Było to w tym czasie, kiedy
niemieckie hordy zalewały Francję. Zdziesiątkowana armja młodej
republiki odeszła za En na północ i za Loarę na południe. Od strony
Renu wgłąb kraju wdzierały się niepowstrzymane trzy fale
uzbrojonych ludzi. Fale te oddalały się od siebie, to znowu
zbliżały, mając na celu wspólne opanowanie Paryża, który należało
okrążyć jakby pierścieniem ogromnego jeziora.
Następnie jezioro to dało początek oddzielnym potokom. Jeden z
nich popłynął ku północy, drugi na południe, aż do Orleanu, trzeci
na zachód, do Normandji. Wielu z żołnierzy niemieckich pierwszy raz
ujrzało w swem życiu morze. Konie ich pławiły się w słonych wodach
w pobliżu Dieppe.
Serca Francuzów targała rozpacz i oburzenie. Na ich
przepięknym kraju wróg wycisnął piętno hańby. Walczyli za ojczyznę,
lecz byli pokonani. Bili się do ostatniej kropli krwi i nie mogli
dać rady niezliczonym pułkom piechoty, tej kawalerji, tym
śmiercionośnym armatom. Obcoplemieńcy zawładnęli ich krajem i byli
nieugięci w swym ogromie. Pozostała tylko, jako jedyny środek
zbawienia, walka w pojedynkę. W ten sposób można było jeszcze coś
zdziałać. Waleczny francuz mógł jeszcze zadać niemcowi plagi, aby
ten pożałował dnia, w którym przekroczył brzeg Renu. I oto wybuchła
nader osobliwa, nienotowana w kronikach bitew i oblężeń, wojna.
Była to wojna jednostek, w której pierwszorzędną rolę odgrywało
zabójstwo z za węgła i brutalna represja.
Zwłaszcza taka podstępna wojna dała się najgorzej we znaki
dowódcy 24-go Poznańskiego pułku piechoty, pułkownikowi von Gramm.
Pułk jego kwaterował w normandzkiem miasteczku Less-Andeli,
czołówki zaś i pikiety były rozesłane wokół miasta, po wioskach i
dworach w okolicy. Jakkolwiek w pobliżu nie było wojska
francuskiego, to jednak codziennie pułkownik odbierał nader
nieprzyjemne raporty. Według tych doniesień pewnego razu został
zabity żołnierz, stojący na warcie, to znowu innym razem przepadł
oddział żołnierzy, wysłanych po żywność. Wiadomości podobne
sprawiały, że pułkownik von Gramm dostawał napadu furji i z jego
rozkazu płonęły domy, znajdujące się w pobliżu miejsca zbrodni, i
wioskowi mieszkańcy dygotali ze strachu.
Ale te odwety nie odnosiły skutku, bo zaraz nazajutrz
zaczynała się ta sama historja. Wszelkie przedsięwzięcia pułkownika
spełzały na niczem i niewidzialnych wrogów nie można było zdławić.
Poszczególne oznaki zbrodni kazały przypuszczać, że morderstw
dokonywała jedna i ta sama ręka i że wypływały one z jednego
źródła.
Gdy stosowanie gwałtu za gwałt nie dawało żadnego rezultatu,
pułkownik uciekł się do złota. Oznajmiono wszystkim okolicznym
włościanom, że ten, kto wskaże przestępcę, otrzyma pięćset franków
nagrody. Ale na ogłoszenie to nie wpłynęła odpowiedź. Trzeba było
podnieść nagrodę do wysokości ośmiuset franków, chłopi jednak i tym
razem byli głusi. W tym czasie tajemniczy wróg zamordował kaprala,
więc pułkownik znowu podwyższył nagrodę do tysiąca franków.
Nareszcie za tę kwotę udało mu się podkupić duszę pewnego wyrobnika
z fermy, nazwiskiem François Rejan, w którym chciwość przemogła
nienawiść do niemców.
- Powiadasz więc, że znasz winowajcę tych wszystkich
przestępstw? - zapytał pruski pułkownik, patrząc ze wstrętem na
wyrobnika.
Przed nim stało indywiduum w niebieskiej bluzie, z twarzą
podobną do szczura.
- Tak jest, panie pułkowniku, znam go.
- Co on za jeden?
- A jakże będzie z tysiącem franków?
- Nie otrzymasz ani grosza, dopóki nie sprawdzę, czy nie
kłamiesz. Więc mów, kto mordował mych żołnierzy?
- Hrabia Eustachy z Czarnego Zamku.
- Łżesz! - krzyknął pułkownik ze złością - człowiek
wykształcony i szlachcic nie popełniłby podobnego świństwa.
Chłop wzruszył ramionami.
- Cóż robić, widzę, że pan, panie pułkowniku, nie zna
hrabiego. Wszystkie te zbrodnie - to czyny rąk jego. Mówię
prawdziwie i wcale się nie boję, że pan sprawdzi moje słowa. Hrabia
z Czarnego zamku jest człowiekiem ogromnie okrutnym. Przedtem też
był nie lepszym, ale teraz zrobiło się z niego poprostu zwierzę. Bo
to, widzi pan, podziałała tak na niego śmierć syna. Syna mu wzięto
do niewoli pod Doues. Stamtąd zawleczono go do Niemiec a później w
czasie ucieczki zginął. Hrabia miał tylko jednego syna i śmierć
jedynaka doprowadziła starego do obłędu. Wśród nas on uchodzi za
obłąkanego. Zebrał swoich chłopów i zaczął polować na niemiecką
armję. ilu zabił, nie wiem, ale mogę powiedzieć, że on na czołach
wszystkich zabitych wyrzyna krzyż. Krzyż - to herb jego nazwiska.
François Rejan mówił prawdę. Wszyscy zabici mieli na czołach
nad brwiami wyrżnięte jakby myśliwskim nożem znaki w kształcie
krzyża. Pułkownik pochylił się nad stołem i zaczął wodzić palcem po
mapie.
- Czarny zamek oddalony jest stąd najwyżej o cztery mile -
rzekł.
- Trzy mile, panie pułkowniku i kilometr.
- Znasz to miejsce?
- A jakże! Robiłem tam na dniówkę.
Pułkownik zadzwonił.
- Daj temu człowiekowi jeść i zatrzymaj go - zwrócił się do
sierżanta.
- Za co mnie pan zatrzymuje panie pułkowniku? Ja wszystko
wyznałem.
- Będziesz naszym przewodnikiem.
- Przewodnikiem?! A hrabia? Nie daj, Boże, dostać się w jego
ręce! Och, panie pułkowniku!...
Pruski pułkownik ruchem ręki nakazał chłopu, aby zamilkł.
- Wezwij do mnie niezwłocznie kapitana Baumgartena - rzekł
do sierżanta.
Kapitan zjawił się natychmiast. Był to człowiek w średnim
wieku z niebieskiemi oczami i niepomiernie rozwiniętemi szczękami.
Twarz kapitana Baumgartena miała kolor ceglasto-czerwony, z
wyjątkiem górnej części, która zachowała biały jak słoniowa kość,
kolor, będąc ochranianą od powietrza i słońca miedzianym kaskiem.
Rude wąsy miał źle podkręcone do góry, głowę zaś łysą i błyszczącą
jak lustro. Młodsi oficerowie dla zbytków skradali się za - jego
plecami i, przeglądając się w jego łysinie podkręcali sobie wąsy.
Kapitan uchodził za powolnego ale za to dzielnego i godnego
zaufania oficera. Pułkownik polegał na nim bezwzględnie.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.