Starzec miał brodę koloru światła księżyca i tej samej barwy włosy sięgające aż za ramiona. Śnieżnobiała szata, w jaką był odziany, spływała szerokimi fałdami niemal do samej podłogi. Uśmiechnął się, widząc, że chłopiec się obudził.
- Jestem przyjacielem, Sebastianie - powiedział miękko i uniósł otwartą dłoń w geście pokoju. - Nie musisz się mnie obawiać.
Sebastian miał czternaście lat i bujną fantazję, lecz niewielkie wyobrażenie o tym, co robić, kiedy w środku nocy kilka kroków od jego łóżka pojawia się wysoki starzec, który wygląda tak, że mógłby być zaginionym bratem Gandalfa i kuzynem profesora Dumbledore'a. Na wszelki wypadek chłopiec na razie cofnął się tak daleko, jak na to pozwalało oparcie łóżka, i podciągnął kolana pod brodę. Przybysz nie wyglądał co prawda na mordercę ani porywacza (prędzej na staruszka, który lubi pobawić się w kosi, kosi, łapci z małymi hobbitami), ale gdyby mordercy i porywacze mieli na czołach wymalowane znaki, na świecie nie byłoby tylu zabójstw i porwań.
- Kim... kim pan jest? - wyjąkał Sebastian i wściekł się na samego siebie, gdy tylko usłyszał własny głos.
Nie ma co ukrywać: słaby i drżący.
Powinien wstać, podejść do obcego, stanąć z nim twarzą w twarz, skrzyżować z nim wzrok (starzec oczywiście nie wytrzymałby ostrego jak sztylet spojrzenia Sebastiana) i powiedzieć: "Co robisz w moim pokoju, człowieku?! I radzę ci: lepiej szybko znajdź dobre wytłumaczenie, jeśli nie chcesz zbierać zębów z podłogi".
Ostatnie słowa Sebastian wypowiedziałby z papierosem przyklejonym do ust, po czym dmuchnąłby dymem obcemu w twarz. Oczywiście ten natychmiast żałośnie by się rozkaszlał. Potem jednak Sebastian pomyślał, że grożenie pobiciem srebrnowłosemu staruszkowi może nie do końca byłoby godne prawdziwego twardziela. Prawdziwi twardziele nie znęcają się nad klonami Gandalfodumbledorów. Prawdziwy twardziel powinien zapytać: "W czym mogę ci pomóc, stary człowieku?". Albo jeszcze lepiej: "Powiedz no, stary człowieku, w czym może ci pomóc Sebastian?".
Mówienie o sobie w trzeciej osobie dodawało oczywiście całej wypowiedzi twardzielskiego sznytu, a wtrącone "no" znamionowało odpowiedni dystans do świata i ludzi, jakim powinien charakteryzować się prawdziwy madafaka.
- Przyszedłem ofiarować ci pomoc, Sebastianie - rzekł starzec.
Ujął w dwa palce tyranozaura stojącego na siedzeniu krzesła (O matko, jaki obciach! - wrzasnęło coś w Sebastianie), przyjrzał mu się ze zmarszczonymi brwiami, odłożył na blat biurka i usiadł na jego miejscu. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął długą ciemnozieloną fajkę z szerokim cybuchem, przypominającą poskręcany korzeń dziwnego orientalnego drzewa.
- Po-pomoc?
Gdy chłopiec ponownie usłyszał własny głos, pomyślał, że ludzie powinni być przygotowywani na odwiedziny srebrnowłosych starców w śnieżnobiałych szatach. Gdyby wiedział wczoraj wieczorem, że spotka go taka niespodzianka, opracowałby błyskotliwe odpowiedzi, zabawne zagajenia, inteligentne wtrącenia, kapitalne puenty oraz odpowiednio wyćwiczyłby mimikę, by osiągnąć takie efekty jak odważne skrzywienie ust czy brawurowe zmarszczenie brwi. A tak, jak to wyglądało teraz, mógł zaledwie jąkać się i w myślach kląć własną nieporadność (strasznie kląć!).
- Pomóc ci spełnić marzenia - wyjaśnił starzec z uśmiechem. - Pomóc ci stać się tym, kim zawsze pragnąłeś być: bohaterem, odważnie walczącym ze złem w imię dobra. Bohaterem zdobywającym miłość oraz szacunek ocalonego przez siebie ludu. Czyż nie o tym zawsze marzyłeś?
Starzec uniósł się z krzesła i ciężko, z wyraźnym trudem ukląkł na jedno kolano.
- Mój panie Sebastianie, czy zostaniesz naszym bohaterem? Czy spróbujesz pomóc w ratowaniu mojej krainy i mojego ludu?
Sebastian dopiero po chwili zorientował się, że zastygł z półotwartymi ustami, niczym rzeźba (Jeeezu, pewnie wyglądam jak ostatni przygłup - przemknęło mu przez myśl).
- Eee, znaczy się... nie... rozumiem...
Z ogromnym wysiłkiem przełknął ślinę. Czuł, że serce bije mu tak mocno, jakby chciało wylecieć gardłem albo wyrwać się z piersi i szukało sobie najbardziej dogodnej drogi, by przebić się przez kości, mięśnie i ciało.
Nagle przyszła mu do głowy okropna myśl. A jeśli ta wizyta jest jedynie głupim żartem? Jeśli siwobrody starzec to wynajęty aktor? W Boże Narodzenie udaje świętego Mikołaja, a teraz zgrywa nie wiadomo kogo, pewnie czarodzieja z odległej krainy. Zaraz, zaraz... Kogo byłoby stać na podobny wygłup? Przecież nie kolegów ze szkoły, dla których szczytem wysiłku intelektualnego było posmarowanie krzesła klejem albo podłożenie na nim pinezki. No tak, raz udało im się przejść samych siebie: zapłacili jakiemuś dziesięciolatkowi, żeby poskarżył się przy całej klasie Sebastiana, że Sebastian zrywa młodszym chłopcom skarpetki z nóg i wącha je potem po kryjomu w łazience. Ten psikus bawił ich do łez przez następne pół roku.
Ale, ale... To mógł być przecież program telewizyjny! Ukryta kamera! Mamy cię! Tylko czy ekipie telewizyjnej wolno wtargnąć w nocy do czyjegoś domu bez wiedzy właścicieli? Bo co do tego, że rodzice nigdy nie pozwoliliby na podobnie głupi żart, Sebastian nie miał żadnych wątpliwości.
Starzec uniósł się z kolan i usiadł z powrotem na krześle.
- Wiem, że jesteś zdumiony, Sebastianie - rzekł. - Zdumiony, zaskoczony i jak każdy ostrożny i przewidujący człowiek na pewno masz wątpliwości co do szczerości moich intencji. Pozwól, że coś ci pokażę.
Spomiędzy fałd szaty wyciągnął wielką kulę zrobioną z czegoś w rodzaju mieniącego się pastelowymi barwami kryształu. W pokoju od razu pojaśniało, zdawało się, że wnętrze zalał ciepły, przyjazny blask.
- Oto Kula Magii. - Starzec z szacunkiem postawił kryształ na stole. - Jeden z naszych wielkich artefaktów, naszych wielkich skarbów. Pozwól, Sebastianie, że zaprezentuję ci jej moc.
Przybysz dotknął powierzchni kuli końcami palców, a wtedy cały kryształ w jednej chwili zmienił barwę i zaczął przypominać nocne niebo rozjarzone gwiazdami. Sebastian widział podobne niebo na wakacjach w górach. Najgłębsza czerń przemieszana z najczystszym srebrem. To było piękne...
Nagle jedna z gwiazd rozjarzyła się mocniejszym blaskiem niż inne. Wąziuteńki promyczek światła pomknął i zatrzymał się na ścianie pokoju niczym nić utkana przez gwiezdnego pająka. Następnie koniec nici zamienił się w kropeczkę, później w srebrną plamkę, która rozlała się w kałużę połyskliwej rtęci i w jednej chwili zamieniła w trójwymiarowy, ostry jak brzytwa obraz przedstawiający wnętrze jakiejś komnaty. Kamienne ściany, tarcze i miecze przytwierdzone do muru, grube polana płonące w kominku i dwa wielkie... hmm... zwierzaki? wygrzewające się przy ogniu. Sebastian przysiągłby, że nigdy nie widział podobnych stworzeń. Komuś z bujną wyobraźnią przypominałyby psy, gdyby nie to, że zamiast dwojga oczu miały złożoną ze źrenic obręcz dokoła głowy. Widzą wszystko z każdej strony, pomyślał natychmiast Sebastian. Zaraz jednak przestał zastanawiać się nad tymi dziwnymi zwierzętami, gdyż w pokoju pojawiła się piękna ciemnowłosa dziewczyna. Była ubrana w czarną, ściśle dopasowaną suknię (Bardzo, bardzo ściśle! - pomyślał Sebastian, nie mogąc oderwać od niej wzroku). Na jej piersi kołysał się czerwony kryształ zawieszony na złotym łańcuchu. Poza tym nie miała żadnych ozdób. Dziewczyna spojrzała Sebastianowi prosto w oczy (tak jakby widziała, gdzie on jest!) i powiedziała:
- Szukaliśmy cię i wreszcie znaleźliśmy. Ratuj nas - obraz na moment zamigotał - Sebastianie. Ratuj moje królestwo, przyjacielu! - Dziewczyna złożyła błagalnie dłonie. - Mój doradca i nadworny czarodziej, sir Rimlen, wszystko ci wyjaśni i odpowie na każde pytanie. - Księżniczka odgarnęła włosy z czoła i uśmiechnęła się z nieśmiałym wdziękiem. - Czekam na ciebie, ale pamiętaj, przyjacielu - spoważniała - jeśli nie przybędziesz mi na ratunek, nie uznam cię wcale za tchórza. Każdy ma prawo się bać. Nawet ty. Przecież nie mogę cię zmusić, żebyś odrzucił całe swoje życie i zaryzykował tak wiele dla nieznanej księżniczki, która nie wiadomo nawet, czy za miesiąc lub dwa będzie jeszcze żyła...
W ogromnych oczach dziewczyny zabłysły łzy (O mamo - pomyślał Sebastian - jakie ona ma piękne rzęsy, o niebo ładniejsze niż w reklamach Mejbelin), księżniczka machnęła dłonią i trójwymiarowy obraz zniknął. Na ścianie znów rozlewała się jedynie srebrna plama gwiezdnego światła, która zaraz zmniejszyła się, zwinęła w promień, po czym wróciła do kryształowej kuli.
Starzec westchnął ciężko.
- Biedna Leilanna - powiedział z czułością i smutkiem. - Moja biedna mała księżniczka.
- Co się dzieje? Co zagraża... księżniczce?
Sebastian poczuł się głupio, wypowiadając słowo "księżniczka".
- To, co zawsze zagraża ludziom dobrym, prawym i uczciwym - odparł sir Rimlen - a więc wrogowie, których pożywieniem i paliwem jest nienawiść. Nikczemnicy, mordercy, złodzieje i oszuści. Nie ma dla nich żadnej świętości. Taaak... Nasi odwieczni nieprzyjaciele - opuścił głowę - wysłannicy zła... - Milczał długą chwilę, wreszcie uniósł wzrok i spojrzał na Sebastiana. Oczy miał tak niebieskie jak rozświetlone słońcem jezioro. - Przegrywamy tę wojnę, przyjacielu, i potrzebujemy wybawiciela. Potrzebujemy ciebie.
To była chwila jak z bajki, to było lepsze, a przynajmniej porównywalne z misjami Froda, Bilba, Pottera, Skywalkera i Buffy. To było jak przybycie Merlina do młodego Artura, gdy ten jeszcze nie wiedział, że jest potomkiem króla i prawowitym spadkobiercą tronu.
Czy nauczą mnie magii? - pomyślał Sebastian. Czy będę jednym ruchem posyłał ogniste kule w atakujących wrogów? Czy będę latał na grzbiecie śnieżnobiałego smoka? Czy ujmę w dłoń miecz, którego blask oślepi nieprzyjaciół? Czy kiedy już wygram dla nich tę wielką wojnę, księżniczka padnie mi w ramiona, szepcząc: "Sebastianie, jesteś miłością mojego życia. Nigdy nie mogłabym pokochać nikogo tak jak ciebie"? I co wtedy zrobi Sebastian? Uśmiechnie się powściągliwie i powie: "Wiele jest jeszcze ludów, które cierpią, i takich, które potrzebują bohatera. Nie wolno mi korzystać z osobistego szczęścia, póki na świecie ludzie żyją w niewoli strachu". Ujmie księżniczkę pod brodę, złoży na jej czole braterski pocałunek, a potem odjedzie w stronę zachodzącego słońca na grzbiecie wiernego rumaka. Albo... albo nie, nie na grzbiecie rumaka, ale na grzbiecie smoka. Tak jest! Smoka! Smoka, który kilkoma ruchami gigantycznych skrzydeł wzbije się pod samo niebo. Granatowe niebo. Stamtąd, z chmur i spod słońca, Sebastian po raz ostatni uniesie rękę, by pozdrowić księżniczkę. A ona będzie patrzeć przez łzy, dopóki bohater i jego smok nie znikną za linią horyzontu. Aha, i będzie padał deszcz, tak jakby samo niebo płakało z tęsknoty za oddalającym się herosem.
Sebastian tak bardzo wzruszył się własnymi myślami, że ze słodkiej, szlachetnej zadumy wyrwało go dopiero pochrząkiwanie przybysza. Lekko spanikowany spojrzał na niego.
- A więc... a więc... ten, no... jest pan, jest pan, że tak powiem, czarodziejem? - zapytał. Wymawiając słowo "czarodziej", znowu poczuł się tak głupio, że ściszył głos niemal do szeptu.
- Owszem - odparł starzec - jak ojciec mojego ojca i dziad mojego dziada. Jak wszyscy z mojego rodu. Na mnie jednak kończy się linia. Chyba że... - jego spojrzenie zdawało się przewiercać Sebastiana na wylot - chyba że zastąpi mnie ktoś, w czyich żyłach nie płynie krew magów, ale kto okaże się godzien wielkiego daru magii...
- To ja? To mógłbym być ja?
- Nie wiem. - Starzec smutno potrząsnął głową. - Może tak, może nie. W przypadku czarodziejów znaki są zawsze niejednoznaczne, przepowiednie zagmatwane, proroctwa niejasne. Jeśli udasz się ze mną do Kalindry, będziemy mogli to sprawdzić. Będziemy mogli stwierdzić bez wątpienia, czy jesteś bohaterem, na którego czekamy. Nawet jeśli nie zostaniesz czarodziejem jak ja, zawsze możesz stanąć na czele naszej armii.
- Kalindra - powtórzył chłopiec. - Tak nazywa się pański kraj? Kalindra?
- Właśnie tak. - Przybysz skinął głową. - Cudowna i wspaniała Kalindra, nad którą nigdy nie zachodzi słońce. Kraina tajemnic, sekretów i zagadek. Kraina najświętszych praw i odwiecznych reguł, wyznaczających bieg naszego życia. Kraina najwaleczniejszych mężów i najpiękniejszych dziewcząt. Och tak, moja piękna Kalindra... - Sir Rimlen zamilkł z przymkniętymi oczyma.
Gdy cisza zbytnio się przedłużała, Sebastian pozwolił sobie na chrząknięcie. Jedno, a ponieważ nie przyniosło ono skutku, to również drugie.
- Tylko proszę pana, wie pan, nie bardzo rozumiem, co ja mam z tym wszystkim wspólnego. - Postanowił przerwać zadumę przybysza. - No bo skoro macie walecznych wojowników, to jak ktoś taki jak ja może wam pomóc?
Sir Rimlen pokiwał głową, jakby zgadzał się ze słowami chłopca.
- Każdy może być piórkiem - powiedział - które przeważy szalę na wadze dobra i zła, Sebastianie. Każdy może znaleźć własną, osobistą drogę do bohaterstwa, do nieskończonej chwały, do szacunku i miłości. Każdy, choćby z początku wydawał się słaby. A ty... - starzec zawiesił spojrzenie na chłopcu - przecież ty nie jesteś słaby, prawda? Skoro ja przeczuwam w tobie prawdziwą moc, ty też ją czujesz. Czujesz, Sebastianie?
- N-n-nie wiem...
Sir Rimlen pokiwał głową, jakby odpowiedź Sebastiana potwierdziła jego wcześniejsze podejrzenia.
- Jesteś skromnym i rozumnym młodzieńcem, Sebastianie. I bardzo dobrze. Właśnie to pozwala zarówno tobie, jak i nam żywić nadzieję, że oprzesz się siłom ciemności, zło nie zawładnie tobą, nie przejdziesz na stronę... Czarnej Cytadeli. - Ostatnie dwa słowa wypowiedział szeptem.
- Czarna Cytadela? - Sebastian mimowolnie zniżył głos do szeptu.
- Wrogowie od zawsze i na zawsze - wyjaśnił gorzko starzec. - Ci, którzy łamią przysięgi, plują na obietnice i nie dotrzymują umów, ci, którzy rabują, mordują i zdradzają, ci, dla których słowo honoru jest warte tyle co plwocina na gorącym piasku. To właśnie oni. Nikczemni służalcy Czarnej Cytadeli.
- Łał - powiedział tylko cicho Sebastian.
Przez chwilę obaj milczeli. Pierwszy odezwał się chłopiec.
- Chciałem, wie pan, spytać... No bo przyszło mi coś do głowy. Czy... nie możecie nająć żołnierzy? Wie pan, takich z czołgami, karabinami maszynowymi... O, może z helikopterem! - Sebastian zapalił się do tego pomysłu. - Wie pan, oglądałem kiedyś taki film, że bohaterowie cofnęli się w czasie i...
- Niestety, Sebastianie. - Sir Rimlen nie czekał, aż chłopiec skończy zdanie, i przerwał mu stanowczym tonem. - Każda wojna toczona w naszym świecie rządzi się pradawnymi regułami, których nikomu złamać nie wolno. W przeciwnym razie czeka nas niechybna zagłada.
Sebastian z mądrą miną pokiwał głową. Był co prawda ciekaw, jakie to reguły zabraniają szukania opartej na wysokiej technice pomocy w innych światach, ale rozumiał, że przybysz nie wygłosi teraz referatu na temat historii i kultury swojego narodu. Jakby na potwierdzenie tych myśli sir Rimlen zerknął na zegarek. Ściślej mówiąc, zerknął na przegub lewej ręki, na którym połyskiwało coś okrągłego i bardzo błyszczącego. Sebastian domyślił się, że jest to wskaźnik czasu. Zresztą nietrudno było do tego dojść, słysząc zaniepokojony głos starca:
- Musimy się spieszyć, Sebastianie. Portal łączący nasze światy niedługo się zamknie. Nie masz już wiele czasu na podjęcie decyzji. I uwierz mi - sir Rimlen spojrzał chłopcu głęboko w oczy - że uszanuję ją, jakakolwiek by była. Będę ci wdzięczny nawet wtedy, jeśli nie zdecydujesz się podążyć za mną. W takim wypadku myśl o nas ciepło, Sebastianie.
Chłopiec zagryzł wargę. Podniósł z nocnego stolika niemal na śmierć zaczytany pierwszy tom Władcy Pierścieni i zaczął przerzucać książkę z lewej dłoni do prawej. Chciał myśleć szybko, intensywnie i mądrze, ale jak zwykle w chwili zdenerwowania, w chwili gdy trzeba podjąć trudną decyzję, miał w głowie całkowitą pustkę. "Uspokój się, uspokój się", powtarzał sobie. "Trzeba uporządkować myśli". Przymknął powieki. "Zacznijmy od naturalnych satelitów Jowisza: Ganimedes, Kallisto, Io, Europa, odkrytych w 1610 roku. Dobrze. Dalej Amaltea, Himalaja, Tebe, Elara... Zaraz, zaraz, Himalaja czy Himalia? Hima... Hima... Himalia! Tak jest, Himalia! Potem Pazyfae, Karme i Metis". Sebastian otworzył oczy.
- Nie mogę tak po prostu skoczyć w niewiadome - rzekł już uspokojony i pewny siebie (przynajmniej pewniejszy niż przed chwilą). - Powiem panu, jak ja to widzę: Frodo dobrze znał Gandalfa i ufał mu, Obi-Wan Kenobi uratował życie Luke'owi Skywalkerowi... - Sebastianowi zrobiło się trochę głupio, że wymienia bajkowe postacie, więc dodał: - Merlin był wychowawcą Artura... I tak dalej, i tak dalej. A ja nic nie wiem. Kim jesteście, o co walczycie, dlaczego mam stanąć po waszej stronie? No i co mi, co mi...
- Co ci grozi, tak? Ależ to oczywiste, Sebastianie. Twoja ostrożność nie przynosi ci wcale wstydu. Gdybyśmy mieli więcej czasu, chętnie zostałbym twoim nauczycielem albo uratował ci życie. - Starzec uśmiechnął się szeroko. - Chociaż z drugiej strony, może lepiej, żeby nie doszło do tego, bym musiał ratować ci życie, czyż nie?
Sebastian po chwili namysłu przyznał mu rację skinieniem głowy.
- Nie sądzisz, że gdybym miał złe intencje, potrafiłbym zainscenizować takie wydarzenie, które by cię do mnie przekonało? Na przykład by zdobyć twoje zaufanie, wysłałbym przodem jakiegoś posłusznego mi potwora, a potem udał, że go pokonuję.
Sebastian znowu nie mógł się z nim nie zgodzić.
- A przecież w naszym świecie żyją zwierzęta, które wyglądają jak potwory, choć pełnią funkcję waszych psów czy koni. Powiem więcej! - Starzec klepnął się w kolano. - Gdy pierwszy raz zobaczyłem na Ziemi krowę, aż zdrętwiałem ze strachu. U nas dość podobnie wyglądają dzikie, krwiożercze bestie, żyjące w najbardziej odludnych górskich ostępach. A u was pasą się stadami po kilkaset sztuk. - Sir Rimlen wzdrygnął się teatralnie. - Dla mieszkańca Kalindry, powiadam ci, to naprawdę wyjątkowo przerażający widok.
Sebastian nie był pewien, czy starzec żartuje, czy nie, ale pomyślał, że tak spokojne zwierzę jak krowa mogłoby wzbudzić strach na przykład u Eskimosa. Czy na widok żywiącego się planktonem wieloryba większość nurków nie dostałaby ataku serca? A przecież wieloryby nie atakują ludzi. Krzywdę człowiekowi mogą zrobić jedynie przypadkiem albo w obronie własnej.
- Bardzo często boimy się nie konkretnych zjawisk, rzeczy czy istot, lecz jedynie naszych wyobrażeń o nich - powiedział sir Rimlen poważnym tonem. - Strach budujemy - dotknął czoła palcem wskazującym - we własnych głowach. I zazwyczaj świetnie nam to wychodzi. - Uśmiechnął się.
Sebastian znowu nie widział innego wyjścia, jak zgodzić się z tymi słowami. Przy okazji zauważył, że sir Rimlen nie ma paznokcia na palcu wskazującym. Starzec dostrzegł wzrok chłopca.
- To nie wypadek przy magii ani wojenna kontuzja - powiedział wesoło. - Po prostu przytrzasnąłem go sobie okiennicą. Dobrze, że nie straciłem palca, tylko paznokieć. Niestety, coś kiepsko odrasta. - Westchnął i przyjrzał się bliźnie z troską w oczach. - No taaak, ale przecież nie o tym mamy rozmawiać. - Oderwał wzrok od swojej dłoni. - Drogi Sebastianie, wysłuchaj jeszcze, co będzie miała ci do powiedzenia nasza księżniczka. Może jej słowa przekonają cię do towarzyszenia mi w podróży.
I znowu odbył się ten sam rytuał z pomocą kryształowej kuli. Tym razem obraz wyświetlany na ścianie ukazywał co prawda wnętrze tej samej komnaty, ale księżniczka siedziała w fotelu i ze smutną miną czytała jakieś dokumenty, których wysoka sterta leżała na stole. Uniosła oczy i uśmiechnęła się. Po jej twarzy widać było, że jest zmęczona.
- Witaj raz jeszcze. - Coś cicho szczęknęło i obraz na króciuteńką chwilę zamigotał. - Sebastianie. Chcę cię zapewnić - powiedziała księżniczka miękkim i ciepłym głosem - że bardzo, ale to bardzo liczymy na twoją pomoc. - Wyciągnęła rękę, tak jakby chciała podać chłopcu dłoń. - Ja na nią liczę. Obiecaj, że poświęcisz mnie i mojemu królestwu czas do końca dnia. Przysięgnij, że dopóki słońce nie zajdzie, będziesz należeć do nas. Potem możesz wracać do siebie, niezależnie od tego, co się będzie dalej działo. - Dziewczyna podniosła się z fotela, jej głos nabrał stalowego brzmienia: - Ja, księżniczka Kalindry, której słowo jest prawem, przysięgam na krew moich rycerzy, na pamięć moich przodków, na wszystkich bogów widzialnych i niewidzialnych, że jeśli zechcesz, umożliwię ci bezpieczne opuszczenie mojego królestwa i powrót do twojego świata, zanim skończy się dzień. - Uśmiechnęła się i znowu była tylko śliczną dziewczyną o ciepłym głosie, a nie władczynią. - Poznasz moją krainę i jej sprawy, poznasz moich rodaków. Może... może nas pokochasz? - Zawiesiła głos. - A teraz wybacz, muszę wracać do dokumentów - westchnęła. - Sprawy państwowe - westchnęła znowu jeszcze żałośniej. - Żegnaj albo do widzenia. Wierz mi, że wolałabym "do widzenia".
Jej pożegnalny uśmiech był olśniewający.
Obraz zniknął ze ściany, a Sebastianowi wydawało się, że ciągle ma przed oczyma twarz uroczej księżniczki.
- Coś mi mówi, że nasza księżniczka bardzo cię lubi. - Sir Rimlen pokręcił głową. - Rozumiem, że potrzebujesz trochę czasu na zastanowienie. Ale naprawdę - uniósł palec - mogę ci go ofiarować tylko trochę. Powiedzmy - zerknął na zegar wiszący na ścianie, z którego tarczy lord Vader prezentował swe najmroczniejsze oblicze (Ale obciach! - znowu wrzasnęło coś w Sebastianie) - piętnaście minut. Potem tak czy inaczej będę musiał wracać. Sam albo z tobą. - Sir Rimlen ułożył się wygodnie w fotelu, złożył dłonie na udach i przymknął oczy. Po chwili je otworzył. - Och, jestem coraz starszy i pamięć mi szwankuje - odezwał się przepraszającym tonem. - Jeśli zdecydujesz się udać ze mną w podróż, nie będzie to wcale oznaczać, że wyruszymy razem. Czeka cię sprawdzian, Sebastianie...
Chłopcu nagle zrobiło się nieprzyjemnie zimno, bo przypomniał sobie niesłychanie bolesny test, któremu poddano księcia Atrydę. Tymczasem starzec wyjął z zanadrza czarny, połyskliwy walec, nieco tylko większy od papierosa.
- Oto Sfera Kalindry. - Położył przedmiot na dłoni i wyciągnął rękę w stronę Sebastiana. - Gdybyśmy uznali nasz świat za osobę, to Sferę można by nazwać jedną z jej dłoni. Kalindra może ci tę dłoń podać albo - cofnął rękę - cię odrzucić. Kto nie przejdzie testu, nigdy nie ujrzy mojej zachwycającej krainy. Kto nie przejdzie testu - głos starca spotężniał - ten nie tylko nie będzie opiewany w naszych bohaterskich pieśniach, ale nie otrzyma szansy, by stać się bohaterem.
- Czy... czy to będzie bolało? - Sebastian musiał zadać to pytanie, chociaż zdawał sobie sprawę, że bohaterowie nie przejmują się tak trywialnymi sprawami jak ból. Zwłaszcza gdy w grę wchodzą ratowanie pięknej księżniczki i ocalenie jej krainy.
- Nieee... - Sir Rimlen potrząsnął srebrną grzywą. - Nie bardziej niż trzymanie mokrego mydła, jeśli wolno mi użyć tak nieodpowiedniego porównania. Jeżeli Sfera cię nie zaakceptuje, po prostu nie dasz rady utrzymać jej w dłoniach. Cokolwiek byś zrobił, wyśliźnie ci się z palców. W innym natomiast wypadku utrzymasz ją tak pewnie, jakby była kawałkiem chropowatego granitu.
Sebastian z mądrą miną pokiwał głową. Musiał przyznać, że bardzo, ale to bardzo mu ulżyło, bo nie był zbytnio odporny na ból. Gdy niedawno na treningu siatkówki (jak zwykle nieprzyjemnym z powodu uwag w rodzaju "O rany, psorze, czy ja naprawdę muszę mieć tego łacha w swojej drużynie?") Sebastian źle odebrał piłkę i wywichnął sobie palec, nie mógł powstrzymać się od płaczu, mimo że koledzy stali nieopodal i zaśmiewali się do rozpuku przy każdym jego jęku i skrzywieniu ust. Nawet trener prychnął mu do ucha: "Przestań się mazać, Seba. Co ty, nie masz jaj, chłopaku?".
Ciekawe, co by powiedział trener na wieść, że to u Sebastiana pojawił się wysłannik błagającego o pomoc królestwa? Tak, tak właśnie - u Sebastiana! Nie u któregoś z tych umięśnionych, naładowanych testosteronem byczków z jego klasy, ale właśnie u niego!
- To dobrze - powiedział. - Wiem, że z bólem należy umieć sobie radzić, tak więc - potrząsnął głową - jakby co, to trudno. Jak trzeba, to trzeba, prawda?
Sir Rimlen skinął głową, odłożył walec na blat biurka i znowu przymknął oczy. Ku zdumieniu Sebastiana nie minęła nawet minuta i starzec cichutko zachrapał. O rany! Sebastian mimo woli parsknął śmiechem i szybko zakrył usta dłonią. Mógłbym go teraz ostrzyc do gołej skóry i ani by drgnął. Ciekawe, co by powiedział, jakby się obudził? Spojrzał na szarą, zmęczoną i pooraną zmarszczkami twarz starca i zrobiło mu się głupio, że w ogóle mogło mu coś takiego przyjść do głowy. Jeeezusie, a co by powiedziała księżniczka, gdybym tak urządził jej przyjaciela? I aż zrobiło mu się zimno, gdy wyobraził sobie, co pomyślałaby ta piękna, smutna dziewczyna na wieść o tym, że Sebastian, którego prosiła o pomoc, zachował się jak ostatni kretyn i smarkacz. Tego można by się spodziewać po jego głupawych kolegach z klasy, a nie po kimś, kto miał szansę zostać... no, na przykład Sebastianem Mądrym albo Sebastianem Wielkim. Skoro Piotr, Edmund, Łucja i Zuzanna, czworo zwyczajnych angielskich dzieciaków, mogło zostać Wielkimi Królami Narnii, to dlaczego Sebastian nie mógłby zostać Wielkim Królem Kalindry? Jeśli nie królem, to bohaterem, takim jak Eragon. W końcu Eragon miał zaledwie piętnaście lat, gdy zaczął walczyć ze złem! I doskonale mu to wychodziło!
Sebastian pogrążył się w myślach na temat literackich oraz filmowych bohaterów. Obiecał sobie, że nie popełni błędów Petera Parkera i Clarka Kenta i świetnie połączy obowiązki superbohatera ze szczęśliwym życiem osobistym. Bo przecież prawdziwie oddanym sprawie herosem może zostać jedynie człowiek zadowolony z tego, kim jest i co robi, a nie dziwadło rozdarte pomiędzy odmiennymi tożsamościami.
- Czy mogę wiedzieć, jaką podjąłeś decyzję, Sebastianie?
Zadane poważnym tonem pytanie gwałtownie wyrwało chłopca z zamyślenia. Omal nie podskoczył na łóżku. O Boże! Naprawdę już minęło piętnaście minut!? Spanikowany, zerknął na zegarek. Rzeczywiście, równiutko kwadrans. Ani minuty dłużej, ani minuty krócej. I co teraz?
Sebastianowi znowu mocniej zabiło serce. To była pierwsza prawdziwie poważna decyzja w jego życiu! Do tej pory, zaraz, no tak, nie miał okazji o czymkolwiek zdecydować. Oczywiście pomijając takie nieistotne sprawy jak kolor ścian w pokoju, o co pytał ojciec, czy wybór wakacyjnej szkoły językowej w Londynie albo w Paryżu, co omawiał z mamą. Żadna z tych decyzji nie miała większego wpływu na życie ani jego, ani innych osób. Teraz otrzymał szansę od losu. Mógł zachować się jak dorosły. Wszystko, dosłownie wszystko spoczywało w jego rękach. To on rządził teraz własnym życiem.
- Chcę... - przełknął ślinę - życzę sobie... - wskazał palcem czarny walec - spróbować.
- Właśnie takiej decyzji spodziewałem się po młodzieńcu o mężnym sercu. - Sir Rimlen głośno wyraził swoją aprobatę. Wstał i ze Sferą Kalindry w dłoni zbliżył się do Sebastiana. - Jest chłodna i bardzo śliska. Nie martw się, że ulegnie zniszczeniu, gdy ją upuścisz. Sfera Kalindry wygląda jak szklana, lecz wiele wytrzyma.
Chłopiec skinął głową, wpatrując się w smoliście czarną Sferę. Błyszczy jak nawoskowane krucze skrzydła - przyszło mu do głowy nie wiadomo z jakiego powodu. Bo niby jaki kruk byłby na tyle cierpliwy, by dać sobie pociągnąć skrzydła woskiem? Starzec cierpliwie trzymał walec w wyciągniętej dłoni, czekając, aż Sebastian przejmie go od niego.
- Spokojnie - powiedział sir Rimlen łagodnym tonem. - Nie ma się czego bać...
Ramiona Sebastiana poruszały się tak, jakby ktoś zajmujący się oliwieniem stawów zapomniał o swoich obowiązkach. Albo jakby powietrze zamieniło się w gęstą zupę. W końcu jednak udało mu się wyciągnąć dłonie. "Ganimedes, Kallisto, Io, Europa, Amaltea, Himalia, Tebe, Elara" - bezgłośnie poruszał ustami. Gdy dopowiadał słowo "Elara", walec wylądował w jego rozwartych dłoniach niczym jajko w gnieździe. Rzeczywiście był zimny, jakby wyjęty z lodówki, i śliski. Tak śliski jak, jak... nie było słowa na określenie tego, jak był śliski! Ta niezwykła śliskość utrzymywała się zaledwie przez chwilę, przy której czas pomiędzy dwoma uderzeniami serca mógłby uchodzić za wieczność, i już Sebastian poczuł Sferę Kalindry w swoich dłoniach, spoczywającą w nich spokojnie i pewnie. Niczym kawałek granitu. Dokładnie tak, jak zapowiedział sir Rimlen.
- Zdałem! - wrzasnął Sebastian. - Zdałem!
Z zachwytem spojrzał na walec, który spokojnie i bezpiecznie leżał w jego dłoniach. Uniósł go przed oczy.
- Dzięki ci, Sfero - powiedział. - O rany! - Podniósł wzrok na starca. - Zdałem. Wie pan: zdałem! Znaczy, zdałem, tak?
- Oczywiście, Sebastianie. Sfera Kalindry pokazała nam, że droga do naszej krainy stoi przed tobą otworem. O ile zechcesz wyruszyć w taką podróż.
Sebastian zacisnął dłonie tak mocno, że nieobcinane przez kilka dni paznokcie boleśnie wbiły mu się w dłonie. Muszę zdecydować, muszę zdecydować. Ta myśl kołatała mu w głowie jak opętana blaskiem ćma. Co powinienem powiedzieć? Co zrobić?
- Powiedział pan: jeden dzień? Jeśli uznam, że jednak nie, to mnie odeślecie?
- Wieczorem będziesz wolny jak ptak - obiecał sir Rimlen. - Albo ja, albo któryś z moich kolegów czarodziejów przeprowadzi cię do twojego świata. Tak samo bezpiecznie jak ja teraz przeprowadzę cię do Kalindry.
- Bezpiecznie, czyli jak? - Sebastian uśmiechnął się blado. - Jak bardzo bezpiecznie jest bezpiecznie dla pana?
- Sebastianie, nigdy nie ośmieliłbym się oszukać cię w żadnej sprawie. Zbyt wiele jest we mnie szacunku - przyłożył dłoń do serca - i dlatego powiem szczerze: pierwszy etap podróży przez Bramę jest stuprocentowo bezpieczny. Zatrzymamy się w czymś, co nazywamy międzyświatem. Podróż z międzyświata do Kalindry jest obarczona pewnym ryzykiem. Stosunkowo niewielkim. Tak jak rejs samolotem. Teoretycznie te wasze latające machiny są najbezpieczniejszym środkiem lokomocji w historii ludzkości, w praktyce czasem występują większe lub mniejsze awarie, prawda? Ale dlaczego miałoby się to zdarzyć właśnie tobie? Zostałeś natychmiast i z łatwością zaakceptowany przez Sferę Kalindry, więc i sama podróż może się dla ciebie okazać bułką z masłem.
- Tak pan mówi?
Sebastian ku swojemu zdziwieniu zauważył, że bardzo chce zostać przekonany do podróży, która mogła się okazać najcudowniejszą przygodą jego życia. Raaany! Kto nie marzy o wyzwoleniu uciśnionej krainy, zwłaszcza gdy na tronie tej krainy zasiada niezwykła piękność?
Starzec skinął głową bez słowa i spokojnie czekał, aż chłopiec podejmie decyzję.
- No to... - Sebastian opuścił stopy na podłogę i stanął na równe nogi - ...chyba pójdę z panem. Tylko czy nie powinienem się przebrać?
Spanikowany spojrzał w lustro znajdujące się na przeciwległej ścianie. W tafli odbijał się rozczochrany, chudy chłopak w okrągłych okularach i pasiastej piżamie o przykrótkich rękawach i nogawkach sięgających ledwo do połowy łydek. W dodatku bluza od piżamy miała u dołu kompromitująco wyglądającą plamę, która powstała dzisiaj wieczorem, gdy Sebastian zagapił się i wylał na siebie całą łyżkę jeszcze ciepłego budyniu. Tak, budyniu! Tak właśnie było, mimo że pozory mogły świadczyć o czymś zupełnie innym...
- Nie trzeba, Sebastianie. Otrzymasz nowy strój. Taki, w którym będziesz mógł godnie pokazać się w zamku Kalindry.
- Aha. No to dobrze. Ale może chociaż włożę spodnie...
Sebastian podbiegł do krzesła, chwycił spodnie od dresu i podskakując na jednej nodze, naciągnął je na siebie. Bluzę od piżamy włożył w spodnie i od razu poczuł się lepiej.
- Uświęconym tradycją zwyczajem jest to, że każdy rycerz na dworze naszej księżniczki przybiera nowe imię, aby właśnie pod nim, jeżeli jego czyny na to pozwolą, po wsze czasy został zapamiętany w Księstwie Kalindry. Jakie imię chciałbyś przybrać, Sebastianie?
No cóż, skoro tak potężny bohater jak Aragorn mógł nazywać się raz tak, raz siak w zależności od tego, gdzie właśnie mieszkał - a to Thorongil, a to Elessar, a to Obieżyświat, a to Estel - podobna zmiana na pewno nie zaszkodzi Sebastianowi. Tylko jakie imię wybrać, by wzbudzało szacunek? By wrogowie drżeli na sam jego dźwięk? Coś twardego? Coś z dużą liczbą głosek "r", "g" i "h"? Ragoharr! Nie, może nie, bo żołnierze skandujący jego imię połamaliby sobie języki... Khurghan? Nie, nie, też nie, bo chyba jakoś podobnie miał na imię ten gość, z którym bił się Christopher Lambert. Voldemort, Vader i Sauron też oczywiście odpadali w przedbiegach.
Dlaczego najfajniejsze imiona zawsze mają ci źli - krzyknęło coś w Sebastianie - a ci dobrzy nazywają się Bafi, Maklołd, Bilbo czy podobnie? A jak już nawet mają jakieś normalne imiona, to biegają w czerwonych rajtuzach albo przywdziewają tanie kostiumy niczym podrzędni wrestlerzy.
Jeeeezu! Wybór imienia to na bank podstawowa sprawa. Raz powiedziane i koniec. Przecież nie będzie można go co chwila zmieniać jak butów albo rękawiczek. Aslan brzmi fajnie, ale czy wypada komukolwiek nazwać się imieniem kogoś, kto, jakkolwiek by na to spojrzeć, jest bogiem? A może nawet, kto wie, Bogiem?
- Imię nie musi być wymyślone - odezwał się starzec, przerywając Sebastianowi galopadę myśli. - Równie dobrze możesz przybrać miano bohatera pochodzącego z twojego świata. Kogoś, z kim się identyfikujesz, kogo cenisz, kto wywarł na tobie wrażenie... - Szybko zerknął na przegub ręki.
Sebastian nerwowo podrzucił książkę i rozpaczliwie rozejrzał się po pokoju. Przebiegł wzrokiem ściany, podłogę, biurko...
Tyranozaur! - wrzasnęło w nim coś złośliwie. Nazwij się sir Tyranozaurem! "Ach, ty mój Tyrusiu słodki", będzie szeptała mu do ucha księżniczka.
Oderwał spojrzenie od figurki jaszczura i przebiegł wzrokiem półki nad biurkiem. Spojrzał niżej na stojącą obok lampy niewielką rzeźbę rycerza w srebrnej zbroi. Taaak, rycerz! To jest to! Imię sławnego rycerza! Kto był najodważniejszym, najsłynniejszym rycerzem? Jasne, już wiem!
- Artur... - szepnął Sebastian i powtórzył głośniej: - Tak jest: Artur! Artur Pendragon!
- Artur. Bardzo pięknie. - Sir Rimlen rozpromienił się. - Powiedz więc, czy jesteś gotów do podróży, sir Arturze? Czy ślubujesz do końca dnia dochować wierności naszej krainie i naszej księżniczce?