Witek i Słońce Macedonii - Magdalena Olszta-Bloch

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Szkoła

W poniedziałek rano była pobudka, śniadanie, a potem szkoła. Przez cały czas myślałem o mojej podróży do Macedonii i o mieczu. Postanowiłem nikomu o nich nie mówić. Nie byłem przygotowany na opowiadanie kolegom z klasy o mojej przygodzie, na przekonywanie ich o tym, że wcale jej nie zmyślam, żeby zrobić na nich wrażenie. Pewnie śmialiby się ze mnie albo chcieli na dowód zobaczyć miecz, a ja nie chciałem się nim z nikim dzielić. Pomyślałem, że każdy musi mieć jakąś tajemnicę i ja też taką mam, do tego super mega wyjątkową. Przyjemnie było siedzieć w ławce i myśleć, że mój królewski dar leży spokojnie pod łóżkiem i czeka, aż wrócę ze szkoły. Wiem, bo zaraz po przebudzeniu sprawdziłem go i nawet czule pogłaskałem.

A jednak to niesprawiedliwe, że mając taki miecz muszę być w szkole, wkuwać "h", "ch" i słupki na mnożenie! Byłem już w czwartej klasie, "h" i "ch" znałem, bo przecież w komiksie o Tytusie jest Papcio Chmiel, pisany na pewno przez "ch". W sumie to dziwne, że są różne znaczki, które czyta się tak samo. Kto to wymyślił? I po co? Pewnie zrobił to ktoś, kto nie lubi dzieci i chce, żeby nauka w szkole nie była łatwa i dzieci musiały pisać dyktanda.

Na matematyce mieliśmy powtórkę z dodawania pisemnego, strasznie nudne zajęcie, zacząłem więc zastanawiać się, czy "machajra" pisze się przez "ch" czy przez "h" i czas jakby przyspieszył. Spróbowałem swoje przemyślenia zapisać w zeszycie. Myślałem, ale nie mogłem się zdecydować i bawiłem się literkami. W pewnym momencie zauważyłem, że przed moją ławką stoi pani Ania, nasza wychowawczyni. Stoi i patrzy na mnie z wyczekiwaniem.

- No? Witek - powiedziała. - Ile jest dwieście dwadzieścia osiem dodać sto dwadzieścia osiem?

Co to za pytanie! Zamknąłem oczy i spróbowałem policzyć w myślach. Do dwustu dwudziestu dodałem sto dwadzieścia i miałem trzysta czterdzieści. Dwie ósemki dodałem do siebie i miałem szesnaście. Ale nagle jedynka z szesnastki spłaszczyła się, wygięła, zrobiła metalowa i bardzo, bardzo podobna do mojego miecza. Już nie wiedziałem, co mam z nią zrobić, pogubiłem się w liczeniu.

- Otwórz oczy i popatrz na tablicę - usłyszałem głos pani.

Posłuchałem i zobaczyłem napisane na tablicy równanie. Wynik już tam był.

- Trzysta pięćdziesiąt sześć! - przeczytałem z zapałem.

Pani przytaknęła, ale nie zajęła się innymi dziećmi, tylko wzięła mój zeszyt.

mo h ira, mhar, mach ira, m och ara

- Co to ma być? - pani zapytała. - Dlaczego w zeszycie od matematyki piszesz "moher"?

- Moher? - palnąłem zaskoczony.

- To wełna, z której robi się swetry i berety.

- Berety?

Usłyszałem, jak Czarek parsknął śmiechem i wykrzyknął.

- Berety!

Oczywiście po chwili dołączyły do niego chichoty innych dzieci. Czułem, że robię się czerwony jak burak.

- I do tego napisałeś z błędami. - Pani położyła zeszyt na ławkę. - Żebyś wiedział, jak pisze się "moher", za karę za te bazgroły w zeszycie napiszesz to słowo pięćdziesiąt sześć razy. A ty, Czarek, podejdź do tablicy i napisz je tak, żeby wszyscy się go nauczyli. "Moher" pisze się przez samo "h".

Usiadłem pokonany, a Czarek z cierpieniem w oczach podszedł do tablicy.

Na przerwie zdradzieccy kumple wołali na mnie.

- Witek ma berecik, wielki jak kotlecik! Trzyma go w plecaku! Załóż go zgnilaku!

Wyobrażacie to sobie? Czy tak upadają bohaterowie? Przez berety i kotlety? I wszystko przez tego Czarka, który zresztą najgłośniej krzyczał. No to też go przezywałem. A że na nazwisko ma Ogórek, to sami rozumiecie.

- Cezary Ogórek, kiełbasa i sznurek! Głupi korniszon siedzi w słoiku zamkniętym na klej!

A potem pobiliśmy się. Byłem wściekły. Chłopcy z naszej kasy już zwietrzyli ubaw i ustawili się szczelnym kółeczkiem wokół nas. Piotrek, znany szkolny łasuch, zbierał zakłady ze słodyczy: batonów, cukierków i lizaków, który z nas wygra. Zniżyłem głowę i całym ciałem staranowałem mojego wroga. Potem obłapiliśmy się i sapiąc, jak zawodnicy w zapasach, zakładaliśmy sobie chwyty najbardziej mordercze na świecie. Już go miałem, już prawie powaliłem na obie łopatki i byłbym zwycięzcą wszystkich słodkich zakładów, gdyby nie to, że Czarek mocno chwycił mnie za koszulę i urwał guzik, który spadł na podłogę, a potem jak pchełka wystrzelił spod obcasa jego buta i ze świstem gwizdnął Piotrka.

- Au! - zawołał Piotrek i złapał się za czoło.

Usłyszała to pani Ania i nas dorwała. Szybko wydusiła z nas, o co poszło. Powiedziała, że nie spodziewała się tego po nas i bardzo ją rozczarowaliśmy. Bicie kolegów jest naganne, strzelanie guzikami jest naganne, przezywanie się też jest naganne i bardzo źle o nas świadczy. Nikt nie ma wpływu na to, jak się nazywa, Ogórek to nazwisko jak każde inne i trzeba je szanować, a berety są dobre i paniom się podobają. No właśnie, paniom! Ale nie chłopakom!, zaprotestowałem w duchu. Pani nas ostrzegła, że jeśli jeszcze raz zobaczy, jak się bijemy, to dostaniemy szlaban na wycieczkę do parku dinozaurów.

- Phi! - uniosłem się dumą. - Tyle razy tam byłem, że nie muszę. Po co mi te pterozaury i brontozaury? Od razu widać, że są nieprawdziwe.

Pani otworzyła buzię ze zdumienia, a ja byłem zły. Nie dość, że nie dałem Czarkowi nauczki, to Piotrek zjadł wszystkie słodycze, tłumacząc, że mu się należy, bo stał się jedyną ofiarą dzisiejszej bójki.

- Widzisz? Mogłem dostać w oko - stwierdził, mieląc w buzi ostatniego cukierka, i na dowód pokazał palcem małego siniaka, jaki mu wykwitł na środku czoła.

A potem lekcje się skończyły i przyszła po mnie mama. Dlaczego na głowie miała beret? Kiedy tak patrzyłem na niego, zdałem sobie sprawę, że nie wiem, co mama miała na głowie wczoraj i czy w ogóle wcześniej miała jakieś berety. Jeszcze dzisiaj rano byłem szczęśliwym człowiekiem, który nie zwracał uwagi na takie rzeczy. A teraz? Czy mamy beret jest zrobiony z moheru? Już chciałem ją zapytać, ale pomyślałem, że jeszcze ktoś usłyszy, a nie chciałem publicznie przypominać chwili mojej porażki na lekcji. Rozejrzałem się, czy ktoś z klasy widzi ten beret. Zauważyłem, że Adelka, z którą siedzę w ławce, uśmiecha się pod nosem. Nie wiem, z jakiego powodu, ale pewnie ze mnie. Na wszelki wypadek spojrzałem na nią tak groźnie, jak umiałem, a ona pokazała mi język. Fuj! Odwróciłem się od niej i poprosiłem mamę, żebyśmy szybko poszli do domu, bo chce mi się siusiu i nie wytrzymam.

- Możesz iść do toalety w szkole, jak tak bardzo musisz - mama zaproponowała. - Poczekam na ciebie.

- Nie! - głośno zaprzeczyłem. - Ja muszę w domu!

Złapałem mamę za rękę i mocno pociągnąłem ją w stronę wyjścia. Idąc przez hol po raz kolejny przeczytałem wielkie hasło, wiszące na ścianie.

SZKOŁA NASZYM DRUGIM DOMEM!

O nie!, pomyślałem z goryczą, kompletnie się z tym nie zgadzam! Szkoła nie jest moim drugim domem. Szkoła jest miejscem do męczenia dzieci. Milion razy lepiej jest być piratem i nie chodzić do żadnej szkoły! Przemaszerowałem przez główne drzwi. Z ulgą opuściłem szkolny budynek, nadal ciągnąc za sobą mamę.

Argos

Mama wyszła i nareszcie miałem okazję, żeby wziąć upragniony miecz. Wyciągnąłem go spod łóżka, pogłaskałem, w zaufaniu powiem, że nawet pocałowałem, ale nikomu o tym nie mówcie. Mając na uwadze to, co usłyszałem o ubiorze Aleksandra, a raczej o jego braku, postanowiłem naśladować jedynie macedońskie nakrycie głowy. W przedpokoju zajrzałem do koszyka z czapkami i szalami, mając nadzieję, że mama wyszła bez beretu. Beret był. Co prawda za duży i spadał mi na uszy, ale przed lustrem udało mi się go tak uklepać, że dobrze leżał.

- No - zadowolony mrugnąłem do swojego odbicia.

Mocniej chwyciłem miecz i zacząłem nim wywijać.

- Mach, mach! - głośno przy tym krzyczałem.

Zaraz zaraz... nagle przerwałem, bo dopadła mnie ważna myśl. Mach, mach?... No, to teraz już wiem, skąd ta dziwna nazwa "machajra", od machania przecież! Więc machałem nią i machałem. Wyginałem się przy tym do przodu, do tyłu i w prawo i w lewo. Szast prast! Uginałem kolana, dzięki czemu miałem świetne pozycje i cięcia. W tej chwili mogłem dorównać Zawiszy Czarnemu, a nawet więcej, czułem, że sam Zawisza nie dałby mi rady! Toczyłem przed lustrem pojedynki z Krzyżakami, broniłem Jagiełły, wspierałem polskie wojska w bitwie pod Grunwaldem. Okrążałem siły wroga i wykorzystywałem jego słabe punkty. Raz nawet dałem w nos wielkiemu mistrzowi krzyżackiemu. Było super! Bitwa jednak zmierzała do nieuchronnego końca. Zmęczony patrzyłem na wielki finał. Polskie i litewskie wojska rozgromiły Krzyżaków, ostatnich maruderów brano do niewoli. Król Jagiełło zsiadł z konia niedaleko mnie i z wielkim zainteresowaniem obejrzał mój miecz.

- Ostrze, którego strzeże lew - powiedział głębokim głosem. - To wyjątkowy miecz dla wyjątkowego rycerza. Zobacz - uśmiechnął się i pokazał mi swój. Jego miecz był wielki, podobny do tych z muzeów, z rękojeścią w kształcie krzyża ozdobioną złotymi wzorkami. - To jest Szczerbiec. Chronią go imiona Boga: Sedalai i Ebrehel. Nigdy się z nim nie rozstaję. Pamiętaj, swojemu musisz dać imię.

Skinął mi głową na znak podziękowania za pomoc w zwycięskiej bitwie. Chciałem go uściskać, powiedzieć coś mądrego i wyjątkowo wytwornego, ale zorientowałem się, że najpierw muszę przed nim uklęknąć. Rzuciłem się na kolana i w tym momencie beret spadł mi na oczy i usłyszałem głośny zgrzyt. Rycerskie marzenie natychmiast się rozwiało, ponieważ zawadziłem mieczem o lustro. Z drżącym sercem uniosłem beret, na szczęście szkło było całe, tylko miecz, mimo że nieostry, wyżłobił w drewnianej ramie widoczną rysę.

Jaki on wspaniały! Zachwyciłem się. Król Jagiełło ma rację. Koniecznie muszę dać mu imię!

- Ha! - wydobyłem z siebie. - Tylko jakie?

Nie miałem zielonego pojęcia.

W poszukiwaniu wskazówki poszedłem do pokoju mamy, gdzie jest pełno mądrych książek. Próbowałem czytać ich tytuły, mając nadzieję, że coś fajnego w nich znajdę. Niestety. Były strasznie nudne, najczęściej zawierały takie słowa jak "historia", "archeologia", "dzieje", z którymi nic nie dało się zrobić albo były dziwne, jak "Anabasis", "Heroon", "Vade"-coś tam. Bez sensu.

Już miałem zrezygnować z dalszych poszukiwań, kiedy zobaczyłem na biurku otwartą książkę, a w niej zdjęcie naczynia z namalowanym na nim obrazkiem. Przyjrzałem się. Na obrazku był dziób statku, pani z włócznią i trzech panów, gołych lub w prześcieradłach. Od razu się domyśliłem, że muszą być starożytni. Pod obrazkiem był podpis "Atena i Jazon z towarzyszami przy statku Argo". Nie wiem, kim był Jazon, w związku z Ateną coś niejasnego kołatało mi się po głowie, zwróciłem natomiast uwagę na nazwę statku.

Argo, Argo... powtarzałem w myślach. Coś mi to przypomina. Tylko co? Nazwę klubu sportowego? Nie. Markę samochodu wyścigowego? Też nie. A może imię psa sąsiada? Nie, to już na pewno nie. Po dłuższej chwili wreszcie mnie olśniło i z uciechy klepnąłem się w czoło. No jasne! Argo przypomina trudną nazwę Argeadów, królewskiej dynastii Aleksandra, którą koniecznie chciałem zapamiętać. Niech więc będzie, zadecydowałem, niech mój miecz nazywa się Argo albo lepiej Argos, bo tak ładniej brzmi. Wyprężyłem się, uniosłem go wysoko i zawołałem.

- Drżyjcie wrogowie! Przed wami Witold Wielki, super komandos z Argosem! Juchu!

Potem, zanim mama wróciła ze sklepu, zamalowałem rysę w ramie lustra brązowym pisakiem. Tak na wszelki wypadek.

Imperator

Mama miała rację. Chłopiec, którego spotkałem, nie był piratem tylko małym Aleksandrem Wielkim. Nie przeszkadzało mi to w dalszym umacnianiu z nim znajomości. Nie musiałem nic tłumaczyć rodzicom, bo zauważyłem, że z podróży do Macedonii wróciłem dosłownie chwilę po tym, jak tam wyruszyłem. Teoretycznie byłem w domu obecny przez cały czas. Co prawda rodzice mogliby się zastanawiać, dlaczego wszedłem i wyszedłem z szafy, ale na przyszłość postanowiłem robić to tak, żeby tego nie widzieli.

Następnego dnia znowu przeniosłem się do starożytnego świata. Przez dłuższą chwilę z zaciekawieniem przyglądałem się Aleksandrowi. W końcu miałem przed sobą prawdziwego króla! Może powinienem klęknąć przed nim? Nie byłem pewien. Na szczęście Aleksander zachowywał się jak zwyczajny chłopiec, więc szybko mi przeszło. Przemknęliśmy do królewskiej stajni, gdzie królewicz pomógł mi wsiąść na Bucefała. Kiedy podał mi rękę, małe błyskawice przeskoczyły między nami i Aleksander prawie spadłby z wielkiego konia. Szczęśliwie zachował równowagę, gwizdnął tylko z uznaniem na ich moc i popędziliśmy do jaskini. Podróż na szalonym koniu znowu sprawiła mi niesamowitą przyjemność!

W jaskini zobaczyłem figurkę syreny, dyndającą do góry nogami na sznurku u wylotu jaskini.

- Powiesiłem ją tutaj, żeby strzegła mojej kryjówki - Aleksander zauważył moje zaciekawienie. - Nie wiadomo, skąd się wzięła i co skrywa jej uśmiech. Może zna jakieś mroczne historie uprowadzonych marynarzy? Może pochodzi ze statku jednego z nich? Może nawet samego Odyseusza?

- Możliwe - stwierdziłem przepojony dumą, że to ja ją znalazłem. W myślach zobaczyłem statek Odyseusza ozdobiony rzeźbionymi trójzębami i syrenami, które uśmiechały się do niezbadanej przestrzeni hen daleko za horyzontem. - Uważam - powiedziałem - że ona tu pasuje. I wiesz co? Skoro wasze syreny są złe, to może pobawimy się w Czarnobrodego pirata z Morza Karaibskiego? Wiem, że nie lubisz piratów, ale ta jaskinia jest tak niesamowita, że może zrobimy z niej piracką bazę i nazwiemy ją "Pod kulawą syrenką"?

Tak też zrobiliśmy. Naszymi skarbami były muszle, wrogami wszędobylskie mewy. Stoczyliśmy z nimi wspaniałą bitwę. Mały uczył mnie strzelać z łuku. Bardzo się starałem, ale tak szybki jak on nie byłem. Mewy uciekały przed nami, błyskawicznie wzbijały się wysoko i na szczęście żadnej nie trafiliśmy. A syrenka, jak stara bombka, przez cały czas tańczyła w rytm niewidzialnego wiatru u wylotu jaskini, chyba spodobała się jej nasza zabawa.

Potem graliśmy w piłkę, którą Aleksander trzymał w jaskini. Okazało się, że zna mnóstwo sztuczek: żonglowanie, podbijanie kolanami i łokciami. Najbardziej podobała mi się gra w piłkę podniebną, gdzie jeden z nas wyrzucał ją tak wysoko, jak potrafił, prawie że pod same chmury, a drugi skakał i jak rakieta w locie orbitalnym musiał ją złapać w powietrzu. A potem pływaliśmy i puszczaliśmy kaczki na falach. Przy okazji opowiadałem mu o swoim świecie.

- Co to był za chłopak, który wczoraj pytał o jaskinię? - przypomniałem sobie gościa, który podprowadził mi pasek. Leżałem na plaży i czekałem, aż w słońcu wyschną mi spodnie, zanim wrócę do domu.

- To mój najlepszy kumpel - Mały otwarcie wyznał.

To szczere wyznanie trochę mnie zabolało, więc powiedziałem.

- Nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Taki czepialski mazgaj. Ma kwiaty we włosach, zupełnie jak dziewczyna. Czemu go tu z nami nie ma?

- Za uparte nieuctwo dostał karę od Arystotelesa i przez dwadzieścia dni musi po lekcjach wkuwać geografię Hekatajosa, taką mapę świata z opisem, co na niej jest. Strasznie nudne zajęcie. - Aleksander przewrócił oczami. - Żal mi go. Dopiero zaczął tę harówę, a już ledwo dyszy. A narcyzy wplata we włosy, bo je lubi. To źle? - zapytał ze zdziwieniem. - Na szczęście - podjął dalej - mamy wieczory. Ty wrócisz do domu, a ja z nim się pobawię. Tęsknię za nim. Nawet teraz.

Teraz, to ja poczułem ostre ukłucie zawiści. Najwyraźniej Aleksander bardziej lubił tego niedouczonego mazgaja niż mnie.

- Nie muszę tu przychodzić, jak nie chcesz - rzuciłem wyzywająco.

Zaskoczony spojrzał na mnie.

- Nie obraź się, ale jesteś dziwny - powiedział. - Błyskasz piorunami na prawo i lewo, jakbyś był synem wszechwiedzącego Zeusa, ale wielu rzeczy chyba nie rozumiesz. Nie umiesz jeździć konno i opowiadasz niestworzone historie o pojazdach, które jadą bez koni, o statkach na niebie i ludziach na Księżycu. Nie wiem, czego cię uczą w twojej szkole, ale chyba niczego pożytecznego. Nawet nie mogę ciebie pokazać kumplom. Pomyśleliby, że głupek jesteś, a mnie by wyśmiali. Na takie poniżenie nie mogę sobie pozwolić.

Tego było już za dużo. Dumnie wstałem.

- Jestem od ciebie straszy i mądrzejszy. W szkole uczą mnie matmy i komputerów! Mam jeszcze robotykę, basen, chodzę do kina i na łyżwy! - powiedziałem jednym tchem. - Myślałem, że mnie lubisz. Jak nie, to nie.

On też wstał, ale nic nie powiedział. Do pałacu wróciliśmy w niepysznych nastrojach.

Po powrocie do domu usiadłem przy biurku. Byłem rozczarowany i zły. Moja macedońska przygoda dobiegła końca. Nie będę pchać się tam, gdzie mnie nie chcą. Sam sobie poradzę!

Za oknem padał deszcz i nie wiedziałem, co mam ze sobą robić. Zjadłem obiad i dalej siedziałem. Moje rozczarowanie powoli zmieniło się w smutek. Zrozumiałem, że bardzo polubiłem Aleksandra. Mimo, że był młodszy ode mnie, potrafił robić rzeczy, których ja nie umiałem: jeździć konno i celnie strzelać z łuku. Do tego miał wspaniałą jaskinię, o której każdy chłopak może tylko marzyć. Tęskniłem za nim. Bez ruchu siedziałem wpatrzony w smętnie spływające po szybie szare krople deszczu. Czułem się byle jak i nic mi się nie chciało. Nie miałem pomysłu ani na siebie, ani na to, co chcę robić.

- Hej! - usłyszałem nagle za sobą cichy głos. - Mogę?

Ze strachu aż podskoczyłem. Obejrzałem się. Z szafy wyglądał nie kto inny, tylko Aleksander.

- Po co przyszedłeś? - wyszeptałem zaskoczony. - Przecież mnie nie lubisz.

- Głupio gadałem. Wiem - spuścił wzrok - chciałem cię przeprosić.

Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Niezręczna cisza przedłużała się.

- No dobra - powiedziałem w końcu od niechcenia, żeby nie sądził, że już mi na nim zależy. - Możemy się pobawić. Tylko pamiętaj, masz być cicho.

Rozejrzał się po moim królestwie. Oczy miał szeroko otwarte i błyszczące, kręcił nimi na wszystkie strony.

- Fajnie tu masz - z podniecenia policzki mu poczerwieniały. - Możemy tym? - wskazał na najbliższą zabawkę, zbudowanego z klocków robota. - Co to jest?

- Tyranozaur - z lekceważeniem machnąłem ręką. - Jest zdalnie sterowany, ale coś nie tak ma z konstrukcją, bo jak ruszy ogonem, to się przewraca. Muszę go naprawić.

- Aha - skwapliwie przyznał. - Mogę ci pomóc.

- A umiesz czytać instrukcje? - spytałem.

Pokręcił głową.

- A programować?

Znowu pokręcił głową.

- A w ogóle wiesz, co to jest tyranozaur?

- Nie - odparł cicho.

- No właśnie - podsumowałem go z satysfakcją.

Chciałem mu jeszcze powiedzieć coś niemiłego, bo każdy wie, że miliony lat temu dinozaury rządziły Ziemią i były wszechwładnymi panami życia i śmierci, ale rozmyśliłem się. Jego mina świadczyła o tym, że już mu udowodniłem, że on nie zna się na moich sprawach.

- Pokaże ci grę - zdecydowałem. - Weź drugie krzesło i siadaj obok mnie.

Posłuchał. Osłupiały patrzył w monitor komputera, gdzie w gwiezdnej przestrzeni w szyku bojowym ustawiły się statki kosmiczne.

- To jest naprawdę? - zapytał.

- Nie - zapewniłem go. - To gra. Jestem dowódcą eskadry myśliwców i rozwalam niszczyciele wrogów - pokazałem mu palcem. - To właśnie one, czają się w oddali. Walczą dla złego Imperatora, który rządzi galaktyką. Imperator jest okropny, zabija rycerzy Jedi i innych dobrych, czyli nas. Rozumiesz?

Oczywiście nie rozumiał, więc mu wytłumaczyłem.

- Rycerz Jedi to taki wojownik, który skacze na trzydzieści metrów wzwyż, broni się przed wszystkimi pociskami i walczy mieczem świetlnym. Jest niepokonany.

Ilustrator Witold Bloch

Ilustrator Magdalena Olszta-Bloch

Projektant okładki Alicja Bloch

Redaktor Jacek Bloch

? Magdalena Olszta-Bloch, 2023

? Witold Bloch, ilustracje, 2023

? Magdalena Olszta-Bloch, ilustracje, 2023

? Alicja Bloch, projekt okładki, 2023

Witek i Aleksander Macedoński, który będzie najsłynniejszym starożytnym królem, poznają się w niecodziennych okolicznościach. Czy pomimo tego, że dzieli ich prawie 2.500 lat, zrozumieją się nawzajem? Kim jest Guliwer? Hydra lernejska? Co oznacza "pięta Achillesa"? Odpowiedzi czekają w książce, gdzie teraźniejszość przeplata się z historią starożytną, mitologią i fantastyką; gdzie króluje dziecięca wyobraźnia i uniwersalna prawda o współczuciu dla innych; gdzie jest intryga, przygoda i humor.

ISBN 978-83-8324-874-5

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero