Dramatis personae
GŁÓWNI BOHATEROWIE
Martí Barbany - zamożny armator i znakomity obywatel Barcelony
Marta Barbany - córka Martíego Barbany i jego małżonki Ruth
Bernabé Mainar (alias Luciano Santángel) - złowrogi osobnik, właściciel dwóch dużych lupanarów w mieście
Bertran z Cardony - syn hrabiego z Cardony przekazany jako zakładnik na dwór hrabiowski w Barcelonie
Ramón Berenguer I Stary - hrabia Barcelony i małżonek Almodis
Almodis z Marchii - trzecia żona Ramóna Berenguera I i matka czworga z jego dzieci
Pedro Ramón - pierworodny syn Ramóna Berenguera I, owoc jego związku z Elisabet z Barcelony
Ramón Berenguer ("Lnianogłowy") - syn Ramóna Berenguera I i Almodis z Marchii, bliźniak Berenguera Ramóna
Berenguer Ramón - syn Ramóna Berenguera I i Almodis z Marchii, bliźniak Ramóna Berenguera
Eudald Llobet - przyjaciel Martíego Barbany, ojciec chrzestny jego córki Marty i spowiednik hrabiny Almodis
Ahmed - syn Omara i Naimy, wiernych sług Martíego Barbany
POSTACIE DRUGOPLANOWE
Zahira - niewolnica Marçala de Sant Jaume, wielka miłość Ahmeda
Rashid al-Malik - przyjaciel Martíego pochodzący z Mezopotamii
Basilis Manipoulos - kapitan statku Stella Maris, prawa ręka Martíego w interesach morskich
Marçal de Sant Jaume - potężny arystokrata, sprzymierzeniec Pedra Ramóna
Simó "Renegat" - licytator niewolników i sługa Marçala de Sant Jaume
Delfin - karzeł, dworski błazen, doradca i wierny sługa Almodis
Adelais de Cabrera - młoda dama na dworze, zdeklarowana przeciwniczka Marty Barbany
Gueralda - służąca w domu rodziny Barbany, dawniej w domu rodziny Cabrera
Tomeu "Rudy" - przekupień z Mercadal
Magí de la Vall - kapłan, koadiutor archidiakona Llobeta
Nur - prostytutka w lupanarze na Montjuic prowadzonym przez Mainara
Amina - siostra Ahmeda, córka Omara i Naimy, wierna przyjaciółka Marty
Adela de Monsargues - przeorysza klasztoru Sant Pere de les Puelles
Manel - przyjaciel Ahmeda
DWÓR HRABIOWSKI
Inés - najstarsza córka Ramóna Berenguera I i Almodis z Marchii, siostra Sanchy i bliźniąt
Sancha - młodsza córka Ramóna Berenguera I i Almodis z Marchii, siostra Inés i bliźniąt
Guigues z Albonu - narzeczony Inés Guillermo Ramón z Cerdani - narzeczony Sanchy
Olderich de Pellicer - veguer (urzędnik wymiaru sprawiedliwości) Barcelony
Gombau de Besora - rycerz w służbie hrabiego Ramóna Berenguera I
Gualbert Amat - seneszal
Odó de Montcada - biskup Barcelony
Guillem de Valderribes - naczelny notariusz
Ponc Bonfill - sędzia w Barcelonie
Eusebi Vidiella - sędzia w Barcelonie
Frederic Fortuny - sędzia w Barcelonie
Lionor de la Boeésie - pierwsza dama Almodis
Brigida de Amalfi i Barbara de Ortigosa - damy do towarzystwa
Estefania Desvalls, Araceli de Besora, Eulalia Muntanyola i Anna de Quarsa - młode damy
Sigeric - młody paź, późniejszy giermek Bertrana z Cardony
OTOCZENIE MARTÍEGO BARBANY
Ruth - małżonka Martíego Barbany i matka jego córki Marty
Omar - sługa Martíego, dawniej niewolnik, teraz wyzwolony
Naima - żona Omara
Mariona - kucharka
Caterina - ochmistrzyni
Andreu Codina - majordom
Gaufred - dowódca straży
Jofre Ermengol - przyjaciel Martíego z dzieciństwa, obecnie kapitan jednego z jego statków
Rafael Munt, zwany Feletem - przyjaciel Martíego z dzieciństwa, obecnie kapitan jednego z jego statków
LUPANARY MAINARA
Maimón - eunuch zarządzający lupanarem na Montjuic
Rania - klucznica lupanaru w Vilanova dels Arcs
"Negr" - służący w lupanarach
Pacia - parobek w lupanarze w Vilanova dels Arcs
DOM RODZINY CARDONA
Folch z Cardony - wicehrabia Cardony, ojciec Bertrana
Gala - wicehrabina Cardony, matka Bertrana
Lluc - stary wychowawca Bertrana
DWÓR SYCYLIJSKI
Roberto Guiscardo - książę Apulii, Kalabrii i Sycylii
Sichelgaita z Salerno - małżonka Roberta Guiscarda i matka Mafaldy
Mafalda z Apulii - córka Roberta Guiscarda i Sichelgaity z Salerno, narzeczona Ramóna Berenguera ("Lnianogłowego")
Tullio Fieramosca - admirał Roberta Guiscarda
PODRÓŻ MARTÍEGO
Nagib Tunezyjczyk - niebezpieczny pirat
Selim - syn Nagiba
Maria - młoda kobieta, którą Ahmed ratuje w tawernie
Kostas Paflagos - okaleczony starzec, teść Marii
Tono Crosetti - żeglarz, dawny jeniec Nagiba
Barral - marynarz na statku Santa Marta
INNI
Lluc - majordom Pedra Ramóna
Aser Ben Jehuda - lichwiarz z Call
Harusz - medyk
Berenguela de Mas - położna
Florinda - znachorka
Bernadot - woźnica
Pere Fornells - zarządca dworu Marçala de Sant Jaume w Arbucias
Samir - majordom Marçala de Sant Jaume
Baszira - niewolnica w domu Marçala de Sant Jaume
1Zmartwienia i zgryzoty
Barcelona, 1063
W ogromnym domostwie Martíego Barbany, jednego z najzamożniejszych i najpotężniejszych obywateli powstającego miasta Barcelona, panowała niemal namacalna cisza, zakłócana tylko hałaśliwą krzątaniną służby. Posiadłość przy placu Sant Miquel, za dwiema basztami dawnych murów miejskich, obejmowała kilka domów oddzielonych ogrodami i dziedzińcami. Jej właściciel, w pełni swoich dwudziestu dziewięciu lat, przemierzał niespokojnym krokiem przedpokój głównej sypialni, podczas gdy zastygła w bezruchu sylwetka jego zaufanego majordoma, Andreu Codiny, pozostawała w cieniu. Szelest wywołany szybkim furkotem halki po drugiej stronie drzwi sprawił, że mężczyzna się zatrzymał, a sługa wytężył wzrok. Jedno ze skrzydeł ogromnych, nabijanych ćwiekami drzwi uchyliło się i w szparze pojawiła się głowa Cateriny, ochmistrzyni, niespokojnym spojrzeniem szukającej swego pana.
- Położna pyta, czy trzeba jeszcze długo czekać na przybycie medyka Harusza. Wydaje jej się, że poród nie przebiega dobrze...
Martí utkwił w niej wzrok.
- A czy nie można było wezwać go wcześniej? - zapytał.
Dobra kobieta, wylękniona, tłamsiła brzeg poplamionego fartucha.
- Mój panie, ja tylko pomagam, ile mogę, a decyduje położna, Berenguela de Mas, i to właśnie ona pilnie się teraz domaga obecności medyka...
- Nie traćmy czasu na próżne roztrząsania - przerwał jej
Martí. - Jeżeli coś źle pójdzie, może się spodziewać konsekwencji.
W głębi wielkiego przedpokoju rozległ się poważny głos majordoma.
- Proszę się nie niepokoić, panie. Omar pojechał już po medyka i powinni tu być lada chwila.
- Mam taką nadzieję, Andreu. - Przez chwilę Martí milczał, po czym westchnął i dodał: - Wyślij kogoś, żeby zawiadomił ojca Llobeta... W takich okolicznościach jak te czuję, że jego obecność mnie pokrzepia.
- Jeśli pozwolicie, panie, poślę Ahmeda. Jest szybki jak zając i bardzo sprawny.
Martí, z nieobecnym spojrzeniem, skinął głową. W owej chwili mógł myśleć tylko o Ruth i o synu, który tak bardzo pragnął się narodzić.
Majordom wycofał się w pełnym szacunku milczeniu: dobrze znał bezlik fatalnych zrządzeń losu, które znaczyły niespokojną egzystencję jego pana, i lękał się, by znowu nie zwaliło się na niego nieszczęście, jak już to miało miejsce, kiedy śmierć zabrała mu młodzieńczą miłość i kiedy, po latach, w tak okrutny sposób pozbawiła go matki.
? ? ?
Mohamed, którego wszyscy nazywali Ahmedem, starszy syn Omara i Naimy, niewolników kupionych przez Martíego dziesięć lat wcześniej, a później uwolnionych, pobiegł jak kozica w stronę Pia Almoina. Starając się uniknąć ciżby ludzkiej, jaka o tej porze usiłowała przekraczać w obu kierunkach bramy miejskie, przebył uliczki prowadzące do zespołu katedralnego. Niósł pilne polecenie sprowadzenia starego księdza Eudalda Llobeta, który w wielkim stopniu ukształtował życie jego pana. Dobroczynny wpływ duchownego wynikał z obietnicy, jaką ten złożył niegdyś swojemu dobremu przyjacielowi Guillemowi Barbany de Gorb, ojcu Martíego. Ahmed słyszał, że ci dwaj byli w młodości towarzyszami broni, że świętej pamięci Guillem kilkakrotnie ratował życie Llobeta i że na łożu śmierci powierzył mu swój testament oraz opiekę nad jedynym synem.
Ahmed dotarł wreszcie do celu. Braciszek przy furcie rozpoznał chłopca i zorientował się po jego zachowaniu, jak pilną ma sprawę, znając zaś pozycję, jaką archidiakon zajmuje w domu przyjaciela, bez zbędnej straty czasu zaprowadził posłańca do sali przeznaczonej dla gości. Po krótkim oczekiwaniu Ahmed usłyszał na płytach korytarza odgłos sandałów olbrzymiego kapelana; jego kroki zdradzały wielki pośpiech.
W drzwiach pojawiła się ukoronowana tonsurą głowa, a następnie postać duchownego zajęła całą ich szerokość.
- Co cię tu sprowadza, Ahmedzie? - zapytał ojciec Eudald Llobet, a na jego twarzy odmalował się niepokój.
- Mój pan domaga się pilnie waszej obecności. Wydaje się, że pani zaczęła rodzić, zanim nadeszła jej pora.
Ksiądz zamierzał wypytać chłopca o dalsze szczegóły, ale zrozumiał, że spowodowałoby to stratę czasu, który w takim momencie był bardzo cenny.
- Poczekaj chwilę, wezmę swoje rzeczy i natychmiast pojedziemy. Powiedz odźwiernemu, żeby stajenny przygotował wóz i zaprzągł muła.
- Wybaczcie, ojcze, ale w mieście panuje teraz taki ścisk, że szybciej dojdziemy na piechotę.
- Niech więc tak będzie.
? ? ?
Do uszu Martíego dobiegł odgłos pośpiesznych kroków, a ich intensywność wskazywała, że po szerokich schodach wchodzi więcej niż jedna osoba. I rzeczywiście: pojawili się jednocześnie ojciec Llobet i medyk Harusz. Martí wyszedł im naprzeciw, kiedy przekroczyli próg; jego dłonie splotły się z dłońmi księdza w serdecznym powitaniu.
- Mój panie, nie traćcie czasu - powiedział natychmiast Martí w odpowiedzi na pytające spojrzenie medyka. - Kiedy moja żona siedziała na tarasie, poczuła silne bóle i zaczęła krwawić... Wygląda na to, że poród się zaczął na dwa miesiące przed czasem, a położna mówi, że chyba coś idzie nie tak jak trzeba.
Harusz otarł spoconą łysinę chustką, którą wyciągnął z przepaścistej kieszeni swojej zielonej sukni.
- Gdzie znajduje się położnica? - zapytał.
- Zaprowadzę was, jeśli łaska.
- Będzie lepiej, jeśli wskażecie mi drogę... Nie chcę was obrazić, ale w takich wypadkach mężowie są zbyteczni.
- Martí, pozwólcie, żeby medyk czynił, co do niego należy - zauważył ojciec Llobet spokojnym głosem. - Ja pójdę z wami na taras, gdzie czas będzie wam szybciej schodził.
- Potem, Eudaldzie. Chcę wpierw zobaczyć moją żonę i obiecuję, że potem posłucham się medyka i pójdę, gdzie mi każecie.
Cała trójka skierowała się do komnaty położnicy i ciężkie drzwi zamknęły się za nimi.
Wielka sala tonęła w półmroku, oświetlona jedynie dwoma kandelabrami i pojedynczym świecznikiem stojącym przy łóżku. W kominku trzaskały kłody, a nad nimi, oparty na żeliwnym trójnogu umieszczonym na płycie o koncentrycznych kręgach, widać było ogromny kocioł z niemal wrzącą wodą. Przy łożu krzątały się dwie kobiety, usiłując złagodzić bóle położnicy. Prym wiodła znana położna, niejaka Berenguela de Mas, która przyjęła w Barcelonie niezliczone porody. W owej chwili, spocona, z włosami zebranymi pod czepkiem, trzymała rękę między udami kobiety, która leżąc ze zgiętymi i rozłożonymi nogami, głucho jęczała. Jej twarz była żywym obrazem trwogi. Drugą kobietą, która w owych chwilach ograniczała się do zmieniania kompresów na czole położnicy, była Caterina, ochmistrzyni zarządzająca domem.
Pozostawiając na stronie przygnębionego męża i duchownego, Harusz skierował się ku położnej.
- Jak to wygląda, Berenguelo?
Matrona westchnęła z ulgą, usłyszawszy głos medyka, i niemal nie odwracając głowy, odpowiedziała:
- Źle, mój panie. Dzięki Bogu, że przyszliście. Pani straciła dużo krwi i minęły już cztery lata, odkąd była matką: kanał rodny wydaje się zagrodzony, chyba worek z placentą się oderwał i zamyka wyjście. Poza tym to jeszcze nie czas. Dlatego po was posłałam.
- Pozwólcie, że zobaczę.
Ruth, żona Martíego, leżała w łożu pod baldachimem, z pasmami kasztanowych włosów przylepionymi do skroni; z ust ledwie wydobywał się głuchy jęk, a na wargach, z których wypływała strużka krwi, widoczne były ślady jej własnych zębów. Została zawinięta w długą koszulę, zakrywającą ciało od pasa w dół, tak by można ją było pielęgnować, nie narażając na szwank przyzwoitości.
Stary medyk otworzył torbę i wyjął z niej dziwne urządzenie podobne do wielkich cęgów, otwierających się na jednym końcu, gdy ściskało się drugi. Pasami białego płótna owinął cęgi, a potem zanurzył je w płynie, który wlał z bańki do jednej z misek położnej. Teraz mógł już przystąpić do działania.
Martí i duchowny stali w najdalszym rogu pomieszczenia jak dwa marmurowe posągi.
Medyk przysunął urządzenie do narządów płciowych położnicy i ściskając uchwyt, rozwarł cęgi. Potem wprowadził prawą dłoń w ciało kobiety. Po chwili, która mężowi wydała się wiecznością, poruszył się niespokojnie. Zamienił kilka słów z położną, po czym skierował się do miejsca, gdzie oczekiwali obaj mężczyźni.
- Panie, przykro mi z powodu złych wiadomości: torba z placentą nie pozwala urodzić się dziecku, które ponadto jest przedwczesne... Musicie wybierać pomiędzy matką a dzieckiem, jako że można uratować tylko jedno z ich dwojga... I to pod warunkiem, że los okaże się łaskawy.
- Nie rozumiem, wytłumaczcie mi to jaśniej - powiedział Martí.
- Czy mam mówić z całkowitą szczerością?
- Niełatwo mnie przestraszyć, możecie mówić otwarcie.
- Jeżeli chcecie, bym ratował waszą małżonkę, muszę zgnieść główkę dziecka i pociągnąć za nią, żeby przycisnęła placentę i opróżniła ją z krwi. Dopiero wówczas będę mógł wyciągnąć i placentę, i dziecko, choć będzie ono, jak się domyślacie, martwe. Jeżeli natomiast spróbuję uratować życie waszemu dziecku, co już samo w sobie jest bardzo skomplikowane, biorąc pod uwagę, że płód ma siedem miesięcy, wtedy będę musiał naciąć brzuch waszej żony, dopóki ona żyje, gdyż jeśliby przestała oddychać, dziecko by się udusiło.
Martí Barbany zmienił się na twarzy, która przybrała odcień trupiej bladości. Nie mógł wykrztusić słowa. Archidiakon ścisnął jego ramię i powiedział:
- Kościół twierdzi, że na pierwszym miejscu należy stawiać życie nienarodzonego.
- Guzik mnie obchodzi, co twierdzi Kościół! Będę mógł mieć inne dzieci... Natomiast żonę stracę na zawsze!
- Mówicie głupstwa, Martí. Jednak wybaczam wam, bo w tej chwili nie jesteście przy zdrowych zmysłach - rzekł duchowny.
- Zostawcie mnie w spokoju z waszym bełkotem starej baby. Nie wzywałem was po to, żebyście mnie wciągali w teologiczne labirynty, lecz po to, byście mi służyli oparciem i pociechą.
- Przykro mi, panie - wtrącił się Harusz z zatroskaną twarzą - ale nie zostało wiele czasu. Jeżeli czegoś szybko nie postanowicie, możecie stracić ich oboje.
Głos Ruth zabrzmiał w oddali jak skarga.
- Podejdź, Martí... A wy, medyku, słuchajcie mnie dobrze.
- Nie rozumiem, jak mogła nas usłyszeć - powiedział ojciec Llobet.
- W takich okolicznościach nigdy nie wiadomo, jak bardzo czułe mogą stać się zmysły kobiety.
Trzej mężczyźni podeszli do łoża, podczas gdy położna, ochmistrzyni Caterina i nowa w tym domu służąca o imieniu Gueralda, która do tej chwili pilnowała kotła z wodą, odeszły na bok.
Ruth, chwytając męża silnie za nadgarstek i przyciągając do siebie, zmusiła go, żeby się nad nią pochylił; wtedy przemówiła szeptem, ale dość wyraźnie, żeby wszyscy ją usłyszeli.
- Chcę żyć, Martí, żeby widzieć, jak rośnie nasza mała Marta i ten syn, którego oboje tak bardzo pragnęliśmy... ale jeżeli ma to być moje życie albo jego, chcę uratować jego.
Martí, przejęty bólem i rozpaczą, przysunął wargi do twarzy żony.
- Nie, Ruth, nie chcę cię stracić... Będziemy mogli mieć inne dzieci, ale bez ciebie moje życie nie będzie miało znaczenia.
- Kochałam cię aż do ostatecznej ofiary i ty, mój mężu, wiesz o tym, ale pragnę ponad wszystko, żeby żył mój syn. Nie może być inaczej...
I zwracając spoconą twarz ku ochmistrzyni, nakazała:
- Droga Caterino, przynieście mi Biblię, która jest w mojej komodzie.
Kobieta wyszła i po chwili wróciła, niosąc gruby wolumin.
Ruth powiedziała szeptem:
- To jest święta księga, która łączy wszystkie religie. Przysięgnij z ręką na Biblii, że ponad wszystko inne będziecie się starali uratować mojego syna.
- Nie każ mi tego przysięgać, ukochana. Pomyśl o małej Marcie... Ma tylko cztery latka i potrzebuje cię bardziej niż kogokolwiek.
Ruth westchnęła; na dźwięk imienia córeczki maska bólu pokryła jej oblicze. Nieszczęsna odwróciła spojrzenie, jakby w obawie, że widok udręczonej twarzy męża może skłonić ją do zmiany powziętej decyzji. Przemówiła szeptem, niemal obojętnie:
- Oświadczam uroczyście, że taka jest moja wola. Jeśli... jeśli dojdzie do najgorszego, wiem, że zostawiam Martę w najlepszych rękach...
Martí usiłował zapanować nad swoim głosem, który zaczynał przechodzić w szloch.
- Ona potrzebuje ciebie, Ruth!
Żona skierowała na niego spojrzenie i pomimo bólu, który ją przepełniał, można było dostrzec w jej twarzy jakieś tchnienie spokoju.
- Już podjęłam decyzję, Martí. Jednak... jest jeszcze coś, o co chciałabym cię prosić. - Przerwała na chwilę, a jej oblicze przeszył skurcz bólu. Martí z czułością pogłaskał ją po czole. - Chcę umrzeć, jeżeli Jehowa tak postanowi, na łonie religii swoich przodków i być pochowana zgodnie z ich tradycją.
Zapadła cisza. Martí spojrzał na żonę wzrokiem wyrażającym wątpliwość. W końcu, jak zawsze w wyjątkowych wypadkach, rozległ się głęboki, wyważony głos ojca Llobeta.
- Wyjdźmy, Martí. Pozwólmy, by doktor Harusz robił, co musi. Nie powinniśmy mu przeszkadzać naszą obecnością. - I zniżając głos, dodał: - Zapomnijcie o tej ostatniej sprawie... Ruth jest wzburzona, nie możemy jej słuchać. Te słowa nie są podyktowane rozsądkiem.
- Wiem doskonale, co mówię, Eudaldzie - wyszeptała położnica.
Martí położył dłoń na Biblii i pośród grobowej ciszy powiedział:
- Przysięgam, że wypełnię twoją ostatnią wolę.
Usłyszawszy to, duchowny nie mógł powstrzymać gestu niezadowolenia. Potem wziął przygnębionego męża za ramię i usiłował poprowadzić go ku drzwiom, szepcząc mu do ucha:
- W takich warunkach przysięga nie będzie miała wartości.
Martí opierał się przed opuszczeniem sali. Wtedy medyk, by przełamać jego niezdecydowanie, odezwał się w te słowa:
- Jeżeli nie pozwolicie mi działać, wszystko będzie bezużyteczne.
Kiedy już odeszli, dał się znowu słyszeć słaby głos położnicy:
- Teraz wypełnijcie swój obowiązek żyda i medyka. Uratujcie mojego syna! Błagam was o to!
Harusz wyjął z torby skalpel, położył go na stoliku, po czym wziął szklaną butelkę i wylał jakiś jasnoniebieski płyn na czyste płótno, którym kazał położnej zakryć nos i usta kobiety. Kiedy zobaczył, że stała się lekko senna, odsłonił jej wielki brzuch i trzymając w prawej dłoni ostre narzędzie, lekko się pochylił.
? ? ?
Czas płynął bardzo powoli. Nad horyzontem wzniósł się księżyc i głos strażnika obwieścił porę pierwszej modlitwy kleryków w sąsiednim kościele Sant Miquel. Martí stał z rękami na plecach, patrząc przez okno w nocne niebo, podczas gdy ojciec Llobet pozwalał wypoczywać swojemu wielkiemu ciału na jednym z krzeseł. Obserwując napięcie w postawie młodego przyjaciela i protegowanego, nie mógł uniknąć porównania go z owym młodzieńcem, który jedenaście lat wcześniej pojawił się przed nim z listem od zmarłego ojca. Martí był wtedy tylko pełnym złudzeń chłopcem, wieśniakiem pragnącym zamieszkać w Barcelonie i dorobić się majątku. I Bóg pomógł mu w realizacji tego zamiaru. Martí Barbany w owej chwili był niewątpliwie najzamożniejszym obywatelem miasta. Właścicielem olbrzymiej fortuny, obejmującej młyny w Magorii, hektary upraw w Besós i dwie floty, jedną w Syrakuzach i drugą w Barcelonie, liczące łącznie ponad sześćdziesiąt statków, które z ładowniami wypełnionymi towarami przemierzały drogi morskie i czyniły życie mieszkańców Barcelony pomyślniejszym i bezpiecznym. Martí Barbany handlował zarówno z krajami islamskiego Wschodu, jak i z chrześcijańskimi królestwami Półwyspu Iberyjskiego oraz domem Karolingów. Jego statki, żeglujące wzdłuż brzegów albo po pełnym morzu, kotwiczyły w miastach italskiego buta i przez Adriatyk docierały do Najjaśniejszej Republiki Weneckiej, a nawet do zamożnego Bizancjum i posiadłości bagdadzkiego kalifa; słynne były jego stocznie i warsztaty ciesielskie na wybrzeżu, nad którym wznosiła się bryła wzgórza Montjuic. Jego niezmierne bogactwo pochodziło głównie z owej czarnej oliwy, która - magazynowana w górskich grotach - dostarczała cennego czarnego złota rozświetlającego zmierzch hrabiowskiego miasta i znajdującego coraz to nowe zastosowania. Zewnętrznym przejawem wpływów Martíego było ogromne domostwo wznoszące się przy placu Sant Miquel w pobliżu pałacu hrabiowskiego, często odwiedzane przez wybitnych mieszkańców Barcelony.
Ale ten sam Bóg, który był wobec niego tak szczodry w sprawach pieniężnych, okazał się bezlitosny w jego życiu uczuciowym. Najpierw Laia, pierwsza miłość, oszalała z bólu z powodu przewrotności nikczemnego ojczyma, radcy miejskiego Bernata Montcusi, i rzuciwszy się z wieży, zginęła, zostawiając Martíego pogrążonego w rozpaczy. A teraz Ruth, najmłodsza córka jego dobrego przyjaciela Barucha Benvenista, młoda Żydówka, która zrezygnowała ze swojej religii i dała mu córkę, walczyła w sąsiednim pokoju ze śmiercią... Rozmyślania Martíego przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Obaj z duchownym odwrócili się w ich stronę. Medyk Harusz, z zakrwawionymi jeszcze rękawami sukni i ze strapioną twarzą, wyszeptał:
- Panie, wszystko na próżno, nie mogłem nic zrobić.
Martí spojrzał nań pustym wzrokiem.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Cisza była wystarczająco wymowna. Potem padły słowa ciężkie niczym nagrobna płyta.
- Przybyłem zbyt późno. Gdy tylko wydobyłem dziecko, wasza żona zmarła.
Wyraz twarzy Martíego sprawił, że medyk poczuł się zmuszony dokończyć.
- To był chłopiec, ale żył tylko przez kilka chwil.
Martí objął Eudalda; wyglądało, jakby miał wybuchnąć płaczem, ale natychmiast go puścił i szybkim krokiem poszedł do pokoju, gdzie leżała Ruth. Jego dłonie zacisnęły się na desce wielkiego łoża. Patrzył na ciało żony przykryte tylko płótnem jak całunem. Kapłan i medyk przyszli za nim, ale pozostali o kilka kroków od łoża. Martí spojrzał przenikliwie na umiłowane ciało, teraz bez życia, i przemówił głosem, którego duchowny nie znał i który zdawał się dochodzić z bardzo daleka.
- Eudaldzie, ten w górze znowu mnie okradł. Tym razem odebrał mi Ruth i mojego dziedzica.
- Martí, mój synu, niezbadane są boskie wyroki.
Martí zaprzeczył ruchem głowy.
- Już wystarczy. Uroczyście przysięgam na świętą Biblię, że nigdy już nie wezmę sobie ponownie małżonki, ale też nigdy nie zlegnę z kobietą. Nie dam Bogu następnej okazji.
- Postradaliście zmysły; w takich okolicznościach żadna przysięga nie ma wartości.
- Ostatnia, jaką złożyłem żonie, że pochowam ją jako żydówkę, i ta, którą teraz wypowiedziałem, są ważne na zawsze.
Jego piersią zaczął wstrząsać spazmatyczny oddech. Martí upadł na kolana i jakiś głuchy lament, jakby pochodzący od zranionego zwierzęcia, przerwał nocną ciszę.
Nikt w owej chwili nie zauważył obecności dziewczynki, która zalękniona przyglądała się od drzwi tej scenie. W chwilę później ojciec Llobet dostrzegł małą Martę, wziął ją za rączkę i wyprowadził z pokoju. Oczy dziecka, pełne pytań, wyrażały nieskończony niepokój.
2Pałac hrabiowski
Od śmierci swojej wiecznej rywalki, Ermesendy z Carcassonne, babki męża, która prowadziła z nią tak energiczną walkę, hrabina Almodis niepodzielnie władała hrabstwami Barcelony, Osony i Gerony. Z całą sprawiedliwością należało przyznać, że dzięki działalności dobroczynnej, szczodrym darom dla klasztorów i bezsprzecznemu talentowi rządzenia zaskarbiła sobie przywiązanie poddanych. Ona jednak nie zapominała o niespokojnych dawnych latach. Chociaż nie była jedną z tych kobiet, co żyją wspomnieniami, czasem, gdy przebywała sama w swoich komnatach, lubiła powracać do owych burzliwych czasów. Uśmiechała się na myśl o własnej odwadze, dzięki której zdecydowała się opuścić ówczesnego małżonka, Ponce'a z Tuluzy, powodowana niepohamowaną namiętnością, jaką obudził w niej Ramón Berenguer, hrabia Barcelony. Nigdy, nawet w najgorszych chwilach, tego nie żałowała, choć niewątpliwie drogo zapłaciła za swą zuchwałość... Przeklęta Ermesenda! Babka hrabiego wystąpiła nawet o wyklęcie "konkubiny wnuczka", jak ją nazywała, i żeby je uzyskać, wystarała się o audiencję u samego papieża. Ale czas nadał sprawom właściwy bieg: o ile jej pojawienie się na dworze było poprzedzone skandalem, o tyle teraz, jedenaście lat później, Almodis cieszyła się szacunkiem poddanych. Bóg pobłogosławił ją dwoma synami i dwiema córkami, miłością małżonka i życzliwością ludzi... i zabrał Ermesendę do grobu.
Niech Pan zapewni jej wieczne szczęście w swojej chwale.
Tego ranka, w samotności skromnego salonu, Almodis gawędziła ze swoją pierwszą damą, wierną Lionor de la Boésie, która wraz z nią przybyła z dalekiej Tuluzy, z Barbarą de Ortigosa i Brigidą de Amalfi, dwiema damami ze szlachetnych rodzin, wybranymi dla niej przez małżonka, i z Delfinem, garbatym karłem, towarzyszem jej pierwszych kroków w Marchii, obdarzonym rzadkim darem nekromancji. Delfin był jej przyjacielem i doradcą jeszcze z lat dzieciństwa i choć zazwyczaj irytował ją swoim zuchwalstwem, jego wierność była niepodważalna.
Komnata, która niegdyś służyła za oratorium, stanowiła ośrodek życia Almodis. Przepych wielkiego salonu nie odpowiadał jej gustom, tak więc sztuka po sztuce zbierała przedmioty i ciekawostki, jakie w tej wyszukanej ostoi mogły zadowolić jej wykształcony umysł. Od bujanego fotela po stary kołowrotek, poprzez kolekcję instrumentów muzycznych. Wśród tych ostatnich wyróżniał się flet inkrustowany masą perłową, psalterium z różanego drewna, podarek od opata z Ripoll, a zwłaszcza cytra, na której tak doskonale grała jej pierwsza dama, do?a Lionor. Wszystko to umilało Almodis pobyt w hrabiowskim pałacu.
- Pani, sądzę, że przesadzacie, biorąc na siebie tyle obowiązków. Byłoby dla waszej miłości korzystniej poświęcić czas na bardziej wdzięczne zajęcia i pozwolić na przykład, żeby zupę dla biednych rozdzielali zakonnicy z Pia Almoina.
Powiedziała to Lionor, jedyna, może prócz Delfina, osoba, która ośmielała się wygłaszać własne zdanie o działalności hrabiny.
- Lionor, mogę was zapewnić, że moją najcięższą karą jest bezczynność. Pomyślcie, że kiedy się kończy jakieś ważne zadanie, czuję smutek, dopóki nie znajdę innego pobudzającego zajęcia. Prace budowlane w katedrze czy doprowadzenie wody do Barcelony były dla mnie nie tyle trudem, ile celem życia.
Zabrała głos Brigida, czubkiem prawej stopy wprawiając jednocześnie w ruch kołowrotek, na którym nawijał się kłębek wełny.
- Pani, cnota mieści się między małym a wielkim. Nie braknie osób niezdolnych dotrzymać wam kroku, które cierpią, gdyż nie mogą was zadowolić.
- Czy może się do nich zaliczacie, moja Brigido? - spytała Almodis z przekąsem.
- Ja nie, pani, ale znany jest wasz zapał i trudno za wami nadążyć - usprawiedliwiła się dama.
Zapadło milczenie, a Brigida zrozumiała lekki wyrzut zawarty w pytaniu.
Lionor pośpieszyła jej z pomocą.
- Do?a Brigida miała bez wątpienia na myśli waszego nieposkromionego ducha, pani. Potwierdzają to wasze czyny. Powiedzcie, jaka dama, hrabina albo inna znana wam kobieta o takiej pozycji zdolna jest dorównać waszym poczynaniom.
Pochlebstwo zmiękczyło hrabinę, nieprzyzwyczajoną do jakiejkolwiek krytyki, choćby nawet zawoalowanej.
Rozmowa utknęła w martwym punkcie i gdy Lionor lekko zmarszczyła brwi, odezwała się Barbara, zmieniając temat.
- Powiedz nam, Delfinie, o czym mówią plotkarki na rynku?
Karzeł, przyodziany w suknię o żywych kolorach, był ogromnie zadowolony, kiedy mógł być w centrum zainteresowania niewielkiego dworu, tak więc, by zwrócić uwagę pani, starał się wiedzieć jak najwięcej o ostatnich wydarzeniach.
- No cóż, tym razem mówi się o śmierci żony Martíego Barbany podczas połogu; straciła też dziecko, które nosiła, w dodatku chłopca, a więc dziedzica fortuny. Odwiedziny śmierci zawsze zasługują na komentarze, a co dopiero, kiedy nieboszczka jest ważną osobistością i traci życie w młodym wieku! Tragiczne zgony zawsze pasjonują kumoszki.
Hrabina przerwała swoją robótkę.
- Powiadasz, że zmarła żona Martíego Barbany?
- To właśnie rzekłem, pani.
- A dlaczego nikt mnie o tym nie powiadomił?
- Sądziłem, że ojciec Llobet to uczynił - odparł Delfin.
- Nie widziałam go od trzech dni.
- Może właśnie z tego powodu - wtrąciła Lionor.
- A może nie uznał tego za dość ważne, żeby przerywać wasze nieskończone zajęcia - zasugerowała Brigida, pośrednio mszcząc się w ten sposób za wcześniejszą naganę.
- Nigdy nie zapominam osób, które kiedykolwiek okazały mi swoją życzliwość. Zawsze czułam specjalną predylekcję wobec dobrego obywatela, któremu hrabstwo zawdzięcza tak wiele. Ten człowiek już kiedyś poniósł ogromną stratę... A teraz to. - W tym momencie hrabina wspomniała złowieszczą postać Bernata Montcusi, który był doradcą jej małżonka, a którego lubieżność i okrucieństwo kosztowały życie niewinną Laię, młodzieńczą miłość Martíego Barbany.
- To bardzo bolesne zostać wdowcem w tym wieku - zauważyła Brigida.
- Gorzej jest nie zaznać mężczyzny - uzupełnił karzeł.
- Jesteś godnym pogardy impertynentem!
Barbara de Ortigosa spróbowała złagodzić napięcie.
- Tak czy owak ma zdaje się cztero - czy pięcioletnią córeczkę, która bez wątpienia stanie się jego pocieszeniem.
Grzechot klocków do wyrobu koronek wypełnił ciszę. Po chwili zabrzmiał głos hrabiny:
- Chcę okazać mu swoje współczucie. Lionor, niech ktoś przyniesie przybory do pisania. Wezwijcie też skrybę.
3Martí
Pomimo upływu miesięcy Martí Barbany trwał ciągle w żałobie. Służba była tym bardzo przejęta i nie wiedziała, co robić ani do kogo się zwrócić, by przemóc przygnębienie i milczenie pana. W ciągu dnia pozostawał pod kolumnadą tarasu ostatniego piętra, a nocami echo jego kroków w skryptorium było jedynym odgłosem, jaki docierał do pomieszczeń przeznaczonych dla domowej służby. Od czasu do czasu zaglądał do pokoju, gdzie spała jego córka Marta, przyglądał się jej w milczeniu, po czym wracał do swoich apartamentów. Zupełnie o siebie nie dbał. Gęstniejąca broda, przetykana siwizną, pokrywała z każdym dniem coraz większą część jego twarzy. Kiedy Andreu Codina lub Omar, wierny wyzwoleniec, zwracali się do niego, patrzył na nich niewidzącym wzrokiem i odpowiadał monosylabami na pytania. Gdy tak krążył bez celu po domu, jego umysł przebiegał w pośpiechu od jednego epizodu do drugiego, bezustannie drążąc bolesne wspomnienia. Ukazywał mu się wyblakły obraz Lai, która zginęła w strasznych okolicznościach. Przypominał sobie walkę, jaką musiał stoczyć, by pochowano ją w poświęconej ziemi, gdyż samobójcom nie wolno było spoczywać na cmentarzu chrześcijan, i pomoc, jaką okazało się świadectwo dobrego przyjaciela i doradcy, ojca Llobeta. Stawała mu też przed oczyma twarz matki, która sprawiała wrażenie, jakby chciała mu coś powiedzieć.
A teraz doszła do tego nieodwołalna strata Ruth, jego pięknej żydowskiej żony, i synka, tak upragnionego przyszłego dziedzica. Pozwolił sobie tylko na jeden przejaw aktywności. Spomiędzy swoich pracowników wybrał najzdolniejszych; znalazł ich wśród ludzi morza i tych, co pomagali mu wznieść młyny: kamieniarzy, cieśli, wypalaczy wapienia, snycerzy. W głębi ogrodu kazał wznieść kaplicę w guście epoki; nad jej wejściem, pod polichromowaną rozetą, umieścił kamienny krzyż, we wnętrzu zaś, pośrodku, postawił sarkofag z najlepszego marmuru wydobywanego w jego kamieniołomach i złożył w nim trumnę z zabalsamowanym ciałem Ruth. Następnie spośród swoich kowali wybrał zaufanego Żyda, który obrabiał żelazo, jakby to był wosk, i polecił mu wykuć gwiazdę Dawida, siedmioramienny kandelabr i zamek o trzech sprężynach, z jednym tylko kluczem. Dwa pierwsze przedmioty kazał umieścić na płycie pokrywającej grobowiec i na jego frontonie, zamek natomiast - na grubych dębowych drzwiach, żeby ukryć przed wszystkimi wnętrze kaplicy. Gdy ukończono to dzieło, powrócił do samotnych spacerów pod arkadami tarasu i do nieustannego milczenia.
Tego zimowego popołudnia wyrwało go z zadumy ostre, nieustępliwe pukanie do drzwi gabinetu. Głos, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym, raczej domagał się audiencji, niż o nią prosił.
- Otwórzcie te przeklęte drzwi. Muszę się z wami zobaczyć!
Powolnym, niepewnym krokiem Martí podszedł do drzwi i je otworzył. Stanęli naprzeciw siebie. Upływający czas odcisnął na duchownym swoje ślady, jednak nadal zachował on energię, która w młodości uczyniła zeń dzielnego wojownika. W olbrzymiej postaci widać było oznaki przygnębienia, w pochylonych plecach często dawały się odczuć silne bóle wywołane dawnymi ranami odniesionymi w boju, ale animusz kapłana nie osłabł.
Llobet kochał Martíego niczym własnego syna i jego smutny wygląd w ostatnich czasach budził w nim nieopisaną boleść. Tego dnia, widząc jego blade oblicze, poczuł litość i złagodził ostry ton, jaki przybrał na początku wizyty.
- Co się z wami dzieje, Martí?
- Witajcie, Eudaldzie. Zawsze mnie krzepi wasz widok, ale wierzcie mi, że w tej chwili pragnę być sam.
- Nie opowiadajcie głupstw! - odparł duchowny, znowu tracąc cierpliwość. - Czy mogę wejść, czy też mam was rugać, stojąc na progu?
Martí gestem zaprosił go do środka.
- Wejdźcie, usiądźmy przy oknie.
Zajęli miejsca. Po krótkim milczeniu kapłan zaczął rozmowę.
- Martí, jesteście jeszcze młodzi. Znam lepiej niż ktokolwiek inny rozmiar waszych nieszczęść, ale musicie być dzielni... Upłynęło już wiele miesięcy, odkąd opuściła nas Ruth, i nie robicie nic, żeby dojść do siebie: takie upajanie się własnym bólem jest niezdrowe. Ruth wstydziłaby się za was - dodał, zniżając głos. - Nie możecie pogrzebać się żywcem: wasza córka Marta potrzebuje was i poświęcenie jej matki okaże się daremne, jeśli nie uchwycicie ponownie steru tego domu. Los zbyt wielu osób od was zależy.
- Eudaldzie, proszę was, pozwólcie, bym pogrążył się w samotności - wyszeptał Martí ochrypłym głosem. - Mam ludzi, którzy zajmują się moją córką i moimi sprawami; pieniądze przychodzą do mnie prawie same, a przekonałem się, że w skrajnych przypadkach na nic się nie zdają. Nie chcę, byście posądzali mnie o rozpacz, lecz muszę wyznać, że to życie wydaje mi się gnojowiskiem.
- To samo mówiliście po śmierci Lai, a teraz wiecie, że po ciemnościach pojawiło się słońce.
- Przeciwnie. To właśnie teraz słońce zaszło i otoczyła mnie ciemność. Wierzcie mi, że gdyby nie Marta, a muszę się nią opiekować i ją pocieszać, bo też straciła matkę, może już od dawna nie byłoby mnie wśród żywych... Jest wiele takich nocy, kiedy powraca do mnie wspomnienie Lai i zakłóca mój sen. Boję się wychodzić z gabinetu i zbliżać do blanek baszty... - Głos Martíego stopniowo przechodził w szept.
- Nie mówcie głupstw! - rzucił kapłan rozkazującym tonem. - Biedna Laia zawsze była słaba na umyśle, a ten potwór Montcusi doprowadził do tego, że całkiem straciła rozum. Ale nie jest tak w waszym przypadku, nie obrażajcie Boga. Grzech rozpaczy znieważa Go bardziej niż jakikolwiek inny i może On was za to pokarać.
- Jeszcze dotkliwiej? - odparł sarkastycznie Martí. - Odebrał mi już obie kobiety, które kochałem, i na dodatek pozbawił mnie spadkobiercy.
- Może dlatego, że były wyjątkowe i kochał je mocniej niż was, więc powołał je do swojej chwały.
Martí zaprzeczył ruchem głowy, jakby odrzucał tę teologiczną pociechę.
- To przekracza moje siły, Eudaldzie... Stawiałem czoło każdemu człowiekowi w każdych okolicznościach, samiście świadkiem, ale nie będę zmagać się z samym Bogiem, bo On ma nade mną przewagę.
- Nie chcę prowadzić dalej tej rozmowy, która ociera się o bluźnierstwo.
- Więc zostawmy to i powiedzcie, co was do mnie sprowadza, oprócz pragnienia, bym wrócił do świata żywych.
Kapłan opanował się i westchnąwszy głęboko, rzekł:
- Muszę przypomnieć wiadomość, jaką przekazała wam hrabina Almodis, kiedy przesłała kondolencje. Teraz prosi mnie, bym wam przypomniał, że hrabstwo potrzebuje takich ludzi jak wy. Prowadźcie nadal swoje interesy, wybierzcie się w podróż, powiększajcie flotę. Praca i wasza córka staną się balsamem, który da wam nadzieję potrzebną do dalszego życia.
- Musicie zrozumieć, Eudaldzie, że w obecnych okolicznościach planowanie jakiejkolwiek podróży przepełnia mnie obawą.
- Wytłumaczcie mi to...
- Przeraża mnie myśl, że miałbym zostawić córkę samą w domu. Wygląda na to, że ilekroć wracam, zawsze czeka na mnie jakaś tragedia, toteż będę czuł lęk za każdym razem, gdy otrzymam wiadomość z Barcelony. Najpierw było samobójstwo Lai, do którego doszło w dniu mojego powrotu do miasta. Potem dotarłem do matki, kiedy ta już konała. Ruth też ode mnie odeszła nagle i wy sami byliście świadkiem tego wszystkiego. Przechodzą mnie dreszcze, jak tylko pomyślę, że podczas mojej nieobecności może się coś przytrafić Marcie, która jest wszystkim, co mi pozostało.
- A co ma się jej przytrafić?
- Może Bóg się w niej zakocha, jak to już suponowaliście.
Duchowny zmarszczył brwi.
- Jeżeli chcecie mnie rozgniewać, mówcie tak dalej. Dobry chrześcijanin nie poddaje się w obliczu nieszczęścia.
- Wybaczcie, Eudaldzie, jest we mnie tyle goryczy, że nie wiem, komu przypisać swą niedolę.
- Nie składajcie swoich lęków na Boga. Ten Bóg, którego obarczacie odpowiedzialnością za wszystkie swoje nieszczęścia, to ten sam, który uczynił was niezmiernie bogatym, obdarzył tym czarującym dzieckiem i uratował wam życie w niezliczonych okolicznościach. Pozostawmy więc sprawy tam, gdzie ich miejsce.
Wkrótce kapłan pożegnał się i wyszedł, ale słowa tego mężczyzny o pełnej bohaterskich czynów, rycerskiej przeszłości rozbrzmiewały w umyśle Martíego jeszcze długo.
4Rozmowy dworskie
Nad Barceloną zapadała noc i cienie wygrywały ze światłem dziennym. Po sposobie chodzenia można było odróżnić uczciwego obywatela, wracającego szybkim krokiem do domu po dniu ciężkiej pracy, od łotra, który samotnie, przyczajony w najciemniejszym kącie, usiłował zarobić na życie, zbierając żniwo sakiewek, albo razem z bandą napadał na jakiegoś poczciwca, przebywającego jeszcze o tej porze na ulicy. Światła w oknach zdradzały ogień płonący w każdym domu i po ich liczbie można było wnioskować o zamożności mieszkania.
Nawet wtedy, kiedy światła hrabiowskiego pałacu stopniowo gasły, było jedno, które prawie zawsze pozostawało zapalone. W prywatnym salonie hrabiny rozmawiano do późnych godzin nocnych, a interlokutorzy byli niemal zawsze ci sami. Almodis gromadziła swoich wiernych przyjaciół i zazwyczaj wtedy zwierzała im się ze zmartwień. Lionor i Delfin byli jedynymi osobami, które znały wszystkie jej sekrety.
- Moi drodzy, chcę wyznać wam coś, co mnie niepokoi i od dawna zakłóca mój spokój.
- Co to takiego, pani? - zapytała Lionor. - Na zewnątrz sprawiacie wrażenie najspokojniejszej osoby na tym świecie.
- Nie wszystko złoto, co się świeci. Od najwcześniejszego dzieciństwa uczono mnie ukrywać uczucia i muszę wam powiedzieć, że gdybyście oboje nie towarzyszyli mi od samej Tuluzy, nikt, absolutnie nikt - podkreśliła z naciskiem hrabina - nie znałby tajników mojej duszy.
- Nawet wasz spowiednik? - To pytanie zadał Delfin, który czasami okazywał zazdrość o wpływ, jaki ojciec Llobet wywierał na "jego" hrabinę.
- Eudaldowi wyznaję swoje grzechy, a i to nie wszystkie, ale niepokoje hrabiny Barcelony zachowuję dla siebie. Moje zaufanie do kleru jest ograniczone.
Delfin skorzystał z okazji i pozwolił sobie na uszczypliwość.
- I słusznie, bo prawie żaden nie zasługuje na zaufanie.
Lionor gotowa była jak lwica bronić spowiednika hrabiny.
- Jego wielebność Eudald Llobet jest najbardziej prawym i uczciwym kapłanem, jakiego znam. Gdyby wszyscy byli tacy jak on, Kościół byłby lepszy.
- Nie przeczę i muszę przyznać, że im prostsza jest postawa duchownego, tym zazwyczaj lepsze są jego uczynki. Z zasady nie dowierzam pompie i blichtrowi tego, kto, choć powinien być skromny, okazuje się pyszny i rozmiłowany w świecie doczesnym. Czuję większy szacunek dla prostego księdza niż dla biskupa - skomentował Delfin.
- Ty nie czujesz szacunku dla nikogo i niczego - wtrąciła się Almodis. - Ale zostawcie próżne roztrząsania i posłuchajcie. Chcę wam powierzyć swoje wątpliwości, zanim udam się na spoczynek. Może tej nocy zdołam zasnąć.
- Zakładając, że wasz pan nie odwiedzi was wcześniej w innych, bardziej naglących i przyjemniejszych sprawach - dodał błazen z figlarnym uśmiechem.
- Jeżeli nie zamilkniesz, impertynencki karle, to nie ja będę miała niemiłą noc.
- Nie zwracajcie na niego uwagi, pani - wtrąciła Lionor. - On ma taką naturę: pod gorzką skorupą kryje się dobre wnętrze.
- Doskonale wiem, jaki jest. Już wystarczająco długo go znoszę. Ale zostawmy to. Posłuchajcie mnie, gdyż to, co wam opowiem, nie jest jakąś mało ważną sprawą. Bardzo się nią przejmuję i sądzę, że chodzi tu o decyzję, która być może zaważy w przyszłości na dobrych rządach Barcelony.
Oboje zbliżyli się niczym spiskowcy, jakby ktoś mógł usłyszeć słowa hrabiny. Ta zaczęła opowiadać o swoich troskach.
- Moje początki jako hrabiny Barcelony były, jak dobrze wiecie, burzliwe i dość niezwykłe, ale sprawy stopniowo się wyjaśniały, przynajmniej jeśli chodzi o akceptację ze strony potężnych rodzin hrabstwa. Trudniej było mi dojść do ładu z Kościołem, ale choć nadal mu nie dowierzam, w końcu zdołałam doprowadzić swój statek do bezpiecznego portu. Niebo zesłało mi to szczęście, że dałam hrabiemu dwóch synów i dwie córki, i byłoby to powodem do całkowitej radości, gdyby nie jego pierworodny spłodzony z nieboszczką Elisabet, Pedro Ramón, który okazuje względem moich bliźniąt nieukrywaną niechęć i nieustanną wrogość... Do tego stopnia, że zaczęłam się obawiać o ich życie, gdyby coś mi się przytrafiło.
Lionor, która ubóstwiała dzieci hrabiny, rzuciła się jak rozwścieczona wilczyca.
- Po pierwsze, nic się wam nie przytrafi, a po drugie, dzieci niczego nie muszą się obawiać, póki my, Delfin i ja, jesteśmy na tym świecie. Czy nie myślisz tak samo, Delfinie?
Karzeł przez chwilę milczał, po czym niezwykle poważnym głosem powiedział:
- Hrabina zna moje zdanie. Niebezpieczeństwo zagraża dzieciom nie stamtąd.
Wymienił krótkie, ale wymowne spojrzenie z Almodis i natychmiast zrozumiał, że ta pochwyciła aluzję. Delfin bowiem, używając swoich wieszczych zdolności, w dniu narodzin bliźniąt przepowiedział coś strasznego i nie wątpił, że hrabina o tym pamięta. Dokładnie w chwili porodu, jeszcze zanim się dowiedziała, że nosi w swym łonie bliźnięta, oznajmił głosem przepojonym lękiem: "Urodzi się wasz syn, a jednocześnie z nim przyjdzie na świat Nemezis, ucieleśnienie jego fatalnego losu".
Almodis spojrzała nań z posępną twarzą.
- Znam twoje przepowiednie, ale chwilowo się nimi nie przejmuję, martwię się natomiast czymś innym i dlatego was wezwałam, że potrzebna jest mi wasza rada. - Uczyniła pauzę, żeby uporządkować myśli, po czym mówiła dalej: - Wiem, że nasze prawa i zwyczaje przyznają pierworodnemu sukcesję hrabiowskiego tronu. Jednak uważam za słuszne zająć się dziedzictwem swoich potomków, gdyż jako synowie hrabiego Barcelony nabyli oni pewne prawa. Niezależnie od tego, że, jak mniemam, wszelka korzyść uzyskana za moim pośrednictwem przyznaje im rozmaite przywileje. Jednakowoż w mojej głowie kłębią się myśli, z których mogę się zwierzyć tylko swym lojalnym przyjaciołom, bo gdyby dotarło to do czyichś uszu, mogłoby zostać źle zrozumiane, a nawet uznane za samolubne.
- Pani, nie pojmuję was i myślę, że Delfin też nie.
- Trochę cierpliwości, zaraz dojdę do sedna i wtedy poproszę was o radę. A więc nie wiem jeszcze, jakie dary umysłowe będą zdobiły moje bliźnięta, które mają teraz prawie dziesięć lat, ale z całkowitą pewnością zdaję sobie sprawę z ciemnej strony charakteru Pedra Ramóna. Powiedzcie mi: czy wierzycie, że podobny człowiek byłby zdolny rządzić hrabstwem Barcelony, a może też hrabstwami Gerony i Osony, i nie doprowadzić do katastrofy? Nie wiem, w jaki sposób to uczynić i czy taki sposób istnieje, ale czy nie byłoby godne zasługi pozbawić go dziedzictwa, aby lepiej zadbać o przyszłość tysięcy poddanych, którzy zostaliby skazani na nędzę, gdyby on doszedł do władzy?
Lionor i Delfin wymienili spojrzenia, po czym głos zabrał karzeł:
- Pani, nie wiem, jakie są środki prowadzące do urzeczywistnienia waszej idei, ale jeśli jest ono możliwe, historia zapomni o metodach i osądzi rezultaty. Jeżeli możecie odsunąć od władzy podobną żmiję, nawet pogwałcając linię dziedziczenia, przyszłe pokolenia będą was błogosławić.
- Zwłaszcza gdyby to Ramón wstąpił na tron - stwierdziła Lionor. - Muszę przyznać, że Berenguera nie zdobi tyle cnót. Chociaż sąjeszcze mali, wierzcie mi, że toja znam ich najlepiej. Nie zapominajcie, że z powodu waszych licznych obowiązków bardzo często zostawali pod moją opieką.
- Dobrze, proszę was, żebyście zachowali w ścisłym sekrecie to, z czego wam się zwierzyłam - rzekła Almodis, nagle zdenerwowana. - W pałacu ściany mają uszy, a wiatr przynosi i zanosi wiadomości. Nie byłoby wskazane, gdyby moje zmartwienia doszły do niewłaściwych uszu i tak delikatne sprawy stały się przedmiotem jakichś niefrasobliwych komentarzy czy jarmarcznych plotek.
Lionor, rozglądając się dokoła, jakby w obawie, że za którąś zasłoną ktoś się ukrywa, dodała:
- Pani, wszyscy troje stąpamy po tej samej ścieżce. Jeżeli poślizgniecie się na urwisku, razem spadniemy w przepaść. Zapewniam was o swojej dyskrecji choćby ze względu na własne bezpieczeństwo. A jeśli chodzi o niego - wskazała Delfina - będzie lepiej, jeśli utniecie mu ten jadowity język, albowiem lubuje się on w bezmyślnym gadulstwie i z rozkoszą szuka słuchaczy dla swoich wywodów wśród kuchennych sług, giermków i stajennych.
Karzeł rzucił się jak wąż dźgnięty patykiem.
- Pani, myślę, że zbytnio dolega wam klimakterium. To nie moja wina, że wami zawładnęło, zanim zaznałyście mężczyzny.
I odwróciwszy się do obu dam plecami, bez pożegnania wyszedł z saloniku.
5Ramón Berenguer I
Ramón Berenguer I, hrabia Barcelony, osiągnął apogeum swojej potęgi. Dzięki inteligentnym działaniom babki Ermesendy, która żelazną ręką sprawowała opiekę nad jego dzieciństwem i wiekiem młodzieńczym, przywrócił swą auctoritas, choć nie potestas, nad resztą wschodnich hrabstw dawnej marchii Karolingów. Wówczas uznał się za w pełni zadowolonego. Straszliwa potęga Saracenów, których lękano się od czasów Almanzora, została zmiażdżona i teraz królestwa Tortosy i Leridy płaciły daninę do jego szkatuły. Hrabstwa Barcelony, Gerony i Osony cieszyły się prymatem na całym terytorium i poddani go uwielbiali, choć, trzeba przyznać, nie aż tak jak jego małżonkę, Almodis z Marchii. W myślach cofnął się w czasie i przypomniał sobie podróż do Tuluzy. To, co zaczęło się od namiętnego zbliżenia, które pozwoliło mu zaznać szczytów rozkoszy i sprawiło, że upozorował jej porwanie, by wbrew radom babki sprowadzić ją do Barcelony, przerodziło się w głęboką miłość, ta zaś dała mu nie tylko dwie córki i dwóch synów, lecz także, dość nieoczekiwanie, wierną i ambitną towarzyszkę jego znojów, kobietę wypełniającą swoje obowiązki i sprzymierzeńca w rządach, obdarzonego zdolnościami tyleż godnymi uwagi, co zaskakującymi.
Jednak na horyzoncie pojawiła się czarna, gęsta chmura. To, co początkowo uznał za logiczną, podyktowaną zazdrością reakcję swojego pierworodnego Pedra Ramóna, syna zmarłej hrabiny Elisabet, z biegiem czasu przerodziło się w otwartą konfrontację z macochą, czyniąc ich interesy sprzecznością nie do pogodzenia. I to, co zaczęło się jako błahe potyczki, zaowocowało pełnymi napięcia, niemiłymi sytuacjami podkopującymi jego własny autorytet.
Hrabia wielokrotnie rozmawiał o tym z żoną w zaciszu alkowy; radził jej zawsze, by miała cierpliwość, bo Pedro Ramón jest młody i impulsywny, a czas powściągnie jego zapał. Jednak drażniło go, że małżonka jest nieprzejednana i wdaje się z pasierbem w utarczki, zarówno wyolbrzymiając doznane zniewagi i brak szacunku, jak też kategorycznie odmawiając okazania pobłażliwości i zrozumienia. Sprawy zaszły tak daleko, że w pałacu wyraźnie określiły się dwa wrogie sobie stronnictwa.
On sam stał się języczkiem u wagi, na przemian przyznając rację jej lub jemu, zgodnie z własnym lojalnym i sprawiedliwym zdaniem; jednak taka postawa przysparzała mu niemało przykrości. Często zaczynali noc od burzliwej małżeńskiej kłótni, w której wyniku Almodis opuszczała łoże i rozdrażniona szła spać do sąsiedniego gabinetu; taki stan przedłużał się do następnego dnia albo nawet rozciągał na cały tydzień, choć tymczasem odbywał się ważny bankiet czy miało miejsce jakieś wydarzenie publiczne.
Ramón Berenguer doszedł do takiego wniosku: nie ma lepszego lekarstwa, niż dać żonie tyle pracy i zajęć, ile się nadarzy, im więcej, tym lepiej. Niezawodnym środkiem na jego kłopoty było znaleźć dla niej coś, czemu mogłaby nieprzerwanie poświęcać uwagę. Co do pierworodnego, najlepiej było zostawić go z jego zamiłowaniem do kobiet i do gry, co uchodziło przecież za rzecz właściwą mężczyznom i niegroźną: w ten sposób młodzian odrywał się od spraw pałacowych, które stanowiły najwrażliwszy punkt tarcia między nim a hrabiną.
Dlatego owego wieczoru hrabia z zadowoleniem posłuchał propozycji małżonki, która okazała się bardzo zainteresowana uczestnictwem w redagowaniu Usatges. Już od dłuższego czasu komisja złożona z sędziów, notariuszy i innych ważnych osobistości realizowała dzieło spisywania zwyczajów i obyczajów jego ludu, ażeby ująć je w ramy ogólnego kodeksu. Dla niego samego to zadanie było niezwykle uciążliwe; znacznie większą przyjemność sprawiało mu przebywanie w stajniach ze swoim weterynarzem i zajmowanie się setką normandzkich koni wojskowych, kupionych dwa miesiące wcześniej. Ujeżdżanie i układanie tych ogromnych, potężnych zwierząt, które po tresurze miały tworzyć niepokonaną tarczę będącą awangardą jego armii, było dlań zajęciem nieskończenie wdzięczniejszym aniżeli przewodniczenie wielogodzinnym posiedzeniom i pośredniczenie w subtelnych dyskusjach kauzyperdów, które miały zapobiec jakiejś decyzji lub ją usankcjonować. Almodis wiedziała o tym i wielokrotnie słuchała skarg małżonka, niezmiernie znudzonego długimi perorami sędziów, tak więc z najpiękniejszym ze swoich uśmiechów zaofiarowała się zająć jego miejsce podczas tych, jak on je nazywał, niekończących się spotkań, dodając, że "jest konieczne, aby jakiś członek hrabiowskiego domu znał treść owych narad... a wy, drogi małżonku, jesteście na nich obecni tylko ciałem, gdyż nie możecie zaprzeczyć, że wasz duch jest bardzo daleko od tego, o czym się tam mówi".
Ramón Berenguer pomyślał, że to cudowna okazja, by dać małżonce angażujące zajęcie, nie dopuścić do nowych polemik zakłócających domowy mir i rozwój jego - jeszcze dużej - małżeńskiej aktywności, a jednocześnie uwolnić go od zadania, jakkolwiek potrzebnego, to jednak w jego odczuciu straszliwie nużącego. Kiedy całował wargi Almodis, które jak zawsze przyjęły go spragnione i rozpalone, powtarzał sobie po raz kolejny, że przeznaczenie nie mogło dać mu lepszej i bardziej odpowiedniej towarzyszki. Żadna inna nie byłaby równie przydatna w realizacji jego planów.
6Pedro Ramón
Nienawiść pierworodnego syna hrabiego Ramóna Berenguera I do hrabiny Almodis była legendarna. Pedro Ramón miał cały bezlik powodów, żeby nie znosić macochy: jednych uzasadnionych, innych będących raczej owocem jego aroganckiego usposobienia i skrzywionej wyobraźni, która dopatrywała się we wszystkim zniewag, fałszywych krzywd, niesprawiedliwości i chęci pomijania go w jego prawach do sukcesji przez faworyzowanie przyrodnich braci, bliźniąt zrodzonych ze związku jego ojca z tą obłudną nierządnicą, która zdołała zaciągnąć go do ołtarza, ale wcześniej, przez całe lata, była tylko jego konkubiną. Dwie przyrodnie siostry, które urodziły się później, Inés i Sancha, obchodziły go niewiele lub zgoła wcale; miały stać się, w swoim czasie, monetą wymienną służącą do przypieczętowania przymierza z innymi rodzinami i było pewne, że nie zakłócą jego prawowitych aspiracji.
Pokoje Pedra Ramóna znajdowały się na drugim piętrze hrabiowskiego pałacu i z ich okien, wychodzących na wewnętrzny dziedziniec, widoczne były zarówno pałacowe stajnie, jak i różany ogród jego znienawidzonej nieprzyjaciółki.
Wyrwał go z rozmyślań pokojowiec pukający do drzwi.
- Wejdź, Lluc. - Szorstki i opryskliwy głos dał słudze przyzwolenie. - Powiedz, co sprawia, że przerywasz mi zajęcia.
Starzec, który znał arogancki charakter swojego pana, pozostał na progu i stamtąd przemówił.
- Szlachetny don Marçal de Sant Jaume, który mówi, że był umówiony, prosi o audiencję.
- Wprowadź go natychmiast i zawiadom kogo trzeba, że tego popołudnia nie przyjmę już nikogo więcej. Jeśli ktoś nam przerwie, odpowiedzą za to twoje żebra.
Lluc, przyzwyczajony do jego manier, usunął się bez słowa.
Chwilę później zapukał do drzwi mężczyzna, który dawniej był zagorzałym zwolennikiem starego hrabiego i doszedł do ważnych stanowisk na dworze, ale z czasem stał się oddanym stronnikiem jego pierworodnego syna.
- Czy mogę, panie?
- Wejdźcie, mój wierny Marçalu.
Przybysz wszedł do salonu. Miał na sobie wyszukany strój z wyszywaną tuniką i bogatymi arabskimi przybraniami, na nogach zaś ciżmy.
- Zawsze podziwiam wasz gust i ten styl, który sprawia, że ubiorem odstajecie od zwyczajów panujących na naszych ziemiach.
Wykonawszy napuszony ukłon dla wypełnienia dworskiej etykiety, szlachcic wyprostował kark i właściwym sobie ochrypłym głosem odpowiedział:
- Mój panie, czy chcemy, czy nie, kształtuje nas otoczenie i nie zapominajcie, że na swoje nieszczęście miałem wiele czasu, prawie dwa lata, żeby przyjąć zwyczaje Maurów.
Pedro Ramón wiedział o tej przygodzie, a raczej nieszczęściu Marçala de Sant Jaume i znał też jego zwyczaj noszenia się zgodnie z arabskimi, bardziej wyrafinowanymi gustami. Kiedy Ramón Berenguer poczuł się oszukany brakiem pomocy wojsk Al-Mutamida z Sewilli, wymusił na wezyrze sewilskiego króla Abenamara wymianę zakładników, proponując w zamian za syna monarchy, Rashida, wpływowego szlachcica ze swojej świty, który zasłużył sobie na niechęć hrabiny Almodis. Był nim właśnie Marçal de Sant Jaume. W tej sytuacji, nie tak całkiem nieszczęsnej, spędził on dwa lata na dworze w Sewilli: stąd jego zwyczaj hołdowania w ubiorze stylowi Arabów i zamiłowanie do szachów.
- Mój drogi Marçalu, o tym i o wielu innych sprawach chciałem szczegółowo pomówić w czasie naszego dzisiejszego spotkania. Ale usiądźmy lepiej w moim gabinecie, tam będziemy mogli porozmawiać spokojniej.
Obaj skierowali się w tamtą stronę i po wzajemnych grzecznościach zajęli miejsca przy stole służącym jako miejsce pracy dziedzica.
Rozmowę zaczął Marçal de Sant Jaume.
- A więc, mój panie, wezwaliście mnie do siebie i jak zawsze natychmiast się stawiłem.
- Zawsze tak czyniliście, pamiętam od dziecka, przywołał was mój ojciec i wasza obecność w tym domu stała się tak zwyczajna jak obecność seneszala, veguera czy sędziów.
- To były inne czasy, mój młody panie. Wiecie lepiej niż ktokolwiek, że komuś, kto nie jest lubiany albo nie przypadnie do gustu hrabinie, niełatwo jest odnieść sukces na dworze, a kiedy mówię "odnieść sukces", mam na myśli "służyć". Kto okazuje się zbyt wierny waszemu ojcu, jest delikatnie usuwany i zsyłany do zewnętrznego kręgu, gdzie po trochu popada w zapomnienie, mimo że wyświadczył wielkie zasługi rządzącemu domowi.
- Miło mi słyszeć to, co mówicie, gdyż to, co muszę z wami omówić, jest ściśle związane z sytuacją, ma którą się uskarżacie.
- Słucham was z całą uwagą i nie muszę dodawać, że wszystko, o czym się tutaj mówi, pozostanie w tych czterech ścianach - zapewnił szlachcic.
- Widzicie, mój dobry Marçalu, jak słusznie powiadacie, sprawy w pałacu stają się bardzo trudne dla tych wszystkich, którzy nie przypadną hrabinie do gustu albo nie ugną się przed jej wolą.
- Słucham was bardzo uważnie.
- Pierwszym, któremu ta sytuacja szkodzi, jestem ja sam - stwierdził Pedro Ramón - przeczuwam bowiem, jakie są jej plany.
- Wybaczcie, panie, ale jestem bardzo nierozgarnięty i nie potrafię was zrozumieć. Jakie plany macie na myśli?
- Te, które dotyczą osoby dziedzica, którym niechybnie jestem ja.
- To oczywiste! - zawołał Marçal, zdziwiony słowami swojego pana. - Jesteście pierworodnym synem hrabiego, niech Bóg przez długie lata zachowa go wśród nas, i wie o tym nawet ostatni z poddanych jego wysokości.
- Ale tego, co dla was i, jak słusznie mówicie, nawet dla ostatniego poddanego jest oczywiste i bezsporne, chce się mnie pozbawić poprzez uciekanie się do niegodnych pomówień i wykorzystywanie wpływów tej kobiety, która wygrzewa łoże mojego ojca - stwierdził Pedro Ramón z ponurą miną.
- Nie muszę wam mówić, że uważałem hrabinę za zdolną do każdej zdrady, jak choćby ta, której doświadczyłem na własnej skórze, ale trudno mi uwierzyć, żeby ośmielała się ingerować w porządek dynastyczny.
- Otóż mylicie się - przerwał Pedro Ramón. - Musicie wiedzieć, że udało jej się dostać na posiedzenia, gdzie spisywane są Usatges. Stara się pozyskać zaufanie prawników i schlebia wszystkim, którzy mogą okazać się dla niej pomocni, bądź wywierając bezpośredni wpływ na hrabiego, bądź też pragnąc zaskarbić sobie jej przychylność.
- Czy sugerujecie, że usiłuje zdobyć popleczników? - spytał Marçal de Sant Jaume.
- Nie sugeruję, lecz twierdzę, mój drogi przyjacielu. Jestem dobrze poinformowany i odwołuję się do faktów. W tym pałacu nawet hrabina nie może utrzymać w sekrecie swoich planów. chociaż są one długoterminowe.
- Jeżeli nie wytłumaczycie mi tego jaśniej, nie zdołam was zrozumieć.
- To bardzo proste. Kiedy potrzebowała zrobić z was zakładnika Al-Mutamida z Sewilli i wymienić na jego syna Rashida, co wtedy uczyniła? Nie wiecie? Więc wam powiem: wyjednała sobie względy seneszala Gualberta Amata i naczelnego notariusza Guillema de Valderribes. A co teraz zamierza? Uzyskać zgodę sędziów prawodawców: Ponca Bonfilla, Eusebiego Vidielli i Frederica Fortuny.
- W jakim celu, panie?
- Jestem pewien, że pragnie zmienić prawa sukcesyjne w taki sposób, by korona spoczęła na skroniach jej ulubionego syneczka, którym jest nie kto inny, tylko Ramón - zakończył cierpkim tonem Pedro Ramón.
- Trudno mi uwierzyć, żeby się o to pokusiła, ale jeszcze trudniej mi uwierzyć, by to osiągnęła. Prawo jest prawem i nikt nie może się nim bawić zgodnie ze swoją zachcianką.
- Ja nie byłbym taki pewien. Prawa rodzą się z obyczajów, a kiedy uderzy się we właściwe struny, ludzie szybko przystosowują się do zmian, zwłaszcza jeśli są one odpowiednio wynagrodzone kanoniami czy w naturze, co na dworze oznacza wpływy lub awanse. Nie mówiłem wam, że razem z sędziami Poncem Bonfillem, Eusebim Vidiellą i Frederikiem Fortuny i przy aprobacie mojego ojca, biednej kukły w jej rękach, hrabina rozpoczyna spis wszystkich obecnych praw, które uzupełnione nowymi utworzą kodeks Usatges? W przyszłości będzie on rządzić życiem obywateli Barcelony.
- A co zamierza zrobić z waszą osobą? Bo przecież nie rozpuścicie się w powietrzu jak widmo.
- Ześle mnie do jakiegoś odległego zakątka w górach, żebym zadowolił się okruchami po utraconym hrabstwie i nikomu nie przeszkadzał. Jak psa, któremu daje się kość.
- Gdyby tak się stało, co powie Berenguer, drugi bliźniak?
- Wyobrażam sobie, że nic miłego, ale to jej nie obchodzi: planuje dalekosiężnie, już znajdzie jakiś sposób, żeby go zadowolić. To przebiegła kobieta i ma przed sobą wiele czasu. Nie zapominajcie, że moi przyrodni bracia są jeszcze bardzo młodzi.
- I co zamierzacie, panie? - spytał Marçal.
- Wziąć z niej przykład i założyć własne stronnictwo. Nie chcę, żeby zgiełk walki spadł na mnie z zaskoczenia, kiedy nie będę na to przygotowany.
- A jaka jest tu moja rola, panie?
- Powiem wam. Przede wszystkim zbliżycie się do sędziów przychylnych mojemu ojcu; są nimi dwaj spośród trzech i jestem przekonany, że poczucie sprawiedliwości będzie kierowało ich czynami. Potem zbierzecie wszystkich tych, którzy musieli znosić zniewagi hrabiny albo doznali od niej jakichś krzywd. Nie będzie to trudne, pełno jest takich na dworze. Wszystkim im obiecacie, że jeśli mnie poprą, stanę się ich rzecznikiem. A kiedy wybuchnie wojna, która, jak się obawiam, będzie nieunikniona, każdy, kto mi pomoże, zostanie nagrodzony.
- Czy upoważniacie mnie do mówienia w waszym imieniu?
- Czyńcie tak bez wahania. Zdziwi was liczba poddanych mojego ojca, których przy takiej czy innej okazji spotkała jakaś krzywda, zostali wyzuci ze swoich praw albo pozbawieni prebend otrzymanych za wyświadczone usługi. Wy sami jesteście tego przykładem.
- Jakiego rodzaju pomocy potrzebujecie?
- Wpływów i pieniędzy, obie te rzeczy są ważne. Interesuje mnie zarówno poparcie jakiejś szlacheckiej rodziny, jak i anonimowe datki pieniężne, które pomogą mi nasmarować wielokrążki katapulty. Pierwsze da mi prestiż i utwierdzi moją pozycję, drugie środki do urzeczywistnienia mych zamiarów, i chociaż tymi drugimi nie będę się chwalił, zapewne zjednają mi życzliwość. Wiecie lepiej niż ktokolwiek, że złoto porusza góry.
- Wezmę się natychmiast do dzieła. Wiedzcie, że we mnie będziecie mieli najbardziej uniżonego i wiernego wasala - obiecał szlachcic uroczystym tonem.
- Nigdy w to nie wątpiłem, Maręalu. A wraz z moją wdzięcznością zyskacie najpobłażliwszego z panów. Wiedzcie, że od tej chwili macie zawsze wolny wstęp do pałacu.
7Posłaniec
Perpignan, koniec 1063 roku
Posłaniec stał pokryty kurzem aż po brwi, trzymając w rękach otwartą skórzaną sakiewkę, którą nosił w bandolierze, i czekał, aż siedzący przy stole mężczyzna o dziwacznym wyglądzie skończy czytać dostarczony właśnie pergamin. Jechał bez odpoczynku od starodawnej Egary do Perpignan, stolicy Roussillon, galopując dzień i noc, zmieniając rozstawne poczty i zajeżdżając na śmierć co najmniej trzy konie, gdyż wiedział, że powierzona mu misja jest pilna i życie tego, kto go posyła, dobiega ostatnich chwil.
Adresat położył pergamin na stole i welin zwinął się natychmiast, odzyskując wcześniejszą formę.
- Czy jest aż tak poważnie chory? - spytał dziwaczny szlachcic.
W świetle świec ukazała się skórzana przepaska zasłaniająca część jego twarzy. Był to nieprzyjemny widok i posłaniec nie mógł się powstrzymać, by nie odwrócić wzroku, zanim odpowiedział:
- Ja go nie widziałem, panie, ale ponieważ mistrz Brufau zalecił mi najwyższy pośpiech, sądzę, że mojemu panu pozostało niewiele czasu.
- W porządku, teraz dadzą wam jeść, a potem znajdą dobre posłanie, na którym wasze obite kości będą mogły wypocząć. Ja wyjeżdżam natychmiast, a jeżeli nie dotrę na czas, to na pewno nie z braku gorliwości. Jeżeli mam na tym świecie jakiś dług do spłacenia, to wobec Bernata Montcusi.
Szlachcic chwycił dzwonek stojący na stole w gabinecie i potrząsnął nim energicznie. Gdy tylko umilkł jego dźwięk, w progu ukazała się łysa głowa służącego.
- Zajmij się tym człowiekiem, daj mu jeść i pić i przygotuj kwaterę. Potem zejdź do stajni i każ osiodłać mojego najlepszego konia. Wyjeżdżam, kiedy wszystko będzie gotowe.
Po wydaniu tych rozkazów i odesłaniu posłańca dziwny człowiek przeczytał ponownie pergamin, a kiedy skończył, splótł palce obu dłoni i swoim dawnym zwyczajem wykręcił je, aż zatrzeszczały kostki, co było nieomylną oznaką, że ma zamiar się skoncentrować i pogrążyć we wspomnieniach.
Istota ludzka może utrzymać się przy życiu, żywiąc się dwiema namiętnościami - miłością albo nienawiścią. Jego pozbawiono ojca i gdyby nie pragnienie zemsty, życie nie miałoby dlań sensu. Od dzieciństwa widok człowieka, który był jego ojcem, zawsze mu towarzyszył, dopóki ci dwaj nikczemnicy mu go nie wydarli. Gdyby mógł swobodnie dysponować swoim życiem, już dawno zacząłby działać, ale należąc do Zakonu, nic nie mógł zrobić bez jego wiedzy i zezwolenia. Takie było posłannictwo, które rodzic albinos wypalił ogniem w jego sercu. "Wszystko, co będziesz robił w życiu, Lucianie - powiedział - musi być z korzyścią Najwyższego Przewodnika i nie uczynisz niczego bez jego wiedzy, pożytku i zezwolenia: korzyść przyjdzie do ciebie z Zakonu; bez niego nie istniejesz".
Kiedy dowiedział się o tragicznym końcu swojego ojca, wysłał wiadomość do Teb, prosząc o zezwolenie na to, by mógł działać na własną rękę, ale spotkał się z odmową. Odpowiedź, jaką otrzymał, była konkretna: "To, co czynimy przeciw naszym wrogom, musi się zawsze obracać na rzecz wielkości naszego towarzystwa". Ze swojej działalności Zakon uzyskiwał zawsze materialne korzyści, które były przekazywane Najwyższemu Przewodnikowi. Złoto coraz bardziej oliwiło sprężyny jego aktywności. Dlatego też każde działanie podejmowane było głównie z tego powodu; jemu były podporządkowane osobiste dążenia wiernych akolitów. On należał do tej grupy, ponieważ był synem tego, a nie innego ojca. Wychowano go, wykształcono i przygotowano, by służył wielkości potężnego bractwa, nie zaś by działał na własną rękę.
Teraz pergamin leżący na stole otwierał mu możliwość połączenia interesów Zakonu z własnymi; możliwe, że ten umierający, którego tak dobrze znał, dostarczy jego panom wystarczających zysków, żeby dali mu upragnione zezwolenie i żeby mógł w ten sposób dopełnić zemsty.
Z szuflady stołu Luciano Santángel wyjął gęsie pióro i zaostrzył nożykiem jego koniec. Następnie rozłożył welin i umoczywszy pióro w kałamarzu, zaczął pisać. Wiadomość, która miała zostać wysłana do Teb, powinna być szczegółowa i przekonująca, z zaznaczeniem, że podejmuje ten interes, gdyż niewątpliwie Zakon wyciągnie z niego wielkie zyski. Po ukończeniu pisma przeczytał je trzykrotnie, potem posypał piaskiem czarny atrament i zwinąwszy pergamin oraz opatrzywszy go własną pieczęcią, włożył do skórzanej tulei i zadzwonił po sekretarza. Kiedy na niego czekał, podjął decyzję: nie może ryzykować, że treść listu zostanie źle zrozumiana... Nie, tę wiadomość musiał dostarczyć osobiście, choć chwilowo miało to opóźnić jego plany. Przypomniał sobie, że zemsta jest daniem, które podaje się na zimno, i uśmiechnął się. Uda się do umierającego, a potem pojedzie do Teb, żeby przedłożyć swoją sprawę, bo tylko w ten sposób się upewni, że owego potężnego armatora zwanego Martí Barbany i jego przyjaciela, wścibskiego kapłana, spotka powolna i bolesna agonia.
8Przyszłość
Z wysokości baszty Martí Barbany obserwował miasto leżące u jego stóp. Sklepienie niebieskie usiane gwiazdami obejmowało wszystko; a jednak miał świadomość, że to, co widzą jego oczy, przedstawiałoby inny widok, gdyby jego przedsiębiorczy duch i inicjatywa nie dały hrabstwu tego czarnego oleju, który przemieniony w jaśniejące punkciki pstrzył świetlikami ciemne bryły budowli miasta, pozwalając odgadnąć profil murów miejskich i tego wszystkiego, co się znajdowało w ich obrębie: placów, ulic, domostw, a zwłaszcza wyniosłych dzwonnic licznych barcelońskich świątyń, katedry, kościołów Sant Jaume, Sant Miquel i Sants Just i Pastor. Martí okrążał z wolna basztę; w miarę jak się posuwał, ukazywała się jego oczom panorama, którą tak dobrze znał: w głębi czarnobłękitny odblask morza, gdzie otwierały się drogi, które pruły jego statki; potem powoli bramy Regomir, Castellvell, Castellnou i Bisbe; pałac hrabiowski i katedra. Na północnym wschodzie leżała Call, a za murem, z tej samej strony, małe światełka poruszające się jak błędne ogniki wskazywały drogę na targ La Boquería i do Montjui'c; u wybrzeża błyszczała woda rzeczki Cagalell, a z przeciwnej strony przedmieście Vilanova de la Mar; powyżej Sant Cugat del Rec i Via Francisca; od północy Palacio Menor i El Cogoll. Błyskawicznie odtwarzał w myślach swoją historię: przybycie do miasta, gdy zaledwie ukończył dziewiętnaście lat i miał za cały bagaż pierścień i pergamin, które zmieniły jego życie; obecność Eudalda Llobeta, kapłana, który niegdyś był towarzyszem broni ojca i od pierwszej chwili jego ojcem chrzestnym i opiekunem. Martí wspominał te początki i niespodziewane przejęcie niewielkiego ojcowskiego spadku, który stał się zalążkiem przyszłej fortuny. Nagle stanęła mu przed oczami postać Lai, pierwszej, tragicznej miłości, a potem wspomnienie jej nikczemnego opiekuna Bernata Montcusi. Później, jakby idąc za nicią jego wspomnień, pojawił się teść, Baruch Benvenist, mały i mądry Żyd, który tyle go nauczył o interesach, zanim został niesłusznie stracony z powodu intryg Bernata Montcusi. Teraz Martí sam miał ziemie, młyny, karawany, a zwłaszcza flotę, która pod wimplem ze splecionymi niebieskimi literami "M" i "B" na żółtym tle przemierzała morskie szlaki. Jednakże wszystko, co posiadał, oddałby chętnie w zamian za to, by Ruth żyła choćby o jeden dzień dłużej...
Ze wzrokiem skierowanym na miasto powiedział sobie, że Eudald ma rację. Mała Marta nie mogła płacić za jego powściągany gniew. Kiedy cierpiała z powodu braku matki, on ją opuścił i nie okazywał jej zainteresowania; tymczasem powinien skoncentrować całą swoją miłość na tej wspaniałej dziewczynce i sprawić, żeby jej dzieciństwo było jednym wielkim świętem. Przecież nie będzie już miał więcej dzieci i jedyną dziedziczką tej olbrzymiej fortuny zostanie ona. I było coś jeszcze: to miasto, które dało mu tak wiele, też zasługiwało na to, żeby wzmacniał jego potęgę za sprawą swoich interesów. Barcelona była powołana do tego, by stać się jednym z najważniejszych ośrodków handlowych Morza Śródziemnego, i on pragnął przyczynić się do tej chwały.
Z głową wypełnioną takimi myślami opuścił basztę i po kręconych schodach zszedł do swojego gabinetu, wziął ze stołu kaganek i skierował się do sypialni dziewczynki. Przyglądał jej się bacznie, kiedy tak leżała w ogromnym łożu pod baldachimem: wyglądała jak cherubinek opatulony w pościel i tulący do piersi ulubioną, zrobioną przez Ahmeda lalkę z dwoma guzikami z masy perłowej zamiast oczu, małym korpusem zniszczonym od ciągłego używania i prawie oderwaną ręką. Martí podniósł wzrok na półki i dostrzegł mnóstwo lalek, które on i jego kapitanowie przywozili z podróży do najodleglejszych zakątków znanego świata. Najskromniejsza z nich wszystkich była nieskończenie lepsza od tej, którą tuliła dziewczynka; jednak co noc, niezmiennie, wybierała tę samą. Ten widok ukazał mu przyszłość, jaka go czeka. Miał poświęcić życie temu dziecku, dać mu wszystko co najlepsze, wiedząc, że zgodnie z odwiecznym prawem nadejdzie taka chwila, kiedy będzie musiał, jak przystało ojcu, usunąć się w cień i ustąpić miejsca u boku córki jakiemuś innemu mężczyźnie. Ujrzał samego siebie sprzed wielu lat, na pochyłości drogi, na białonogim siwku, kiedy na wpół obrócony w siodle machał ręką w niechętnym geście pożegnania, podczas gdy Emma, jego matka, wycierała łzy brzegiem fartucha.
Podszedł do łóżka i nachyliwszy się, pocałował dziewczynkę w czoło. Potem się odwrócił i skierował do drzwi, otworzył je bardzo ostrożnie, uważając, żeby skrzypienie zawiasów jej nie obudziło, i ponownie je zamknął od strony korytarza. Pochodnie na ścianach nadal płonęły. Skierował się znowu do swojego gabinetu. Ta noc miała być bardzo długa.
9Marta
Barcelona, wiosna 1069 roku
- Obiecałeś mi to, a nigdy nie masz czasu.
Tak skarżyła się dziesięcioletnia Marta, domagając się od Ahmeda, żeby dotrzymał słowa i nauczył ją posługiwać się procą, a jej głos brzmiał donośnie w ciszy, jaka zazwyczaj panowała w rodzinnym domu.
Z pewnością nie można było powiedzieć, że dom Martíego Barbany jest wesołym miejscem. Po śmierci Ruth zapanowała tam gęsta, nabrzmiała smutkiem cisza, tak że nawet najprostsze sprawy załatwiano szeptem. Wszystko odbywało się w milczeniu, żeby nie przerywać bolesnych medytacji pana. Jednak po trochu smutek ustępował, głównie dzięki obecności Marty. Ale nawet to dziecko nie zdołało całkowicie zatrzeć bólu, który chwilami zmieniał twarz pana domu. Były dni, kiedy Martí Barbany znów pogrążał się we wspomnieniach, a wtedy wszyscy mieszkańcy wielkiego domostwa także milkli i zaczynali stąpać na palcach. Z biegiem lat Marta stała się nie tylko pociechą ojca, ale i ulubienicą całego domu. Po matce odziedziczyła pogodną urodę, miodowy kolor oczu i zawsze uśmiechnięte usta, lecz przede wszystkim wesołe usposobienie, którym potrafiła zaskarbić sobie każdego, kto ją poznał. Po ojcu zyskała zdecydowany charakter buntujący się przeciw niesprawiedliwości, umiejętność rozkazywania samym spojrzeniem, energiczne gesty i jedyny w swoim rodzaju dołek w podbródku, od pokoleń wyróżniający ród Barbany. Nie trzeba dodawać, że począwszy od kapitanów ojcowskich statków, a skończywszy na sługach, garderobianych i pokojowcach, wszyscy ją uwielbiali, jej zaś ulubieńcami była ta trójka: rodzeństwo Ahmed i Amina, dzieci wyzwoleńców Omara i Naimy, i Eudald Llobet, przyjaciel ojca, ogromny kapłan, którego uważała za swojego opiekuna i któremu zwierzała się ze zmartwień niepojętych dla prostodusznej Aminy. Natomiast zdeklarowane nieprzyjaciółki miała dwie: starą ochmistrzynię Caterinę, która stała się jej strażniczką, i Marionę, kucharkę, z którą musiała walczyć za każdym razem, kiedy chciała zdobyć z kuchni coś, czego potrzebowały z Aminą do zabawy. Amancię, która wykarmiła ją własną piersią, kochała całym sercem, choć rzadko ją widywała: kobieta miała dość własnych ośmiorga dzieci, albowiem jej mężczyzna, który był bosmanem na jednym ze statków Martíego Barbany, zostawiał ją brzemienną za każdym razem, kiedy schodził na ląd. Ale latarnią morską Marty był Ahmed, brat przyjaciółki; chociaż miała świadomość, że z wysokości swoich dwudziestu dwóch lat widzi je jak parę małych dziewczynek, niekiedy o letnim zmierzchu ulegał ich prośbom i opowiadał o tym, co działo się poza murami domostwa, otwierając im oczy na świat, do którego obie pragnęły należeć. Ahmed brał udział w kilku morskich podróżach i obie mogły słuchać oczarowane jego opowieści, aż głos ochmistrzyni wzywał je, by weszły do domu, co czyniły, ociągając się i dąsając. Choć, prawdę mówiąc, w ostatnich czasach Ahmed się zmienił: wyglądał na otumanionego i kiedy się do niego z czymś zwracały, wysyłał je opryskliwie na przechadzkę albo się wykręcał, tak jak teraz w sprawie procy. Sam już w dzieciństwie nauczył się nią posługiwać od cieśli okrętowego z Majorki - być może potomka jednego z owych dzielnych procarzy, co przebyli Alpy z Hannibalem i zagrozili potężnemu Imperium Rzymskiemu. Dzięki lekcjom owego człowieka, który pracował w stoczniach Martíego Barbany, i długim ćwiczeniom Ahmed osiągnął godną zazdrości celność.
- Marta ma rację! - wtrąciła się Amina. - Nie wiem, co się ostatnio z tobą dzieje! Nie dotrzymujesz słowa. Byłam przy tym, jak jej to obiecałeś, w spiżarni, ostatnim razem, kiedy ojciec Llobet przyszedł na wieczerzę.
Ahmed zwrócił się przeciw siostrze.
- Tylko tego brakowało, żebyś i ty, Amino, mnie atakowała!
Macie cały dzień na zabawy, a strzelanie z procy jest dla was tylko jedną z nich, jak ciuciubabka albo berek, za to ja nie mam chwili wypoczynku i kradnę czas, żeby ze wszystkim zdążyć. Poza tym muszę zrobić malutką procę, bo żeby kręcić jedną z moich, Marto, musicie jeszcze trochę podrosnąć. I oczywiście w tych spódniczkach i pantofelkach będzie wam trudno utrzymać właściwą pozycję!
- To są wymówki, Ahmedzie - orzekła Marta z powagą niepasującądojej wieku. Osłodziła ton głosu uśmiechem. - Powiedz mi kiedy, a będę gotowa.
Ahmed pokręcił głową... Nie był w nastroju na te dziecięce zabawy.
- Przykro mi, ale kiedy skończycie sjestę, ja będę już z powrotem w stoczni.
Marta prychnęła rozdrażniona.
- Nie martw się: tego dnia, kiedy zechcesz, nie będzie sjesty. Gdzie się spotkamy?
Ahmed spojrzał na nią z uwagą: rozbawił go upór dziewczynki. Trzeba było brać poważnie wszystko, co Marta mówi, choćby wydawało się to niemożliwe.
- No dobrze - ustąpił w końcu. - Pojutrze, kiedy dzwon zapowie pierwszą popołudniową modlitwę, będę na was czekał w ogrodzie za spiżarnią.
Marta uśmiechnęła się zadowolona.
- Przyjdziemy. Prawda, Amino?
Amina, mimo że była o sześć lat starsza od swojej młodej pani, ślepo wierzyła w jej słowa, więc bez wahania przytaknęła.
? ? ?
Dwa dni później, jak zwykle w porze sjesty, ochmistrzyni Caterina przymykała okiennice w pokoju Marty.
- Miłego wypoczynku, obudzę was na czas. Dziś macie lekcję literatury i łacinę z waszym opiekunem, a wiecie, że on nie lubi czekać.
Marta odpowiedziała z zamkniętymi oczami:
- Idźcie już, Caterino. Ostatniej nocy bardzo źle spałam i jestem straszliwie senna.
Ochmistrzyni, nieco zdziwiona, jako że Marta nie cierpiała sjesty, skierowała się ku drzwiom pokoju.
- Więc skorzystajcie z okazji i wypocznijcie teraz - rzekła.
Marta, nasłuchując, czekała, aż kroki się oddalą. Kiedy miała pewność, że Caterina zaczęła schodzić na dół, przystąpiła do urzeczywistnienia swojego planu.
Uważając, żeby nie zatrzeszczała podłoga, wstała z łóżka i podeszła do zajmującej prawie całą ścianę wielkiej szafy. Otworzyła ją i zaczęła wyjmować ukryte w głębi przedmioty, które zdobyła w ciągu ostatnich dwóch dni: wąską koszulę i portki jeszcze niedawno należące do parobka, który opiekował się bydłem jej ojca i co rano, na wózku ciągnionym przez osła, przywoził do domu świeże jajka i mleko. Chłopiec ów, szczupły i niski, zgodził się sprzedać jej tę odzież za jednego marawedi i kawałek migdałowej tarty, którą ukradła ze spiżarni. Indagowana później przez Marionę, powiedziała, że dała ją głodnemu żebrakowi. Tak więc w rzeczywistości wcale nie skłamała.
Trzymając w rękach swój skarb, Marta rozpoczęła przygotowania. Zrzuciła z siebie koszulę nocną i zamiast halki włożyła portki, zawiązując na łydkach postronki przymocowane u dołu krótkich nogawek. Następnie naciągnęła na grzbiet koszulę, tak aby jej wyłogi zasłaniały tylną część zniszczonych portek, które przepasała w talii sznurem, i wsunęła stopy w espadryle wiązane w kostkach rzemieniami. Włosy schowała pod starą czapką i przeszła do realizacji drugiej części planu.
Ostrożnie otworzyła drzwi sypialni i wysuwając przez nie głowę, spojrzała w jedną i drugą stronę, żeby się przekonać, czy droga jest wolna. Stwierdziwszy, że istotnie tak jest, poszła na koniec korytarza, z dala od wielkich schodów. Była to jedyna droga, którą można było dojść do ogrodu, omijając kuchnię. W głębi otwierało się wielkie okno wychodzące na zewnętrzny taras. Rano służące rozwieszały na nim bieliznę, gdyż o tej porze było tam najlepsze słońce. Nie wahając się ani przez chwilę, dziewczynka otworzyła okno i przecisnęła przez nie swoje szczupłe ciało, aż jej prawa stopa oparła się na balustradzie. Potem, już na zewnątrz, upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, przemknęła do najodleglejszego kąta tarasu, przełożyła przez balustradę jedną nogę, potem drugą, i zaczęła przesuwać się pomału w stronę rogu, od którego schodziła rynna do ogrodu. Marta objęła ją rękami i nogami i z wysokości pierwszego piętra zaczęła się wolno opuszczać, aż znalazła się na dole. Po dokonaniu tego wyczynu i otrzepaniu kurzu z obolałych dłoni ruszyła na spotkanie przyjaciół.
Już od wczesnych godzin porannych Ahmed, nie wątpiąc, że Marta się zjawi, robił procę na jej miarę. Ocenił wzrost dziewczynki, przygotował odpowiednio gruby sznur, w połowie jego długości umieścił skórzaną kieszeń w kształcie miseczki, na jednym z końców zrobił pętlę, a drugi przypalił nad pochodnią i posmarował pastą własnego pomysłu, żeby spoić włókna. Potem poświęcił jakiś czas na sprawdzanie skuteczności swojego wynalazku. Po południu poszedł z Aminą w głąb ogrodu i przygotował cele, na których można było ćwiczyć strzelanie. Przy murze wbił w ziemię paliki i umieścił na nich do góry dnem stare gliniane garnki, skazane na wyrzucenie z powodu szczelin czy odłamanych uszu; na końcu tego szeregu ustawił dziurawy miedziany kociołek.
Właśnie tym było zajęte rodzeństwo, kiedy w głębi dróżki prowadzącej od strony domu ukazał się jakiś urwis, którego niechlujny wygląd zupełnie nie pasował do otoczenia. Amina pierwsza się zorientowała, kim jest ta postać.
- Jak mi życie miłe! Przecież to Marta tu idzie!
Ahmed osłonił dłonią oczy od słońca i dopiero po chwili się upewnił, że siostra dobrze rozpoznała tego obszarpanego intruza.
Marta podeszła do przyjaciół i uśmiechnęła się na widok ich zdziwionych twarzy.
- A więc sjesta miała mi przeszkodzić, czy nie tak mówiłeś?
- Wiem, że jesteście bardzo śmiała, ale nigdy nie przypuszczałem, że posuniecie się tak daleko - rzekł Ahmed, jednocześnie zaskoczony i rozbawiony.
- Oto jestem. Jak widzisz, dotrzymałam swojej części umowy. Teraz czas, żebyś ty dotrzymał swojej.
Nie odpowiadając bezpośrednio na to wyzwanie, Ahmed spytał:
- Skąd zdobyłyście to przebranie pasujące bardziej do jakiegoś żebraka?
- Przecież mówiłeś, że w swoich strojach nie zdołam się niczego nauczyć. Więc zjawiam się w odpowiedniej odzieży.
- Co do tego nikt nie ma wątpliwości, panienko - powiedziała Amina - ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że możecie tak wyglądać.
- Nie nazywaj mnie panienką, Amino... I przejdźmy do rzeczy!
Ta jednak, wciąż nie mogąc się nadziwić wyglądowi przyjaciółki, nie ruszyła się z miejsca.
- Ale skąd zdobyłyście ten przyodziewek?
- Potem ci opowiem. Teraz zajmijmy się tym co trzeba, bo czas ucieka.
Cała trójka skierowała się w głąb ogrodu i ustawiła w takiej odległości od garnków, jaką Ahmed uznał za właściwą. A on poważnym tonem rozpoczął wyjaśnienia.
- Najpierw, jako że przykład wart jest tysiąca słów, popatrzcie, w jaki sposób ja to robię.
Wziął swoją procę i założywszy pętlę na prawy nadgarstek, wyjął z kieszeni okrągły kamień. Umieścił go w skórzanym wzmocnieniu znajdującym się w połowie sznura, którego drugi koniec uchwycił dwoma palcami.
- Patrzcie, co teraz zrobię. Odsuńcie się trochę, mógłbym niechcący uczynić wam krzywdę.
Rozstawił nogi i podniósł lewą rękę tak, że czubki palców znalazły się na wysokości jego oczu, które skierował na miedziany garnek. Potem ostrożnie, kolistym ruchem zmusił sznur do gwałtownych obrotów. W powietrzu dało się słyszeć coś jak brzęczenie rozwścieczonego trzmiela, aż obie dziewczynki uniosły dłonie do uszu.
Amina z lękiem odsunęła się na bok, podczas gdy Marta przyglądała się uważnie ruchom Ahmeda. Wtedy chłopak wypuścił koniec sznura, który trzymał czubkami palców. Uwolniony kamień wyleciał jak zły duch i trafił w miedziany garnek, który wydał żałosny jęk, skarżąc się na otrzymany cios.
- Przyjrzałyście się? - zapytał z udaną surowością.
- Doskonale, pozwól mi spróbować.
Ahmed się roześmiał.
- Jeszcze za wcześnie. Popatrzcie.
Wystrzelił kilka kamieni, za każdym razem, ku zaskoczeniu Marty, trafiając w cel. Potem przeszedł do wyjaśnień.
- Lewa ręka wskaże wam wysokość celu. Musicie dzierżyć procę w prawej dłoni. Trzymajcie pętlę między palcami: dzięki temu nie wypadnie wam z ręki przy pierwszym strzale. Musicie ją rozkręcić, aż osiągnie szybkość zapewniającą dobry strzał, a przede wszystkim puścić koniec sznura w odpowiedniej chwili, od tego zależy dokładność rzutu. To sprawa podstawowa - zakończył.
- Istnieje wiele rodzajów proc i można strzelać na wiele sposobów, ale zaczniemy od tego co najistotniejsze: jeżeli wytrwacie, będzie czas, żeby nauczyć się całej reszty.
- Jestem gotowa - powiedziała Marta z niecierpliwością.
- Dobrze. Ustawcie się w pozycji do strzału, tak jak ja to robiłem.
Zajęła przewidziane miejsce. Ahmed wyjął ze swojej torby małą procę i umieścił ją w dłoni dziewczynki. Po załadowaniu odpowiedniej amunicji, stanął obok swojej pani, żeby pomagać jej przy pierwszych strzałach. Marta nie posiadała się z radości. Kręciła sznurkiem coraz energiczniej i na dany znak puszczała jego koniec. Kamień wystrzelał za każdym razem szybciej i choć nie trafiał w cel, entuzjazm dziewczynki nie słabł ani na chwilę.
- Pozwól, Ahmedzie, że sama spróbuję.
- Jeszcze nie jesteście gotowa - próbował ją przekonać.
- Będę cię we wszystkim słuchała - prosiła. - Będzie tak, jakbyś ty kierował moją dłonią.
- Jesteście pewna?
Marta nawet nie odpowiedziała. Wzięła jeden z pocisków i umieściwszy go w skórzanym gnieździe, przyjęła pozycję, czekając na polecenia. Ahmedowi nie pozostało nic innego, jak tylko ustąpić.
- A więc dalej, zaczynajcie - powiedział z westchnieniem niezadowolenia.
Proca zaczęła krążyć w ręku dziewczynki i po chwili nabrała odpowiedniej prędkości.
- Podnieście lewą dłoń na wysokość oczu. Na Boga! Nie patrzcie na mnie, patrzcie do przodu.
Marcie na moment zaćmił się wzrok.
Kamień krążył z wielką szybkością.
Głos Ahmeda zabrzmiał nagląco.
- Puszczajcie już!
Dziewczynka straciła kontrolę i puściła koniec sznura, kiedy proca celowała w niebo.
Przez chwilę cała trójka stała jak wryta. Pocisk, który jak piorun strzelił pionowo w niebo, zakreślił łuk i zaczął spadać, aż uderzył w taras, gdzie ochmistrzyni Caterina z pomocą dwóch służących zbierała suchą już bieliznę.
Powietrze przeszył przeraźliwy krzyk. Ochmistrzyni wychyliła się przez balustradę, patrząc w stronę ogrodu. Kiedy dostrzegła w oddali trójkę przyjaciół, dał się słyszeć jej histeryczny, przepełniony wściekłością głos.
- Czy wiecie, co zrobiliście, nieszczęśni?! Zraniliście biedną Gueraldę! Dziewczyna krwawi... - Wtedy Caterina zdała sobie sprawę, że urwisem trzymającym procę jest Marta. - Natychmiast wracajcie do domu i czekajcie na mnie przy drzwiach gabinetu waszego ojca. - Krzyki dobywające się z tarasu rozdzierały ospałe popołudnie. - Teraz opatrzę tę nieszczęsną dziewczynę, której okaleczyłyście twarz, a potem zajmę się wami. Przygotujcie się na najgorsze! Te swawole muszą się wreszcie skończyć!
10Kupiec
Mężczyzna wyróżniał się niecodziennym wyglądem, zwracającym uwagę prawie wszystkich podróżnych, którzy go mijali na Via Francisca. Był dobrze po trzydziestce, dosiadał porządnego konia i ciągnął za sobą muła. Nogawice miał wpuszczone w sznurowane buty ze skóry piżmokota sięgające do kolan, tors zaś okrywała koszula, której rękawy wyłaniały się z bocznych otworów kamizeli z owczej skóry. Spod trójgraniastego kapelusza z czarnego pluszu wystawała z tyłu kępa prostych włosów związanych sznurkiem w kosmyk. Szyję spowijał szalik zakrywający podbródek. Jednak najbardziej zwracała uwagę czarna przepaska na lewym oku, która zasłaniała niemal połowę twarzy; jedyna widoczna źrenica błyszczała i rozglądała się ciekawie, jakby pragnęła wszystko ogarnąć. Dziwny podróżny posuwał się równolegle do Rec Comptal, poważnej, nieukończonej jeszcze inwestycji dostarczającej wodę do Barcelony przez Sant Andreu del Palomar i Raval de Provencals, i ze zdziwieniem obserwował zmiany widoczne w najbliższym sąsiedztwie miasta.
Zmęczony krok jego zwierząt zaprowadził go na Pla del Mercat, a kiedy mężczyzna tam dotarł, wszedł do miasta przez bramę Castellvell. Zbrojni wyznaczeni do sprawdzania, czy podróżni przewożą towary, od których pobiera się myto, właśnie skończyli posiłek. Jedni zajęci byli grą w kości, a dwóch drzemało w cieniu winorośli na kamiennej ławie. Człowiek z przepaską na oku, nie zatrzymując się i nikogo o nic nie pytając, spiął wierzchowca ostrogami i pokłusował wąską uliczką. Kiedy dotarł do oberży Perota, zsiadł z konia. Przywiązał dokładnie jego i muła do drewnianej żerdzi umieszczonej w tym celu przy wejściu do zajazdu, pogrzebał w jednej z toreb i wyjął z niej sporych rozmiarów sakwę. Po sprawdzeniu jej zawartości i upewnieniu się, że wszystko jest na swoim miejscu, włożył ją do bandoliery i strzepnąwszy kapeluszem kurz z odzieży, wszedł do środka.
Przez chwilę musiał się przyzwyczaić do półmroku panującego we wnętrzu, gdyż światło z ulicy dostawało się tam przez trzy małe okienka wychodzące na boczne przejście. Kiedy mógł już rozróżnić zarysy przedmiotów, skierował się ku mężczyźnie, który przyglądał mu się ciekawie zza stojącego w głębi wysokiego stołu, wspartego na dwóch kozłach i pełniącego rolę szynkwasu. Ów człowiek, w zielonym fartuchu założonym na krótką tunikę, zajęty był szorowaniem kuchennych rondli i garnków w misce brudnej wody, podczas gdy młoda służąca, ubrana w pogniecioną białą koszulę, spódnicę z brązowego jedwabiu i przewiązany w talii fartuch, z głową przykrytą czepkiem spinającym włosy, wymachiwała ścierką, udając, że wyciera stoły.
Nowo przybyły, jakby nie dostrzegając ciekawości, którą budził, zbliżył się do mężczyzny za prowizorycznym szynkwasem.
- Niech Bóg ma was w swojej opiece.
- I was niech strzeże. Czego sobie życzycie? Tawerna jeszcze zamknięta.
- Szukam Perota, czy to wy?
- Tak wysoko jeszcze nie zaszedłem! - zaśmiał się mężczyzna. - Perot jest moim panem. Czy chcecie z nim mówić?
- Taki mam zamiar i byłbym wam bardzo wdzięczny, gdybyście go tu sprowadzili.
Dziewczyna, która z głębi pomieszczenia usłyszała żądanie dziwnego gościa, wtrąciła się do rozmowy.
- Ja pójdę, ojcze. Jest mi po drodze, bo muszę iść do sklepu.
W mgnieniu oka rozwiązała fartuch i rzuciła go niedbale na ladę, zostawiła ścierkę na jednym ze stołów i pobiegła żwawo w stronę drzwi, a za nią podążyły słowa mężczyzny:
- Poszłabyś do samego piekła, byle wymigać się od pracy. - Po chwili dodał: - Młodzież nie jest już taka jak za moich czasów; gdybym ja przerwał ojcu w obecności nieznajomego, policzyłby mi żebra dębowym kijem. Z każdym dniem wszystko zmienia się na gorsze.
- W zupełności się zgadzam, nie ma już szacunku dla siwych włosów. Młodym się śpieszy i pragną zdobyć świat za wszelką cenę.
Po tej wymianie zdań obaj zamilkli, aż po chwili zasłona wisząca na drzwiach rozsunęła się i stanął w nich mężczyzna w średnim wieku, ubrany na sposób właściwy dla zamożnego oberżysty - w brunatną ozdobną koszulę przykrytą fioletowym kubrakiem i przepasaną sznurem oraz ciemniejsze od niej pończochy wpuszczone w skórzane sznurowane buty.
- Joan, kto mnie szuka o tak wczesnej porze? - spytał od progu.
Ten drugi się usprawiedliwił:
- Moja córka się pośpieszyła, panie. Powiedziałem już temu panu, że jeszcze zamknięte.
Właściciel oberży skupił uwagę na gościu i zapytał:
- Czy mnie przypadkiem szukacie?
- Mam za sobą długą podróż. Wasza gospoda słynie daleko poza Barceloną i umówiłem się w niej na spotkanie z niejakim Simónem "Renegatem", którego znam tylko ze słyszenia, chociaż wiem, gdzie mieszka. Powiedziano mi, że Perot, który wie wszystko o wszystkich mieszkańcach miasta, jest osobą mogącą mnie najlepiej poinformować o tym, czym on się zajmuje.
- Cała Barcelona zna Simóna: dzięki zajmowanemu stanowisku jest bardzo popularny.
Podróżny poszukał w głębi swojej torby, wyjął monetę i położył ją na topornym stole w zasięgu dłoni obu mężczyzn.
- Nalejcie mi, jeśli łaska, kubek dobrego wina.
Mężczyzna w fioletowym kubraku rzucił chciwe spojrzenie i wyciągnąwszy rękę, schwycił monetę.
- Joan, obsłuż gościa, choć o tak wczesnej godzinie nie będziemy mieli reszty.
- Zatrzymajcie ją na poczet trudu, jaki wam zadam.
Oberżysta zwrócił baczniejszą uwagę na dziwnego osobnika, który okazywał się tak szczodry i wielkoduszny.
- Siadajcie, gdzie zechcecie - powiedział, po czym kazał Joanowi wytrzeć jeden ze stołów.
Pomocnik, złapawszy zatkniętą za fartuch brudną ścierkę, skwapliwie wykonał polecenie.
- Natychmiast podadzą wam jedno z najlepszych win, jakie mamy w Barcelonie. Pochodzi z winnic w Magorii, które ich właściciel, Martí Barbany, uprawia z wielką starannością i troską. Opowiem wam o wszystkim, co chcecie wiedzieć o tym mieście i o którymkolwiek z jego mieszkańców, bo rzeczywiście, z uwagi na moje zajęcie, znam ich wielu.
Oberżysta nie dostrzegł, że na dźwięk imienia właściciela winnicy pojawiła się na czole podróżnego niewielka zmarszczka.
- Sprawa jest prosta. Jestem umówiony z niejakim Simónem tutaj, w waszej gospodzie, a nie wiem, jak on wygląda, ale tam, skąd przybywam, powiedziano mi, że od was mogę się dowiedzieć o każdym, o tym, czym sam się zajmuje i co robią jego przyjaciele.
Perot, zachęcony hojnym napiwkiem, zaczął mówić.
- Dobrze was poinformowano, a skoro tak, to powiem, że temu Simónowi żyje się całkiem dobrze. Ma stanowisko, jakiego wielu mu zazdrości, bo nie tylko przynosi ono dobre zyski, ale też, co ważniejsze, daje dostęp do najwyżej postawionych ludzi.
- Powiedziano mi, że nadal jest licytatorem niewolników na targu La Boquena za murami miasta.
Oberżysta postanowił zaskarbić sobie przychylność kogoś, kto zjawił się z tak dobrymi listami uwierzytelniającymi.
- Właśnie to miałem na myśli. Znam go bardzo dobrze: przychodzi tu od czasu do czasu i rzeczywiście jest nadal głównym licytatorem niewolników, co stanowi klucz do jego wspaniałej egzystencji.
- Co macie na myśli?
- Wyjawię wam coś, co niewątpliwie wyda się zdumiewające. Może on przejąć na własność każdego niewolnika, zanim ten zostanie wystawiony na licytację, a nawet całą ich partię. Dlatego powiedziałem, że potrafił wykorzystać swoją funkcję i pozyskać sobie wpływowych przyjaciół.
Słysząc to, jednooki nadstawił ucha.
- Skąd o tym wiecie?
- Nie zapominajcie, że przychodzą tu najznakomitsi ludzie w mieście, nawet ci, co mają wolny wstęp do pałacu, i chcąc nie chcąc, słyszę tu niejedno.
- A co jeszcze słyszycie?
- Szepcze się, chociaż to tylko przypuszczenia, że cieszy się on poparciem jednej z najwyższych osobistości dworu.
Podróżny zamyślił się na chwilę, po czym odpowiedział:
- Nawet nie wiecie, jak bardzo jestem wam wdzięczny za tę ostatnią wiadomość. Możecie mnie uważać za swojego dłużnika i bądźcie pewni, że potrafię należycie się odwdzięczyć za waszą pomoc.
- Do usług. Jeżeli odpowiada wam tamten stół pod oknem, natychmiast postawią na nim obiecane wino. - I podnosząc głos, rozkazał: - Joan, kubek wina z beczki w głębi dla naszego gościa! Na mój koszt. Jeżeli nie życzycie sobie nic więcej, zostawiam was, obowiązki wzywają mnie do innych spraw. W każdym razie jeżeli będziecie potrzebowali jeszcze jakiejś informacji, wystarczy zwrócić się do mnie.
- Idźcie do swoich spraw i wiedzcie, że jestem wam bardzo wdzięczny. Na pewno się odezwę.
Perot wyszedł z oberży, a przybysz udał się na wskazane miejsce, gdzie zajął jeden ze stołków, postawiwszy obok swoją torbę. Służący wrócił z glinianym dzbanem, z którego nalał do fajansowego kubka doskonałego, cieszącego gardło czerwonego wina. Jednooki przygotował się na dłuższe czekanie; popijał trunek małymi łykami, podczas gdy palce jego lewej dłoni bębniły w szorstką powierzchnię stołu.
Po pewnym czasie, kiedy dzwony kościoła Sants Just i Pastor wzywały na nonę, otwarły się drzwi i próg przestąpił otyły osobnik w strojnych szatach. Za nim podróżny zdołał dostrzec lektykę noszoną przez ośmiu silnych Saracenów, odpoczywających po wysiłku. Grubas spojrzał z ukosa na jedynego gościa, po czym skierował się w stronę posługacza i zbliżywszy usta do jego ucha, wyszeptał kilka słów. Ten, mając zajęte ręce, podbródkiem wskazał podróżnego.
Nowo przybyły podszedł do jego stołu i czyniąc wyszukany gest powitania, spytał:
- Czy ja was znam, panie?
Ten drugi, nie podnosząc się, odparł twierdząco.
- Chwilowo z moich czynów, a tylko to się liczy.
- Więc to wy wezwaliście mnie tu w tak zaskakujących okolicznościach?
- I, na honor, przekonujących! - odparł podróżny. - W przeciwnym wypadku podejrzewam, że nie przyszlibyście na to spotkanie.
- Kiedy jakiś nieznajomy okazuje tak wielką uprzejmość, że przysyła pergamin z prośbą o spotkanie, a wraz z nim sakiewkę z garścią dobrych monet, przezorność nakazuje poznać owego szczodrego człowieka, który z pewnością musi być osobą wartościową.
- Właśnie jego macie przed sobą.
- W każdym razie nie mam zwyczaju pić z nieznajomymi... - powiedział grubas, którego ostrożność dorównywała chciwości.
- Moje nazwisko z pewnością nic wam nie powie. Nazywam się Bernabé Mainar i dopiero co przyjechałem do Barcelony. Jeżeli chcecie, żeby sakwa, którą wam przysłałem, nadal pęczniała, będzie lepiej, jeśli przemyślicie wasze podejście i okażecie się mniej nieufni wobec kogoś, kto dał dowody swojej hojności...
Tęgi osobnik wahał się przez chwilę. Odsunął zydel, zebrał ręką połę płaszcza, odkrył łysą niemal głowę i zajął miejsce przy stole, czekając podejrzliwie na wyjaśnienia.
- Dobrze, skorzystam z waszej rady, ale czas mnie goni. Lepiej będzie, jeśli mi wytłumaczycie, na czym ma polegać nasza sprawa.
Podróżny odetchnął głęboko, co tylko powiększyło ciekawość jego rozmówcy. Potem, zamówiwszy więcej wina, zaczął w te słowa:
- Wszystko w swoim czasie. Chodzi o to, mój przyjacielu, że jestem zagubiony w wielkiej Barcelonie. Zarobiłem niezłe pieniądze na interesach wzdłuż i wszerz całego Morza Śródziemnego, ale wiek ogranicza ludzi i trzeba zacząć zwijać żagle i myśleć o przyszłości... jako że mój statek domaga się odpoczynku na piasku jakiejś plaży, a wszyscy czujemy tęsknotę do miejsca, w którym przyszliśmy na świat.
- A co ja mam z tym wszystkim wspólnego? - zapytał licytator.
- Jeśli dojdziemy do porozumienia, to się przekonacie, że wysoko sobie cenię waszą współpracę.
- Ale dlaczego akurat moją, a nie kogoś innego? - zdziwił się Simó.
- Dlatego, że wy jesteście Simó zwany "Renegatem". Stanowisko, jakie piastujecie... nawiasem mówiąc, z wielkimi kompetencjami... i to, co ono sobąprzedstawia, czyni z was dla mnie kogoś niezastąpionego. Gdybym nie doszedł z wami do porozumienia, byłbym zmuszony próbować innych dróg.
- A więc mówcie i wyjaśnijcie mi wszystko. Nie mogę podjąć tak ważnej decyzji, nie znając gruntownie sprawy i osoby. - Simó postanowił wysłuchać swojego rozmówcy: coś mu mówiło, że będzie warto.
- Dobrze, a więc po kolei. Jeżeli jesteście zainteresowani, będzie dość czasu, żebyśmy się lepiej poznali.
- Zamieniam się w słuch.
Mainar upił łyk wina, mlasnął i mówił dalej.
- Jeżeli moje informacje są wiarygodne, jesteście głównym licytatorem na targu niewolników.
- Rzeczywiście tak jest i muszę powiedzieć, że skoro wystawcy i kupujący, chrześcijanie, Maurowie i Żydzi, od tylu lat powierzają tę funkcję mojej skromnej osobie, to chyba dlatego, że są zadowoleni z mych usług.
- Na niczym tak mi nie zależy jak na tym, byście nadal się tym zajmowali, i to przez długie lata - skomentował jednooki z lekkim uśmiechem.
- Czego zatem sobie ode mnie życzycie, skoro wykazujecie takie zainteresowanie moją pracą?
- I do tego dojdziemy, lecz najpierw muszę się dowiedzieć jeszcze kilku rzeczy.
- Pytajcie - ustąpił niechętnie Simó. - Ale potem to ja zażądam wyjaśnień...
- Powiedziano mi też, że podczas prowadzenia licytacji korzystacie z pewnego przywileju: możecie wybrać jedną sztukę ze szkodą dla tego, kto wygrał aukcję.
Grubas poruszył się niespokojnie na stołku.
- A kto wam to powiedział?
- To chwilowo nieważne.
- Źle was poinformowano: kiedy wybieram jakąś sztukę, nie pojawia się ona na licytacji.
- A więc tym lepiej! - zawołał Mainar z uśmiechem, który nadał jego obliczu jeszcze bardziej złowieszczy wygląd.
- Powiedzmy, że po prostu mam prawo do szacowania.
- To mogłoby być uznane za nadużycie... - postraszył Mainar.
- Być może. Jednak dotąd nie ma żadnych skarg i nie odkrywacie niczego nowego. Sądzę, że skoro pałac przyznał mi ten przywilej, musiały być ku temu jakieś powody - stwierdził nie bez arogancji Simó.
- Może to dlatego, że jakiś potężny protektor jest tym zainteresowany.
- Możliwe. - Gruby Simó zaczynał się niecierpliwić. - A co wam do tego?
- Nie unoście się. To nie jest przeszkodą, przeciwnie, może mieć dla mnie decydujące znaczenie.
- Porzućcie te wybiegi i przejdźcie wprost do rzeczy.
- Otóż - zaczął Mainar - jak już wam mówiłem, pragnę zakończyć swoje koczownicze życie i osiedlić się w tym mieście, toteż muszę podjąć stosowne kroki, aby fortuna, której zdobycie kosztowało mnie tyle wysiłku, nie zmniejszała się, lecz powiększała. Do tego trzeba zainwestować w jakiś pewny interes, który dobrze znam.
- A jaki jest ten pewny interes, o ile coś takiego w ogóle istnieje? - odparł szyderczo grubas.
- Taki, który w każdym kraju, czy mauretańskim, czy chrześcijańskim, czy barbarzyńskim, zawsze się udawał i zawsze będzie się udawał, choć muszę przyznać, że z większymi trudnościami w tych królestwach, gdzie sięga długa ręka Rzymu.
- A więc popatrzmy, co to za niezawodny interes.
Jednooki odpowiedział z naciskiem:
- Lubieżność mężczyzny.
Tęgi mężczyzna przez chwilę milczał niezdecydowany, wytarł chusteczką spoconą łysinę i z odrobiną nieufności odrzekł:
- Nie widzę, jaką miałbym odegrać rolę w tak niewybrednym interesie.
- Poznaliście już dogłębnie ludzkie słabości - odparł jednooki. - Mężczyzna lubi nakarmić kanarka poza domem: jedni w tym celu kupują niewolnicę, ale ci stanowią mniejszość, bo to rozwiązanie jest osiągalne tylko dla nielicznych, a poza tym bywa przyczyną skandalu, gdy ten ktoś jest kawalerem, albo kłótni, jeżeli ma połowicę. Moim pomysłem jest danie wielu ludziom dostępu do dobrego towaru w rozsądnej cenie i ponadto w miejscu, gdzie można się cieszyć przyjemnym oczekiwaniem. Czy zaczynacie mnie rozumieć?
- Coś niecoś do mnie dociera, ale to jest najstarszy interes świata, nie odkrywacie wcale eliksiru wiecznej młodości: tysiące stręczycieli się tym zajmują.
- I oferują stare pijaczki, które zarażają nieszczęśników wszelakimi wrzodami i szankrami. Podrzędne oberże, w których świadczy się takie usługi, jednego dnia są zamykane w wyniku jakiegoś donosu, by nazajutrz wznowić działalność w innym miejscu, ale bez zmiany czy poprawy warunków. Jeżeli przeprowadzę swój zamiar tak, jak zamierzam, a wy pomożecie mi go urzeczywistnić, natychmiast zrozumiecie, że proponuję wam coś zupełnie innego.
- Mówcie dalej - rzekł Simó.
- A więc miasto wyrwało się poza mury, rosną przedmieścia, wiecie, dokąd udają się ludzie opuszczający centralne dzielnice i jakie nowe miejscowości ich przyjmują. Moim zamiarem jest otwarcie kilku lupanarów, gdzie obywatele mogliby dyskretnie się zabawić. Jeżeli towar będzie w dobrym gatunku, najbardziej żarliwi adepci cielesnych uciech porzucą swoich dotychczasowych dostawców i przybiegną na nasze zawołanie.
- A gdyby ta oferta mnie zainteresowała, to gdzie i w jaki sposób miałbym się do tego przyłączyć?
- Po pierwsze, jesteście najbardziej powołaną osobą, żeby doradzić mi odpowiednie miejsca do ulokowania moich... nazwijmy je zajazdami miłości. Po drugie, przez wasze ręce musi przechodzić cały towar, który stanie się podstawą przyszłych transakcji. I po trzecie, pragnę, żeby sam wasz protektor czuwał nad moimi interesami, które będą też jego interesami, a tym samym waszymi.
- A jakie będą moje dochody? - spytał Simó.
- Widzę, że zaczynacie rozumieć. O tym porozmawiamy na samym końcu.
- Nie widzę przeszkód, żeby wam doradzić, gdzie znajdziecie największą obfitość popędliwych młodzieńców, ale co do tej drugiej sprawy, to jest ona znacznie bardziej skomplikowana - zawahał się Simó.
- Posłuchajcie. Moim zamiarem było zakupienie jakiegokolwiek niewolnika, czy to mężczyzny, czy kobiety, młodzieńca czy jeszcze niedojrzałej dziewczyny, kiedy pojawią się na licytacji, ale teraz, gdy już wiem to, co wiem, pragnę to zrobić zawczasu.
- To niemożliwe.
- Nic nie jest niemożliwe, jeśli kryje się za tym znaczna suma pieniędzy.
Opór grubasa stopniał wobec smakowitej propozycji nieznajomego, jednak, jak przystało na dobrego kupca, Simó schował się za słabą wymówką.
- Jak dobrze przypuszczaliście, ktoś bardzo potężny przyznał mi prawo szacowania wszelkiego towaru podlegającego licytacji i oczywiście nie mogę go okradać.
- To właśnie mam na myśli. Powiem jasno: moim pragnieniem jest, aby cały wartościowy towar był przez was oddzielany, zanim wejdzie na podest aukcyjny.
- Wasze życzenie jest całkowicie sprzeczne z życzeniem mojego protektora, ale nawet zakładając, że byłoby to możliwe, jak miałbym zapłacić za towar jego właścicielowi?
- Moimi pieniędzmi i przy użyciu swojej niezrównanej sztuki prowadzenia interesów.
Mężczyzna się wahał.
- Cena byłaby bardzo wysoka. Mój protektor mógłby ponieść szkodę i poczuć się oszukany, utraciwszy najlepsze sztuki przeznaczone na licytację.
- Mylicie się. Jeśli tylko najdzie go ochota, będzie miał pierwszeństwo wyboru niewolnika czy niewolnicy bądź dla własnej rozrywki, bądź na podarek dla kogoś. Z jedną dodatkową korzyścią: nie będzie ponosił kosztów utrzymania zakupionego towaru ani nie spadnie na niego kłopotliwe zadanie znalezienia dlań miejsca, gdyż to wszystko biorę na siebie. W moich gospodach będzie miał najlepszy towar, który nie będzie go kosztował ani grosza. - Mainar zrobił pauzę, żeby handlarz niewolników dobrze zrozumiał to, co właśnie usłyszał. Kiedy spostrzegł, że tak się stało, ciągnął: - Pewnie zadajecie sobie pytanie, co ja z tego będę miał. To proste: będę potrzebował jego opieki. Wiecie, że Kościół Święty, Matka Nasza, zawsze miesza się do spraw cielesnych i że w pewnych okolicznościach staje się nieco drażliwy i skłonny do irytacji.
- Rozumiem waszą ideę, ale muszę poprosić o zezwolenie; w przeciwnym razie narażę na niebezpieczeństwo własne życie. Przede wszystkim - dodał gruby Simó, pocąc się obficie ze zdenerwowania - nikt nie może się dowiedzieć o tym porozumieniu, dopóki nie pomówię z kim trzeba.
- Wiemy o tym obaj: gdyby się to rozniosło, moglibyście wiele stracić, a ja musiałbym zwijać interes, zanim jeszcze by się rozpoczął - uspokoił go Mainar.
- Tak czy owak jest wielu takich, co dybią na moje stanowisko. Zawistnicy nie czekaliby ani chwili, by przekazać plotki tym, co mają dostęp do dworu.
Przybysz, ignorując to rozumowanie, mówił dalej:
- Wy jesteście dla mnie najważniejsi; w przeciwnym razie na pewno bym się z wami nie spotykał. A co do ceny, moglibyśmy uzgodnić pięć od każdej setki.
Grubas, widząc już oczami wyobraźni kopalnię złota, usiłował wyciągnąć dla siebie jak najwięcej.
- Ja nie mam bezpośredniego dostępu do pałacu, toteż, jak się domyślacie, będę musiał pozyskać kogoś, kto je ma, a to sporo kosztuje.
- Wszystko weźmiemy pod uwagę.
Licytator pomyślał przez chwilę.
- No cóż, może dałoby się spróbować, choć niczego nie obiecuję, a poza tym będę potrzebował czasu. Nie znajdę takiej osoby w jeden dzień.
- Nie przejmujcie się, umiem czekać. Rozumiem, że takie sprawy wymagają czasu; nie zależy mi na jednym dniu czy jednym tygodniu, czy nawet jednym miesiącu. - Mainar w zamyśleniu odrzucił do tyłu głowę. - Zjechałem cały znany świat i zbyt długo się zastanawiałem nad przyjazdem do Barcelony, żeby teraz nie umieć cierpliwie zaczekać na przychylność losu. Tego, co wam proponuję, nauczyłem się w krainie potężnego kalifa Bagdadu, gdzie interesy miłosne kwitną jak maki w lecie, gdyż tamtejsza religia pozwala mieć po kilka konkubin. Tutaj, na ziemiach chrześcijan, gdzie Kościół jest znacznie bardziej rygorystyczny, zmusza się mężczyzn, żeby żyli w hipokryzji monogamii, ale potrzeby są takie same... Za sprawą naszego interesu - z naciskiem podkreślił "naszego" - ulżymy wielu sumieniom, które będą musiały się wyspowiadać z przelotnego potknięcia przeciw szóstemu przykazaniu, a nie z ciągłego grzechu bez możliwości skruchy, a tym samym bez wybaczenia. Jak sami rozumiecie, gdyby moje przedsięwzięcie było tak proste jak otwarcie jakiegoś sklepu czy łaźni, nie zwracałbym się do was o radę ani nie szukał ochrony pod niczyim płaszczem, nie wspominając już o wspólnikach zabierających część zysków.
Na twarzy grubasa pojawił się uśmiech.
- Na honor, nie brak wam pomysłowości. Nie mówię "tak" ani "nie": zobaczę, co mogę wskórać. Powiedzcie mi, gdzie się zatrzymaliście, a kiedy dostanę odpowiedź, poślę do was wiadomość i spotkamy się u mnie w domu. To nie jest odpowiednie miejsce, aby omawiać tak poważne interesy. Mieszkam w...
- To niepotrzebne. Wiem, gdzie mieszkacie. Moja wiadomość dotarła do was bez przeszkód, prawda? - spytał Mainar z przewrotnym uśmieszkiem.
- Macie rację, głupiec ze mnie.
- Skoro mowa o kwaterze... Dopiero co przyjechałem i jeszcze nie zdążyłem jej poszukać. Gdybyście byli tak uprzejmi i wskazali mi jakieś stosowne miejsce, gdzie można liczyć na dyskrecję i dobrą obsługę, byłbym wam dozgonnie wdzięczny.
- W zajeździe Guillemy, obok starej świątyni rzymskiej, znajdziecie to, czego szukacie. Powiedzcie, że przysyła was Simó "Renegat".
W owej chwili Bernabéi Mainar zrozumiał, że znalazł swojego człowieka i że przynęta była właściwa. Jego ambitny plan zaczął nabierać kształtu. A to był dopiero początek; właśnie posiał nasiona, które miały obrodzić ziszczeniem jego snu. Ażeby uzyskać zezwolenie Najwyższego Przewodnika, musiał mu przysiąc, że stanie się w tym mieście kimś bardzo ważnym. Teraz zaczął utwierdzać się w przekonaniu, że zadanie, które powierzył mu umierający, zostanie wykonane. Strzała opuściła łuk; dwa ptaszki, które spowodowały śmierć jego ojca, zapłacą za swój szalony czyn, a on nie dość, że wypełni misję ku większej chwale Zakonu, to jeszcze dopełni zemsty.
11Grobowiec Ruth
Było to niezwykłe popołudnie; promienie letniego słońca padały pionowo na miasto, odbijając się od gładkich powierzchni. Martí Barbany, wierny swemu zwyczajowi, udał się z Omarem do Vic na doroczne targi i Marta, nie mając nic do roboty, wałęsała się po ogrodzie. W ciągu ostatnich dni ojciec bardzo się na nią gniewał. A wszystko przez ten niefortunny incydent z procą, w którym została ranna Gueralda. "Nie wolno zachowywać się w ten sposób" - powiedział wyjątkowo surowym tonem, nakazując przeprosić ofiarę wypadku. Marta zrobiła to, skruszona, ale napotkała tylko źle ukrywaną urazę. Poszkodowana nie przestawała mówić, że w domu, gdzie służyła wcześniej, u dostojnych państwa Cabrera, coś takiego nigdy by się nie wydarzyło. I chociaż Martí Barbany usiłował zadośćuczynić za szkodę pokaźną sumą pieniędzy, Gueralda od tego czasu patrzyła na Martę niechętnie, zwłaszcza gdy mijała się z nią sam na sam w domu. Po raz kolejny dziewczynka zapragnęła mieć u swego boku matkę, której mogłaby się zwierzyć ze zmartwień. Wszyscy wokół niej, z ojcem włącznie, robili, co mogli, ale Marta czuła w swym wnętrzu pustkę, którą była w stanie wypełnić tylko matczyna obecność. Chodziła tak znudzona po ogrodzie, kiedy nagle pewne niezwykłe zjawisko nasunęło jej myśl o czymś, co, jak dobrze wiedziała, było zabronione. Promień słońca padł na kolorowy witraż w rozecie kaplicy i w tym momencie dziewczynka zdała sobie sprawę, że nigdy nie pozwolono jej tam wejść. Czas po obiedzie był najodpowiedniejszy do realizacji planu. Dom, podobnie jak wielu jego mieszkańców, drzemał, panowała całkowita cisza i popołudniowy chłód zapraszał do wypoczynku. Marta zebrała w dłoń spódnice i szybkim krokiem wspięła się po okazałych schodach. Znalazła się przed wejściem do gabinetu ojca. Spojrzała w obie strony, aby się przekonać, czy nie jest narażona na niepożądaną obecność ochmistrzyni albo któregoś ze służących. Ponieważ nikogo nie dostrzegła, nacisnęła skobel i popchnęła grube drzwi, a te, otwierając się, zapiszczały ku jej trwodze jak kot, któremu nadepnięto na ogon. Ten hałas wydawał się przerażający i serce zaczęło jej walić jak młotem. Poczekała chwilę, żeby się uspokoiło... Zupełna cisza. Z największą ostrożnością Marta zamknęła za sobą drzwi i skierowała się w stronę ogromnego stołu, przy którym ojciec zarządzał wszystkimi swoimi sprawami. Wiedziała, czego szuka: zaczęła otwierać szuflady i w nich grzebać, lecz zanim cokolwiek poruszyła, przyglądała się uważnie, jak to leży, żeby zostawić wszystko tak, jak zastała. Kiedy traciła już nadzieję, na dnie trzeciej szuflady znalazła drewnianą szkatułkę inkrustowaną kością słoniową. Otworzyła ją. Był tam; wzięła w dłonie klucz i odłożywszy szkatułkę na miejsce, zamknęła szufladę, schowała swój skarb do niewielkiej sakiewki, którą nosiła przy pasku, i skierowała się w głąb ogrodu.
Promienie słońca nadal paliły ziemię i ledwie jakiś hałas w kuchniach zakłócał popołudniową ciszę. Minęła klomby i żwirowaną dróżką podeszła do kaplicy. Rozejrzawszy się uważnie, wyjęła z sakiewki klucz i wsunęła go w otwór zamka. Rdza utrudniała zadanie, ale w końcu sprężyny się poddały i Marta, skradając się jak polna mysz, wślizgnęła się do niewielkiego oratorium. Początkowo mrok nie pozwalał jej widzieć wyraźnie, ale oczy stopniowo przywykły do półmroku. Światło przedostające się przez kolorową rozetę padało na grobowiec. Zbliżyła się na palcach i zaczęła wszystkiemu dokładnie się przyglądać. Jej spojrzenie zatrzymało się na pięknej kobiecie z białego marmuru, która leżała uśpiona na grobowcu, z rękami skrzyżowanymi na piersi. U wezgłowia znajdował się siedmioramienny kandelabr z kutego żelaza, a u stóp - gwiazda Dawida z tego samego materiału, odcinająca się od białej płyty. Marta podeszła bliżej, ale nie mogła odczytać łacińskiego epitafium wykutego w kamieniu.
Była wzruszona; położyła swoją dłoń na dłoniach marmurowej kobiety i wydało jej się, że są ciepłe. Odkąd sięgała pamięcią, nigdy nie była bliżej matki. Przebiegła wzrokiem wnętrze kaplicy. W głębi absydy dostrzegła krucyfiks, a przed nim niewielki relikwiarz z porfiru, mieszczący w sobie drewnianą drzazgę. Wyszła odrodzona, coś w jej sercu uległo zmianie: poczuła się znacznie starsza i obiecała sobie, że kiedy nadarzy się sposobność, wróci tu tylko po to, żeby znowu doznać tego cudownego wrażenia spokoju. Przekręciwszy dwukrotnie wielki klucz, zamknęła za sobą drzwi i skierowała się ponownie do gabinetu ojca. Po drodze minęła się z Gueraldą i jak za każdym razem, kiedy widziała służącą, która została zraniona w twarz z powodu jej nieuwagi, poczuła, że ściska jej się serce. A jednak w zachowaniu tej kobiety było coś, co budziło raczej nieufność niż litość i kazało jej unikać. Tym razem też tak było: w pośpiechu, przedkładając szybkość nad ostrożność, Marta zostawiła otwarte drzwi do gabinetu, podeszła do stołu, otworzyła szufladę, wyjęła inkrustowaną szkatułkę i włożyła do niej klucz. Wszystko pozostało tak, jak wyglądało przedtem. W końcu wyszła i zamknęła drzwi. Oczy Gueraldy obserwowały całą tę operację. Może Marta dostrzegłaby niezwykłą ciekawość służącej, ale jej uwagę odwróciły dochodzące z ogrodu gniewne głosy.
- Ahmedzie! - wołała Amina. - Czy ty chodzisz z głową w chmurach?! Znowu zostawiłeś konewkę na brzegu studni. Kiedy ojciec to zobaczy, porachuje ci kości!
- Zajmij się swoimi sprawami, wścibska dziewczyno - odparł zamyślony Ahmed.
- Ja martwię się o ciebie i chcę ci oszczędzić przykrości, a ty mnie obrażasz! Powiem dom Caterinie, już ona się tobą zajmie!
- Odejdź i zostaw mnie w spokoju... Nie muszę się tłumaczyć przed dzieckiem.
Amina, urażona odpowiedzią brata, ze łzami w oczach weszła do domu. Obie z Martą zbliżyły się do okna: zobaczyły stamtąd, jak Ahmed, rozejrzawszy się dokoła, wdrapuje się na mur i przeskakując go, opuszcza gospodarstwo.
- Chciałabym się dowiedzieć, dokąd tak biega - rzekła Marta.
- Jestem pewna, że te eskapady mają coś wspólnego z jego stanem ducha...
Amina ze zdziwieniem spojrzała na swoją panią.
- A jak chcecie się tego dowiedzieć? - spytała nieco zaniepokojona, chociaż w głębi duszy przeczuwała odpowiedź.
- Jak to jak? Szpiegując go - odrzekła Marta z uśmiechem. I zdecydowanie pobiegła w stronę drzwi. - Można wiedzieć, na co czekasz? Jeżeli się nie pośpieszymy, ucieknie nam!
12Ahmed i Zahira
W wieku dwudziestu dwóch lat Ahmed przeżywał sen pierwszej miłości. Chociaż wielu chłopcom zdarzało się to znacznie wcześniej, on usłyszał jej zew dopiero poprzedniej zimy, gdy pewnego dnia poszedł na targ i spotkał tę rajską hurysę, która odebrała mu rozum. Kiedy ją ujrzał, podjął decyzję: przed upływem doby musi się dowiedzieć, kim jest i gdzie mieszka pani jego myśli. Zaplanował więc wszystko dokładnie, oczywiście nie bez udziału Manela.
Manel był rówieśnikiem i przyjacielem Ahmeda. Jego ojciec zajmował się wynajmem katalońskich osłów i miał zagrodę w zaułku Ratas, między ulicą Regomir a drogą prowadzącą do stoczni. Chłopcy poznali się w wieku dziesięciu czy jedenastu lat na brzegu morza, skąd obaj wypływali nocami na łodziach rybackich. Wykonywali na nich pomniejsze prace: pomagali wyciągać sieci i ustawiali na pokładzie więcierze wypełnione tymi nieostrożnymi stworzeniami, które w nie weszły. Z biegiem lat stali się wytrawnymi rybakami, ale wtedy Manel porzucił to zajęcie, gdyż musiał pomóc ojcu. Co dnia o świcie napełniał juki na grzbiecie jednego z osłów migdałami, orzechami laskowymi i włoskimi oraz innymi specjałami, po czym rozkładał swój stragan na placu Blat, obok głównego Mercadal, mając nadzieję, że ludzie wracający do miasta po dokonaniu zakupów zatrzymają się i także u niego coś nabędą. Przez całe rano zachwalał głośno swój towar, dopóki dzwony kościołów Sants Just i Pastor i Santa Maria de les Arenes nie zaczynały wzywać na Anioł Pański. Wtedy zabierał resztę towaru, który się nie psuł, i wracał do domu, żeby po południu pomagać ojcu przy wynajmie osłów.
W przypadku chłopców wiek pokonał różnice religijne; Ahmed i Manel dzielili wyczyny i przygody, a czasem także cięgi, jak wtedy gdy wracali z plaży po kąpieli w morzu i aby umknąć przed wyrostkami, co z nich szydzili i nie kryli najgorszych zamiarów, tak poganiali astmatycznego osła, na którego grzbiecie jechali, że ten wkrótce po powrocie do stajni padł z wyczerpania. Ojciec Manela dopóty masował synowi pośladki jesionowym kijem, aż wydusił zeń imię kompana. Wiadomość ta dotarła do uszu Naimy, matki Ahmeda, która, żeby nie być gorsza, zastosowała mu tę samą kurację.
Tamtego zimowego dnia Ahmed znalazł się przy łuku strzegącym wejścia na plac, na którym ojciec przyjaciela prowadził swój interes. Ośle ryki poinformowały chłopaka, że dotarł do celu. Kiedy tylko wszedł na dziedziniec, dostrzegł Manela, który za pomocą drewnianych grabi napełniał słomą żłoby zwierząt.
- Witaj, Manelu.
- Witaj. Co cię sprowadza?
- Już od dawna jesteś tak zajęty, że wcale się nie widujemy.
- Wiesz, jak żyję. Muszę tak układać sobie dzień, żeby zarobić coś na przyszłość, a jednocześnie pomóc ojcu.
- To prawda, ale przynajmniej robisz coś dla własnego dobra, podczas gdy ja rano jestem chłopcem na posyłki dla wszystkich w domu mojego pana, a po południu uszczelniam dna statków na brzegu.
- W zamian za to żyjesz w najlepszym ze światów, podczas gdy ja wychodzę ze stajni, żeby zjeść jakieś resztki i przespać się w swoim legowisku. I to tylko wtedy, kiedy nie przypadło mi czuwać i dzielić wypoczynku na górce w stajni z jednym z ojcowych parobków, którzy zwykle cuchną, chrapią jak istoty z piekła rodem i puszczają takie wiatry, że woń chlewu wydaje się przy tym niebiańskim eliksirem.
- Tak, ale rano jesteś wolny i wszystko, co zarabiasz, jest twoje.
- Coś za coś.
Przez chwilę przyjaciele milczeli.
- Ciągle ćwiczysz się w strzelaniu z procy? - zapytał Manel.
- Teraz potrafię trafić w locie jerzyka czy jaskółkę - odrzekł z dumą Ahmed. - Ćwiczę się, kiedy tylko mam okazję. Strzelam procami o różnym zasięgu. Mój nauczyciel mówi, że nie ustępuję już prawdziwym procarzom z Balearów.
- Któregoś dnia musisz mi pokazać, co umiesz. Ale powiedz, co sprawiło, że mnie dziś odwiedziłeś.
- Zrobiłem to dla przyjemności rozmowy z tobą, żeby powspominać stare czasy.
Manel popatrzył na niego kpiąco.
- Mam uwierzyć, że sama przyjemność rozmowy wystarczyła, żebyś mnie odwiedził?
- No cóż... w rozmowie omawia się różne sprawy, a ta, z którą dziś do ciebie przychodzę, jest dla mnie bardzo ważna. Wiesz, że zawsze byliśmy dobrymi przyjaciółmi i że razem przeżyliśmy wiele wspaniałych chwil i kilka gorszych.
- To już lepiej rozumiem. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Poza tym winien ci jestem przysługę, bo pamiętam jeszcze dzień, kiedy wbrew swojej woli zostałem zmuszony cię wydać, i Bóg świadkiem, nie mogę tego wymazać z pamięci. Ale bądź pewien, że jestem twoim przyjacielem.
- Nigdy w to nie wątpiłem. A co do tamtej smutnej historii... wszystko poszło w niepamięć - zapewnił Ahmed.
- Więc pozwól, że to skończę i za chwilę do ciebie przyjdę.
Kiedy żłoby były już napełnione, podszedł do Ahmeda.
- Chodźmy pod daszek, gdzie przynajmniej smród nie będzie tak nieznośny. Tutaj nie pachnie różami!
Przecięli grząski dziedziniec i skierowali się w stronę zadaszenia z trzcinowej plecionki wspartego na czterech palach. Pod nim stał toporny stół, stołek i krzesło, które w lepszych czasach miało cztery nogi, a teraz tylko trzy: czwartą zastępował wielki kamień. Przyjaciele siedli twarzą w twarz i Manel, powodowany ciekawością, zaczął rozmowę.
- Powiedz, Ahmedzie, w czym mogę ci pomóc.
- Czy nadal masz stragan na placu Blat?
- To właśnie stamtąd pochodzą moje zarobki. Jeżeli chcesz dobrej rady: nigdy nie pracuj dla własnego ojca. I dziękuję, że nazwałeś straganem te kilka desek, które wynajmuję od pewnej wieśniaczki. W zamian pomagam jej w rozkładaniu płodów rolnych przywiezionych z Les Fonts. Ale zostawmy to i powiedz, jakie zmartwienie cię dręczy, bym mógł ci ulżyć.
- To coś więcej niż zmartwienie, to prawdziwa tragedia.
- Nie strasz mnie i nie owijaj w bawełnę. Przejdź do rzeczy.
Ahmed przez chwilę milczał, co podsyciło ciekawość przyjaciela.
- Na wszystkie świętości, zacznij wreszcie mówić! Przecież po to przyszedłeś...
- Rzecz w tym, że nie wiem, jak zacząć.
- Ze mną nie musisz się bawić w mówienie ogródkami, a więc wyduś to wreszcie z siebie.
- Manelu, czy byłeś kiedyś zakochany?
Ten spojrzał na niego nieufnie.
- Ani nie byłem, ani nie zamierzam, z kobietami są tylko kłopoty. Mam kuzyna, który romansował z żoną swojego pana, przez co dostał tęgie lanie i stracił pracę. Wiesz, co powiadają o mieszaniu pracy dla zarobku z miłostkami. Mnie nie trapią takie wątpliwości. Nie będę sobie kręcił powroza na szyję w tak młodym wieku... Przyjdzie czas, żeby sobie komplikować życie. - Przerwał paplaninę, widząc zagubione spojrzenie przyjaciela. - Ale może ty jesteś zakochany?
- Nie wiem, jak nazwać to uczucie, które mnie zalewa. Mogę ci tylko powiedzieć, że kładę się spać, myśląc o niej, i myśląc o niej, się budzę. Jeżeli to nie jest miłość, to niech Bóg zejdzie z nieba i sam na to spojrzy.
- Oj... źle z tobą, przyjacielu. Jeżeli ci to nie przejdzie, jesteś zgubiony.
- Ale ja nie chcę, żeby mi przeszło; wprost przeciwnie, chcę znaleźć jakiś sposób, żeby ją poznać.
- Powiadasz więc, że jeszcze jej nie znasz, a już tak wpadłeś w jej sidła? - zapytał Manel, nie mogąc ukryć zdziwienia.
- Nie możesz tego zrozumieć. Dopiero kiedy tobie się to przytrafi, pojmiesz, o czym mówię.
Manel westchnął głęboko, wielce przyjacielowi współczując.
- Żal mi cię, Ahmedzie, ale co ja mam z tym wspólnego?
- Ty jesteś jedynym kluczem, który może mi otworzyć bramy raju.
- Wyjaśnij mi to. Muszę poznać szczegóły, zanim stanę się sprawcą podobnej niedorzeczności.
Ahmed spojrzał na przyjaciela oczami pełnymi nadziei.
- Widzisz, Manelu, widziałem ją dwukrotnie na Mercadal i za każdym razem ktoś z nią był; najpierw jakieś napuszone babsko ubrane na sposób mauretański, które kołysało się jak statek i po odwiedzeniu wszystkich kramów sprzedawców przypraw, tkaczy, rzeźników, garbarzy, perfumiarzy i po licznych targach poprzedzających każdy zakup kazało jej nieść dwa olbrzymie kosze. Tak mnie oszołomiła jej uroda, że nie byłem nawet w stanie zareagować... A drugi raz zobaczyłem ją w zeszły wtorek: szła obok lektyki niesionej przez sześciu niewolników wyglądających na Maurów. Zacząłem iść za tą grupą, ale dostrzegł mnie strażnik i kazał odejść, grożąc, że zawoła nadzorcę targowego. A że wymachiwał przy tym laską, którą się podpierał, czym prędzej się usunąłem.
- I co miałbym dla ciebie zrobić?
- Przyszło mi na myśl, że skoro chodzisz codziennie na Mercadal, może mógłbyś się dowiedzieć, kim ona jest, gdzie mieszka i co robi.
- Wiesz, że mój kramik jest na placu Blat, ja nie chodzę na Mercadal.
- Ale spotykasz wielu ludzi - nalegał Ahmed - i być może kiedyś przypadkiem ją widziałeś.
- Ależ, człowieku, czy wiesz, jaka masa ludzi kręci się w pobliżu targu? - spytał Manel nie bez pewnej złośliwości.
- Jesteś moją jedyną nadzieją, Manelu. Nie wiem, do kogo jeszcze mógłbym się zwrócić. Miasto rozrosło się poza mury, wielu ludzi mieszka w nowych przysiółkach, a ja nie mogę spędzać całych dni na łażeniu po targu i wypytywaniu kramarzy.
- Powiedz mi, jak była przyodziana. Może też na modłę arabską, jak ci, co z nią byli...
W oczach Ahmeda zabłysło światełko nadziei.
- Dlaczego o to pytasz?
- Chcesz, żebym ci pomógł, czy nie?
- Jasne, że tak, Manelu. Ona też miała na sobie strój na modłę mahometańską.
- Może to właśnie ta nić, która doprowadzi mnie do kłębka - szepnął w zamyśleniu Manel.
- Na Boga, Manelu, mów!
Przyjaciel rozkoszował się chwilą, czując się panem sytuacji.
Przechylił swój stołek do tyłu i włożywszy kciuki za pas, który podtrzymywał mu portki, ciągnął:
- Może mi się tylko wydaje... to tylko przypuszczenia.
- Na Boga! Mów dalej! - poprosił Ahmed.
- Jak opowiedziałeś mi ze szczegółami o tych dwóch przypadkach, kiedy miałeś okazję ją zobaczyć, i opisałeś towarzyszące jej osoby ubrane na sposób arabski, przyszło mi do głowy, że to muszą być służący z domu dona Marçala de Sant Jaume, który odkąd był zakładnikiem u mauretańskiego króla Sewilli, nabrał zamiłowania do takiego przyodziewku i do obyczajów niewiernych. To rzecz powszechnie znana. Kiedy wytężam pamięć, wydaje mi się, że widziałem raz służącą, która musi być niewolnicą, bo nosi na szyi oznakę hańby, i która z pewnością jest bardzo urodziwa.
- Manelu, jeżeli powiesz mi, jak ma na imię, do końca życia będę twoim dłużnikiem.
- Zdaje się, że nazywa się Zahira, ale powtarzam ci, że ma swojego właściciela.
Ahmed wzniósł oczy i na chwilę najwyraźniej pogrążył się w marzeniach. Manel, klepnąwszy przyjaciela w kolano, sprowadził go na ziemię.
- Ahmedzie, wracaj do świata żywych i zrozum, że nie masz najmniejszej szansy.
- Nieważne! - odparł zakochany młodzieniec. - Będę tyrał jak wół, byle tylko zebrać pieniądze na jej wykupienie.
- Całkiem oszalałeś. - Manel spojrzał na przyjaciela ze szczerym współczuciem i kręcąc głową, dodał: - Jeżeli to jest miłość, to nie jestem zainteresowany.
Ale Ahmed był. I to bardzo. Tak więc nie tracił czasu. Przez kilka dni, mimo zimowego chłodu, czekał na pojawienie się ukochanej, ukryty za drzewem na poboczu Via Francisca. Wskazówki Manela okazały się cenne. Ahmed pomyślał, że skoro Marçal de Sant Jaume mieszka w Sant Cugat del Rec, jego służba, udając się na Mercadal albo do miasta, z pewnością przechodzi przez bramę Castellvell. I jeżeli będzie miał szczęście i spotka Zahirę samą, ośmieli się do niej odezwać, żeby móc z nią pomówić przez czas, jaki zajmie im droga. Pragnąc urzeczywistnić swój zamiar, był skłonny poświęcić tyle dni, ile będzie trzeba, pomimo łajań ojca i majstra, którzy mu wytykali źle wykonaną pracę. Tak czy owak mógł znieść wszystko, jeżeli tylko pozwoli mu to ujrzeć panią jego myśli. Snuł też inne plany, na wypadek gdyby towarzyszyła jej góra tafty i halek, która już raz pokrzyżowała mu zamiary. Ponieważ wiedział, że ta kobieta lubi zatrzymywać się przy wszystkich straganach na Mercadal, umyślił sobie, że wykorzysta chwilę jej nieuwagi, by podać Zahirze kartkę, i że poczeka, aż jego czyn wywoła jakiś skutek. Począwszy od tego dnia, przez miesiąc będzie stać na warcie w tym samym miejscu i o tej samej godzinie, czekając na cud. Pochłonięty był tymi rozmyślaniami, kiedy na zakręcie drogi nagle się ukazało światło jego snów. Ujrzał ją jako rajską hurysę, idącą płynnym, gibkim krokiem gazeli, który sprawiał, że niesiony na głowie tobołek harmonijnie się kołysał. Upewniwszy się, że idzie sama, Ahmed wybiegł na drogę i zaczął iść obok niej, dostosowując swój krok do jej kroku. Zahira instynktownie uskoczyła na bok.
Usiłując opanować drżenie wstrząsające całym jego ciałem, powiedział:
- Zahiro, nie lękaj się, proszę.
Nieco się uspokoiła i kierując na chłopca swoje piękne oczy, przez chwilę trzepotała powiekami. Ahmed poczuł, że w jego duszy zapala się i gaśnie błyskawica.
- Nie wiem, kim jesteś. Czego chcesz? Skąd znasz moje imię?
- Twe imię zdobi moje sny i jestem twoim najpokorniejszym i najbardziej oddanym wielbicielem.
Dziewczyna spojrzała z obawą do tyłu.
- Jeżeli tak jest, proszę cię, żebyś zszedł z mojej drogi. Jeżeli pani zobaczy, że z tobą rozmawiam, czeka mnie kara... A poza tym nawet cię nie znam.
- Nazywam się Ahmed i nie zamierzam zrezygnować ze swojego pragnienia. Od dnia, w którym zobaczyłem cię na Mercadal, nie mogę zmrużyć oka. Jestem sługą w domu czcigodnego dona Martíego Barbany, obywatela Barcelony i jednego z jej najszacowniejszych mieszkańców.
- Masz na myśli armatora? - spytała dziewczyna z podziwem w głosie.
- O nim właśnie mówię - odparł z dumą Ahmed.
Zahira zdała się nieco bardziej ufna i choć podjęła dalszą drogę, rozkazała:
- Jeżeli chcesz ze mną porozmawiać, idź za mną tak, by wyglądało, że się nie znamy. W ten sposób możemy dalej gawędzić, aż dojdziemy na targ.
Pod Ahmedem ugięły się kolana.
- Będę szedł tam, gdzie zechcecie, moja pani, byle tylko odbyć tę drogę wraz z wami - rzekł i złożył przed nią lekki ukłon jak rycerz przed swoją damą.
Dziewczyna nie mogła ukryć uśmiechu.
- Ja służę w domu dona Marçala de Sant Jaume i kiedy posyłają mnie z jakimś poleceniem, nie wolno mi rozmawiać z obcymi - powiedziała, nie odwracając się do niego.
Ahmed, który szedł za nią, obserwując jej rozkołysane biodra, w roztargnieniu potknął się o leżącą na drodze gałąź i upadł jak długi.
Zahira natychmiast się odwróciła i widząc go w tak żałosnej sytuacji, wybuchnęła śmiechem.
Chłopak poderwał się jednym susem, otrzepał kurz z portek i dwoma krokami odzyskał utracony dystans.
- Ten upadek wyszedł mi na dobre - skomentował - bo zobaczyłem, że się śmiejesz, i było to tak, jakby wzeszło słońce.
- Jesteś bardzo grzeczny i dowcipny, ale twoje towarzystwo może narazić mnie na nieprzyjemności... Proszę cię, żebyś zostawił mnie samą.
- Ja tak nie uważam i klnę się na swoje życie, że jeżeli nie zechcesz ze mną pomówić, będę co dzień czekał na ciebie w tym samym miejscu, aż zgodzisz się mnie wysłuchać.
Dziewczyna spoważniała, podniosła dłoń do szyi i wskazując na hańbiący łańcuch, rzekła nagle gorzkim tonem:
- Jesteś szalony! Czy nie widzisz, że jestem niewolnicą?
Ahmed, który już wcześniej zdał sobie z tego sprawę, odpowiedział:
- To dla mnie nic nie znaczy. Jeżeli zgodzisz się na moje towarzystwo, przysięgam, że pewnego dnia uwolnię cię od tego łańcucha.
Zahira zatrzymała się na chwilę, spojrzała nań przenikliwie i na dnie jej ciemnych oczu zaigrał płomyk.
- Co ty mówisz?
- To, co słyszysz. Będę pracował bez odpoczynku, aż zaoszczędzę ile trzeba, żeby cię wykupić.
Znów ruszyła przed siebie.
- Jesteś szalony, choć muszę przyznać, że wiesz, jak przemawiać do dziewczyny.
- Możesz sobie myśleć, że to czcza gadanina, ale przysięgam, że już od dziś zacznę odkładać wszystkie zarobione pieniądze, aby uczynić cię wolną! - zawołał Ahmed. - Tymczasem proszę cię o jedno.
Dziewczyna przystanęła i popatrzyła mu z ciekawością w oczy.
- Słucham...
- Powiedz mi, w jakie dni chodzisz na targ, i ustalmy, jak możemy się spotykać. Dzięki temu podczas naszych rozmów będziesz mogła lepiej mnie poznać.
Zastanowiła się przez chwilę.
- No dobrze - ustąpiła. - Przychodź w poniedziałki do straganu z kwiatami stojącego przy pierwszej kolumnie portyku i pytaj o Margaridę. Kiedy będę chciała ci coś przekazać, zrobię to za jej pośrednictwem.
Powiedziawszy to, oblała się nagłym rumieńcem i przyśpieszyła kroku, zostawiając w tyle Ahmeda, któremu się wydawało, że unosi się w chmurach.
I nadal się w nich unosił, bo choć od tamtego spotkania upłynęło wiele miesięcy, początkowe urzeczenie przekształciło się w czystą i bezwarunkową miłość - niewinną i czułą - a jej zaskoczonymi świadkami stały się dwie dziewczynki, które ukryte za zakrętem drogi ujrzały, jak Ahmed i Zahira siadają i patrząc sobie w oczy, szepczą sekrety zakochanych.
13Simó "Renegat"
Przebiegły licytator z targu niewolników, właściciel domu w pobliżu drogi prowadzącej na La Boquería, przygotowywał pewien plan, który - gdyby wszystko poszło zgodnie z zamierzeniami - zapewniłby mu pieniądze od obu stron, i to niemałe. Pedro Ramón, pierworodny syn hrabiego, rozszerzył jego uprawnienia i chociaż imię protektora "Renegata" było w całym mieście powszechnie znane, nikt nie ośmielał się podnosić głosu, a tym bardziej wyrażać jakiejś krytyki czy sprzeciwu, gdyż przypuszczano, że hrabia dobrze wie o całym interesie i pozwala na te kombinacje. Tak czy owak na pośrednie polecenie młodego dziedzica Simó miał oddzielać najsmaczniejsze kąski, które szły na targi ludzkiego mięsa, i kupować je w jego imieniu po niskiej cenie, zanim dotrą na licytację. Sprzedawcy się na to godzili, bojąc się utraty rozlicznych korzyści, jakie dawał im ten ważny rynek. Licytatorzy zaś milczeli, choć sprawa była tajemnicą poliszynela i domyślali się, że towar, który nie szedł pod młotek, musiał być najwyższej jakości, ale ponieważ go nie widzieli, to i zbytnio nie opłakiwali, pocieszając się myślą, że trafiał on do pałacu, gdzie ogół śmiertelników nie ma dostępu. Szeptano... mówiono... ale niczego konkretnie nie wiedziano i wszystko to były tylko domniemania.
Osobą, z którą "Renegat" zawierał umowy i która umożliwiła mu prowadzenie tego intratnego interesu, jako że sam nie miał wolnego wstępu na dwór, był Marçal de Sant Jaume, który utrzymywał bardzo bliskie stosunki z dziedzicem i którego słowo było przez wszystkich uważane za prawo, przypuszczano bowiem, że mówi on w imieniu przyszłego hrabiego Barcelony.
Tego popołudnia, po licytacji, Simó, który przebył konno całe miasto, od bramy Castellnou przez dawne rzymskie cardo, aż wyjechał przez Pla del Mercat, wspinał się, pocąc i dysząc, po schodach prowadzących do szlacheckiego domostwa wznoszącego się w Vila Nova de Sant Cugat del Rec, poza obrębem murów i powyżej Via Francisca. Zawsze kiedy miał się spotkać z Marçalem de Sant Jaume, starał się być sam, gdyż nie ufał nawet własnym sługom noszącym lektykę, którzy, jak wszyscy niewolnicy, mieli skłonność do komentowania każdego kroku swojego pana: im mniej ludzi wiedziało o jego matactwach i im dyskretniejsze były te wizyty, tym korzystniej dla jego interesu układały się sprawy; toteż tym razem udał się tam na białej klaczy, która z rezygnacją doniosła do celu jego korpulentną osobę. Z jeszcze jednego powodu Simó wolał udać się tam samotnie: Marçal de Sant Jaume nie ukrywał przykrości, jaką sprawia mu rozmowa z licytatorem niewolników, i nie tracił żadnej okazji, żeby go upokorzyć. A Simó nie chciał do publicznych szyderstw dodawać upokorzenia, na jakie szlachcic narażał go prywatnie.
Oddawszy masztalerzowi, który wyszedł mu na spotkanie, wodze swojej klaczy i odpocząwszy chwilę na głównym podeście, by odzyskać dech w piersi i zastanowić się nad najlepszym sposobem przedstawienia sprawy, Simó uniósł prawą dłonią brązową kołatkę w kształcie łapy bazyliszka i uderzył nią w drzwi. Po krótkiej chwili dał się słyszeć trzask rygli. Drzwi się otworzyły i majordom, dawny niewolnik kupiony na jednej z licytacji, rozpoznał gościa i ze słodkim uśmiechem zaprosił do środka.
- Wejdźcie, Simó.
Sprytny licytator zauważył, że zamiast zdradzającego kondycję niewolnika łańcucha hańby majordom ma na szyi złoty sznur, co wskazywało, iż jego pan wypowiedział przed notariuszem magiczne słowa: Ego hunc hominem liberum esse aio. "Oświadczam, że ten człowiek jest wolny".
- Bądź pozdrowiony, Samirze. Jak widzę, los ci sprzyja, i cieszę się, że uzyskałeś kategorię wyzwoleńca. Kiedy ujrzałem cię wchodzącego na podest, byłem pewien, że wystawiam na licytację przyszłego wolnego człowieka.
- Nie mogę się skarżyć: gwiazdy były mi przychylne i koło fortuny obróciło się na moją korzyść. Wielkoduszność pana zwróciła się w moją stronę i przed niespełna tygodniem wprowadziła mnie do stanu, w jakim teraz jestem.
- Nie wiesz nawet, jak bardzo się cieszę. Czy twój pan jest w domu?
- Natychmiast was zapowiem. Przejdźcie do salonu, jeśli łaska.
Simó wszedł do wskazanego pomieszczenia i nie mógł powstrzymać podziwu dla jego wystroju. Posadzki były wyłożone grubymi dywanami i ozdobione trzema ogromnymi poduszkami; na ścianach wisiały panoplie z krzywymi mauretańskimi mieczami i szablami, a w jednym z kątów stała dymiąca kadzielnica, z której wydobywała się woń kardamonu. Oświetlenie zapewniały dwa olbrzymie kandelabry na czternaście świec każdy, ustawione w taki sposób, że ich światło padało w miejsce, gdzie leżały poduszki.
Czujnym uchem licytator złowił szmer zbliżających się kroków. Odwrócił się natychmiast, wstrzymując oddech. Zawsze był zdenerwowany, kiedy musiał stanąć twarzą w twarz z tym szlachcicem. W drzwiach pojawił się Marçal de Sant Jaume, na nogach miał miękkie ciżmy.