WŁADCA NIEBA - Paweł Syrkiewicz

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

Noc otulała balkon. Dym z ostatniego papierosa uparcie meandrował w powietrzu.

Znowu ten sen. Wyrywający z chwili ulgi, pozostawiający lęk i pot. To zawsze wraca tak samo...

Wokół balkonu szumiała pustka, przerywana niekiedy wyzwiskiem, krzykiem lub śpiewem. A wszystko to wyrwane przez mrok z gardeł bezsenności. Radiowóz na sygnale wywołał uśmiech na twarzy.

Gra z wami dopiero się rozpoczyna... Ciekawe, co powiedzą, gdy ją znajdą...

Wyżej rozpościerało się czarne niebo, potęgujące doniosłą atmosferę chwili.

Jest jak tło do nowego obrazu. A na nim gwiazdy. To ludzie, a księżyc jest strażnikiem nakazującym, w którym miejscu mają stanąć. Zawsze wśród gwiazd znajdzie się taka, którą ogarnie pragnienie buntu. Wyjdzie z ustalonej konfiguracji i rozbłyśnie w miejscu przez siebie wybranym. Ale nie w tym przypadku...

Przed blokiem nastała cisza. Zakłócił ją wdech nikotyny do płuc. Ostatnie spojrzenie w noc.

Plan konstelacji jest już ułożony. Przemyślany. Właściwy. Zaszokuje te mierne, goniące za bezsensem życia istoty. Przecież to nie one decydują o układzie.

Jestem gwiazdą, która nie chce być już światłem. Chcę zamienić się w surowy księżyc i nie pozwolić na żaden bunt... Najpierw jednak spłata długu... Pragnienie ulgi.

Wyrzuty sumienia i niepokój przychodziły zawsze po śnie przypominającym o czymś, czego nie można już cofnąć. Gdy dłonie i wspomnienia pachną czymś, czego nie da się zmyć. Woń nieodwracalna.

1

Zimne światło nadchodzącego dnia wdzierało się do kuchni. Potęgowało ból głowy i odczucie, jakby w ustach miał pełno piachu z Sahary. Tomasz Stelmach siedział w ciszy. Obserwował krople deszczu uderzające w okno jak pociski, a potem wolno spływające po szybie. Niedbale przygotowana kanapka i zimna herbata cierpliwie czekały na zainteresowanie.

W nocy zasiedzieli się trochę z sąsiadem. Wódka - może litr albo więcej bez zagryzania - chociaż na moment pozwoliła zapomnieć. Zasnął po niej jak kamień. Obudził się z bólem głowy, nie pamiętając snu. Było w nim jednak coś znajomego. Strach - lodowaty sopel w klatce piersiowej. W głowie latały samoloty i warczały czołgi. Był to efekt nie tylko alkoholu. Kuchenne radio bombardowało wiadomościami o Ukrainie. Kurwa mać... zaklął w duchu. Covid się znudził. Teraz będą wszystkich straszyć trzecią wojną światową.

Dojazd do komendy taryfą zajął mu siedem minut. Nie zdążył dojść do swojego pokoju, kiedy usłyszał znajomy motyw ze "Scyzoryka" Liroya. Niechętnie sięgnął do kieszeni i spojrzał na wyświetlacz telefonu.

Sikora... Podobno to on aresztował seryjnego gwałciciela z Olsztyna. Podejrzanego przywieźli w kiepskim stanie. Zęby wybite, szczęka i nos złamane. Sam podejrzany milczał, patrząc tylko w przerażeniu. Jakby to Jerzy Sikora był gwałcicielem.

Opierdol za bójkę po pijanemu w "Szatanie"? Może to inne gówno - pomyślał i niechętnie nacisnął zieloną słuchawkę.

- Stelmach, słucham.

- Domyślam się, że nie papież Franciszek - warknął Sikora. - Gdzie jesteś? Jest dwanaście po ósmej.

- Spokojnie. Jestem na miejscu, jadę windą. Co się urodziło?

- Raczej umarło - popisał się wątpliwym żartem Sikora. - Zjedź od razu na dół. Bilski już czeka w samochodzie. Mamy nastolatkę; znaleziona w Parku Żeromskiego. Znachor już stwierdził zgon.

Tomek spojrzał tęsknym wzrokiem na automat z kawą i zawrócił do windy.

Na dole w firmowym Passacie już czekał aspirant Maciej Bilski. Nienagannie wyprasowana koszula, kolczyk w uchu i żel na włoskach.

- Witamy dumę naszej komendy. Chociaż dzisiaj wyglądasz jak Metyl z "Pitbulla". Dobrze się czujesz? - Maciek Bilski, zwany "Maciusiem", przyglądał mu się bacznie.

- Nie interesuj się, Maciuś, bo kociej mordy dostaniesz. Gadaj szybko, o co biega z tą małolatą - zgasił go Tomek, sadowiąc się na tylnym siedzeniu, by zachować dystans pół metra od żelu i zapachu damskich perfum kolegi.

- Szesnastolatka ze szkoły średniej, w kieszeni legitymacja. Znaleziona rano przez jednego z kolesi, którzy przyszli do parku podleczyć kaca. Poszedł za potrzebą, zaczął krzyczeć. To kolega miał telefon. Na szczęście byli na tyle trzeźwi, że dodzwonili się na pogotowie i do nas - sucho relacjonował Bilski.

"Poszedł za potrzebą, zaczął krzyczeć". Ja pierdolę, co za przedszkole... zrymował niedokładnie w myślach Stelmach. Maciek Bilski jest na rejonie od roku. Podobno wcześniej otarł się o CBŚ. Jakieś kłopoty... Tylko co tłumaczy ten ubiór i dziwną gadkę?

- Rodzina wie?

- Rejon ustala.

- Gwałt?

- Niestety, nie jestem Jackowskim - błysnął znajomością polskich jasnowidzów Maciuś.

Dojechali na miejsce. Kierowca zaparkował spokojnie przed bramą. Wysiedli i wolnym krokiem udali się w głąb parku. Odwlekali obydwaj chwilę konfrontacji ze sprawą. Tomek rozglądał się po okolicy. Znał tu każdą ławkę i ścieżkę jak własną kieszeń. Spotkania jego paczki i tanie wino "Corso". Dym, nie tylko z papierosa. Pierwsze próby rapu i koleżanki całowane pod starymi drzewami. Ale przeszłość też bolała.

- Maciuś, co to za smród babskich perfum? To jakiś fetysz? - ostra woń otrząsnęła go z zadumy.

- Weź pod uwagę inne możliwości. Nie oceniaj książki po okładce - spokojnie zripostował Bilski.

Wyszli na długą prostą i zobaczyli tłum gapiów żądnych sensacji. Obok ciała technicy błyskający fleszami aparatów. I pani prokurator Magdalena Bazan. Z tą kobietą Stelmach miał nienajlepsze stosunki. Uważała go za cwaniakowatego podrywacza. On w myślach rewanżował jej się oceną niedostępnej hrabianki. Chociaż te oczy...

Aby przepchnąć się przez tłum, Tomek musiał wyciągnąć blachę. Kilkoma słowami uspokoił bandę gówniarzy w dresach. Żeby to jeszcze byli sportowcy... westchnął w duchu.

- Co się stało? - zapytał, skinąwszy lekko głową na przywitanie.

- Śmierć młodej dziewczyny, na pierwszy rzut oka brak śladów. Lekarz stwierdził zgon: około sześć-osiem godzin wcześniej. Zaraz ją zabiorą - poinformowała krótko Magda Bazan.

- W kieszeni miała legitymację - technik pokazał sfatygowany dokument.

Alicja Bochniak, uczennica Zespołu Szkół Zawodowych. Kielce, ulica Wydryńska.

Pochylili się nad ciałem. Ładna i zbyt młoda - mimowolnie pomyślał Stelmach.

Dziewczyna wyglądała, jakby spała. Leżała na boku, z jedną ręką pod głową. Nogi złączone i lekko ugięte. Długie, jasne włosy opadały jej na twarz, jakby chciały ją osłonić. Tomek ze zdziwieniem odczytał z jej twarzy wyraz ulgi, pogodzenie z losem.

- Zbyt ładnie ułożona, może to nie miejsce jej śmierci? - zapytał Maciek.

- Naprawdę, Maciuś? Cóż za błyskotliwość, może poprowadzisz "Va banque"? - ironicznie zripostował Stelmach, niezadowolony, że kolega pierwszy powiedział to, co i jemu przyszło do głowy.

Na ciele, na pierwszy rzut oka, nie było widocznych żadnych siniaków i skaleczeń. Nagle Maciek zauważył ślad po igle na prawym przedramieniu. Zbyt młoda na umieranie - pomyślał z żalem Bilski.

Obok denatki leżała torebka. Tomek wyjął z kieszeni wymięte gumowe rękawiczki. Maciek z saszetki przy pasie wyciągnął swoje. Szminka, telefon, sfatygowany notes. Tabletki przeciwbólowe. Ciekawe, dlaczego nie spodziewał się niczego innego.

- A to co? - zdziwił się Stelmach, wyciągając skrawek chyba jakiegoś zdjęcia. Przedstawiał fragment jakiegoś budynku. Zbyt mały, aby zgadywać, co to może być. Wystarczająco duży, aby kłuć w oczy. Odwrócił skrawek i wyszeptał tylko jedno słowo:

- Kurwa...

- Co jest, Tomek? - Maciek zaglądał mu przez ramię.

Prokurator patrzyła jak zahipnotyzowana. Na odwrocie było naklejone tylko jedno słowo...

POCZĄTEK.

2

Naczelnik Sikora wrzeszczał do telefonu.

- Interesują mnie fakty! Nie przypuszczenia! Sprawca prawdopodobnie zostawił jako swoją wizytówkę kawałek zdjęcia?! Stelmach, prawdopodobnie to ja dzisiaj "dwójkę" zrobię o dwunastej! Jakieś konkretne ślady?! Co z telefonem?

- Telefon jest na PIN, technicy już go zabrali. Ciało też już jedzie. Żadnych śladów, poza tym wkłuciem i zdjęciem. Na zdjęciu naklejony napis "POCZĄTEK", wycięty z gazety lub książki. Maciuś gadał z żulem, który ją znalazł, nic istotnego. Gość jest w szoku i aż wytrzeźwiał. Podobno poszedł się odlać i znalazł ją, leżącą pod krzakiem. Teraz jedziemy do jej starych, potem pewnie szkoła - zrelacjonował na szybko Stelmach. Wiedział, że naczelnik nie lubi zbędnych gadek.

- Dobra, dzwoń, jak dowiesz się czegoś nowego - Tomek usłyszał dźwięk zakończonego połączenia.

- O co chodzi z tymi babskimi perfumami? - uczepił się znowu kolegi.

- Widzisz, ode mnie czuć perfumy, więc wiadomo, jak spędziłem noc. Od ciebie śmierdzi wódką, co też wskazuje, jakie miałeś atrakcje - spokojnie zripostował Bilski.

- Ty, Holmes, zęby cię swędzą? - zaczął groźnie Stelmach, ale przerwał. Dojeżdżali na miejsce.

Kierowca, zwany na komendzie Milczkiem, zaparkował płynnie i łagodnie. A przecież, pomyślał Tomek, wrócił do prowadzenia auta zaledwie kilka tygodni po kolizji. Stelmach wiedział, że podczas dowozu policjantów Leszek Ligota nie odzywa się nawet słowem. Jego stalowe oczy i wolne ruchy skrywały tajemnicę. Odzywał się w zasadzie tylko do Sikory, i tylko wtedy, jeśli musiał. Inni już się przyzwyczaili. Nie próbowali z nim rozmawiać, a tym bardziej zapraszać na grube popijawy. Nigdy nie wiadomo, co takiemu strzeli do łba po gorzale.

Pierwsze rzuciło się w oczy metalowe ogrodzenie, chroniące wystawny domek jednorodzinny. Wysiedli, nie trzaskając drzwiami, jakby bali się zakłócić spokój i ciszę Milczka. Stelmach nacisnął przycisk obok tabliczki: "Z.B. Bochniak".

- Kto tam? - usłyszeli chropowaty głos z domofonu.

- Dzień dobry, policja. Może nas pan wpuścić?

- Ale o co chodzi, to chyba jakaś pomyłka? - protestował mężczyzna.

- Proszę nas po prostu wpuścić - Stelmach zaczynał tracić cierpliwość. Denerwował się także tym, co za chwilę mieli przekazać.

W końcu usłyszeli brzęczyk dzwonka i weszli na teren posesji. Z domu wyszedł postawny, szpakowaty mężczyzna.

- Pan Bochniak, ojciec Alicji Bochniak? - zapytał retorycznie Tomasz.

- Tak, Zbigniew Bochniak. O co chodzi? - mężczyzna wyraźnie zaczął się denerwować.

- Starszy aspirant Stelmach, a to aspirant Bilski z Komendy Policji w Kielcach. Niestety, pańska córka Alicja nie żyje - walnął od razu Stelmach, chowając legitymację. Nie zwracał uwagi na pełne wyrzutu spojrzenie kolegi.

Strzał był bardzo celny. Zbigniewa Bochniaka jakby odcięło od rzeczywistości. Oparł się ciężko o framugę drzwi, nogi zaczęły mu drżeć.

- Słucham...? To... to jakiś głupi żart?

- Niestety nie. Państwa córka została znaleziona dziś rano w parku. Czy pana żona jest w domu?

- Nie... Wyjechała na szkolenie... Nie rozumiem... To nie może być prawda... - do mężczyzny zaczynał docierać straszny fakt.

Tomek wiedział, że lepiej teraz wypytać o wszystko, zanim Bochniak całkowicie się rozklei. Im szybciej, tym lepiej dla wszystkich - pomyślał i zaczął serię standardowych pytań.

- Kiedy ostatni raz widział pan córkę?

- Wczoraj wieczorem... Szła na imprezę do koleżanki. Jezu, mów człowieku! Co się stało?! - spytał zrozpaczony ojciec.

- Niestety, na razie nic więcej nie możemy powiedzieć. Ciało córki zostanie poddane oględzinom - odpowiedział Stelmach. - Do jakiej koleżanki?

- Do Zuzy Kraniec, to jej przyjaciółka ze szkoły. Może to pomyłka?! To nie Alicja, skąd pan wie?! - zszokowany ojciec odpychał od siebie prawdę.

- W kieszeni miała legitymację ze zdjęciem, ale oczywiście zabierzemy pana ze sobą na rozpoznanie. Gdzie mieszka ta przyjaciółka?

- Przy Zagórskiej. Przecież to niemożliwe...

- Możemy zajrzeć do pokoju córki?

- Tak, proszę - ojciec był nadal w szoku. Odsunął się na bok powoli, ręką mimowolnie otarł pot z czoła.

W przedpokoju stały równo ustawione damskie buty. Cierpliwie czekają na właścicielki - pomyślał smutno Bilski.

Pokój Alicji Bochniak wyglądał normalnie. Uwagę zwracała tapeta przedstawiająca nocne niebo z księżycem i gwiazdami. Na biurku leżał laptop, obok mała wieża. W pomieszczeniu panował porządek, niemal idealny. Na łóżku leżała jedynie niedbale rzucona sportowa bluza, jeszcze pachnąca nastoletnimi perfumami.

Nie było żadnych notatek ani zdjęć. W regałach podręczniki, zeszyty i kilka książek.

- Pozwoli pan, że zabierzemy ten laptop. Jeżeli rozpozna pan ciało córki, to przyjdą tu ludzie od nas. Dokładniej przeszukają pokój. Proszę jechać z nami. Auto stoi przed domem.

***

- Ojciec rozpoznał córkę. Podobno wczoraj jechała na imprezę, do niejakiej Zuzanny Kraniec. Jedziemy właśnie do niej, potem do szkoły - relacjonował następnego dnia Sikorze Tomek.

- Dobrze, tylko nie wystraszcie dziewczyny. Zróbcie spis wszystkich obecnych na imprezie. Z kim siedziała, z kim wyszła, o której - udzielał poleceń Stary.

- Oczywiście, szefie.

- Szew to jest na jajach - warknął Sikora i rozłączył się.

- Co powiedział Stary? - zapytał w samochodzie Maciek.

- Że "szew to jest na jajach" - odciął krótko Stelmach.

- Fakt - zgodził się Bilski, odczytując wiadomości na telefonie.

Pewnie od jakichś jego laseczek. Tomek uczuł lekką zazdrość. Maciuś miał opinię łamacza damskich serc. Nie wydawało się dziwne, biorąc pod uwagę jego wygląd i inteligencję. Tomek uważał go co prawda za ciotowatego gogusia, ale kobiety lubią takich. On sam nie miał szczęścia do kobiet. Jego związki trwały góra pół roku, po czym obrażona dama opuszczała jego życie.

Po rozmowie z Zuzanną Kraniec wyszli rozczarowani i źli. Dziewczyna zemdlała po wiadomości o śmierci koleżanki, potem jąkając się powiedziała, że żadnej imprezy wczoraj nie planowała. Ostatni raz widziała Alicję w szkole. Nie zauważyła prawie nic podejrzanego, może poza tym, że koleżanka była dziwnie zamyślona i odpowiadała półsłówkami.

- Jak na razie nic nie mamy, kurwa, a już trzynasta! - Stelmach jak zwykle był w gorącej wodzie kąpany.

- Może w szkole coś ruszy. Więcej dowiemy się, gdy odblokują jej telefon i laptop, no i po sekcji. W tym notesie nic nie było? - konkretnie dopytywał Maciuś.

- Same pierdoły, na komendzie go badają. Plan lekcji, fryzjer o siedemnastej. Ewentualnie rysunek nieba - irytował się Tomek.

- Jakiego nieba? - zainteresował się Maciek.

Stelmach pokazał mu zdjęcie w swojej komórce, które zrobił w parku. Przedstawiało rysunek nocnego nieba z księżycem i gwiazdami.

- Ciekawe - zastanowił się Bilski.

- Co w tym ciekawego? Nieba nie widziałeś? - Stelmach był podminowany.

- Widziałem, ale ludzie zazwyczaj rysują inne rzeczy. Dojrzewające współczesne nastolatki rzadziej mają czas na twórczość artystyczną. A poza tym miała podobną tapetę w pokoju.

O cholera, rzeczywiście! Widocznie mózg Tomka jeszcze nie odzyskał pełnej sprawności po nocnej posiadówce. Z tymi zainteresowaniami Maciek może mieć rację. Dziewczyny w tym wieku mają różne fazy. Może środowisko szkolne da więcej odpowiedzi.

Zaparkowali przed budynkiem technikum w Kielcach. Dyrektorka, po informacji o śmierci Alicji, przedstawiła teatr: ochy, achy. Jaka to strata... Przestań pierdolić - pomyślał Stelmach. Interesuje cię tylko ciepła posadka i pozytywne opinie na temat szkoły. Info pójdzie w eter i nabór na nowy rok szkolny znacznie się obniży.

Spotkanie z klasą dało kilka podstawowych informacji. Była osobą lubianą, choć nieco specyficzną. Zamknięta w sobie, nie integrowała się z resztą klasy. Żyła po swojemu, cicho. I tak też odeszła... Dogadałaby się z Milczkiem... stwierdził pogrążony w myślach Stelmach, patrząc na kierowcę podczas powrotu na komendę.

Coś przemykało brudnymi ulicami Kielc. Niezauważone. Nieproszone.

3

Sikora uważnie wysłuchał sprawozdania:

- To wszystko? Nic więcej?

- Więcej ustalimy po badaniu przez techników rzeczy osobistych i jak Znachor ją pokroi - odpowiedział spokojnie Bilski.

- W porządku, spadajcie do domów. Jutro rano widzę was w formie! - tu Sikora spojrzał znacząco na Stelmacha.

Wyszli z komendy i Tomek zapytał retorycznie:

- Ja zajrzę jeszcze na kielicha do "Szatana". Idziesz się wyluzować, Maciuś?

Ku swojemu zdumieniu usłyszał odpowiedź:

- Dobrze, ale tylko jedno piwo.

Knajpa jak zwykle przywitała zapachem alkoholu i potu jej stałych bywalców. "Szatan" był speluną słynącą z gromadzącego się tu półświatka. Nierzadko zdarzały się tu awantury z użyciem noża lub tłuczonej butelki. Jak na godzinę szesnastą było tłoczno.

- Dwie setki Żubrówki i coś na zęba.

- Dla mnie piwo Tyskie i też coś do zjedzenia - jak zwykle Maciuś był grzeczny.

- Maciuś, co ty, jeden maluch ci nie zaszkodzi - krytycznie spojrzał na kolegę Stelmach.

- Nie lubię wódki - odpowiedział Bilski.

- Nikt nie lubi i dlatego trzeba lać ją w mordę. Drugą do stolika, szefowa - wychylił Tomek jednym haustem literatkę, lekko się krzywiąc.

Usiedli w kącie, jak najdalej od urzędujących już pijaków. Chcieli też trochę siebie oszukać, że smród w tym miejscu będzie mniejszy.

Anita Pęczak, zwana Hrabiną, przyglądała im się zza baru. Złoty naszyjnik, bransoleta, pierścionki. Ciekawe, skąd ma na to forsę... zastanowił się zawodowo Stelmach. Zauważył, że Maciek też przygląda jej się z zaciekawieniem.

- Hej, bo się zabujasz. Może zostaniesz współwłaścicielem tej nory? Zdrówko! - zaśmiał się Tomek, wychylając drugą setę przyniesioną przez Hrabinę.

- Zdrowia - zgodził się Bilski, upijając dwa łyki piwa.

- Powiedz mi, Maciuś, co ty w ogóle robisz w policji? - zapytał z ciekawością Stelmach.

- Niestety, trochę się zagubiłem w celach życiowych - odpowiedział dziwnie zamyślony Bilski. - Policja to taka odskocznia.

- A tak na serio?

- A tak na serio to i tak nie zrozumiesz mojego przekazu - jak zwykle elokwentnie odpowiedział Bilski.

Stelmach już miał na języku ciętą ripostę, gdy poczuł skwaśniały odór alkoholu. Sekundę później dobiegł go lekko bełkotliwy głos:

- Ooo, proooszę, Tomasz Stelmach, nasz szeryf. Gdzie masz kolta? I co to za przydupas?

Niechętnie odwrócił głowę i zobaczył Hansa, tutejszego bandziora. Za nim stało dwóch najwierniejszych jego koleżków, także niezłych zakapiorów.

- Czego chcesz, Hans? - burknął niechętnie. Przeczuwał, że to spotkanie nie skończy się kulturalnie.

- Rewanżu, kowboju. Chyba pamiętasz nasze niedokończone sprawy?

No tak... Tomek przypomniał sobie rozróbę sprzed kilku dni. Hans, pijany w trzy dupy, uparł się na podryw jakiejś małolaty, która z koleżanką zabłądziła do tej speluny. A on, zamiast wezwać patrol, zapragnął pobawić się w szeryfa. Trzepnął z liścia Hansa, który rozwalił swój pusty łeb o kant baru. Na dodatek był tak pijany, że nie potrafił się pozbierać.

- Szefowa, jeszcze dwie Żubrówki! - krzyknął, ignorując pytanie.

Na stoliku za chwilę pojawiły się dwie wódki. Jedną chwycił Hans i wolno cedząc słowa, cicho powiedział:

- Wypijmy, przyjacielu, a potem zapraszam.

- Niech i tak będzie - odpowiedział zrezygnowany Tomek i wypił szybko wódkę.

Przeszył go znajomy chłód. Wstał z impetem, jednocześnie waląc głową w twarz Hansa. Przeciwnik zatoczył się, ale splunął i ruszył na Stelmacha. Z boku też zaczęła się kotłowanina. Hans wyprowadził dwa obszerne cepy. Jeden chybił, ale drugi trafił Tomka w ucho. Dzisiaj nie jest tak naprany jak ostatnio... pomyślał Stelmach i uderzył serią prostych ciosów, poprawiając kolanem gdzieś w żebra.

Po chwili pociemniało mu w oczach. Na twarzy poczuł ciepło. Wszystko zaczęło wirować mu przed oczami, przy akompaniamencie przeraźliwych krzyków. Walczył jeszcze ze swoim ciałem, ale czuł, że odpływa.

Ocknął się, siedząc na krześle. Hrabina przykładała mu mokrą szmatę do głowy. Z boku uważnie przyglądał mu się Maciuś, przyciskając lód do opuchniętego oka. Stelmach ze zdziwieniem zauważył leżące postacie - jęczały i kiwały się, wszystkie nieźle oporządzone.- Kto... Co... Jak...? - zapytał półprzytomnie Tomek.

- Dostałeś kuflem od jego koleżki, niezłego watażki - poinformował go uprzejmie Maciuś.

- Ale kto ich... - Stelmach nadal dochodził do siebie.

- Twój kolega zdecydowanie lepiej się napierdalał - wtrąciła się Hrabina. - Chyba dzisiaj brak formy, starszy aspirancie. Proponuję stąd spieprzać. Był już telefon na psiarnię. Chyba nie chcesz być widziany w takim stanie?

- Podnieście mnie.

Postawiony do pionu, przez dziesięć sekund czuł się jak na karuzeli w wesołym miasteczku. Po chwili doszedł do siebie, przynajmniej na tyle, by móc iść, wsparty na Maćku.

Tuż po wyjściu z "Szatana", usłyszeli w oddali wycie sygnałów. Bilski zatrzymał taryfę i zapytał:

- Gdzie ty w ogóle mieszkasz?

- Romualda 9...

Na miejscu znaleźli się po dziesięciu minutach. Całe szczęście, że już nastał mrok i nie trafili na żadnego sąsiada.

- Podaj mi wódkę. Jest w barku - powiedział Stelmach, czując się już trochę lepiej.

- Na pewno nie chcesz wezwać lekarza? - obserwował go Bilski.

- Nie, już mi lepiej. Powiedz mi... Jak ty... im dałeś radę?

- Znam trochę taekwondo.

- Długo trenowałeś?

- Łącznie około dziesięć lat. Ale Bóg mi świadkiem, że nie chciałem tej walki - jak Kmicic z "Potopu".

Ładne trochę, dziesięć lat! Stelmach spojrzał na Maćka innym wzrokiem. Taka ciota... pomyślał zdumiony. Inteligencik ze swoimi frazesami, sentencjami. A rozwalił dwóch gości.

Zastanowił się, jak mało wie o swoim partnerze. Został mu przydzielony przez Sikorę miesiąc temu. Tak naprawdę była to ich pierwsza poważna sprawa. Znali się w zasadzie tylko z pracy. Dzisiaj pierwszy raz wspólnie poszli do knajpy po robocie. Przez innych Maciuś również był postrzegany jako goguś. Ewentualnie... Mógłby się przynajmniej inaczej ubierać...

- Muszę już zmykać - poinformował w swoim stylu Maciek. - Dasz sobie radę?

- Jasne, spadaj. Dzięki - zdobył się na wdzięczność Tomek.

- Odpoczywaj, zobaczymy się jutro. Gdybyś miał jakieś nieprzewidziane komplikacje, to dzwoń na 112 lub do mnie.

Po wyjściu partnera Stelmach starał się uporządkować wydarzenia dzisiejszego dnia. Boląca głowa nie pozwoliła mu na to. Chaos. Zbyt wiele się działo. Zapomniał nawet o całodziennym głodzie, bo przecież z tego wszystkiego nie zdążyli w "Szatanie" zjeść.

Zasnął niespokojnym, przerywanym snem. Co chwilę przewijał się w nim fragment zdjęcia z napisem "POCZĄTEK".

Ale prawdziwy koszmar miał dopiero nadejść.