Po kolei
W przyszłości wojny będą się toczyły na Twitterze.
Radosław Sikorski
Nietrudno zauważyć, że przez ostatnich 35 lat świat zmienił się bardziej niż przez 350. Zmiany dotyczą również głównych aktorów światowej polityki, państw, rządów, instytucji międzynarodowych, prezydentów, armii oraz dyplomatów. Współcześni znawcy stosunków międzynarodowych wskazują, że działania dyplomatyczne nie są już wyłącznie domeną zawodowej dyplomacji. Wystarczy wspomnieć Billa Gatesa, który walczył z polio ramię w ramię z nigeryjskim rządem. Wydał 25 milionów dolarów na tę wojnę i osiągnął sukces - w 2013 roku liczba zachorowań spadła o połowę. Udało mu się to, czego nie osiągnęły instytucje międzynarodowe zajmujące się zdrowiem, choć mają znacznie większy budżet. Są tacy, którzy nazwą go celebrytą, ale wielu powie, że to polityk lub dyplomata. Bo kiedy celebryta działa na arenie międzynarodowej za pomocą mediów społecznościowych, ma siłę dyplomaty. Czy to Gates, czy rząd Nigerii, czy Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) - zasady są te same.
Tak jak aktorzy polityczni, zmieniły się też zasady zdobywania informacji. Dawniej trzeba było mieć służbę dyplomatyczną i wywiad, aby sprawdzić, co dzieje się na świecie. Zamorscy agenci, ambasadorowie w odległych krajach, tajne telegramy o ładunkach wybuchowych, negocjacjach, nastrojach politycznych - świat, w którym dyplomaci byli gatekeeperami, czyli osobami decydującymi o przepływie informacji, odszedł do lamusa. Teraz wrota informacji są szeroko otwarte. Gazety, media, internet - wszystko pokazywane jest natychmiast i dostępne na wyciągnięcie palca. Zbigniew Brzeziński zażartował kiedyś, że gdyby ambasad i dyplomacji nie wymyślono dawno temu, dzisiaj nikomu by to nawet nie przyszło do głowy. Właściwie są już zbędne. A dyplomaci bywają zmuszeni do ekspresowego przetwarzania nieskończonego oceanu danych, który zalewa ich przez 24 godziny na dobę.
Wystarczy wspomnieć, co się działo, kiedy w 2016 roku w Turcji doszło do zamieszek. Do rządów na całym świecie, ale również do wszystkich obywateli docierały sprzeczne informacje i obrazy. Tysiące wpisów przedstawiających sytuację w Ankarze zdominowało Twitter i Facebook. A kiedy chaos się pogłębiał, to od dyplomatów zażądano natychmiastowego ustalenia, co się tak naprawdę dzieje. Jak widać, to wciąż bardzo istotny kanał komunikowania się ze światem.
Dyplomacja amerykańska ma ponad 300 profili na Twitterze i 400 stron na Facebooku. Mowa oczywiście tylko o kontach oficjalnych. Ten gąszcz informacji, i to biegnących dwukierunkowo, trzeba mieć ciągle pod kontrolą. Nietrudno o szum informacyjny, błędne koła i zabawę w głuchy telefon.
Zmiany prowadzą również do tego, że w wielką politykę bywają obecnie zaangażowani urzędnicy niższego szczebla. Szeregowy pracownik brytyjskiego Biura Spraw Zagranicznych swoim wpisem na Twitterze może wywołać nawet skandal dyplomatyczny. Pamiętamy wszyscy słynną gorącą linię między Waszyngtonem a Kremlem, którą wykorzystywano podczas kryzysu kubańskiego w czasach zimnej wojny, kiedy napięcie między najpotężniejszymi mocarstwami atomowymi sięgało zenitu. Po obu stronach oceanu pracowały wtedy zespoły złożone z analityków, dyplomatów, wojskowych i czołowych polityków, kolegialnie podejmujące decyzję po oszacowaniu ryzyka i przeprowadzeniu burzy mózgów. Dziś też działają gorące linie, często jednak nie wiadomo, kto znajduje się po drugiej stronie. W czasach botów i hakerów, którzy włamują się na konta, nie jest to bezpieczny kanał komunikacji.
Ale z pomocą też przychodzi technologia oferująca kodowanie. W 2016 roku "The Guardian" opisał na swoich łamach narodziny dyplomacji WhatsApp, pozwalającej na wielostronne tajne negocjacje. Jeden z cytowanych brytyjskich dyplomatów wskazywał, że kiedy położył na takim wirtualnym stole negocjacyjnym oficjalną propozycję międzynarodowego porozumienia, pojawiła się kontroferta, a potem rozpoczęło się zdobywanie sojuszników i próba sił. Wszystko na WhatsAppie. Dopiero gdy poparcie dla pomysłu wzrosło, można było podjąć działania w realu.
Technologie informacyjne sprawiły również, że trudno już oddzielić sprawy lokalne od globalnych. Dystans geograficzny i różnice czasowe dramatycznie się skurczyły. Dlatego w dyplomacji epoki social mediów działa sławny efekt motyla - trzepot skrzydeł w Ohio może w ciągu trzech dni spowodować burzę piaskową w Teksasie. Kiedy ambasador Kanady w Chinach David Mulroney pokazał na Weibo, najpopularniejszym portalu społecznościowym w Chinach, zdjęcie swojego służbowego samochodu, setki Chińczyków zamieściło pod nim komentarze wyrażające uznanie za to, że jeździł znacznie tańszym autem niż znani z zamiłowania do luksusu oficjele Państwa Środka. W ten sposób zaledwie jednym kliknięciem Ottawa zdołała zaangażować mnóstwo ludzi w dyskusję o korupcji i transparentności finansów w polityce. Coraz częściej to właśnie takie kanały komunikacji pozwalają dotrzeć z własnym przekazem do społeczności po drugiej stronie globu. Niektórzy nazywają to nawet XXI-wieczną sztuką rządzenia państwem. To, co dzieje się w świecie wirtualnym, czasem bywa ważniejsze od prawdziwych wydarzeń, a trzepot skrzydeł motyla w internecie może spowodować większy kataklizm niż burza piaskowa.
Jako przykład można podać tarcia między Kostaryką a Nikaraguą w 2010 roku spowodowane... błędem Google'a!
Granica między państwami na mapach internetowego giganta dawała sporny skrawek wyspy Calero na rzece San Juan właśnie Nikaragui. Od 1897 roku należy on jednak oficjalnie do Kostaryki. Google szybko przyznało się do błędu. Nie wpłynęło to na [ekspresowo wysłany nikaraguański - przyp. Ł.W.] oddział [...], który nakazał zdjąć z budynku władz lokalnych kostarykańską flagę. Zamiast niej na maszcie zawisła nikaraguańska. Zaatakowany kraj nie mógł się bronić - Kostaryka nie dysponuje własną armią23.
Kostaryka postanowiła więc szukać dyplomatycznego sposobu na zakończenie sporu i zwróciła się z prośbą o pomoc do Organizacji Państw Amerykańskich, która wezwała Nikaraguę do wycofania się. Żadnej odpowiedzialności nie poniosło jednak Google, które
kilka godzin po inwazji opublikowało na swoich stronach internetowych komunikat o pracach nad aktualizacją map. "Kartografia to skomplikowane przedsięwzięcie, granice nieustannie się zmieniają" - napisał Charlie Hale z Google. Dodał, że choć firma stara się, by jej mapy były jak najbardziej dokładne, to jednak "w żadnym razie nie powinny być podstawą wojskowych działań pomiędzy dwoma państwami"24.
To, że Charlie Hale by sobie tego nie życzył, nie zmienia jednak faktu, że tak właśnie było.
Dlaczego politycy i państwa z taką lubością używają obecnie twitterowej dyplomacji? Na to pytanie trafnie odpowiada Chu Wang. Jego zdaniem twiplomacy ma pewne zalety, których brakuje zakulisowym rozgrywkom, a już na pewno rozmowom przez telefon: jest łatwo dostępna, daje kontrolę nad przekazem i przyspiesza efekty działania. Światowi liderzy mogą dotrzeć do obywateli wielu krajów, i to w znacznie większej liczbie, niż zapewniają to konferencje prasowe czy oficjalne komunikaty, które są przecież poddawane filtracji przez tzw. liderów opinii (wspomnianych już gatekeeperów), czyli media, wydawców, publicystów itd. "Twitter pozwala przesłać opinii publicznej nieprzetworzony komunikat w dowolnym momencie. Przywódcy mogą w ten sposób ominąć złożone procedury, które spowalniają udostępnianie informacji, a równocześnie docierają do milionów użytkowników"25, dzięki czemu włączają się w globalną dyskusję. Tego tradycyjna dyplomacja ani komunikaty prasowe nie mogły zaoferować. Politycy mają też większą kontrolę nad przekazem, bo sami go tworzą i decydują o jego przesłaniu, tonie i formie, kreując tym samym narrację zarówno na potrzeby wewnętrznej polityki, jak i tego, w jaki sposób lokalni odbiorcy rozumieją globalne wydarzenia. Najważniejszy jest jednak natychmiastowy efekt: Twitter, niczym megafon, pozwala na "niesienie się" treści, czyli retweetowanie, które daje szansę na to, by dotrzeć natychmiast nawet na drugi kraniec globu i poznać opinię polityków innych państw.
Oczywiście takie działania wiążą się z pewnym zagrożeniem i mogą mieć wpływ na relacje między państwami. Jak twierdzi Wang, "stosunki międzynarodowe są przez to bardziej kruche i "niedyplomatyczne". Mimo swoich zalet dyplomacja twitterowa zwiększa ryzyko dyplomatycznych napięć, a nawet konfliktów. [...] Drobne nieporozumienie czy niepewność co do treści przekazu może wywołać napięcie"26. Jak w przypadku tarć kanadyjsko-saudyjskich, które zaczęły się od tweetów. Będzie o i nich mowa w dalszej części książki.
Wang zwraca uwagę na to, że twitterowa dyplomacja pozwala przywódcom kreować politykę zagraniczną bez pośrednictwa instytucji demokratycznego państwa prawa, czyli ministerstw czy nawet parlamentu. Bywa, że przez to zaskakują wykonawców swoich decyzji. Jako przykład Wang podaje zachowanie Donalda Trumpa w grudniu 2018 roku, kiedy - wbrew zaleceniom amerykańskiego sekretarza obrony Jamesa Mattisa - prezydent zapowiedział w filmie zamieszczonym na Twitterze wycofanie 2 tysięcy żołnierzy amerykańskich z Syrii. Obietnica "szybko stała się oficjalnym stanowiskiem państwa, a urzędnicy musieli się tłumaczyć i wyjaśniać zamiary USA"27. A zatem nie chodzi tylko o to, że światowi liderzy mogą samodzielnie i w jednej chwili zmienić całą politykę zagraniczną kraju, ale również o gotowość dyplomatów, którzy muszą na bieżąco śledzić poczynania swoich przywódców w mediach społecznościowych, aby móc na te zmiany zareagować i umieć je wytłumaczyć.
W 2010 roku premier Wielkiej Brytanii David Cameron stwierdził: "Wiele osób mówi, że ludzie nie interesują się polityką... Uważam, że to ze względu na styl komunikacji skierowany z góry w dół. Gdy zapewni się informacje i zaprosi ludzi [do rozmowy - przyp. Ł.W.]..., możemy im dać tę szansę przez Facebooka. [...] Zazwyczaj, jeśli rząd chciałby zaangażować ludzi, musiałby wydać miliony funtów na stronę internetową, a za pomocą Facebooka możemy przeprowadzić takie konsultacje społeczne za darmo"28.
Używanie social mediów przez osoby wysoko postawione wiąże się niekiedy z tym, że ujawniają (czasem mimowolnie) swoje poglądy, odczucia czy preferencje. Jak wskazuje Wang, politycy starają się kontrolować przekaz, ale może się zdarzyć, że puszczą im nerwy.
Na przykład w 2014 roku premier Narendra Modi po wygranych wyborach dziękował na Twitterze za gratulacje przekazane telefonicznie przez przywódców innych krajów. Rozpoczął od Kanady, ale Stanom Zjednoczonym kazał czekać prawie dwa dni. Porządek, jaki sobie ustalił, określał priorytety w polityce zagranicznej. Dawniej obowiązywała zasada, aby trzymać przeciwnika w niepewności, dyplomacja uprawiana na Twitterze sprawia jednak, że zarówno przeciwnicy, jak i sojusznicy mogą poznać zamiary światowych przywódców, również te dotyczące stosunków międzynarodowych. A stąd już tylko krok do poznania ich słabych punktów, które da się wykorzystać do złamania zawartych sojuszy albo po to, by polityka sprowokować29.
Jak to się stało, że sprawy zaszły tak daleko? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, warto przeanalizować technologiczną historię dyplomacji.
Na przestrzeni wieków dyplomacja powoli opuszczała pałace, siedziby parlamentów, salony i gabinety, by przenieść się do gazet, radia, a w końcu też telewizji. W pewnym momencie stało się jasne, że o kolejnych poczynaniach trzeba informować media, które z kolei przekazują wiadomości rzeszom odbiorców. Przyjrzyjmy się, jak wyglądały w ostatnich stu kilkudziesięciu latach kamienie milowe w przekazach medialnych. Pozwalały one włączyć coraz większe kręgi w najważniejsze wydarzenia polityczne, przynajmniej na poziomie emocjonalnym. Szczególnie istotne były wieści z frontu, mocno angażujące odbiorców.
Punktem zwrotnym okazała się wojna krymska (1853-1856), kiedy po raz pierwszy wykorzystano w przekazach fotografie wojenne. W połowie XIX wieku, kiedy znaczenie prasy rosło, zdjęcia traktowano jak InstaStory. Fotograf Roger Fenton, wówczas 34-letni, był zarazem pierwszym fotoreporterem wojennym, choć słynne zdjęcie ukazujące bitwę pod Bałakławą z 25 października 1854 roku - zatytułowane Valley of the Shadow of Death - zostało zrobione kilka tygodni po tym wydarzeniu. Mężczyzna drobiazgowo rozkładał kule armatnie na widniejącej na pierwszym planie drodze.
Gdy przewiniemy tę opowieść do przodu, znajdziemy się w epoce radia, które w dwudziestoleciu międzywojennym informowało o wszystkim, co dzieje się tu i teraz. To duża zmiana, choć nie każdego było jeszcze stać na radioodbiornik. W czasie II wojny światowej to właśnie z radia - choćby z wiadomości stacji BBC - można się było dowiedzieć o kolejnych posunięciach na froncie, rejonach wyswobadzanych przez aliantów, bombardowaniach, zamiarach politycznych i sojuszach. Równie popularne, choć w szybkości przekazywania informacji pozostające daleko w tyle za radiem, były wyświetlane w kinach kroniki filmowe. Na własne oczy można było zobaczyć trud żołnierzy i okrucieństwo walk. Te materiały wyświetlano jednak po wielu tygodniach od wydarzeń, które uwieczniały. Wiele czasu musiało minąć od momentu, kiedy korespondent wojenny wrócił z frontu i materiały zostały zmontowane. Dopiero w latach powojennych telewizja zaczynała dorównywać radiu pod względem informacyjnym. W czasach zimniej wojny wszystkie media próbowały już na bieżąco wciągać obywateli w dyplomatyczne potyczki, potęgując odczucie, że oto świat znalazł się na krawędzi zagłady.
Zatrzymajmy się w 1960 roku, całe sto lat od wojny krymskiej. Według szwajcarskiego departamentu poczty i kolei na świecie jest już około 86 milionów telewizorów30. Trwa właśnie wojna w Wietnamie, która rozpoczęła epokę telewizyjnych relacji prowadzonych z frontu. Na żywo relacjonowano potem wiele konfliktów, zamachów terrorystycznych - jak choćby podczas igrzysk olimpijskich w Monachium - i rewolucji. Upadek muru berlińskiego też oglądano w telewizji.
Niektórzy czytelnicy zapewne pamiętają, jak wyglądała na szklanym ekranie druga wojna w Iraku w 2003 roku - obszernie komentowana w Faktach TVN z użyciem map, wskaźników i innych narzędzi przez majora Michała Fiszera i prowadzącego program Tomasza Lisa. Przypominało to grę planszową, która rozgrywa się na froncie. Niedługo później okazało się, że nowe technologie, w tym internet, drony, grafika 3D, pozwalają na jeszcze więcej. Wraz z rozwojem sieci wzrastały też możliwości komunikacji dwustronnej, a o tym, co myślimy, mógł się dowiadywać cały świat.
Kolejny przystanek to powstanie Facebooka (2004) i Twittera (2006). Ich początków - tak jak internetu w ogóle - szukać należy za oceanem. Okazało się, że wystarczył zaledwie rok, by Twitter został wykorzystany w polityce. Prekursorem był - jak już pisaliśmy - Barack Obama, polityk będący z nowymi technologiami za pan brat, nazywany czasem prezydentem z tabletem w ręku. Poniższym wpisem senator Obama rozpoczął w kwietniu 2007 roku pierwszą kampanię prezydencką na Twitterze. W tym samym roku na Facebooku pojawił się jego oficjalny profil.
W 2011 roku 28 światowych liderów śledziło na Twitterze Baracka Obamę, choć zignorowało oficjalny profil Białego Domu. Teraz są już niewielką grupą wśród 106 milionów obserwujących.
Trzy lata później do grona "ćwierkających" dołączyła - jako pierwsza monarchini - królowa Elżbieta II. Przy okazji warto dodać, że jej koronacja była pierwszą, którą transmitowano na żywo w telewizji, i to ona jako pierwsza królowa wysłała e-mail w 1976 roku; było to w bazie wojskowej, w której używano sieci Arpanet, będącej prototypem internetu.
Wpis na Twitterze z 2014 roku brzmiał tak: "Mam przyjemność otworzyć w Muzeum Nauki wystawę Wiek informacji. Mam nadzieję, że spodoba się odwiedzającym. Elżbieta R." (R odpowiada łacińskiemu "regina", czyli "królowa").
Jest jasne, że nie zawsze politycy prowadzą swoje profile w sieciach społecznościowych osobiście. Często robią to ich asystenci, pracownicy biur, a czasem specjalnie w tym celu zatrudnieni administratorzy. Godząc się jednak na używanie social mediów, muszą zaakceptować zasady obowiązujące w twiplomacy, jak choćby to, że obraz mówi więcej niż tysiąc słów i że trzeba przełamywać konwencję, i stawiać na kreatywność. Liczą się też szybka reakcja i interakcje z użytkownikami, a więc komunikacja dwustronna. Tu dobrym przykładem będzie sylwester z prezydentem Andrzejem Dudą - fikcyjne wydarzenie stworzone przez internautów za pomocą hasztagu #SylwesterZAndrzejemDuda, które okazało się hitem (udział zadeklarowało ponad 300 tysięcy osób) i żyło własnym życiem w licznych memach. Prezydent włączył się w zabawę, zamieszczając na Twitterze imprezowe selfie z pierwszą damą.
Niektórzy wykorzystywali "fejm" tej akcji jeszcze długo po sylwestrze.
Jak pisze Katarzyna Chojnowska z TVP, inni prezydenci także używają Twittera do celów pozapolitycznych, a nawet ucinają sobie pogawędki:
W ciekawą dyskusję wdał się prezydent Francji François Hollande, który za pośrednictwem Twittera... rozmawiał z Rihanną. Piosenkarka zapytała Hollande'a, czy widział jej list. Dodała, że czeka na odpowiedź. Sama sprawa dotyczyła kampanii Unicefu na temat edukacji. "Droga Rihanno", odpowiedział François Hollande. "Dziękuję za twoje zaangażowanie. Wkrótce dostaniesz moją odpowiedź. Edukacja jest moim priorytetem"31.
NA POWAŻNIE
Skoro już jesteśmy przy wydarzeniach masowych, to przypomnijmy, jak użyteczne są internet i media społecznościowe podczas organizowania protestów, a potem ich relacjonowania na żywo. Bez social mediów nie byłoby Arabskiej Wiosny, a pewnie także wydarzeń na Ukrainie w 2013 i 2014 roku, które określono jako Euromajdan. Każda większa demonstracja i każdy protest - od San Francisco przez Erywań aż po Tokio - rozpoczynają się w ten sposób. Doszło do tego, że toczące się od lat konflikty bliskowschodnie możemy dziś śledzić przez cały czas, również z perspektywy ludzi, dla których stały się codziennością. Jak pisał Marek Magierowski, gdy w latach 90. relacje z Iraku pozwalały zobaczyć nawet krople potu na czole żołnierzy, dziennikarze CNN
przypuszczali zapewne, że przez wiele lat nic się w tej dziedzinie nie zmieni. Któż mógł się spodziewać, że wkrótce pojawią się Google, Facebook, Twitter, iPody i iPady? Któż [...] był w stanie przewidzieć, że najświeższe newsy będziemy dziś śledzić na telefonach komórkowych? Nikt. Anno Domini 2010 miliardy informacji przekazywane non stop przez uczestników wydarzeń wpływają na opinię publiczną i na decyzje polityków w dużo większej mierze niż wstrząsające obrazy CNN z Iraku Anno Domini 1991. Kto opanuje tę nową sztukę w stopniu doskonałym, stanie się kimś w rodzaju medialno-politycznego demiurga, który potrafi z anioła uczynić Lucyfera, a ze złoczyńcy - świętego. Współczesne wojny wygrywa się nie tylko za pomocą czołgów i predatorów. Równie ważna jest amunicja używana w cyberprzestrzeni32.
Najważniejsze w dyplomacji twitterowej czy facebookowej jest jednak właśnie to, aby zdawać sobie sprawę z siły obrazu. Mimo wszystkich dyskusji o fake newsach i plotkarstwie w sieci nie powinniśmy zapominać, że użytkownicy social mediów to ludzie inteligentni i chcący wiedzieć, co kształtuje rzeczywistość. Narracja, niekiedy łącząca wydarzenia pozornie niemające ze sobą wiele wspólnego, staje się oknem, przez które obserwują świat. Widzą go takim, jakim się go przedstawi - stąd taka moc materiałów wizualnych z trafnie dobranymi komentarzami.
Ilan Manor pokazał między innymi, jak izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych używa sformułowań, które mają przekonać zachodni świat do patrzenia na konflikt bliskowschodni z żydowskiej perspektywy: "Izrael ma być postrzegany jako bastion zachodnich wartości i demokracji w regionie pełnym despotów i fanatyków religijnych [...] i jako jedyna demokracja na Bliskim Wschodzie walcząca z ekstremizmem. [...] Wedle tej narracji atak na bożonarodzeniowy jarmark w Berlinie przypominał zamachy terrorystyczne w Izraelu"33. Izraelczycy trzymają się tej interpretacji od lat. Do przekonania Zachodu do własnych racji służą im też odpowiednio obrazy. Manor wskazał kilka przykładów, wśród których znajduje się też wpis zamieszczony poniżej.
Pisze o nim tak: "Na zdjęciu opublikowanym przez izraelskie siły zbroje (IDF) na Twitterze żołnierze pomagają syryjskiemu uchodźcy, który przekroczył granicę z Izraelem. Fotografia jest częścią zachodniej narracji, prezentuje zachodnie wartości, ukazując tym samym różnicę między armią izraelską a żołnierzami arabskimi - gdy tamci mordują własnych obywateli, Żydzi są gotowi ich ratować"34.
Manor przeanalizował też zdjęcia, za pomocą których brytyjskie Biuro Spraw Zagranicznych tłumaczy obywatelom przez Twittera konflikt w Syrii. Jedno z nich, przywołane poniżej, ukazuje zbombardowane Aleppo. Uznał, że mają w odbiorcy budzić skojarzenie z bombardowaniem Londynu przez Luftwaffe w czasie II wojny światowej. Wskazał również ich podobieństwo do zdjęć ukazujących ewakuację aliantów z Dunkierki.
Jedna z fotografii zrobionych w Syrii, która znalazła się w "Guardianie", a potem trafiła też na stronę internetową brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przedstawia głodnego chłopca czekającego w kolejce na pomoc. Manor porównał je do kadru z ekranizacji Olivera Twista. Skojarzenia z opowieścią Charlesa Dickensa mają dowodzić, że pomaganie biednym i potrzebującym jest częścią brytyjskiej mentalności.
Upublicznianie określonych materiałów wizualnych wiąże się z pewnym ryzykiem, ale są tacy, którzy wierzą, że jeśli robią to dla wyższych celów, to i tak ma to sens. Do tego grona należy z pewnością amerykański ambasador w Syrii Robert Ford, który na oficjalnym profilu ambasady na Facebooku umieścił tajne zdjęcia satelitarne wojsk zmierzających na tereny zamieszkałe, aby pokazać, jak działa reżim w Damaszku. Zrobił to już po tym, jak musiał opuścić ogarnięty wojną kraj35.
Polacy z pewnością pamiętają, jak politycy wykorzystali Twittera podczas krwawej rewolucji na Ukrainie na przełomie 2013 i 2014 roku. Wielu z nich relacjonowało wydarzenia prosto z Kijowa, inni komentowali z daleka. Niektóre tweety omówiła w swoim opracowaniu Kamila Pluta:
Adam Hofman, relacjonując wydarzenia z Euromajdaniu, pisał: "Po drugiej stronie Hruszewskiego, tam gdzie wczoraj paliły się opony, bardzo dużo Berkutu. Duże napięcie". Paweł Zalewski analizował kroki Rosji względem Ukrainy: "wybory dziś oznaczają dalszą destabilizację UA i zaproszenie Kremla do otwartego mieszania się. W efekcie dadzą nieprzewidywalny wynik". Marek Migalski wskazuje, że władza ukraińska została wybrana w sposób zgodny z europejskimi standardami: "Krytykując to, co dziś władza wyprawia na Ukrainie, pamiętajmy, że została wybrana demokratycznie i jest popierana przez połowę narodu". Premier Donald Tusk również odnosił się do wydarzeń w Kijowie, pisząc: "Wspieramy ukraińskich demokratów w ich działaniach na rzecz uczciwego i mądrego porozumienia. Konflikt i represje to droga do katastrofy". Polscy politycy uznali za niestosowne umieszczenie na Twitterze przez wiceprzewodniczącego PE J. Protasiewicza zdjęcia z balu w momencie, kiedy w Kijowie trwała intensyfikacja protestów, przez co został skrytykowany36.
Były też głosy z zagranicy:
Przewodniczący PE Jerzy Buzek komentował: [...] oligarchowie i otoczenie Janukowycza są współodpowiedzialni za kraj. Na nich skupmy nacisk i żądania. Również na oficjalnym profilu prezydenta Stanów Zjednoczonych pojawiły się wpisy dotyczące aktualnie podejmowanych działań, jak chociażby informacja o rozmowie telefonicznej z prezydentem Ukrainy. Ambasador USA w Kijowe, Steven Pifer, wzywał za pomocą mediów społecznościowych do natychmiastowego nałożenia przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską sankcji na Ukrainę. Premier Litwy, Andrius Kubilius, napisał na Twitterze, że W. Janukowycz powinien odpowiadać przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości [...]. Również twitterowy profil Komisji Europejskiej krytycznie odniósł się do użycia przemocy przez siły rządowe. Co ciekawe i warte podkreślenia, komentarze polityków i dyplomatów, umieszczane przez nich na Twitterze, poprzedzały poczynione przez nich jakiekolwiek kroki dyplomatyczne w rozumieniu umów i konwencji międzynarodowych. Wspólnym mianownikiem większości publikowanych postów przez znaczące w świecie dyplomacji osoby był fakt, że wyrażały one głębokie zaniepokojenie sytuacją i potępiały działania ukraińskich władz, jednak tym narzędziem nie zostały urzeczywistnione żadne środki, które w jakikolwiek sposób mogły wpłynąć w trybie natychmiastowym na normalizację wewnętrznej sytuacji na Ukrainie37.
Na miejscu był - i aktywnie prowadził negocjacje - ówczesny szef dyplomacji Radosław Sikorski, który wykorzystując dziennikarskie doświadczenie, dokładnie opisał potem, jak wykorzystywał Twittera na Ukrainie (zresztą przyznał kiedyś, że "Twitter premiuje charyzmę"38). O tym, co się dzieje w Kijowie, również tam przeczytał:
Byłem z rodziną na urlopie narciarskim w Dolomitach [...] wiadomości czerpałem głównie z serwisów społecznościowych. [...] Przez noc zebrały się na Twitterze niepokojące informacje, jakoby na kijowskim Majdanie [...] polała się krew. Pokazałem filmik żonie i synom - widzieli to co ja i z góry mi wybaczyli. Musiałem tam być. [...] Ekipa BOR już wiedziała, że do Kijowa wylecimy specem [lotem specjalnym - przyp. Ł.W.]39.
Ten opis pokazuje, w jaki sposób Twitter pomaga przy podejmowaniu decyzji dyplomatycznych.
Dalej było tak:
Wylądowałem wieczorem, w środę 19 lutego, zanim przybyli jeszcze Steinmeier i Fabius [Frank Walter Steinmeier - szef MSZ Niemiec i Laurent Fabius - szef MSZ Francji], i jeszcze w drodze z lotniska dotarły do mnie niepokojące informacje. Naczelny dowódca Sojuszu Północnoatlantyckiego zamieścił na swoim koncie na Twitterze bezprecedensowy apel do sił zbrojnych Ukrainy, aby nie dały się użyć do rozprawy z własnym narodem. Dopiero później dowiedziałem się, że miało to związek z próbą przeniesienia brygady wojska pod rozkazy ukraińskiego MSW, tak aby można jej było użyć do tłumienia demonstracji bez ogłaszania stanu wojennego. [...] O wpół do dziewiątej znowu zaczęto strzelać. Gdy dojechaliśmy do ambasady Niemiec, było już kilka ofiar śmiertelnych, a do czasu rozpoczęcia rozmów w budynku administracji prezydenta - kilkanaście. Zanim weszliśmy do środka, korzystając z tego, że jako VIP-owi nie śmiano mi przeszkodzić, zrobiłem zdjęcia kręcących się wokół niego snajperów i natychmiast zamieściłem je w sieci40.
Użył więc medium społecznościowego, by pokazać światu, co się dzieje. Choć okoliczności temu nie sprzyjały.
W 2013 roku poseł Arkadiusz Mularczyk wystosował interpelację, w której pytał ministra o używanie Twittera w dyplomacji. I otrzymał oficjalne wyjaśnienia. Już ten fakt wiele mówi o roli tego portalu w polityce państwa.
W odpowiedzi Sikorskiego mogliśmy przeczytać, że
w MSZ obowiązują wewnętrzne wytyczne dotyczące prowadzenia oficjalnych profili placówek dyplomatycznych i kanałów MSZ w mediach społecznościowych (dzięki nim obowiązują np. jednolite adresy polskich przedstawicielstw na Twitterze). Wiedza potrzebna do ich skutecznego prowadzenia przekazywana jest w czasie szkoleń dla pracowników resortu, którzy zajmują się tymi działaniami41.
Dociekliwy poseł Mularczyk chciał też wiedzieć, czy Sikorski "zgodziłby się na traktowanie "ćwierknięć", w których poseł stawia pytanie ministrowi lub jego urzędnikowi, na tej samej zasadzie co zapytania poselskie". A stąd już krótka droga do rozważań nad tym, czy tweety są oficjalnym stanowiskiem państwa. Sikorski na pytania Mularczyka, a nie to zadane tutaj, odparł tak:
Twitter, bez względu na to, kto jest jego użytkownikiem, pozostaje tylko i wyłącznie medium społecznościowym, wygodnym kanałem szybkiego przekazywania krótkich, syntetycznych informacji. Medium, do którego stosują się wyłącznie ustalone dobrym obyczajem zasady komunikowania się tą drogą. A te nie przewidują, iż na każde pytanie zostanie udzielona odpowiedź. To pozostawione jest, jak w przypadku innych podobnych form komunikowania, do uznania osób uczestniczących w rozmowie. Z Twittera korzysta przynajmniej kilkadziesiąt głów państw i rządów, łącznie z prezydentem USA i Ojcem Świętym, i nie odnotowałem, aby kiedykolwiek były w stosunku do nich wysuwane podobne jak w interpelacji zarzuty [...]. Pozostawiam wyobraźni Pana Posła, jak mogłaby wyglądać "urzędowa" odpowiedź na złożone pytanie, dotyczące trudnych kwestii polityki zagranicznej, zamknięta w 140 znakach!42
Sikorski rozwija tę myśl w odpowiedzi na kolejne pytanie:
Trzeba rozróżnić osobiste konto @SikorskiRadek i oficjalne konta MSZ RP na Twitterze. Na oficjalnych kontach, ze względu na konieczność bardzo szybkiej odpowiedzi w mediach społecznościowych (nie ma sensu odpowiadać na Twitta po 6 godzinach czy jednym dniu) i wagę poruszanych spraw dla polityki zagranicznej RP z zasady nie odpowiadamy na pytania internautów [...]. Konto @SikorskiRadek prowadzę sam i decyduję, czy udzielam odpowiedzi na pytania. Natomiast prowadzenie oficjalnych kont MSZ RP (w języku polskim - @MSZ_RP i angielskim @PolandMFA) oraz konta portalu Poland.gov.pl (@polandgovpl) jest jednym z wielu zadań pracowników Biura Rzecznika Prasowego MSZ [...]. Najaktywniej w rozwoju mediów społecznościowych, w zależności od okresu, w systemie zmianowym bierze udział od 10 do 15 pracowników BRP43.
Z kolei w wywiadzie dla jednego z niemieckich portali Sikorski, wówczas wciąż minister spraw zagranicznych, przyznał, że Twitter jest ważnym narzędziem dla jego resortu. Tak relacjonowała rozmowę TVP Info:
"Polska dyplomacja to dzisiaj również 150 twitterowych kont naszych przedstawicielstw i instytucji, jak również konta dyplomatów i konsulatów" - wylicza Sikorski. I zachwala dalej, że "ćwierkanie" przydaje się jako dodatkowy kanał informacyjny w razie sytuacji kryzysowych. Podaje również przykład konta @GermanNaziCamps, gdzie polski MSZ walczy z kłamliwym określeniem "polskie obozy zagłady", które wciąż się pojawiają w światowych mediach, również niemieckich. "W ciągu kwadransa możemy w ten sposób zmobilizować setki osób do wysyłania listów protestacyjnych do redakcji mediów, które użyły tego określenia [...]. W międzyczasie nawet najbardziej zacofani przeciwnicy nie zarzucają już mi, że jestem "ćwierkającym politykiem"", bo i oni zrozumieli, że to określenie w XXI wieku jest komplementem"44.
Sikorski często używał też WhatsAppa i Twittera do negocjacji czy wywierania nacisku na polityków. Kłopot w tym, że komunikat wysłany tą drogą nie zawsze dotrze do adresata, co wytknęli ministrowi złośliwcy, gdy w 2011 roku napisał po angielsku do syryjskiego prezydenta: "Panie Asad, zrezygnuj natychmiast albo spotkamy się w Hadze". Co z tego, skoro Baszszar al-Asad nie miał wówczas konta na Twitterze45.
WhatsApp uważany jest za superbezpieczny kanał ze względu na możliwość szyfrowania wiadomości, ale prowadzone tam negocjacje nie są już tajne. Jak pisze Paweł Różyński w "Rzeczpospolitej":
aby podsłuchiwać polityków i wyciągać tajemnice państwowe, nie trzeba już kosztownych urządzeń, agentów lub pluskwy ukrytej pod stołem czy w wazonie. Wystarczy wynająć sprawnego hakera [...] wiadomo, że WhatsApp jest ulubioną aplikacją premiera Mateusza Morawieckiego, korzystają z niej także prezydent Duda i liczni posłowie. Wszyscy wierzą, że to szyfrowane, pewne narzędzie komunikacji. Niestety pewna jest tylko śmierć i podatki, jak mawiał Benjamin Franklin [...] po włamaniu do WhatsAppa widać wyraźnie, że i szyfrowany komunikator nie jest żadną gwarancją poufności. Mało tego. Aplikacja może być furtką do przejęcia całkowitej kontroli nad smartfonem, łącznie z jego kamerą. Cóż, politycy w odpowiedzi zaczną się pewnie przerzucać na inne komunikatory, które uchodzą za bardziej bezpieczne. Zrobią to nawet ci, którzy nie są przez nikogo podsłuchiwani. W końcu chyba każdego polityka informacja, że nie jest podsłuchiwany, wpędziłaby w depresję. Pomyślałby "no tak, już się nie liczę"46.
Michał Duszczyk dokładnie opisał, jak szyfry WhatsAppa zostały złamane przez Izraelczyków: "Do WhatsAppa włamał się "wyrafinowany zespół hakerów", który skorzystał z rozwiązań izraelskiej firmy NSO. Ta znana jest z tego, że pracuje na zlecenie rządów. [...] Kto był celem, ile telefonów udało się zhakować, jakie rozmowy z WhatsAppa trafiły do osób trzecich i na czyje zlecenie działali cyberprzestępcy? Tego na razie nie wiadomo"47. Nie wiadomo też, w jakich negocjacjach Izrael i jego sojusznicy mogli zyskać przewagę dzięki wykradzionym informacjom.
Wróćmy jeszcze na chwilę do wojny w Syrii. O tym, jak wygląda w internecie, pisała również Judith Butler, wskazując, że nie brakuje brutalnych przekazów48. Bo media społecznościowe są też - chcemy tego czy nie - frontem wojennym:
Stawką przekazów twitterowych jest narzucenie - zwłaszcza zachodniemu obserwatorowi - prawidłowego, jednoznacznego odczytania syryjskiej wojny, by wywołać moralną niezgodę i sprzeciw wobec oprawców. Stąd też w praktykach komunikacyjnych [...] można dostrzec silną polaryzację i wyrazisty schemat: oprawca - ofiara. Po stronie oprawców umieszczany jest reżim Al-Asada (i on osobiście) oraz Putin (od momentu rosyjskiej interwencji w Syrii), po stronie ofiar - dziecięce ciała ociekające krwią49.
Fotografie umieszczane są na Twitterze z dobitnymi komentarzami: "Armia Syrii może być dumna ze zbrodni przeciw własnemu narodowi" albo "Te dzieci zasługiwały na życie podobnie jak ty. Mam nadzieję, że przemówisz w ich imieniu. Powiedz światu o zbrodniach Asada, Rosji i Iranu w Syrii". Ze względu ma kryzys humanitarny nikogo nie powinno to dziwić. Takie dopiski wydają się wręcz konieczne. W dłuższych tekstach często pojawiają się z kolei zdjęcia ciał wyciąganych spod zburzonych budynków. Są też nagrania wideo, na których pozbawione kończyn i poparzone dzieci krzyczą z bólu i tulą się do pielęgniarzy.
Podobnie dramatyczne przekazy dotyczą rosyjskich bombardowań i skutków stosowanych przez Rosjan bomb baryłowych: na fotografiach widać zdekomponowane ciała ludzi dorosłych i dzieci, zwłoki z rozerwanymi przez wybuch bomby twarzami, całkowicie zwęglone ciała niemowląt wynoszone z płonących budynków, strzępy ludzkich ciał na zbombardowanych bazarach, zniszczone szpitale pediatryczne z rannymi niemowlętami leżącymi na podłodze zamiast w inkubatorach (@SyriaCivilDef: Zbombardowany szpital w Aleppo. W Syrii to codzienność), kałuże krwi, a w nich porozrzucane przybory szkolne, maskotki, książki, dziecięce buty - "ślady po życiu" w zbombardowanych szkołach, rzędy martwych ciał dorosłych i dzieci zagazowanych chlorem, martwe ciała noszące ślady tortur, wychudzone dzieci i starców umierających z głodu. Często na zdjęciach przedstawiane są ofiary wojny - z podaniem imienia, nazwiska i wieku. To metodyczne ich liczenie (dokumentowanie), wskazywanie, że liczby mają sens, jest istotną strategią wybiegającą w przyszłość, zakładającą w perspektywie poszukiwanie sprawiedliwości za zbrodnie ludobójstwa. Ofiary wojny, najczęściej dzieci, są pokazywane w scenach umierania, a następnie przygotowań do pogrzebu (obmyte, zawinięte w całun ciało, przygotowane do ostatniego pożegnania z żyjącymi rodzicami)50.
Z analiz wynika też, że wpisy w języku angielskim są powszechnie udostępniane, podczas gdy te po arabsku pozostają niewidoczne: "Gdyby przyjąć liczbę udostępnień przekazów w języku arabskim za wskaźnik zainteresowania syryjską wojną, wówczas musielibyśmy stwierdzić, że kształtuje się ono na minimalnym poziomie, w przeciwieństwie do materiałów publikowanych w języku angielskim"51. Być może dlatego, że przekaz dla świata zachodniego musi być skonstruowany na modłę zachodnich mediów. Ważny jest sposób relacjonowania i prowadzenia narracji. Często wykorzystuje się tzw. human story, wpisy na profilu konkretnej osoby zamieszkującej rejon ogarnięty wojną.
Z pewnością Europejczyków i Amerykanów zainteresuje pokazanie wojny oczami dziecka. Stąd popularność twitterowego konta @AlabedBana:
Bana Alabed jest siedmioletnią dziewczynką, mieszkanką Aleppo, która relacjonuje na Twitterze syryjską wojnę, koncentrując się głównie na wydarzeniach dotyczących swojego miasta, jego oblężeniu przez siły rządowe, procesie destrukcji, pacyfikacji i przymusowego wysiedlenia ludności ze wschodnich dzielnic. Jej konto na Twitterze zostało zarejestrowane we wrześniu 2016 roku i od początku było zarządzane przez matkę Fatemah Alabed, która pomaga córce w umieszczaniu fotografii i filmów oraz w korekcie informacji publikowanych wyłącznie w języku angielskim (matka była nauczycielką angielskiego w syryjskich szkołach)52.
Jak zauważyli autorzy cytowanego artykułu, adresatami jej przekazów są ludzie z Zachodu, a zwłaszcza Brytyjczycy, o czym może świadczyć prośba do J.K. Rowling o przesłanie e-booka z powieścią o Harrym Potterze, aby Bana mogła go poczytać rodzeństwu, bo w ogarniętej wojną Syrii książki nie można dostać. Gdy pisarka zareagowała, liczba followersów Bany natychmiast poszła w górę.
O globalnym sukcesie dziewczynki - piszą Bougsiaa i Kopciewicz - świadczy szybkość reakcji na jej wpisy - zazwyczaj zyskują one kilka tysięcy udostępnień w kilka godzin po publikacji (dotyczy to również pierwszych jej przekazów). Zachodnie media szybko okrzyknęły Banę syryjską Anną Frank ery cyfrowej, prowadzącą dziennik-mikroblog, relacjonujący wojnę dzień po dniu. Alternatywnym sposobem nazywania Bany jest określenie "dziewczynka, która przywróciła głos Aleppo" (pochodzące od dziennikarzy Al-Dżaziry). W sposobach komunikacji twitterowej na koncie Bany zastanawia wysoki stopień profesjonalizacji - dobrze skomponowane fotografie, klipy wideo wykraczające poza standardy amatorskich produkcji i - co zaskakujące - prawidłowe używanie od pierwszych wpisów mocnych politycznie hasztagów: #HolocaustAleppo, #MassacreInAleppo, #StopAleppoMassacre. Te cechy komunikacji twitterowej Bany i siła przekazu wyraźnie kontrastowały z naiwnie dziecięcym podpisem pod jej ówczesną fotografią: "Czytam książkę, żeby zapomnieć o wojnie". Profesjonalny, dziennikarski sposób komunikacji dziewczynki niemal od początku wzbudził podejrzenia co do autentyczności i rzeczywistego autorstwa publikowanych informacji. [...] Prezydent Syrii Baszar al-Asad nazwał publikacje dziewczynki czystą propagandą tworzoną przez terrorystów, grożąc siedmiolatce, jej rodzinie i stojącym za nią "rzeczywistym autorom" śmiercią. [...] Czasami ma się wrażenie, że Bana komunikuje się ze światem poza ramami wojny: Jak się dziś macie, moi kochani przyjaciele? Kocham was. Cześć wszystkim. Kocham was i brakuje mi was, moi przyjaciele. Dziś wypadły mi dwa zęby (mleczne). Ciekawe, kiedy wyrosną mi nowe (stałe)? [...] Takie komunikaty zyskują zazwyczaj po kilka tysięcy twitterowych serduszek i są bardzo często udostępniane53.
Po przymusowej ewakuacji z Aleppo w grudniu 2016 roku Bana tweetuje z Tucji, gdzie opisuje życie syryjskich dzieci jako uchodźców. Autorzy opracowania podkreślają, że w historii jest jeszcze jeden ważny element, pokazujący kolejny sposób wykorzystania mediów społecznościowych w czasie wojny i w dyplomacji:
W bliższej lub dalszej przyszłości wiele ofiar syryjskiej wojny czy ich rodzin będzie poszukiwało sprawiedliwości przed trybunałami międzynarodowymi. W tej perspektywie przeraża zarówno ogrom danych wizualnych i narracyjnych dotyczących tej wojny, jak też ich nieustalona wiarygodność i niepotwierdzona autentyczność. Ten splot niepokoi z uwagi na fakt, że dane z social mediów są niemal jedynymi danymi terenowymi [...]. Ważne jest, by dane krążące w social mediach przestały być jedynie szokującymi obrazami, dramatycznymi narracjami, wzbudzającymi moralny sprzeciw wobec wojny lub nieufność wobec propagandy, by stały się z pomocą badaczy, analityków, prawników - w wiarygodnej ich części - dowodami o wartości procesowej po to, by syryjska wojna i jej konsekwencje nie rozpuściły się w oparach dyskursu zawartego w utraconych bajtach54.
Zupełnie nowy rozdział w historii związków dyplomacji z mediami społecznościowymi rozpoczęła afera WikiLeaks. Ujawniając ponad ćwierć miliona dokumentów Departamentu Stanu USA (w zasadzie wrzucając je po prostu do internetu), w większej części poufnych czy tajnych, Julian Assange i - niezwiązany z Wiki-Leaks - Edward Snowden pokazali, na jaką skalę są inwigilowani politycy i dyplomaci w świecie wszędobylskich smartfonów i komputerów. Nigdy wcześniej Stany Zjednoczone, wciąż uważające się za supermocarstwo, nie straciły kontroli nad taką ilością danych. Oczywiście dzięki temu można się zorientować, jak działają dyplomaci innych krajów. Podsłuchiwanie rozmów telefonicznych Angeli Merkel to jedynie szczeniacki wybryk.
Najgorsze w tej aferze jest jednak wciąganie zwykłych obywateli w dyplomatyczne rozgrywki. Na WikiLeaks wszyscy mogli poczytać, co politycy i dyplomaci myślą o sobie nawzajem. Dowiedzieliśmy się na przykład, co w Waszyngtonie sądzą o bliskim przyjacielu Stanów Zjednoczonych - królu Arabii Saudyjskiej Salmanie ibn Abd al-Azizie, który nie może znieść już swoich sąsiadów w Iranie, gardzi reżimem mułłów i uważa go za niestabilny55. Taka wiadomość to iskra mogąca podpalić beczkę prochu, jaką wciąż pozostaje Zatoka Perska! Szczególnie jeśli dodać do niej wypowiedź szejka bin Zajeda z Abu Zabi, również przyjaciela USA, który stwierdził, że "podjęcie konwencjonalnej wojny z Iranem w najbliższym czasie będzie lepsze niż długotrwałe konsekwencje [konieczność współistnienia z tak uzbrojonym krajem]".
Nie dziwi więc, że sami dyplomaci uważali publikacje WikiLeaks za zagrożenie dla światowego bezpieczeństwa. Bo jak mówiono: kuchnia dyplomatyczna powinna pozostać kuchnią. Biały Dom w specjalnych oświadczeniach potępił działania portalu jako "bezmyślne i niebezpieczne", gdyż ujawnione depesze były "wyrwane z kontekstu i niekompletne", a do tego nie określały działań politycznych danego kraju i nie zawsze temu służyły. Duża część tych rewelacji to zwyczajne plotki, które - podobnie jak w dawnych czasach - mogły mieć wartość informacyjną w kręgach dyplomatycznych, ale wcale nie musiały. Niektóre miały więcej wspólnego z rynsztokiem i maglem niż z dyplomacją. Na przykład stwierdzenie, że żona azerskiego prezydenta Ilhama Alijewa miała tyle operacji plastycznych, że z daleka nie sposób odróżnić jej od jej własnych córek, a do tego ma niemal nieruchomą twarz (choć naturalnie nigdy nie wiadomo, do czego taką wiedzę da się wykorzystać). Powszechnie uznano, że depesze stanowiły część "prywatnych rozmów" (wierzyli w to i nadawcy, i odbiorcy depesz, gdyż dokumenty miały pozostać tajne przez 25 lat). Z tym jednak można by już polemizować, bo powstanie Twittera, Facebooka, YouTube'a i Instagrama sprawiło, że granice między prywatnym a publicznym, jednostkowym a państwowym, informacjami bez znaczenia i tymi o znaczeniu strategicznym mocno się zatarły.
Po tym wszystkim, co napisaliśmy, nie dziwi, że 90 procent państw członkowskich Organizacji Narodów Zjednoczonych ma oficjalne konta na Twitterze, a niemal 70 procent światowych liderów kontaktuje się przez niego z ważnymi politykami z innych krajów. Dyplomacja facebookowa czy twitterowa, zwana też e-dyplomacją, jest często klasyfikowana jako soft power, narzędzie pozwalające wpływać na stosunki międzynarodowe w sposób daleki do radykalnych działań. Sprawdza się przy ograniczaniu terroryzmu i w różnego rodzaju akcjach charytatywnych, edukacyjnych czy humanitarnych. W walce o "rząd dusz" często prowadzi do wygranej.
Ciekawostki
Na Twitterze możemy już spotkać rządy większości państw świata. Oto statystyki:
Europa - 100 procent rządów, Ameryka Południowa - 92 procent rządów, Ameryka Północna - 79 procent rządów, Azja - 75 procent rządów, Afryka - 71 procent rządów, Oceania - 38 procent rządów.
Źródło: https://twiplomacy.com/blog/twiplomacy-study-2013/ [dostęp: 7 października 2019]
23 A. Robiński, Błąd Google przyczyną inwazji Nikaragui na Kostarykę, https://www.rp.pl/artykul/563462-Blad-Google-przyczyna-inwazji-Nikaragui-na-Kostaryke.html [dostęp: 16 września 2019].
25 Ch. Wang, Twitter Diplomacy. Preventing Twitter Wars from Escalating into Real Wars, https://www.belfercenter.org/publication/twitter-diplomacy-preventing-twitter-wars-escalating-real-wars [dostęp: 16 września 2019].
28 Za: http://eprints.lse.ac.uk/54554/1/Ali_Stoddart_democraticaudit.com-Politicians_should_use_Twitter_to%5B1%5D.pdf [dostęp: 7 października 2019].
29 Ch. Wang, Twitter Diplomacy...
30 "Poznaj Świat" 1960, r. 8, nr 6 (91), s. 12, za: Wikipedia.
31 K. Chojnowska, Dyplomacja w 140 znakach. O czym ćwierkają prezydenci, https://tygodnik.tvp.pl/28903689/dyplomacja-w-140-znakach-o-czym-cwierkaja-prezydenci [dostęp: 7 października 2019].
32 M. Magierowski, Wojna w epoce Twittera, https://www.deon.pl/czytelnia/czasopisma/przewodnik-katolicki/art,17,wojna-w-epoce-twittera.html [dostęp: 19 września 2019].
33 I. Manor, On the Use of Narratives and Images in Digital Diplomacy, http://www.sodd16.com/on-the-use-of-narratives-and-images-in-digital-diplomacy-ilan-manor/ [dostęp: 8 lipca 2019].
35 M. Kelemen, Twitter Diplomacy. State Department 2.0, https://www.npr.org/sections/alltechconsidered/2012/02/21/147207004/twitter-diplomacy-state-department-2-0 [dostęp: 15 lipca 2019].
36 K. Pluta, Twitterowa dyplomacja - analiza zabiegów dyplomatycznych w okresie pierwszej fazy kryzysu ukraińskiego, [w:] Społeczeństwo a wojna. Kryzysy społeczne - retrospekcja i współczesność, red. M. Bodziany, Wrocław 2015, s. 87.
38 R. Sikorski, Twitter - użyteczne narzędzie osiągania swoich celów, "Nowe Media", 2012, nr 1.
39 R. Sikorski, Polska może być lepsza, Kraków 2018, s. 13.
41 Odpowiedź ministra spraw zagranicznych na zapytanie nr 5273 w sprawie prowadzonej przez Ministra Spraw Zagranicznych dyplomacji za pośrednictwem mediów społecznościowych, http://www.sejm.gov.pl/sejm7.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=15F5F8C1 [dostęp: 4 października 2019].
44 Wojny będą się toczyć na Twitterze, https://www.tvp.info/12330969/wojny-beda-sie-toczyc-na-twitterze?captcha_key=#!, [dostęp: 7 października 2019].
45 Sikorski "ćwierka" w próżnię, https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/sikorski-cwierka-w-proznie,181717.html [dostęp: 5 marca 2019].
46 P. Różyński, Szpieg w naszej kieszeni, https://cyfrowa.rp.pl/opinie/34360-rozynski-szpieg-w-naszej-kieszeni [dostęp: 15 maja 2019].
47 M. Duszczyk, Komunikatory to złudne poczucie bezpieczeństwa, https://cyfrowa.rp.pl/it/34148-komunikatory-to-zludne-poczucie-bezpieczenstwa [dostęp: 15 maja 2019].
48 J. Butler, Ramy wojny. Kiedy życie jest godne opłakiwania, przeł. A. Czarnacka, Warszawa 2011.
49 H. Bougsiaa, L. Kopciewicz, Wojna w 140 znakach, "Kultura Współczesna. Teoria, Interpretacja, Praktyka" 2017, nr 2, s. 133-134.
55 http://edition.cnn.com/2010/US/11/28/us.wikileaks.iran/index.html [dostęp: 9 września 2019].