechanie trzech stolic
Paktu. Przecież to państwo leży za...
Za morzem.
Aż pokiwała głową z udawanym uznaniem.
- ...w tej sytuacji chodzi o ochronę terenów wodnych. Piraci plądrują,
co się da...
Maybeth poderwała się z miejsca i oparła o fotel.
- Czyli wczorajszy atak nie był pierwszy?
- Nie, oni...
- Czemu... czemu Henry mi nie powiedział? - spytała bardziej samą
siebie.
- Kochanie, Henry nie uczestniczył we wszystkich radach, tak jak jego
ojciec. Nie możemy sobie na to pozwolić, odkąd dowiedzieliśmy się o jego... pochodzeniu.
- Przecież jest lojalny! - huknęła. - On nigdy by...
Królowa uniosła dłoń i pochyliła głowę.
- Nie wiesz tego.
Maybeth się poddała. Opadła na parapet.
- A ten... ten książę z Paerletanu...
- Król - poprawiła. - Król Rhamiel.
- Niech mu będzie Rhamiel. - Machnęła ręką. Nie obchodziła jej teraz
dworska etykieta. Nie zaprzątała też sobie głowy historią paerletańskich
władców, którą przecież znała. - Dlaczego akurat on?
- Mają silne państwo i silne floty. Razem obronimy tereny morskie, a jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, Paerletan dołączy do Paktu jako
państwo drugiego rzędu. Niestety to też zdegraduje nas, ale... ale
musimy jakoś walczyć... Maybeth, wiedz, że mój plan od początku wyglądał
zupełnie inaczej i cała ta sytuacja może nas zgubić, ale nie możemy się
poddać. Jeśli Reedial i Edgerra ogłoszą działania sabotażowe albo, oby
nie, znajdą ciało Alexandra i ogłoszą, że to zabójstwo, rozpęta się
wojna, o czym dobrze wiesz. W takiej sytuacji nie możemy liczyć na to,
że połączymy cię z kimś z Paktu... A dzięki obronie morza nie zerwiemy
traktów handlowych. Dodatkowo wysłaliśmy już Edwardowi odszkodowanie, bo
jego poddani zginęli na naszych wodach.
Królowa mówiła łagodnie, ale momentami wykazywała się żarliwością.
Maybeth słuchała w skupieniu, ignorując pulsujący ból głowy. Kiedy
Dionysa skończyła, dziewczyna bez pytania ruszyła w stronę wyjścia.
Wiedziała, że matka to zrozumie.
Zatrzymała się jednak w połowie drogi.
- Kiedy mielibyśmy to z nim uzgodnić? - zapytała.
- Na obchodach dwudziestolecia utworzenia Wielkiego Paktu -
odpowiedziała królowa tonem, który sugerował, że wymawiała całe to
zdanie dziesiątki razy.
Brwi Maybeth powędrowały wysoko na czoło.
- Obchody się odbędą?
- Tak, Maybeth, jak co roku. Edward raczej nie spieszy się z wojną,
widać cieszy go nasza niepewność. - Westchnęła ze świstem. - Są pewne
wydarzenia, których przez wzgląd na układy i naszych poddanych... cóż,
głównie jednak przez wzgląd na układy, nie możemy odwołać. Dobrze o tym
wiesz.
- To nie ma sensu, mamo - mruknęła. - Mariaż, nie obchody - dodała
pospiesznie. - Tylko tym namieszamy.
- Maybeth...
- Nie - przerwała jej poważnym tonem. - Przekaż to, proszę, ojcu. Jeśli
się nie zgodzi, sama zwołam radę i przedstawię wszystkie aspekty tego
planu.
- Oczywiście, porozmawiam z nim - odrzekła matka spokojnie, z uśmiechem.
Jakby chodziło o udekorowanie salonu, a nie o wojnę. I jakby wiedziała,
że ma rację. - Ale jeśli Alexander się nie znajdzie, oni jako jedyni
będą mogli pomóc nam w wygraniu wojny.
Ręka Maybeth zawisła nad klamką. Królewna miała ochotę zakląć. Uderzyć w ścianę albo trzasnąć drzwiami, jednak ograniczyła się tylko do
szerokiego uśmiechu.
- Znajdzie się.
Wyszła, delikatnie ciągnąc za sobą skrzydło drzwi.
Rozdział 4
4
Był wczesny wieczór, ale jak dotąd panowała jasność. Na dworze raz po
raz zawiewał chłodny wiatr, jakby jeszcze próbował walczyć z wiosną.
Conrad nie chciał się ruszać, aby nie otworzyć na nowo ran. Zresztą
nawet nie musiał podchodzić do okna, by wiedzieć, co za nim zobaczy.
Zza tych niepozornych szyb wyzierało piekło. To dlatego było tak jasno.
Ogień trawił kolejne podłożone szczapy, książki i tkaniny. Poddani
krzyczeli, jakby również byli lizani przez płomienie.
To był ten głód żarliwości, o którym mówił jego ojciec. Jaki był sekret
potęgi tego państwa? Silna ręka i okrucieństwo. Gdyby nie to, wszyscy by
upadli. Wszyscy, łącznie z tymi ludźmi. Bo w Reedial od dawna nie było
publicznych bibliotek, muzeów i szkół. Wykształcenie zapewniano tylko
tym, którzy tego bezsprzecznie potrzebowali do pełnienia rządów. Dlatego
palono księgi, których poddani nawet nie potrafili przeczytać. Bo po co
im one?
Ci ludzie wywęszyli szykujące się wydarzenia. Chcieli więcej. Chcieli
czegoś, co ich zajmie, co odwróci ich uwagę od szarej rzeczywistości.
Chcieli wojny. Czegoś, co poprawi ich byt.
Conrad nie potrafił im tego zapewnić. Nigdy nawet nie zamierzał. Zawsze
pozostawiał tę kwestię Alexandrowi. To on się szkolił w braku litości i tych wszystkich zagraniach, które jego młodszemu bratu nie mieściły się
w głowie. Jak można psychicznie nakarmić tłum? Jak można ich nakarmić i nie rzucić przy tym na pożarcie samego siebie?
Conrad już rozumiał plany i zamiary ojca, jednak nie był w stanie im
sprostać. Mimo tortur i kolejnych blizn. Nie mógł tego zrobić. Nawet
gdyby się temu nie opierał.
Przez te dni zdążył szczerze znienawidzić swojego brata.
Ojciec już dwa tygodnie temu zaczął podejrzewać, że Alexander jednak
żyje, tylko zbiegł.
Brawo, braciszku, mądre posunięcie.
Zastanawiał się zarazem, jak długo brat to planował. A może go porwano?
Tylko po co? Zresztą Alexander nie był na tyle głupi, by dać się
uprowadzić.
Conrad poprzysiągł sobie, że jeśli jego brat się odnajdzie, to sam go
zabije. Najpierw jego, a potem siebie. Tymczasem - póki istniał choć
cień szansy, że go odnajdą - musiał cierpliwie czekać. Nie potrafił
zakończyć swojego życia bez uprzedniej zemsty.
Potarł ręką czoło.
Jego ojciec nie chciał być królem. Sam mu o tym powiedział. Gdyby jednak
nie on, to państwo by nie istniało. Ci ludzie, mimo Paktu, nie
znaleźliby schronienia nigdzie indziej. Zostaliby pojmani, wzięci do
niewoli, zanim udałoby im się ukryć. Zapanowałoby bezkrólewie, bo tak
naprawdę nikt nie był w stanie zastąpić Withmoore'ów. A jednak
znajdowali się szaleńcy, którzy myśleli inaczej.
Czy to wszystko wskazuje na to, że Edward tak naprawdę chciał uratować
Reedial?
Conrad wstał z wielkim trudem, podszedł do okna i oparł się o ścianę.
Patrzył na te wszystkie płonące stosy, a blask płomieni lśnił w jego
srebrzystych tęczówkach.
***
Obserwował właśnie kolejne płonące ognisko, kiedy służący przyniósł mu
raport. Conrad sięgnął po niego zabandażowaną dłonią i odprawił
mężczyznę. Nigdy nie chciał zajmować się polityką, musiał jednak
wykonywać rozkazy ojca. Mógł robić to lub walczyć o życie w najbiedniejszej dzielnicy. A dla niego nie istniało chyba nic gorszego
od biedy. Nie mógłby wtedy robić tego, co kochał.
Ojciec odchodził powoli od uczenia go swoimi metodami. Teraz go
przekupywał, jednocześnie dając do zrozumienia, że to on rozdaje karty.
Conradowi zdecydowanie bardziej to odpowiadało, mimo że rany, które już
odniósł, miały nigdy nie zniknąć. Zastanawiał się zarazem, czy Alexander
od początku był taki posłuszny, czy ojciec jego też wyszkolił.
Chociaż w kwestii Alexandra nie można już było mówić o posłuszeństwie.
Edward zakończył jego poszukiwania na terenie Reedial i Edgerry. Teraz
pozostało mu tylko Array, które od początku podejrzewał. Conrad czekał,
aż ojciec znajdzie jakiegoś haka na sąsiadów.
To wszystko trwało za długo. Niełatwo było przecież planować wojnę,
szukać następcy tronu i rządzić rozjuszonym ludem.
Conrad odwinął pergamin i zaczął czytać. A kiedy skończył, rzucił go na
podłogę.
Na zachodzie wybuchła zaraza. Jeden strażnik był świadkiem palenia
chorych.
Kolejne przeklęte ogniska.
Mimo bólu książę wypadł na korytarz. Niechcący popchnął przy tym na
ścianę jakąś służącą. Mijani ludzie patrzyli na niego nieprzychylnie, bo
przecież przez ostatnie tygodnie nie pokazywał się publicznie. Szedł
korytarzami, które mimo że dobrze znane, wydawały mu się bardzo odległe.
Odnosił wrażenie, jakby to wszystko w rzeczywistości nie należało do
niego.
A może naprawdę tak było?
Syknął z bólu, gdy otarł się przypadkiem o jakąś rzeźbę.
- Niektóre rany nadal krwawią, prawda, Wasza Wysokość? - Po jego lewej
stronie rozległ się kobiecy głos.
Spojrzał tam i ze zdziwieniem stwierdził, że stoi przed nim Clementina
de Rimair, przyodziana w purpurę. Ta, z którą Alexander wymykał się z obrad.
Żaden z braci nie miał wątpliwości co do tego, czym się zajmowali
podczas tych spotkań.
Ukłonił się, starając się nie okazywać bólu, który mu dokuczał.
- A niektóre blizny są nadal widoczne - odparł, patrząc jej w oczy. -
Jest pani w żałobie?
Clementina ukryła twarz za wachlarzem. Nienawidził zachowań dam na
dworach, jednak ona miała w sobie coś, co go intrygowało. Może chodziło
o jej maniery, a może o figurę. Nie miał czasu, by się nad tym
zastanawiać.
- A Wasza Wysokość nie? Cały naród jest w żałobie.
Uśmiechnął się słabo.
- Jeszcze nie jest to wymagane.
- Cóż za różnica, czy znajdziecie go rozszarpanego w jakimś lochu czy
powieszonego na drzewie? - Zgromiła go nieprzychylnym spojrzeniem spod
rzęs. Wściekle zamknęła wachlarz. - Umarł - dodała, jakby to było
oczywiste.
Ach, jakże ona była głupia! Nie rozumiał kobiet, dlatego nie chciał się
z żadną wiązać. Wystarczyły mu krótkie wizyty w tawernach. Nie miał też
ochoty na pocieszanie Clementiny.
- Poszukiwania są w toku - odparł oficjalnie. - A tymczasem muszę panią
przeprosić, spieszę się.
Ponownie się ukłonił i oddalił, czując na plecach jej wzrok. Zupełnie
jakby była w stanie dostrzec podłużne blizny na jego barkach.
- Króla nie ma - powiedziała nagle, gdy planował wejść do klatki
schodowej. Obrócił się wolno. Na jej twarzy wykwitł uśmiech satysfakcji.
- Minęłam się z nim. Wyjechał. - Conrad nieznacznie napiął mięśnie. - I nie, Wasza Wysokość, nie wyjechał z najbliższymi ludźmi - dodała,
uprzedzając jego pytanie. Może jednak nie była aż tak głupia. - Zabrał
przypadkowych oficerów. Do widzenia, Conradzie. - Dygnęła głęboko,
posyłając mu krótki uśmiech, i wyszła na balkon.
Conrad nie dał po sobie poznać zmieszania, że zwróciła się do niego po
imieniu. Zacisnął tylko pięści i zszedł piętro niżej.
Rozdział 5
5
Z niewielkiego balkonu Maybeth obserwowała służących układających kwiaty
w różnych zakamarkach głównej sali. Tron królowej udekorowano w dwójnasób, aby od razu było widać, do kogo należy ten dzień.
Czterdzieste pierwsze urodziny królowej Array.
Nicole uśmiechała się wesoło i co jakiś czas dawała sygnał kobietom na
dole, by zmieniły położenie niektórych wiązanek. Maybeth zerkała na nią
kątem oka.
Spodziewała się, że z natury entuzjastyczna Nicole będzie promieniowała
szczęściem na wieść o ślubie z królem Rhamielem, jednak ona nie
wyglądała nawet na zadowoloną. Przecież dziewczyna pamiętała jej
podekscytowanie, kiedy miała pojechać na bal z Alexandrem. Bal. A teraz
chodziło o małżeństwo. Jeżeli Nicole tak bardzo chciała wyswatać swoją
podopieczną, czemu nie cieszyła się z nadarzającej się okazji? Nie było
wszak powodu, by darzyła Alexandra większą sympatią niż Rhamiela.
Królowa też nie wyglądała na usatysfakcjonowaną. To dobrze, bo serce
Maybeth wprost płakało w środku. Bolała ją każda myśl o tym człowieku,
zupełnie jakby jej serce krwawiło w bardzo osobliwy sposób. Jakby
krwawiło łzami, które wylała, gdy tylko opuściła progi matczynego
gabinetu.
Teraz jednak założyła maskę obojętności i uprzejmości. Nie zamierzała
jej zdejmować aż do czasu zakończenia uroczystości.
Nie chciała też widzieć się dzisiaj z Henrym. Ani dzisiaj, ani jutro.
Może nie zobaczy go już nigdy. Och, jak naiwna była, gdy obdarzyła go
uczuciem.
Nie, nie... nie mogła tak myśleć. Przecież na jej małżeństwie świat się
nie kończył. Był jeszcze Alexander, którego należało odnaleźć. I miała
zamiar to zrobić, choćby nawet nosiła już pod sercem dziecko tego
mężczyzny. Jej przyszłego męża...
Dotknęła gorącą dłonią czoła. Miała wrażenie, że postradała zmysły.
Gdzie się podziało jej logiczne myślenie? Miała jeszcze czas, dużo
czasu, nie mogła się tak zamykać w sobie i szarej przyszłości. Wszystko
mogło ulec zmianie, to był tylko paniczny akt, którym rodzice chcieli
naprawić to, co zepsuli Withmoore'owie. A do czasu obchodów w Hadrienie
tyle rzeczy mogło ulec zmianie...
Oczywiście była gotowa na aranżowane małżeństwo, ale od jakiegoś czasu
żyła w przekonaniu, że jej mężem zostanie ktoś... z Reedial. Na przykład
Alexander. Byłoby to dla niej znacznie łatwiejsze, mimo tej nienawiści,
którą odczuwała jeszcze parę miesięcy temu. Dziwnie było żyć w świecie,
w którym go nie było. Nawet jeśli źle postępował. Słyszała o nim i widywała się z nim, odkąd sięga pamięcią, a zapewne nawet wcześniej. A teraz po prostu zamieciono go pod dywan, wypychając kurz z drugiej
strony. Kurz w postaci wojny.
Bardziej przypuszczała, że to on wypowie jej wojnę, kiedy już zasiądą na
tronach. Czy jednak nie zrobił czegoś tożsamego?
- Co myślisz o królu Rhamielu? - zapytała cicho, kiedy spostrzegła, że
Nicole od dłuższego czasu nie zważa na ruch służby na dole.
Służąca sprawiała wrażenie wytrąconej z zamyślenia. Więc obydwie
pochłonęły rozważania o przyszłości.
- Nie znam go.
- Nie wyglądasz na zadowoloną. Czyż nie tego zawsze chciałaś?
Kobieta spojrzała na nią, jakby jej podopieczna popadła w obłęd.
- Panienka tego nie zrozumie - ucięła, marszcząc brwi.
Maybeth skinęła głową. Jeśli miała tego nie rozumieć, nawet nie
zamierzała słuchać. Nie dzisiaj. Za dużo zmian zaszło w jej życiu w ciągu tego miesiąca.
Nicole wychyliła się przez balkon, a ona zrobiła to samo. Cała służba
gdzieś zniknęła, pozostawiwszy po sobie zapalone świece pod sklepieniami
przy kolumnach. Bal urodzinowy miał się wkrótce rozpocząć.
Poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła.
Cieszyła się tylko, że będzie to w miarę skromne przyjęcie, zaledwie na
paręset osób. Niewielkie w porównaniu z balem, który odbył się w Edgerze. Nagle poczuła, jak czyjeś ramiona ją oplatają, więc odwróciła
się i zobaczyła za sobą Nicole. Uśmiechnęła się, odwzajemniając gest.
- Po prostu oddychaj, Maybeth. Wszystko się ułoży.
Po prostu oddychaj, Maybeth.
Może naprawdę czasami należy pozwolić losowi, by zajął się twoimi
sprawami?
Postanowiła, że właśnie tak zrobi. Że będzie po prostu oddychać. Żyć.
Oddaliła się z lekkim uśmiechem błądzącym po ustach. Jej lekka, ale
obszerna kwiecista suknia przyjemnie szeleściła przy każdym ruchu.
Odkrywała ramiona, a rozszerzała się dopiero paręnaście centymetrów pod
kością ogonową.
- Oddychaj... - szepnęła królewna, pokonując kolejne stopnie dzielące ją
od wielkiej sali.
Oddychała. Miarowo. I z każdym wdechem pogłębiała uśmiech.
Odgarnęła włosy za lewe ramię. Zauważyła zarazem, że w świetle świec jej
brązowe pukle wyglądały niemal na kasztanowe. To ostatecznie dodało jej
sił. Czuła, jakby była przy niej babcia.
Z wyobrażeniem, że babcia żyje i siedzi teraz gdzieś w zamku, modląc się
za losy wnuczki, dziewczyna wkroczyła na salę. Zrobiła to z największą
gracją, mimo że goście z zewnątrz jeszcze nie weszli. W środku
przebywała tylko część mieszkańców pałacu. Kilka par złożonych z wyżej
postawionych gwardzistów i służących, małżeństwa z gabinetu ojca,
kilkoro samotnych mężczyzn i przede wszystkim - jej rodzice. A tuż za
nimi... Henry z państwem Thornsmith. Wszyscy wpatrzeni w nią. Zwłaszcza
Henry.
Rozciągnęła usta w uśmiechu, kiedy w końcu do nich dotarła. Rodzice się
nie odezwali, stanęła więc przy prawym ramieniu matki, podziwiając jej
błyszczącą granatową suknię. To była chyba najpiękniejsza kreacja, jaką
kiedykolwiek widziała. Sprawiała wrażenie uszytej z nocy i lśniących
pajęczych nici. Dekolt był elegancki - ostro wycięty, lecz nie za
głęboki. Rozkloszowane ramiona kończyły się nieco ponad łokciem. Tył
spódnicy ciągnął się jak tren. Kreacja idealna. Maybeth wcześniej jej
nie widziała. Widocznie królowa musiała się przebrać dopiero po rozmowie
z nią.
Matka była niezwykle piękną kobietą. Część urody córka odziedziczyła
właśnie po niej. Jej włosy również miały kasztanowy odcień, ale były
trochę ciemniejsze. Sięgały obojczyków. Twarz miała bladą, a oczy
niebieskie. Cóż, zieleń tęczówek Maybeth zawdzięczała ojcu.
Przyjęcie powoli się rozpoczynało. Zaczęto anonsować gości. Najpierw
tych mniej istotnych - przedstawicieli ważniejszych prowincji - a dopiero później hrabiów i diuków. Maybeth rozpoznawała większość
nazwisk. Ciągle czuła na karku palące spojrzenie Henry'ego. Stał zbyt
blisko, a jakaś jej część uważała, że nie powinno go w tej chwili przy
niej być. Jakby ta sytuacja była zbyt intymna. Jakby ktoś miał ich
posądzić o szykujący się skandal, mimo że nic takiego nie mogło się
wydarzyć.
Mimo że dokoła tłoczyły się dziesiątki osób.
Witała się z nimi najserdeczniej, jak potrafiła, i uważnie wysłuchiwała
anonsów. Widziała całą tę elitę, zgromadzoną tu z okazji urodzin jej
matki.
Po skończonym posiłku tańczyła z nią oraz z ojcem, a także dawała się
porwać na parkiet przeróżnym młodzieńcom z wyższych sfer. W jednym
rozpoznała syna zarządcy ich kopalni - człowieka stojącego niezwykle
wysoko na drabinie społecznej. Starał się zabawić ją rozmową, ale ona
nie pozostawała przy nikim zbyt długo. Koniec utworu za każdym razem
oznaczał koniec krótkich pogawędek. Tańczyła z każdym, kto miał odwagę
poprosić o to następczynię tronu.
Nie mogła zaprzeczyć, że dobrze bawiła się na balach. Że lubiła panującą
na nich atmosferę, mimo że zmuszały ją do wymieniania zwrotów
grzecznościowych z osobami, z którymi niekiedy nie miała dobrych
wspomnień. Mogła tańczyć na jednym parkiecie ze służbą, która nie
musiała przejmować się kolejnymi posunięciami politycznymi ani tym, jak
rozwiążą sprzeczkę z obcym królem. W takich momentach czuła się jak oni.
I lubiła to uczucie wolności.
Im dłużej przebywała jednak na środku pięknej sali, tym większe
zmęczenie odczuwała. Po kilku godzinach wyszła więc niepostrzeżenie
bocznym wyjściem, by odpocząć nieco od tłumu i gwaru rozmów.
- Tego już chyba wystarczy. - Obok jej ucha rozległ się cichy szept, a z jej dłoni zniknął nagle kieliszek z winem.
Nigdy nie mogę pobyć sama - pomyślała rozdrażniona.
- Nie wypiłam dużo - mruknęła w odpowiedzi.
- Ale nie możesz też wypić więcej - odparł Henry i sam pociągnął łyk z kieliszka.
Dziewczyna uniosła kącik ust.
- Po prostu chciałeś się napić - prychnęła.
- Nie ukrywam. - Wzruszył ramionami. - Ale naprawdę, nie pij już więcej.
Proszę.
Przewróciła oczyma na jego nietęgą minę.
- Wystarczy dla gości.
- May. - Jego ton znów stał się twardy.
Zachowywał się tak, jakby ją pouczał. Przed tym felernym balem nigdy by
się na coś takiego nie zdobył. Zaczynało ją to irytować. A może bardziej
irytowało ją to, że zabrał jej trunek.
Teraz oparł się o ścianę, lustrując królewnę wzrokiem. Czekał, aż coś
powie, ale ona nie zamierzała się odzywać jako pierwsza. Nie wiedziała,
od czego mogłaby zacząć. Dotąd doskonale udawało jej się unikać
Henry'ego.
- Myślałem, że to wszystko potoczy się inaczej - rzekł po chwili, znów
upijając łyk z jej kieliszka. - Myślałem, że kiedy okażę się księciem...
- Ciszej - zganiła go.
- Nikt nas tu nie usłyszy. - Pokręcił głową, ale ściszył głos. - Zresztą
przecież każdy, kto ma oczy, zobaczy, że coś jest nie tak.
- To tylko plotki spowodowane zbyt ostrymi rygorami, które wprowadził
mój ojciec. Nie każdy tak bardzo zwraca uwagę na wygląd doradcy.
- Maybeth, nie nazywaj mnie tak...
Dziewczyna gwałtownie obróciła się w jego stronę.
- Jak? Twoim oficjalnym tytułem? Może już powinnam zacząć mówić do
ciebie: mości książę? - warknęła nieco zbyt ostro.
Miała dosyć kłótni z Henrym. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego ciągle
ranią go tak błahe słowa.
- Myślę, że to będzie zdecydowanie lepsze od zamykania mnie w pałacu -
powiedział.
- Nikt cię tu nie zamyka.
- Nie? Dlaczego więc mój ojciec nagle zaczął jeździć wszędzie sam?
Dlaczego nie pozwalają mi się poruszać normalnie po mieście? - Wpatrywał
się w nią intensywnie.
- Dostali taki rozkaz...
- Właśnie! - wybuchnął nagle. Odstawił kieliszek na parapet, omal nie
rozlewając zawartości. Dziewczyna skrzyżowała ramiona na piersi. -
Właśnie! Dostali taki rozkaz! Chcecie mnie tu trzymać do końca życia, bo
tak będzie wygodniej?
Wyciągnęła przed siebie dłonie.
- Henry, uspokój się, nikt nie chce cię...
- Ależ oczywiście, że chce! Chce! Sam król! - krzyknął. - Wiedziałem, że
lepiej było o niczym nie mówić... - mruknął już znacznie ciszej, nie
patrząc jej w oczy.
To rozjaśniło nieco obecną sytuację.
- Więc nam nie ufasz? - zapytała.
- Bardziej podejrzewam, że to wy nie ufacie mnie. I w sumie się nie
dziwię. Ale zostałem tutaj zamknięty i nie mogę nic zdziałać.
- A chciałbyś?
Nie odpowiedział.
- Henry, na niebiosa, przecież wiesz, że ciągle zastanawiamy się, co
zrobić! Przecież nie możemy wystawić cię na balkonie i krzyknąć, że
jesteś zaginionym bliźniakiem Alexandra!
Jakby właśnie tego nie zrobiła.
- Prędzej czy później ktoś się zorientuje. Może gdybyście zachowywali
się wobec mnie tak jak zawsze, mielibyście więcej czasu. Przecież nikt
nie zwraca uwagi na doradcę.
- Ciągle mówisz, że my coś robimy. Nie zauważyłeś, że ja nie mam tu
prawa głosu? - Spojrzała mu w oczy.
Odetchnął, ale ani trochę się nie rozluźnił.
- Ale i tak masz więcej do powiedzenia niż ja. A szkoliłem się na
głównego doradcę królewskiego. Cóż więc stało się z moją funkcją?
- Przed chwilą jej nie chciałeś, Henry - warknęła, składając dłonie na
piersi. - Wprost idealnie nadajesz się do Withmoore'ów. Nic dodać, nic
ująć, osobowość bez zarzutów. - Odwróciła się na pięcie, by odejść, ale
Henry złapał ją za nadgarstek.
Gwardzista, który ich obserwował, ale stał poza zasięgiem słuchu,
poruszył się niespokojnie. Henry odsunął się szybko, patrząc królewnie w oczy.
- Nie jestem Alexandrem. Nigdy nim nie będę. - Coś niebezpiecznego
zagrało w jego srebrzystych tęczówkach.
- Za każdym razem... - zaczęła cicho. - Za każdym razem, gdy wypowiadasz
jego imię, upodabniasz się do niego. Z każdym kolejnym słowem jest ci do
niego bliżej.
- Proszę, nie mów tak - rzekł słabo, przełykając ślinę.
Jego policzki zapadły się nieco ostatnimi czasy, przez co wyglądał
mizerniej. Wyprostowała się, by dorównać mu wzrostem.
- Ale ty chyba pragniesz, abym tak myślała.
- Tak uważasz? - Uniósł brew.
- Tak. Nie rozumiem twojej zawiści. - Rozejrzała się, jakby szukała
odpowiedzi. - Nie mogę jej pojąć. Ród Alexandra wyrządził wiele szkód
mojemu rodowi. Ale on sam nic mi nie zrobił. Tobie również.
Pokręcił głową, a na jego usta wpłynął smutny uśmiech.
- Jeszcze miesiąc temu byś tak nie powiedziała.
Maybeth odetchnęła głęboko. Tak, miesiąc temu na pewno nie określiłaby
tego w ten sposób, na pewno nie odebrałaby tego tak, jak mu to
przedstawiła. Ale winy ojca nie mogły przechodzić na syna, teraz była
tego świadoma. Mimo to w jej sercu tliło się nikłe ognisko nienawiści do
wszystkich Withmoore'ów. Wszystkich, z wyjątkiem...
Nie, przecież Alexander niczym huragan niósł za sobą mrok i zło. Czy
może... może niekoniecznie? Może miał jakiś plan?
Plan zniszczenia.
Odetchnęła nerwowo, ściągając łopatki.
- Miesiąc temu go nie znałam - przyznała.
- On cię oszukał. Chciał cię zmanipulować.
- Więc czemu nadal chcesz go odnaleźć? Nie łatwiej byłoby po prostu
rzucić to wszystko? Czemu o tym rozmyślałeś? - zapytała hardo.
Henry wyglądał jak smagnięty biczem.
- Bo to zatrzyma wojnę.
- Wojny nic nie zatrzyma, jeżeli Edward zdecyduje się ją wypowiedzieć -
odburknęła bardziej na przekór niż z rzeczywistego przekonania.
Chciała bowiem wierzyć, że Alexander żyje, a oni wkrótce go znajdą. Bała
się jednak, że Edward ich prześcignie, a Array skruszy się niczym farba
na starym obrazie.
- A jednak chcesz go odnaleźć, wiem to. I nie wmówisz mi, że nic do
niego nie czułaś - zaatakował Henry. - Teraz jednak straciłaś wiarę i nadzieję, mimo że prawdopodobnie jesteśmy blisko rozwiązania. Dlaczego?
Nie dopuszczę do tego, by zrujnował nasze państwo, Maybeth. Choćbym miał
stać się takim samym potworem jak on.
W jego oczach lśniło coś, czego dziewczyna nie potrafiła nazwać. Coś
skrajnie królewskiego. Podniosła wzrok, prześlizgując nim po wykwintnych
szatach i lekkim zaroście. Wstrząsnęły nią te słowa. Przez chwilę
rozważała odpowiedź, wsłuchując się w gwar na głównej sali.
- Dusza nie może płonąć w nieskończoność - odrzekła w końcu i się
oddaliła.
Henry zaś wrócił na bal, jak gdyby ta rozmowa nigdy się nie odbyła.
Jakby ich dusze i pokładane w sobie nawzajem nadzieje nadal płonęły.
Rozdział 6
6
Jej zejście spiralnymi schodami zostało nagrodzone gromkimi brawami,
więc uśmiechnęła się najładniej, jak potrafiła, mimo że kręciło jej się
w głowie. Miała wrażenie, że schodzi na dół od co najmniej paru minut.
Palce zdrętwiały od kurczowego ściskania balustrady.
Jeszcze jeden stopień... potem drugi...
Przypomniało jej się, jak Alexander sprowadzał ją na dół, gdy dostała
ataku paniki przez lęk wysokości, i na to wspomnienie ścisnęło ją w żołądku.
W końcu stanęła na parkiecie i odgarnęła włosy.
- W samą porę, zaraz zaczynamy - szepnęła jej matka, stojąca tuż obok.
Wyglądała na zatroskaną, gdy patrzyła na córkę. Światło świec dodatkowo
uwydatniło jej zmarszczki.
Maybeth uśmiechnęła się i przelotnie ścisnęła jej rękę. Wzięła głęboki
oddech, by nieco zmniejszyć uporczywe zawroty głowy. Kochała taniec,
który miał się niedługo rozpocząć, ale teraz... teraz odczuwała pewien
lęk.
Rozejrzała się wokoło i zobaczyła skrytego w cieniu Henry'ego. Opierał
się ramieniem o kolumnę, wpatrywał w nią i... może jej się tylko
zdawało, ale odniosła wrażenie, jakoby kręcił lekko głową.
Cóż to miało znaczyć? Nawet gdyby chciała, nie mógłby teraz być jej
partnerem.
Chociaż...
Odwróciła się i pewnym krokiem odeszła od stołu, od którego wstawali
goście. Obrzuciła wzrokiem tych, którzy szli za nią i za jej rodzicami
korowodem na środek wielkiej sali. Grajkowie już zaczęli wstępny takt,
akompaniujący stukającym obcasom.
Teoretycznie powinna odtańczyć ten taniec z kimś z wyższych sfer, lecz
nikt taki jeszcze się nie zjawił, by to zaproponować, więc popatrzyła na
Henry'ego, dając mu tym samym znak, by do niej podszedł. Był zdziwiony,
bowiem nigdy nie tańczyli razem w tak oficjalnych sytuacjach. Ale
przystał na to ochoczo.
- Cóż to się stało? - zapytał, kryjąc krzywiznę ust za dłonią, którą
niby pocierał lekki zarost.
Maybeth niemal niezauważalnie wzruszyła ramionami i ujęła jego ciepłą
dłoń. Ustawili się na środku. Nie patrzyła jednak na ojca, bojąc się, że
ten skarci ją za ten wybór.
- Ten taniec powstał dwadzieścia lat temu, gdy na tej ziemi powstał
Wielki Pakt. Potęga świata! - oznajmił konferansjer.
Ludzie zakrzyknęli coś z entuzjazmem.
Potęga.
To słowo zadźwięczało w uszach Maybeth i jakby poniosło się echem po
wysokich ścianach. W tym samym momencie gobeliny spłynęły na dół z czterech stron, trzepocząc głośno. Dziewczynę przeszedł dreszcz po
kręgosłupie.
Potęga.
Tak, byli potęgą. Od dwudziestu lat.
- Oby tak pozostało - mruknęła.
Elegancko ubrane służące weszły do sali i podały kosze z paerletańskimi
kwiatami czterem kobietom stojącym na każdym z rogów gwiazdy. Kosze
powoli przechodziły z rąk do rąk, aż w końcu każda z dam trzymała w lewej dłoni kwiat. Maybeth, otrzymawszy kosz, ułożyła go na środku
gwiazdy. To samo uczyniły jej matka, żony generała i skarbnika. Królowa,
gdy się prostowała, skinęła córce lekko głową. Dziewczyna odwzajemniła
się tym samym, odgarniając włosy, które spadły jej na twarz.
Orkiestra zagrała skoczniej, a ludzie, jakby wyrwani z marazmu, zaczęli
stawiać pierwsze kroki. Kobiety dwa w lewo, mężczyźni dwa w prawo.
Głęboki ukłon. Suknia Maybeth zawirowała, gdy ta wykonała obrót, by
zmienić partnera. W jej okręgu stały tylko cztery pary, więc za moment
na powrót miała znaleźć się przy Henrym. Teraz jednak podała rękę ojcu,
który spojrzał na nią z dozą niepewności.
Następny był generał, a po nim Maybeth znów stanęła przed Henrym, z którym miała zostać aż do następnej części tańca. Teraz, stojąc w wewnętrznym kole, była zmuszona poczekać, aż wszystkie zewnętrzne pary
znajdą się z powrotem przy swoich partnerach. Im dalej się stało, tym
większą odległość trzeba było przebyć do następnego mężczyzny. Ci,
którzy stali w środku, kończyli pierwsi.
Królewna miała raz okazję obserwować ten taniec z góry i skojarzył jej
się on z ustawianym powoli mechanizmem zegara. Środkowe koło zamierało,
by pozostałe mogły się powoli dopasowywać.
Teraz stała bez ruchu, wyobrażając sobie ten moment z lotu ptaka. Nie
chciała zaburzyć tego obrazu. Henry znów przyglądał jej się uważnie,
czemu nie mogła się dziwić. Bał się, że ją straci. Czy jednak nie
stracili siebie już dawno temu? Postanowiła chwilowo porzucić tę myśl i skupić się na tańcu, bo zaraz miał nastąpić moment kulminacyjny.
Przełknęła ślinę, czując gulę narastającą w gardle.
Nagle w jej głowie pojawiła się myśl, że może to ostatni raz, gdy
biesiaduje wspólnie z Henrym i rodzicami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki