Serce wali mi w piersi niczym kocioł w orkiestrze, ponieważ dziś jest ten dzień. Finał konkursu Miss Nastolatek w Arizonie. Adrenalina rozgrzewa mi żyły, bo mimo iż od dziecka uczestniczę w konkursach piękności, dopiero dziś, po raz pierwszy mam szansę na wygraną. Przygotowuję się na ten moment od dziewięciu lat, czyli odkąd Glenn Flower przekroczyła próg sierocińca i wybrała akurat mnie. Spośród wszystkich głośnych, odważnych, wręcz nachalnych dzieci wskazała palcem cichą, nieśmiałą, siedzącą w kącie dziewczynkę, która nie do końca wiedziała, co się dzieje. Choć miałam już siedem lat, mój zasób słownictwa był ubogi, więc gdy wypchnięto mnie na środek pokoju przed obcą kobietę, nawet nie potrafiłam się przedstawić.
- Nic nie szkodzi. Będziesz moim Aniołkiem - powiedziała, kucając przede mną i biorąc mnie za ręce. - Jesteś śliczna jak mały cherubinek. Jesteś idealna.
Uśmiechnęłam się, choć wtedy jeszcze nie rozumiałam znaczenia tych słów. Dopiero później dowiedziałam się, że byłam idealna nie dla niej, a do spełnienia celu, w którym mnie adoptowała. Byłam nieśmiała, ale nie głupia, więc szybko załapałam, że tak naprawdę dla Glenn Flower nie liczę się ja, tylko moja uroda. Piękna, delikatna twarz, szczupłe ciało i bujne, lśniące włosy, dzięki którym mogłam zacząć swoją przygodę z konkursami piękności. Zrobić karierę, której nie udało się zrobić mojej adopcyjnej matce.
Biorę drżący wdech i chwytam schłodzony roller, którym wykonuję masaż twarzy, w celu odprowadzenia limfy i zmniejszenia opuchlizny. Znam wszystkie triki poprawiające urodę, nawet te najbardziej szalone i niebezpieczne. Matka śledzi namiętnie każdą nowinkę, testując ją na mnie, bez względu na to, czy tego chcę, czy nie. Już dawno pojęłam, że moje zdanie nie ma znaczenia. Że zostałam zabrana z domu dziecka w konkretnym celu i jeżeli nie podoba mi się życie, które dla mnie wybrała, mogę wracać, skąd przyszłam.
Otóż nie mogę, bo tam było znacznie, znacznie gorzej.
Odkładam masażer i sięgam po płatki nawilżające pod oczy. Przez to, że spałam tylko cztery godziny, skóra w tej okolicy jest szara i przesuszona... Ale czy żałuję? Oczywiście, że nie! Wczoraj po raz pierwszy całowałam się z Rhettem, synem jednego ze sponsorów. Chłopakiem, którego często widywałam na różnych konkursach i który zawsze trzymał się gdzieś na uboczu.
Ostrzegano mnie, że jest dziwny. Wielokrotnie słyszałam, że mam się od niego trzymać z daleka, bo ma jakieś problemy psychiczne. Mało tego, chodzą plotki, że mógł zamordować pewną dziewczynę, której zwłoki wyłowiono z rzeki Kolorado cztery lata temu...
Ja w to nie wierzę. Owszem, jest dziwny, ale na swój unikatowy, uroczy sposób. Nie mówi za wiele, lecz jego oczy wyrażają więcej niż jakiekolwiek słowa. Porusza się wolno, jakby miał przed sobą całą wieczność i zawsze zostawia sobie czas na odpowiedź. Nie wiem, czy robi to specjalnie, ale sprawia w ten sposób, że wręcz umieram z ciekawości, co wypłynie z jego ust, a nigdy jeszcze mnie nie zawiódł.
- Ty już na nogach? - Łóżko Lindsay, z którą dzielę pokój, trzeszczy, gdy dziewczyna się podnosi. - O której wczoraj wróciłaś?
- Nie patrzyłam na zegarek. - Zagryzam wargę, ponownie przeżywając tamten pocałunek.
- Zaraz, zaraz... Widziałaś się ze świrem! - zgaduje od razu.
- Nie nazywaj go tak! - Odwracam się i piorunuję ją wzrokiem.
- Wszyscy go tak nazywają.
- Bo łatwiej kogoś obrazić, niż poznać - stwierdzam z dezaprobatą i znów patrzę w stronę lustra.
- Naprawdę się go nie boisz? - W tonie jej głosu daje się wyczuć szczere zdziwienie. - Przecież wiesz, co mówią...
- Wiem, ale w to nie wierzę. - Chwytam krem i zaczynam rozprowadzać po twarzy.
- Bo zaprzeczył? - ironizuje złośliwie.
- Nawet go nie pytałam. Odpowiedź na te wątpliwości przyszła sama, gdy lepiej go poznałam.
Następuje chwila ciszy, w której niemal słyszę huk myśli Lindsay.
- A więc... jaki on według ciebie jest? - słyszę po chwili. - Sarah mówiła, że to zboczeniec.
Wywracam ze znużeniem oczami.
- Nie ma w nim nic ze zboczeńca, możesz mi wierzyć.
- Podobno kiedyś złapał ją za tyłek.
- Szczerze wątpię, że tak było. Znając jej bujną fantazję i uwielbienie do bycia w centrum uwagi, wymyśliła to, żeby mieć o czym opowiadać.
- No nie wiem... Ja tam się go boję. I wkurza mnie, że jego ojciec każe mu się zajmować obsługą techniczną konkursów, narażając nas na niebezpieczeństwo.
- Lindsay, powiedz mi jedno: czy Rhett kiedykolwiek cię zaczepił? - Przeczy ruchem głowy. - Zagadał do ciebie lub chociażby obdarzył spojrzeniem?
- Nie.
- Więc znasz go tylko z plotek, a co za tym idzie, nie znasz go wcale. Poza tym, gdyby był winien morderstwa, odsiadywałby jakiś wyrok, prawda?
- Jego ojciec jest bogaty jak zasrany Krezus. Pewnie przekupił, kogo trzeba.
Logicznie rzecz ujmując, argumenty Lindsay są rzeczowe i całkiem prawdopodobne. Ale nie są silniejsze od moich uczuć.
- Rhett nie skrzywdziłby nawet muchy.
- Za to szczury już tak. - Natychmiast odbija piłeczkę. - Pewnie obdziera je żywcem ze skóry, rozpruwa, przypala albo odcina im kończyny. Zapewne po to je łapie i znika z nimi nie wiadomo gdzie.
Ona może i nie wie gdzie, za to ja już tak. Rhett Blackford zanosi je pod deski sceny, gdzie buduje dla nich labirynty. I to właśnie tam go poznałam. Rok temu, gdy po kłótni z matką wyszłam na wieczorne powietrze, zauważyłam przemykającego cichaczem, zakapturzonego chłopaka. Wiedziałam, kim jest, ale nie miałam pojęcia, co robi. Pod wpływem impulsu, niezdrowej ciekawości i adrenaliny wciąż kipiącej mi we krwi, postanowiłam za nim pójść. Gdy zniknął w małym przejściu wbudowanym w boczną ścianę sceny, kucnęłam i zaczęłam go obserwować przez szparę między deskami. Wydawał się do reszty pochłonięty swoim zajęciem, a jedyne oświetlenie dla niego stanowiła mała latarka. Ustawił ją wprost na niewielkie tekturowe pudełko, przy którym coś majstrował.
- Mogę dołączyć? - W końcu zdecydowałam się wyjść z ukrycia.
Chłopak natychmiast złapał latarkę i skierował na mnie snop światła. Dziwnie to zabrzmi, ale się nie bałam. Pozwoliłam mu się zobaczyć i cierpliwie czekałam, co powie.
- To nie jest dobry pomysł. - Jego spokojny głos rozniósł się w ciemności, otaczając mnie jak ciepły płaszcz.
- Dlaczego?
Chwila ciszy, jakby się zastanawiał, a potem krótka odpowiedź.
- Z kilku powodów.
- Zatem słucham - podjęłam dyskusję i znów czekałam.
- To ja słucham - rzucił w końcu, totalnie mnie zaskakując.
Zaśmiałam się.
- Czyli co? To ja mam wymieniać powody, dlaczego to zły pomysł?
- Tak.
Znów parsknęłam śmiechem. Szybko jednak zrozumiałam, że on nie żartuje.
- Sama mam sabotować swoją decyzję?
- To najlepszy sposób, żeby się przekonać, czy jest słuszna.
To najdziwniejsze, co w życiu usłyszałam, ale też najbardziej intrygujące. Chciałam zobaczyć, do czego to doprowadzi.
- Okej. - Odchrząknęłam i podjęłam tę grę. - Niech ci będzie. To nie jest dobry pomysł, ponieważ cię nie znam. - Jego milczenie odebrałam jako zachętę, by kontynuować. - I masz dość nieciekawą reputację. Jest późno i ciemno. Nie ma nikogo w pobliżu. Jesteś ode mnie większy i silniejszy. Jeśli zdecydujesz się mnie zabić, najprawdopodobniej nie zdążę nawet pisnąć, nie mówiąc o wezwaniu pomocy.
I znów zero reakcji z jego strony. Doskonale wiedziałam, co chce mi tym przekazać.
- Ale jeśli sądzisz, że to mnie odstraszy, to się mylisz - rzuciłam, a emocje po kłótni z matką znów ożyły. - Dużo bardziej odstrasza mnie myśl, że mam wracać do siebie! - wyznałam łamiącym się głosem i czekałam.
I wtedy stało się coś dziwnego. Chłopak skierował światło latarki na ziemię, oświetlając mi kierunek, którym mam podążać.
Wypuściłam powietrze z płuc i skierowałam się do środka. Serce waliło mi w piersi ze zdenerwowania, ale nie obecną sytuacją, tylko gorzkimi słowami, które wcześniej usłyszałam od matki.
- To nie są rzeczy, które podobają się dziewczynom, więc proszę, nie piszcz - zastrzegł, zanim oświetlił karton, w którym znajdowały się... dwa szczury.
Ani myślałam piszczeć. Patrzyłam z zafascynowaniem, jak pokonywały ciekawy i sprytnie skonstruowany tor przeszkód.
- Ty go zbudowałeś? - zapytałam podekscytowana.
- Tak. - W jego głosie dało się wyczuć lekką dezorientację. - Nie boisz się?
- Ani trochę.
Chyba go tym zaskoczyłam, bo przyglądał mi się dłuższą chwilę.
- Więc wolisz przebywać z potencjalnym mordercą i jego szczurami niż z własną matką - podsumował niespodziewanie, gdy oboje przez dłuższy czas patrzyliśmy na zwierzęta.
Zaskoczyło mnie to, że wie, iż jestem tu z matką. Czyżby mnie obserwował?
- Śmierć nie jest najgorszym, co nas może spotkać, a szczury to bardzo inteligentne i całkiem urocze stworzenia - powiedziałam, zerkając na chłopaka.
Z tego, co się orientowałam, miał osiemnaście lat, czyli o dwa więcej niż ja. Był wysoki, szczupły i niezbyt przystojny, ale roztaczał wokół siebie niesamowitą aurę, która cały czas mnie przyciągała. Jakiś rodzaj tajemnicy i wyjątkowości zarezerwowanej tylko dla wybranych. Chciałam się dowiedzieć o nim więcej, tego byłam pewna.
- Szczury urocze? - Ściągnął brwi, a kącik jego ust powędrował do góry. - Nie wyglądasz na dziewczynę, która lubi gryzonie.
- A ty na chłopaka, który szufladkuje ludzi - odpysknęłam, patrząc mu odważnie w oczy.
- Masz rację. - Spuścił wzrok z zakłopotaniem, a moje serce wykonało w piersi dziki podskok. - To nie było zbyt mądre.
- Za to przyznanie się do błędu bardzo imponujące - zauważyłam z uznaniem i powróciłam do obserwacji.
Od tamtej pory spotykaliśmy się w dziwnych miejscach, robiąc dziwne rzeczy i prowadząc dziwne rozmowy. Ale było w nich coś totalnie uwalniającego i odświeżającego. Jakbym tylko przy nim wychodziła ze sztywnych ram, w które zostałam wepchnięta. Jedynie w jego obecności mogłam powiedzieć wszystko bez obaw, że zostanę wyśmiana, niezrozumiana lub uznana za wariatkę. Mogłam pokazać mu swoją brzydszą stronę, kiepski gust i fascynację czymś, co inni uznają za obrzydliwe. Jak na przykład to, że zawsze chciałam mieć jako zwierzaka... nietoperza. Matka na samą myśl dostałaby zawału, a Rhett zapytał tylko z ciekawością, jaki rodzaj nietoperza mi się marzy.
Fascynował mnie i zadziwiał na każdym kroku, chociaż wciąż utrzymywał między nami dystans. Unikał kontaktu cielesnego lub dwuznacznych sytuacji. Nigdy nie przekroczył granicy, chociaż kilka razy dałam mu jasny sygnał, że nie miałabym nic przeciwko.
Gdy w tym roku spotkaliśmy się ponownie, postanowiłam w końcu sama wyjść z inicjatywą, na którą czekałam z jego strony. Odprowadzał mnie pod drzwi budynku, a ja chwyciłam jego twarz w dłonie i pocałowałam. Nieśmiałość, z jaką położył dłonie na mojej talii, sprawiła, że moje serce rozpłynęło się z rozkoszy. Zachowywał się tak, jakby nie wierzył, że to zrobiłam i jakby nie był godny tego zaszczytu.
Wyobraziłam sobie, jak wyglądamy z zewnątrz: gustownie ubrana, ładna blondynka z niezbyt przystojnym, wychudzonym i zaniedbanym chłopakiem. Kontrast między nami aż bił po oczach, lecz w środku czułam, że jesteśmy tacy sami.
- Źle, że to zrobiłaś, Stello. Bardzo, bardzo źle - powiedział, gdy nasze usta oderwały się od siebie.
- Dlaczego? - Podniosłam na niego wzrok. - Nie podobało ci się?
Też spojrzał mi w oczy i już wiedziałam.
- Nigdy tego nie zapomnę - wychrypiał, patrząc na mnie z dziwną mieszanką czułości i ponurości.
- To chyba prawidłowo.
Uśmiechnęłam się do niego, ale nie odpowiedział mi tym samym.
- Nie jestem pewien... - Jego skrępowanie było tak urocze, że aż ścisnęło mnie w dołku.
- Ale ja jestem! - rzuciłam i cmoknęłam go kolejny raz, po czym otworzyłam drzwi i uciekłam do środka.
- Jezuuu, brzmisz, jakbyś się w nim zakochała. - Głos Lindsay wyrywa mnie ze wspomnień wczorajszego wieczoru. - A ten wykolejeniec stanowczo nie gra w twojej lidze!
- Nie powinnaś się już zacząć szykować? - zbywam ją, wkurzona tym oceniającym tonem i rażącą niesprawiedliwością.
Nikt nie zna sekretów mojego serca ani jego prawdziwych potrzeb. Czasem to, co piękne na zewnątrz, ma swoją mroczną stronę, a to, co brzydkie, błyszczy się w środku jak najcenniejszy diament.
Niech idzie do diabła każdy, kto tego nie rozumie!
- Dobra, jak chcesz, ale żeby nie było, że nie ostrzegałam!
Lindsay chyba się obraziła, ale mam to gdzieś. Odprowadzam ją wzrokiem do łazienki i wracam do porannego rytuału, wyobrażając sobie, że już za kilka godzin na mojej głowie wyląduje korona Miss. Oczyma wyobraźni widzę rozpromienioną matkę, która w końcu dostaje ode mnie to, czego tak bardzo pragnęła i teraz będzie mogła kochać mnie bez przeszkód. Słyszę jej pisk radości, głośne oklaski i cudowne wyznanie, jak bardzo jest ze mnie dumna. Widzę jej łzy wzruszenia i radości. Czuję, jak mnie obejmuje, całuje w czoło i gładzi z czułością po włosach. Czuję wszystko, na co tak bardzo czekałam i na co pracowałam przez wiele lat. Wiem, że dziś jest mój dzień. Punkt zwrotny w mojej historii, kiedy w końcu będzie tak, jak marzyłam w dzieciństwie.
Zagryzam wargi i biorę głęboki wdech. Sięgam po korektor i wtedy rozlega się ciche pukanie do drzwi. Odkładam kosmetyk, wygładzam koszulę nocną, wstaję i otwieram.
Serce natychmiast rośnie mi w piersi, gdy moje spojrzenie krzyżuje się z czarnym spojrzeniem Rhetta Blackforda. Boże... przyszedł do mnie! Nogi zamieniają mi się w dwie galarety, ale jakimś cudem wychodzę z pokoju i delikatnie zamykam za sobą drzwi.
Krew zaczyna mi szumieć w uszach, a żyły zalewa fala endorfin.
Czy wcześniej sądziłam, że on nie jest przystojny? Musiałam nie być w pełni władz umysłowych, bo przecież rysy jego twarzy są idealnie proporcjonalne, a skóra pozbawiona jakichkolwiek przebarwień czy skaz. Wszystko w nim jest perfekcyjne, począwszy od ciemnych, rozczochranych włosów po szczupłe, ale wysokie i zwinne ciało, które skrywa pod rozciągniętą i spraną bluzą. I te usta... Pełne, kształtne i smakujące miłością.
Jego spojrzenie jest chmurne, a sińce pod oczami świadczą o tym, że po naszym pocałunku też długo nie potrafił zasnąć.
Uśmiecham się do niego, ale jego usta milczą, a oczy patrzą na mnie obcym, zagubionym wzrokiem. Oddycha ciężko, jakby właśnie przebiegł dłuższy dystans i wciąż milczy, sprawiając, że w moich trzewiach rodzi się niepokój.
- Cześć - odzywam się pierwsza. - Coś się stało?
Nie odpowiada, czym tylko wzmaga moje zdenerwowanie.
- Lubię twoją małomówność, ale dziś naprawdę nie mam czasu. Muszę się szykować do konkursu. W tym roku zwyciężczyni jedzie na wycieczkę do Paryża, czyli ukochanego miasta mojej mat...
Słowa nagle grzęzną mi w gardle, gdy Rhett Blackford wyciąga zza pleców wielkie, ostre nożyce krawieckie, a potem... tnie nimi wszystkie moje plany, marzenia i upragnioną wersję przyszłości, ale przede wszystkim otwarte dla niego serce.