O KSIĄŻCE
Opowieść o dziejach Wielkopolski 1870-1920. Z niezrównanym znawstwem
historycznego tła i kulturowych realiów ukazana epoka przełomu XIX i XX
wieku. Barwne ludzkie losy, galeria przeróżnych - znanych i mało znanych
- figur wspólnie tworzących wielkopolski partykularz i panteon.
Rozległa akcja toczy się w wielu różnych miejscach. Nie tylko krążymy po
ówczesnym Poznaniu, ale także przenosimy się w dalsze strony: do Paryża
i Wersalu, Berlina, Monachium, Śmigla, Wolsztyna, Gniezna, Wrześni,
Grzecznej Panny, Turwi, Pakosławia, Zakopanego, Kościanek, Warszawy, na
pola bitewne Prus Wschodnich, Francji i Flandrii, na Kresy, a nawet do
Nowego Jorku i Teksasu.
Akcja książki Marka Hendrykowskiego Wiwat! Saga wielkopolska rozgrywa
się na przestrzeni jednego półwiecza, obejmując swym zasięgiem
fascynujące postaci i rozmaite ówczesne wydarzenia: od wojny
francusko-pruskiej (1870-1871) do powstania wielkopolskiego (1918-1919)
i wojny polsko-bolszewickiej (1919-1920).
Dlaczego autor wybrał i zakreślił taką właśnie perspektywę sagi o Wielkopolanach? Najlepszą na to odpowiedź daje rzut oka na otaczającą
nas rzeczywistość. Historia splata się w niej i ściśle łączy z dniem
dzisiejszym, mistrzowsko kojarząc fikcję literacką z faktami.
Marek Hendrykowski wskrzesza pamięć o minionym, osoba po osobie i epizod
po epizodzie, opisując niezmiernie ważny, a mało znany okres dziejów
Wielkopolski obfitujący w dramatyczne wydarzenia i doniosłe przemiany.
Uzyskujemy wgląd w czas, który w sposób nad wyraz widoczny i trwały
zaznaczył się w dziejach miasta i regionu, kształtując dzisiejszy ich
obraz i rzutując na genius loci oraz szczególny charakter tej części
Polski.
Książka, którą trzymasz w ręku, jest sagą przeznaczoną nie tylko dla
Wielkopolan. Marzeniem i nadzieją autora było, by zawarta w niej
wielowątkowa opowieść o czasach i ludziach przemówiła do bardzo różnych
odbiorców.
Dlaczego pewien baron kazał skuć herb na swoim pałacu?
Kto ziemie nadnoteckie nazwał Kanadą, a ludność tamtejszą Irokezami?
Skąd się wzięło określenie leser?
Czy Bismarck mówił po polsku?
Co można było przegrać i wygrać w kasynie gostyńskim?
Czy Piłsudski był przeciwny powstaniu w Wielkopolsce?
Kim był Diabeł Wenecki?
Dlaczego spotkało się z sobą trzech Józefów?
Jak się gotuje zupę nic?
Capri w Poznaniu?
Gdzie parzono w tych stronach najlepszą kawę?
Kto wyrwał z rąk Prusaków meteoryt?
W jakim obrządku pochowano barona Richthofena?
Możliwe, że Witkacy i Piłsudski strzelali do siebie?
Skąd się wzięła nazwa Katschmarek regimenty?
Kiedy świat dowiedział się o tym, że w Poznaniu wybuchło powstanie?
Czy Wielkopolanie obronili Lwów i Warszawę?
Na te i na wiele innych pytań znajdziesz odpowiedź na kartach tej
zajmującej opowieści.
Ze znanych postaci historycznych, o których w niej mowa, pojawiają się
między innymi:
Klaudyna Potocka
Karol Marcinkowski
Emilia Sczaniecka
Dezydery Chłapowski
Augustyn Szamarzewski
bracia Edward i Atanazy Raczyńscy
Otto von Bismarck
Piotr Wawrzyniak
Jan Konstanty Żupański
Robert Koch
Hedwig Freiberg
Michał Drzymała
Julius Dinder
Filipina Kottek
rodzina Hersów
Władysław Zamoyski
rodzina Celichowskich
Wincenty Szymborski (ojciec Wisławy)
Jan Sabała-Krzeptowski
Helena Modrzejewska
Jacek Malczewski
Gabriela Zapolska
Arnold Szyfman
Jerzy Petersburski
Stanisław Adamski
Paul von Hindenburg
Erich Ludendorff
Manfred von Richthofen
Jules Verne
Bertha von Suttner
Ignacy Mielżyński
Jan Czochralski
Charles de Gaulle
Stanisław Przybyszewski
Witkacy
bracia Jerzy, Bohdan, Wacław i Witold Hulewiczowie
Stanisław Kubicki
Artur Maria Swinarski
August Zamoyski
Lili Palmer
Walt Disney
Marlena Dietrich
Josef von Sternberg
Feliks Dzierżyński
Bogdan Ronikier
Józef Dowbor-Muśnicki
Józef Haller
Józef Piłsudski
Wojciech Trąmpczyński
Wojciech Korfanty
Jarogniew Drwęski
Stanisław Wachowiak
Władysław Anders
Arkady Fiedler
Zdzisław Grot
Stanisław Kierbedź
Heliodor Święcicki
Wiktor Dega
Józef Kostrzewski
Józef Rivoli
Bronisław Niklewski
Antoni Pacyński
Klementyna Śliwińska
Maria Śleżańska
Lucyna Ćwierczakiewiczowa
- i wiele, wiele innych.
Wszystkie co do jednej pojawią się na kartach tej historii.
DO KLIO
O Muzo! Przywróć pamięć tego, co było, pozostawiając nam, żyjącym, swój
ślad. Daj mi moc wyobraźni, abym mógł wywołać duchy ludzi, co tu byli i żyli. I dać zaszczytne, acz prawdziwe o nich pojęcie.
Że pierwsze miejsce przypada w tej księdze Poznańskiemu i Wielkopolsce,
bierze się stąd, iż na uprzywilejowaną ową ekspozycję ziemia ta i jej
mieszkańcy absolutnie zasługują. Choć nie wszyscy doprawdy o tym w Polszcze wiedzą. Czyja to wina? Samych Wielkopolan, prawda, ale także
pisarzów i uczycieli naszych, których z niewieloma tylko wyjątkami nie
stać było na trud i wysiłek gruntownego przestudiowania i barwnego
opowiedzenia przebogatej frapującej historii tego regionu.
Ale, ale... Skąd nagle frapująca? Raczej całkiem zwykła i niepozorna na
tle innych. Że przez to nieciekawa? Ejże! Zależy, jak na to spojrzeć i w jakich ramach zawrzeć szerszy obraz tego, co było. Rozpostarcie
wielobarwnego gobelinu minionych wydarzeń ukazujące galerię ich
uczestników zmienia bardzo wiele.
* * *
Saga historyczna to taki gatunek, w którym każda z postaci zasługuje na
osobną powieść o sobie, a całość - z nimi wszystkimi włącznie - tworzy
misterny kobierzec przeszłości.
Poznań? Wielkopolska? Ich minione dzieje? Malownicze? Barwne?
Przebogate? Bez przesady. Ludzie tu zwyczajni, nijacy i bezbarwni dla
niewprawnego oka i ucha. Gdzie u nich miejsce na coś nadzwyczajnego?
Styl życia skromny, przyzwoity, niechętny wszelkim ekstrawagancjom.
Wszak prawda, że utracjusz poznański to zjawisko niewyobrażalne.
Mieszkańcy rodem stąd od pokoleń dalecy są od zbytków, nie mają lekkiej
ręki do pieniędzy, unikają szastania i sadzenia się. Nie znoszą
marnotrawstwa, zgoła niepodobni do swych warszawskich sióstr i braci - z rezerwą dla ich rozrzutności, szerokiego gestu i "fantazji". Żyją po
cichu, bez rozgłosu: uczciwie i poczciwie. Wyposażeni przez własne
dzieje darem trwania i darem rzetelności.
O czym tu pisać? Nie bardzo zresztą się starano. Czy to jest epicki
temat na sagę? Ależ tutaj przez wieki nic przecie ważnego się nie
wydarzyło - jak powszechnie od dawna wiadomo. Sami Wielkopolanie ledwie
co słyszą w szkołach o sobie. Więcej o myszach i Popielu niż o tych,
którzy w cieniu Mysiej Wieży tyle dla Polski nad Wartą, Prosną, Notecią,
jak też nad Wisłą, Niemnem, Dniestrem i wieloma innymi rzekami dawno
temu zdziałali.
Cokoły, spiże, rocznice, wiązanki i wieńce to za mało. O tych zarówno
zwyczajnych, jak niezwykłych ludziach, o mnogich zasługach dla kraju,
które niegdyś położyli, pamięta się tylko od wielkiego dzwonu, a i to
nie zawsze. Spoczęli w ziemi na wieki: głęboko. Gryząco boleśnie
spowszednieli. Pisać o nich, wydobywać spod nagrobnej płyty, krążyć
wokół pomników, ekshumować tych, co odeszli, ożywiać na nowo - daremne
staranie. Choć, bądźmy sprawiedliwi, próbowano - nie raz i nie dwa.
Zdarzały się i nadal zdarzają chwalebne wyjątki. Wyjątki, powiadam.
Dobre i to.
* * *
Mit Wielkopolski współtworzą ludzie, którzy tu kiedyś żyli i działali -
kobiety i mężczyźni, każda i każdy z nich na swoim polu i na własną
miarę. Im tedy jest poświęcona ta księga. Nieświadomość powszechna tego
wszystkiego, co zrobili niegdyś dla Polski i czego dokonali w swych
dziejach Wielkopolanie, pozostaje po dzień dzisiejszy niezrozumiale
wielka.
Dodajmy zaraz - ab extra et ab intra. Nie tylko w dumnych z siebie
Warszawie czy Krakowie, co jeszcze można od biedy próbować jakoś
usprawiedliwić, ale i nad samą Wartą, Notecią, Obrą, Nielbą, Prosną, na
rodzimej niwie i w tutejszych domach, czego pojąć i zaakceptować nie
sposób.
Czy Polska na tym traci? Jeszcze jak! Traci więcej, niż sądzi. Nie wolno
nam tego stanu dłużej bagatelizować. Kto ma to zmienić, jak nie my sami
po wielu latach grobowej zaiste ciszy?
Nic na kredyt. Na dane słowo, owszem. Kontrakt pokoleń, choć nigdy
niespisany, prawowicie zawarty, obowiązuje po równo. Dłużnik i wierzyciel. Wierzyciel i dłużnik. Oni nam - my im. Rzecz się dokonała.
Słowo się rzekło. Nikt nie śmie go cofnąć. Płatności przekazywane
sumiennie. Dług tych, co byli, i tych, co przyszli po nich - wzajemny,
czas wyrównuje, należność wprzódy uiściwszy. Saga nie ma końca. Tam,
gdzie się kończy, zaczyna się jej następny rozdział i dalszy ciąg.
* * *
Wielkopolanie. Poznańczycy. Im dłużej studiuję i na wspólny pożytek
odkrywam ich losy, tym bardziej zachodzę w głowę, ile zapomniano, ilu
rzeczy dzisiaj nie wiemy, ile spraw ważnych i wątków mniej ważnych
zniknęło w mroku dziejów, przepadło na zawsze, nie doczekawszy się
wyświetlenia. Jak wiele z tej gęsto tkanej materii zdążyło się
wystrzępić, ile w niej zblakło i wypłowiało.
Cóż wtedy począć? Jak ową cenną tkaninę naprawić? Gdzie znaleźć i na
powrót odzyskać to, czego w niej brakuje? Doprawdy nie ma żadnego
sposobu? A od czegóż apokryf? Od czego magiczna moc wyobraźni? Wierzcie
mi, da się tę misterną całość na powrót wypełnić i wysłowić!
* * *
Podług mego przekonania autorowi przysługuje zbójeckie, czy jak kto woli
kaduczne, prawo po swojemu zmyślać i konfabulować, byle tylko nie
naruszał wystrzałami swej fantazji twardych murów tego, co przeszłość z kamienia faktów zbudowana niegdyś wzniosła.
Historyk ma łatwiej o tyle, że zajmuje się w swym dziele tylko realnymi
postaciami i zdarzeniami. Pisarz historyczny bierze na siebie trzykroć
cięższe zadanie. Po pierwsze - podobnie jak historyk też mocno trzyma
się materii zdarzeń i opisu dziejów rzeczywistych osób. Po wtóre -
powołuje do życia figury fikcyjne, czego historykowi czynić nie wolno, a jemu owszem, tak. Każe im istnieć na kartach, by utkać i móc rozpostrzeć
z ich udziałem opowieść o minionych dziejach, dopełniając pozbawiony
ostrości widzenia obraz minionego czasu.
Po trzecie wreszcie - i to robota najtrudniejsza - złączyć musi jedne
postaci z drugimi, czyniąc ich zejście się i współobecność na tych
kartach nie czczą paradą, lecz spotkaniem prawdziwie użytecznym dla
opisywanych zdarzeń po to, by figury te wspólnie dały świadectwo
przeszłości.
Tamci, przodkowie i antenaci nasi, już na wieki zamilkli. My,
współcześni, nie tylko jesteśmy od nich na co dzień daleko. Brak nam
osobistego przekonania, że w zabieganych czasach naszej teraźniejszości,
skłonnych raczej pomijać przeszłość, niż do niej powracać, każda z tych
osób - jak rzadko kto - warta jest zbiorowej pamięci, zwłaszcza gdy
odpomnieć i zważyć ich osobiste zasługi godne barwnej o nich opowieści.
Pracowitość, cichość, skromność nigdy nie bywają malownicze. Zwycięskie
powstanie stokroć gorzej się przedstawia od ran poniesionej klęski. Spiż
jaki odlać i na cokole postawić, owszem, odsłonić w okrągłą rocznicę - z akompaniamentem fanfar, czemu nie. Już się robi. Ale pamiętać o ich
rozwadze, powściągliwości, roztropności, o codziennym bezimiennym
trudzie, o wytężonej pracy dla ogółu? Gdzie tu miejsce na tragizm, na
żałobne łzy i westchnienia, na ideał daremnej śmierci za ojczyznę, na
poczty, dekoracje sztandarów, werble, salwy i apel poległych.
To inni, nie my przecie, ledwie obecni, skromni, cisi nadwarcianie, mają
święte prawo do legendy, do mitu rozpostartego nad poniesioną niegdyś
klęską, do pamięci złożonej pod cmentarnym kamieniem i krzyżem. Do
memoriału wygłoszonego pod kolejnym pomnikiem i kopca usypanego na
cześć. Nie zaś pamięci, której najbardziej nam trzeba: wielowymiarowej:
szerszej i żywszej niż wyprane z dawnych kolorów, zasuszone jak liść w zakurzonej księdze, tablica nagrobna czy lada notka o kimś, ujęta w suche jak wiór hasło z encyklopedii.
* * *
Weźmy tamto powstanie. Rok 1918 i 1919. Wiemy, wiemy... Trzeba brać sprawy
w swoje ręce. Piłsudski wraca z Magdeburga do Warszawy, Poznańskie,
ciągle pod pruskim zaborem, dla niego się nie liczy. Ważne są wschodnie
krańce: Wilno, Grodno, Brześć Litewski, Lwów, Żytomierz, Stryj,
Bobrujsk, Krzemieniec, Poczajów, słupy nad Dźwiną, Dniestrem, Styrem,
owszem. A tutaj? Co z nami? Jeszcze Polska nie zginęła. Odrodzona po
wiekach Polska ma się obyć bez Wielkopolski?
Próbujemy sami. Czekamy z bronią u nogi. Mijają tygodnie, zbliża się
koniec grudnia. Triumfalny nocny przyjazd Paderewskiego do Poznania,
manifestacja przed Bazarem, pierwsze strzały, pierwsi polegli Antoni
Andrzejewski, Franciszek Ratajczak; pierwszy dowódca major Taczak,
Naczelna Rada Ludowa, zdobyta Ławica; przysłany z Warszawy generał
Dowbor-Muśnicki, sprawny organizator, Armia Wielkopolska. Naród sobie.
Dzielna wiara. Ciężko, bardzo ciężko. Dwa miesiące walk. Ponad dwa
tysiące poległych. Zażarte boje nie tylko o Poznań, o każde z tutejszych
miast, każde miasteczko, o każdą wieś, z tak ogromnym poświęceniem i trudem odzyskaną ojczystą miedzę zagarniętą ongiś przez Prusaka.
A w trakcie tego wszystkiego zarówno przed Trewirem, jak i długo po nim
rosnące obawy o jutro. Co z nami będzie? Co jeśli przegramy? Niemcy już
się otrząsnęli, ani myślą odpuścić, zbierają siły, szykują się do
wielkiej kontrofensywy. Kto nam pomoże? Ciągła niepewność, gorycz
osamotnienia. W starciu z potężną armią, z Heimatami, Freikorpsami i Grenzschutzem zdani jedynie na siebie. Kto wie, jakby to się skończyło,
gdyby nie Foch1?
Gdzie tu miejsce na mit? Aby się zrodził,
trzeba klęski. Samo powstanie, gdyby wtedy upadło, byłoby jedną więcej
przegraną i upadkiem nadziei. Ważne - jeszcze jak ważne! - że okazało
się zwycięskie. Że coś się udało, że wygraliśmy je, choć tylko my sami,
i nikt inny, wierzyliśmy, że w końcu zwyciężymy, że własnymi siłami
zdołamy utrzymać i obronić to, co z tak olbrzymim trudem zostało
wywalczone w pierwszych tygodniach.
Zryw powstańczy. Mozół upartego trwania. Żadnych szaleńczych szarż,
traconych redut, spektakularnych klęsk, samobójczych wysadzeń otoczonej
przez wroga twierdzy. Nawykły do takich przedstawień pisarz historyczny
nie znajdzie w tym dla siebie natchnienia. Jakkolwiek by patrzeć - i z ogólniejszej perspektywy, i w szczegółach - wyłania się coś mało
ciekawego.
* * *
Szkoda gadać, lepiej będzie opowiedzieć. Ludzie potrzebują opowiadania.
Potrzebują go wszyscy. I młodzi, i starsi, i ci bardzo starzy też. Pod
jednym warunkiem, że to opowiadanie mówi coś naprawdę ważnego o nich
samych. Wystarczy rzecz zacząć owym zaklęciem "pewnego razu..." i reszta
potoczy się sama? Nie tak prosto.
Opowieść o czasie przeszłym kryje w sobie przepotężną siłę. Słowa i obrazy, z których się ona składa, z czarodziejską mocą ukazują nadzieje,
marzenia, pragnienia, lęki, fantazje, niespełnienia, zarówno to, co
było, jak to, co mogło być, choć się realnie nie wydarzyło.
Autor powieści historycznej zmyśla, zmyśla na potęgę. Takie jego dobre
prawo. Odtwarza i przetwarza - opisując i po swojemu ukazując,
przeistacza zarówno tamtą minioną, jak i tę dzisiejszą rzeczywistość.
Odsłania i nadaje jej sens, odkrywa znaczenia. Nie tylko odkrywa,
przydaje też od siebie. Konfabulując i snując własną wersję zdarzeń, co
rusz mija się z prawdą, która biegnie tuż obok. Jednak nie powinien
nigdy kłamać, to znaczy dawać swoim łgarstwem fałszywego świadectwa i sprzeniewierzać się przeszłości.
* * *
Długo by mówić, czemu nadwarciańskie dzieje i ci, którzy - żyjąc tutaj
cicho i skromnie - tyle dobrego uczynili niegdyś swą pracą dla walczącej
o swoją niepodległość Polski, zepchnięci w cień ustępują miejsca
Soplicom, Wołodyjowskim, Kmicicom, Olbromskim, Cedrom i Bohatyrowiczom.
Czyżby to, co się działo i stało niegdyś w Poznańskiem, nie było w ogóle
tematem godnym niczyjej uwagi i pisarskiego wysiłku? Padło pytanie,
trzeba będzie na nie odpowiedzieć.
Istotnie, na tle szwedzkiej kolubryny wysadzonej pod murami Jasnej Góry,
trzech łbów pohańców zerwanych Zerwikapturem Podbipięty albo mocarza
Ursusa ratującego omdlałą Ligię od śmierci na arenie - taka na przykład
nowela Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela wypada całkiem nijako i blado.
By jednak zadośćuczynić sprawiedliwości... Był przecie niegdyś jeden autor
znamienity, który dał coś arcypoznańskiego. To Prus ze swoim Wokulskim i Rzeckim. Obie figury, choć o tym ni słowa w powieści się nie mówi, jakby
żywcem wyjęte duchowo z tego, co nam Wielkopolanom bliskie. Z ich
pracowitą codziennością i cichym dramatem niespełnienia włącznie.
* * *
Dobro samo się chwali? Wątpię, nie wierzę w coś takiego. Istnieją
rozliczne dowody, że wcale nie. Nawet największe - samo się nie
pochwali. Zwłaszcza gdy ciche, skromne, pracowite i - jak niegdyś Michał
Drzymała - za nic nie pragnie rozgłosu i stroni od niego. Radość
zwykłego żywota. Jakiż to żywot? Boleśnie powszedni, powtarzam, i spieszę zaraz dodać: szczęśliwie powszedni.
Wielkopolska, Poznań: świat zanurzony w prozie, w przyziemnej
zwyczajności. W życiodajnym osoczu tej, co tu wiele mówić, nadzwyczajnej
zwykłości. Jak się tu żyje? Mieszkańcy tych stron od pokoleń wiedzą jak.
Spytajcie ich samych, jest pewne, że usłyszycie: no jak, zwyczajnie.
* * *
Czy ja ten świat znam? Trudne pytanie, ale nie uchylę się od odpowiedzi.
Próbowałem poznać, lecz znam go nie tak, jakbym sobie tego życzył.
Badałem jednak wszystko, co się z nim łączy, badałem przez lata
sumiennie i z należną uwagą. Dziś bez fałszywej skromności mogę już
powiedzieć, że kto wie, może znam całkiem nieźle.
Z rosnącą ciekawością sięgam do tego, co tu się niegdyś wydarzyło, po
amatorsku niespiesznie studiuję, jeden po drugim odkrywam sobie losy
różnych niezwykłych zwykłych ludzi i sprawy, którymi ludzie ci niegdyś
żyli. Na nowo próbuję odnaleźć, dociec, przeniknąć, zapisać ów miniony
świat. Niby sporo o nim wiadomo, a przecież nieustannie czymś nie tylko
mnie zaskakuje. Inni też go znają i też ich potrafi zaskoczyć.
* * *
Codzienność i proza ludzkiego życia nas ogranicza, przytłacza, separuje,
rozbija na kawałki i oddzielne fragmenty. Pewnego dnia zamyka się wieko
i nie ma kogoś wśród żywych. Kogoś, kto wart był uwiecznienia nie tylko
w matowych ramkach na starej fotografii. Historie o zwykłych
Wielkopolanach i ich niezwykłych czynach pozwalają głębiej rozumieć i ujrzeć człowieka pełniejszym i większym, niż jest naprawdę.
Mity wiodą żywot autonomiczny. Nie wiemy, czym były, czym są, dokąd
prowadzą i co w istocie znaczą. Nie panujemy nad nimi, to one panują nad
naszym życiem i jak tarnina na polach zbiorowej pamięci wyrastają
spomiędzy nas. Aby wiatr po polach nie hulał i ziemi nie wyjaławiał.
Żyjemy razem z nimi i odchodzimy na zawsze - wiedząc i wierząc, że nas
przeżyją, bo okazuje się, że wydobyte na powierzchnię posiadają moc
długiego trwania.
Najciekawiej dzieje się na styku prawdy i zmyślenia. Tam, gdzie jedno
zbiega się z drugim i z nim splata, tocząc odwieczną potyczkę o prymat i spór o wiarygodność. Legendy niosą. Unoszą ponad czasem ludzkie życie.
Opowiedz, pokaż mi twoją historię, a powiem ci, kim jesteś. Czy
naprawdę? A któż to może wiedzieć? Kto potwierdzi, że tak? Kto
rozstrzygnie, która nić skąd biegnie i ile w niej wspomnienia, a ile
realnej rzeczywistości?
* * *
Wszelkie mity wyrastają z ludzkich pragnień i marzeń, lecz swój początek
biorą z opowieści o tym, co realne - co się ongiś zdarzyło. To ich
kanwa. Sama kanwa jednak to za mało. Nie wystarczy. Mityczne czyny i opowieści tka się z materii niezwykłej - z tego, co pozwala człowiekowi
istnieć inaczej, pełniej - z porywów i uniesień nadrealności. Taka jest
natura każdego mitu.
Mythos, jakkolwiek byłby fantastyczny, nie bierze się z powietrza i nie plecie sam z siebie, musi z czegoś brać swą osnowę. Realność
istnienia mitu okazuje się jego koniecznym przypisaniem do konkretu,
życiodajnym gruntem. Przędzą. Nie da się go utkać z niczego, z czystego
zmyślenia. Co jednak zrobić wtedy, gdy przędza całkiem zwyczajna? Da
się! Tylko nie trzeba zanadto cudować, jak mówią w tych stronach.
Poezja była tutaj zawsze rzemiosłem, rodzajem talentu i fachu, jak
kunszt ślusarza, kołodzieja, stroiciela instrumentów czy złotych rąk
chirurga. Wielkopolanie z natury swej bywają mocno przywiązani do prozy,
przez co uchodzą za ludzi przyziemnych. To ich zaleta, nie wada czy
słabość. Dosłownie i w przenośni zawsze trzymali się ziemi. Bo też to
było od wieków zwykłe zbiorowe życie, choć wiele w nim niezwykłych
postępków, dokonań i czynów. Czy to znaczy, że się na mit nie nadają?
Niby dlaczego? Bo są zwykłe? Skądże! Nieprawda, nadają się. Ze zwykłej
przędzy epos też może powstać, pod warunkiem że zostanie właściwie
użyta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ferdinand Foch (1851-1929), marszałek Francji, należał do elity najważniejszych dowódców francuskich w I wojnie światowej. Przyjazny Polakom. W lutym 1919 w Trewirze podyktował Niemcom kategoryczne warunki kapitulacji i żądanie bezwzględnego zaprzestania działań militarnych przeciw Polsce. Dzięki postanowieniom traktatu wróciły do Polski między innymi: Chodzież, Leszno, Rawicz, Kępno, Nakło, Zbąszyń, Bydgoszcz, Toruń, Chełmno, Chełmża i Grudziądz. 5 lutego 1921 w Akademii Wojskowej Saint-Cyr pod Paryżem Józef Piłsudski odpiął własny krzyż Virtuti Militari i udekorował nim Focha. 13 kwietnia 1923 otrzymał tytuł i buławę marszałka Polski. Doktor honoris causa Uniwersytetu Poznańskiego (1923). W centrum przedwojennego Poznania nazwano jego imieniem dzisiejszą ulicę Głogowską, jedną z głównych arterii miasta. [wróć]