WŁADCA - ANMA KO

-
Proszę czekać

Samotny pogromca

Tysiące jeźdźców mknęło przez równinę, a ziemia zdawała się drżeć pod ciężarem galopujących koni. Władca i generał Katano jechali na czele swoich wojsk, ich sylwetki wyraźnie odcinały się na tle zachodzącego słońca. Powietrze było ciężkie od nadchodzącej bitwy, a ciszę przerywały jedynie odgłosy kopyt i brzęk uzbrojenia. Władca spojrzał na Katano, jego oczy błyszczały czerwonym, niemal nieludzkim blaskiem.

- Ja zajmę wzgórze północne - powiedział lodowatym, głębokim głosem. - Ty, Katano, południowe. Tu się rozdzielamy. Katano uśmiechnął się lekko, pewny siebie jak zawsze. - Się wie, mistrzu - odpowiedział z uznaniem, unosząc dłoń w geście pozdrowienia. - Zrobię, co trzeba.

Władca skinął głową i pociągnął wodze swojego czarnego konia. Jego sylwetka zniknęła w oddali, gdy ruszył jak burza w kierunku północnego wzgórza, zostawiając za sobą tylko wzbijający się w powietrze pył. Jechał samotnie, jego koń zdawał się mknąć szybciej niż wiatr. Gdy dotarł na wzgórze, władca zeskoczył z konia z nieludzką lekkością. Jeden zgrabny ruch i jego stopy znalazły się na gałęzi pobliskiego drzewa. Stojąc na niej, skanował wzrokiem wrogie wojska. Jego ciemna aura zdawała się otaczać go jak cień, przyciągając uwagę, choć nikt z wrogów nie miał odwagi spojrzeć na niego zbyt długo. - Tchórze - mruknął do siebie z nutą pogardy, zanim zeskoczył na ziemię. Szurnięcie ciężkich wojskowych butów o twardą glebę zdawało się nosić echem w powietrzu. Każdy jego krok brzmiał jak uderzenie młota, zwiastując nadejście czegoś nieuniknionego. Ubrany w czarne wojskowe ciuchy, przypominał samego posłańca śmierci. Widząc jego sylwetkę, wrogie wojska zaczęły się cofać, trzęsąc się ze strachu. Żołnierze wymieniali przestraszone spojrzenia, a ich dowódca, król Henryk, zmarszczył brwi, próbując zrozumieć, kto to jest. - Kto to? - zapytał, wskazując na ciemną postać. Jeden z jego doradców odpowiedział drżącym głosem: - To... to władca. Henryk zmrużył oczy, jego twarz pobladła. Wiedział, że władca nie jest zwykłym wojownikiem - jego reputacja wyprzedzała go wszędzie. A teraz stał na polu bitwy, sam przeciwko całej armii.

Władcy przenikliwe oczy omiatały teren, rejestrując każdy ruch. Żołnierze króla Henryka, ustawieni w nieporadnym szyku, wyglądali na przerażonych, jakby przeczuwali nadciągającą klęskę. - Głupcy. - mruknął do siebie. Wyciągnął miecz z pochwy, a ostrze błysnęło w promieniach zachodzącego słońca. Rzucił go w powietrze, klinga zatoczyła łuk, jakby czas zwolnił, a on złapał ją z niezwykłą lekkością. W tym momencie ruszył. Był szybki, niemal niewidzialny dla ludzkiego oka. Żołnierze padali jeden za drugim, ich krzyki urywały się, zanim zdążyli zrozumieć, co się dzieje. Każde cięcie jego miecza było śmiertelne, każdy ruch precyzyjny. Izune był jak burza, której nic nie mogło zatrzymać. Nie potrzebował armii. Nie potrzebował wsparcia. Sam był wystarczającą siłą, by pokonać całe wojsko króla Henryka. Gdy ostatni z żołnierzy padł u jego stóp, Izune wbił miecz w ziemię z lekkim, niemal nonszalanckim gestem. Przez chwilę stał nieruchomo, w ciszy, która nastała po rzezi. Nie czekając długo, ruszył w kierunku króla Henryka. Nikt go nie powstrzymał, bo nie było już nikogo, kto mógłby stawić mu opór. Wkrótce znalazł się za plecami króla. Henryk, który jeszcze chwilę wcześniej stał dumnie, teraz drżał, jego ręce lekko się trzęsły, a oddech był przyspieszony.

- Boisz się? - spytał Izune cicho, ale w jego głosie brzmiała mroczna siła. - Trzęsiesz się ze strachu przede mną? Masz rację.

Henryk powoli odwrócił się, a Izune pozwolił mu spojrzeć w swoje oczy. W jego spojrzeniu kryła się moc - potężna i przerażająca. Król chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. W tej samej chwili Izune użył swojej mocy. Król Henryk osunął się na ziemię, martwy, jak stary, bezbronny starzec. - Kolejny pokonany słabeusz. - Zaśmiał się Izune, a jego głos niósł się po pustym polu bitwy.

Nie oglądając się za siebie, ruszył na południe, gdzie jego uczeń, generał Katano, prowadził swoje wojska w walce. Izune był gotowy, by znów stanąć w ogniu bitwy.

Kary

Otwórzcie bramę! Władca wraca!

Katano: Baczność! Czołem żołnierze!

Żołnierze: Czołem panie generale!

Katano: Aleks wyrównaj!

Nie gadaj!

Kevin nie śpimy!

Izune: Idąc do sali tronowej, wszyscy oddawali mi pokłoń, po czym stanąłem na środku, podrzucając kamyczkami, patrzyłem na ludzi żołnierzy i złoczyńców, mam bardzo donośny głos rozchodzi się aż pod pola, łąki, lasy.

Strażnik: Panie ten zabił rodzinę.

Izune: Co żeś uczynił!?

Złoczyńca: Zabiłem, bo lubię cha, cha.

Izune: Zła odpowiedź! Więc przepadnij! Chacha, cha.

Używając swej mocy oczów zabijam złoczyńcę, znikaj!

Następny!

Straż: Panie ten...

Złoczyńca: Nie mów za mnie ty cuchnąca świnio!

Izune: Wraz z generałem zaczęliśmy się głośno śmiać.

Chacha, cha. - A więc spierdalaj stąd!

Złoczyńca: wstałem i zacząłem biegnąć podskakując i krzycząc - Dzięki, zły wielki władco chacha, cha wolność!

Strażnik: Panie, ale on jest mordercą.

Izune: Podszedłem do strażnika, stanąłem na wprost, patrząc mu w oczy. - Podważasz moje słowo!?

Strażnik: Nie, nie.

Izune: Nie!? A co myślisz kurwa, że robisz!? Co hm m!?

Strażnik: Ja tylko.

Izune: Nadal to robisz! Pochyliłem się nad nim, wyciągnąłem miecz - uups i mu wbiłem, cóż, odwróciłem się, podszedłem bliżej schodów i stanąłem na środku, stojąc pokazałem palcem na strażnika, który stał obok złoczyńcy. - Ty! Podejdź tu i kontynuuj!

Strażnik: Ten panie władco zabił dwóch chłopców.

Izune: Co żeś uczynił!?

Złoczyńca: Nic.

Izune: więc przepadnij! Ha, haha używając swej mocy oczu, zabiłem złoczyńcę, następny!

Strażnik: Ten panie.

Izune: Nie słuchając strażnika zabijam złoczyńcę.

Strażnik: Ten nie był winny śmierci, on ukradł tylko chleb.

Izune: twierdzisz że się pomyliłem!? Śmiejąc się pod szedłem do niego stanąłem z nim twarzą w twarz.

Strażnik: Nie panie.

Izune: Ach tak, chwyciłem mocno go za szyję i uderzyłem nim o podłogę. - A więc, co kurwa! Złapałem go za włosy i mocno uderzyłem o podłogę.

Strażnik: Panie proszę!

Izune: Co ja kurwa mówiłem że co!?

Strażnik: Że złodziej wprowadzamy na koniec.

Izune: A ty co myślisz, że co zrobiłeś!?

Strażnik: Pomyliłem się.

Izune: Czego się nauczyliście!?

Strażnik: Przepraszam.

Izune: Za późno, wstając otrzepałem się i używając swej mocy ręką rzucam w niego pręty. Stojąc czuje zapach krwi, kocham to kocham ten cudowny zapach. Po czym stanąłem na środku głośno zacząłem się śmiać, chacha cha. - Następny!

Straż: Panie zostało trzech złoczyńców.

Izune: Świetnie! Dawaj ich tu, ustawić się ścierwa jeden obok drugiego. Złoczyńcy stanęli tak jak im kazałem.-Nie ruszać się brudasy! Używając mocy oczów, zabijam wszystkich trzech, ale było mi ciągle mało. Czy to już wszyscy!?

Strażnik: Tak panie.

Izune: Nie pierdol, tylko stawaj tutaj raz i dwa, widziałem, jak się trzęsie: co żeś uczynił!?

Strażnik: Nic panie władco.

Izune: Błędna odpowiedź! A więc! Wyciągnąłem miecz i obciąłem mu głowę, po czym usiadłem na swym tronie, jedną ręką podrzucałem kamyczkami, patrzyłem zimnym wzrokiem na żołnierzy.

Katano: Marcel!!

Marcel: Tak jest.

Katano: Zbierz kilku wojowników i zabijcie rodziny tych biedaków, nie okazujcie litości, a ich chaty podpalcie.

Marcel: Tak jest, panie generale.

Katano: Rozproszyć się!

Izune: Wypieprzać do domów, jest już pierwsza w nocy.

Pierwsze spotkanie

Izune: Obudziłem się rano jak zwykle i poszedłem do łazienki. Umyłem zęby twarz i wszedłem pod prysznic. Po prysznicu poszedłem do szafy, ubrałem się, założyłem zegarek pierścionek i kolczyki, uczesałem włosy i wyszedłem. Moje serce biło szybciej, z jakiegoś powodu pierwszy raz bije tak mocno, ale to zignorowałem. Kiedy szedłem wszyscy pracownicy kłaniali mi się z szacunkiem, a ja od niechcenia rzucałem kamieniami jedną ręką. Nagle coś uderzyło mnie od środka i zawartość wiadra które ktoś trzymał, rozprysła się na mnie. Kurwa! Jak ty do cholery chodzisz, ty żebraku!?

Marika: Jestem dziewczyną!

Izune: Nosisz tę rzecz, skąd kurwa mam wiedzieć? Mocno złapałem ją za nadgarstki. Patrz do cholery! Co ty mi zrobiłaś? Teraz jestem cały brudny! Ta brudaska ma melodyjny piękny głos. jak na taką żebraczkę.

Marika: Przepraszam, nie widziałam cię. Zaczęłam wycierać z niego brud swoją peleryną, czując mrowienie.

Izune: Poczułem mrowienie gdy ten brudas wycierał z moich ubrań popiół. Jak myślisz, że co kurwa robisz!? Zdajesz sobie sprawę kim kurwa jestem!?

Marika: Nie mam pojęcia, proszę pana, ja jestem tu nowa.

Izune: Jestem władcą szmato, władcą! Gdzie kurwa pracujesz i kto cię zatrudnił? Wynoś się przybłędo z mojego królestwa. Pchnąłem ją na ziemię, nagle rozległ się głos.

Kin: Ooo Izune! Już się poznaliście?

Izune: Kin!? Co tu robisz mistrzu?

Kin: Przyprowadziłem ci kucharkę, Lola potrzebuję odpoczynku. Z przyda się do pomocy.

Izune: Nie chcę jej tu kurwa! Zobacz co mi zrobiła, przez tego motłochu jestem cały brudny!

Kin: Izune, jesteś mi winny przysługę.

Izune: Na co się gapisz, wypierdalaj stąd!

Marika: To mogę zostać?

Kin: Tak idź do kuchni.

Marika: Dziękuje.

Izune: Dlaczego sprowadziłeś do mnie żebraczkę?

Kin: Tylko na jakiś czas, ooo teraz idę do wnuka, chacha cha.

Izune: Byłem wkurwiony, już jej nienawidziłem, udałem się z powrotem do mojej komnaty i wziąłem prysznic, musiałem wyszorować moje ciało i się przebrać, zdecydowałem że będę gnębił tę sukę, tak by sama uciekła, to idealny plan.

Cień władcy

Dwa tygodnie później

Izune: Jak zwykle wstałem rano, zaczynając dzień od kąpieli. Woda była zimna, tak jak lubię pobudzająca, wyrywająca mnie z senności. Po kąpieli starannie nałożyłem krem na twarz, związując przy tym włosy w wysoki kucyk. Potem wziąłem pierścionek i kolczyk, które zawsze noszę symbole mojej pozycji i władzy. Ubrałem się w czarne wojskowe ubrania, idealnie skrojone, dopasowane do mojego ciała. Na ramiona narzuciłem czarną pelerynę, a na jej plecach widniał napis - "Władca" - przypomnienie dla wszystkich, kim jestem. Ruszyłem w stronę sali tronowej. Na korytarzach ludzie kłaniali się przede mną, jakby samo moje spojrzenie mogło ich zgładzić. Niektórzy odwracali wzrok, nie mogąc znieść ciężaru mojej obecności. Kiedy wszedłem do sali tronowej, zauważyłem, że zebrał się tam tłum pracowników, oczekujących na wypłaty. Na mój widok zaczęli się trząść - ich strach był niemal namacalny, a ja czerpałem z tego pewną satysfakcję. Bez słowa usiadłem na swoim tronie. Zasiadłem luźno, jakby wszystko, co działo się wokół, nie miało znaczenia. Obserwowałem ich z góry, czekając, aż ktoś odważy się przemówić. Jednak cisza była ciężka, bo wszyscy wiedzieli, że w mojej obecności liczy się tylko jedno - posłuszeństwo.

Marika: Wyszłam na targowisko, a tam panował chaos. Ludzie tłumnie zmierzali w jednym kierunku. Zaciekawiona podeszłam do jednego ze strażników. - Przepraszam, dokąd oni wszyscy idą? - zapytałam.

Strażnik uśmiechnął się szeroko. - Po wypłatę, piękna.

Chwyciłam się za czoło, nagle przypominając sobie. - Rzeczywiście, Marika! To ten dzień! - powiedziałam sama do siebie i rzuciłam się biegiem w stronę sali tronowej. Dotarłam spocona i zdyszana, a przede mną rozpościerał się widok długiej kolejki ludzi, ustawionych rzędem. Każdy podchodził, odbierał kopertę i wychodził w ciszy. Nie wyglądało to na trudne, ale moje serce zaczęło przyspieszać. Pierwszy raz znalazłam się w sali tronowej.

Rozejrzałam się dookoła. Było tu coś dziwnego, coś przytłaczającego. Ludzie unikali spojrzeń, stali w milczeniu, nie zamieniając między sobą nawet słowa. Dlaczego nikt ze sobą nie rozmawia? - zapytałam głośno, nie mogąc znieść tej ciszy. Jeden z kupców stojących obok mnie spojrzał na mnie jak na dziecko, które właśnie popełniło niewybaczalny błąd.

Handlarz: Panienko, to sala tronowa! - powiedział, jakby to wyjaśniało wszystko. Zmarszczyłam brwi, niezadowolona z tej odpowiedzi. - I co z tego? Czy muszę stać jak posąg i czekać na wypłatę? Kupiec roześmiał się, jego śmiech rozbrzmiał głośno w ciszy.

Kupiec: Cha, cha, cha! Skoro nie chcesz, to ja mogę wziąć twoją kopertę za ciebie!

Marika: Prychnęłam, obróciłam się do niego plecami i wystawiłam język. - Głupiec. - mruknęłam pod nosem.

Czekałam dalej, ale teraz czułam się jeszcze bardziej niecierpliwa i jeszcze bardziej na widoku. Czy każdy w tej sali musiał być tak sztywny? Nie mogłam dłużej wytrzymać tej ciszy i sztywnej atmosfery. Zdjęłam klapki, rzuciłam je do przodu i z głośnym śmiechem zaczęłam biec wzdłuż kolejki, omijając wszystkich. Ludzie patrzyli na mnie zszokowani, ale nie obchodziło mnie to. Kiedy dotarłam na przód, stanęłam na wprost żołnierza i wyciągnęłam rękę.

- Noo, dawaj wypłatę! Na co czekasz?! Żołnierz wyglądał, jakby nie wiedział, co zrobić. - Panienko, ja... nie wiem, czy mogę... - wydukał. Zmarszczyłam brwi. - Jak to? Nie wygłupiaj się! Skoro już tu jestem, to jaki masz problem, co? Zanim zdążył odpowiedzieć, usłyszałam śmiech. Spojrzałam w kierunku dwóch tronów stojących wyżej. Początkowo nie widziałam, kto siedzi, więc zaczęłam podnosić wzrok. Wtedy moje oczy spotkały się z jego - czarne, przenikliwe spojrzenie. - Przepraszam... kim jest ten człowiek? - zapytałam, nie odrywając od niego wzroku.

Żołnierz zbladł i odpowiedział cicho: - To jest Władca, panienko. - Władca? Kto to jest Władca? - dopytywałam, uderzyłam się w czoło przypominając sobie nasze pierwsze spotkanie-kurka! To on! Marika! Marika! podeszłam bliżej. Zatrzymałam się tuż przed nim. - Zabiorę tylko wypłatę i swoje klapki. Schyliłam się, podniosłam klapki, ale nie przestawałam patrzeć mu w oczy. Był tak piękny, że moje serce zaczęło bić szybciej. - Jest taki piękny... - pomyślałam, czując, jak moje policzki robią się czerwone. - Chyba się zakochałam.

Izune: Siedząc na tronie, usłyszałem głos, który przykuł moją uwagę. Był jak melodia, delikatny, a jednocześnie wyrazisty. To był głos sieroty. Pierwszy raz pojawiła się po wypłatę. Moje serce zaczęło bić szybciej. Spojrzałem w kierunku, skąd dochodził dźwięk, a wtedy zobaczyłem lecące w moją stronę klapki. Bez zastanowienia użyłem swojej mocy, by rzucić je na ziemię. Katano, siedząc obok, wybuchnął śmiechem, ale ja nie mogłem oderwać wzroku od klocucha, która pojawiła się przed nami. Była zjawiskowa. Długie, czarne włosy spływały jej po plecach niczym jedwab. Miała na sobie prostą, białą sukienkę do kolan, ale to jej uroda mnie zszokowała. Była naturalna, dziewczęca, niemal anielska. Jej oczy - czarne jak węgiel - przyciągnęły moje spojrzenie i zatrzymały mnie w miejscu. Gdy stanęła i spojrzała mi prosto w oczy, poczułem się, jakbym na chwilę stracił zdolność myślenia. Była młoda, piękna, delikatna - niemal eteryczna. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Byłem oszołomiony. Jej oczy, jej zapach, jej delikatny głos - wszystko działało na mnie w sposób, którego nie mogłem zrozumieć. Przez chwilę miałem ochotę wstać, przyciągnąć ją do siebie, dotknąć jej ust i zanurzyć się w tym, co czułem, ale wiedziałem, że nie mogłem sobie na to pozwolić. Wziąłem głęboki oddech, próbując się otrząsnąć z tego stanu. Wstałem i podszedłem do niej. Stanąłem tak blisko, że czułem jej oddech, a ona musiała czuć mój. Jej policzki zaróżowiły się, a ja zdałem sobie sprawę, że czuje to samo, co ja. Cóż, czas się zabawić, pomyślałem, z trudem tłumiąc uśmiech. W tej chwili wiedziałem, że ta sierotka stanie się kimś więcej w moim życiu. Zacząłem ją okrążać, z lekkim uśmiechem na ustach. Co tu robisz dziewczynko, bezpański psie? Zapytałem z udawaną surowością w głosie. Spojrzała na mnie hardo, unosząc podbródek.

Marika: Nie jestem dziewczynką! Czy nie widzisz, że jestem kobietą? Mam wszystko, co trzeba!

Izune: Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Jej pewność siebie była... intrygująca. Zatrzymałem się za nią, a jej długie włosy spłynęły na pas. Bez pytania delikatnie przerzuciłem je przez jedno ramię i zacząłem zaplatać długi warkocz.

Marika: Dlaczego... dlaczego czuję się tak dobrze? - wymamrotała, bardziej do siebie niż do mnie.

Izune: Nachyliłem się do jej ucha, mówiąc: - Czy zawsze mówisz głośno to, co myślisz? Czułem, jak drgnęła. Jej zapach był delikatny, nieśmiały, jak sama dziewczyna. Widziałem, że zaciska powieki, jakby chciała uciec od tego, co czuje. - Cóż... podoba ci się? - zapytałem z szelmowskim uśmiechem.

Spojrzała na mnie z determinacją, choć jej policzki były zaróżowione.

Marika: Tak.

Izune: Uniosłem brew. Odwróciłem ją, tak by stanęła twarzą do mnie. Spojrzałem głęboko w jej oczy, które były pełne mieszanki strachu, ciekawości i czegoś jeszcze, co trudno było mi nazwać. - sierotko... ciekawa jesteś, prawda? Ale czy rozumiesz, z kim rozmawiasz? Odsunąłem się, by dać jej chwilę na odpowiedź.

Marika: Z Władcą, prawda?

Izune: Dokładnie. Ale pamiętaj, brudasko... Władca nie jest kimś, kogo można ignorować lub lekceważyć. Widziałem, że moje słowa wprawiły ją w zakłopotanie, ale w jej oczach tliła się iskra buntu. Wiedziałem, że ta dziewczyna będzie jeszcze większym wyzwaniem, niż początkowo myślałem.

Marika: Czy mogę zadać Ci pytanie, Władco?

Izune: Spojrzałem na nią z ukosa, krzyżując ręce na piersi. - Masz odwagę, cuchnąca. Zadaj je, ale uważaj, czego chcesz się dowiedzieć.

Marika: Dlaczego ludzie się Ciebie boją?

Izune: To pytanie mnie zaskoczyło. Niewielu odważyłoby się powiedzieć coś takiego wprost. Moje wargi uniosły się w lekki, drapieżny uśmiech. A ty? Ty też się mnie boisz?

Marika: Nie... Nie boję się.

Izune: Może powinnaś. Czułem, jak jej oddech przyspiesza, ale nie odwraca wzroku.

Marika: A może Ty boisz się mnie?

Izune: Zabawne. Nikt wcześniej nie zadał mi takiego pytania. Odważna i zadziorna... Jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą nie wiedział, kim jestem. Ale, klocuchu, wyjątkowość może być mieczem obosiecznym.

Marika: Może i tak.

Izune: Przez moment wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu. Chwyciłem ją za szyję, czując, jak w moim wnętrzu narasta gniew. Nie dostaniesz ani grosza, bo nic ci się nie należy, powiedziałem z chłodnym uśmiechem, patrząc jej w oczy. Po chwili ją puściłem, ale nie mogłem się powstrzymać. Podszedłem i kopnąłem ją, krzycząc: Spierdalaj stąd! Do kuchni!

Marika: To tak można? Zapytałam, zaskoczona jego brutalnością.

Izune: Ja mogę wszystko! Brak wypłaty to twoja kara! Odparłem, czując, jak władza nad nią dodaje mi sił.

Marika: Ale co!? Co jest z Tobą nie tak! Przecież pracowałam, należą mi się pieniądze! Wrzasnęłam, nie mogąc uwierzyć, że tak mnie traktuje.

Izune: Ty masz czelność do mnie pyskować!? Nie zrozumiałaś, co ci powiedziałem? Nie dostaniesz wypłaty! Spierdalaj! Wybuchłem, czując, jak złość mnie paraliżuje.

Marika: Brzydal! Rzuciłam mu w twarz, czując, jak ogarnia mnie frustracja.

Izune: Że co kurwa!? Zapytałem, unosząc brwi ze zdziwieniem. Zacząłem iść w jej kierunku, ale ona nie zamierzała się poddać.

Marika: Gbur! Krzyknęłam, zaczynając biec z całych sił. Władca szedł za mną, a ja czułam, jak adrenalina wpompowuje mi energię. Aaaaa! Nie masz swoich obowiązków! wrzeszczałam, odwracając się, ale już go nie było. Nagle wpadłam na czyjąś klatkę piersiową. Kiedy spojrzałam w górę, zobaczyłam jego twarz.

Izune: Mówiłaś coś? - zapytałem z ironiczny uśmiechem, czując, że ta gra między nami się zaostrza.

Marika: Nic, a nic, odpowiedziałam, serce mi biło jak szalone. W tej chwili wiedziałam, że nasze interakcje nie skończą się na tej kłótni. Mieliśmy przed sobą długą, pełną napięcia drogę, która z pewnością podda nas próbie.

Izune: Znowu musiałem stawić czoła tej bezczelnej sierocie. Kiedy tylko usłyszałem, jak obraża mnie, poczułem, jak krew zaczyna wrzeć w moich żyłach. Chwyciłem ją za szyję, nie mogąc powstrzymać narastającej frustracji. Wiesz, jak patrzę na ciebie, to już mnie mdli. Jesteś tak brzydka, a te twoje oczy... powiedziałem, a w moim głosie brzmiała pogarda. Nadajesz się tylko do wyrzucania popiołu i nic więcej. Jesteś bezwartościowym śmieciem! Dodałem, a w moim umyśle kłębiły się myśli o tym, jak bardzo mnie irytuje. W końcu puściłem ją, a ona, zaskoczona, potknęła się i upadła na ziemię. Sieroto! Wypierdalaj do kuchni! Nie chcę cię więcej widzieć! Krzyknąłem, odwracając się i wracając do sali. Byłem wściekły. Nie na nią, ale na siebie, że pozwoliłem, aby jej słowa tak bardzo mną wstrząsnęły. W moim umyśle narastała frustracja. Używając mocy, rzuciłem kosz z wypłatami, które wyleciały, rozpryskując się po całym pomieszczeniu. Wyciągnąłem miecz I zabiłem kilku pracowników. Posprzątać tu raz I dwa! Wy cuchnące ścierwa! Macie 3 minuty na opuszczenie sali tronowej! Nie chce tu nikogo widzieć! Udałem się do komnaty musiałem wziąć zimną kąpiel ta mała szmata zapłacisz za to. Będę cię niszczył pomału jak zgniłe robactwo którym jesteś.

Nimfa

Izune: Wstałem o 4 rano, udałem się pod prysznic, w myślach miałem nimfę, to jak ją pieprzyłem kurwa wynocha z mojej głowy. Włączyłem zimną wodę, tak lepiej muszę się skupić, wyszedłem nałożyłem kremu, ubrałem się dałem perfum, ułożyłem włosy, nałożyłem kolczyk pierścienie ubrałem czarną pelerynę z napisem władca i ruszyłem do sali tronowej, idąc każdy mi się po kłaniał. Po czym stanąłem na środku i zacząłem pytać. Co żeś uczynił!?

Złoczyńca: Zabiłem kilka szmat.

Izune: Więc wypierdalaj stąd! Następny! A ty co żeś uczynił!?

Złoczyńca: Polowałem na nimfę.

Izune: Mówisz kurwa!

Złoczyńca: cha, cha a tak to, że nimfa uciekła, wczoraj z siostrą widziałem wyskoczyła przez okno i biegła do lasu śledziłem je, ale nie była głupia od razu skumała pokręciła na mnie głową, i wysłała dwóch jej dziwaków, straciłem ją z oczu.

Izune: Czego od niej chciałeś!?

Złoczyńca: Przyprowadzić ją do ciebie mój panie.

Izune: Zaśmiałem się, więc co tu robisz!?

Złoczyńca: Te skurwiele mnie złapali.

Izune: Cóż ... złap nimfę, a dam ci dwa worki złota.

Złoczyńca: Tak jest!

Izune: Patrzyłem, na złoczyńcę jak wybiega z sali tronowej, przejrzałem jego chytry plan, chciał sierotę dla swojego synka, dlatego go zabiłem, przy schodach wbiłem w niego pręty, nikt nie może dotknąć tego, co jest moje. - Służba! Posprzątaj szybciej!

Hugo Żołnierze teraz mają tu przyjść ci, którzy pilnowali lochów.

Hugo: Tak jest.

Izune: Jestem bardzo wściekły, zły odwróciłem się do generała.

Katano: Na pewno to sprawka tej małej zamierzam ją ukarać, ale wpierw ją znajdę.

Izune: Widocznie tak było, nie teraz Katano mówiłem ci, miłość jest dla słabe? No powtórz dla kogo szczeniaku? No dalej dla słabeuszy.

Katano: Cóż nie dla mnie nie powtórzę tego mistrzu.

Izune: Cha, cha zapominasz o moich naukach?

Katano: Nie, ale dziadek ma rację.