Władca dumy - Ana Huang

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

Isabella

 

 

- Czyli nie użyłaś tych odblaskowych kondomów ode mnie?

- Nie. Sorki. - Wyraz zawodu na mojej twarzy wyraźnie rozbawił Tessę. - To była nasza pierwsza randka. Skąd ty je w ogóle wytrzasnęłaś?

- Z odblaskowej imprezy na lodowisku, na której byłam w zeszłym miesiącu.

Poszłam tam w nadziei, że to mnie wytrąci z kolein smętnej codzienności. Nie wytrąciło, ale przynajmniej wyniosłam stamtąd torbę cudownie oczojebnych gumek, którymi obdzieliłam koleżanki. Ponieważ byłam na dobrowolnym odwyku od facetów, musiałam je wykorzystać za ich pośrednictwem, co było trudne, jeśli rzeczone koleżanki odmawiały współpracy.

Tessa zmarszczyła czoło.

- Dlaczego rozdawali prezerwatywy na lodowisku?

- Bo te imprezy zawsze przeradzają się w orgie - wyjaśniłam. - Widziałam jeden kondom w akcji na samym środku tafli.

- Żartujesz.

- Nie. - Uzupełniłam dodatki do drinków i zaczęłam ustawiać szkło w równych rzędach. - Szał, co? Było zabawnie, nawet jeśli po pewnych rzeczach, które tam widziałam, przez tydzień byłam w traumie...

Paplałam dalej, wykonując bezmyślnie kolejne czynności. Po roku stania za barem w Valhalli, ekskluzywnym klubie dla możnych i potężnych, jechałam głównie na pamięci mięśniowej.

Była osiemnasta w poniedziałek: w innych lokalach godzina szczytu, ale Valhalla zawsze o tej porze świeciła pustkami. Tessa i ja zwykle wykorzystywałyśmy ten czas na plotki i relacje z minionego weekendu.

Pracowałam tam dla pieniędzy, do czasu, aż skończę pisać książkę i zostanę wydana, ale fajnie jest mieć pracę, w której człowiek naprawdę dobrze się czuje. Ludzie, z którymi zdarzało mi się wcześniej pracować, przeważnie okazywali się psycholami.

- Mówiłam ci o gołym typie z chorągiewką? - spytałam. - Facet bierze udział we wszystkich orgietkach.

- Hmm, Iso. - Tessa wymówiła moje imię piskliwie, zupełnie nieswoim głosem, ale ja już się za bardzo rozpędziłam, żeby się zatrzymać.

- Słowo daję, nigdy nie myślałam, że zobaczę kutasa świecącego na...

Mój słowotok przerwało uprzejme chrząknięcie.

Uprzejme męskie chrząknięcie, którego z całą pewnością nie wydała z siebie moja koleżanka z pracy.

Zamarłam w pół gestu. Tessa jeszcze raz kwiknęła z przestrachem, potwierdzając moje najgorsze przeczucia: to nie nasza wyluzowana menedżerka ani ochroniarz na przerwie, tylko jeden z członków klubu.

Który słyszał, jak rozprawiam o świecących kutasach.

Kurwa.

Zalała mnie fala gorąca. Pieprzyć manuskrypt - w tamtym momencie wszystko, czego chciałam, to zapaść się pod ziemię.

Niestety podłoga ani drgnęła, więc w końcu przestałam użalać się nad sobą, wyprostowałam ramiona, przywołałam na twarz mój najbardziej usłużny uśmiech i odwróciłam się do klienta.

Uśmiech spełzł mi z twarzy, zanim się na niej rozgościł. Kąciki ust w pół drogi do góry zaczęła zjeżdżać z powrotem, jak strona internetowa, która nie chce się do końca załadować.

Ponieważ dwa metry ode mnie stał Kai Young z wyrazem rozbawienia na twarzy. Był o wiele przystojniejszy, niż wypadało jakiemukolwiek mężczyźnie.

Szanowany członek komitetu zarządzającego klubem Valhalla, dziedzic wielomiliardowego imperium medialnego, obdarzony niezwykłą zdolnością wyrastania jak spod ziemi za każdym razem, kiedy wygłaszałam coś szczególnie żenującego.

O mały włos nie spaliłam się ze wstydu.

- Przepraszam, że przerywam paniom rozmowę - neutralny ton głosu nie zdradzał, co o niej myśli - ale jeśli można, chciałbym zamówić drinka.

Mimo przemożnego pragnienia, by schować się za barem i poczekać, aż sobie pójdzie, coś we mnie zmiękło na dźwięk jego głosu. Głęboki, łagodny i aksamitny, z wytwornym brytyjskim akcentem, którego mogłaby pozazdrościć nawet zmarła królowa. Wdarł się do mojego krwioobiegu jak sześć szotów mocnej whisky.

Zrobiło mi się ciepło w środku.

Brwi Kaia podjechały nieznacznie do góry. Nagle zdałam sobie sprawę, że skupiona na jego głosie, zapomniałam odpowiedzieć na zamówienie. Zdrajczyni Tessa zniknęła tymczasem w magazynku i musiałam sobie radzić sama. Nigdy więcej nie dostanie ode mnie gumki.

- Oczywiście. - Odkaszlnęłam, by rozproszyć zagęszczające się napięcie. - Obawiam się jednak, że nie serwujemy odblaskowych drinków.

Zresztą i tak nie mamy tu stroboskopów.

Posłał mi beznamiętne spojrzenie.

- No bo poprzednim razem słyszał pan, jak mówiłam o kon... eee... środkach antykoncepcyjnych - powiedziałam.

Zero reakcji. Równie dobrze mogłabym paplać o korkach w godzinach szczytu.

- Zamówił pan truskawkowy gin z tonikiem, ponieważ mówiłam o smakowych...

Pogrążałam się coraz bardziej. Nie chciałam przypominać Kaiowi o tamtej akcji na gali w klubie, kiedy usłyszał, jak mówiłam o truskawkowych prezerwatywach, ale musiałam coś powiedzieć, żeby odwrócić jego uwagę od, no tak, od mojej kolejnej wpadki z kondomem.

Naprawdę powinnam przestać rozmawiać w pracy o seksie.

- Nieważne - rzuciłam szybko. - To samo, co zawsze?

Nie licząc tamtego jednego truskawkowego ginu z tonikiem, Kai zawsze zamawiał szkocką. Czystą. Był bardziej przewidywalny niż Mariah Carey w święta.

- Nie dzisiaj - odparł lekkim tonem. - Poproszę o Śmierć po południu. - Podniósł książkę, by pokazać zniszczoną okładkę książlo. Komu bije dzwon Ernesta Hemingwaya. - Wydaje się odpowiednia.

Wymyślona osobiście przez Hemingwaya Śmierć po południu to prosty koktajl z szampana i absyntu. Z powodu opalizującej zielonej barwy był tak odblaskowy, jak to tylko możliwe w przypadku zwykłego drinka.

Zwęziłam oczy, niepewna, czy to przypadek, czy też sobie ze mnie żartuje.

Patrzył na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

Ciemne włosy. Wyraziste rysy. Cienkie czarne oprawki okularów i idealnie dopasowany garnitur, z pewnością uszyty przez krawca. Kai był uosobieniem arystokratycznego wyrafinowania i brytyjskiego stoicyzmu.

Byłam dobra w rozgryzaniu ludzi, ale choć Kaia znałam od roku, nadal nie wiedziałam, co się kryje pod jego maską. Wkurzało mnie to bardziej, niż byłam gotowa przyznać.

- Śmierć po południu, raz - odezwałam się w końcu.

Zajęłam się przyrządzaniem drinka. Kai usiadł na swoim miejscu na końcu baru i wyjął z kieszeni marynarki notes. Automatycznie wykonywałam kolejne czynności, dzieląc uwagę między szklankę i czytającego spokojnie mężczyznę. Co chwila przerywał, żeby zapisać coś w notesie.

W tym akurat nie było nic niezwykłego. Kai często wpadał do baru, by poczytać i wypić drinka w samotności, zanim zjawią się wieczorne tłumy. Niezwykły był tylko wybór momentu.

Poniedziałkowe popołudnie, trzy dni i dwie godziny przed cotygodniowym, precyzyjnie punktualnym pojawieniem się w czwartek wieczorem. Wyłamał się ze schematu.

Kai Young nigdy nie wyłamywał się ze schematu.

Zaniosłam mu drinka. Zaciekawienie i jakaś dziwna zadyszka sprawiły, że poruszałam się wolniej niż zwykle. Tessa nadal siedziała w magazynku i bar tonął w ciszy, która z każdym moim krokiem wydawała się coraz cięższa.

- Sporządza pan notatki? - spytałam, stawiając szklankę na serwetce.

Rzuciłam okiem na otwarty notes, który leżał obok powieści. Zapełniały go schludne, precyzyjne czarne literki.

- Tłumaczę książkę na łacinę.

Odwrócił stronę i zapisał kolejne zdanie. Nie podniósł wzroku ani nie tknął drinka.

- Po co?

- To mnie odpręża.

Zamrugałam, pewna, że musiałam się przesłyszeć.

- Tłumaczy pan pięćsetstronicową powieść na łacinę, ręcznie, bo to pana odpręża?

- Tak. Gdybym potrzebował intelektualnej stymulacji, wziąłbym się za podręcznik ekonomii. Literaturę tłumaczę, żeby się wyciszyć.

Powiedział to takim tonem, jakby mówił o jakimś powszechnym zwyczaju, jak - nie przymierzając - rzucenie płaszcza na oparcie kanapy.

- Wow... To... - Gapiłam się na niego, nie mogąc znaleźć słowa.

Wiedziałam, że bogaci ludzie miewają dziwne hobby, ale większość tych dziwactw była przynajmniej zabawna, jak wyprawianie hucznych ślubów pieskom albo kąpiele w szampanie. Hobby Kaia był po prostu nudne.

Zadrgały mu kąciki ust, a ja doznałam żenującej iluminacji. Zdaje się, że to motyw przewodni dnia.

- Nabija się pan ze mnie.

- Nie całkiem. Naprawdę mnie to odpręża, chociaż nie jestem fanem podręczników ekonomii. Mam ich serdecznie dosyć po Oksfordzie.

Wreszcie oderwał wzrok od książki i popatrzył na mnie.

Serce załomotało mi w gardle. Z bliska był tak piękny, że patrzenie na niego niemalże sprawiało ból. Opadające na czoło gęste czarne włosy tworzyły ramę dla rysów z epoki klasycznego Hollywoodu. Rzeźbione kości policzkowe schodziły skosem w kierunku kwadratowej szczęki i cyzelowanych ust, intensywnie brązowe oczy patrzyły zaś zza szkieł, które tylko dodawały mu seksapilu. Gdyby nie okulary, jego atrakcyjność byłaby zimna, onieśmielająca w swojej doskonałości, ale z nimi na nosie stawał się bardziej przystępny. Ludzki.

Przynajmniej wtedy, gdy nie tłumaczył klasyków i nie prowadził rodzinnej firmy medialnej. W okularach czy bez, te dwie rzeczy nie miały nic wspólnego z przystępnością.

Sięgnął po drinka. Przeszły mnie ciarki. Moja dłoń nadal leżała na barze; nie dotknął jej, musnął tylko ciepłem swojego ciała, ale efekt był taki sam.

Ciarki rozpełzły się po mojej skórze, zmuszając mnie, żebym zwolniła oddech.

- Isabello.

- Hmm? - A właściwie, skoro już o tym mowa, po co mu okulary? Mógł sobie pozwolić na laserową korekcję wzroku.

Nie żebym miała coś przeciwko okularom. Może był nudny i trochę sztywnawy, ale naprawdę...

- Dżentelmen przy drugim końcu baru próbuje zwrócić na siebie pani uwagę.

Z nieprzyjemnym szarpnięciem wróciłam do rzeczywistości. Gdy ja wpatrywałam się w Kaia, do baru zaczęli napływać klienci. Tessa wróciła do pracy i obsługiwała właśnie dobrze ubraną parę. Kolejny członek klubu czekał na swoją kolej.

Cholera.

Szybko do niego podeszłam. Obsłużyłam go, a potem zajęłam się następnym klientem i jeszcze następnym. W Valhalli zaczęła się happy hour i nie miałam czasu na dalsze rozmyślanie o Kaiu i jego osobliwych technikach relaksacyjnych.

Przez następne dwie godziny obsłużyłyśmy z Tessą masę ludzi, działając w dobrze przećwiczonym rytmie.

Valhalla ograniczała liczbę członków do stu, więc w nawet najbardziej ruchliwe wieczory nie było tam chaosu, z jakim musiałam sobie radzić w barach w śródmieściu. Goście jednak, choć bardziej nieliczni, wymagali specjalnego traktowania. Delikatne ego członka ekskluzywnego klubu potrzebowało znacznie więcej głaskania i dopieszczania niż ego przeciętnego studenciaka czy przeciętnej naprutej singielki. Dopiero dochodziła dwudziesta pierwsza, a ja już padałam z nóg i dziękowałam Bogu, że tamtego dnia miałam tylko pół zmiany.

Mimo to nie mogłam się powstrzymać od zerkania od czasu do czasu w stronę Kaia. Zwykle zabawiał przy barze najwyżej godzinę czy dwie, ale teraz nadal tam siedział, sączył drinki i gawędził z innym członkami klubu, jakby wcale nie wolał być gdzie indziej.

Coś było nie tak. Pomijając dzień i godzinę, jego zachowanie też odbiegało od wzorca, a im dłużej mu się przyglądałam, tym więcej zauważałam oznak zdenerwowania: spięte ramiona, maleńka zmarszczka między brwiami, sztuczne uśmiechy.

Może zrobiłam to pod wpływem szoku, którym zareagowałam na jego nieschematyczne zachowanie, a może chciałam się po prostu odwdzięczyć za to, że nie doprowadził do wyrzucenia mnie z pracy, choć uparcie dostarczałam mu ku temu okazji (rozmawianie w pracy o seksie). Nie jestem pewna, co mną kierowało, lecz kiedy na chwilę zrobiło się spokojniej, przyniosłam mu następnego drinka.

Trafiłam w idealny moment; jego ostatni rozmówca właśnie odszedł od baru, zostawiając przy nim Kaia samego.

- Truskawkowy gin z tonikiem. Ja stawiam. - Przesunęłam szklankę po barze. Zrobiłam to pod wpływem impulsu. Uznałam, że to dobry sposób, by mu poprawić humor, nawet jeśli będę musiała za to zapłacić. - Wygląda pan, jakby przydało się panu coś na wzmocnienie.

Uniósł pytająco brwi.

- To niewłaściwy dzień - wyjaśniłam. - Nie przyszedłby pan niewłaściwego dnia bez szczególnego powodu.

Jego czoło się wygładziło, zmarszczka między brwiami zniknęła, ustępując miejsca drobnym zmarszczkom w kącikach oczu. Było to tak niespodziewanie urocze, że serce zabiło mi mocniej.

To tylko uśmiech. Weź się w garść, dziewczyno.

- Nie wiedziałem, że pilnuje pani mojego grafiku. - W jego głosie zaigrał uśmiech.

Po raz drugi tego wieczoru krew napłynęła mi do twarzy. Oto nagroda za bycie dobrą samarytanką.

- Nie pilnuję - powiedziałam obronnym tonem. - Odkąd tu pracuję, przychodzi pan co tydzień, ale nigdy w poniedziałki. Jestem spostrzegawcza, i tyle. - Na tym powinnam była poprzestać, ale moje usta okazały się szybsze od mózgu. - Zapewniam pana, że nie jest pan w moim typie i wcale pana nie podrywam. Może być pan spokojny.

To akurat była prawda. Obiektywnie rzecz biorąc, Kai był bardzo przystojny, ale osobiście nie lubiłam wymuskanych facetów. Był ekstremalnie konserwatywny. A nawet gdyby nie był, obowiązywał nas bezwzględny zakaz spoufalania się z członkami klubu, a ja nie miałam najmniejszej ochoty znowu wywracać mojego życia do góry nogami z powodu mężczyzny, dziękuję bardzo, postoję.

To jednak nie powstrzymywało moich zdradzieckich hormonów od wzdychania na jego widok. Byłam na nie cholernie wściekła.

- Dobrze wiedzieć. - Nutka śmiechu była teraz zupełnie wyraźna. Podniósł szklankę do ust. - Dziękuję. Mam słabość do truskawkowego ginu z tonikiem.

Tym razem moje serce nie tyle drgnęło w piersi, co raczej stanęło jak wryte, choć tylko na ułamek sekundy.

Słabość? Co chciał przez to powiedzieć?

Nic takiego - mruknął głos w mojej głowie. Mówi o drinku, nie o tobie. Poza tym nie jest w twoim typie, pamiętasz?

Och, zamknij się, pesymistko.

Cudownie. Moje wewnętrzne głosy kłócą się ze sobą. Nie zdawałam sobie sprawy, że mam ich więcej niż jeden. To był wyraźny znak, że potrzebowałam się wyspać, zamiast ślęczeć kolejną noc nad manuskryptem; nawet głupi by to zrozumiał.

- Nie ma za co - odparłam z pewnym opóźnieniem. Serce łomotało mi w piersi, zagłuszając gwar baru. - Cóż, w takim razie...

- Przepraszam za spóźnienie. - Na krzesełko obok Kaia wsunął się wysoki blondyn o głosie równie rześkim jak wrześniowy chłód, który jeszcze bił z jego marynarki. - Spotkanie się przeciągnęło.

Zaszczycił mnie przelotnym spojrzeniem i znów zwrócił się w stronę Kaia.

Ciemnozłociste włosy, układ kostny jak u modela Calvina Kleina i ciepło góry lodowej z Titanica. Dominic Davenport, król Wall Street.

Poznałam go od razu. Tej twarzy nie dało się zapomnieć, ale jego umiejętności społeczne pozostawiały sporo do życzenia.

Ulga zmieszała się we mnie z rozczarowaniem. Nie czekając na odpowiedź Kaia, uciekłam na drugi koniec baru, wściekła na to, że słówko "słabość" utkwiło w mojej głowie, jakby było czymś więcej niż rzuconą od niechcenia uwagą.

Nie tylko on nie był w moim typie, ale też ja zdecydowanie nie byłam w jego. Umawiał się z kobietami, które zasiadały w zarządach organizacji charytatywnych, lato spędzały w Hamptons i dobierały perły pod kolor garsonki od Chanel. W żadnej z tych rzeczy nie ma nic złego, ale to nie byłam ja.

Uznałam, że za moją przesadną reakcję na jego słowa odpowiada dobrowolnie narzucona sobie abstynencja. Tak bardzo brakowało mi dotyku i czułości, że nawet perskie oko półnagiego kowboja z Times Square przyprawiłoby mnie o zawrót głowy. To nie miało nic wspólnego z Kaiem jako takim.

Do końca wieczoru nie wróciłam na jego stronę baru.

Na szczęście dziś miałam krótszą zmianę, więc mogłam się wcześnie urwać. Za pięć dziesiąta przekazałam niezamknięte rachunki Tessie, powiedziałam "do widzenia" i wzięłam z zaplecza torebkę, nie rzucając ani jednego spojrzenia w stronę pewnego miliardera ze słabością do pewnego noblisty.

Mogłabym przysiąc, że gdy wychodziłam, poczułam na karku gorące spojrzenie ciemnych oczu; nie odwróciłam się, żeby sprawdzić. Wolałam nie wiedzieć.

O tak później godzinie w głównym holu panowały cisza i pustka. Ze zmęczenia kleiły mi się oczy, ale zamiast popędzić do wyjścia i wygodnego łóżka, skręciłam w lewo w stronę głównych schodów.

Powinnam iść do domu i napisać dzienną porcję słów, ale potrzebowałam inspiracji. Inaczej nie potrafiłabym stawić czoła pustemu ekranowi laptopa.

Kiedyś słowa przychodziły do mnie same. Trzy czwarte mojego erotycznego thrillera powstało w niespełna pół roku. Potem przeczytałam to, co napisałam, i z niesmakiem wyrzuciłam do kosza. Niestety twórczy zapał, napędzający mnie podczas pisania pierwszej wersji, ulotnił się bez śladu. Teraz uważałam za sukces napisanie dwustu słów dziennie.

Weszłam schodami na piętro.

Personel nie mógł korzystać z klubowych udogodnień w godzinach pracy, ale o ile bar był otwarty do trzeciej nad ranem, o tyle reszta budynku zamykała się o dwudziestej. Nie łamałam zasad, odwiedzając moją ulubione pomieszczenie, żeby upuścić sobie trochę ciśnienia.

Mimo to przemknęłam się na palcach po grubym perskim dywanie. Minęłam salę bilardową, salon piękności, gabinet w stylu paryskim i wreszcie dotarłam do dobrze mi znanych dębowych drzwi. Mosiężna gałka była chłodna i gładka w dotyku. Przekręciłam ją i weszłam do środka.

Kwadrans. To wszystko, czego potrzebowałam. Potem wrócę do domu, spłuczę z siebie ten dzień i usiądę do pisania.

Ale jak zawsze straciłam rachubę czasu. Kwadrans zmienił się w pół godziny, potem w trzy kwadranse. Tak mnie pochłonęło to, co robiłam, że nie usłyszałam skrzypnięcia otwieranych drzwi.

Zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy było już za późno.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

Kai

 

 

- Tylko nie mów, że zaprosiłeś mnie tutaj, żebym po raz dziesiąty patrzył, jak czytasz Hemingwaya. - Dominic obrzucił zimnym spojrzeniem moją książkę.

- Nigdy nie widziałeś, jak czytam Hemingwaya.

Zerknąłem w stronę baru, gdzie Isabella zajmowała się już następnym klientem. Pozostał mi po niej tylko gin z tonikiem.

Truskawki pływały leniwie w drinku. Ich intensywna czerwień kontrastowała ostro z utrzymanym w dostojnych barwach ziemi wystrojem baru. Zwykle unikałem słodkich koktajli, wolałem brutalny płomień i przygaszoną bursztynowość szkockiej. Ale jak już mówiłem, miałem słabość do tego konkretnego smaku.

Okej, ale gdybyś zmieniła zdanie, mam prezerwatywy o smaku truskawkowym. Rozmiar XL, prążkowane dla twojej...

Przepraszam, że przerywam, ale chciałbym zamówić jeszcze drinka.

Poproszę gin z tonikiem. Truskawkowy.

Wspomnienie przerażonej miny Isabelli wywołało we mnie niechętnie rozbawienie. Na zeszłorocznej gali przerwałem jej i jej przyjaciółce Vivian rozmowę o prezerwatywach i żywo zapamiętałem tamtą wymianę zdań.

Pamiętałem wszystkie nasze wymiany zdań, czy mi się to podobało, czy nie. Wpadła w moje życie jak tornado, myląc moje zamówienie swojego pierwszego wieczoru w Valhalli, i od tamtej pory nie chce zniknąć z moich myśli.

To się robiło coraz trudniejsze.

- Osobiście nie. - Dominic pstryknął zapalniczką, czym przywołał moją uwagę. Nie palił, ale nosił przy sobie zapalniczkę, jak bardziej przesądna osoba nosiłaby amulet. - Ale wyobrażam sobie, że to właśnie robisz wieczorami w swojej bibliotece.

Uśmiechnąłem się mimo szalejącej we mnie burzy uczuć.

- Często wyobrażasz sobie, co robię w bibliotece, prawda?

- Tylko po to, żeby sobie przypomnieć, jakie masz smutne życie.

- Powiedział pracoholik, który przesiaduje po nocach w swoim gabinecie.

To cud, że jego żona jeszcze go znosiła. Alessandra to prawdziwa święta.

- Mam bardzo przyjemny gabinet.

Zapalił. Zgasił. Maleńki płomyk ożył w jego dłoni, by zaraz umrzeć.

- Teraz też bym tam był, gdybyś mnie tu nie wezwał. Co tak ważnego się wydarzyło, że ściągasz mnie tutaj w poniedziałek?

Zaprosiłem, nie wezwałem, ale nie chciałem się kłócić. Schowałem pióro, książkę i notes do kieszeni marynarki, po czym od razu przeszedłem do rzeczy.

- Miałem dzisiaj telefon.

Z twarzy Dominka spełzł wyraz znudzonego zniecierpliwienia, a w oczach zabłysła iskierka zaintrygowania.

- Tak szybko?

- Tak. Pięciu kandydatów, licząc ze mną. Głosowanie za cztery miesiące.

- Zawsze wiedziałeś, że nie zostaniesz po prostu namaszczony. - Dominic znów pstryknął zapalniczką. - Głosowanie to czysta formalność. Oczywiście, że wygrasz.

Odpowiedziałem niezobowiązującym mruknięciem.

Jako najstarszy syn i przypuszczalny spadkobierca Young Corporation niemal od urodzenia wiedziałem, że kiedyś obejmę stanowisko prezesa zarządu. Ale spodziewałem się, że nastąpi to najwcześniej za pięć, dziesięć lat, a nie za cztery miesiące.

Ogarnęły mnie niepokój i lęk.

Leonora Young nie rezygnowałaby dobrowolnie z zarządzania firmą, gdyby nie miała poważnych powodów. Zaledwie pięćdziesięcioośmioletnia, piekielnie inteligentna, zdrowa, uwielbiana przez członków zarządu żyła wyłącznie pracą i poganianiem mnie, żebym się wreszcie ożenił. A jednak to bez wątpienia ona zwołała dziś po południu telekonferencję, na której obwieściła mnie i czterem innym dyrektorom, że mamy się ubiegać o stanowisko prezesa.

Bez ostrzeżenia, bez podania szczegółów, poza datą i godziną głosowania.

Z roztargnieniem przesunąłem dłonią po szklance z ginem i tonikiem. Jej płynne linie w jakiś osobliwy sposób były pocieszające.

- Kiedy to zostanie ogłoszone publicznie? - zapytał Dominic.

- Jutro.

Co oznaczało, że przez następne cztery miesiące wszyscy będą mi się bacznie przyglądać, czekając, aż coś zawalę. Do czego nie dojdzie, bo zbyt dobrze umiałem się kontrolować.

Kandydatów formalnie było pięciu, ale jeśli nie wygram, będę jedynym przegranym. Nie tylko dlatego, że nosiłem nazwisko Young, lecz także dlatego, że byłem najlepszy. Kierowałem oddziałem na Amerykę Północną i moje osiągnięcia mówiły same za siebie. Nasz oddział wykazywał najwyższe zyski, najniższe straty i mógł się poszczycić najlepszymi innowacjami, nawet jeśli niektórzy członkowie zarządu nie zawsze zgadzali się z moimi decyzjami.

Nie martwiłem się o wynik głosowania, ale niepokoił mnie wybór momentu i zamiast się cieszyć perspektywą przejęcia firmy, pogrążałem się w mętnych wodach zwątpienia.

Dominic nie skomentował mojego wyraźnie przygaszonego entuzjazmu.

- Rynek będzie miał używanie.

Niemal widziałem, jak w jego głowie klikają liczby.

Dawniej w pierwszej kolejności zadzwoniłbym do Dantego, żeby wypocić zmartwienia na ringu, ale odkąd się ożenił, oderwanie go od Vivian na nieumówiony sparing przypominało zabieranie kości głodnemu psu.

Zresztą tak pewnie było lepiej. Dante natychmiast przejrzałby moją maskę opanowania, gdy tymczasem Dominica obchodziły wyłącznie fakty i liczby. Wszystko, co nie wywoływało poruszenia na rynku ani nie powiększało stanu jego konta, równie dobrze mogło nie istnieć.

Sięgnąłem po drinka. Słuchałem wszystkich prognoz i sączyłem truskawkowy gin z tonikiem. Zostały ostatnie krople, gdy moją uwagę przechwycił głęboki gardłowy śmiech.

Moje spojrzenie prześliznęło się po ramieniu Dominica i zatrzymało na Isabelli, która przy drugim końcu baru gawędziła z dziedziczką imperium kosmetycznego. Jej słowa sprawiły, że na twarzy chłodnej zazwyczaj bywalczyni salonów zagościł szeroki uśmiech. Szeptały z pochylonymi ku sobie głowami jak najlepsze przyjaciółki plotkujące przy lunchu. Od czasu do czasu Isabella zamaszyście gestykulowała i rozlegała się kolejna salwa jej charakterystycznego śmiechu.

Ten dźwięk przeniknął do mojej piersi, rozgrzewając ją mocniej od przyrządzonego przez nią drinka.

Ze swoimi czarno-fioletowymi włosami, złośliwym uśmiechem i tatuażem po wewnętrznej stronie nadgarstka rzucała się tutaj w oczy, była jak diament wśród kamieni. Nie dlatego, że była barmanką w pomieszczeniu pełnym miliarderów, lecz dlatego, że błyszczała zbyt jasno w półmroku tradycyjnych wnętrz Valhalli.

Obawiam się jednak, że nie serwujemy odblaskowych drinków.

Moje usta zaczęły wyginać się w uśmiechu, ale szybko przywołałem je do porządku.

Isabella była zuchwała, impulsywna i miała wszystkie cechy, których zazwyczaj unikałem w ludziach. Ceniłem kulturę osobistą, którą chyba nie grzeszyła, zważywszy na jej skłonność do mówienia o seksie w nieodpowiednich miejscach.

A jednak miała w sobie coś, co mnie wabiło, jak śpiew syren wabił żeglarzy. Coś na pewno destrukcyjnego, ale tak pięknego, że prawie było warto.

Prawie.

- Dante wie? - zapytał Dominic.

Skończył już wygłaszać prognozy rynkowe, których słuchałem jednym uchem, i teraz odpowiadał w telefonie na maile. Ten mężczyzna pracował dłużej niż ktokolwiek, kogo znałem.

- Jeszcze mu nie powiedziałem. - Isabella oderwała się od dziedziczki urodowego imperium i robiła coś przy kasie. - Spędza wieczór z Vivian. Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie wolno mu przeszkadzać, chyba że ktoś będzie umierał i nikogo innego nie będę mógł złapać.

- Typowe.

- Uhum - przytaknąłem z roztargnieniem.

Isabelle skończyła majstrować przy kasie, powiedziała coś do drugiej barmanki i zniknęła na zapleczu. Widocznie skończyła zmianę.

Coś mnie ścisnęło w żołądku. Nie oszukujmy się, to było ukłucie zawodu.

Od niemal roku trzymałem się od niej na dystans. Znałem grecką mitologię i wiedziałem, jaki los czeka żeglarzy, którzy ulegną pokusie śpiewu syren. Pójście za nią było ostatnią rzeczą, którą powinienem był zrobić. Lecz mimo to...

Truskawkowy gin z tonikiem. Ja stawiam. Wygląda pan, jakby przydało się panu coś na wzmocnienie.

- Wybacz mi, że tak szybko wychodzę, ale właśnie sobie przypomniałem, że mam coś pilnego do załatwienia. - Wstałem i zdjąłem marynarkę z haczyka pod barem. - Wrócimy do tej rozmowy później, dobrze? Dzisiaj ja stawiam.

- Jasne. Kiedy tylko będziesz miał chwilę - powiedział Dominic, nieporuszony moim nagłym pożegnaniem. Nawet nie podniósł wzroku znad swoich tabelek, kiedy płaciłem rachunek. - Powodzenia jutro.

Mechaniczne szczękanie zapalniczką towarzyszyło mi przez połowę drogi do wyjścia, zanim utonęło w narastającym gwarze. Kiedy wyszedłem na korytarzu i zamknąłem za sobą drzwi, zrobiło się zupełnie cicho. Słychać było tylko moje miękkie kroki po dywanie.

Nie wiedziałem, co zrobię, kiedy dogonię Isabellę. Mieliśmy wspólnych znajomych - jej najlepsza przyjaciółka, Vivian, była żoną Dantego - ale nie byliśmy zaprzyjaźnieni. A jednak wiadomość o wyborach nowego prezesa wytrąciła mnie z równowagi, podobnie jak jej nieoczekiwany, lecz bardzo miły gest.

Nie byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie coś mi dawali, nie oczekując niczego w zamian.

Uśmiechnąłem się smutno. Jak to świadczyło o moim życiu, jeśli zwykły darmowy drink od dalekiej znajomej okazał się najważniejszym wydarzeniem wieczoru?

Ruszyłem po schodach na górę. Nie czułem trzepotu w piersi, chociaż cichutki głosik szeptał, żebym natychmiast zawrócił i udał się w przeciwnym kierunku.

Kierowałem się przeczuciem. Mogło jej tam wcale nie być, a nawet jeśli była, nie miałem żadnego powodu jej tam szukać. Moja wrodzona powściągliwość przegrała jednak ze znacznie silniejszą potrzebą zajęcia czymś uwagi. Musiałem zrobić coś z tym irytującym pragnieniem, a skoro nie umiałem wyjaśnić, o co chodziło mojej matce, musiałem przynajmniej wyjaśnić, o co chodzi mnie. Co mnie tak zauroczyło w Isabelli? Akurat dzisiaj odpowiedź na to pytanie może okazać się łatwiejsza do znalezienia.

W czasie naszej prywatnej rozmowy po telekonferencji matka zapewniła mnie, że nie ma żadnych problemów. Nie rozchorowała się, nie była umierająca, nikt jej nie szantażował. Po prostu dojrzała do zmiany.

Gdyby chodziło o kogoś innego, przyjąłbym te słowa za dobrą monetę, jednak matka nie miała zwyczaju kierować się kaprysami. Stało to w całkowitej sprzeczności z jej naturą. Ale wiedziałem też, że nie kłamała. Znałem ją wystarczająco dobrze, by rozpoznać, kiedy mija się z prawdą, a tym razem nic na to nie wskazywało.

Zmarszczyłem czoło. Coś tu się bardzo nie zgadzało.

Jeśli nie zdrowie i nie szantaż, co jeszcze mogło wchodzić w grę? Konflikt na łonie zarządu? Zmęczenie stresem po dekadach kierowania multimiliardową korporacją? Jej ciało przejęli kosmici?

Tak się pogrążyłem w rozmyślaniach, że nie słyszałem płynących korytarzem delikatnych dźwięków fortepianu. Dotarły do mnie dopiero w momencie, kiedy stanął przed ich źródłem.

Więc jednak tam była.

Serce drgnęło mi w piersi, ale tylko raz, i to tak nieznacznie, że prawie tego nie zauważyłem. Rozchmurzyłem się, frustracja ustąpiła ciekawości, a następnie zdumieniu, gdy rozpoznałem kaskadę dźwięków.

Grała Hammerklavier Beethovena, jeden z najtrudniejszych utworów skomponowanych na fortepian. I grała go bardzo dobrze.

Byłem tak zdumiony, że zaparło mi dech w piersi.

Rzadko słyszałem, by ktoś grał ten utwór w tempie zamierzonym przez kompozytora. Oszałamiające wykonanie Isabelli, którego mogliby jej pozazdrościć najwybitniejsi koncertujący pianiści, pozbawiło mnie ostatnich wątpliwości, czy powinienem zawracać jej głowę.

Musiałem to zobaczyć na własne oczy.

Po krótkim wahaniu położyłem dłoń na gałce u drzwi, przekręciłem i wszedłem do środka.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

Kai

 

 

Sala fortepianowa oszałamiała przepychem równie mocno, jak pozostałe pomieszczenia klubu: draperie z miękkiego aksamitu do samej podłogi, złote rożki kinkietów rzucające ciepłe światło na ściany w kolorze głębokiego różu. Pośrodku królował koncertowy steinway, którego wypolerowane do połysku czarne płaszczyzny srebrzył blask księżyca.

Przy fortepianie, plecami do mnie, siedziała Isabella. Jej palce biegały po klawiaturze z tak zawrotną prędkością, że od samego patrzenia mogło się zakręcić w głowie. Zaczęła właśnie ostatnią część sonaty.

Pierwszy temat wybuchł odważnym trylem i wił się, skręcał, rozciągał i koziołkował przez kolejne dwieście taktów. Potem zapadła cisza - króciutka pauza przed subtelnym wejściem chorałowego drugiego tematu.

Łagodnego, zapadającego w pamięć, dostojnego...

Aż znów wdarł się z hukiem pierwszy temat, a rozpędzone nuty napierały na spokojniejszego towarzysza z taką siłą, że kazały oddać im pole. Tematy splatały się ze sobą w niewiarygodnie pięknym połączeniu dwóch diametralnie różnych temperamentów, wznosząc się wyżej, wyżej i jeszcze wyżej...

A potem runęły w wielkim finale, rzuciły się z urwiska, by poderwać oszałamiającą fontannę równoległych oktaw i skoków oktawowych.

Przez cały ten czas stałem jak skamieniały, a serce waliło mi w piersi niczym oszalałe. Nie mogłem się otrząsnąć ze zdumienia. To było po prostu niemożliwe.

Grałem tę sonatę. Zagrałem ją kilkadziesiąt razy. Ale nigdy nie zabrzmiała w ten sposób. Ostatnia część powinna być przesycona smutkiem. Wyczerpujące emocjonalnie dwadzieścia minut, które wzbudzały żałobne zachwyty krytyków, w wykonaniu Isabelli podnosiły na duchu, były niemal radosne.

Oczywiście jej technika pozostawiała wiele do życzenia. Na niektórych nutach opierała się za ciężko, na innych za lekko i nie kontrolowała w wystarczającym stopniu pracy palców, by wyprowadzić wszystkie linie melodyczne. A mimo to dokonała niemożliwego.

Wzięła ból i zmieniła go w nadzieję.

Ostatnia nuta zawisła w powietrzu bez tchu i umilkła. Zapadła cisza.

Czar prysł, znów mogłem oddychać.

- Imponujące - powiedziałem głosem bardziej chrapliwym niż zwykle.

Zanim ostatnia sylaba opuściła moje usta, Isabella zesztywniała. Z widocznym przestrachem odwróciła się w moją stronę. Na mój widok odprężyła się, ale zaraz znowu się spięła.

- Co pan tu robi?

Kąciki moich ust zadrgały rozbawieniem.

- To ja powinienem panią o to zapytać.

Przemilczałem fakt, że od miesięcy wiem o jej zwyczaju zakradania się do sali fortepianowej. Odkryłem to przypadkiem, kiedy pewnego wieczoru zasiedziałem się do późna w bibliotece i wychodząc, zobaczyłem, jak Isabella wymyka się z miną winowajczyni. Nie zauważyła mnie, a ja od tamtej pory wiele razy słyszałem, jak gra. Biblioteka sąsiadowała z salą fortepianową, jeśli więc usiadłem przy samej ścianie, słyszałem ciche dźwięki melodii. Tworzyły dziwnie uspokajający soundtrack dla mojej pracy. Lecz nigdy wcześniej nie grała nic tak skomplikowanego, jak Hammerklavier.

- Wolno nam korzystać z tej sali po godzinach, jeśli jest pusta - powiedziała, zadzierając wyzywająco podbródek. - Ale teraz już chyba nie jest - dodała niepewnie, marszcząc brwi.

Zrobiła ruch, żeby wstać, ale pokręciłem głową.

- Niech pani zostanie. Chyba że ma pani inne plany na wieczór. - Znów nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. - Słyszałem, że ostatnio dużym powodzeniem cieszą się odblaskowe imprezy na lodowisku.

Spłonęła rumieńcem, ale dumnie zadarła podbródek i przeszyła mnie wzrokiem urażonej godności.

- Niegrzecznie jest podsłuchiwać cudze rozmowy. Nie uczą was tego w szkołach z internatem?

- Au contraire, podsłuchiwanie jest tam głównym przedmiotem. A co do pani oskarżenia, nie wiem, o czym pani mówi - powiedziałem łagodnym tonem. - To była zwykła uwaga na temat obecnych trendów nocnego życia.

Rozsądek podpowiadał, żebym nie wdawał się niepotrzebnie w rozmowę z Isabellą. Było to niestosowne, zważywszy że pracowała w klubie, w którego komitecie zarządzającym zasiadałem. Prześladowało mnie też niepokojące uczucie, że jest niebezpieczna - nie fizycznie, ale w jakimś innym sensie, którego nie umiałem określić.

Lecz zamiast wyjść, jak sugerował rozum, przysunąłem się bliżej i musnąłem czubkami palców kość słoniową klawiszy, wciąż jeszcze ciepłą od jej dotyku.

Isabella się odprężyła, choć jej spojrzenie zachowało czujność.

- Bez obrazy, ale jakoś nie wyobrażam sobie pana w nocnym klubie, a co dopiero na odblaskowej imprezie.

- Nie muszę brać w czymś udziału, żeby się na tym znać. - Uderzyłem w klawisz w tonacji molowej, by zasygnalizować zmianę tematu. - Dobrze pani zagrała. Lepiej niż większość pianistów, którzy się biorą za Hammerklavier.

- Wyczuwam, że zaraz powie pan "ale".

- Ale w drugi temat weszła pani zbyt agresywnie. Trzeba go grać lżej, bardziej powściągliwie. - To nie była krytyka, tylko obiektywna ocena.

Isabella uniosła brew.

- Sądzi pan, że pan zagrałby lepiej?

Puls mi gwałtownie przyspieszył, w piersi zapłonął znajomy ogień. Jej ton był na poły żartobliwy, na poły wyzywający, ale to wystarczyło, by obudzić we mnie ducha rywalizacji.

- Pani pozwoli? - powiedziałem, wskazując głową ławkę przed fortepianem.

Zsunęła się z siedzenia. Zająłem zwolnione przez nią miejsce, wyregulowałem wysokość i położyłem dłonie na klawiszach, tym razem z namysłem. Hammerklavier ćwiczyłem od dzieciństwa. Jako mały chłopiec zażądałem od mojego nauczyciela muzyki, by pominął łatwiejsze kawałki i od razu przeszedł do najtrudniejszych utworów. Druga część była trudniejsza do zagrania bez pierwszej części i preludium, ale pamięć mięśniowa przeprowadziła mnie przez wszystkie zasadzki.

Sonata skończyła się wspaniałym ozdobnikiem. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem.

- Mmm. - Nie usłyszałem w jej mruknięciu wielkiego podziwu. - Moje wykonanie było lepsze.

Aż podskoczyłem.

- Słucham?

- Przykro mi. - Wzruszyła ramionami. - Jest pan dobrym pianistą, ale czegoś panu brakuje.

Uczucie, którego doznałem, było tak obce i niespodziewane, że mogłem się tylko gapić. Zdumiony i oburzony, nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

- Czegoś mi brakuje - powtórzyłem jej słowa, zbyt oszołomiony, by zdobyć się na bardziej oryginalną wypowiedź.

Skończyłem Oksford i Cambridge jako najlepszy student w grupie, świetnie grałem w polo i tenisa, a do tego mówiłem biegle w siedmiu językach. Kiedy miałem osiemnaście lat, założyłem fundację wspierającą artystów z ubogich dzielnic miasta i byłem na najlepszej drodze, by zostać najmłodszym na świecie prezesem firmy z pierwszej pięćsetki "Forbesa".

Przez trzydzieści dwa lata mojego życia nigdy nie usłyszałem, że czegoś mi brakuje.

Najgorsze było to, że po namyśle przyznałem jej rację.

Tak, miałem znacznie lepszą technikę niż ona. Precyzyjnie wygrywałem każdą nutę, ale moja gra była... nieinspirująca. Narastające i opadające fale emocji, które charakteryzowały jej wykonanie, w moim zniknęły, pozostawiając po sobie sterylne piękno.

Nigdy bym tego nie zauważył, gdybym grał sam, ale po jej występie różnica była nie do przeoczenia.

Zacisnąłem zęby. Przyzwyczaiłem się być we wszystkim najlepszy, więc świadomość, że w czymś nie jestem, przynajmniej w tym jednym konkretnym przypadku, cholernie bolała.

- Czego dokładnie pani zdaniem mi brakuje? - zamaskowałem kłębiące się myśli spokojnym tonem.

Zanotować w pamięci: ćwiczenia fortepianowe zamiast tenisa z Dominikiem kluczem do skutecznego rozwiązania problemu. Wszystko, co robiłem, robiłem doskonale, i to też nie będzie wyjątkiem.

W policzkach Isabelli pojawiły się dołeczki. Moje niezadowolenie wyraźnie ją cieszyło, co powinno było rozwścieczyć mnie jeszcze bardziej, ale niewiele brakowało, żebym w odpowiedzi na jej przekorny uśmiech sam się uśmiechnął. Na szczęście w porę się powstrzymałem.

- To, że pan nie wie, stanowi część problemu. - Ruszyła w kierunku drzwi. - Musi pan sam na to wpaść.

- Zaczekaj.

Poderwałem się z ławki i zanim zdążyłem pomyśleć, co robię, chwyciłem ją za rękę.

Zamarliśmy, wpatrując się w moją dłoń obejmującą jej nadgarstek. Miała miękką skórę, a jej puls trzepotał w tym samym rytmie, co moje oszalałe nagle serce.

Spowiła nas ciężka, napięta cisza. Byłem orędownikiem nauki, nie wierzyłem w nic, co przeczyło prawom fizyki, ale mógłbym przysiąc, że czas zwolnił bieg, jakby każda sekunda przedzierała się przez melasę.

Isabella przełknęła ślinę. Choć trwało to ułamek sekundy, wystarczyło, by prawa fizyki wznowiły działanie, a rozsądek odzyskał kontrolę.

Czas przyspieszył do swojego zwykłego tempa. Puściłem jej rękę równie nagle, jak ją złapałem.

- Proszę mi wybaczyć - powiedziałem sztywno.

Usilnie starałem się nie zwracać uwagi na mrowienie mojej dłoni.

- W porządku. - Isabella dotknęła z roztargnieniem nadgarstka. - Czy ktoś już panu powiedział, że mówi pan jak postać z Downton Abbey?

To pytanie było tak niespodziewane, że potrzebowałem chwili, by do mnie dotarło.

- Mówię... jak kto?

- Jak postać z Downton Abbey. Wie pan, z tego serialu o brytyjskiej arystokracji z początku dwudziestego wieku.

- Znam ten serial.

- To świetnie. Pomyślałam, że wyjaśnię panu na wypadek, gdyby pan nie znał. - Isabella znów się promiennie uśmiechnęła. - Powinien pan postarać się trochę rozluźnić. To by pomogło w grze na fortepianie.

Straciłem dar mowy po raz drugi jednego wieczoru.

Kiedy zamknęły się za nią drzwi, stałem tam jeszcze, zastanawiając się, co się właściwie przed chwilą wydarzyło. Dopiero w drodze do domu uświadomiłem sobie, że od chwili, gdy usłyszałem grę Isabelli, ani razu nie pomyślałem o wyborach prezesa firmy.