Władca prawdy - Maria Magdalena Syryńska

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (34,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Ostrze dra­snęło jego grdykę, gdy tylko sta­nął przed kró­lem. Korona poły­ski­wała w bla­sku wscho­dzą­cego słońca. Korona, która wkrótce miała nale­żeć do Edwarda.

Leni­wie odsu­nął miecz dło­nią, wie­dząc, że tam­ten jest zbyt prze­ra­żony, by go pchnąć.

W sali, która już nie­ba­wem rów­nież miała być wła­sno­ścią Edwarda, roz­le­gły się przy­głu­szone krzyki. Uśmiech­nął się do sie­bie.

Lubił się bawić uczu­ciami tych ludzi.

Patrząc na rywala, dosko­nale wie­dział, że pozba­wie­nie go życia zaj­mie mu naj­wy­żej parę minut. Ale prze­cież musiał dostar­czyć pod­da­nym roz­rywki. Wię­cej, niż dostar­czył dotąd. Oni zawsze pra­gnęli wię­cej, a on mógł im to dać.

Zamach na array­ski tron nie był dla niego niczym trud­nym. Od lat miał poplecz­ni­ków, któ­rzy poświę­ci­liby wszystko, byleby tylko wejść w jego łaski. Zebrał armię. Wła­sną armię. Powie­dział im, że jego brat zgi­nął w Array, zamor­do­wany przez tam­tej­sze wła­dze. Nie powie­dział, że sam go zabił. Ogło­sił za to, że pla­nuje wen­detę. Dodał, że im to wyna­gro­dzi.

Rzeź, do jakiej doszło tam­tej nocy, bez wąt­pie­nia pozo­sta­nie w pamięci następ­nych poko­leń. A odpo­wie­dzialny za to będzie on - Edward Wil­liam With­mo­ore. Ten, który zdo­łał oba­lić array­skie rządy. Przy­szły król Reedial.

Od wła­dzy dzie­lił go jedy­nie ten nie­do­łężny sta­rzec, który bez wąt­pie­nia już dawno powi­nien zgi­nąć na jakimś fron­cie. Edward nie miał poję­cia, jak kró­lowi udało się prze­trwać tyle lat na tro­nie. Nie wie­dział, kogo prze­ku­pił, by utrzy­mać to miej­sce.

Wycią­gnął miecz z pochwy i spoj­rzał kró­lowi w oczy. Iskrzyły z nie­na­wi­ści.

- Powiedz mi - powie­dział wolno i począł okrą­żać rywala. - Jakim cudem tak długo spra­wu­jesz wła­dzę? Ta infor­ma­cja może mi się przy­dać w przy­szło­ści.

Zamach­nął się mie­czem, celu­jąc w ramię króla, ale ten zablo­ko­wał cios. Na tym się skoń­czyło. Widać było, że oszczę­dza siły. Edward zaśmiał się cicho, gdy dostrzegł jego minę.

- A dla­czego nie masz dzie­dzica? - cią­gnął. - Czyżby żona się cie­bie brzy­dziła? Jak myślisz, ilu miała kochan­ków?

Dopiero te słowa zdo­łały spro­wo­ko­wać króla do wypro­wa­dze­nia paru cio­sów. Ryk­nął wście­kle, ale nic nie powie­dział. Zawsze był mało­mówny, co nie do końca odpo­wia­dało Edwar­dowi. Zasta­na­wiał się, jak długo powi­nien cią­gnąć to przed­sta­wie­nie.

- Wyglą­dała na szczę­śliwą. Nie podej­rze­wa­łeś ni­gdy kamer­dy­nera albo któ­re­goś gwar­dzi­sty?

- Idź do dia­bła! - wrza­snął sta­rzec i ciął mie­czem.

Edward odsko­czył z gra­cją i ugo­dził króla w nogę.

Ode­tchnął lekko i rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie na swoją żonę. Nie wyglą­dała na poru­szoną, a raczej na znu­dzoną. W jej oczach nie było nic, co świad­czy­łoby o emo­cjo­nal­nym zaan­ga­żo­wa­niu, a jeżeli jej to nie bawiło, innych rów­nież. Musiał się bar­dziej posta­rać.

W tym star­ciu wszyst­kie chwyty były dozwo­lone. Była tylko jedna zasada - nie uży­wamy innego oręża niż miecz. Jed­nak same ręce też bywają nie­bez­pieczne. Prze­pisy nie mówiły też nic o tor­tu­rach ani tru­ci­znach, więc Edward wcze­śniej obmy­ślił spo­sób na unie­ru­cho­mie­nie prze­ciw­nika.

Upew­nił się też, że jego syno­wie wszystko obser­wują. Byli jesz­cze bar­dzo mło­dzi, ale miał nadzieję, że zapa­mię­tają coś z tego star­cia. Dwóch chłop­ców spo­glą­dało na niego z ramion słu­żą­cego. Zasta­na­wiał się, jak umarł jego pierw­szy syn, bliź­niak Ale­xan­dra, choć tak naprawdę nie powinno go to obcho­dzić. I nie obcho­dziło. Był po pro­stu cie­kaw.

Od tam­tej chwili minęły trzy lata, ale bywały momenty, w któ­rych sobie o nim przy­po­mi­nał.

Ostat­nio myślał też o Velvi­cii. O Velvi­cii, która praw­do­po­dob­nie go poko­chała. Która była głu­pia, naiwna i tak łatwo dała się nabrać. Doło­żył wszel­kich sta­rań, by nikt nie dowie­dział się o jego sta­nie cywil­nym i synach. W prze­ciw­nym razie jego plan ległby w gru­zach.

Nie­ba­wem cały świat miał nale­żeć do niego. Prócz tego roz­trzę­sio­nego sta­rego tchó­rza nie było nikogo, kto mógłby go teraz powstrzy­mać.

Edward ude­rzył go, bez trudu tra­fia­jąc w plecy. Polała się odro­bina krwi, która jed­nak wystar­czyła, by stało się to, na co liczył od samego początku. Roz­po­częła się zacie­kła walka, która miała trwać bar­dzo krótko. Potem zaś powinna się roz­po­cząć zabawa dla tłumu.

Król upar­cie wypro­wa­dzał ude­rze­nia, które Edward zgrab­nie blo­ko­wał. Chciał spra­wić, by męż­czy­zna pozo­sta­wał w ruchu. Aby tro­vatta jak naj­szyb­ciej roz­prze­strze­niła się w jego krwi.

Co jakiś czas przez tłum prze­cho­dziły salwy wes­tchnień i okrzy­ków. Edward dał się raz tra­fić w ramię. Obe­rwał moc­niej, niż się spo­dzie­wał. Z bólu zato­czył się do tyłu, tym razem ledwo uni­ka­jąc śmier­cio­no­śnych cio­sów. Kiedy doszedł do sie­bie, prze­wró­cił się z uda­wa­nym okrzy­kiem, na co ludzie zare­ago­wali nie­zwy­kle roz­pacz­li­wie.

Nie musiał się już jed­nak nawet pod­no­sić, bo widział, co się dzieje z kró­lem. Jego twarz lekko zwiot­czała. Ruchy nie były już tak pre­cy­zyjne. W takim sta­nie nie mógłby nikogo oka­le­czyć, a co dopiero zabić. Po chwili oręż wypadł mu z dłoni z łosko­tem, a on sam osu­nął się na zie­mię.

Tro­vatta zaczy­nała dzia­łać. W tak małym stę­że­niu mogła go unie­ru­cho­mić, ale nie znie­czu­lała. Może tylko tro­chę, lecz to i tak nie miało zna­cze­nia.

Król chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł wydo­być z sie­bie ani słowa. Widać było, że z tru­dem przy­cho­dzi mu nawet mru­ga­nie.

Edward uśmiech­nął się pro­mien­nie do pod­da­nych i zerwał na nogi, by im poka­zać, że nic mu nie jest. Ludzie zaczęli krzy­czeć, a on prze­szedł się wokół króla. Zasta­na­wiał się, ile czasu powi­nien go utrzy­mać przy życiu, nim osta­tecz­nie mu je odbie­rze.

To była tylko chłodna kal­ku­la­cja.

Pięć godzin, a nawet cztery czy trzy, mogło być dla ludu nużące. Dwie rów­nież. Spoj­rzał na żonę, która wysu­nęła nie­znacz­nie jeden palec.

Godzina. Tyle się z nim pobawi.

Spoj­rzał na zegar, który wska­zy­wał kwa­drans po dzie­sią­tej. A więc król skona po jede­na­stej.

Poło­żył go na środku wiel­kiej sali, a jego myśli podą­żyły ku środ­kom che­micz­nym, które usuną z bia­łych kafel­ków krew. Miał nadzieję, że król nie ubru­dzi zbyt­nio par­kietu. Popra­wił mu koronę, ale jej nie zdej­mo­wał. Przy­pa­trzył mu się, a wkrótce po tym roz­po­czął tor­tury.

Król mógł krzy­czeć dopiero po pew­nym cza­sie, kiedy dzia­ła­nie tro­vatty ustę­po­wało, ale trwało to bar­dzo krótko, bo już po paru minu­tach zdarł sobie struny gło­sowe. Nie­któ­rzy obecni rów­nież. Dodat­kowo połowa wyszła, a część zemdlała, ale ci, któ­rzy zostali, mieli zapa­mię­tać ten widok na zawsze.

Gdy wybiła jede­na­sta, żona spoj­rzała na Edwarda i pokrę­ciła głową. Niech będzie. Mruk­nął jesz­cze do sie­bie coś nie­zro­zu­mia­łego i wytarł ostrze o rękaw. Wstał.

- Wasza Wyso­kość - rzekł i skło­nił się uni­że­nie.

Kiedy tylko się upew­nił, że uwaga obec­nych jest sku­piona na nim, a nie na tym oka­le­czo­nym idio­cie, jed­nym płyn­nym ruchem pozba­wił króla głowy.

Korona upa­dła parę metrów dalej.

Rozdział 1

1

Przez długi czas jego jedy­nym towa­rzy­szem była ciem­ność. Ciem­ność i nie­prze­brana otchłań bólu.

Nie sły­szał nic, nawet ciszy.

Nie był w sta­nie się poru­szyć, ale nie roz­my­ślał nad tym, czy jesz­cze żyje. Wie­dział tylko, że czas prze­mija nie­ubła­ga­nie i nie przy­nosi mu uko­je­nia.

Trwał tak, czu­jąc się jak widmo prze­mie­rza­jące zaświaty. Trwał, coraz bar­dziej pogrą­żony w bólu. Mógłby przy­siąc, że czas leczy rany, ale dla niego nawet czas nie był łaskawy. Im dłu­żej tak trwał, im wię­cej powie­trza napeł­niało jego płuca, tym więk­szy ból mu doskwie­rał, tym dotkliw­sza cisza go ota­czała.

Ota­czała go pustka; nicość, lecz zara­zem ogromne cier­pie­nie.

W końcu zauwa­żył gwiaź­dzi­ste niebo prze­my­ka­jące nad jego głową. Nie­mal od razu zamknął oczy. Miał ochotę wrzesz­czeć, lecz ani gar­dło, ani ciało nie nale­żały już do niego. Dusza tylko w nim spo­czy­wała, nie­zdolna do niczego prócz egzy­sto­wa­nia i odczu­wa­nia bólu.

Ból. Tak ogromny ból.

Kiedy znów uchy­lił powieki, rażące słońce zbli­żało się ku hory­zon­towi. Czuł, że jest w jed­nym miej­scu, ale zdą­żył zano­to­wać jedy­nie cień, który go przy­sło­nił, a potem znów pogrą­żył się w kra­inie bole­ści.

Po pew­nym cza­sie wszedł w cudowny stan, który zabrał od niego wszyst­kie utra­pie­nia. Był pewien, że to śmierć po niego przy­szła, jed­nak się mylił, bo już po chwili cały ból powró­cił ze zdwo­joną siłą.

Nie­stety nie umarł.

Jęk­nął głu­cho.

Czuł pie­cze­nie, swę­dze­nie, kłu­cie i wszel­kie inne dole­gli­wo­ści, jakie mogły mu kie­dy­kol­wiek doskwie­rać.

Nie pamię­tał nic prócz swego imie­nia. I nie chciał niczego pamię­tać. Chciał po pro­stu jesz­cze przez chwilę jedy­nie egzy­sto­wać, aby nie musieć uczest­ni­czyć w życiu. Chciał po pro­stu znów zatra­cić się w sta­nie, który go dopadł, mimo że był to nie­zwy­kle bole­sny stan.

Obo­lałe mię­śnie nie pozwo­liły na żaden ruch, więc po pro­stu leżał. Nie otwie­rał oczu, oddy­chał mia­rowo, sku­pia­jąc się po kolei na każ­dej bolą­cej go czę­ści ciała. Każdy wdech spra­wiał mu trud­ność, a wyde­chy powo­do­wały ciche sycze­nie wydo­by­wa­jące się z jego ust.

Odtrą­cił od sie­bie wszech­obecny ból, by móc trzeźwo pomy­śleć. Bez względu na to, co się z nim stało, musiał dopiąć swego. Musiał to zro­bić.

Muszę to zro­bić - powta­rzał w myślach.

Ale co wła­ści­wie musiał zro­bić?

Jak się tu zna­lazł?

Kim był?

Pamię­tał tylko swoje imię i to na nim się sku­pił.

Przez dłuż­szy czas było jego jedyną myślą. Prze­tra­wiał je i roz­pa­try­wał. Ale­xan­der. Ale­xan­der. Ale­xan­der.

Ale­xan­der Wil­liam.

Ale­xan­der Wil­liam With­mo­ore.

With­mo­ore.

Zachły­snął się powie­trzem, jakby wła­śnie ono było sprawcą nagłych zawro­tów głowy. Już wszystko pamię­tał. Pod­parł się na łok­ciach, co spo­wo­do­wało ogromne pie­cze­nie w klatce pier­sio­wej. Krzyk­nął, lecz na­dal nie otwie­rał oczu. Zano­to­wał obok sie­bie jakieś poru­sze­nie, ale ono nie było istotne. Istotne było to, kim jest.

Nazy­wam się Ale­xan­der Wil­liam With­mo­ore.

Nazy­wam się Ale­xan­der Wil­liam With­mo­ore - pomy­ślał. - I jestem bez­względny.

Odsu­nął od sie­bie wszyst­kie emo­cje i wspo­mnie­nia.

Pozo­stał tylko on.

Książę.

Dzie­dzic.

Obrońca.

Władca.

Zaraz po tych sło­wach ból znów roz­lał się po jego ciele, pory­wa­jąc go w swe obję­cia.

Rozdział 2

2

Kiedy się kła­dła, stwier­dziła ze zdzi­wie­niem, że wciąż świeci słońce.

Zima na świe­cie powoli ustę­po­wała miej­sca cie­płej wio­śnie, jed­nak ta meta­fo­ryczna zima w ich pań­stwie dopiero się roz­po­czy­nała.

Wstała, by zacią­gnąć firanki, i na powrót przy­kryła się lek­kim kocem. Odwró­ciła się też na drugi bok, gdyż pro­mie­nie - mimo zasłon - dosię­gały jej oczu.

Ode­tchnęła i zamknęła ze znu­że­niem powieki.

- Nie mogę uwie­rzyć, że dałem się na to namó­wić... - szep­cze cicho, jed­nak nie patrzy na swoje odbi­cie w lustrze, a na dło­nie dziew­czyny popra­wia­ją­cej man­kiety jego sur­duta.

- Wiesz, że pod­dani cze­kają.

- Na cie­bie na pewno - mówi Ale­xan­der i ota­cza ją ramie­niem.

Dokoła nich nie sły­chać nic prócz tyka­nia zegara. May­beth uśmie­cha się lekko.

Nagle zie­mia zaczyna się trząść. Książę wypusz­cza dziew­czynę z objęć i odpy­cha ją od sie­bie. Ta wydaje z sie­bie zdu­szony krzyk i orien­tu­jąc się, co się dzieje, wyciąga rękę do Ale­xan­dra. Ten nie­mal ją chwyta, ale w tej samej chwili pod­łoga pod nim się roz­stę­puje.

Książę spada, a May­beth może tylko patrzeć na jego śmierć.

Jego blade, pozba­wione życia obli­cze jest ostat­nim, co widzi.

Mogłaby przy­siąc, że minęła zale­d­wie minuta, jed­nak gdy znów unio­sła powieki, w sypialni było zupeł­nie ciemno. Nie pamię­tała, czy cokol­wiek jej się śniło. W gło­wie pozo­stało tylko coś na kształt nie­przy­jem­nego wspo­mnie­nia. Cze­goś odle­głego.

Ktoś dotknął jej odkry­tej dłoni i mimo że był to czuły dotyk, odsko­czyła prze­ra­żona. W mroku nie mogła niczego dostrzec. Sły­szała tylko gło­śny szum w uszach.

- Hej - szep­nął ktoś. - Prze­pra­szam, nie chcia­łem cię wystra­szyć - dodał łagod­nie.

- Henry... - jęk­nęła May­beth i opa­dła z powro­tem na łóżko. Po omacku odszu­kała jego dłoń. Szum w gło­wie zaczął ustę­po­wać. - Henry, to, że oka­za­łeś się księ­ciem, nie upo­waż­nia cię do odwie­dza­nia mnie w środku nocy, wiesz?

- Nie? - Łóżko ugięło się, kiedy na nim usiadł. - Twój gwar­dzi­sta prze­pu­ścił mnie bez pro­blemu.

- Rano się z nim roz­mó­wię - odburk­nęła zaspa­nym gło­sem.

Czuła, jak sen znów szczel­nie ją otula, jed­nak Henry deli­kat­nie ści­snął jej rękę.

- May, mimo wszystko nie przy­sze­dłem tutaj po to, żeby patrzeć, jak śpisz - powie­dział miękko. - Mam ci coś do poka­za­nia.

- I nie możesz tego zro­bić rano?

- May. - Przy­brał nagle poważny, nie­mal surowy ton, przez co May­beth od razu odzy­skała trzeź­wość umy­słu.

Wysu­nęła rękę spod jego dłoni i usia­dła, popra­wia­jąc koszulę nocną. Nagle poczuła, że na jej policzki wstę­puje rumie­niec. Znała Henry'ego całe życie, jed­nak on zawsze widział ją tylko w wytwor­nych i przede wszyst­kim sto­sow­nych suk­niach.

Czy to, że w ogóle go tu wpusz­czono, nie jest nie­sto­sowne? Jak wła­ści­wie do tego doszło? Zapewne Nicole, śpiąca w sąsied­nim pokoju, maczała w tym palce. Wio­sną doba dla słu­żą­cych koń­czyła się dopiero po zapad­nię­ciu zmroku.

Spoj­rzała na męż­czy­znę, a ten pomógł jej wstać i zało­żyć szla­frok.

- Jesz­cze raz prze­pra­szam, że cię prze­stra­szy­łem - wyszep­tał, błą­dząc wzro­kiem po jej kom­na­cie.

Miał zmarsz­czone brwi i zaci­śnięte usta. May­beth prze­chy­liła głowę w geście zro­zu­mie­nia.

- To nie twoja wina. Po tam­tym... po tam­tym balu nie mogę spać spo­koj­nie - powie­działa i zagar­nęła część wło­sów za ucho.

Henry spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał ją przy­tu­lić, ale jedy­nie wolno poki­wał głową.

- Wiesz, Henry... - kon­ty­nu­owała. - Ciężko mi z tym. Pró­buję o tym nie mówić i nie roz­my­ślać za dużo nad tamtą nocą, jed­nak cią­gle nie mogę się pozbyć wra­że­nia, że ktoś mnie obser­wuje. Wiem też, że Nicole to okrop­nie prze­żyła, więc nie chcę z nią o tym roz­ma­wiać. Nie chcę jej tym obcią­żać.

- Rozu­miem - powie­dział i pogła­skał ją czule po ramie­niu.

Tak naprawdę w tam­tym momen­cie pra­gnęła tylko jego bli­sko­ści. Podob­nie jak każ­dej nocy, kiedy zosta­wała sama w sypialni. Bo gdy go przy niej nie było, powra­cały wspo­mnie­nia. Drżała na myśl o tym, że ktoś wtedy obser­wo­wał ją, jak spała. Myślała też o księ­ciu z Reedial. Zasta­na­wiała się, jak zgi­nął. Zasta­na­wiała się, czy jego śmierć pocią­gnie za sobą cier­pie­nie jej pod­da­nych. I przede wszyst­kim - czy uda się tego unik­nąć.

Teraz mil­czała, by usły­szeć coś wię­cej. Nie­do­cze­ka­nie. Henry wziął ją za rękę i pocią­gnął w stronę bal­konu. Nim go otwo­rzył, się­gnął jesz­cze po koc i narzu­cił jej go na ramiona. Dopiero wtedy wyszli na zewnątrz.

Cie­płe powie­trze owiało policzki i szyję dziew­czyny, otu­la­jąc je niczym aksa­mitny szal. Mia­sto już dawno zapa­dło w głę­boki sen, zapewne jak znaczna część jej kró­le­stwa. Korony drzew koły­sały się ponad murami dzie­dzińca. Dziew­czyna ode­tchnęła. Usły­szała, że Henry rów­nież wypusz­cza powie­trze.

Ota­czała ich cudowna, kojąca cisza. Nie­zmą­cona cisza...

Nagle May­beth aż się wypro­sto­wała.

Chciała jak naj­prę­dzej prze­rwać tę ciszę, prze­ko­nu­jąc swój umysł, że to nie przez wzgląd na Ale­xan­dra. On nie powi­nien mieć naj­mniej­szego wpływu na jej zacho­wa­nie... A mimo to bała się, że cisza przy­nie­sie jej jego głos. Głos, któ­rego żaden śmier­tel­nik miał już nie usły­szeć.

Wtem przy­po­mniała sobie cały sen. Zadrżała. Zaczęła roz­pacz­li­wie szu­kać w gło­wie słów, które zakoń­czą to mil­cze­nie.

- W takich chwi­lach zapo­mi­nam, że mam jakieś obo­wiązki - szep­nęła. - Że wszy­scy jakieś mamy. Że...

- Że jeste­śmy jak młyn wodny? - dokoń­czył, a ona obrzu­ciła go zdzi­wio­nym spoj­rze­niem.

- Jak młyn wodny? - powtó­rzyła, a kąciki jej ust nie­znacz­nie się unio­sły.

Jak pora­dzi­łaby sobie bez Henry'ego?

- Tak. Każda łopatka jest potrzebna, aby był wydajny. Tak samo jest z nami.

Jej spoj­rze­nie stało się nieco łaskaw­sze i bar­dziej zacie­ka­wione.

- Nie spo­dzie­wa­łam się dziś usły­szeć porów­na­nia moich ludzi do młyna. Ale to prawda. - Zaśmiała się dźwięcz­nie. Przy­su­nęła się do niego o krok. - Więc co to za sprawa?

Twarz męż­czy­zny stę­żała, a on sam zaci­snął szczękę. Widziała to w grze mię­śni na jego żuchwie.

- To świeża wia­do­mość. Dostar­czono ją godzinę temu. - Prze­łknął ślinę. - Piraci zaata­ko­wali.

May­beth zamru­gała.

- Piraci? Prze­cież od paru lat był z nimi spo­kój... Podobno wypły­nęli za Paer­le­tan... - myślała na głos. - Co robią na naszym morzu? Zaata­ko­wali nasz galeon?

- Nie, nie. Nie nasz. I w tym jest pro­blem. - Wypu­ścił powie­trze, a ona już prze­kli­nała go w myślach za zwle­ka­nie z tak ważną wia­do­mo­ścią. - Zaata­ko­wali kup­ców z Reedial.

- Och, nie... - jęk­nęła i pod­parła się na balu­stra­dzie. - Dla­czego mnie o tym nie powia­do­miono?

- Ja cię powia­da­miam.

- Tak, ale...

- Było krót­kie spo­tka­nie, May, nie chcieli cię budzić. Dla­tego wysłali mnie. Uznali, że mimo wszystko powin­naś o tym wie­dzieć. Teraz. Twój ojciec tak uznał.

To by wyja­śniało obec­ność Henry'ego w kom­na­cie. Żaden straż­nik nie prze­pu­ściłby go bez pozwo­le­nia króla, nawet gdyby był jej narze­czo­nym. Co, oczy­wi­ście, nie było moż­liwe...

Cho­ciaż dotąd wyda­wało jej się, że zwo­ła­nie spo­tka­nia bez jej wie­dzy rów­nież jest nie­moż­liwe.

Aż sap­nęła z nie­sma­kiem.

Od balu w Edge­rze ojciec dość bru­tal­nie odsu­nął ją od pew­nych spraw. Zupeł­nie jakby znów miała dwa­na­ście lat. Jakby nie była jedyną następ­czy­nią tronu. Jakby od naj­młod­szych lat nie przy­go­to­wy­wano jej do rzą­dze­nia kra­jem.

Cóż, robił to pod pre­tek­stem ulże­nia jej star­ga­nym ner­wom, ale prze­cież to, że co noc zma­gała się ze stra­chem, nie wpły­wało na trzeź­wość jej umy­słu czy goto­wość do dzia­ła­nia. Zapewne nie chciał mie­szać jej w wojnę, ale wojna ma to do sie­bie, że pochła­nia wszyst­kich, bez wyjątku. I usilne sta­ra­nia rodzica na nic się zda­dzą.

Zresztą i tak o wszyst­kim ją infor­mo­wał. Chyba był roz­darty, bo z jed­nej strony o wszyst­kim wie­działa, a z dru­giej nie mogła z tymi infor­ma­cjami nic zro­bić. Może jed­nak nie chciał jej roz­gnie­wać, tylko po pro­stu się o nią trosz­czył?

Poczuła ucisk w żołądku, bo mimo wszystko jej to nie odpo­wia­dało.

- Co omó­wi­li­ście? - zapy­tała dość twardo, choć nie chciała prze­le­wać żalu i zło­ści na Henry'ego.

Męż­czy­zna, zło­żyw­szy przed sobą ręce, oparł się łok­ciami o balu­stradę.

- Spi­sa­li­śmy szcze­gó­łowy raport dla króla, bo był aku­rat czymś zajęty... - Cóż, przy­naj­mniej jej ojciec rów­nież w tym nie uczest­ni­czył. - Usta­li­li­śmy też wstępny plan dzia­ła­nia i godzinę następ­nego spo­tka­nia. Odbę­dzie się mię­dzy two­imi lek­cjami tańca a balem uro­dzi­no­wym.

Wes­tchnęła z ulgą. Może naresz­cie nie będzie miała pro­blemu z dołą­cze­niem.

- Racja, bal... - mruk­nęła. - Mam wra­że­nie, że wszystko sku­pia się na balach. Tro­chę ich ostat­nio dużo, nie sądzisz?

Henry spoj­rzał na nią sza­rymi oczyma i wzru­szył ramio­nami.

- Taki już twój los.

- Ale to takie... - szu­kała wła­ści­wego słowa - ...nie­ade­kwatne do obec­nej sytu­acji.

- Wola­ła­byś już ogło­sić żałobę naro­dową? - Przy­su­nął się i objął ją ramie­niem. - Ludzie muszą czymś żyć.

- Henry. - Zgro­miła go spoj­rze­niem, na co tylko bez­czel­nie się uśmiech­nął.

- Reedial już tak pra­wie zro­biło. - Po tych sło­wach odsu­nęła się od niego.

- Jak możesz sobie z tego żar­to­wać? - zapy­tała obu­rzona. - Śmierć Ale­xan­dra w takich oko­licz­no­ściach to naj­gor­sze, co mogło nam się przy­tra­fić... Nie patrz tak na mnie, dobrze wiesz, że nic do niego nie czu­łam.

- Nic takiego nie suge­ro­wa­łem - wyszep­tał z nara­sta­jącą zło­ścią i bły­skiem w oku.

Pokrę­ciła głową.

- Nie kłóćmy się o niego, Henry, nie jest tego wart. Już i tak wyrzą­dził wystar­cza­jąco wiele szkód. A ty myśl sobie o mnie, co tylko zechcesz, skoro mi nie ufasz. - Zadarła pod­bró­dek i cze­kała na jego reak­cję.

Wtedy w namio­cie był wście­kły. Nie pano­wał nad sobą, tak jakby już poczuł się czę­ścią rodu With­mo­ore'ów, jed­nak dzi­siaj zauwa­żyła w nim skru­chę. Poczuła też, że jego palce deli­kat­nie muskają jej nad­gar­stek wsparty na porę­czy bal­konu.

Poru­szył ustami, wypo­wia­da­jąc bez­gło­śne "prze­pra­szam". Poki­wała lekko głową, jed­nak usta wciąż miała zaci­śnięte.

Przez chwilę mil­czeli.

Księ­ży­cowa łuna nie­śmiało rzu­cała na nich świa­tło zza kłę­bia­stych chmur. May­beth zwró­ciła głowę w stronę męż­czy­zny sku­pio­nego na jakimś punk­cie za murami. Cała ta gra świa­tła spra­wiła, że Henry był bled­szy niż zazwy­czaj, a jego włosy poły­ski­wały w nie­na­tu­ralny spo­sób. Jakby były ciem­niej­sze. Wciąż nie mie­ściło jej się w gło­wie, że szaty i przy­zwy­cza­je­nia mogą tak skrzęt­nie ukryć czło­wieka.

Henry opo­wie­dział jej, jak to wszystko prze­bie­gło. Jak jego ojciec zna­lazł go gdzieś na gra­nicy Reedial... Wszystko się zga­dzało. With­mo­ore'owie praw­do­po­dob­nie nie wie­dzieli, że ich poto­mek prze­żył.

May­beth zasta­na­wiała się, który z nich był star­szy. Ale­xan­der czy Henry?

- A co, jeśli on żyje? - zapy­tał nagle Henry.

Dziew­czyna nie mogła powstrzy­mać par­sk­nię­cia, jed­nak szybko zorien­to­wała się, że to nie­ko­niecz­nie był żart.

- Żyje? Czemu nagle przy­szło ci to do głowy? - dopy­ty­wała, choć sama nie­raz przy­ła­py­wała się na podob­nych myślach.

Henry wyko­nał w powie­trzu nie­okre­ślony ruch ręką.

- Na­dal nie było pogrzebu. A nasi ludzie potwier­dzają, że ni­gdzie nie ma jego ciała.

- Mogli go nie zna­leźć. Zresztą, Henry, nawet jeśli Ale­xan­der by żył, to co miałby robić? I gdzie?

Cyta­dela.

Może wła­śnie tam się ukrył? Choć to nie miało sensu, w jakiś spo­sób dawało May­beth do myśle­nia. Cyta­dela. Która cyta­dela? Na tere­nie Array było ich kil­ka­na­ście, nie­które z nich pamię­tały jesz­cze czasy sta­ro­żyt­nych przod­ków.

Cyta­dela.

Zapo­mniała o niej i o tych gorącz­ko­wych sło­wach, które Ale­xan­der skie­ro­wał do niej tam­tej nocy, ale nie mogła się za to winić. W obli­czu wojny nie to było istotne...

Książę mówił jej też o swoim marze­niu - o pań­stwie bez korony.

- Henry, a co, jeżeli on uciekł? - zapy­tała szybko.

Spoj­rzał na nią roz­ko­ja­rzony, jakby wła­śnie mu prze­rwała.

- Co? May, słu­cha­łaś mnie w ogóle? - Pokrę­ciła nie­znacz­nie głową, nie odry­wa­jąc od niego wzroku. Wypu­ścił powie­trze. - Mówisz, że uciekł?

- Nie, to tylko gdy­ba­nie. Co o tym myślisz?

- Cóż... Jest to praw­do­po­dobne, ale... sądził­bym raczej, że to król coś uknuł.

- Nie - odpo­wie­działa natych­miast. - Edward nie upo­zo­ro­wałby śmierci swo­jego następcy.

- Ma jesz­cze paru innych. - Wes­tchnął, a mię­śnie na jego ramio­nach nieco się napięły.

- Henry, dobrze wiesz, że nikt nie zastąpi Ale­xan­dra - oznaj­miła z naci­skiem, na co ura­żony męż­czy­zna zmarsz­czył brwi. - Żeby wywo­łać wojnę, mógłby posą­dzić nas o zabi­cie któ­re­go­kol­wiek z nich. Ale Edwar­dowi koń­czy się kaden­cja, więc scho­wa­nie Ale­xan­dra na resztę życia byłoby nie­zwy­kle głu­pie.

- Znasz ich. Nie­długo mogą go wycią­gnąć z jakiejś uda­wa­nej nie­woli albo cudem odna­leźć w lesie - rzu­cił, a ona ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że potrafi z łatwo­ścią ukró­cić każde jej przy­pusz­cze­nie.

Ode­tchnęła z iry­ta­cją. To brzmiało sen­sow­nie, ale... ci ban­dyci, ten spło­szony koń... wszyst­kie podej­rze­nia rzu­cane przez Reedial...

- Myślę, że jed­nak coś się stało - upie­rała się May­beth. - Dam sobie rękę uciąć, że Edward nie panuje nad tą sytu­acją.

- Czyli... czyli mogą go jesz­cze szu­kać. - Henry wło­żył ręce do kie­szeni. - Jeżeli twoja teo­ria jest praw­dziwa.

- Tak, szu­kają go. I dla­tego to my musimy odna­leźć go jako pierwsi.

Rozdział 3

3

Wiro­wała na par­kie­cie razem z wie­loma innymi kobie­tami i mło­dymi męż­czy­znami. Tra­fił jej się wyjąt­kowo uta­len­to­wany part­ner, więc dopóki cała grupa nie doszła do oddziel­nych sekwen­cji, May­beth nie musiała się sku­piać na kro­kach. Bru­net bar­dzo dobrze ją pro­wa­dził, a ona po pro­stu koły­sała się w rytm, który nada­wał.

Trzy razy w roku, przed uro­dzi­nami kogoś z rodziny kró­lew­skiej, odby­wały się lek­cje tańca dostępne rów­nież dla pała­co­wego per­so­nelu. Mogła przy­pusz­czać, że tań­czy z jed­nym z gwar­dzi­stów. Ale nie to ją teraz zaj­mo­wało.

Z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na koniec zajęć. Wska­zówki zegara poru­szały się dzi­siaj bar­dzo mozol­nie. Dodat­kowo od rana nie widziała się z matką. Nie mogła jej ni­gdzie zna­leźć, a chciała jako pierw­sza zło­żyć jej życze­nia. Zwa­żyw­szy na godzinę, na pewno już ktoś ją ubiegł.

Kiedy Henry wczo­raj wycho­dził, przy­tu­lił ją na poże­gna­nie i pro­sił, aby się wyspała. I osta­tecz­nie chyba zasnęła, ale wcze­śniej długo myślała o Ale­xan­drze. O tym, co by było, gdyby jed­nak żył. Gdzie mógł być i co tam robić. Czy skrywa się w jakiejś cyta­deli? A jeśli tak, to po co? Bała się kolej­nej intrygi, jed­nak instynkt pod­po­wia­dał jej, że jeśli Ale­xan­der żyje, to naprawdę nie ma kon­taktu z ojcem.

A może jed­nak coś knuł?

Na znak mistrza part­nerki opu­ściły part­ne­rów, a ci usu­nęli się z gra­cją pod ściany. Kobiety usta­wiły się w kilku rzę­dach, z May­beth na prze­dzie, i odtań­czyły kilka nie­zbyt skom­pli­ko­wa­nych, ale wido­wi­sko­wych tak­tów. Następ­nie dygnęły dys­tyn­go­wa­nie, a ich nauczy­ciel skoń­czył odli­cza­nie.

- Dzię­kuję, że przy­by­li­ście na zaję­cia. Wszy­scy spi­sa­li­ście się zna­ko­mi­cie. Do zoba­cze­nia za trzy mie­siące. - Ukło­nił się nisko, a inni odpo­wie­dzieli tym samym.

Kilka dziew­cząt odna­la­zło wzro­kiem swo­ich part­ne­rów, a kilka innych wpa­try­wało się w May­beth. Czuła ich spoj­rze­nia na karku i nie dzi­wiła się im. Był to czas, kiedy stały w jed­nym sze­regu z samą kró­lewną. Na par­kie­cie prze­cież każdy był równy.

Pode­szła do stołu z napo­jami, a gdy już zaspo­ko­iła pra­gnie­nie i poroz­ma­wiała z paroma oso­bami, udała się do odpo­wied­niego gabi­netu. Drzwi aku­rat się zamy­kały, a straż­nik wcale nie usu­nął się z drogi, kiedy pró­bo­wała dostać się do środka. Spoj­rzała na niego pyta­jąco.

- Przy­kro mi, ale król zaka­zał wstępu Jej Wyso­ko­ści.

Zaci­snęła szczękę. To zabo­lało bar­dziej niż jego ostat­nie dzia­ła­nia. Dzi­siaj nawet nie wyzna­czył jej żad­nego zaję­cia, które mogłoby być pre­tek­stem do odsu­nię­cia jej od udziału w spo­tka­niu.

Mimo to nie dała po sobie poznać zawodu.

- Czy Jego Wyso­kość podał powód? - zapy­tała uprzej­mie, patrząc męż­czyź­nie w oczy.

Widziała, że nie czuł się kom­for­towo, odma­wia­jąc jej cze­go­kol­wiek. Stał mię­dzy mło­tem a kowa­dłem. Mię­dzy córką a ojcem.

- Pro­szę wyba­czyć, ale wyja­śnie­nia nie należą do moich obo­wiąz­ków.

Poki­wała wolno głową, nie­prze­ko­nana.

W jakim celu ojciec naj­pierw infor­mo­wał ją o tej spra­wie, a potem zabra­niał jakie­go­kol­wiek dzia­ła­nia? Nie potra­fiła nie winić za to Ale­xan­dra. Gdyby ten bal poto­czył się ina­czej...

- W porządku. Gdy tylko spo­tka­nie dobie­gnie końca, pro­szę powia­do­mić króla, że córka chcia­łaby z nim poroz­ma­wiać.

Odwró­ciła się na pię­cie i zatrzy­mała przy jed­nym z nie­wiel­kich okien z wido­kiem na ogród. Uchy­liła je nieco.

Piraci...

Czemu musieli zaata­ko­wać aku­rat teraz? Czemu przy­pa­dek mógł tak bar­dzo zawa­żyć na życiu tysięcy ludzi? Prze­cież ci, któ­rzy zgi­nęli na statku, byli jak kamień cią­gnący na dno całe rze­sze osób. Array zosta­nie posą­dzone o prze­ku­pie­nie pira­tów i sabo­to­wa­nie ukła­dów han­dlo­wych.

Jej mama będzie miała wprost cudowne uro­dziny. Poprzed­nim razem z oka­zji tego dnia wybrali się na krótki rejs. Stwórca jeden wie, jak on by się skoń­czył w tym roku.

To wszystko zaczy­nało ją prze­ra­stać. Potra­fiła sobie dosko­nale pora­dzić w każ­dej sytu­acji, o ile wciąż buzo­wały w niej emo­cje. Teraz jed­nak, kiedy umysł zaczy­nał wszystko spo­koj­nie prze­tra­wiać, rozu­miała, że zna­leźli się w wyjąt­kowo nie­bez­piecz­nej sytu­acji. A ona nie mogła nic zro­bić. Nie­na­wi­dziła tego mar­no­tra­wie­nia czasu. Pozo­sta­wiono ją samą z jej myślami.

Chciała poroz­ma­wiać z Nicole, lecz ta ostat­nio była bar­dzo zajęta. Być może przy­dzie­lono ją do roz­dzie­la­nia żyw­no­ści poszcze­gól­nym oddzia­łom. Woj­sko musiało być w goto­wo­ści.

May­beth potarła nasadę nosa, pró­bu­jąc wymy­ślić sobie jakieś zaję­cie, które odcią­gnie ją od roz­my­śla­nia o nie­spra­wie­dli­wo­ści, jakiej doświad­czała, a przede wszyst­kim o Ale­xan­drze.

Naraz przy­szło jej coś do głowy i udała się po mapę do biblio­teki, jed­nak ta była zamknięta. Biblio­te­ka­rza nie było w środku, a ona mimo wyso­kiego sta­no­wi­ska nie mogła tam wejść pod jego nie­obec­ność. Zresztą i tak niczego by nie odna­la­zła bez jego pomocy.

- Szlag - wyrwało jej się.

Usia­dła na jed­nej z kanap i cze­kała, obser­wu­jąc krę­cącą się służbę.

Przez chwilę roz­wa­żała wtar­gnię­cie na obrady. Prze­cież prze­pusz­czą roz­ju­szoną córkę króla, prawda?

Po kwa­dran­sie ktoś przy­szedł ją powia­do­mić, że spo­tka­nie się prze­dłuży, a król prosi, aby wybrała kwiaty na dzi­siej­szy wie­czór. Kwiaty. Pod­czas gdy oni będą dys­ku­to­wać na temat pira­tów i wojny, ona miała wybie­rać kwiaty.

Poczuła, że zaczyna ją boleć głowa. Miała już dość.

Wyszła na zewnątrz i dosia­dła konia, a następ­nie pognała na pola, do nie­wiel­kiego stawu. Tam spę­dziła parę godzin, dopóki nie wysłano po nią kogoś ze służby.

Na szczę­ście była już gotowa psy­chicz­nie na spo­tka­nie z ojcem. Wie­działa, jak je popro­wa­dzi. I jak go prze­kona. Roz­mowa jed­nak musiała zacze­kać do roz­po­czę­cia balu, bo król wła­śnie się na niego szy­ko­wał. Ona rów­nież. Sta­rała się zacho­wać spo­kój.

Słu­żące uwi­jały się wokół niej i już po godzi­nie była pra­wie gotowa na bal. Aku­rat dobie­rały biżu­te­rię, kiedy przez uchy­lone drzwi kom­naty dostrze­gła kró­lową. Dło­nią dała służ­kom znak, aby na moment się od niej odsu­nęły, a sama wybie­gła na zewnątrz.

- Mamo! - zawo­łała cicho i z zasko­cze­niem zano­to­wała obec­ność Nicole u boku kró­lo­wej.

Szły kory­ta­rzami i wyglą­dało na to, że dobrze im w swoim towa­rzy­stwie. Słu­żąca zawsze była bli­sko z rodziną kró­lew­ską, mimo wszystko był to rzadki widok. Pozdro­wiła dziew­czynę ski­nie­niem głowy, gdy ją spo­strze­gła.

Kró­lowa odwró­ciła się przez ramię i uśmiech­nęła sze­rzej, kiedy zoba­czyła córkę. Dziew­czyna przy­tu­liła ją, co nie było łatwe przez obszerne suk­nie.

- Mamo, wszyst­kiego naj­lep­szego. Prze­pra­szam, że wcze­śniej do cie­bie nie przy­szłam, ale nie mogłam cię zna­leźć - powie­działa prędko, gdy się od sie­bie odsu­nęły.

Kró­lowa wyglą­dała na bar­dzo pogodną, mimo to jej czoło prze­ci­nała zmarszczka zmar­twie­nia. May­beth nie mogła się temu dzi­wić.

- Cóż, w takim razie dobrze się ukry­łam. - Kró­lowa zaśmiała się dźwięcz­nie. - Mia­łam dużo spraw na gło­wie, ale... zdaje się, że ty też mia­łaś co robić?

May­beth wypro­sto­wała się lekko.

- Nie zosta­łam wpusz­czona na spo­tka­nie.

Gdyby nie znała matki całe życie, nie zauwa­ży­łaby, że ta jest teraz zasko­czona.

- Nie wpusz­czono cię? Aku­rat dzi­siaj? - Pokrę­ciła głową.

- Prze­cież przez ostat­nie dni też robi­li­ście wszystko, abym w niczym nie uczest­ni­czyła - odrze­kła dziew­czyna.

Zmarszczka na czole matki się pogłę­biła.

- May­beth, musisz zaufać ojcu - powie­działa twardo. - Taki był zamysł, przy­naj­mniej dopóki sprawy się nie wykla­rują.

- Czyli dopóki nie roz­pocz­nie się wojna i nie prze­gramy?

- May­beth, nie tym tonem! - huk­nęła kró­lowa i wypu­ściła wolno powie­trze. - Dobrze, chodź do mojego gabi­netu. Nie będziemy tutaj roz­ma­wiać.

Poło­żyła dłoń na ramie­niu Nicole. Kobiety uśmiech­nęły się do sie­bie blado, a następ­nie się roze­szły. May­beth posłusz­nie szła krok w krok za matką.

Drzwi skrzyp­nęły lekko pod naci­skiem dłoni dziew­czyny, po czym się zamknęły. Oby­dwie kobiety zasia­dły na fote­lach naprze­ciwko sie­bie. May­beth nie odwa­żyła się pod­nieść wzroku, ale sie­działa wypro­sto­wana. Nie chciała ura­zić matki aku­rat w jej uro­dziny. Prze­cież i tak miała już wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów na gło­wie.

Kró­lowa ner­wowo bęb­niła pal­cami w obi­cie fotela.

- Posłu­chaj - zaczęła. - Nie chcę teraz tłu­ma­czyć postę­po­wa­nia two­jego ojca...

- Ale ja potrze­buję wyja­śnień! - prze­rwała kró­lewna bła­gal­nym gło­sem. - Odsu­nę­li­ście mnie od wszyst­kiego w tak waż­nej chwili.

- Wła­śnie dla­tego, że jest to tak ważny moment, odsu­nę­li­śmy cię od tego. Ale dzi­siaj wyjąt­kowo mia­łaś być na radzie. Dla­tego Henry do cie­bie przy­szedł...

- Więc dla­czego osta­tecz­nie mnie nie wpusz­czono?

- Cóż, sądzi­łam, że udało mi się prze­ko­nać War­re­nusa... - Kró­lowa popra­wiła się na fotelu, jakby temat oka­zał się dla niej nie­wy­godny. - Wczo­raj do późna roz­ma­wia­li­śmy... Naj­wi­docz­niej twój ojciec zmie­nił zda­nie. - May­beth na­dal nic nie rozu­miała, więc cze­kała po pro­stu, aż matka wszystko jej wyja­śni. - Widzisz, May, dzi­siej­sze spo­tka­nie miało doty­czyć bez­po­śred­nio cie­bie.

- Mnie? - Aż się zachły­snęła.

Czemu mia­łaby figu­ro­wać na liście tema­tów do omó­wie­nia zaraz po ataku pira­tów?

- Tak. Bar­dzo mi zale­żało, abyś zabrała głos.

- Mamo, pro­szę, powiedz mi po pro­stu, o co cho­dzi - rze­kła cicho May­beth, sku­biąc przej­rzy­sty rękaw sukni.

Matka odsu­nęła z twa­rzy poje­dyn­czy lok.

- O mał­żeń­stwo.

Dziew­czyna poczuła się, jakby wylano na nią beczkę gorą­cej wody. Na początku uznała, że na pewno się prze­sły­szała, ale widząc minę matki, odsu­nęła od sie­bie tę głu­pią nadzieję.

- Z kim? - zapy­tała natych­miast. - Prze­cież Ale­xan­der nie żyje.

Sama zaczęła się zasta­na­wiać, dla­czego aku­rat Ale­xan­der jako pierw­szy przy­szedł jej na myśl. Spło­nęła rumień­cem.

- Nie znasz go. Jego pań­stwo nie należy do Paktu.

Zawi­ro­wało jej w gło­wie.

- Czy to nie jest łama­nie prawa?

Zła­mane prawo. Zamiast zapy­tać o imię tego męż­czy­zny, zasta­na­wia się nad zała­ma­nym pra­wem.

Przy­ło­żyła rękę do piersi, by spraw­dzić, czy serce jesz­cze tam jest.

- Nie jest, jeżeli robimy to dla dobra ogółu. Pocho­dzi z Paer­le­tanu, więc...

- Paer­le­tanu? - mruk­nęła z nie­do­wie­rza­niem.

Prze­cież dotar­cie tam zaję­łoby dłu­żej niż obje­cha­nie trzech sto­lic Paktu. Prze­cież to pań­stwo leży za...

Za morzem.

Aż poki­wała głową z uda­wa­nym uzna­niem.

- ...w tej sytu­acji cho­dzi o ochronę tere­nów wod­nych. Piraci plą­drują, co się da...

May­beth pode­rwała się z miej­sca i oparła o fotel.

- Czyli wczo­raj­szy atak nie był pierw­szy?

- Nie, oni...

- Czemu... czemu Henry mi nie powie­dział? - spy­tała bar­dziej samą sie­bie.

- Kocha­nie, Henry nie uczest­ni­czył we wszyst­kich radach, tak jak jego ojciec. Nie możemy sobie na to pozwo­lić, odkąd dowie­dzie­li­śmy się o jego... pocho­dze­niu.

- Prze­cież jest lojalny! - huk­nęła. - On ni­gdy by...

Kró­lowa unio­sła dłoń i pochy­liła głowę.

- Nie wiesz tego.

May­beth się pod­dała. Opa­dła na para­pet.

- A ten... ten książę z Paer­le­tanu...

- Król - popra­wiła. - Król Rha­miel.

- Niech mu będzie Rha­miel. - Mach­nęła ręką. Nie obcho­dziła jej teraz dwor­ska ety­kieta. Nie zaprzą­tała też sobie głowy histo­rią paer­le­tań­skich wład­ców, którą prze­cież znała. - Dla­czego aku­rat on?

- Mają silne pań­stwo i silne floty. Razem obro­nimy tereny mor­skie, a jeżeli wszystko pój­dzie po naszej myśli, Paer­le­tan dołą­czy do Paktu jako pań­stwo dru­giego rzędu. Nie­stety to też zde­gra­duje nas, ale... ale musimy jakoś wal­czyć... May­beth, wiedz, że mój plan od początku wyglą­dał zupeł­nie ina­czej i cała ta sytu­acja może nas zgu­bić, ale nie możemy się pod­dać. Jeśli Reedial i Edgerra ogło­szą dzia­ła­nia sabo­ta­żowe albo, oby nie, znajdą ciało Ale­xan­dra i ogło­szą, że to zabój­stwo, roz­pęta się wojna, o czym dobrze wiesz. W takiej sytu­acji nie możemy liczyć na to, że połą­czymy cię z kimś z Paktu... A dzięki obro­nie morza nie zerwiemy trak­tów han­dlo­wych. Dodat­kowo wysła­li­śmy już Edwar­dowi odszko­do­wa­nie, bo jego pod­dani zgi­nęli na naszych wodach.

Kró­lowa mówiła łagod­nie, ale momen­tami wyka­zy­wała się żar­li­wo­ścią. May­beth słu­chała w sku­pie­niu, igno­ru­jąc pul­su­jący ból głowy. Kiedy Dio­nysa skoń­czyła, dziew­czyna bez pyta­nia ruszyła w stronę wyj­ścia. Wie­działa, że matka to zro­zu­mie.

Zatrzy­mała się jed­nak w poło­wie drogi.

- Kiedy mie­li­by­śmy to z nim uzgod­nić? - zapy­tała.

- Na obcho­dach dwu­dzie­sto­le­cia utwo­rze­nia Wiel­kiego Paktu - odpo­wie­działa kró­lowa tonem, który suge­ro­wał, że wyma­wiała całe to zda­nie dzie­siątki razy.

Brwi May­beth powę­dro­wały wysoko na czoło.

- Obchody się odbędą?

- Tak, May­beth, jak co roku. Edward raczej nie spie­szy się z wojną, widać cie­szy go nasza nie­pew­ność. - Wes­tchnęła ze świ­stem. - Są pewne wyda­rze­nia, któ­rych przez wzgląd na układy i naszych pod­da­nych... cóż, głów­nie jed­nak przez wzgląd na układy, nie możemy odwo­łać. Dobrze o tym wiesz.

- To nie ma sensu, mamo - mruk­nęła. - Mariaż, nie obchody - dodała pospiesz­nie. - Tylko tym namie­szamy.

- May­beth...

- Nie - prze­rwała jej poważ­nym tonem. - Prze­każ to, pro­szę, ojcu. Jeśli się nie zgo­dzi, sama zwo­łam radę i przed­sta­wię wszyst­kie aspekty tego planu.

- Oczy­wi­ście, poroz­ma­wiam z nim - odrze­kła matka spo­koj­nie, z uśmie­chem. Jakby cho­dziło o ude­ko­ro­wa­nie salonu, a nie o wojnę. I jakby wie­działa, że ma rację. - Ale jeśli Ale­xan­der się nie znaj­dzie, oni jako jedyni będą mogli pomóc nam w wygra­niu wojny.

Ręka May­beth zawi­sła nad klamką. Kró­lewna miała ochotę zakląć. Ude­rzyć w ścianę albo trza­snąć drzwiami, jed­nak ogra­ni­czyła się tylko do sze­ro­kiego uśmie­chu.

- Znaj­dzie się.

Wyszła, deli­kat­nie cią­gnąc za sobą skrzy­dło drzwi.

Rozdział 4

4

Był wcze­sny wie­czór, ale jak dotąd pano­wała jasność. Na dwo­rze raz po raz zawie­wał chłodny wiatr, jakby jesz­cze pró­bo­wał wal­czyć z wio­sną.

Con­rad nie chciał się ruszać, aby nie otwo­rzyć na nowo ran. Zresztą nawet nie musiał pod­cho­dzić do okna, by wie­dzieć, co za nim zoba­czy.

Zza tych nie­po­zor­nych szyb wyzie­rało pie­kło. To dla­tego było tak jasno. Ogień tra­wił kolejne pod­ło­żone szczapy, książki i tka­niny. Pod­dani krzy­czeli, jakby rów­nież byli lizani przez pło­mie­nie.

To był ten głód żar­li­wo­ści, o któ­rym mówił jego ojciec. Jaki był sekret potęgi tego pań­stwa? Silna ręka i okru­cień­stwo. Gdyby nie to, wszy­scy by upa­dli. Wszy­scy, łącz­nie z tymi ludźmi. Bo w Reedial od dawna nie było publicz­nych biblio­tek, muzeów i szkół. Wykształ­ce­nie zapew­niano tylko tym, któ­rzy tego bez­sprzecz­nie potrze­bo­wali do peł­nie­nia rzą­dów. Dla­tego palono księgi, któ­rych pod­dani nawet nie potra­fili prze­czy­tać. Bo po co im one?

Ci ludzie wywę­szyli szy­ku­jące się wyda­rze­nia. Chcieli wię­cej. Chcieli cze­goś, co ich zaj­mie, co odwróci ich uwagę od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. Chcieli wojny. Cze­goś, co poprawi ich byt.

Con­rad nie potra­fił im tego zapew­nić. Ni­gdy nawet nie zamie­rzał. Zawsze pozo­sta­wiał tę kwe­stię Ale­xan­drowi. To on się szko­lił w braku lito­ści i tych wszyst­kich zagra­niach, które jego młod­szemu bratu nie mie­ściły się w gło­wie. Jak można psy­chicz­nie nakar­mić tłum? Jak można ich nakar­mić i nie rzu­cić przy tym na pożar­cie samego sie­bie?

Con­rad już rozu­miał plany i zamiary ojca, jed­nak nie był w sta­nie im spro­stać. Mimo tor­tur i kolej­nych blizn. Nie mógł tego zro­bić. Nawet gdyby się temu nie opie­rał.

Przez te dni zdą­żył szcze­rze znie­na­wi­dzić swo­jego brata.

Ojciec już dwa tygo­dnie temu zaczął podej­rze­wać, że Ale­xan­der jed­nak żyje, tylko zbiegł.

Brawo, bra­ciszku, mądre posu­nię­cie.

Zasta­na­wiał się zara­zem, jak długo brat to pla­no­wał. A może go porwano? Tylko po co? Zresztą Ale­xan­der nie był na tyle głupi, by dać się upro­wa­dzić.

Con­rad poprzy­siągł sobie, że jeśli jego brat się odnaj­dzie, to sam go zabije. Naj­pierw jego, a potem sie­bie. Tym­cza­sem - póki ist­niał choć cień szansy, że go odnajdą - musiał cier­pli­wie cze­kać. Nie potra­fił zakoń­czyć swo­jego życia bez uprzed­niej zemsty.

Potarł ręką czoło.

Jego ojciec nie chciał być kró­lem. Sam mu o tym powie­dział. Gdyby jed­nak nie on, to pań­stwo by nie ist­niało. Ci ludzie, mimo Paktu, nie zna­leź­liby schro­nie­nia ni­gdzie indziej. Zosta­liby poj­mani, wzięci do nie­woli, zanim uda­łoby im się ukryć. Zapa­no­wa­łoby bez­kró­le­wie, bo tak naprawdę nikt nie był w sta­nie zastą­pić With­mo­ore'ów. A jed­nak znaj­do­wali się sza­leńcy, któ­rzy myśleli ina­czej.

Czy to wszystko wska­zuje na to, że Edward tak naprawdę chciał ura­to­wać Reedial?

Con­rad wstał z wiel­kim tru­dem, pod­szedł do okna i oparł się o ścianę.

Patrzył na te wszyst­kie pło­nące stosy, a blask pło­mieni lśnił w jego sre­brzy­stych tęczów­kach.

***

Obser­wo­wał wła­śnie kolejne pło­nące ogni­sko, kiedy słu­żący przy­niósł mu raport. Con­rad się­gnął po niego zaban­da­żo­waną dło­nią i odpra­wił męż­czy­znę. Ni­gdy nie chciał zaj­mo­wać się poli­tyką, musiał jed­nak wyko­ny­wać roz­kazy ojca. Mógł robić to lub wal­czyć o życie w naj­bied­niej­szej dziel­nicy. A dla niego nie ist­niało chyba nic gor­szego od biedy. Nie mógłby wtedy robić tego, co kochał.

Ojciec odcho­dził powoli od ucze­nia go swo­imi meto­dami. Teraz go prze­ku­py­wał, jed­no­cze­śnie dając do zro­zu­mie­nia, że to on roz­daje karty. Con­ra­dowi zde­cy­do­wa­nie bar­dziej to odpo­wia­dało, mimo że rany, które już odniósł, miały ni­gdy nie znik­nąć. Zasta­na­wiał się zara­zem, czy Ale­xan­der od początku był taki posłuszny, czy ojciec jego też wyszko­lił.

Cho­ciaż w kwe­stii Ale­xan­dra nie można już było mówić o posłu­szeń­stwie.

Edward zakoń­czył jego poszu­ki­wa­nia na tere­nie Reedial i Edgerry. Teraz pozo­stało mu tylko Array, które od początku podej­rze­wał. Con­rad cze­kał, aż ojciec znaj­dzie jakie­goś haka na sąsia­dów.

To wszystko trwało za długo. Nie­ła­two było prze­cież pla­no­wać wojnę, szu­kać następcy tronu i rzą­dzić roz­ju­szo­nym ludem.

Con­rad odwi­nął per­ga­min i zaczął czy­tać. A kiedy skoń­czył, rzu­cił go na pod­łogę.

Na zacho­dzie wybu­chła zaraza. Jeden straż­nik był świad­kiem pale­nia cho­rych.

Kolejne prze­klęte ogni­ska.

Mimo bólu książę wypadł na kory­tarz. Nie­chcący popchnął przy tym na ścianę jakąś słu­żącą. Mijani ludzie patrzyli na niego nie­przy­chyl­nie, bo prze­cież przez ostat­nie tygo­dnie nie poka­zy­wał się publicz­nie. Szedł kory­tarzami, które mimo że dobrze znane, wyda­wały mu się bar­dzo odle­głe. Odno­sił wra­że­nie, jakby to wszystko w rze­czy­wi­sto­ści nie nale­żało do niego.

A może naprawdę tak było?

Syk­nął z bólu, gdy otarł się przy­pad­kiem o jakąś rzeźbę.

- Nie­które rany na­dal krwa­wią, prawda, Wasza Wyso­kość? - Po jego lewej stro­nie roz­legł się kobiecy głos.

Spoj­rzał tam i ze zdzi­wie­niem stwier­dził, że stoi przed nim Cle­men­tina de Rimair, przy­odziana w pur­purę. Ta, z którą Ale­xan­der wymy­kał się z obrad.

Żaden z braci nie miał wąt­pli­wo­ści co do tego, czym się zaj­mo­wali pod­czas tych spo­tkań.

Ukło­nił się, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać bólu, który mu doku­czał.

- A nie­które bli­zny są na­dal widoczne - odparł, patrząc jej w oczy. - Jest pani w żało­bie?

Cle­men­tina ukryła twarz za wachla­rzem. Nie­na­wi­dził zacho­wań dam na dwo­rach, jed­nak ona miała w sobie coś, co go intry­go­wało. Może cho­dziło o jej maniery, a może o figurę. Nie miał czasu, by się nad tym zasta­na­wiać.

- A Wasza Wyso­kość nie? Cały naród jest w żało­bie.

Uśmiech­nął się słabo.

- Jesz­cze nie jest to wyma­gane.

- Cóż za róż­nica, czy znaj­dzie­cie go roz­szar­pa­nego w jakimś lochu czy powie­szo­nego na drze­wie? - Zgro­miła go nie­przy­chyl­nym spoj­rze­niem spod rzęs. Wście­kle zamknęła wachlarz. - Umarł - dodała, jakby to było oczy­wi­ste.

Ach, jakże ona była głu­pia! Nie rozu­miał kobiet, dla­tego nie chciał się z żadną wią­zać. Wystar­czyły mu krót­kie wizyty w tawer­nach. Nie miał też ochoty na pocie­sza­nie Cle­men­tiny.

- Poszu­ki­wa­nia są w toku - odparł ofi­cjal­nie. - A tym­cza­sem muszę panią prze­pro­sić, spie­szę się.

Ponow­nie się ukło­nił i odda­lił, czu­jąc na ple­cach jej wzrok. Zupeł­nie jakby była w sta­nie dostrzec podłużne bli­zny na jego bar­kach.

- Króla nie ma - powie­działa nagle, gdy pla­no­wał wejść do klatki scho­do­wej. Obró­cił się wolno. Na jej twa­rzy wykwitł uśmiech satys­fak­cji. - Minę­łam się z nim. Wyje­chał. - Con­rad nie­znacz­nie napiął mię­śnie. - I nie, Wasza Wyso­kość, nie wyje­chał z naj­bliż­szymi ludźmi - dodała, uprze­dza­jąc jego pyta­nie. Może jed­nak nie była aż tak głu­pia. - Zabrał przy­pad­ko­wych ofi­ce­rów. Do widze­nia, Con­radzie. - Dygnęła głę­boko, posy­ła­jąc mu krótki uśmiech, i wyszła na bal­kon.

Con­rad nie dał po sobie poznać zmie­sza­nia, że zwró­ciła się do niego po imie­niu. Zaci­snął tylko pię­ści i zszedł pię­tro niżej.

Rozdział 5

5

Z nie­wiel­kiego bal­konu May­beth obser­wo­wała słu­żą­cych ukła­da­ją­cych kwiaty w róż­nych zaka­mar­kach głów­nej sali. Tron kró­lo­wej ude­ko­ro­wano w dwój­na­sób, aby od razu było widać, do kogo należy ten dzień.

Czter­dzie­ste pierw­sze uro­dziny kró­lo­wej Array.

Nicole uśmie­chała się wesoło i co jakiś czas dawała sygnał kobie­tom na dole, by zmie­niły poło­że­nie nie­któ­rych wią­za­nek. May­beth zer­kała na nią kątem oka.

Spo­dzie­wała się, że z natury entu­zja­styczna Nicole będzie pro­mie­nio­wała szczę­ściem na wieść o ślu­bie z kró­lem Rha­mie­lem, jed­nak ona nie wyglą­dała nawet na zado­wo­loną. Prze­cież dziew­czyna pamię­tała jej pod­eks­cy­to­wa­nie, kiedy miała poje­chać na bal z Ale­xan­drem. Bal. A teraz cho­dziło o mał­żeń­stwo. Jeżeli Nicole tak bar­dzo chciała wyswa­tać swoją pod­opieczną, czemu nie cie­szyła się z nada­rza­ją­cej się oka­zji? Nie było wszak powodu, by darzyła Ale­xan­dra więk­szą sym­pa­tią niż Rha­miela.

Kró­lowa też nie wyglą­dała na usa­tys­fak­cjo­no­waną. To dobrze, bo serce May­beth wprost pła­kało w środku. Bolała ją każda myśl o tym czło­wieku, zupeł­nie jakby jej serce krwa­wiło w bar­dzo oso­bliwy spo­sób. Jakby krwa­wiło łzami, które wylała, gdy tylko opu­ściła progi mat­czy­nego gabi­netu.

Teraz jed­nak zało­żyła maskę obo­jęt­no­ści i uprzej­mo­ści. Nie zamie­rzała jej zdej­mo­wać aż do czasu zakoń­cze­nia uro­czy­sto­ści.

Nie chciała też widzieć się dzi­siaj z Hen­rym. Ani dzi­siaj, ani jutro. Może nie zoba­czy go już ni­gdy. Och, jak naiwna była, gdy obda­rzyła go uczu­ciem.

Nie, nie... nie mogła tak myśleć. Prze­cież na jej mał­żeń­stwie świat się nie koń­czył. Był jesz­cze Ale­xan­der, któ­rego nale­żało odna­leźć. I miała zamiar to zro­bić, choćby nawet nosiła już pod ser­cem dziecko tego męż­czy­zny. Jej przy­szłego męża...

Dotknęła gorącą dło­nią czoła. Miała wra­że­nie, że postra­dała zmy­sły. Gdzie się podziało jej logiczne myśle­nie? Miała jesz­cze czas, dużo czasu, nie mogła się tak zamy­kać w sobie i sza­rej przy­szło­ści. Wszystko mogło ulec zmia­nie, to był tylko paniczny akt, któ­rym rodzice chcieli napra­wić to, co zepsuli With­mo­ore'owie. A do czasu obcho­dów w Hadrie­nie tyle rze­czy mogło ulec zmia­nie...

Oczy­wi­ście była gotowa na aran­żo­wane mał­żeń­stwo, ale od jakie­goś czasu żyła w prze­ko­na­niu, że jej mężem zosta­nie ktoś... z Reedial. Na przy­kład Ale­xan­der. Byłoby to dla niej znacz­nie łatwiej­sze, mimo tej nie­na­wi­ści, którą odczu­wała jesz­cze parę mie­sięcy temu. Dziw­nie było żyć w świe­cie, w któ­rym go nie było. Nawet jeśli źle postę­po­wał. Sły­szała o nim i widy­wała się z nim, odkąd sięga pamię­cią, a zapewne nawet wcze­śniej. A teraz po pro­stu zamie­ciono go pod dywan, wypy­cha­jąc kurz z dru­giej strony. Kurz w postaci wojny.

Bar­dziej przy­pusz­czała, że to on wypo­wie jej wojnę, kiedy już zasiądą na tro­nach. Czy jed­nak nie zro­bił cze­goś toż­sa­mego?

- Co myślisz o królu Rha­mielu? - zapy­tała cicho, kiedy spo­strze­gła, że Nicole od dłuż­szego czasu nie zważa na ruch służby na dole.

Słu­żąca spra­wiała wra­że­nie wytrą­co­nej z zamy­śle­nia. Więc oby­dwie pochło­nęły roz­wa­ża­nia o przy­szło­ści.

- Nie znam go.

- Nie wyglą­dasz na zado­wo­loną. Czyż nie tego zawsze chcia­łaś?

Kobieta spoj­rzała na nią, jakby jej pod­opieczna popa­dła w obłęd.

- Panienka tego nie zro­zu­mie - ucięła, marsz­cząc brwi.

May­beth ski­nęła głową. Jeśli miała tego nie rozu­mieć, nawet nie zamie­rzała słu­chać. Nie dzi­siaj. Za dużo zmian zaszło w jej życiu w ciągu tego mie­siąca.

Nicole wychy­liła się przez bal­kon, a ona zro­biła to samo. Cała służba gdzieś znik­nęła, pozo­sta­wiw­szy po sobie zapa­lone świece pod skle­pie­niami przy kolum­nach. Bal uro­dzi­nowy miał się wkrótce roz­po­cząć.

Poczuła, jak żołą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła.

Cie­szyła się tylko, że będzie to w miarę skromne przy­ję­cie, zale­d­wie na parę­set osób. Nie­wiel­kie w porów­na­niu z balem, który odbył się w Edge­rze. Nagle poczuła, jak czy­jeś ramiona ją opla­tają, więc odwró­ciła się i zoba­czyła za sobą Nicole. Uśmiech­nęła się, odwza­jem­nia­jąc gest.

- Po pro­stu oddy­chaj, May­beth. Wszystko się ułoży.

Po pro­stu oddy­chaj, May­beth.

Może naprawdę cza­sami należy pozwo­lić losowi, by zajął się two­imi spra­wami?

Posta­no­wiła, że wła­śnie tak zrobi. Że będzie po pro­stu oddy­chać. Żyć.

Odda­liła się z lek­kim uśmie­chem błą­dzą­cym po ustach. Jej lekka, ale obszerna kwie­ci­sta suk­nia przy­jem­nie sze­le­ściła przy każ­dym ruchu. Odkry­wała ramiona, a roz­sze­rzała się dopiero parę­na­ście cen­ty­me­trów pod kością ogo­nową.

- Oddy­chaj... - szep­nęła kró­lewna, poko­nu­jąc kolejne stop­nie dzie­lące ją od wiel­kiej sali.

Oddy­chała. Mia­rowo. I z każ­dym wde­chem pogłę­biała uśmiech.

Odgar­nęła włosy za lewe ramię. Zauwa­żyła zara­zem, że w świe­tle świec jej brą­zowe pukle wyglą­dały nie­mal na kasz­ta­nowe. To osta­tecz­nie dodało jej sił. Czuła, jakby była przy niej bab­cia.

Z wyobra­że­niem, że bab­cia żyje i sie­dzi teraz gdzieś w zamku, modląc się za losy wnuczki, dziew­czyna wkro­czyła na salę. Zro­biła to z naj­więk­szą gra­cją, mimo że goście z zewnątrz jesz­cze nie weszli. W środku prze­by­wała tylko część miesz­kań­ców pałacu. Kilka par zło­żo­nych z wyżej posta­wio­nych gwar­dzi­stów i słu­żą­cych, mał­żeń­stwa z gabi­netu ojca, kil­koro samot­nych męż­czyzn i przede wszyst­kim - jej rodzice. A tuż za nimi... Henry z pań­stwem Thorn­smith. Wszy­scy wpa­trzeni w nią. Zwłasz­cza Henry.

Roz­cią­gnęła usta w uśmie­chu, kiedy w końcu do nich dotarła. Rodzice się nie ode­zwali, sta­nęła więc przy pra­wym ramie­niu matki, podzi­wia­jąc jej błysz­czącą gra­na­tową suk­nię. To była chyba naj­pięk­niej­sza kre­acja, jaką kie­dy­kol­wiek widziała. Spra­wiała wra­że­nie uszy­tej z nocy i lśnią­cych paję­czych nici. Dekolt był ele­gancki - ostro wycięty, lecz nie za głę­boki. Roz­klo­szo­wane ramiona koń­czyły się nieco ponad łok­ciem. Tył spód­nicy cią­gnął się jak tren. Kre­acja ide­alna. May­beth wcze­śniej jej nie widziała. Widocz­nie kró­lowa musiała się prze­brać dopiero po roz­mo­wie z nią.

Matka była nie­zwy­kle piękną kobietą. Część urody córka odzie­dzi­czyła wła­śnie po niej. Jej włosy rów­nież miały kasz­ta­nowy odcień, ale były tro­chę ciem­niej­sze. Się­gały oboj­czy­ków. Twarz miała bladą, a oczy nie­bie­skie. Cóż, zie­leń tęczó­wek May­beth zawdzię­czała ojcu.

Przy­ję­cie powoli się roz­po­czy­nało. Zaczęto anon­so­wać gości. Naj­pierw tych mniej istot­nych - przed­sta­wi­cieli waż­niej­szych pro­win­cji - a dopiero póź­niej hra­biów i diu­ków. May­beth roz­po­zna­wała więk­szość nazwisk. Cią­gle czuła na karku palące spoj­rze­nie Henry'ego. Stał zbyt bli­sko, a jakaś jej część uwa­żała, że nie powinno go w tej chwili przy niej być. Jakby ta sytu­acja była zbyt intymna. Jakby ktoś miał ich posą­dzić o szy­ku­jący się skan­dal, mimo że nic takiego nie mogło się wyda­rzyć.

Mimo że dokoła tło­czyły się dzie­siątki osób.

Witała się z nimi naj­ser­decz­niej, jak potra­fiła, i uważ­nie wysłu­chi­wała anon­sów. Widziała całą tę elitę, zgro­ma­dzoną tu z oka­zji uro­dzin jej matki.

Po skoń­czo­nym posiłku tań­czyła z nią oraz z ojcem, a także dawała się porwać na par­kiet prze­róż­nym mło­dzień­com z wyż­szych sfer. W jed­nym roz­po­znała syna zarządcy ich kopalni - czło­wieka sto­ją­cego nie­zwy­kle wysoko na dra­bi­nie spo­łecz­nej. Sta­rał się zaba­wić ją roz­mową, ale ona nie pozo­sta­wała przy nikim zbyt długo. Koniec utworu za każ­dym razem ozna­czał koniec krót­kich poga­wę­dek. Tań­czyła z każ­dym, kto miał odwagę popro­sić o to następ­czy­nię tronu.

Nie mogła zaprze­czyć, że dobrze bawiła się na balach. Że lubiła panu­jącą na nich atmos­ferę, mimo że zmu­szały ją do wymie­nia­nia zwro­tów grzecz­no­ścio­wych z oso­bami, z któ­rymi nie­kiedy nie miała dobrych wspo­mnień. Mogła tań­czyć na jed­nym par­kie­cie ze służbą, która nie musiała przej­mo­wać się kolej­nymi posu­nię­ciami poli­tycz­nymi ani tym, jak roz­wiążą sprzeczkę z obcym kró­lem. W takich momen­tach czuła się jak oni. I lubiła to uczu­cie wol­no­ści.

Im dłu­żej prze­by­wała jed­nak na środku pięk­nej sali, tym więk­sze zmę­cze­nie odczu­wała. Po kilku godzi­nach wyszła więc nie­po­strze­że­nie bocz­nym wyj­ściem, by odpo­cząć nieco od tłumu i gwaru roz­mów.

- Tego już chyba wystar­czy. - Obok jej ucha roz­legł się cichy szept, a z jej dłoni znik­nął nagle kie­li­szek z winem.

Ni­gdy nie mogę pobyć sama - pomy­ślała roz­draż­niona.

- Nie wypi­łam dużo - mruk­nęła w odpo­wie­dzi.

- Ale nie możesz też wypić wię­cej - odparł Henry i sam pocią­gnął łyk z kie­liszka.

Dziew­czyna unio­sła kącik ust.

- Po pro­stu chcia­łeś się napić - prych­nęła.

- Nie ukry­wam. - Wzru­szył ramio­nami. - Ale naprawdę, nie pij już wię­cej. Pro­szę.

Prze­wró­ciła oczyma na jego nie­tęgą minę.

- Wystar­czy dla gości.

- May. - Jego ton znów stał się twardy.

Zacho­wy­wał się tak, jakby ją pouczał. Przed tym feler­nym balem ni­gdy by się na coś takiego nie zdo­był. Zaczy­nało ją to iry­to­wać. A może bar­dziej iry­to­wało ją to, że zabrał jej tru­nek.

Teraz oparł się o ścianę, lustru­jąc kró­lewnę wzro­kiem. Cze­kał, aż coś powie, ale ona nie zamie­rzała się odzy­wać jako pierw­sza. Nie wie­działa, od czego mogłaby zacząć. Dotąd dosko­nale uda­wało jej się uni­kać Henry'ego.

- Myśla­łem, że to wszystko poto­czy się ina­czej - rzekł po chwili, znów upi­ja­jąc łyk z jej kie­liszka. - Myśla­łem, że kiedy okażę się księ­ciem...

- Ciszej - zga­niła go.

- Nikt nas tu nie usły­szy. - Pokrę­cił głową, ale ści­szył głos. - Zresztą prze­cież każdy, kto ma oczy, zoba­czy, że coś jest nie tak.

- To tylko plotki spo­wo­do­wane zbyt ostrymi rygo­rami, które wpro­wa­dził mój ojciec. Nie każdy tak bar­dzo zwraca uwagę na wygląd doradcy.

- May­beth, nie nazy­waj mnie tak...

Dziew­czyna gwał­tow­nie obró­ciła się w jego stronę.

- Jak? Twoim ofi­cjal­nym tytu­łem? Może już powin­nam zacząć mówić do cie­bie: mości książę? - wark­nęła nieco zbyt ostro.

Miała dosyć kłótni z Hen­rym. Nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego cią­gle ranią go tak błahe słowa.

- Myślę, że to będzie zde­cy­do­wa­nie lep­sze od zamy­ka­nia mnie w pałacu - powie­dział.

- Nikt cię tu nie zamyka.

- Nie? Dla­czego więc mój ojciec nagle zaczął jeź­dzić wszę­dzie sam? Dla­czego nie pozwa­lają mi się poru­szać nor­mal­nie po mie­ście? - Wpa­try­wał się w nią inten­syw­nie.

- Dostali taki roz­kaz...

- Wła­śnie! - wybuch­nął nagle. Odsta­wił kie­li­szek na para­pet, omal nie roz­le­wa­jąc zawar­to­ści. Dziew­czyna skrzy­żo­wała ramiona na piersi. - Wła­śnie! Dostali taki roz­kaz! Chce­cie mnie tu trzy­mać do końca życia, bo tak będzie wygod­niej?

Wycią­gnęła przed sie­bie dło­nie.

- Henry, uspo­kój się, nikt nie chce cię...

- Ależ oczy­wi­ście, że chce! Chce! Sam król! - krzyk­nął. - Wie­dzia­łem, że lepiej było o niczym nie mówić... - mruk­nął już znacz­nie ciszej, nie patrząc jej w oczy.

To roz­ja­śniło nieco obecną sytu­ację.

- Więc nam nie ufasz? - zapy­tała.

- Bar­dziej podej­rze­wam, że to wy nie ufa­cie mnie. I w sumie się nie dzi­wię. Ale zosta­łem tutaj zamknięty i nie mogę nic zdzia­łać.

- A chciał­byś?

Nie odpo­wie­dział.

- Henry, na nie­biosa, prze­cież wiesz, że cią­gle zasta­na­wiamy się, co zro­bić! Prze­cież nie możemy wysta­wić cię na bal­ko­nie i krzyk­nąć, że jesteś zagi­nio­nym bliź­nia­kiem Ale­xan­dra!

Jakby wła­śnie tego nie zro­biła.

- Prę­dzej czy póź­niej ktoś się zorien­tuje. Może gdy­by­ście zacho­wy­wali się wobec mnie tak jak zawsze, mie­li­by­ście wię­cej czasu. Prze­cież nikt nie zwraca uwagi na doradcę.

- Cią­gle mówisz, że my coś robimy. Nie zauwa­ży­łeś, że ja nie mam tu prawa głosu? - Spoj­rzała mu w oczy.

Ode­tchnął, ale ani tro­chę się nie roz­luź­nił.

- Ale i tak masz wię­cej do powie­dze­nia niż ja. A szko­li­łem się na głów­nego doradcę kró­lew­skiego. Cóż więc stało się z moją funk­cją?

- Przed chwilą jej nie chcia­łeś, Henry - wark­nęła, skła­da­jąc dło­nie na piersi. - Wprost ide­al­nie nada­jesz się do With­mo­ore'ów. Nic dodać, nic ująć, oso­bo­wość bez zarzu­tów. - Odwró­ciła się na pię­cie, by odejść, ale Henry zła­pał ją za nad­gar­stek.

Gwar­dzi­sta, który ich obser­wo­wał, ale stał poza zasię­giem słu­chu, poru­szył się nie­spo­koj­nie. Henry odsu­nął się szybko, patrząc kró­lew­nie w oczy.

- Nie jestem Ale­xan­drem. Ni­gdy nim nie będę. - Coś nie­bez­piecz­nego zagrało w jego sre­brzy­stych tęczów­kach.

- Za każ­dym razem... - zaczęła cicho. - Za każ­dym razem, gdy wypo­wia­dasz jego imię, upo­dab­niasz się do niego. Z każ­dym kolej­nym sło­wem jest ci do niego bli­żej.

- Pro­szę, nie mów tak - rzekł słabo, prze­ły­ka­jąc ślinę.

Jego policzki zapa­dły się nieco ostat­nimi czasy, przez co wyglą­dał mizer­niej. Wypro­sto­wała się, by dorów­nać mu wzro­stem.

- Ale ty chyba pra­gniesz, abym tak myślała.

- Tak uwa­żasz? - Uniósł brew.

- Tak. Nie rozu­miem two­jej zawi­ści. - Rozej­rzała się, jakby szu­kała odpo­wie­dzi. - Nie mogę jej pojąć. Ród Ale­xan­dra wyrzą­dził wiele szkód mojemu rodowi. Ale on sam nic mi nie zro­bił. Tobie rów­nież.

Pokrę­cił głową, a na jego usta wpły­nął smutny uśmiech.

- Jesz­cze mie­siąc temu byś tak nie powie­działa.

May­beth ode­tchnęła głę­boko. Tak, mie­siąc temu na pewno nie okre­śli­łaby tego w ten spo­sób, na pewno nie ode­bra­łaby tego tak, jak mu to przed­sta­wiła. Ale winy ojca nie mogły prze­cho­dzić na syna, teraz była tego świa­doma. Mimo to w jej sercu tliło się nikłe ogni­sko nie­na­wi­ści do wszyst­kich With­mo­ore'ów. Wszyst­kich, z wyjąt­kiem...

Nie, prze­cież Ale­xan­der niczym hura­gan niósł za sobą mrok i zło. Czy może... może nie­ko­niecz­nie? Może miał jakiś plan?

Plan znisz­cze­nia.

Ode­tchnęła ner­wowo, ścią­ga­jąc łopatki.

- Mie­siąc temu go nie zna­łam - przy­znała.

- On cię oszu­kał. Chciał cię zma­ni­pu­lo­wać.

- Więc czemu na­dal chcesz go odna­leźć? Nie łatwiej byłoby po pro­stu rzu­cić to wszystko? Czemu o tym roz­my­śla­łeś? - zapy­tała hardo.

Henry wyglą­dał jak sma­gnięty biczem.

- Bo to zatrzyma wojnę.

- Wojny nic nie zatrzyma, jeżeli Edward zde­cy­duje się ją wypo­wie­dzieć - odburk­nęła bar­dziej na prze­kór niż z rze­czy­wi­stego prze­ko­na­nia.

Chciała bowiem wie­rzyć, że Ale­xan­der żyje, a oni wkrótce go znajdą. Bała się jed­nak, że Edward ich prze­ści­gnie, a Array skru­szy się niczym farba na sta­rym obra­zie.

- A jed­nak chcesz go odna­leźć, wiem to. I nie wmó­wisz mi, że nic do niego nie czu­łaś - zaata­ko­wał Henry. - Teraz jed­nak stra­ci­łaś wiarę i nadzieję, mimo że praw­do­po­dob­nie jeste­śmy bli­sko roz­wią­za­nia. Dla­czego? Nie dopusz­czę do tego, by zruj­no­wał nasze pań­stwo, May­beth. Choć­bym miał stać się takim samym potwo­rem jak on.

W jego oczach lśniło coś, czego dziew­czyna nie potra­fiła nazwać. Coś skraj­nie kró­lew­skiego. Pod­nio­sła wzrok, prze­śli­zgu­jąc nim po wykwint­nych sza­tach i lek­kim zaro­ście. Wstrzą­snęły nią te słowa. Przez chwilę roz­wa­żała odpo­wiedź, wsłu­chu­jąc się w gwar na głów­nej sali.

- Dusza nie może pło­nąć w nie­skoń­czo­ność - odrze­kła w końcu i się odda­liła.

Henry zaś wró­cił na bal, jak gdyby ta roz­mowa ni­gdy się nie odbyła.

Jakby ich dusze i pokła­dane w sobie nawza­jem nadzieje na­dal pło­nęły.

Rozdział 6

6

Jej zej­ście spi­ral­nymi scho­dami zostało nagro­dzone grom­kimi bra­wami, więc uśmiech­nęła się naj­ład­niej, jak potra­fiła, mimo że krę­ciło jej się w gło­wie. Miała wra­że­nie, że scho­dzi na dół od co naj­mniej paru minut.

Palce zdrę­twiały od kur­czo­wego ści­ska­nia balu­strady.

Jesz­cze jeden sto­pień... potem drugi...

Przy­po­mniało jej się, jak Ale­xan­der spro­wa­dzał ją na dół, gdy dostała ataku paniki przez lęk wyso­ko­ści, i na to wspo­mnie­nie ści­snęło ją w żołądku.

W końcu sta­nęła na par­kie­cie i odgar­nęła włosy.

- W samą porę, zaraz zaczy­namy - szep­nęła jej matka, sto­jąca tuż obok.

Wyglą­dała na zatro­skaną, gdy patrzyła na córkę. Świa­tło świec dodat­kowo uwy­dat­niło jej zmarszczki.

May­beth uśmiech­nęła się i prze­lot­nie ści­snęła jej rękę. Wzięła głę­boki oddech, by nieco zmniej­szyć upo­rczywe zawroty głowy. Kochała taniec, który miał się nie­długo roz­po­cząć, ale teraz... teraz odczu­wała pewien lęk.

Rozej­rzała się wokoło i zoba­czyła skry­tego w cie­niu Henry'ego. Opie­rał się ramie­niem o kolumnę, wpa­try­wał w nią i... może jej się tylko zda­wało, ale odnio­sła wra­że­nie, jakoby krę­cił lekko głową.

Cóż to miało zna­czyć? Nawet gdyby chciała, nie mógłby teraz być jej part­ne­rem.

Cho­ciaż...

Odwró­ciła się i pew­nym kro­kiem ode­szła od stołu, od któ­rego wsta­wali goście. Obrzu­ciła wzro­kiem tych, któ­rzy szli za nią i za jej rodzi­cami koro­wo­dem na śro­dek wiel­kiej sali. Graj­ko­wie już zaczęli wstępny takt, akom­pa­niu­jący stu­ka­ją­cym obca­som.

Teo­re­tycz­nie powinna odtań­czyć ten taniec z kimś z wyż­szych sfer, lecz nikt taki jesz­cze się nie zja­wił, by to zapro­po­no­wać, więc popa­trzyła na Henry'ego, dając mu tym samym znak, by do niej pod­szedł. Był zdzi­wiony, bowiem ni­gdy nie tań­czyli razem w tak ofi­cjal­nych sytu­acjach. Ale przy­stał na to ocho­czo.

- Cóż to się stało? - zapy­tał, kry­jąc krzy­wi­znę ust za dło­nią, którą niby pocie­rał lekki zarost.

May­beth nie­mal nie­zau­wa­żal­nie wzru­szyła ramio­nami i ujęła jego cie­płą dłoń. Usta­wili się na środku. Nie patrzyła jed­nak na ojca, bojąc się, że ten skarci ją za ten wybór.

- Ten taniec powstał dwa­dzie­ścia lat temu, gdy na tej ziemi powstał Wielki Pakt. Potęga świata! - oznaj­mił kon­fe­ran­sjer.

Ludzie zakrzyk­nęli coś z entu­zja­zmem.

Potęga.

To słowo zadźwię­czało w uszach May­beth i jakby ponio­sło się echem po wyso­kich ścia­nach. W tym samym momen­cie gobe­liny spły­nęły na dół z czte­rech stron, trze­po­cząc gło­śno. Dziew­czynę prze­szedł dreszcz po krę­go­słu­pie.

Potęga.

Tak, byli potęgą. Od dwu­dzie­stu lat.

- Oby tak pozo­stało - mruk­nęła.

Ele­gancko ubrane słu­żące weszły do sali i podały kosze z paer­le­tań­skimi kwia­tami czte­rem kobie­tom sto­ją­cym na każ­dym z rogów gwiazdy. Kosze powoli prze­cho­dziły z rąk do rąk, aż w końcu każda z dam trzy­mała w lewej dłoni kwiat. May­beth, otrzy­maw­szy kosz, uło­żyła go na środku gwiazdy. To samo uczy­niły jej matka, żony gene­rała i skarb­nika. Kró­lowa, gdy się pro­sto­wała, ski­nęła córce lekko głową. Dziew­czyna odwza­jem­niła się tym samym, odgar­nia­jąc włosy, które spa­dły jej na twarz.

Orkie­stra zagrała skocz­niej, a ludzie, jakby wyrwani z mara­zmu, zaczęli sta­wiać pierw­sze kroki. Kobiety dwa w lewo, męż­czyźni dwa w prawo. Głę­boki ukłon. Suk­nia May­beth zawi­ro­wała, gdy ta wyko­nała obrót, by zmie­nić part­nera. W jej okręgu stały tylko cztery pary, więc za moment na powrót miała zna­leźć się przy Hen­rym. Teraz jed­nak podała rękę ojcu, który spoj­rzał na nią z dozą nie­pew­no­ści.

Następny był gene­rał, a po nim May­beth znów sta­nęła przed Hen­rym, z któ­rym miała zostać aż do następ­nej czę­ści tańca. Teraz, sto­jąc w wewnętrz­nym kole, była zmu­szona pocze­kać, aż wszyst­kie zewnętrzne pary znajdą się z powro­tem przy swo­ich part­ne­rach. Im dalej się stało, tym więk­szą odle­głość trzeba było prze­być do następ­nego męż­czy­zny. Ci, któ­rzy stali w środku, koń­czyli pierwsi.

Kró­lewna miała raz oka­zję obser­wo­wać ten taniec z góry i sko­ja­rzył jej się on z usta­wia­nym powoli mecha­ni­zmem zegara. Środ­kowe koło zamie­rało, by pozo­stałe mogły się powoli dopa­so­wy­wać.

Teraz stała bez ruchu, wyobra­ża­jąc sobie ten moment z lotu ptaka. Nie chciała zabu­rzyć tego obrazu. Henry znów przy­glą­dał jej się uważ­nie, czemu nie mogła się dzi­wić. Bał się, że ją straci. Czy jed­nak nie stra­cili sie­bie już dawno temu? Posta­no­wiła chwi­lowo porzu­cić tę myśl i sku­pić się na tańcu, bo zaraz miał nastą­pić moment kul­mi­na­cyjny.

Prze­łknęła ślinę, czu­jąc gulę nara­sta­jącą w gar­dle.

Nagle w jej gło­wie poja­wiła się myśl, że może to ostatni raz, gdy bie­sia­duje wspól­nie z Hen­rym i rodzi­cami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki