Wizja - Dean Koontz

-
Proszę czekać

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1

 

 

- Krwawe rękawiczki.

Kobieta uniosła ręce i wpatrzyła się w nie, popatrzyła przez nie.

Jej głos był cichy, lecz pełen napięcia:

- Krew na jego dłoniach.

Jej własne ręce były czyste i blade.

Mąż kobiety pochylił się ku niej z tylnego siedzenia samochodu patrolowego.

- Mary?

Nie odpowiedziała.

- Mary, słyszysz mnie?

- Tak.

- Czyją widzisz krew?

- Nie jestem pewna.

- Krew ofiary?

- Nie. To jego własna krew.

- Zabójcy?

- Tak.

- Ma ręce pomazane własną krwią?

- Właśnie - odpowiedziała.

- Zranił się?

- Ale niegroźnie.

- Jak?

- Nie wiem.

- Spróbuj wniknąć w jego umysł.

- Już tam jestem.

- Wniknij głębiej.

- Nie potrafię odczytywać cudzych myśli.

- Wiem, kochanie. Ale masz podobne umiejętności.

Warstwa potu na twarzy Mary Bergen przypominała ceramiczną powłokę na gipsowych figurkach świętych z ołtarza. Jej gładka skóra lśniła w zielonym świetle żaróweczki tablicy rozdzielczej. Czarne oczy kobiety również błyszczały, lecz wydawały się puste i nieobecne.

Nagle pochyliła się do przodu i zadrżała.

Szef policji, Harley Barnes, uniósł się niezręcznie z siedzenia. Wielkimi dłońmi objął kierownicę.

- On ssie ranę - powiedziała. - Ssie własną krew.

Po trzydziestu latach pracy w policji Barnes nie spodziewał się, aby coś było go w stanie zdziwić czy przestraszyć. Tego wieczoru był zaskoczony nie po raz pierwszy i czuł, że jego serce zaczyna bić szybciej ze strachu.

Te ocienione drzewami ulice znał jak kontury własnej twarzy. Jednakże dzisiejszej nocy wyglądały groźnie, skąpane w szalejącej ulewie. Opony syczały na śliskiej nawierzchni. Wycieraczki przesuwały się po szybie niczym dziwaczny metronom.

Siedząca obok kobieta wyglądała niesamowicie, ale przeszkadzało mu to o wiele mniej niż zmiany, które wniosła do samochodu patrolowego. Kiedy wpadła w trans, wilgotne powietrze stało się bardziej przejrzyste. Miał pewność, że to nie wytwór jego wyobraźni. Na zwykłe odgłosy burzy i silnika samochodu nałożył się łagodny szum częstotliwości astralnych. Wyczuwał bijącą od niej siłę. Był człowiekiem zdrowo myślącym, pozbawionym przesądów. Ale nie mógł zaprzeczyć temu, co tak silnie odczuwał.

Pochyliła się w stronę tablicy rozdzielczej tak głęboko, jak tylko pozwalał jej pas bezpieczeństwa. Objęła się ramionami i zajęczała, jakby rodząc.

Maks Bergen uniósł się na tylnym siedzeniu i dotknął żony.

Zamruczała i uspokoiła się nieco.

Jego ogromna dłoń spoczęła na szczupłych ramionach Mary. Był wysoki, kanciasty, muskularny, miał grubo ciosaną twarz i czterdzieści lat, dziesięć lat więcej niż jego żona. Najbardziej przykuwały uwagę jego oczy, szare, zimne i ponure.

Barnes nigdy nie widział, żeby Maks się uśmiechał. Bergen najwyraźniej darzył Mary silnym i złożonym uczuciem, ale odnosiło się wrażenie, jakby do reszty świata odczuwał jedynie pogardę.

- Skręć za następnym rogiem - powiedziała kobieta.

Barnes lekko zahamował.

- W lewo czy w prawo?

- W prawo - odparła.

Po obu stronach ulicy stały dobrze utrzymane trzydziestoletnie, zdobione sztukaterią domy i bungalowy, przeważnie w kalifornijsko-hiszpańskim stylu. Żółte światła majaczyły niewyraźnie za zaciągniętymi zasłonami w tę chłodną, wilgotną grudniową noc. Droga była o wiele ciemniejsza niż ta, którą opuścili. Lampy sodowe stały tu jedynie na rogach, a przestrzeń między nimi wypełniały fioletowo-czarne, zlane deszczem cienie.

Skręciwszy, Barnes jechał z prędkością nie większą niż dwadzieścia kilometrów na godzinę. Z zachowania kobiety wywnioskował, że ich pościg miał się wkrótce skończyć.

Mary wyprężyła się w fotelu. Jej głos brzmiał mocniej i wyraźniej niż poprzednio, ponieważ zaczęła wykorzystywać swój przedziwny talent, swą zdolność jasnowidzenia.

- Mam wrażenie, że to... płot. Tak... teraz go widzę... Skaleczył rękę o płot.

Maks pogłaskał ją po włosach.

- Ale to nie jest poważna rana?

- Nie... tylko skaleczenie... kciuka... głębokie, ale nie obezwładniające. - Podniosła szczupłą rękę i jakby zapomniawszy, co chciała z nią zrobić, opuściła dłoń z powrotem na kolana.

- Ale może, skoro krwawi i rana jest głęboka, da sobie spokój dzisiejszej nocy? - spytał Maks.

- Nie - odpowiedziała.

- Jesteś pewna?

- Będzie kontynuował.

- Ten skurwiel zabił do tej pory pięć kobiet - powiedział Barnes. - Niektóre walczyły jak oszalałe, drapały go, kaleczyły, nawet wyrywały mu włosy. On się tak łatwo nie poddaje.

Ignorując policjanta, Maks uspokoił żonę, potem pogłaskał ją po twarzy i zadał kolejne pytanie.

- Co to za płot widzisz?

- Siatka ogrodzeniowa - odpowiedziała. - Ostra i niewykończona u góry.

- Wysoka?

- Półtora metra.

- Co otacza?

- Podwórze.

- Podwórze magazynu?

- Nie. Tył domu.

- Widzisz ten dom?

- Tak.

- Jak wygląda?

- Jest piętrowy.

- Stiuki?

- Tak.

- A dach?

- Hiszpańska dachówka.

- Jakieś niezwykłe cechy?

- Widzę niezbyt wyraźnie...

- Weranda?

- Nie.

- Może dziedziniec?

- Nie. Ale widzę... krętą ścieżkę wykładaną płytkami.

- Na tyłach czy od frontu?

- Na froncie.

- Są tam jakieś drzewa?

- Bliźniacze magnolie... po obu stronach ścieżki.

- Coś jeszcze?

- Kilka małych palm... w głębi.

Harley Barnes, mrużąc oczy, spoglądał przez zlaną deszczem szybę samochodu. Wypatrywał dwóch magnolii.

Początkowo był do tego wszystkiego nastawiony sceptycznie. Uważał, że państwo Bergen to oszuści. Grał swoją rolę w tym przedstawieniu, ponieważ wierzył w nich burmistrz. To on sprowadził tę parę do miasta i nalegał, żeby policja z nią współpracowała. Oczywiście Barnes słyszał o detektywach-parapsychologach, a zwłaszcza o tym sławnym holenderskim jasnowidzu, Peterze Hurkosie. Ale wykorzystywanie spostrzegania pozazmysłowego, aby śledzić zabójcę psychopatę i złapać go w akcji? W to nie bardzo wierzył.

"A może jednak wierzę?" - zastanawiał się. Ta kobieta była taka ujmująca, czarująca i szczera, tak przekonywająca, że może sprawiła, iż uwierzył. "Jeśli nie - pomyślał - dlaczego wypatruję teraz krzaków magnolii?".

Z jej piersi wydobywał się teraz cichy skowyt zwierzęcia, które już na dobre wpadło w sidła. Nie był to jęk agonii, lecz ledwie słyszalne kwilenie.

Kiedy zwierzę tak kwiliło, znaczyło to: "ciągle boli, ale teraz przyzwyczaiłem się do tego".

Wiele lat temu, jako mały chłopiec z Minnesoty, Barnes polował i zastawiał pułapki. To właśnie z powodu tego żałosnego, przytłumionego jęku rannej ofiary porzucił ten sport.

Do tej pory nie słyszał, aby istota ludzka wydała dokładnie taki dźwięk. Najwidoczniej obłąkany umysł zabójcy był pułapką, w którą wpadła, gdy siłą swego talentu szukała z nim kontaktu.

Barnes zadrżał.

- Mary - odezwał się Maks. - O co chodzi?

- Widzę go... przy tylnych drzwiach domu. Ma rękę na klamce... i krew... jego krew spływa po białej framudze. Mówi coś do siebie.

- Co mówi?

- Nie...

- Mary?

- Obrzydliwe rzeczy o tej kobiecie.

- O kobiecie z domu? O tej, którą chce dopaść?

- Tak.

- Zna ją?

- Nie. To nieznajoma... przypadkowy cel. Ale... obserwował ją... obserwował przez kilka dni... zna jej przyzwyczajenia i rozkład dnia.

Po ostatnich słowach osunęła się na drzwi samochodu. Odetchnęła głęboko kilka razy. Aby nie przerwać cienkiej nitki psychicznej więzi z obrazem przed oczyma, musiała od czasu do czasu odpocząć i zebrać energię. Barnes wiedział, że u niektórych jasnowidzów wizje przebiegają bez napięcia, niemalże bez wysiłku, ale najwyraźniej nie w tym przypadku.

Złudne głosy szeptały i skrzeczały, wybuchy staccato pojawiały się i znikały w policyjnym radiu.

Wiatr przenosił przez ulicę płachty deszczu.

"To najbardziej mokry deszczowy sezon od lat" - pomyślał Barnes. Dwadzieścia lat temu byłoby to całkiem normalne, ale stopniowo Kalifornia stawała się obszarem suszy. Dzisiaj taki deszcz wydawał się nienaturalny. "Jak wszystko, co się dzieje tej nocy" - skonstatował.

Czekając, aby Mary się odezwała, zwolnił do piętnastu kilometrów na godzinę.

Bliźniacze krzewy magnolii przy krętej ścieżce wykładanej płytkami...

Tylko z trudem dostrzegał to, co rozciągało się przed nim w światłach reflektorów, a rozpoznanie czegokolwiek po bokach wymagało nie lada wysiłku. Być może minęli już magnolie.

Widząc wahanie Mary Bergen, Dan Goldman odezwał się po raz pierwszy od godziny:

- Nie mamy wiele czasu, pani Bergen.

Goldman był rzetelnym młodym oficerem, najbardziej zaufanym podwładnym szefa. Siedział obok Maksa Bergena, za Barnesem, z oczyma utkwionymi w kobietę.

Goldman wierzył w moce psychiczne. Był wrażliwy. Barnes widział w lusterku wstecznym jego szeroką, bladą twarz. Wydarzenia dzisiejszego wieczoru sprawiły, że wyglądała jak nawiedzona.

- Nie mamy wiele czasu - powtórzył Goldman. - Jeśli ten szaleniec stoi już przed drzwiami tej kobiety...

Mary odwróciła się do niego gwałtownie.

- Dziś w nocy, dopóki nie złapią tego mężczyzny, niech pan nie wysiada z samochodu - odezwała się z troską.

- Dlaczego? - zdziwił się Goldman.

- Jeśli pan będzie próbował pomóc w ujęciu go, zostanie pan ranny.

- Zginę?

Zadrżała konwulsyjnie. Spod jej włosów wypłynęły nowe kropelki potu.

Barnes czuł, że i po jego twarzy spływa pot.

- On pchnie pana nożem... tym samym nożem, którym pozabijał kobiety... Zrani pana ciężko, ale nie zabije.

Zamknęła oczy i nakazała przez zaciśnięte zęby:

- Niech pan zostanie w samochodzie!

- Harley? - Goldman był zdenerwowany.

- Wszystko będzie w porządku - zapewnił go Barnes.

- Lepiej niech pan jej posłucha - rzekł Maks do Goldmana - i nie opuszcza samochodu.

- Jeśli będę cię potrzebował - powiedział Barnes - pójdziesz ze mną. Nikt nie zostanie ranny. - Zaniepokoił się, że ta kobieta podważa jego autorytet. Spojrzał na nią.

- Potrzebny nam numer domu, który pani opisywała, dokładny adres.

- Proszę jej nie ponaglać - powiedział Bergen. Do wszystkich, z wyjątkiem Mary, odzywał się głosem brzmiącym niczym zgrzyt ocieranych o siebie sztabek żelaza. - Naciski na nic się nie zdadzą. Mogą tylko przeszkodzić.

- Wszystko w porządku, Maks - uspokoiła go.

- Ale przecież ich prosiłem - powiedział.

Znowu odwróciła się do przedniej szyby.

- Widzę... tylne drzwi domu. Są otwarte.

- Gdzie jest ten mężczyzna, zabójca? - zapytał Maks.

- Stoi w ciemnym pokoju... małym... w pralni... właśnie... w pralni za kuchnią.

- Co robi?

- Otwiera kolejne drzwi... do kuchni... nikogo tam nie ma... przymglone światełko nad kuchenką gazową... parę brudnych talerzy na stole... on stoi... po prostu tam stoi i nasłuchuje... lewą rękę zacisnął w pięść, aby zatamować krwawienie kciuka... nasłuchuje... Z salonu dobiega muzyka Benny Goodmana, stereo... - Dotknęła ramienia Barnesa i ciągnęła dalej. W jej głosie brzmiał nowy, naglący ton: - Dwie ulice stąd. Na pewno. Drugi dom... Nie, trzeci dom za rogiem.

- Jesteś pewna?

- Na miłość boską, szybko!

"Czy zrobię z siebie głupca?" - zastanawiał się Barnes. Jeśli traktuję ją poważnie, a ona się myli, do końca kariery będę tematem niewybrednych żartów.

Mimo wątpliwości włączył syrenę i wcisnął do oporu pedał gazu. Opony zatańczyły na asfalcie. Samochód rzucił się z piskiem do przodu.

- Ciągle widzę... Przechodzi przez kuchnię... porusza się wolno... - powiedziała bez tchu.

"Jeżeli ona zmyśla to wszystko" - pomyślał Barnes - "to jest piekielnie dobrą aktorką".

Ford rwał przez słabo oświetloną ulicę. Deszcz odbijał się od przedniej szyby. Przemknęli przez czteropasmówkę w kierunku następnej.

- Nasłuchuje... nasłuchuje... co krok... uważnie... nerwowo... wyciąga nóż z kieszeni płaszcza... uśmiecha się do ostrza... taki wielki nóż...

Na ulicy, którą wskazała, zatrzymali się przy krawężniku przed trzecim domem na prawo: dwie bliźniacze magnolie, kręta ścieżka, dwupoziomowy dom, światła na dole zapalone.

- Do diabła - powiedział Goldman z podziwem. - Idealnie pasuje do opisu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2

 

 

Barnes wysiadł z samochodu, gdy ucichł jęk syren. Obracające się czerwone światła koguta rzucały oszalałe cienie na mokry chodnik. Drugi czarno-biały samochód stanął za pierwszym, dodając swe światła do kaskady krwawych kolorów.

Kilku mężczyzn wyskoczyło z drugiego wozu. Dwaj umundurowani oficerowie, Malone i Gonzales, pośpieszyli w kierunku Barnesa. Burmistrz Henderson, okrągły i lśniący w swoim czarnym winylowym deszczowcu, wyglądał jak balon odbijający się po ulicy. Obok niego szedł szczupły niczym bicz, mały Harry Oberlander, najbardziej wygadany przeciwnik Hendersona w radzie miejskiej.

Ostatni szedł Alan Tanner, brat Mary Tanner Bergen. Zwykle siadał z siostrą w pierwszym samochodzie, ale ponieważ nie zgadzali się z Maksem, trzymał się od niego z daleka.

- Malone, Gonzales... rozdzielcie się - nakazał Barnes. - Obejdźcie dom dookoła i spotkacie się przy tylnych drzwiach. Ja zajmę się frontem. Do roboty!

- A co ze mną? - zapytał Goldman.

Barnes westchnął.

- Lepiej tu zostań.

Goldman odetchnął z ulgą.

Wyciągając magnum 357 z kabury, Barnes pobiegł wykafelkowaną ścieżką w stronę domu. Na skrzynce listowej widniało nazwisko Harrington. Gdy nacisnął dzwonek, deszcz stracił nagle niemal całą moc. Ulewa przerodziła się w mżawkę.

Zaalarmowana wyciem syreny, obserwowała jego nadejście przez okno. Natychmiast otworzyła drzwi.

- Pani Harrington?

- Panna Harrington. Po rozwodzie wróciłam do nazwiska panieńskiego.

Była drobną blondynką około lat czterdziestu. Miała bujne kształty, ale bez nadwagi.

Najwyraźniej jej głównym zajęciem było dbanie o siebie. Chociaż nosiła dżinsy i podkoszulek (znak, że nie miała zamiaru gdzieś wychodzić), jej włosy wyglądały na ufryzowane parę minut temu, sztuczne rzęsy i makijaż nałożone starannie, a paznokcie świeżo pomalowane na kolor pomarańczowego sorbetu.

- Jest pani sama? - zapytał Barnes.

- Dlaczego pan pyta? - powiedziała zalotnie.

- To pytanie urzędowe, panno Harrington.

- Jaka szkoda. - W ręku trzymała drinka. Wiedział, że nie był to jej pierwszy tego wieczoru.

- Czy jest pani sama? - powtórzył.

- Mieszkam samotnie.

- Wszystko w porządku?

- Nie lubię mieszkać samotnie.

- Nie to miałem na myśli. Czy z panią wszystko w porządku? Żadnych problemów?

Spojrzała na rewolwer, który trzymał w opuszczonej dłoni.

- A powinny być?

- Może. Wydaje nam się, że pani życiu zagraża niebezpieczeństwo - powiedział zmęczony i nią, i koniecznością przekrzykiwania głośnego swinga dobiegającego zza jej pleców.

Roześmiała się.

- Wiem, że to brzmi melodramatycznie, ale...

- Kto dybie na mnie?

- Gazety nazywają go "Rozpruwaczem".

Zmarszczyła brwi, ale zaraz zmieniła wyraz twarzy, jakby przypominając sobie, że to powoduje zmarszczki.

- Pan żartuje.

- Mam podstawy przypuszczać, że dzisiejszej nocy pani jest jego celem.

- Jakie podstawy?

- Wizja jasnowidza.

- Słucham?

Za jej plecami Malone wszedł do pokoju gościnnego i wyłączył magnetofon.

Obróciła się, zdziwiona.

- Znaleźliśmy coś, szefie - powiedział Malone.

Barnes bez zaproszenia wszedł do środka.

- Tak?

- Tylne drzwi były otwarte.

- Czy to pani pozostawiła je uchylone?

- W taką noc?

- Czy były zamknięte na klucz?

- Nie wiem.

- Na framudze jest krew - powiedział Malone. - A jeszcze więcej krwi na drzwiach między pralnią a kuchnią.

- Ale on zniknął?

- Musiał uciec, kiedy usłyszał syreny.

Podążając z młodym oficerem przez kuchnię i pralnię, Barnes, spocony, czuł przyśpieszone bicie własnego serca. Zastanawiał się, jak pogodzić wizje i inne parapsychologiczne zjawiska ze swoim dotychczas nieskomplikowanym poglądem na życie. Kobieta trzymała się krok za nim, zadając pytania, na które nie raczył udzielać odpowiedzi.

Hector Gonzales czekał przy tylnych drzwiach.

- Za siatką jest alejka - polecił mu Barnes. - Idź tam i znajdź tego człowieka. Przeszukaj po dwie ulice w każdą stronę.

- Jestem oszołomiona - oznajmiła kobieta.

"Ja również" - pomyślał Barnes.

- Przeszukaj zarośla po obu stronach domu. I sprawdź to pasmo krzaków koło płotu - powiedział do Malone'a.

- W porządku.

- I pamiętajcie obaj, żeby trzymać broń w pogotowiu.

 

* * *

 

Czekając przy samochodach patrolowych przed domem, Harry Oberlander drażnił się z burmistrzem. Potrząsał głową, jakby sam widok Hendersona zdumiewał go.

- Co z ciebie za burmistrz... - stwierdził sarkastycznie. - Wynajmować czarownicę do pracy w policji!

Henderson zachowywał się niczym znużony olbrzym, który dostrzegł kolejnego maleńkiego wojownika przepełnionego iluzją wielkości i gotującego się do walki.

- Ona nie jest czarownicą.

- Czy nie wiesz, że nie ma czarownic?

- Powiedziałem, panie radny, że ona nie jest czarownicą.

- Jest oszustką.

- Jasnowidzącą.

- Jasnowidzącą czarnowidzącą.

- Co za zręczne powiedzenie.

- To po prostu bardziej fantazyjna nazwa dla czarownicy.

Dan Goldman obserwował Oberlandera. Sprzeczka nużyła go równie mocno co burmistrza. "Nie ma gorszych wrogów" - pomyślał "niż dwaj mężczyźni, którzy byli kiedyś najlepszymi przyjaciółmi".

Wiedział, że będzie musiał ingerować, gdy Harry'ego przestaną zadawalać słowa i zacznie atakować dobrze odżywiony brzuch burmistrza serią szybkich, lecz nieskutecznych kuksańców. To się już przedtem zdarzało.

- Wiesz, dlaczego sprzedałem ci połowę mojego meblowego interesu? - zapytał Hendersona Oberlander.

- Wyprzedałeś się, bo nie spłynęła na ciebie żadna wizja.

- Wizje, smizje. Wyprzedałem się, bo wiedziałem, że taki przesądny głupiec jak ty prędzej czy później rozwali cały interes.

- Sklep przynosi teraz większe zyski niż kiedykolwiek przedtem - powiedział Henderson.

- Przypadek! Czysty przypadek!

Na szczęście, zanim doszło do rękoczynów, w drzwiach frontowych pojawił się Harley Barnes i krzyknął:

- Wszystko w porządku! Chodźcie!

- Teraz przekonamy się, kto z nas jest głupcem - powiedział Henderson. - Pewnie go złapali. - Przebiegł po ścieżce i po śliskim mokrym trawniku z nieoczekiwaną gracją, właściwą jedynie niektórym bardzo grubym osobom.

Oberlander podreptał za nim niczym wściekła myszka, kłapiąca zębami za stopami olbrzymiego zwierza.

Goldman szedł na końcu, powstrzymując śmiech.

Alan Tanner usiadł za kierownicą, aby znaleźć się obok siostry na przednim siedzeniu.

- Czy złapali zabójcę, Mary? - zapytał, gdy Harley Barnes ukazał się w drzwiach domu.

- Nie wiem - odpowiedziała. Jej głos był pusty, jakby wyczerpany.

- Przecież by strzelali.

- Nie wiem.

- Musiałoby być jakieś poruszenie.

- Pewnie tak.

- Mary, czy Goldman jest bezpieczny? - spytał zaniepokojony Maks z tylnego siedzenia.

Westchnęła, potrząsnęła głową i przycisnęła opuszki palców do oczu.

- Nie potrafię powiedzieć. Straciłam kontakt. Nie widzę nic więcej.

Maks otworzył okno. Wilgotne powietrze dobrze niosło jego głos.

- Hej, Goldman!

Oficer był w połowie trawnika. Zatrzymał się i odwrócił.

- Może powinien pan tu zostać - powiedział Maks.

- Jestem potrzebny Harleyowi.

- Proszę nie zapominać, co powiedziała panu moja żona.

- Wszystko będzie w porządku - rzekł Goldman. - Nic mi się nie stanie. Złapali go.

- Jest pan pewien? - spytał Maks.

Ale Goldman już się odwrócił i ruszył w kierunku domu.

- Mary? - powiedział Alan.

- Hmmm?

- Dobrze się czujesz?

- Dosyć dobrze.

- Nie wyglądasz za dobrze.

- Jestem po prostu zmęczona.

- On zanadto cię naciska - stwierdził zaniepokojony Alan. Nie spojrzał nawet na Maksa. Zachowywał się tak, jakby był w samochodzie sam z siostrą. - Nie ma pojęcia, jaka jesteś delikatna.

- Ale ze mną wszystko w porządku.

Alan nie poddawał się.

- Nie wie, jak cię naprowadzić, jak pomóc nadać kształt wizji. Nie ma w sobie delikatności. Zawsze napiera zbyt mocno.

"Ty ohydny mały skurwielu" - pomyślał Maks, przyglądając się spode łba szwagrowi.

Nie odzywał się ze względu na Mary. Łatwo się denerwowała, gdy dwaj mężczyźni jej życia zaczynali się kłócić. Wolała sobie wmawiać, że są sobą nawzajem oczarowani. I chociaż nigdy nie brała całkowicie strony Alana, zawsze winiła Maksa, gdy sprzeczka stawała się szczególnie gorzka.

Zaczął przyglądać się domowi, aby uwolnić myśli od Alana. Przez otwarte drzwi padała struga światła, rozjaśniając gęste zarośla krzaków.

- Może powinniśmy zamknąć drzwi samochodu - powiedział.

Mary odwróciła się i spojrzała na niego przeciągle.

- Zamknąć drzwi?

- Dla ochrony.

- Nie rozumiem.

- Dla ochrony przed czym? - spytał Alan.

- Wszyscy gliniarze są w domu, a nikt z nas nie ma broni.

- Myślisz, że będziemy jej potrzebowali?

- Istnieje taka możliwość.

- Czy teraz ty miewasz widzenia? - zapytał Alan.

Maks zmusił się do uśmiechu.

- Obawiam się, że nie ma w tym nic z tych rzeczy. Po prostu zdrowy rozsądek. - Zamknął drzwi po stronie Mary i swojej, a kiedy zobaczył, że Alan nie zamierza mu pomóc, zablokował oboje drzwi od strony kierowcy.

- Czujesz się teraz bezpieczniej? - zapytał Alan.

Maks obserwował dom.

 

* * *

 

Barnes, Henderson i Oberlander wtłoczyli się do pralni, aby zbadać plamy krwi pozostawione przez zabójcę.

Panna Harrington wcisnęła się za nimi, nie chcąc stracić ani odrobiny z podniecającego widowiska. Wydawała się zachwycona, że szaleniec wybrał właśnie ją.

Dan Goldman wolał zostać w kuchni. Gdy Barnes wyjaśni, że te parę dowodów pasuje do wizji jasnowidzki, burmistrz zacznie triumfować. Harry Oberlander zmiesza się, a potem wpadnie we wściekłość. Niemiła sprzeczka szybko przemieni się w głośną i dziką wymianę zdań. Goldman miał dosyć tego typu scysji.

Poza tym przestronna kuchnia zasługiwała na dokładną inspekcję. Została zaprojektowana i urządzona przez kogoś, kto lubił gotować i mógł sobie na to pozwolić.

"Panna Harrington?" - zastanawiał się Goldman. "Nie wyglądała na kobietę, którą cieszyłaby możliwość spędzenia kilku godzin nad kuchenką gazową. Bez wątpienia kucharzem musiał być jej eks-mąż".

Wydano dużo pieniędzy, aby zbudować tę profesjonalną kuchnię, utrzymaną w wiejskim stylu. Na podłodze leżały meksykańskie płytki z brązowym spoiwem. Były tu dębowe szafki z porcelaną, kontuar z białym ceramicznym blatem, dwie zwyczajne kuchenki i jedna mikrofalowa, dwie wielkie lodówko-zamrażarki, dwa podwójne zlewy, blat do smażenia, wbudowana szafa z przyborami i tuzin rozmaitych maszyn, urządzeń i akcesoriów.

Goldman lubił gotować, ale musiała mu do tego wystarczyć kuchenka na gaz butlowy oraz najtańsze garnki, patelnie i naczynia. Przerwał zazdrosne podziwianie kuchni, kiedy kącikiem oka zobaczył, że drzwi tuż za nim, nie więcej niż o krok, otworzyły się. Były uchylone, gdy tutaj wszedł, ale wtedy nie zwrócił na nie uwagi. Teraz obejrzał się i zobaczył mężczyznę w deszczowcu wychodzącego ze schowka z konserwami. Lewa dłoń nieznajomego była zakrwawiona, a kciuk zaciśnięty w zwarty kułak.

"Miała rację" - pomyślał Goldman. "Chryste!"

W uniesionej ręce zabójca trzymał za drewniany trzonek nóż rzeźnicki.

Goldmanowi zdawało się, że czas przestał płynąć. Każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność, każdy moment puchnął niczym bańka mydlana otaczająca go i oddzielająca od reszty świata, gdzie zegarki robiły to, co do nich należało.

W oddali Henderson i Oberlander znowu się sprzeczali. Nie do wiary, że znajdowali się jedynie pokój dalej. Ich głosy brzmiały niezwykle dziwacznie, jakby ktoś je nagrał z prędkością siedemdziesięciu obrotów na minutę, a odtwarzał z czterdziestki piątki.

Nieznajomy zrobił krok do przodu. Światło odbijało się od krawędzi ostrza.

Jakby przezwyciężając niewyobrażalny opór, Goldman sięgnął po pistolet u biodra.

Nóż wrył się w jego pierś głęboko, z lewej strony. Stracił zdolność jasnego myślenia.

O dziwo, nie czuł bólu, ale gors jego koszuli nagle przesiąkł krwią.

"Mary Bergen" - pomyślał - "skąd wiedziałaś? Kim jesteś?".

Rozpiął kaburę.

Za wolno. Diabelnie wolno.

Nie zdawał sobie sprawy, że napastnik wyciągnął z niego ostrze, ale z przerażeniem obserwował, jak nóż ponownie leci łukiem w dół. Nieznajomy wyszarpnął broń, a Goldman zwalił się na ścianę w strugach własnej krwi.

Nadal nie czuł bólu, ale siły uchodziły z niego, jakby ściekając przez niewidzialny kranik u stóp.

"Nie możesz upaść" - powiedział sobie. "Nie waż się upaść. Nie miałbyś żadnych szans!".

Ale zabójca już skończył. Odwrócił się i pobiegł w stronę jadalni.

Przyciskając słabnącą lewą rękę do ran, Goldman pokuśtykał za mężczyzną. Zanim dotarł do sklepionego przejścia i oparł się o nie, by złapać oddech, zabójca zdążał do pokoju gościnnego.

Goldman miał w kaburze rewolwer, ale nie mógł go udźwignąć. Wypalił w podłogę, by zaalarmować Harleya. Z tym wystrzałem czas odzyskał normalny bieg i ból przeszył w końcu pierś Goldmana, oddychanie nagle sprawiło mu trudność, ugięły się pod nim kolana i upadł.

 

* * *

 

Alan przerwał w połowie zdania.

- Co to było?

- Strzał.

- Coś się stało Goldmanowi. Jestem tego pewna tak samo jak tego, że tu siedzę - powiedziała Mary.

Ktoś wybiegł z domu. Płaszcz deszczowy rozpościerał się i falował niczym peleryna.

- To on - rzekła Mary.

Mężczyzna zatrzymał się, gdy zobaczył samochody policyjne. Zmieszany, rozejrzał się na prawo i lewo, i jakby nie dowierzając żadnej drodze ucieczki, skierował się znów ku domowi.

W drzwiach pojawił się Harley Barnes. Nawet stąd, przez brudne szyby samochodu, cienie i lekki deszcz, Maks widział ogromny rewolwer w ręku gliniarza. Z lufy wypełzały obsceniczne języki ognia.

Szaleniec zawirował niczym w nieudolnej figurze baletowej, potem upadł i potoczył się na ścieżce. O dziwo, podniósł się na nogi i ruszył w stronę ulicy. Kula chybiła. Gdyby dostał z magnum 357, nie wstałby już z ziemi.

Maks był tego pewien. Dobrze znał się na broni palnej. Posiadał sporą kolekcję pistoletów.

Barnes znowu wypalił.

- Do diabła! - powiedział Maks z wściekłością. - Małomiasteczkowi gliniarze. Zbytnio uzbrojeni i niedoszkoleni. Jeśli ten dupek nie trafi, bandzior zabije kogoś z nas!

Trzeci strzał uderzył w plecy zabójcy, gdy ten dotarł do bocznej ścieżki.

Maks mógł powiedzieć o pocisku dwie rzeczy. Ponieważ nie wyszedł przez klatkę piersiową zabójcy i nie przebił szyby samochodu, pochodził z naboju o zmniejszonym ładunku prochu. Był przeznaczony do użycia na zatłoczonych ulicach, mógł jedynie zatrzymać winnego, nie przeszywając go na wskroś i nie raniąc przechodniów. Po drugie, wziąwszy pod uwagę, jak ściął z nóg tego mężczyznę, miał z pewnością wklęsłe zakończenie.

Po chwili niezdarnej ucieczki zabójca zwalił się ciężko na wóz policyjny. Na moment przywarł do drzwi, za którymi siedziała Mary. Osuwał się, patrząc na nią.

- Mary Bergen... - wycharczał. Wczepił się paznokciami w okno. - Mary Bergen. - Z ust trysnęła mu krew i spłynęła po szybie.

Mary krzyknęła.

Ciało osunęło się na chodnik.