Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Zegar wybił drugą trzydzieści. W małym biurze na zapleczu księgarni pana
McKechniego Gordon Comstock, ostatni członek rodziny Comstocków, lat
dopiero dwadzieścia dziewięć, ale już nieco zużyty, rozsiadł się po
drugiej stronie stołu, otwierając i zamykając kciukiem paczkę papierosów
Player's Weights za cztery pensy.
Ding-dong innego, odległego zegara - z pubu "Pod Księciem Walii", po
drugiej stronie ulicy - przecięło nieruchome powietrze. Gordon z pewnym
wysiłkiem usiadł prosto i schował papierosy do wewnętrznej kieszeni.
Miał straszną ochotę zapalić. Jednak zostały mu tylko cztery papierosy.
Dziś była środa i do piątku nie ma co liczyć na dopływ gotówki. Obejście
się bez tytoniu tego wieczoru i jutro przez cały dzień będzie cholernie
bolesne.
Poirytowany wizją jutrzejszych godzin bez papierosów, wstał i ruszył w stronę drzwi - wątła postać o kruchej budowie i niespokojnych ruchach.
Marynarkę miał wytartą na prawym łokciu i brakowało w niej środkowego
guzika; flanelowe spodnie ze sklepu miał poplamione i zdefasonowane. Z daleka widać też było, że buty wymagają wymiany fleków.
Kiedy wstał, pieniądze zabrzęczały w kieszeni spodni. Znał dokładnie
sumę, jaka tam była. Pięć i pół pensa - dwa pensy, pół pensa i trzypensówka. Zatrzymał się, wyjął nieszczęsną trzypensówkę i spojrzał
na nią. Cholerna, bezużyteczna rzecz! Ależ z niego cholerny głupiec, że
ją wziął! Stało się to wczoraj, kiedy kupował papierosy.
- Nie ma pan nic przeciwko trzypensówce, prawda, proszę pana? -
zaćwierkała mała suka sprzedawczyni.
I oczywiście się zgodził: - O nie, absolutnie nie! - odparł. Co z niego
za głupiec!
Zrobiło mu się słabo na myśl, że ma na świecie tylko pięć i pół pensa, z których trzech nie można było nawet wydać. Bo jak można coś kupić za
trzy pensy? To nie moneta, to odpowiedź na pytanie. Wyglądasz jak
głupiec, kiedy wyciągasz ją z kieszeni, chyba że wśród całej garści
innych monet. "Ile?" - pytasz. "Trzy pensy" - odpowiada sprzedawczyni. A potem macasz całą kieszeń i wyławiasz tę absurdalną małą rzecz, samą
jedną, przyczepioną do czubka palca niczym żeton. Sprzedawczyni kręci
nosem. Od razu zauważa, że to twoje ostatnie trzy pensy. Widzisz, jak
szybko na nią zerka, zastanawiając się, czy nie przywiera do niej
jeszcze kawałek świątecznego puddingu. A ty wychodzisz z zadartym do
góry nosem i nigdy więcej nie wrócisz do tego sklepu. Nie! Nie wydamy
naszej trzypensówki. Pozostało dwa i pół pensa - dwa i pół pensa do
piątku.
Była to samotna poobiednia godzina, kiedy można było spodziewać się
niewielu klientów albo nawet nikogo. Był sam na sam z siedmioma
tysiącami książek. Małe ciemne pomieszczenie, cuchnące kurzem i zbutwiałym papierem, było wypełnione po brzegi książkami, w większości
starymi i nienadającymi się do sprzedaży. Na górnych półkach pod sufitem
leżały po bokach stosy starych encyklopedii w formacie quarto, niczym
wielopoziomowe trumny w grobowcach. Gordon odsunął niebieskie, zakurzone
zasłony, które służyły za drzwi do sąsiedniego pokoju. Ten, lepiej
oświetlony, mieścił wypożyczalnię. Była to jedna z tych bibliotek "za
dwa pensy bez kaucji", uwielbianych przez złodziei. Nie było w niej
oczywiście żadnych książek poza powieściami. I to jakimi! Ale to też
było rzeczą oczywistą.
Osiemset powieści wypełniało pokój z trzech stron, sięgając sufitu, w rzędach jaskrawych podłużnych grzbietów, jakby ściany zbudowano z różnokolorowych cegieł ułożonych pionowo. Ułożono je alfabetycznie.
Arlen, Burroughs, Deeping, Dell, Frankau, Galsworthy, Gibbs, Priestley,
Sapper, Walpole. Gordon patrzył na nie z apatyczną nienawiścią. W tej
chwili nienawidził wszystkich książek, a najbardziej powieści. Okropnie
było mu myśleć o tych wszystkich rozlazłych, niedowarzonych śmieciach
zebranych razem w jednym miejscu. Pudding, pudding na łoju. Otaczało go
osiemset kawałków puddingu - krypta z kamienia puddingowego. Ta myśl
była przytłaczająca. Przeszedł przez otwarte drzwi do frontowej części
sklepu. Po drodze przygładził włosy. Był to już odruch. W końcu za
szklanymi drzwiami mogą być dziewczyny. Gordon nie wyglądał imponująco.
Miał zaledwie sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, a ponieważ
jego włosy były zwykle za długie, sprawiał wrażenie, jakby głowa była
trochę za duża w stosunku do reszty ciała. Był zresztą świadom swojego
niskiego wzrostu. Kiedy wiedział, że ktoś na niego patrzy, prostował
sylwetkę, wypinał pierś, przybierał pogardliwą minę, która od czasu do
czasu zwodziła prostych ludzi.
Na zewnątrz nie było jednak nikogo. Frontowe pomieszczenie, w przeciwieństwie do reszty sklepu, było eleganckie i wyglądało wręcz
wytwornie. Mieściło się w nim około dwóch tysięcy książek, nie licząc
tych na witrynie. Po prawej stronie znajdowała się przeszklona gablota,
w której trzymano książki dla dzieci. Gordon odwrócił wzrok od
obrzydliwej obwoluty w stylu Rackhama1: elfickie dzieci
pląsające niczym Wendy po polanie dzwonków. Wyjrzał przez szklane drzwi.
Paskudny dzień i wzmagający się wiatr. Niebo było ołowiane, bruk ulicy
śliski. Był dzień świętego Andrzeja, trzydziesty listopada. Sklep
McKechnie'go stał na rogu, na czymś w rodzaju nieforemnego placu, w którym zbiegały się cztery ulice. Po lewej stronie rósł wielki wiąz,
teraz bezlistny, a jego niezliczone gałązki tworzyły na tle nieba
koronkę koloru sepii. Naprzeciwko, obok pubu "Pod Księciem Walii", stały
wysokie tablice z reklamami suplementów diety i leków. Galeria
potwornych lalkowatych twarzy - różowych, bezmyślnych, pełnych
głupkowatego optymizmu. Sos Q.T., płatki śniadaniowe Truweet ("Dzieciaki
domagają się płatków śniadaniowych"), burgund Kangur, czekolada
Vitamalt, Bovex. Z tego wszystkiego reklama bovexu dręczyła Gordona
najbardziej. Urzędniczyna w okularach, o szczurzej twarzy, z napomadowanymi włosami, siedzi przy kawiarnianym stoliku i szczerzy się
nad białym kubkiem bovexu. "Narożny stolik lubi bovex", głosił podpis.
Gordon spojrzał nieco bliżej. W zakurzonej szybie ujrzał odbicie własnej
twarzy. Niezbyt piękny widok... Nie miał jeszcze trzydziestki, a już taką
zniszczoną twarz. Bardzo bladą, z gorzkimi, nieusuwalnymi zmarszczkami.
Jak to ludzie mówią: z "dobrym" czołem - to znaczy wysokim - ale małym
spiczastym podbródkiem, tak że twarz jako całość miała kształt raczej
gruszki niż owalu. Zaniedbane włosy mysiego koloru, usta wykrzywione,
oczy piwne przechodzące w zieleń. Znów popatrzył w dal. Nienawidził
luster.
Na zewnątrz wszystko było ponure i zimowe. Tramwaj, jak ryczący stalowy
łabędź, ślizgał się z jękiem po bruku, a za nim wiatr zmiatał szczątki
zdeptanych liści. Gałązki wiązu wyginały się pod wpływem wiatru na
wschód. Plakat reklamujący sos Q.T. był rozdarty na krawędzi; wstążka
papieru powiewała niespokojnie jak mały proporzec. Również w bocznej
uliczce po prawej stronie, nagie topole rosnące wzdłuż chodnika uginały
się ostro pod wpływem wiatru. Paskudny, przenikliwy wiatr. Pobrzmiewała
w nim groźna nuta, pierwszy pomruk gniewu zimy. W umyśle Gordona z trudem rodziły się dwie linijki wiersza:
Wicher - na przykład groźny wicher? Nie, lepiej srogi wicher. Srogi
wicher dmie - nie, powiedzmy, srogi wicher dmąc ugina. Topole - może
gibkie topole? Nie, lepiej giętkie topole.
Asonans podwójny pomiędzy gibkie i srogie? Nic nie szkodzi. Giętkie
topole, obnażone. Dobrze.
Srogo wicher dmąc ugina
Giętkie topole, obnażone.
Nieźle. "Obnażone" łatwo się rymuje, jednak zawsze pozostaje "giętkie",
do którego każdy poeta od czasów Chaucera usiłuje znaleźć rym.
Natchnienie zamarło jednak w umyśle Gordona. Obrócił monety w kieszeni.
Dwa i pół pensa i trzypensówka - dwa i pół pensa. Jego umysł był
ociężały od nudy. Nie radził sobie z wersyfikacją i przymiotnikami. Nie
da rady, mając tylko dwa i pół pensa w kieszeni.
Jego oczy ponownie skupiły się na plakatach naprzeciwko. Miał swoje
prywatne powody, by ich nienawidzić. Odczytał mechanicznie slogany.
"Burgund Kangur - wino dla Brytyjczyków", "Astma ją dusiła!", "Sos Q.T.
sprawia, że mężulek się uśmiecha", "Wędruj przez cały dzień z tabliczką
Vitamaltu!", "Gruby tytoń - papieros dla światowych mężczyzn",
"Dzieciaki domagają się płatków śniadaniowych", "Narożny stolik lubi
Bovex".
Oho! Klient - w każdym razie potencjalny klient. Gordon zesztywniał.
Stojąc przy drzwiach, miał widok na przestrzeń przed wystawą, samemu nie
będąc widzianym. Przyjrzał się potencjalnemu klientowi.
Przyzwoity mężczyzna w średnim wieku, w czarnym garniturze, meloniku, z parasolem i teczką - prowincjonalny radca prawny lub urzędnik miejski -
zerkający na wystawę dużymi jasnymi oczami. Wyglądał na grzesznika.
Gordon podążył za jego wzrokiem. Ach! Więc to o to chodzi! W odległym
kącie wywęszył pierwsze wydania D.H. Lawrence'a. Tęsknił za odrobiną
sprośności, oczywiście. Słyszał coś o Lady Chatterley. Ma złą twarz,
pomyślał Gordon. Blada, ciężka, opuchnięta, o złych konturach.
Walijczyk, sądząc po wyglądzie... W każdym razie na pewno protestant. W kącikach ust miał worki charakterystyczne dla sekciarzy. W domu zapewne
przewodniczący lokalnej Ligi Czystości lub Nadmorskiego Komitetu
Czujności (wypatruje całujące się pary na plaży, w butach na gumowych
podeszwach i z latarką w dłoni), a teraz folguje sobie w mieście. Gordon
zapragnął, żeby wszedł. Sprzeda mu egzemplarz "Zakochanych kobiet". Ale
by się nadział!
Jednak nie! Walijczyk zrezygnował. Wsunął parasol pod pachę i ruszył
dalej, cnotliwie pokazując plecy. Ale bez wątpienia dziś wieczorem,
kiedy ciemność ukryje jego rumieńce, wślizgnie się do jednego z gabinetów masażu i kupi "Harce w paryskim klasztorze" autorstwa Sadie
Blackeyes.
Gordon odwrócił się od drzwi i wrócił do półek z książkami. Na półkach
po lewej stronie od wyjścia z biblioteki, trzymano nowe i prawie nowe
książki - plama jasnych kolorów, która miała przyciągać wzrok każdego,
kto spojrzy przez szklane drzwi. Ich gładkie, nieskazitelne grzbiety
wręcz wzdychały do klienta. "Kup mnie, kup mnie!" - zdawały się mówić.
Powieści prosto z drukarni - jeszcze niesplamione panny młode
wzdychające do noża do papieru, żeby je rozdziewiczył - i egzemplarze
recenzenckie, jak młode wdówki, wciąż kwitnące, choć już nie dziewicze,
a tu i ówdzie, w zestawach po pół tuzina, te żałosne stare panny,
"remanenty", wciąż strzegące, nie tracąc nadziei, swego długo
zachowanego dziewictwa. Gordon odwrócił wzrok od "remanentów".
Przywoływały złe wspomnienia. O jedynej, nędznej książeczce, którą sam
opublikował dwa lata temu, i która sprzedała się dokładnie w stu
pięćdziesięciu trzech egzemplarzach, po czym została "remanentem", i nawet jako "remanent" się nie sprzedała. Minął nowe książki i zatrzymał
się przed półkami, które biegły do nich prostopadle i zawierały więcej
używanych książek.
Po prawej stronie stały półki z poezją. Przed nimi była proza,
różnorodna mieszanka. Zostały posegregowane pionowo, od czystych i drogich na poziomie oczu, do tanich i obskurnych na górze i na dole. We
wszystkich księgarniach toczy się zaciekła walka o byt, w której dzieła
żyjących autorów ustawia się na poziomie oczu, a te zmarłych wznoszą się
lub spadają - do otchłani lub ku niebiosom, ale zawsze z dala od miejsc,
w których byłyby zauważalne. Na dolnych półkach po cichu gniły
"klasyki", wymarłe potwory epoki wiktoriańskiej. Scott, Carlyle,
Meredith, Ruskin, Pater, Stevenson - z trudem można było odczytać
nazwiska na szerokich, zaniedbanych grzbietach. Na najwyższych półkach,
prawie poza zasięgiem wzroku, spały pulchne biografie książąt. Poniżej,
nadal nadająca się do sprzedaży, a zatem umieszczana w zasięgu ręki,
znajdowała się literatura "religijna" - wszystkie sekty i wszystkie
wyznania, zebrane bez wyjątku razem. "Tamten świat", pióra autora
książki "Dotknęły mnie ręce ducha". "Życie Chrystusa" dziekana Farrara.
"Jezus pierwszym rotarianinem". Najnowsza książka księdza Hilaire'a Chestnuta propagująca katolicyzm. Religia zawsze się sprzedaje, pod
warunkiem, że jest wystarczająco ckliwa. Poniżej, dokładnie na wysokości
oczu, znajdowały się współczesne rzeczy. Najnowszy Priestley. Rozkoszne
małe książeczki z przedrukowanymi "średniakami". Pocieszający "humor"
Herberta, Knoxa i Milne'a. Również niektóre rzeczy z wyższej półki.
Jedna lub dwie powieści Hemingwaya i Virginii Woolf. Eleganckie,
lekkostrawne biografie w stylu Stracheya. Snobistyczne, wyrafinowane
książki o uznanych malarzach i poetach, napisane przez tych zamożnych
młodych typków, którzy z takim wdziękiem przebijają się z Eton do
Cambridge, a z Cambridge do pism literackich.
Gordon mętnymi oczami wpatrywał się w ścianę książek. Nienawidził ich
wszystkich: starych i nowych, intelektualnych i banalnych, nadętych i wesołych. Sam ich widok uświadamiał mu jego własną niemoc twórczą. Bo
oto był, rzekomo "pisarzem", a jakoś "pisać" nie mógł! Nie chodziło
tylko o to, że jego dzieł nie publikowano - rzecz w tym, że nie pisał
nic lub prawie nic. A całe to badziewie zaśmiecające półki - cóż,
przynajmniej istniało - było to jednak osiągnięcie. Nawet tacy Dell i Deeping wydają rocznie akr zadrukowanego papieru. Ale najbardziej
nienawidził nadętych, "kulturalnych" książek. Krytyki literackiej i literatury pięknej. Takich jak te, które te zamożne młode typki z Cambridge piszą lekką ręką - i które sam Gordon mógłby napisać, gdyby
miał trochę więcej pieniędzy. Pieniądze i kultura! W kraju takim jak
Anglia nie da się być kulturalnym bez pieniędzy, tak jak nie można
wstąpić do Klubu Kawalerzystów. Z tym samym odruchem, który sprawia, że
dziecko porusza mlecznymi chybotliwymi zębami, wyjął wyglądający na
nadęty tom "Wybrane aspekty włoskiego baroku". Otworzył go, przeczytał
akapit i wsunął z powrotem z odrazą i zazdrością zarazem. Ta
niszczycielska wszechwiedza! Ta obrzydliwa wytworność okularników! I pieniądze, które pozwalają na takie wyrafinowanie! Bo w końcu co się za
tym kryje, jak nie pieniądze? Pieniądze na odpowiednią edukację,
pieniądze dla wpływowych znajomych, pieniądze na wypoczynek i spokój,
pieniądze na wycieczki do Włoch. Pieniądze piszą książki, pieniądze je
sprzedają. Nie daj mi sprawiedliwości, Panie, daj mi pieniądze, tylko
pieniądze.
Potrząsnął monetami w kieszeni. Miał prawie trzydzieści lat i nic nie
osiągnął. Tylko ten nędzny tomik wierszy, który był kompletnym fiaskiem.
I od tamtej pory przez całe dwa lata błądził w labiryncie okropnej
książki, która nie posuwała się do przodu, i która, jak uświadamiał
sobie w chwilach jasności, nigdy się do przodu nie posunie. To brak
pieniędzy, po prostu brak pieniędzy pozbawił go siły "pisania". Trzymał
się tej wersji jak aktu wiary. Pieniądze, pieniądze, wszystko przez
pieniądze! Czy da się napisać choćby skromną nowelę bez pieniędzy, które
przyniosą natchnienie? Pomysłowość, energia, dowcip, styl, urok - za
wszystko trzeba zapłacić gotówką.
Niemniej, kiedy rozglądał się po półkach, poczuł się trochę uspokojony.
Wiele książek było wyblakłych i nieczytelnych. W końcu wszyscy płyniemy
na tej samej łodzi. Memento mori. Ciebie i mnie, i przemądrzałych
młodzieńców z Cambridge, czeka to samo zapomnienie - choć bez wątpienia
na tych ostatnich przyjdzie czekać nieco dłużej. Spojrzał na zmatowiałe
od czasu "klasyki" w pobliżu swoich stóp. Martwi, wszyscy martwi.
Carlyle, Ruskin, Meredith i Stevenson - wszyscy nie żyją, niech gniją z Bogiem. Zerknął na ich wyblakłe tytuły. "Listy zebrane" Roberta Louisa
Stevensona. Ha, ha! To ci dopiero. "Listy zebrane" Roberta Louisa
Stevensona! Ich górna krawędź była czarna od kurzu. Prochem jesteś, w proch się obrócisz. Gordon kopnął płócienny grzbiet Stevensona. Stamtąd
odzywasz się, stary? Jesteś truchłem, Szkocie.
Ding! Dzwonek sklepowy. Gordon odwrócił się. Dwie klientki do
biblioteki.
Przygnębiona, zgarbiona kobieta z niższej klasy, wyglądająca jak kaczka
węsząca wśród śmieci, wlazła do środka, grzebiąc w koszu z sitowia. Za
nią pląsała mała, pulchna kobieta, z rumianymi policzkami,
przedstawicielka klasy średniej, niosąca pod pachą egzemplarz "Sagi rodu
Forsyte'ów" - z tytułem na zewnątrz, tak by przechodnie mogli dostrzec
jej intelekt.
Gordon porzucił swój kwaśny wyraz twarzy. Powitał panie z domową,
rodzinną uprzejmością zarezerwowaną dla klientów biblioteki.
- Dzień dobry, pani Weaver. Dzień dobry pani Penn. Co za okropna pogoda!
- Straszna! - przyznała pani Penn.
Odsunął się, żeby je przepuścić. Pani Weaver przewróciła kosz i wysypała
na podłogę zniszczony egzemplarz "Srebrnego wesela" Ethel M. Dell. Pani
Penn spojrzała na niego bystrym ptasim wzrokiem. Za plecami pani Weaver
uśmiechnęła się do Gordona porozumiewawczo, jak intelektualistka do
intelektualisty. Dell! Ale dno! Książki dla plebsu!
Ze zrozumieniem odwzajemnił uśmiech. Weszli do biblioteki, uśmiechnięci
do siebie - intelektualista do intelektualistki.
Pani Penn położyła "Sagę rodu Forsyte'ów" na stole i zwróciła wróble
piersi w kierunku Gordona. Zawsze była dla niego bardzo uprzejma.
Zwracała się do niego per "panie Comstock", chociaż był tylko
sklepikarzem, i prowadziła z nim literackie dyskusje. Powstało pomiędzy
nimi masońskie porozumienie intelektualistów.
- Mam nadzieję, że podobała się pani "Saga rodu Forsyte'ów", pani Penn?
- Cóż to za absolutnie wspaniałe osiągnięcie, ta książka, panie
Comstock! Wie pan, że przeczytałam ją już czwarty raz? Jest epicka,
prawdziwie epicka!
Pani Weaver węszyła wśród książek, zbyt tępa, by zrozumieć, że są
ułożone alfabetycznie.
- Nie wiem, co wypożyczyć w tym tygodniu, no nie wiem - wymamrotała. -
Moja córka ciągle nalega, żebym spróbowała Deepinga. Uwielbia go, moja
córka. Ale mój zięć woli Burroughsa. Nie wiem, sama nie wiem.
Na wzmiankę o Burroughsie przez twarz pani Penn przebiegł skurcz.
Odwróciła się wymownie plecami do pani Weaver.
- Czuję, panie Comstock, że Galsworthy ma w sobie coś wielkiego. Jest
taki otwarty, taki uniwersalny, a jednocześnie całkowicie angielski w duchu, taki ludzki. Jego książki to prawdziwe ludzkie dokumenty.
- I Priestley też - dodał Gordon. - Myślę, że Priestley jest bardzo
dobrym pisarzem, prawda?
- Och, jest! Tak wielki, tak otwarty, tak ludzki! I taki głęboko
angielski!
Pani Weaver zacisnęła usta, chowając trzy pojedyncze żółte zęby.
- Myślę, że wezmę kolejną Dell - powiedziała. - Macie coś więcej Dell,
prawda? Muszę przyznać, że lubię dobrą lekturę Dell. Mówię do mojej
córki: "Możesz sobie zatrzymać te swoje Deepingi i Burroughsy. Daj mi
Dell" - mówię.
Ding-dong, Dell! Książęta i szpicruty! Oko pani Penn wyrażało
wyrafinowaną ironię. Gordon odpowiedział na jej sygnał. Trzymaj się z panią Penn! Dobra, stała klientka.
- Och, oczywiście, pani Weaver. Mamy całą półkę książek Ethel M. Dell.
Może chce pani "Pożądanie jego życia"? Czy już pani czytała? A "Ołtarz
honoru"?
- Zastanawiam się, czy macie najnowszą książkę Hugh Walpole'a? -
zapytała pani Penn. - W tym tygodniu mam ochotę na coś epickiego, coś
wielkiego. Walpole'a, wie pan, uważam za naprawdę wspaniałego pisarza,
jest dla mnie na drugim miejscu po Galsworthym. Ma w sobie coś
wielkiego. A jednak wciąż jest taki ludzki.
- I tak głęboko angielski - dodał Gordon.
- Och, oczywiście! Głęboko angielski!
- Myślę, że jeszcze raz wezmę "Tak jak orzeł" - powiedziała w końcu pani
Weaver. - Nigdy nie dość takich książek jak "Tak jak orzeł", co nie?
- Z pewnością cieszy się zdumiewającą popularnością - przyznał
dyplomatycznie Gordon, nie spuszczając oka z pani Penn.
- Och, zdumiewającą! - przyznała ironicznie pani Penn, nie spuszczając
oka z Gordona.
Wziął od nich po dwa pensy i pożegnał je szczęśliwe, panią Penn z "Hultajem Herriesem" Walpole'a, a panią Weaver z "Tak jak orzeł".
Wkrótce wrócił do drugiego pokoju i skierował się w stronę półek z poezją. Półki te wywoływały w nim melancholijną fascynację. Leżała tam
jego własna nędzna książka - oczywiście wysoko, wśród dzieł, których
nikt nie chce. "Myszy" autorstwa Gordona Comstocka. Nędzny mały pocket
na kancelaryjnym papierze, cena trzy szylingi i sześć pensów, teraz
zredukowana do szylinga. Z trzynastu debili, którzy ją recenzowali
("Dodatek Literacki Timesa" stwierdził, że jest "wyjątkowo obiecująca"),
ani jeden nie zrozumiał niezbyt subtelnego żartu zawartego w tytule. A w ciągu dwóch lat, które spędził w księgarni McKechnie'go, ani jeden
klient, ani jeden, nigdy nie wziął "Myszy" do ręki.
Półek z poezją było piętnaście czy dwadzieścia. Gordon spojrzał na nie
kwaśno. Prawie same niewypały. Nieco powyżej poziomu oczu, już w drodze
do nieba i zapomnienia, znajdowali się poeci z niedalekiej przeszłości,
gwiazdy jego wczesnej młodości. Yeats, Davies, Housman, Thomas, De la
Mare, Hardy. Wypalone gwiazdy. Pod nimi, dokładnie na wysokości oczu,
znajdowały się najnowsze przeboje: Eliot, Pound, Auden, Campbell, Day
Lewis, Spender. Bardzo wątpliwe przeboje. Wygasłe gwiazdy, wątpliwe
przeboje poniżej. Czy kiedykolwiek doczekamy się pisarza wartego uwagi?
Lawrence był w porządku, a Joyce jeszcze lepszy, zanim się zepsuł. A jeśli trafimy na pisarza, którego warto przeczytać, czy się na nim
poznamy, skoro przytłacza nas bezmiar chłamu?
Ding! Sklepowy dzwonek. Gordon odwrócił się. Kolejny klient.
Do księgarni wszedł pedziowatym krokiem dwudziestoletni młodzieniec o wiśniowych wargach i złocistych włosach. Najwyraźniej zamożny. Otaczała
go złota aura pieniędzy. Wcześniej bywał już w księgarni. Gordon
przybrał dżentelmeńską, służalczą postawę zarezerwowaną dla nowych
klientów. Wyrecytował zwykłą formułkę:
- Dzień dobry. Czy mogę coś dla pana zrobić? Szuka pan jakiejś
konkretnej książki?
- Och, nie, łaczej nie. - Pedziowaty głos, nie wymawiający "r". - Czy
mogę po płostu popatrzeć? Po płostu nie umiałem oprzeć się wystawie. Mam
taką słabość do księgałni! Więc po płostu wpadłem - a-psik!
Spadnij więc, pedziu. Gordon uśmiechnął się kulturalnie, jak miłośnik
książek do miłośnika książek.
- Och, proszę. Lubimy, gdy ludzie się tu rozglądają. Czy przypadkiem nie
interesuje pana poezja?
- Och, oczywiście! Uwielbiam poezję!
Oczywiście! Parszywy mały snob. Jego ubrania miały nieco artystyczny
wygląd. Gordon zdjął z półek z poezją "cienki" czerwony tomik.
- To właśnie wyszło. Może pana zainteresuje. To tłumaczenia, coś raczej
niezwykłego. Przekład z bułgarskiego.
Sprytnie. Teraz zostawię go samemu sobie. To właściwe podejście do
klientów. Nie poganiać ich, pozwolić im przeglądać przez około
dwadzieścia minut, potem się wstydzą i coś kupują. Gordon dyskretnie
podszedł do drzwi, nie wchodząc pedziowi w drogę, ale mimochodem, z jedną ręką w kieszeni, z niefrasobliwą miną właściwą dżentelmenowi.
Na zewnątrz oślizgła ulica wciąż wyglądała na szarą i ponurą. Gdzieś zza
rogu dobiegł stukot kopyt, zimny, głuchy dźwięk. Schwytane przez wiatr
ciemne słupy dymu z kominów skręcały i spływały płasko po spadzistych
dachach. Ach!
Srogo wicher dmąc ugina
Giętkie topole, obnażone.
Kominów ciemna spływa wstęga
Miotana wiatrem w mroczną stronę.
Nieźle. Ale wena go opuściła. Jego wzrok ponownie padł na plakaty po
drugiej stronie ulicy.
Chciało mu się z nich śmiać, były takie słabe, takie bez życia,
nieapetyczne. Jak mogłyby kogokolwiek skusić! Jak sukkuby2 z pryszczatymi plecami. Ale i tak go przygnębiały. Smród pieniędzy,
wszędzie smród pieniędzy. Zerknął ukradkiem na pedzia, który odszedł od
półek z poezją i wyjął dużą, kosztowną książkę o rosyjskim balecie.
Trzymał ją delikatnie między swoimi różowymi, nieuchwytnymi łapkami, jak
wiewiórka trzyma orzech, i przyglądał się fotografiom. Gordon znał ten
typ. Zamożny "artystyczny" młody człowiek. Sam nie jest artystą, ale
pasjonatem sztuki: bywalcem galerii sztuki, opowiadaczem skandali. W sumie to przystojny chłopak, mimo całej swojej pedziowatości. Skóra na
jego karku była jedwabiście gładka, jak wnętrze muszli. Nie utrzyma się
takiej skóry za mniej niż pięćset funtów rocznie. Miał w sobie jakiś
urok, wdzięk, jak wszyscy zamożni ludzie. Pieniądze i urok - któż je
rozdzieli?
Gordon pomyślał o Ravelstonie, swoim czarującym, bogatym przyjacielu,
redaktorze naczelnym "Antychrysta", którego bardzo lubił i którego
widywał nie częściej niż raz na dwa tygodnie, i o Rosemary, swojej
dziewczynie, która go kochała - szalała za nim, jak twierdziła - i która
mimo wszystko nigdy z nim nie spała. Pieniądze, jeszcze raz pieniądze -
to wszystko. Wszystkie relacje międzyludzkie trzeba kupować za
pieniądze. Jeśli nie masz pieniędzy, mężczyźni nie będą się o ciebie
troszczyć, kobiety nie będą cię kochać. I mają rację! Bo bez pieniędzy
trudno kogoś kochać. Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi...
Jeśli jednak nie mam pieniędzy, nie mówię językami ludzkimi i anielskimi.
Znów spojrzał na plakaty reklamowe. Tym razem naprawdę ich nienawidził.
Na przykład ten vitamalt! "Wędruj przez cały dzień z tabliczką
Vitamaltu!". Młodzieńcza para, chłopak i dziewczyna, w porządnych
strojach turystycznych, z włosami malowniczo potarganymi przez wiatr,
wspinająca się na przełęcz na tle krajobrazu Sussex. Twarz tej
dziewczyny! Ta okropna, trzpiotowata wesołość! Typ dziewczyny, która
przepada za dobrą, ale przyzwoitą zabawą. Smagana wiatrem. Obcisłe
szorty khaki, ale to nie znaczy, że można uszczypnąć ją w tyłek. A obok
nich - Narożny Stolik. "Narożny stolik lubi Bovex". Gordon oglądał
plakat z poufną nienawiścią. Idiotyczny uśmiech, jak na twarzy
zadowolonego z siebie szczura, śliskie czarne włosy, durne okulary.
Narożny Stolik, spadkobierca wieków, zwycięzca spod Waterloo, Narożny
Stolik, nowoczesny człowiek, jakim chce go widzieć jego władca. Potulny
mały wieprz, siedzący w chlewie i pijący bovex.
Mijały go twarze pożółkłe od wiatru. Tramwaj przejechał przez plac, a zegar nad pubem "Pod Księciem Walii" wybił trzecią. Para staruszków,
włóczęga lub żebrak i jego żona, w długich, sięgających prawie do ziemi,
brudnych płaszczach, szła powłócząc nogami w stronę księgarni. Złodzieje
książek, sądząc po ich wyglądzie. Lepiej mieć oko na skrzynki na
zewnątrz. Starzec zatrzymał się na krawężniku kilka metrów dalej, a jego
żona podeszła do drzwi. Pchnęła je i spojrzała na Gordona spomiędzy
siwych włosów z wrogością zabarwioną rozpaczą.
- Skupujecie książki? - spytała ochryple.
- Czasami. Zależy, jakie to książki.
- Oczywiście mam cudowne książki.
Weszła, zamykając z trzaskiem drzwi. Pedzio z niesmakiem zerknął przez
ramię i odsunął się o krok lub dwa w kąt. Stara kobieta wyjęła spod
płaszcza mały, lichy woreczek. Poufale zbliżyła się do Gordona.
Pachniała bardzo, bardzo starymi skórkami od chleba.
- Weźmiecie je? - powiedziała, ściskając szyjkę worka. - Tylko za pół
korony.
- Co to za książki? Proszę mi je pokazać.
- Śliczne książki - szepnęła, pochylając się, by otworzyć worek i wydzielając przy tym bardzo silny zapach skórek od chleba.
- Proszę! - powiedziała i wepchnęła Gordonowi niemal prosto w twarz
naręcze poszarpanych książek.
Były to wydania powieści Charlotte M. Yonge z 1884 roku i wyglądały,
jakby ktoś spał na nich od wielu lat. Gordon cofnął się z widoczną
odrazą.
- Nie możemy ich kupić - powiedział krótko.
- Nie możecie? Dlaczego?
- Ponieważ są dla nas bezużyteczne. Nie możemy sprzedawać takich rzeczy.
- Więc po co kazał mi je pan wyjąć z torby? - zapytała nieprzyjemnie
stara kobieta.
Gordon okrążył ją, by uniknąć smrodu, i w milczeniu przytrzymał otwarte
drzwi. Nie ma sensu się kłócić. Ludzie tego typu przychodzą do sklepu
przez cały dzień. Stara kobieta odeszła zgarbiona, mamrocząc z wrogością, i dołączyła do męża. Ten zatrzymał się na krawężniku, żeby
odkaszlnąć, tak solidnie, że słychać go było przez drzwi. Skrzep flegmy,
jak mały biały język, powoli wydostał się spomiędzy jego warg i wpadł do
rynsztoka. Potem dwa stare stwory poszły w swoją stronę, drepcząc jak
robaki, w długich, brudnych płaszczach, które zakrywały wszystko oprócz
ich stóp.
Gordon patrzył, jak odchodzą. Byli tylko produktami ubocznymi.
Wyrzutkami boga pieniędzy. Po całym Londynie, dziesiątkami tysięcy,
ciągnęły się stwory tego rodzaju, pełzając jak plugawe robaki w stronę
grobu.
Popatrzył na pozbawioną wdzięku ulicę. W tej chwili wydawało mu się, że
na takiej ulicy, w takim mieście jak to, każde życie musi być
bezsensowne i nie do zniesienia. Narastało w nim poczucie dezintegracji,
rozkładu, które jest powszechne w naszych czasach. W jakiś sposób
mieszało się z plakatami reklamowymi z naprzeciwka. Spojrzał teraz
dokładniej na te szeroko uśmiechnięte twarze. W końcu było w nich coś
więcej niż zwykła głupota, chciwość i wulgarność. Narożny Stolik
uśmiecha się do ciebie, pozornie optymistycznie, błyskając sztucznymi
zębami. Ale co kryje się za tym uśmiechem? Spustoszenie, nicość,
proroctwo zagłady. Bo czy nie widzicie, jeśli umiecie patrzeć, że za tym
zgrabnym samozadowoleniem, za tą tłustobrzuchą, pospolitą błahostką
kryje się tylko straszna pustka, ukryta rozpacz? Wielkie pragnienie
śmierci współczesnego świata. Pakty samobójcze. Głowy utkwione w piecach
gazowych w samotnych dwupoziomowych domach. Prezerwatywy i pigułki na
zabicie płodu. I pogłosy przyszłych wojen. Samoloty wroga przelatujące
nad Londynem, głęboki, groźny szum śmigieł, miażdżący grzmot bomb.
Wszystko to jest wypisane na twarzy Narożnego Stolika.
Nadciąga więcej klientów. Gordon cofnął się, dżentelmeńsko usłużny.
Zadźwięczał dzwonek do drzwi. Wpłynęły hałaśliwie dwie damy z wyższej
klasy średniej. Jedna różowa i pachnąca, mniej więcej
trzydziestopięciolatka, z bujnym biustem wystającym spod wiewiórczej
skóry, wydzielająca superkobiecy zapach fiołków parmeńskich. Druga w średnim wieku, żylasta i zasuszona - prawdopodobnie wróciła z Indii. Tuż
za nimi ciemny, brudny, nieśmiały młodzieniec wślizgnął się przez drzwi
przepraszająco jak kot. Był jednym z najlepszych klientów sklepu -
płochliwym, samotnym stworzeniem, prawie zbyt nieśmiałym, by mówić, i które z jakiegoś dziwnego powodu zawsze miało jednodniowy zarost.
Gordon powtórzył swoją formułkę:
- Dzień dobry. Czy mogę w czymś pomóc? Szukają panie jakiejś konkretnej
książki?
Pachnąca obdarzyła go uśmiechem, ale żylasta postanowiła potraktować to
pytanie jako impertynencję. Ignorując Gordona, przyciągnęła pachnącą do
półek obok nowości, na których trzymano książki o psach i kotach. Obie
natychmiast zaczęły zdejmować egzemplarze z półek i głośno rozmawiać.
Żylasta brzmiała jak sierżant od musztry. Bez wątpienia była żoną
pułkownika, albo wdową po nim. Pedzio, wciąż pogrążony w wielkiej
książce o rosyjskim balecie, odsunął się delikatnie. Jego mina
zdradzała, że opuści sklep, jeśli jego prywatność zostanie ponownie
naruszona. Nieśmiały młodzieniec znalazł już drogę do półek z poezją.
Obie panie dość często gościły w sklepie. Zawsze chciały oglądać książki
o kotach i psach, ale nigdy żadnej nie kupiły. Były tam dwie półki pełne
książek o psach i kotach. "Kącik dla pań", tak nazywał to stary
McKechnie.
Przybyła kolejna klientka do biblioteki. Brzydka, dwudziestoletnia
dziewczyna, bez kapelusza, w białym fartuchu, z ziemistą, bladą, uczciwą
twarzą i wielkimi okularami, które zniekształcały jej oczy. Była
ekspedientką w pobliskiej drogerii. Gordon przybrał swoje swobodne,
biblioteczne usposobienie. Uśmiechnęła się do niego i niezgrabnym,
niedźwiedzim krokiem weszła za nim do biblioteki.
- Jaką książkę chciałaby pani tym razem, panno Weeks?
- Cóż... - Złapała za przód fartucha. Jej zniekształcone przez okulary,
czarne jak melasa oczy patrzyły na niego ufnie. - Cóż, tak naprawdę
chciałbym dobrą, gorącą historię miłosną. Wie pan... Coś współczesnego.
- Współczesnego? Na przykład coś Barbary Bedworthy? Czytała pani "Niemal
dziewicę"?
- O nie, nie ją. Ona jest zbyt głęboka. Nie znoszę głębokich książek.
Chcę coś... No wie pan... Współczesnego. Problemy z seksem, rozwód i tak
dalej. Wie pan.
- Współczesna, ale nie głęboka - powtórzył z namysłem Gordon, jak dureń
do durnia.
Szukał pośród najgorętszych współczesnych historii miłosnych. W bibliotece było ich nie mniej niż trzysta. Z frontowego pokoju dobiegły
głosy dwóch pań z wyższej klasy średniej, jednej pachnącej, drugiej
żylastej, spierających się o psy. Wyjęły jedną z książek o psach i oglądały fotografie. Głos pachnącej zachwycał się fotografią pekińczyka,
malutkiego aniołka, który miał wielkie, uduchowione oczy i czarny nosek
- och, jaki śliczny! Za to głos żylastej - tak, niewątpliwie wdowy po
pułkowniku - poinformował, że "pekińczyki są ckliwe". Wolała psy z ikrą:
"psy, które będą walczyć". Dodała, że nienawidzi tych ckliwych piesków
pokojowych. "Nie masz w sobie empatii, Bedelio, nie masz empatii" -
powiedział żałośnie głos pachnącej. Dzwonek do drzwi zadźwięczał
ponownie. Gordon wręczył dziewczynie w fartuchu "Siedem namiętnych nocy"
i zapisał to na jej karcie. Wyjęła z kieszeni sfatygowaną skórzaną
portmonetkę i podała mu dwa pensy.
Wrócił do pokoju frontowego. Pedzio odłożył książkę na niewłaściwą półkę
i zniknął. Szczupła, energiczna kobieta o prostym nosie, w praktycznym
ubraniu i binoklach w złotej oprawie - prawdopodobnie nauczycielka, z pewnością feministka - weszła do sklepu i zażądała "Historii ruchu
sufrażystek" autorstwa pani Wharton-Beverley. Ze skrywaną radością
Gordon oznajmił, że jej nie mają. Dźgnęła jego męską niekompetencję
świdrującymi oczami i wyszła. Chudy młodzieniec stał pokornie w kącie, z twarzą zatopioną w zebranych wierszach D.H. Lawrence'a, niczym długonogi
ptak z głową schowaną pod skrzydłem.
Gordon stanął przy drzwiach. Na zewnątrz obdarty, pozornie dystyngowany
staruszek z truskawkowym nosem i szalikiem koloru khaki grzebał w książkach po sześć pensów. Dwie panie z wyższej klasy średniej nagle
odeszły, zostawiając na stole stos otwartych książek. Pachnąca z wahaniem rzuciła tęskne spojrzenie na książki o psach, ale żylasta
odciągnęła ją, zdecydowana niczego nie kupować. Gordon przytrzymał im
drzwi. Obie panie wypłynęły hałaśliwie, zupełnie go ignorując.
Patrzył, jak ich odziane w futra plecy z wyższej klasy średniej oddalają
się ulicą. Stary mężczyzna o truskawkowym nosie mówił sam do siebie,
grzebiąc w książkach. Prawdopodobnie niespełna rozumu. Zwinąłby coś,
gdyby nie był obserwowany. Wiał zimniejszy wiatr, wysuszając szlam na
ulicy. Czas zapalić światła. Porwany przez wir powietrza podarty świstek
papieru z reklamy sosu Q.T. zatrzepotał gwałtownie jak pranie na
sznurku. Ach!
Srogo wicher dmąc ugina
Giętkie topole, obnażone.
Kominów ciemna spływa wstęga
Miotana wiatrem w mroczną stronę.
Trzepoczą porwane plakaty.
Nieźle, całkiem nieźle. Nie miał jednak ochoty drążyć dalej - a właściwie nie mógł. Palcami dotykał pieniędzy w kieszeni, nie stukając
nimi o siebie, żeby nieśmiały młodzieniec nie usłyszał. Dwa i pół pensa.
Jutro dzień bez papierosa. Rozbolały go kości.
W pubie "Pod Księciem Walii" zabłysło światło. Pewnie czyszczą bar.
Staruszek o truskawkowym nosie czytał Edgara Wallace'a ze skrzynki za
dwa pensy. W oddali zahuczał tramwaj. W pokoju na piętrze pan McKechnie,
który rzadko schodził do księgarni, drzemał przy gazowym kominku,
siwowłosy i siwobrody, z tabakierką pod ręką, nad oprawionym w cielęcą
skórę tomem "Podróży po krajach Lewantu" Middletona.
Chudy młodzieniec nagle zdał sobie sprawę, że jest sam i podniósł wzrok
z wyraźnym poczuciem winy. Pojawiał się w księgarniach, ale nigdy nie
przebywał w żadnej dłużej niż dziesięć minut. Namiętny głód książek i lęk przed byciem utrapieniem toczyły w nim ustawiczną wojnę. Po
dziesięciu minutach w jakimkolwiek sklepie czuł się nieswojo, miał
wrażenie, że jest de trop i uciekał, kupiwszy cokolwiek z powodu
czystej nerwowości. Bez słowa wyciągnął egzemplarz wierszy Lawrence'a i niezgrabnie wyjął z kieszeni trzy monety dwuszylingowe. Wręczając je
Gordonowi, upuścił jedną. Obaj rzucili się po nią jednocześnie, ich
głowy zderzyły się ze sobą. Młodzieniec cofnął się, rumieniąc się
niezdrowo.
- Zapakuję to panu - zaproponował Gordon.
Nieśmiały młodzieniec pokręcił głową - jąkał się tak bardzo, że nie
odzywał nigdy, jeśli mógł tego uniknąć. Przycisnął do siebie książkę i wyślizgnął się z miną wskazującą na popełnienie jakiegoś haniebnego
czynu.
Gordon został sam. Wrócił do drzwi. Staruszek o truskawkowym nosie
zerknął przez ramię, napotkał wzrok Gordona i odszedł, rozumiejąc, że
jego zamiary zostały udaremnione. A już miał wsunąć Edgara Wallace'a do
kieszeni. Zegar nad pubem "Pod Księciem Walii" wybił kwadrans po
trzeciej.
Ding-dong! Kwadrans po trzeciej. Światła zapalają o wpół do czwartej.
Cztery godziny i trzy kwadranse przed zamknięciem. Pięć godzin i kwadrans do kolacji. Dwa i pół pensa w kieszeni. Jutro dzień bez
papierosa.
Nagle Gordona ogarnęła przemożna, nieodparta chęć zapalenia papierosa.
Postanowił nie palić tego popołudnia. Zostały mu tylko cztery papierosy.
Musiał mieć coś do palenia na dzisiejszy wieczór, kiedy zamierzał
"pisać". Do "pisania" potrzebował tytoniu tak samo jak powietrza. Jednak
musiał zapalić. Wyjął paczkę Player's Weights i wyjął jednego z karłowatych papierosów. To była głupia słabość, oznaczała też pół
godziny mniej czasu na dzisiejsze "pisanie". Ale nie mógł się oprzeć. Z haniebną radością wciągnął kojący dym do płuc.
Odbicie własnej twarzy spoglądało na niego z szarawej szyby. Gordon
Comstock, autor "Myszy", en l'an trentiesme de son eage i już taki
zniszczony. Zostało mu tylko dwadzieścia sześć zębów. Jednak Villon w tym samym wieku miał kiłę, przynajmniej tak twierdził. Bądźmy wdzięczni
za każde dobrodziejstwo.
Patrzył, jak kawałek podartego papieru wiruje i trzepocze na reklamie
sosu Q.T. Nasza cywilizacja umiera. Musi umierać. Ale nie umrze w swoim
łóżku. Oto nadlatują samoloty. Bum - świst - trzask! Cały świat zachodni
wylatuje w powietrze w ryku eksplozji materiałów wybuchowych.
Patrzył na ciemniejącą ulicę, na szarawe odbicie swojej twarzy w szybie,
na przemykające nędzne postacie. Niemal mimowolnie powtórzył: - C'est
l'Ennui - l'oeil charge d'un pleur involontaire, Il reve d'echafauds en
fumant son houka!
Pieniądze, pieniądze! Narożny Stolik! Szum samolotów i huk bomb!
Gordon zerknął na ołowiane niebo. Samoloty naprawdę nadlatują. W wyobraźni widział je teraz doskonale: eskadra za eskadrą, niezliczone,
zaciemniające niebo jak chmury komarów. Opierając język o zęby, wydał
brzęczący dźwięk przypominający dźwięk nadlatujących samolotów. Był to
dźwięk, który w tej chwili gorąco pragnął usłyszeć.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Gordon szedł do domu pod wiatr, który rozwiewał mu włosy do tyłu i sprawiał, że czoło miał bardziej "dobre" niż kiedykolwiek. Jego
zachowanie sugerowało przechodniom - przynajmniej miał taką nadzieję -
że jeśli nie nosi płaszcza, to z czystego kaprysu. Tak naprawdę zastawił
płaszcz w lombardzie za piętnaście szylingów.
Willowbed Road w północno-zachodnim Londynie to jeszcze nie slumsy, lecz
była to ulica obskurna i przygnębiająca. Prawdziwe slumsy znajdowały się
w odległości zaledwie pięciu minut spacerem. Kamienice, w których
rodziny spały po pięć osób w jednym łóżku, a gdy jedna z nich zmarła,
spały co noc przy zwłokach, aż do ich pogrzebania. Zaułki, gdzie
szesnastoletni chłopcy rozdziewiczali piętnastoletnie dziewczęta w pokojach o liszajowatym tynku. Sama Willowbed Road zdołała jednak
zachować coś w rodzaju mdłej przyzwoitości niższej klasy średniej. Na
jednym z domów wisiała nawet mosiężna tabliczka dentysty. W prawie dwóch
trzecich z nich, pośród koronkowych firanek w oknie salonu, pod
wystającym listowiem aspidistry widniała zielona kartka ze srebrnym
napisem wolne pokoje.
Pani Wisbeach, gospodyni Gordona, specjalizowała się w "samotnych
dżentelmenach". Pojedyncze pokoje z lampą gazową, ale ogrzewaniem we
własnym zakresie, dodatkowe kąpiele (piecyk gazowy) i posiłki w ciemnej
jak grobowiec jadalni z falangą oblepionych butelek z sosami na środku
stołu. Gordon, który wracał do domu na obiad w południe, płacił
tygodniowo dwadzieścia siedem szylingów i sześć pensów.
Lampa gazowa świeciła na żółto przez matowe okienko nad drzwiami domu
numer 31. Gordon wyjął klucz i zaczął grzebać w dziurce - w tego rodzaju
domach klucz nigdy nie pasuje do zamka. Ciemny mały przedpokój - w rzeczywistości był to tylko korytarzyk - śmierdział pomyjami, kapustą,
dywanikami i brudną wodą z umywalek. Gordon spojrzał na lakierowaną tacę
na stoliku w holu. Listy nie przyszły, oczywiście. Powiedział sobie, że
nie będzie czekał na list, a jednak nadal miał nadzieję. Zastarzałe
uczucie, choć jeszcze nie ból, osiadło na jego piersi. Rosemary mogłaby
napisać! Minęły już cztery dni. Co więcej, wysłał kilka wierszy do
czasopism i jeszcze mu ich nie zwrócono. Jedyną rzeczą, która sprawiła,
że wieczór był znośny, było znalezienie listu czekającego na niego po
powrocie do domu. Dostawał ich jednak bardzo niewiele - najwyżej cztery
lub pięć tygodniowo.
Po lewej stronie korytarza znajdował się nigdy nieużywany salonik, za
nim biegły schody, a dalej korytarz prowadził do kuchni i niedostępnej
nory, w którym mieszkała sama pani Wisbeach. Gdy Gordon wszedł, drzwi na
końcu korytarza otworzyły się na mniej więcej trzydzieści centymetrów.
Pojawiła się twarz pani Wisbeach, przyjrzała mu się przelotnie, acz
podejrzliwie, i zniknęła. Wejście do domu lub wyjście z niego przed
jedenastą w nocy było niemożliwe bez takiej kontroli. Trudno powiedzieć,
o co podejrzewała mieszkańców pani Wisbeach, być może o przemycanie
kobiet do pokoju. Była jedną z tych złośliwych, porządnickich kobiet,
które wynajmowały pokoje mężczyznom. Wiek około czterdziestu pięciu lat,
tęga, ale aktywna, z różową, regularną, okropnie spostrzegawczą twarzy,
pięknymi siwymi włosami i wiecznymi pretensjami.
Gordon zatrzymał się u stóp wąskich schodów. Na górze szorstki, głęboki
głos śpiewał: "Kto się boi czarnego luda?". Zza ściany schodów wyłonił
się gruby mężczyzna w wieku trzydziestu ośmiu lub dziewięciu lat,
wykonując lekki taneczny krok, charakterystyczny dla grubasów. Miał na
sobie elegancki szary garnitur, żółte buty, zawadiacki filcowy kapelusz
i niebieski płaszcz z paskiem, wyjątkowo szpetnym. Był to Flaxman,
mieszkaniec pierwszego piętra i komiwojażer firmy produkującej przybory
toaletowe Królowa Saba. Schodząc, pomachał do Gordona cytrynową
rękawiczką.
- Cześć, kochasiu! - powiedział beztrosko (Flaxman mówił do wszystkich
"kochasiu"). - Jak leci?
- Podle - powiedział krótko Gordon.
Flaxman dotarł do dolnej części schodów i czule zarzucił pulchne ramię
na szyję Gordona.
- Rozchmurz się, stary, rozchmurz się! Wyglądasz jakbyś szedł na
pogrzeb. Idę do Crichton. Chodźmy razem na jednego.
- Nie mogę. Pracuję.
- Daj spokój! Bądź kumplem, co? Co ci przyjdzie z siedzenia tutaj? Chodź
do Cri, uszczypniemy barmankę w tyłeczek.
Gordon wyrwał się z uścisku Flaxmana. Jak wszyscy mali, wątli ludzie,
nienawidził być dotykany. Flaxman tylko się uśmiechnął, z typowym dla
grubasów wyrozumiałym humorem. Był naprawdę okropnie gruby. Wypełniał
spodnie, jakby się stopił, a potem w nie wlał. Ale oczywiście, podobnie
jak inni grubi ludzie, nigdy się za grubasa nie uważał. Żadna gruba
osoba nigdy nie używa słowa "gruby", jeśli może tego uniknąć. "Tęgi" to
słowo, które woli - lub, jeszcze lepiej, "krzepki ". Grubas nigdy nie
jest tak szczęśliwy jak wtedy, gdy mówi o sobie, że jest "krzepki ".
Flaxman podczas swojego pierwszego spotkania z Gordonem był bliski
nazwania siebie "krzepkim", ale coś w zielonkawych oczach Gordona go
powstrzymało. Zamiast tego poszedł na kompromis, używając słowa "tęgi".
- Przyznaję, kochasiu - powiedział - że jestem... cóż, trochę zbyt tęgi.
Ale to nic niezdrowego, wiesz. - Poklepał niewyraźną granicę między
brzuchem a klatką piersiową. - Dobre, jędrne ciało. Prawdę mówiąc,
jestem całkiem żwawy. Ale... cóż, przypuszczam, że można mnie nazwać
tęgim.
- Jak Cortez - zasugerował Gordon.
- Cortez? Cortez? Czy to był ten kochaś, który zawsze błąkał się po
górach w Meksyku?
- To ten gość. Był tęgi, ale miał orli wzrok.
- Ach tak? To zabawne. Bo żona powiedziała mi kiedyś coś takiego.
"George, masz najwspanialsze oczy na świecie. Masz oczy zupełnie jak
orzeł" - powiedziała. To było zanim za mnie wyszła, rozumiesz.
Flaxman mieszkał w tej chwili z dala od żony. Jakiś czas temu firma
Królowa Saba niespodziewanie wypłaciła premię w wysokości trzydziestu
funtów wszystkim swoim agentom, a jednocześnie Flaxman i dwie inne osoby
zostały wysłane do Paryża, aby wcisnąć nową szminkę Sexapeal Naturetint
tamtejszym perfumeriom. Flaxman nie uważał za konieczne wspominać żonie
o tych trzydziestu funtach. Oczywiście podczas tej wycieczki do Paryża
świetnie się bawił. Nawet teraz, trzy miesiące później, ślinka mu
ciekła, jak o tym myślał. Zwykł zabawiać Gordona soczystymi opisami.
Dziesięć dni w Paryżu z trzydziestoma funtami, o których żonka nie miała
pojęcia! Chłopie! Ale niestety gdzieś nastąpił przeciek. Kiedy Flaxman
wrócił do domu, czekała go zemsta. Żona rozbiła mu na głowie kryształową
karafką na whisky, prezent ślubny, który mieli od czternastu lat, a następnie uciekła do domu swojej matki, zabierając ze sobą dzieci. Stąd
wygnanie Flaxmana na Willowbed Road. Nie pozwalał jednak, by go to
martwiło. Bez wątpienia jej przejdzie, zdarzało się to już kilka razy.
Gordon podjął kolejną próbę ominięcia Flaxmana i ucieczki po schodach.
Straszne było to, że w głębi serca bardzo chciał z nim iść. Tak bardzo
chciałby się napić - sama wzmianka o "Crichton Arms" sprawiła, że poczuł
pragnienie. Było to jednak niemożliwe: nie miał pieniędzy. Flaxman
położył rękę na poręczy, zagradzając mu drogę. Naprawdę lubił Gordona.
Uważał go za "mądrego" - "mądrość" był dla niego rodzajem sympatycznego
szaleństwa. Co więcej, nie znosił samotności, nawet na tak krótko, ile
zajmuje spacer do pubu.
- Chodź, kochasiu! - nalegał. - Chcesz, żeby guinness podniósł cię na
duchu, tego właśnie chcesz. Nie widziałeś jeszcze nowej dziewczyny,
którą tam mają. O chłopie! Prawdziwa ślicznotka!
- Więc dlatego jesteś taki wystrojony, prawda? - zapytał Gordon, patrząc
chłodno na żółte rękawiczki Flaxmana.
- A pewnie, że tak, kochasiu! O rany, ale ślicznotka! Popielata
blondynka. I chyba zna się na rzeczy. Zeszłej nocy dałem jej naszą
szminkę Sexapeal Naturetint. Żebyś widział, jak kręciła do mnie
tyłeczkiem, kiedy przechodziła obok mojego stolika. Czy przyprawia mnie
o palpitacje? Czy przyprawia? Chłopie!
Flaxman wił się lubieżnie. Wsunął język pomiędzy wargi. Potem, nagle
udając, że Gordon jest popielatą blond barmanką, chwycił go w talii i czule ścisnął. Gordon odepchnął go. Przez chwilę pragnienie pójścia do
"Crichton Arms" było tak niewiarygodne, że prawie się złamał. Och, kufel
piwa! Wydawało mu się, że czuje jak przepływa mu przez gardło. Gdyby
tylko miał pieniądze! Choćby siedem pensów na kufel. Ale nic z tego. Dwa
i pół pensa w kieszeni. Nie pozwoli, by inni mu stawiali.
- Och, zostaw mnie w spokoju, na litość boską! - warknął z irytacją,
odsunął się od Flaxmana i wszedł po schodach, nie oglądając się za
siebie.
Flaxman włożył kapelusz na głowę i lekko urażony skierował się do
frontowych drzwi. Gordon pomyślał ponuro, że ostatnio ciągle tak robi.
Lekceważy przyjacielskie odruchy. Oczywiście na dnie tego problemu
leżały pieniądze, zawsze pieniądze. Nie możesz być przyjazny, nie możesz
być nawet uprzejmy, kiedy nie masz pieniędzy w kieszeni. Przeszył go
spazm użalania się nad sobą. Jego serce tęskniło za barem w Crichton:
cudowny zapach piwa, ciepło i jasne światła, wesołe głosy, brzęk
szklanek na mokrym od piwa szynkwasie. Pieniądze, pieniądze! Ruszył w górę po ciemnych, cuchnących złem schodach. Myśl o zimnej, samotnej
sypialni na poddaszu domu była dla niego jak zagłada.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki