Witajcie w hotelu Flanagans - sa Hellberg

Kup ebooka

19.99 zł
16.94 zł (16,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

1

Lon­dyn, wie­czór syl­we­strowy 1959 roku

Ten ulewny deszcz powi­nien był powstrzy­mać przed wyru­sze­niem na przy­ję­cie nawet naj­bar­dziej przed­się­bior­czych lon­dyń­czy­ków. O wiele wygod­niej byłoby im przed komin­kiem z kie­lisz­kiem szam­pana w ręku. Ale przed hotel Fla­na­gans pod­jeż­dżał jeden samo­chód za dru­gim. Nie­któ­rzy goście pro­wa­dzili sami, inni mieli szo­fe­rów, któ­rzy musieli cze­kać na zewnątrz, aż ich pań­stwo zechcą wró­cić do domu we wcze­snych godzi­nach poran­nych. Suk­nie sze­le­ściły na mokrym asfal­cie, jakiś męż­czy­zna zarzu­cił żonie płaszcz na ramiona, chro­niąc ją przed desz­czem.

Ale deszcz nie prze­szka­dzał ludziom, któ­rzy byli w dro­dze na bal syl­we­strowy w hotelu Fla­na­gans, może z wyjąt­kiem tych, któ­rzy szli od przy­stanku auto­bu­so­wego znaj­du­ją­cego się obok wej­ścia do hotelu. Na uli­cach stała woda, a kie­rowcy lśnią­cych limu­zyn, które zatrzy­my­wały się przed luk­su­so­wym hote­lem, nie przej­mo­wali się pie­szymi na chod­niku. W tę noc syl­we­strową nie­raz ktoś zaklął, kiedy kaskady wody nisz­czyły świeżo wypra­so­wane suk­nie wie­czo­rowe.

Dzięki Bogu w hotelu nie czuć tej paskud­nej pogody, pomy­ślała Linda Lan­sing. Opróż­niła kie­li­szek, zanim go odsta­wiła, i wyszła z biura. Zatrzy­mała się na chwilę przy balu­stra­dzie i przy­glą­dała błysz­czą­cemu tłu­mowi gości.

Obsługa żwawo krą­żyła po salo­nie z tacami, na któ­rych stały zarówno puste, jak i pełne kie­liszki. Wszystko zda­wało się iść zgod­nie z pla­nem. Drinki ser­wo­wano już od kilku godzin, poziom hałasu znacz­nie wzrósł, a nastrój był coraz wesel­szy. Jak co roku będzie to nie­za­po­mniany syl­we­ster. Linda wzięła głę­boki oddech. Powinna już wró­cić do gości.

Wol­nym kro­kiem scho­dziła po scho­dach w sze­lesz­czą­cej sukni balo­wej. Na dole przy­trzy­mała się porę­czy. Ten ostatni drink w biu­rze nie był potrzebny. Zamknęła na moment oczy, zanim ruszyła dalej. Uśmie­cha­jąc się, ski­nie­niem głowy pozdra­wiała gości i miała nadzieję, że nikt nie zauwa­żył jej lek­kiej nie­pew­no­ści. Jasne, że to głu­pota upić się na wła­snym przy­ję­ciu, ale teraz to pusty żołą­dek był winny, że krę­ciło się jej w gło­wie. Była przy­zwy­cza­jona do moc­nych trun­ków, nie miała nic prze­ciwko kilku szkla­necz­kom whi­sky.

Ktoś zła­pał ją za rękę. Lady Car­li­sle. Linda uśmiech­nęła się ser­decz­nie i wychy­liła do przodu, by poca­ło­wać Mary w poli­czek. Jej trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia przy­ja­ciółka błysz­czała w wysa­dza­nej per­łami sukni. Wokół szyi lśniły klej­noty, które dostała od męża pod cho­inkę. Była bogata, roz­piesz­czona i po pro­stu cudowna.

- Mary, tak się cie­szę, że przy­szłaś. Suk­nia jest rze­czy­wi­ście tak piękna, jak mówi­łaś. Dior, mam rację?

Mary z zado­wo­le­niem ski­nęła głową.

- Tak, jest naprawdę śliczna - uśmiech­nęła się i poło­żyła dłoń na ręce przy­ja­ciółki, która wciąż spo­czy­wała na porę­czy. - Znowu ci się udało, ale nie spo­dzie­wa­łam się niczego innego - nachy­liła się do Lindy i kon­ty­nu­owała szep­tem: - Sły­sza­łaś nowinki o Jone­sach? Ponura histo­ria. Wła­śnie się dowie­dzia­łam. Naj­wi­docz­niej zako­chał się w jakiejś kobie­cie z Reading i opu­ścił mają­tek. Wiesz już?

Zado­wo­lona pod­nio­sła papie­rosa do ide­al­nie uma­lo­wa­nych czer­wo­nych ust. Dni Mary skła­dały się z plo­tek, akcji cha­ry­ta­tyw­nych i nie­koń­czą­cych się kola­cji. Czasy, kiedy bawiła się w klu­bach do rana i była nazy­wana kró­lową nocy, już dawno minęły, nad czym ostat­nio mocno ubo­le­wała. To jed­nak róż­nica, czy na eks­klu­zywne przy­ję­cia w Lon­dy­nie jest się zapra­szaną jako młoda, podzi­wiana i ado­ro­wana kobieta, czy rezy­duje się z mężem i dwójką dzieci w ogrom­nym majątku kawa­łek za mia­stem i nosi tytuł lady.

Linda wyjęła z koper­tówki zapal­niczkę i przy­pa­liła przy­ja­ciółce papie­rosa. Zawo­ła­nie kogoś z obsługi na przy­ję­ciu tego for­matu było nie do pomy­śle­nia. Nawet jeśli pro­wa­dziła z róż­nymi oso­bami luźne roz­mowy i bawiła się podob­nie jak jej goście, wciąż była tu gospo­dy­nią.

Kiedy trwały ostat­nie minuty lat pięć­dzie­sią­tych, była jedy­nie figu­rantką na przy­ję­ciu syl­we­stro­wym w hotelu, któ­rego była wła­ści­cielką. I tak to teraz wyglą­dało, choć zaczy­nały się lata sześć­dzie­siąte.

Linda Lan­sing, piękna dama z socjety, która - tylko współ­czuć - jest zmu­szona po śmierci ojca pro­wa­dzić hotel Fla­na­gans. Nie­za­mężna, bez­dzietna. Poza ładną twa­rzą i tym wyjąt­ko­wym zabyt­ko­wym hote­lem w cen­trum Lon­dynu nie ma nic. Dzie­łem ojca, który - jak głosi plotka - nie był uzna­nym biz­nes­me­nem, zarzą­dza już nie­mal od dekady i o ile wiemy, na­dal będzie zarzą­dzać. Na hory­zon­cie nie ma żad­nego narze­czo­nego, jak się dowie­działa redak­cja z wia­ry­god­nych źró­deł, ale Linda Lan­sing ma kuzy­nów u swego boku. Rodzina Lan­singów zawsze trzy­mała się razem.

Ten arty­kuł - ze zdję­ciem Lindy pod żyran­do­lem w holu - uka­zał się w ubie­głym mie­siącu w "Time­sie". Jakby nie było nowo­cze­snych kobiet! Jakby Linda nie zapra­co­wy­wała się nie­mal na śmierć, żeby utrzy­mać hotel. Gdyby wie­dzieli, ile prze­szła w ciągu tych ostat­nich dzie­się­ciu lat...

"Rodzina Lan­sin­gów zawsze trzy­mała się razem". Linda wybuch­nęła gło­śnym śmie­chem, kiedy to prze­czy­tała. Całe szczę­ście, że redak­tor nie przy­ło­żył się do pracy, zbie­ra­jąc mate­riał do arty­kułu, bo kłót­nie rodzinne wypeł­ni­łyby całą książkę. Ale kiedy cho­dzi o kobiety w biz­ne­sie, naj­więk­szą uwagę zwraca się na brak męż­czy­zny. Fakt, że bez pomocy rodziny udało jej się utrzy­mać i pro­wa­dzić hotel, nie był godny pod­kre­śle­nia.

- Biedna pani Jones - powie­działa do Mary.

Prawdę mówiąc, pan i pani Jones byli jej zupeł­nie obo­jętni. Niech sobie wywo­łują skan­dale, ile tylko chcą. Dla Lindy to była tylko para jedna z wielu. Ale na zdra­dach się znała, dla­tego mogła sobie wyobra­zić, jak podle czuje się teraz pani Jones.

Wszyst­kie te zamożne pary, miesz­ka­jące w ogrom­nych rezy­den­cjach na przed­mie­ściach Lon­dynu i mające posia­dło­ści w Hol­land Park oraz domy waka­cyjne we Fran­cji na Lazu­ro­wym Wybrzeżu, przy­cho­dziły na jej przy­ję­cia. Naj­czę­ściej byli to ludzie tak obłudni i nie­szcze­rzy, że już na samą myśl Lindę prze­szy­wał dreszcz. "Koniecz­nie musimy się spo­tkać", mówili. Prze­krzy­wiali przy tym lekko głowy i mie­rzyli ją wzro­kiem od stóp do głów, od gra­na­to­wych jedwab­nych butów, przez krą­głe bio­dra, aż po talię i blond włosy. Czę­sto jeden czy drugi męż­czy­zna zatrzy­my­wał wzrok na wyso­ko­ści jej biu­stu, ale łokieć żony sztur­cha­jący go w bok uświa­da­miał mu, jak bar­dzo to nie­sto­sowne. Linda nato­miast była zapra­szana na przy­ję­cia, na któ­rych jej goście chcieli się nią pochwa­lić przed prasą. Kiedy już zro­biono jej zdję­cia, a Linda nasy­ciła głód czy­tel­ni­ków bla­skiem i polo­tem nowo­cze­snej kobiety, czę­sto nie patrzono na nią wię­cej.

Była zagro­że­niem dla wszyst­kich szczę­śli­wych mał­żeństw wokół niej, co nie­jed­no­krot­nie dawano jej do zro­zu­mie­nia. Ludzie chcieli współ­czuć samot­nej i opusz­czo­nej Lin­dzie Lan­sing, ale to było po pro­stu nie­moż­liwe, gdy męż­czyźni w pomiesz­cze­niu reje­stro­wali każdy jej naj­mniej­szy ruch. Jakby była nimi choć tro­chę zain­te­re­so­wana. Nie, zupeł­nie nie, bo nie zno­siła idio­tów.

Jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Mary Car­li­sle, w prze­ci­wień­stwie do tych wszyst­kich kobiet z socjety, była uro­czą osobą. Kiedy Mary przy­cho­dziła na her­batę i sia­dała w salo­nie, Linda przysia­dała się do niej, by wysłu­chać naj­now­szych plo­tek. Mąż Mary był sporo star­szy od ele­ganc­kiej żony i nie­chęt­nie opusz­czał posia­dłość pod Wind­so­rem. Mary przy­jeż­dżała więc samo­cho­dem bez niego, a jej szo­fer sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu, na wypa­dek gdyby chciała się jesz­cze zaba­wić w mie­ście.

- O Jone­sach poroz­ma­wiamy przy her­ba­cie w przy­szłym tygo­dniu. Mam ci dzi­siaj tyle do powie­dze­nia - ski­nęła głową do Lindy i spoj­rzała na nią dużymi oczami.

Linda nic sobie nie robiła z tych wszyst­kich histo­rii, ale bawiła ją ta nuta dra­ma­ty­zmu w gło­sie przy­ja­ciółki. Poza tym dobrze jest być na bie­żąco, na wypa­dek gdyby pan Jones zechciał zatrzy­mać się we Fla­na­gans.

Nie byłby to pierw­szy mąż, który dopusz­cza się zdrady w jej hotelu, to naprawdę nic nowego. Ale nie­któ­rzy uwa­żali, że obo­wiąz­kiem Lindy jest odpra­wia­nie takich gości. Dla­czego mia­łaby to robić? Życie pry­watne innych to nie jej sprawa.

Pew­nego razu jedna ze zdra­dza­nych kobiet nazwała Fla­na­gans bur­de­lem. Po tym incy­den­cie nie była już zapra­szana na uro­czy­sto­ści w hotelu, mimo że dosłow­nie bła­gała o to na kola­nach, jak mąż zakoń­czył romans. Osta­tecz­nie gor­szy oka­zał się dla niej zakaz wstępu do tego słyn­nego lon­dyń­skiego hotelu niż to, że jej mąż zaba­wiał się w nim z inną.

Mary prze­rwała Lin­dzie.

- Kochana, chcia­łam się tylko przy­wi­tać i życzyć ci wszyst­kiego dobrego. Powin­naś iść teraz do gości. A ja muszę zadbać o męża, żeby nie przy­szło mu do głowy wra­cać do domu przed pół­nocą.

Potem spoj­rzała na Lindę suro­wym wzro­kiem.

- I poca­łuj kogoś - powie­działa. - Od tego się nie umiera.

W sute­re­nie hotelu Eli­nor uwi­jała się jak w ukro­pie. Tu nie było czuć syl­we­stro­wej atmos­fery. Jeden pół­mi­sek za dru­gim wędro­wał na górę i cią­gle wołano o kolejne, więc nie miała nawet czasu upiąć krę­co­nych wło­sów, które polu­zo­wały się pod czep­kiem. Do sali ban­kie­to­wej wędro­wały pół­mi­ski z pty­siami, pie­czo­nym łoso­siem, ogó­recz­kami, kawio­rem i ostry­gami. Zgod­nie z pole­ce­niem pani Lan­sing Eli­nor miała ser­wo­wać dania na zamó­wie­nie.

Eli­nor nie skar­żyła się, ale pracę zaczęła o ósmej rano, a teraz docho­dziła pół­noc. Ostatni dzień lat pięć­dzie­sią­tych zapa­mięta jako pra­co­wity i wyci­ska­jący pot. Ze świę­to­wa­niem nie miał nic wspól­nego.

Przej­ście z lat pięć­dzie­sią­tych w lata sześć­dzie­siąte nie było dla niej oka­zją do świę­to­wa­nia. Nie przy takim ogro­mie pracy. Kiedy ostat­nio był prze­łom dzie­się­cio­leci, miała jede­na­ście lat i skoń­czyło się to krzy­kiem i lamen­tem docho­dzą­cym z sąsied­niego miesz­ka­nia. Kiedy rodzice tam pobie­gli, by spraw­dzić, co się dzieje, dokład­nie o pół­nocy zna­leźli pobitą do nie­przy­tom­no­ści panią Jen­kins.

- Jaka pły­nie z tego nauka? - zapy­tała mama, kiedy Eli­nor ucie­kła do łóżka i tuliła wystra­szo­nego młod­szego brata.

Eli­nor stwier­dziła, że żona musi być miła i posłuszna mężowi, a pani Jen­kins naj­wi­docz­niej taka nie była. Zauwa­żyła, że mama na­dal ma złość wypi­saną na twa­rzy.

- Nie - odpo­wie­działa mama. - Nauka z tego jest taka, że przy pierw­szym ude­rze­niu opu­ścisz dom, zadbasz o to, by zdo­być pracę i... - potem zamil­kła, rozej­rzała się, jakby się bała, że ktoś może ją usły­szeć. - I wyj­dziesz za mąż tylko za takiego męż­czy­znę, który będzie cię sza­no­wać i doceni, jaka jesteś bystra. Który nie pod­nie­sie na cie­bie ręki ani za kolor skóry, ani za to, że jesteś od niego inte­li­gent­niej­sza. Zapa­mię­taj te słowa. Jesteś Bry­tyjką, nawet jeśli twoja matka jest Szwedką, a ojciec pocho­dzi z Jamajki. Możesz być dumna z tego, że ukształ­to­wały cię kul­tury trzech kra­jów.

Kiedy karetka zabrała panią Jen­kins do szpi­tala, mama, tata, Eli­nor i młod­szy brat podzie­lili się jabł­kiem - to był jeden ze szwedz­kich zwy­cza­jów, który mama pie­lę­gno­wała - i życzyli sobie szczę­śli­wego nowego roku. Następ­nego dnia rano tata musiał być w pracy w por­cie, a mama miała do sprzą­ta­nia trzy domy po przy­ję­ciach syl­we­stro­wych. Eli­nor musiała się opie­ko­wać młod­szym bra­tem.

Otwo­rzyła drzwi dużej lodówki i się­gnęła po miskę z pokro­jo­nym ogór­kiem. Cie­kawe, czy coś się zmieni w 1960 roku? Ojciec ciężko pra­co­wał, a opuszki pal­ców mamy wyglą­dały jak suszone rodzynki. Wczo­raj to zauwa­żyła, kiedy razem jedli.

Eli­nor wypro­wa­dziła się z domu rodzin­nego. W pokoju znaj­du­ją­cym się w sute­re­nie hotelu miała wła­sne łóżko, małą szafę na ubra­nia i lampkę nocną, która przez cały czas się świe­ciła, bo przy świe­tle lampki Eli­nor odra­biała lek­cje.

Pew­nego pięk­nego dnia dziew­czyna miała stać się kimś.

Było jej tu dobrze, ale wie­działa, że tylko dzięki stu­diom otwo­rzą się dla niej drzwi, które dla dziew­cząt jej pocho­dze­nia są zazwy­czaj zamknięte. Dla­tego kursy w ponie­dział­kowe wie­czory były dla niej świę­to­ścią. Obec­nie uczyła się angiel­skiego. W żad­nym wypadku nie chciała mówić tak jak rodzice. Oby­dwoje mówili z sil­nym akcen­tem. W Not­ting Hill nie było to nic szcze­gól­nego, ale tutaj - nie­do­pusz­czalne. Język jest bar­dzo ważny. Ostat­nio ukoń­czyła kurs stylu. Kiedy weszła do sali, inne dziew­częta zro­biły wiel­kie oczy i gapiły się na nią, ale Eli­nor sta­rała się igno­ro­wać ich spoj­rze­nia. Chciała się nauczyć ety­kiety i trzy mie­siące póź­niej potra­fiła już utrzy­mać książkę na gło­wie i pić jed­no­cze­śnie her­batę, trzy­ma­jąc ele­gancko wycią­gnięty mały palec. Gdyby nie ten kurs, ni­gdy by się tego nie nauczyła. Tata maru­dził, że taki kurs dla dziew­czyny z jej kolo­rem skóry to pie­nią­dze wyrzu­cone w błoto, ale miała już dwa­dzie­ścia jeden lat i nie musiała go słu­chać. Naj­waż­niej­sze, że mama ją wspie­rała.

- Nie stój tak i nie śnij na jawie! Do roboty! - krzyk­nął szef, który aku­rat prze­cho­dził.

Eli­nor dygnęła.

- Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam.

Ostroż­nie nabie­rała na łyżeczkę odro­binę kawioru ze sło­ika i kła­dła na kra­ker­sie, jak sobie tego życzyła pani Lan­sing. Jak dotąd zda­wało się, że nowy rok będzie taki sam jak stary.

Pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na wąskie okna pod dachem. Po szy­bach spły­wały kro­ple desz­czu. Faj­nie byłoby obser­wo­wać ukrad­kiem ele­gancko ubra­nych gości, któ­rzy tego wie­czoru prze­cha­dzali się po hotelu. Wszyst­kie kobiety wło­żyły z pew­no­ścią naj­ład­niej­sze suk­nie. Tak przy­naj­mniej mówili ci, któ­rym wolno było prze­by­wać pię­tro wyżej. Eli­nor do nich nie nale­żała. Nie wolno jej było prze­by­wać poza sute­reną.

Odkro­iła brzegi jasnego chleba.

Kolejna taca będzie zaraz gotowa do poda­nia.

Tylne świa­tła auto­busu znik­nęły za zakrę­tem. Jeśli Emma nie chciała, by strugi desz­czu lecą­cego z nieba prze­mo­czyły ją do suchej nitki, musiała wejść do budynku. Świa­tła i gło­śny śmiech dobie­ga­jący z końca ulicy kusiło ją i cho­ciaż wie­działa, że nie ma tam czego szu­kać, weszła do środka przez otwarte drzwi. Nikt jej nie zatrzy­mał, a jeśli ktoś zapyta, powie, że zabłą­dziła.

Ni­gdy cze­goś takiego nie widziała.

Zza kolumny obser­wo­wała towa­rzy­stwo i zdała sobie sprawę, że tak wła­śnie zacho­wują się nowo­cze­śni ludzie. Jeśli chce miesz­kać w Lon­dy­nie, musi do tego przy­wyk­nąć. Goście sza­leli na par­kie­cie i zda­wało się, że dobrze się bawią. W rogu zespół grał muzykę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie sły­szała. Z muzyką kościelną nie miała nic wspól­nego - to było dla niej jasne.

Mama i bab­cia padłyby tru­pem, gdyby wie­działy, że Emma tu stoi i obser­wuje doro­słych, któ­rzy tak nie­przy­zwo­icie się zacho­wują. Męż­czyźni pozbyli się mary­na­rek, polu­zo­wali kra­waty, a kobiety zdjęły nawet buty. Koszule kle­iły się do spo­co­nych ciał panów. Emma zauwa­żyła, że robi się jej sucho w buzi. Nie mogła ode­rwać wzroku. Kiedy jeden z męż­czyzn bez skrę­po­wa­nia przy­cią­gnął w tańcu part­nerkę i poca­ło­wał, Emma zmu­siła się, by prze­stać patrzeć. Czuła, jak płoną jej policzki. Ni­gdy cze­goś takiego nie widziała. Ow­szem, czy­tała już o tym. Scho­wała w swoim pokoju pudełko z cza­so­pi­smami o modzie i muzyce, a książka, którą czy­tała wie­czo­rami, trak­to­wała o wyzwo­le­niu kobiet. Mama myślała, że czyta Biblię.

Dzi­siaj koń­czyła osiem­na­ście lat i cho­ciaż mama oraz bab­cia ze łzami w oczach zabro­niły jej opusz­czać dom rodzinny, Emma poże­gnała się i wsia­dła do pociągu. Można powie­dzieć, że ucie­kła. Nie mogła już dłu­żej wytrzy­mać.

Wol­ność. Jakże tęsk­niła do tego dnia! Od teraz sama będzie podej­mo­wać decy­zje. Roz­sądne decy­zje. Bo jeśli nie będzie się miała na bacz­no­ści, w krót­kim cza­sie wyj­dzie za mąż i będzie obar­czona dziec­kiem, jak wszyst­kie inne młode dziew­czyny we wsi, a tego chciała za wszelką cenę unik­nąć. Może nie jest jesz­cze cał­kiem doj­rzała, ale nie jest głu­pia. Emma miała ochotę spró­bo­wać, jak sma­kuje seks, ale naj­pierw się dowie, jak się zabez­pie­czyć, by nie zajść w ciążę.

Powoli zdjęła kape­lusz i poczuła, że mimo cie­pła w budynku jej stopy są zimne. Miała zno­szone buty, które nie chro­niły przed desz­czem i nie zatrzy­my­wały wody. Sta­rała się nie zwra­cać uwagi na prze­mo­czone poń­czo­chy. Miała w walizce drugą parę butów, ale chciała je zatrzy­mać, aż znaj­dzie jakieś zatrud­nie­nie.

- Porządna rodzina - powie­działa mama. - Pój­dziesz tylko do porząd­nej rodziny, ina­czej natych­miast tu wró­cisz, uparta dzie­wu­cho.

Emma domy­ślała się, że mama nie nazwa­łaby gości, któ­rzy tu się bawili, porząd­nymi, mimo błysz­czą­cych mate­ria­łów, biżu­te­rii i ide­al­nych fry­zur. Mama wyobra­żała sobie raczej rodzinę pastora z setką bacho­rów, któ­rym ktoś inny niż mama powi­nien wycie­rać nos, kąpać je i opie­ko­wać się nimi.

Emma nie bar­dzo lubiła dzieci, dla­tego nie zamie­rzała pra­co­wać jako opie­kunka. Miała więk­sze ambi­cje, ale ni­gdy z mamą o tym nie roz­ma­wiała. Mama powta­rzała w kółko, że Emma ma się nająć jako pomoc domowa, a potem wyjść za miłego, poboż­nego męż­czy­znę.

W tej kwe­stii matka i córka miały zupeł­nie odmienne wyobra­że­nia.

Emma chciała być bogata. Męż­czyźni mogli jej tylko pokrzy­żo­wać plany, dla­tego posta­no­wiła, że się nie zako­cha, ale będzie się bawić. Czy­tała o tym i brzmiało to nad­zwy­czaj nowo­cze­śnie i eks­cy­tu­jąco.

Lata sześć­dzie­siąte to będzie jej dzie­się­cio­le­cie, była tego pewna. Czuła rado­sne pod­nie­ce­nie. Pomysł, że można mieć wszystko i jed­no­cze­śnie być nie­za­leżną, był daleki od wize­runku kobiety, jaki wynio­sła z domu, ale w cza­so­pi­śmie, które po kry­jomu czy­tała, było napi­sane, że to moż­liwe.

- Au! - krzyk­nęła, kiedy ktoś w uni­for­mie bru­tal­nie chwy­cił ją za rękę i bez cere­gieli wyrzu­cił na ulicę.

Nie pro­te­sto­wała. Deszcz padał jesz­cze moc­niej niż przed­tem, ale była tak zado­wo­lona z tego dnia, że zupeł­nie jej to nie prze­szka­dzało.

- Ta muzyka w środku - zapy­tała męż­czy­znę - to jazz?

Spoj­rzał na nią wiel­kimi oczami. Potem roze­śmiał się.

- Jazz? Nie, moja panno, w hotelu Fla­na­gans nie jeste­śmy tacy sta­ro­świeccy. To rock.

Jego śmiech wciąż brzmiał w powie­trzu, kiedy się odwró­cił i ruszył do cie­płego wnę­trza.

Emma z nie­wiel­kiej odle­gło­ści obser­wo­wała, jak męż­czy­zna w stroju kucha­rza wyrzu­cił papie­rosa. Ener­gicz­nie chwy­ciła starą walizkę babci i pobie­gła do niego, by zapy­tać, do kogo powinna się zgło­sić, jeśli szuka pracy.

- Chwi­leczkę! - zawo­łała, ale deszcz zagłu­szył jej woła­nie.

Męż­czy­zna znik­nął na scho­dach pro­wa­dzą­cych do sute­reny. Emma ruszyła za nim. Widziała okna wycho­dzące na ulicę. Sły­chać było za nimi brzęk naczyń, śmiech i pod­nie­sione głosy. Emma uśmiech­nęła się. Była zachwy­cona. Jak wspa­niale być doro­słą!

Tuż przed dwu­na­stą Linda otwo­rzyła drzwi do kuchni. Pomoce kuchenne patrzyły na nią zszo­ko­wane. Znak, że czę­ściej powinna się tu poka­zy­wać. Pra­cow­nicy, któ­rzy dopiero od nie­dawna byli zatrud­nieni w hotelu, stali cicho jak myszki w ocze­ki­wa­niu inspek­cji.

Dla Lindy nie było to teraz ważne. Była głodna, lekko pod­pita i nie miała naj­mniej­szego zamiaru iść za radą przy­ja­ciółki i o pół­nocy kogoś poca­ło­wać. Wręcz prze­ciw­nie, chciała teraz coś zjeść, a potem iść spać. Goście będą się bawić bez niej rów­nie dobrze.

Pode­szła do niej sze­fowa kel­ne­rek i wska­zała na pewną osobę. W kuchni stała w kącie dziew­czyna, która wyglą­dała jak zmo­kła kura. Woda kapała z jej ohyd­nego kape­lu­sza.

- Nie mogę się jej pozbyć. Nie chce wyjść z kuchni - powie­działa sze­fowa kel­ne­rek, krę­cąc głową ze zde­ner­wo­wa­nia.

- Zajmę się tym - powie­działa Linda. - Pro­szę iść na górę do gości - potem zwró­ciła się do intruza. - Kim jesteś? - zapy­tała Emmę.

Linda miała sła­bość do uporu. Uwa­żała, że jest oznaką ambi­cji.

- Zmo­kłą kurą? - zapro­po­no­wała dziew­czyna.

Uśmiech­nęła się, poka­zu­jąc zadbane zęby.

- To widzę. Pytam, czego szu­kasz w hotelu.

- Zatrud­nie­nia.

- W noc syl­we­strową?

- Nie wyobra­żam sobie lep­szego momentu. Wła­śnie skoń­czy­łam osiem­na­ście lat - odpo­wie­działa z dumą.

Miała nie­na­ganną cerę, była otwarta i spra­wiała sym­pa­tyczne wra­że­nie.

- Zdej­mij ten kape­lusz - naka­zała Linda.

Na plecy dziew­czyny opadł długi war­kocz. Jej wygląd nie budził zastrze­żeń, ale fry­zurę miała sta­ro­modną.

- Jak ci na imię?

- Emma.

Lin­dzie zaczęło bur­czeć w brzu­chu. To był impuls.

- Naszy­kuj mi dwie kanapki - powie­działa. - Jeśli będą mi sma­ko­wać, dosta­niesz tu pracę, jeśli nie, wygo­nię cię z powro­tem na deszcz. Eli­nor pokaże ci, gdzie możesz zosta­wić swoje rze­czy i gdzie są szafki kuchenne. Ale żad­nej pomocy wię­cej. Masz dzie­sięć minut - Linda spoj­rzała na zega­rek. - Na miej­sca, gotowi, start!

Pro­blem z dziew­czę­tami pole­gał na tym, że kiedy już się wyszkolą, wtedy zawsze wycho­dzą za mąż, dla­tego prak­tycz­niej jest zatrud­niać chłop­ców, cho­ciaż dziew­częta na ogół lepiej wywią­zują się z obo­wiąz­ków. Pra­cują szyb­ciej, są dokład­niej­sze, a ta czarna dziew­czyna Eli­nor oka­zała się szczę­śli­wym nabyt­kiem w hote­lo­wej kuchni. Była sama, nie strzę­piła języka jak wiele innych i pra­co­wała cię­żej niż pozo­stałe. Poza tym miała talent. Kiedy wno­szono talerz, który wyszedł spod jej ręki, wyglą­dał zawsze nad­zwy­czaj sma­ko­wi­cie.

Linda miała wszystko na oku, cho­ciaż per­so­nel nie zda­wał sobie z tego sprawy. Dla niej było to oczy­wi­ste. Od dobrej pracy per­so­nelu wiele zale­żało. I od lojal­no­ści. Kto plot­ko­wał o gościach, wyla­ty­wał. Eli­nor chyba o nikim nie mówiła. Nie chciała się nawet zada­wać z kole­gami i kole­żan­kami z pracy, ani z nimi zadzie­rać. Było w tym coś wyjąt­ko­wego. Na ogół zawsze ktoś narze­kał w sute­re­nie, ktoś czuł się źle trak­to­wany. Kolor skóry Eli­nor był, nie­stety, wciąż powo­dem, dla któ­rego nie mogła jej prze­nieść do obsługi wyż­szego pię­tra, ale Linda miała zamiar zwięk­szyć zakres obo­wiąz­ków Eli­nor. Jeśli ta nowa okaże się wystar­cza­jąco dobra, Eli­nor weź­mie ją pod swoje skrzy­dła. Mało jest ambit­nych mło­dych dziew­cząt, dla­tego Linda wciąż takich szu­kała.

Dzie­więć minut póź­niej Emma przy­nio­sła jej duży talerz ze sma­ko­wi­cie wyglą­da­ją­cymi kanap­kami. Linda już dawno takich nie widziała.

- Sama je zro­bi­łaś? - zapy­tała.

Emma z prze­ko­na­niem ski­nęła głową.

Linda ugry­zła kanapkę i wes­tchnęła. Ten smaczny sos pod łoso­siem przy­go­to­wała Eli­nor. Linda od razu poznała smak ulu­bio­nego sosu.

- A sos?

Emma przy­tak­nęła bez mru­gnię­cia okiem.

Linda zasta­na­wiała się przez chwilę, potem odsu­nęła talerz.

- W porządku, Emmo, zatrud­nię cię. Ale nie ze względu na kanapki, bo te naszy­ko­wała Eli­nor, tylko dla­tego, że kła­miesz. Koniecz­nie chcesz dostać tę pracę, prawda?

Emma ski­nęła głową, tym razem jesz­cze ener­gicz­niej. Zaró­żo­wioną twarz dziew­czyny roz­ja­śnił uśmiech.

- Dostanę tę pracę?

- Tak, dosta­niesz. Będziesz dzie­lić pokój z Eli­nor. Licz się z tym, że zawsze mogę cię zawo­łać, jeśli będziesz mi potrzebna, a to może się stać o każ­dej porze dnia i nocy. Przyj­muję cię na mie­siąc próbny, potem razem z...

Zamil­kła zdzi­wiona, kiedy Big Ben głu­chymi, nie­uchron­nymi ude­rze­niami obwie­ścił nową dekadę.

Prze­ga­piła pół­noc. Zazwy­czaj stała o tej porze przy balu­stra­dzie i wzno­siła toast w stronę gości, któ­rzy z reguły zajęci byli sobą.

Ach, nic nie szko­dzi, że w nowy rok wcho­dzi w sute­re­nie z ludźmi, któ­rzy pra­co­wali tu cały dzień. Złoży to na karb tego, że za mało zja­dła, a za dużo wypiła.

Kiedy się odwró­ciła do per­so­nelu, nie uszło jej uwa­dze, że świeżo zatrud­niona Emma i Eli­nor uśmie­chały się do sie­bie. Linda miała wra­że­nie, że w tym momen­cie zro­zu­miała, jak ogromne zna­cze­nie mają dla innych wła­śnie się zaczy­na­jące lata sześć­dzie­siąte.

Jesz­cze raz ugry­zła kanapkę, potem kazała iść wszyst­kim do pokoju dla pra­cow­ni­ków. Eli­nor wzięła Emmę za rękę i obie pomknęły kory­ta­rzem. Tego wie­czoru Linda zapro­siła per­so­nel na szam­pana. Chwilę póź­niej strze­lały korki i sły­chać było rado­sny śmiech.

Sama wsia­dła do windy i udała się do biura. Tam cze­kała na nią whi­sky.

Następ­nego ranka, nago i z potwor­nym bólem głowy, robiła rundę po apar­ta­men­cie i zbie­rała rze­czy, które wie­czo­rem nie­dbale z sie­bie zrzu­ciła. Suk­nia leżała na sofie w salo­nie, jeden but wylą­do­wał tuż obok. Drugi zna­la­zła w końcu pod dużym, zło­tym lustrem w kory­ta­rzu. Biu­sto­nosz, pas do poń­czoch, poń­czochy i figi leżały na kupie na pod­ło­dze przed łóż­kiem. Kiedy już wszystko pozbie­rała, otwo­rzyła dwu­skrzy­dłowe drzwi szafy i odwie­siła suk­nię wie­czo­rową. Jeśli będzie ją chciała jesz­cze raz zało­żyć, musi ją dać do poprawki. Jak zawsze, z nostal­gią wodziła wzro­kiem po nie­zli­czo­nych suk­niach balo­wych wiszą­cych w sza­fie. Prze­je­chała pal­cami po sukni z deli­kat­nej różo­wej koronki. Kiedy ostat­nio miała ją na sobie? Na wspo­mnie­nie tej chwili poczuła ukłu­cie w sercu. Wspo­mnie­nia o innym życiu - życiu, które było tak bli­sko - zawsze spra­wiały jej ból.

Prze­su­nęła ręką po jasno­nie­bie­skiej sukni - tak jasnej, że można ją było wziąć za białą. Była uszyta z szy­fonu. Dół był tak sze­roki, że kilka kraw­co­wych musiało trzy­mać mate­riał, kiedy madame Pic­card go szyła.

Linda tań­czyła w jego sil­nych ramio­nach. Jego frak ide­al­nie paso­wał do sukni. Inni spe­cjal­nie odsu­nęli się na bok. Sto­pami ledwo doty­kała par­kietu. Jego spoj­rze­nie, które wię­ziło jej oczy. Krew pul­so­wała jej w żyłach. A potem... Potem on roz­pi­nał tysiące guzicz­ków na jej ple­cach, wolno, jeden po dru­gim, aż szy­fo­nowa suk­nia niczym chmurka opa­dła na dół, a jej dech zaparło.

Dla­czego nie pozbyła się tej sukni? Prze­cież wie­działa, że wspo­mnie­nia zła­mią jej serce.

Z hukiem zamknęła drzwi szafy.

Zasta­na­wiała się, czy zjeść śnia­da­nie, czy wypić coś na klina. W gło­wie jej dud­niło. Jeśli nie dosta­nie natych­miast kawy, będzie jesz­cze gorzej.

Ale goście bawili się dosko­nale i to było naj­waż­niej­sze. Nie po to w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat wpro­wa­dziła hotel do strefy zysków, by teraz z niej wyjść. Opła­ciła się jej ciężka praca, a gwiazda hotelu Fla­na­gans wciąż świe­ciła na lon­dyń­skim hote­lo­wym fir­ma­men­cie. Kon­ku­ren­cja była duża. Wraz z hote­lami Savoy i Ritz jej nale­żał do tych, o któ­rych naj­czę­ściej się mówiło.

Mary została do późna i poże­gnała się obiet­nicą, że ode­zwie się w tygo­dniu. Jej mąż wyglą­dał cał­kiem rześko, choć był sporo star­szy.

- Bądźmy szczere, jest znacz­nie star­szy - powie­działa Mary, kiedy dys­ku­to­wały o tym, w jaki spo­sób daje o sobie znać taka róż­nica wieku.

Linda ni­gdy nie oswo­iła się do końca z myślą, że tych dwoje jest razem, ale rozu­miała oczy­wi­ście przy­ja­ciółkę, że ta zgo­dziła się w końcu na ślub.

To była dosko­nała par­tia, poza tym ich rodziny znały się całą wiecz­ność. Kiedy pierw­szy raz powie­działa "nie", nie potrak­to­wał odmowy poważ­nie, rów­nież kiedy powie­działa "nie" po raz drugi. Kiedy zapy­tał po raz trzeci, wyma­chu­jąc jej przed oczami dużym dia­men­tem, powie­działa "tak". "Z miło­sier­dzia", jak potem stwier­dziła, ale Linda wie­działa, że Mary go kocha, cho­ciaż skar­żyła się, że poca­łunki i inne czu­ło­ści są coraz rzad­sze. Mąż Mary był nowo­cze­snym męż­czy­zną i zapro­po­no­wał jej nawet, by zna­la­zła sobie kochanka. Odrzu­ciła tę pro­po­zy­cję, choć bar­dzo tęsk­niła za fizyczną bli­sko­ścią. Bo tak wła­śnie było. Dla­tego flir­to­wała bez skrę­po­wa­nia, jeśli tylko nada­rzyła się oka­zja, ale flirt ogra­ni­czał się do pożą­dli­wych spoj­rzeń i poca­łun­ków, jak się zarze­kała.

- Pożą­dają mnie, czuję przy tym lek­kie pod­nie­ce­nie, ale na tym musi się koń­czyć. Ale że ty jesteś taka cno­tliwa, cho­ciaż nic cię nie powstrzy­muje, tego nie rozu­miem. Seks jest prze­cież cudowny - powta­rzała Lin­dzie i pro­po­no­wała jej jed­nego męż­czy­znę po dru­gim, któ­rzy w ten czy inny spo­sób mieli być wyjąt­kowi.

Jed­nak Linda dotąd nie poznała nikogo, kto by ją choć tro­chę inte­re­so­wał. Bogaci męż­czyźni są tak samo nudni jak mają­tek, który odzie­dzi­czyła.

Nagle ktoś nie­śmiało zapu­kał do drzwi. Linda rozej­rzała się za szla­fro­kiem, bo nie było go na wie­szaku obok szafy. On też leżał na pod­ło­dze. Gra­na­towy mate­riał, z któ­rego był uszyty, był w takim samym odcie­niu jak wykła­dzina pod­ło­gowa, dla­tego nie od razu go zauwa­żyła. Miała go na sobie dzi­siej­szej nocy? Nie mogła sobie tego przy­po­mnieć.

Mocno zaci­snęła pasek i przed dużym lustrem upew­niła się, że żadna szparka nie zdra­dza, że pod szla­fro­kiem jest cał­kiem naga. Jesz­cze spoj­rze­nie na zega­rek - była punkt dzie­wiąta. Dokład­nie tak jak chcia­łam, pomy­ślała i otwo­rzyła drzwi.

Emma - chyba tak się nazy­wała ta nowa dziew­czyna - weszła do środka z tacą ze śnia­da­niem i zatrzy­mała się na środku. Nie­zde­cy­do­wana roz­glą­dała się po pokoju.

Linda poka­zała na stół pod oknem, gdzie miała zwy­czaj jeść śnia­da­nie. Emma zosta­wiła tam tacę i znik­nęła tak szybko, jak się poja­wiła.

Dys­kretna. To dobry znak. Per­so­nel wie­dział, że ma się odzy­wać tylko wtedy, kiedy Linda zapyta. Ale skąd ta nowa miała to wie­dzieć? Poza tym Linda miała wra­że­nie, że ta młoda dziew­czyna jest raczej wyga­dana. Dzień wcze­śniej pew­nym wzro­kiem patrzyła Lin­dzie pro­sto w oczy, nie szep­tała i nie odwra­cała wzroku jak wiele innych. Ambi­cja, pomy­ślała Linda. Widziała to po niej i wła­śnie to jej impo­no­wało.

Nie spie­szyła się przy śnia­da­niu. Lon­dyn odsy­piał noc syl­we­strową. Kiedy się już ubie­rze i dopro­wa­dzi do stanu, w jakim może się poka­zać w hotelu, pój­dzie naj­pierw na mały spa­cer. Naj­bar­dziej lubiła to mia­sto, gdy wyglą­dało jak wymarłe.

1960.

Mimo wszystko było w nowym roku coś, co dawało nadzieję. Nie dla­tego, że wie­rzyła, że w 1960 roku będzie się wię­cej śmiać niż w 1959, tylko dla­tego, że z każ­dym rokiem smutne wyda­rze­nia, które cią­żyły jej przez ostat­nie lata, sta­wały się coraz bar­dziej odle­głe.

Nagle roz­le­gło się gło­śnie puka­nie do drzwi.

Linda wstała. Kto to może być?

Przed drzwiami stał Lau­rence, jeden z człon­ków rodziny, o któ­rej prasa pisała, że trzyma się razem.

- Czego chcesz? - zapy­tała ze zło­ścią.

Przy­glą­dał się przez chwilę swoim paznok­ciom, potem spoj­rzał jej surowo w oczy.

- Chcę, żebyś wie­działa, że 1960 będzie rokiem, w któ­rym wszystko stra­cisz. Szczę­śli­wego nowego roku, droga kuzy­neczko.

Roz­dział 2

2

Fjällbacka 1949 rok

Bab­cia na­dal źle wygląda, pomy­ślała Linda, kiedy wycie­rała jej twarz. Chyba robiła to dzi­siaj już siódmy raz. Przy­ło­żyła usta do czoła star­szej pani. Chyba nie jest już takie roz­pa­lone. Według dok­tora Bun­sena stan babci mógł pójść w dwie strony - nie naj­cie­kaw­sza pro­gnoza. Osiem­dzie­siąt trzy lata to nie tak mało. Kilka dni temu bab­cia sama powie­działa, że już wystar­czy.

- Jestem gotowa, stwier­dziła szep­tem. Potem dodała, lekko wzdy­cha­jąc: - Ale żyć też się chce.

Dla­tego bab­cia była przy­go­to­wana na każde zrzą­dze­nie losu. Nie, bab­cia nie może umrzeć. Linda nie wyobra­żała sobie życia bez niej. Tata natych­miast ścią­gnąłby ją do Lon­dynu, a to Fjällbacka jest jej domem.

Bab­cia leżała w łóżku jak mały pta­szek. Ręce miała chu­dziut­kie, skóra w miej­scach, gdzie widać było żyły, stała się atra­men­towa. Obrączka i pier­ścio­nek luźno sie­działy na palcu, jakby nie nale­żały do niej.

Linda powie­siła myjkę na cyn­ko­wej wan­nie, która stała obok łóżka, wydmu­chała nos, potem usia­dła na krze­śle obok łóżka i wzięła bab­cię za rękę.

- Nie patrz takim smut­nym wzro­kiem, moje dziecko.

Głos docho­dzący z łóżka był tak słaby, że Linda nie była pewna, czy się nie prze­sły­szała.

- Bab­ciu?

- Wody, dasz mi wody?

Linda zerwała się na równe nogi i pobie­gła do dzbanka na sto­liku w kształ­cie pół­księ­życa, który stał przy oknie. Chwilę póź­niej wró­ciła do babci. Pomo­gła jej usiąść i się napić. Różowa koszula wisiała na szczu­płych ramio­nach star­szej pani.

- Lepiej się czu­jesz?

Linda ponow­nie uło­żyła kru­chą kobietę na podusz­kach. Jeśli bab­cia wydo­brzeje, to na śnia­da­nie, obiad i kola­cję będzie jej poda­wać bekon, żeby nabrała sił.

- Nie, ani tro­chę.

Głos star­szej pani na­dal był zbo­lały, ale zde­cy­do­wany i Linda uśmiech­nęła się pod nosem.

- W takim razie poza wodą nie chcesz pew­nie niczego innego - powie­działa cie­płym gło­sem.

- Jeśli w dzbanku została jesz­cze odro­bina kawy, to nie odmó­wię, ale nie chcę, żebyś parzyła świeżą. Mogę nie dożyć rana i kawa by się zmar­no­wała.

- U nas nic się nie zmar­nuje, obie­cuję - odpo­wie­działa Linda.

Ulgę poczuła dopiero w kuchni, kiedy wzięła do ręki dzba­nek z kawą.

Na wszelki wypa­dek wezwie leka­rza, ale naj­gor­sze chyba już minęło...

Linda wybrała drogę na skróty przez boisko, kiedy szła nad morze. Na dwo­rze było rześko i wiatr zsu­nął jej chustkę z głowy. Zatrzy­mała się i zawią­zała pod brodą podwójny węzeł, potem posta­wiła koł­nierz płasz­cza. Drżała z zimna, kiedy szła dalej. Nie­przy­jemny wiatr z pół­nocy dmu­chał jej pro­sto w twarz i nie dawał iść.

Gunilla, jedna z jej naj­lep­szych przy­ja­ció­łek, usi­ło­wała zgra­bić liście przed domem. W taki dzień nie był to dobry pomysł.

- Nie masz nic lep­szego do roboty? - zawo­łała Linda, kiedy pode­szła do furtki ogro­do­wej.

- W zasa­dzie mam - odpo­wie­działa Gunilla i poło­żyła gra­bie na ziemi.

Chwy­ciła się za plecy, kiedy zbli­żała się do ogro­dze­nia.

- Chęt­nie zapa­rzę kawę, jeśli masz ochotę dotrzy­mać mi towa­rzy­stwa. Spra­wiasz wra­że­nie weso­łej. To zna­czy, że babci się popra­wiło?

Linda przy­tak­nęła.

- Na szczę­ście. Za kawę muszę, nie­stety, podzię­ko­wać. Idę na zakupy. U babci jest teraz lekarz.

- Ach tak, w takim razie zajmę się dalej gra­bie­niem - odpo­wie­działa Gunilla. - Göran zasta­na­wia się, co ja robię całymi dniami. Nie mam już siły tego słu­chać - powie­działa. - W dniu ślubu męż­czyźni chyba ślepną. Myślę, że nie ma poję­cia, jak każ­dego dnia jedze­nie tra­fia na stół, dla­czego łazienka lśni i jak to się dzieje, że jego robo­cze ciu­chy nie śmier­dzą makre­lami.

Linda wybuch­nęła śmie­chem.

- Daruj sobie te skargi. Dobrze wiesz, że zło­wi­łaś jed­nego z tych dobrych.

Gunilla uśmiech­nęła się zado­wo­lona.

- Tak, wiem, rze­czy­wi­ście mia­łam szczę­ście. Pomyśl tylko, ile dziew­czyn się za nim uga­niało, dopóki go nie usi­dli­łam - chwilę póź­niej spo­waż­niała. Wycią­gnęła rękę i poka­zała w dół na morze. - Ale dzi­siaj jestem na niego zła i chcia­ła­bym, żeby miał inną pracę.

- Daleko wypły­nęli?

Gunilla ski­nęła głową.

- Nie­stety. Gdyby wie­dzieli, że wiatr zerwie się tak szybko, w ogóle by nie wypły­wali.

- Będzie dobrze, nie martw się. Pamię­taj, że zawsze możesz do nas przyjść, jak jest ci źle.

- Kiedy wra­casz do pracy?

- Apte­karz powie­dział, że mogę wziąć wolne, dopóki bab­cia jest chora, ale mam nadzieję, że w ponie­dzia­łek będzie się już dobrze czuła. W prze­rwie obia­do­wej mogę wpaść do domu i spraw­dzić, jak sobie radzi.

- Bra­kuje mi pracy - powie­działa Gunilla. - Ale Göran chce, żebym zaj­mo­wała się domem...

- Musisz szybko zajść w ciążę - powie­działa Linda. Wie­działa, że przy­ja­ciółka o niczym innym nie marzy. - Wtedy nie będziesz narze­kać na brak zaję­cia.

Gunilla uśmiech­nęła się.

- Oby tak się stało! A co z tobą? Kiedy zoba­czę obrączkę na twoim palcu?

Linda wzru­szyła ramio­nami.

- Po ostat­nich wyda­rze­niach jesz­cze dużo wody upły­nie.

- Nie wszy­scy są tacy jak on - odpo­wie­działa Gunilla poważ­nym gło­sem.

- I nie wszy­scy są tacy jak Göran - stwier­dziła Linda.

Zaczęło porząd­nie wiać. Per­spek­tywa wędrówki do Sälvik, potem okrą­że­nia góry Vet­te­berg nie była już taka kusząca. Linda zde­cy­do­wała, że pój­dzie naj­krót­szą drogą wzdłuż morza.

Musiała kupić śmie­tanę, masło i bekon. Naj­wyż­sza pora pod­kar­mić bab­cię, żeby nabrała sił i wró­ciła do zdro­wia.

Linda poma­chała w stronę domu Pet­ter­so­nów. Pani Pet­ter­son zdej­mo­wała wła­śnie pra­nie ze sznurka, które zamiast zwi­sać ku ziemi, nie­mal w pozio­mie uno­siło się w powie­trzu pod­trzy­my­wane przez podmu­chy wia­tru.

- Jak bab­cia? - zawo­łała.

Linda pod­nio­sła kciuk. Pani Pet­ter­son odpo­wie­działa sze­ro­kim uśmie­chem. Chwilę póź­niej Linda dotarła do Badhol­men. Za szopą na łodzie przy­kuc­nął Axel. Schro­nił się tam przed wia­trem i napra­wiał sieć. Pod­niósł rękę i przy­wo­łał Lindę do sie­bie.

- Jak się czuje Elvira? - zapy­tał zatro­skany, kiedy pod­cho­dziła.

- Naj­gor­sze ma już za sobą - powie­działa. - Wejdę do środka i kupię pożywne jedze­nie, żeby sta­nęła na nogi.

- Zacze­kaj - powie­dział Axel. Wszedł do szopy i chwilę póź­nej wró­cił z torbą. - Parę makreli dla was.

- Dzię­kuję! Bab­cia je lubi - odpo­wie­działa Linda.

- Ty też skub­nij tro­chę - uśmiech­nął się.

- Tak zro­bię.

Kiedy ode­szła, pomy­ślała, że Axel znowu jest dla niej miły. Nie tak dawno była zarę­czona z jego synem.

Nie wyszło im.

Zanim wró­ciła z zaku­pami do H?kebacken, spo­tkała osiem­na­ście osób. Wszyst­kie pytały, jak się czuje bab­cia, i prze­ka­zy­wały dla niej życze­nia szyb­kiego powrotu do zdro­wia.

To była naj­lep­sza strona życia na wsi.

Z dru­giej jed­nak strony, jak ktoś nie był w nastroju do roz­mowy lub wolałby, żeby ludzie nic nie wie­dzieli o dru­giej oso­bie, to życie na wsi nie było już takie przy­jemne. Tu każdy wie­dział wszystko o innych.

- Wspólna kawa po nabo­żeń­stwie jest nie­bez­pieczna - zawsze ostrze­gała bab­cia. - Ple­cie się tam wtedy dużo bzdur.

Ale teraz tro­ska innych cie­szyła Lindę. Cho­ciaż miesz­kała sama z bab­cią, ni­gdy nie miała wra­że­nia, że jest sama.

Linda zaj­rzała naj­pierw do babci, potem poszła do kuchni wypa­ko­wać zakupy. Usły­szała puka­nie do drzwi. Zmarsz­czyła czoło. Może Gunilla wybrała się do nas, pomy­ślała i szyb­kim kro­kiem ruszyła otwo­rzyć drzwi.

Przed domem stał młody męż­czy­zna i trzy­mał w ręce tele­gram. Kiedy uchy­lił kape­lu­sza i zszedł z kamien­nych scho­dów, roze­rwała tele­gram. Tekst był krótki i zwię­zły.

Mr. Lan­sing taken ill. Ple­ase return to Lon­don at once1.

Tata. Nogi się pod nią ugięły. Ni­gdy by się z nią nie skon­tak­to­wali, gdyby sytu­acja nie była poważna. Ręka, w któ­rej trzy­mała tele­gram, drżała. Prze­czy­tała go jesz­cze raz. Pod­pi­sał go Char­les, wie­lo­letni współ­pra­cow­nik ojca. Musi się udać do Lon­dynu, ale czy może zosta­wić bab­cię samą?

Dwa dni póź­niej star­sza pani czuła się już na tyle dobrze, że Linda mogła się wybrać w podróż do Lon­dynu. Sąsie­dzi będą przy­no­sić babci jedze­nie i kawę, od czasu do czasu wypro­wa­dzą ją też do ogrodu. W sto­ją­cej za domem szo­pie, którą sami wybu­do­wali, z trzema ścia­nami i drew­nia­nym dachem, będzie chro­niona przed desz­czem i wia­trem. Jest za wcze­śnie, by zabie­rać ją nad morze, ale jak tylko odzy­ska siły, sama będzie tam spa­ce­ro­wać. Do brzegu było zale­d­wie sto metrów.

Przed bramą Linda przy­mo­co­wała torbę podróżną do sio­dełka roweru. Spoj­rzała jesz­cze raz na dom. Na­dal podo­bał się jej kolor nie­bie­skich szpro­sów. Razem je wybie­rały, kiedy zeszłego lata z pomocą sąsiada malo­wały dom. Teraz nie wyobra­żała sobie, że ich dom mógłby ina­czej wyglą­dać. Linda popro­siła sąsiada, by spraw­dził też dach, ale jego zda­niem był w porządku. Wszyst­kie dachówki były na swoim miej­scu, żad­nej nie bra­ko­wało.

Dom jest teraz taki ładny. Jak tata wyzdro­wieje, Linda tu wróci. Nie­długo będzie lato i miesz­kańcy Fjällbacki już się cie­szyli. Oczy­wi­ście nie wszy­scy. Byli też tacy, któ­rzy woleli, jak było tu pusto. Linda do nich nie nale­żała. Kiedy zjeż­dżali się let­nicy, mia­steczko roz­kwi­tało.

Latem będzie musiała pra­co­wać, bo wzięła teraz cały urlop na wyjazd do ojca. Mimo to już teraz cie­szyła się na dźwięki akor­de­onu na nabrzeżu i dłu­gie, jasne let­nie noce. Jak się miało szczę­ście, to miej­scowi zabie­rali let­ni­ków na swoje łodzie i można było obser­wo­wać tań­czące świa­tła na morzu. W nie­dziele apteka była zamknięta i kiedy pogoda dopi­sy­wała, Linda cho­dziła się kąpać i opa­lać. Razem z przy­ja­ciółką zabie­rały kosze pik­ni­kowe, koce oraz ręcz­niki kąpie­lowe i spę­dzały cały dzień nad morzem.

Ale jesie­nią, kiedy let­nicy wyjeż­dżali i do Fjällbacki wra­cał spo­kój, też było tu pięk­nie. Zamie­sza­nie przez cały rok byłoby prze­ra­ża­jące.

Linda szła powoli pod górę i zatrzy­mała się na szczy­cie. Potem odwró­ciła się. Ogar­nęło ją dziwne uczu­cie, jakby ostatni raz patrzyła na dom babci.

Och, musi prze­stać się nakrę­cać. Dwa tygo­dnie miną jak z bicza strze­lił. Czas szybko leci, powinna o tym pamię­tać.

Może to tylko strach przed tym, co na nią czeka w Lon­dy­nie. Po woj­nie była tam kilka razy. Za pierw­szym razem miała mie­szane uczu­cia. Wpraw­dzie strasz­nie się cie­szyła ze spo­tka­nia z ojcem, ale znisz­czone mia­sto sta­no­wiło okropny widok.

- Dobrze, że masz to już za sobą. Wcze­śniej czy póź­niej zoba­czy­ła­byś ten obraz nędzy i roz­pa­czy - powie­dział ojciec, kiedy jechali samo­cho­dem przez naj­bar­dziej znisz­czone czę­ści mia­sta.

Tym razem cho­dzi o hotel taty, o Fla­na­gans. Linda miała już 21 lat i była wystar­cza­jąco doro­sła na poważną roz­mowę, którą ojciec naj­wy­raź­niej chciał z nią prze­pro­wa­dzić.

Gdyby tylko czuła się w Anglii choć odro­binę bar­dziej jak w domu...

Papa miał w hotelu Fla­na­gans swoje miesz­ka­nie, a Linda mały uro­czy apar­ta­ment, oczy­wi­ście wspa­niale urzą­dzony. A mimo to była tu obca, była gościem, cho­ciaż wszystko nale­żało do taty. W każ­dym razie zde­cy­do­wana więk­szość.

Ciotka i kuzyni - Lau­rence oraz Seba­stian, któ­rzy też mieli udziały w hotelu - nie­na­wi­dzili jej. Z ich ust ni­gdy nie padło żadne miłe słowo. Naj­gor­szy był star­szy o pięć lat Lau­rence. Linda nie rozu­miała, czym mu tak zala­zła za skórę, że ją tak podle trak­to­wał. Seba­stian nie był wcale lep­szy, cho­ciaż byli rówie­śni­kami i jako dzieci bawili się razem. Ni­gdy się nie sprze­ci­wił star­szemu bratu, nawet jeśli ten nik­czem­nie się zacho­wy­wał. Rodzina Lindy była naprawdę straszna. Wręcz okropna. W głębi duszy żało­wała, że Lau­rence nie zgi­nął na woj­nie. Nie, on wyszedł z niej bez szwanku. Wsty­dziła się takich myśli. Nikomu nie życzy się śmierci. Ale nie­wiel­kiej rany...

Ze ści­śnię­tym gar­dłem pchała rower w stronę przy­stanku auto­bu­so­wego. Boże, spraw, żeby tata i bab­cia żyli wiecz­nie, bez nich nie dam sobie rady.

Pierw­szy raz zapra­gnęła mieć kogoś, kogo by kochała. Do kogo mogłaby się teraz przy­tu­lić, kto wziąłby ją w ramiona i powie­dział, że wszystko będzie dobrze.

Kie­dyś myślała, że zna­la­zła odpo­wied­niego męż­czy­znę, ale zarę­czyny z Joha­nem oka­zały się kata­strofą.

Na początku był taki słodki. Miał bar­dzo miłych rodzi­ców. To nie był przy­pa­dek, pomy­ślała Linda, kiedy jej powie­dział, że chciałby mieć żonę i kil­koro dzieci. Zarę­czyli się pota­jem­nie. We Fjällbace nie robiono z tego powodu wiel­kiego zamie­sza­nia. Więk­szość męż­czyzn i tak została powo­łana do woj­ska, rów­nież jej narze­czony.

Tydzień przed powro­tem na gra­nicę nor­we­ską ude­rzył ją pierw­szy i ostatni raz. Dostała pro­sto w czoło.

Zato­czyła się i chwy­ciła stołu w kuchni. Nie rozu­miała, co się stało. Potknęła się? Dopiero kiedy wyszła z domu, stwier­dziła, że ude­rze­nie było tak mocne, że stra­ciła rów­no­wagę.

Poszła pro­sto do domu i zabro­niła babci otwie­rać mu drzwi. Nie musiała nic wię­cej mówić. Bab­cia ni­gdy wię­cej nie wpu­ści­łaby go do środka.

Mie­siąc póź­niej, pod­czas urlopu, Johan uto­pił się w jezio­rze. Miał spraw­dzić, czy nie ma ryb w sie­ciach na łodzi Axela. Musiał być pijany. Łódź zna­le­ziono jesz­cze tego samego dnia, a ciało woda wyrzu­ciła na brzeg kilka dni póź­niej, w pobliżu prze­twórni śle­dzi.

- I bar­dzo dobrze, naresz­cie się od niego uwol­ni­łaś - powie­działa bab­cia bez ogró­dek.

Mogło się wyda­wać, że bab­cia nie ma uczuć, ale tak naprawdę pod jej far­tu­chem biło naj­lep­sze serce w Bohuslän. Oczy­wi­ście nie dla tego, który znę­cał się nad jej wnuczką.

Od tego czasu Linda była odporna na miłość. Była panną, która świa­do­mie zre­zy­gno­wała z męskiego towa­rzy­stwa. Poczuła jed­nak silne pra­gnie­nie, być kogoś mieć. Może być brzydki, łysy i stary, naj­waż­niej­sze, że będzie ją chro­nić. Nie potrze­buje miło­ści, tylko kogoś, kto się o nią zatrosz­czy.

Dosko­nale wie­działa, co ją czeka, kiedy ojciec umrze. Dosta­nie w spadku naj­więk­szą część hotelu. Oczy­wi­ście wszystko było tak zapla­no­wane, że będzie go pro­wa­dzić po myśli ojca.

Nie wyobra­żała sobie niczego strasz­niej­szego.

Ona i hotel? Co ma z nim zro­bić? Ni­gdy się nie odwa­żyła zapy­tać o to ojca, ale ile­kroć roz­mowa scho­dziła na ten temat, takie myśli krą­żyły jej po gło­wie.

- Musimy poroz­ma­wiać o hotelu, Lindo. Nie chcemy chyba, żebyś była zupeł­nie nie­przy­go­to­wana, kiedy zamknę oczy.

Będzie zmu­szona miesz­kać w naj­lep­szych dziel­ni­cach Lon­dynu, gdzie surowo prze­strze­gano ety­kiety, któ­rej ona do dzi­siaj nie opa­no­wała. W hotelu ojca było sto trzy­dzie­ści sześć pokoi na sied­miu pię­trach, per­so­nel, który kry­ty­ko­wał wszystko i wszyst­kich, ponadto restau­ra­cja, która nale­żała do naj­lep­szych w mie­ście, czego Linda nie rozu­miała, bo sama wolała makrelę z grilla ze szpi­na­kiem w śmie­ta­nie.

Za to ojciec kochał Fla­na­gans nad życie. Mógł malo­wać ściany i ze łzami w oczach opo­wia­dał, co się za nimi wyda­rzyło. Człon­ko­wie rodzin kró­lew­skich, któ­rzy tu noco­wali i byli prze­my­cani przez tylne drzwi, luk­su­sowe wesela, za które pła­cił ojciec panny mło­dej, wspa­niałe bale, na które ojciec zapra­szał i na któ­rych zawsze był w cen­trum uwagi.

- Gdyby ściany umiały mówić... - powta­rzał, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

Dopóki była w miesz­ka­niu taty, czuła się dobrze. Był wspa­nia­ło­myślny, gło­śny, kochany i im wię­cej pił, tym był mil­szy.

Linda sły­szała, jak ciotka mówiła, że ojciec nie jest w sta­nie zapa­no­wać nad finan­sami hotelu, ale nie było chyba aż tak źle.

Na nabrzeżu przed SS Bri­tan­nia stał tłum ludzi, któ­rzy się żegnali. Więk­szość z nich wyru­sza pew­nie na dłu­żej do Ame­ryki, pomy­ślała. Gdyby podró­żo­wali tylko do Anglii, takie sceny poże­gna­nia byłyby śmieszne. Choć nie chciała, patrzyła, jak męż­czyźni się­gają do kie­szeni płasz­czy żon. Ktoś wyjął chu­s­teczkę z kie­szeni mary­narki i wycie­rał łzy. Jakaś para cało­wała się namięt­nie zupeł­nie bez skrę­po­wa­nia. Linda odwró­ciła wzrok. Chyba można to było zro­bić w domu...

Jakiś męż­czy­zna w fil­co­wym kape­lu­szu prze­pchnął się obok niej w dro­dze do trapu. Ziry­to­wana wbiła wzrok w jego sze­ro­kie plecy. Cham, pomy­ślała. Nawet nie prze­pro­sił. Płaszcz trze­po­tał mu wokół nóg, kiedy pchał się do przodu z walizką w ręku. Sta­tek odpły­wał dopiero za godzinę, nie było powodu do pośpie­chu.

Linda dostała klucz i weszła do swo­jej kabiny na samym końcu kory­ta­rza. Powie­siła płaszcz w sza­fie, wyjęła szpilkę z kape­lu­sza i odło­żyła kape­lusz na półkę. Biała bluzka była bez zastrze­żeń, weł­niana spód­nica też. Nie musi się prze­bie­rać na posi­łek, ubra­nie było cał­kiem w porządku. Musi się tylko tro­chę odświe­żyć i spry­skać odro­biną per­fum za uchem.

Potem wypa­ko­wała rze­czy, któ­rych potrze­bo­wała na czas podróży: przy­bory toa­le­towe, kilka blu­zek, które się wygła­dzą, jak prze­je­dzie po mate­riale wil­got­nymi rękami, kilka par lżej­szych butów na obca­sach, szpilki do wło­sów i małą torebkę, którą może nosić na nad­garstku. Scho­wała do niej szminkę, port­mo­netkę i książkę.

Pełna nie­po­koju zasta­na­wiała się, co ją czeka w Lon­dy­nie. Tata naprawdę się roz­cho­ro­wał? Nie wezwałby jej do sie­bie, gdyby to nie było coś poważ­nego. Wtedy zapro­siłby ją, mówiąc, że stę­sk­nił się za jej śmie­chem, że naj­wyż­sza pora, by spra­wiła sobie nową piękną sukienkę. Ojciec lubił, kiedy była przy nim. Nawet ona widziała, jak roz­piera go duma z córki. Kochany tata. Obyś nie był tak chory, jak się oba­wiam, pomy­ślała.

Przez okno w kabi­nie obser­wo­wała, jak sta­tek opusz­cza port. Na nabrzeżu stały już tylko kobiety i machały. Kilku męż­czyzn, któ­rzy poże­gnali się z uko­cha­nymi, już dawno poszło.

Na statku będzie, jak zawsze, dużo podró­żu­ją­cych męż­czyzn, a Lin­dzie będzie to, jak zwy­kle, obo­jętne. Mknęła kory­ta­rzem gór­nego pokładu w stronę jadalni, bo była głodna, nie­spo­kojna i potrze­bo­wała tro­chę ruchu. Kiedy nagle otwo­rzyły się drzwi jed­nej z kabin, zatrzy­mały ją w pędzie - stało się to tak nie­spo­dzie­wa­nie, że pole­ciała do tyłu i wylą­do­wała jak długa na pod­ło­dze. Torebka wypa­dła jej z ręki, a spód­nica pod­wi­nęła się aż do ud.

Z otwar­tych drzwi spoj­rzał na nią wysoki męż­czy­zna.

- Na miłość boską - powie­dział po angiel­sku. - Nie tak szybko. Myśli pani, że w ten spo­sób dobie­gnie do Lon­dynu?

Linda pod­nio­sła wzrok i spoj­rzała na niego. Ma nie­równo pod sufi­tem? Już drugi raz zacho­wał się nie­uprzej­mie. Uda­jąc brak skrę­po­wa­nia, nacią­gnęła spód­nicę za kolana, ale miała świa­do­mość, że przed chwilą leżała z odsło­nię­tymi nogami. Męż­czy­zna widział już pew­nie w swoim życiu pas do poń­czoch, ale mimo wszystko było to strasz­nie nie­przy­jemne. Co za okropny czło­wiek!

Męż­czy­zna uniósł brew i wycią­gnął rękę, żeby pomóc jej wstać. Zigno­ro­wała jego wycią­gniętą rękę. Przy­trzy­mała się ściany i kiedy już stała na nogach, rozej­rzała się za torebką. Męż­czy­zna nachy­lił się i pod­niósł torebkę.

- Następ­nym razem niech pani będzie ostroż­niej­sza - powie­dział i podał jej torebkę. - Pew­nie pani nie rozu­mie, co mówię. Nie­stety, nie znam szwedz­kiego.

Linda usi­ło­wała zapa­no­wać nad gnie­wem. Nie­wy­cho­wany typ. Ame­ry­ka­nin. Pew­nie pocho­dził z boga­tej rodziny. Napa­trzyła się na takich w hotelu taty. We Fjällbace długo by nie zaba­wił. Uni­kano tam ludzi, któ­rzy się uwa­żali za lep­szych od innych.

Uśmiech­nęła się sztywno i ener­gicz­nym kro­kiem poszła dalej. Przy upadku zła­mała obcas, cho­ciaż nie był wcale wysoki. Szła więc, lekko uty­ka­jąc, i czuła zaże­no­wa­nie. Kiedy za ple­cami usły­szała śmiech, wście­kłość wzięła górę.

Zatrzy­mała się i odwró­ciła.

- Że też panu nie wstyd! - powie­działa ze zło­ścią płynną angielsz­czy­zną. - Naj­pierw trąca mnie pan w dro­dze na sta­tek, teraz przez pana się prze­wró­ci­łam, a pan nawet nie prze­pro­sił. Na tym statku są też inni ludzie, nie tylko pan. Niech pan to sobie zapa­mięta. Nie każdy jest taki... wysoki jak pan.

Męż­czy­zna oparł się o fra­mugę drzwi i patrzył na nią. Mie­rzył ją wzro­kiem od stóp do głów.

Linda czuła, że robi się jej gorąco i wie­działa, że za chwilę się zaczer­wieni, jeśli natych­miast nie odej­dzie. Spoj­rzała na niego z nie­na­wi­ścią, potem odwró­ciła się na oca­la­łym obca­sie i, uty­ka­jąc, poszła do restau­ra­cji. Dopiero teraz zro­biła się czer­wona na twa­rzy.

- Per­fek­cyjny angiel­ski. Zadzi­wia­jące. Spo­tkamy się w restau­ra­cji - zawo­łał za nią.

Sły­sząc te słowa, posta­no­wiła, że zamówi co naj­wy­żej zupę.

Z takim zamó­wie­niem kuch­nia pora­dzi sobie na pewno naj­szyb­ciej, prawda?

Kucharz musiał chyba naj­pierw zło­wić homara, żeby ugo­to­wać z niego zamó­wioną zupę, pomy­ślała Linda. W tym momen­cie Ame­ry­ka­nin sta­nął przed jej sto­li­kiem.

- Mogę się dosiąść? - zapy­tał i odsta­wił krze­sło. - Przede wszyst­kim chcę panią prze­pro­sić - powie­dział z uśmie­chem i usiadł. - Ma pani abso­lutną rację. Powi­nie­nem był bar­dziej uwa­żać - przez stół podał jej rękę. - Mam nadzieję, że przyj­mie pani moje prze­pro­siny - kon­ty­nu­ował. - Robert Win­frey.

Linda odpo­wie­działa sła­bym uści­skiem. Na mocny uścisk dłoni nie zasłu­żył. Nie dał jej nawet szansy powie­dzieć, że się zga­dza, by się do niej dosiadł.

- Linda Lan­sing - powie­działa.

- Pani Lan­sing, mogę mówić do pani Lindo?

Wzru­szyła ramio­nami. Było jej obo­jętne, jak się będzie do niej zwra­cał. Zer­kała na niego ukrad­kiem.

Wygląda... na głod­nego, pomy­ślała. Zro­biło się jej zimno, potem zaraz gorąco, gdy przy­po­mniała sobie scenę na kory­ta­rzu. Spód­nica tak mocno się pod­wi­nęła, że odsło­niła bie­li­znę. O matko, jaki wstyd! Chyba nie pomy­ślał...

- Wola­ła­bym zostać przy nazwi­sku - powie­działa.

- W porządku - odpo­wie­dział. - Ale do mnie pro­szę się zwra­cać po imie­niu.

Przy­wo­łał kel­nera, który zja­wił się bły­ska­wicz­nie. Linda była prze­ko­nana, że wszy­scy tak reago­wali, kiedy do nich mówił. Mimo nie­zno­śnego spo­sobu bycia zda­wał się typem męż­czy­zny, który zawsze dostaje to, czego chce. Per­fek­cyjna fry­zura, per­fek­cyjne zęby, per­fek­cyjny gar­ni­tur... Gdyby był choć tro­chę sym­pa­tycz­niej­szy, uzna­łaby go za cał­kiem atrak­cyj­nego. Ale jego złe zacho­wa­nie stało temu na prze­szko­dzie. Zło­żył zamó­wie­nie i przy­tak­nął, kiedy kel­ner zapy­tał, czy ma podać jed­no­cze­śnie oba dania.

Dla­czego nie zapro­te­sto­wała? Powinna była to zro­bić. Prze­cież była głodna jak wilk.

- Dokąd się pani wybiera? Pani angiel­ski jest naprawdę dobry, cho­ciaż sły­szę lekki skan­dy­naw­ski akcent.

Mogła mu odpo­wie­dzieć lub mil­czeć w dzie­cin­nym pro­te­ście. Bujała się na krze­śle w przód i w tył.

- Jestem w dro­dze do Lon­dynu. Jadę odwie­dzić ojca - odpo­wie­działa w końcu.

- Rozu­miem. Mieszka pani w Göteborgu?

Potrzą­snęła głową.

- Nie, dużo bar­dziej na pół­noc.

Pew­nie cze­kał, aż go zapyta, co robi na tym kon­ty­nen­cie. Ludzi to zapewne cie­ka­wiło. Osoby, które dużo podró­żują, opo­wia­dają zazwy­czaj cie­kawe histo­rie. Ale Linda chciała teraz zjeść zupę, potem poło­żyć się spać. Nie była cie­kawa histo­rii, nawet gdyby zjeź­dził całe Chiny.

- A ja jestem wła­śnie w podróży dookoła świata - stwier­dził i oparł się wygod­nie, jakby nasta­wiał się na dłuż­szą roz­mowę.

- Aha - odpo­wie­działa znu­dzo­nym gło­sem.

- Jestem wła­ści­wie foto­gra­fem, ale pra­cuję obec­nie w branży lot­ni­czej - powie­dział, nie zwa­ża­jąc na demon­stra­cyj­nie oka­zany brak zain­te­re­so­wa­nia z jej strony. - Dużo pani lata, pani Lan­sing?

Posłała mu wście­kłe spoj­rze­nie.

- Nie rozu­miem, jak ludzie mają odwagę latać. Ja w każ­dym razie na pewno nie wsiądę do samo­lotu. Jest dla mnie praw­dziwą zagadką, jak taki olbrzym może się wzbić w powie­trze.

Męż­czy­zna zaśmiał się.

- Nie ma róż­nicy, czy samo­lot jest duży, czy mały. Weźmy dla porów­na­nia duży i mały sta­tek. Oba pły­wają. Pręd­kość i skrzy­dła tak samo utrzy­mują w powie­trzu zarówno duży samo­lot, jak i mały. Czy to nie jest fascy­nu­jące? Może pani kie­dyś pole­cieć ze mną.

Uśmiech­nął się, jakby uznał, że to wspa­nia­ło­myślna pro­po­zy­cja.

Linda par­sk­nęła.

- Na pewno nie - odpo­wie­działa. - Wolę wodę i ulice.

- Ma pani prawo jazdy? Samo­chód? Dzi­siaj dużo mło­dych kobiet pro­wa­dzi samo­chód.

Linda potrzą­snęła prze­cząco głową.

- Nie, nie mam.

- Ni­gdy nie pro­wa­dziła pani samo­chodu? Nawet pani nie spró­bo­wała?

Odsu­nął się na bok, żeby kel­ner, który przy­niósł wła­śnie wino, miał wię­cej miej­sca. Linda poło­żyła rękę na kie­li­szek, kiedy wycią­gnął do niej butelkę.

- Nie, dzię­kuję - odpo­wie­działa i uśmiech­nęła się. - Wystar­czy mi woda.

- Ni­gdy nie pro­wa­dziła pani samo­chodu, nie inte­re­suje się chyba podró­żami i nie pije wina - powie­dział. Odsu­nął krze­sło od stołu i zało­żył nogę na nogę. Potem patrzył na nią bez zro­zu­mie­nia. - Pew­nie nie może się pani docze­kać, by wyjść za mąż, prawda?

Uśmiech­nął się i pod­niósł kie­li­szek.

To bez­czel­ność myśleć, że młode kobiety myślą tylko o zamąż­pój­ściu. Po pracy Linda szła do babci, poma­gała goto­wać, zmy­wała i czy­tała książkę. Inne dziew­częta z Fjällbacki wycho­dziły za mąż i rodziły dzieci, ale Linda nie przej­mo­wała się tym. Już nie.

Poza tym mylił się. Per­spek­tywa podróży podo­bała się jej, ale nie mogła zosta­wić babci samej. Nie było takiej moż­li­wo­ści, choć bab­cia na pewno by powie­działa, żeby jechała, gdyby wie­działa, o czym wnuczka marzy. Dla­tego Linda nic nie mówiła o tęsk­no­cie za nowymi prze­ży­ciami. Wolała wypo­ży­czać z biblio­teki książki, któ­rych akcja toczyła się we Wło­szech, Fran­cji lub w Hisz­pa­nii. W jej oczach było tam bar­dzo egzo­tycz­nie. Może pew­nego dnia zwie­dzi te kraje. Podróż pocią­giem trwa zale­d­wie parę dni. Ale teraz cała uwagę sku­piła na Fjällbace i Lon­dy­nie oraz oby­dwojgu cho­rych, nie na Lazu­ro­wym Wybrzeżu czy Morzu Śród­ziem­nym. Poza tym, po co mia­łaby tam jechać? Czu­łaby się pew­nie bar­dzo zagu­biona. Ale gdyby poje­chała z nią jakaś przy­ja­ciółka z Fjällbacki... Ktoś bar­dziej zaradny niż ona sama.

Spoj­rzała na niego.

- Pan wyba­czy, panie Win­frey, nie znamy się i nie powinno pana obcho­dzić, jak żyję - odpo­wie­działa szorstko.

Zaśmiał się.

- Prze­pra­szam. Jestem zbyt bez­po­średni. Mogę to zło­żyć na karb tego, że jestem Ame­ry­ka­ni­nem? - zapy­tał, uśmie­cha­jąc się. - Tak bar­dzo różni się pani od kobiet, które zwy­kle spo­ty­kam. Nie jest pani taka kon­cy­lia­cyjna2 - dodał i na dobre się roze­śmiał.

W tym momen­cie podano jedze­nie. Kiedy Linda patrzyła, jak kel­ner sta­wia przed Rober­tem paru­jące danie z ryby, żało­wała wła­snego wyboru. Jasno­ró­żowa zupa w głę­bo­kim tale­rzu, który stał przed nią, nie dorów­ny­wała rola­dzie z bia­łego fileta w bia­łym sosie na tale­rzu naprze­ciwko. Na oddziel­nym pół­mi­sku kel­ner posta­wił przed nim pie­czone ziem­niaki. Pom­mes duchesse, jak powie­działby tata.

Jedli w mil­cze­niu. To zna­czy - ona mil­czała. On delek­to­wał się jedze­niem, wyda­jąc dźwięki, które w jakimś sen­sie wpra­wiały ją w zakło­po­ta­nie. Jego danie musi wybor­nie sma­ko­wać, pomy­ślała z zazdro­ścią. Jej zupa też nie była zła, ale na pewno się nią nie nasyci. Zawie­dziona uła­mała kawa­łek chleba i wsa­dziła do buzi. Z chę­cią zja­dłaby teraz kar­to­fla. Obser­wo­wała, jak zamy­kał oczy, ile­kroć wsu­wał nową por­cję do ust. Jak mogła być taka głu­pia i zamó­wić zupę?

- Spę­dzę w Lon­dy­nie kilka dni. Mógł­bym panią odwie­dzić, pani Lan­sing? Chęt­nie dłu­żej bym z panią poroz­ma­wiał - powie­dział i odło­żył sztućce.

Patrzył na nią wzro­kiem trud­nym do zin­ter­pre­to­wa­nia.

Ener­gicz­nie potrzą­snęła głową. Chleb rósł jej w ustach. Upiła łyk wody i pró­bo­wała prze­łknąć.

- Nie - powie­działa, kasz­ląc. - Będę u ojca. Poże­gnamy się teraz, bo skoń­czy­łam już jeść - powie­działa i odło­żyła ser­wetkę. - Miło było pana poznać - zerwała się tak szybko z miej­sca, że nie zdą­żył zare­ago­wać. - Powo­dze­nia w foto­gra­fo­wa­niu samo­lo­tów.

Mija­jąc kel­nera popro­siła, by dopi­sał zupę do jej rachunku, potem pokuś­ty­kała do kajuty. W Lon­dy­nie musi koniecz­nie zanieść but do szewca taty. Zabrała tylko jedną parę. Buty na obca­sach nosiła tylko w Lon­dy­nie. Na bru­ko­wane drogi we Fjällbace odpo­wied­niej­sze było pła­skie obu­wie. Nawet jeśli chciała winić za to pana Win­freya, musiała przy­znać, że wyso­kie obcasy nie paso­wały do jej mało kobie­cych, szczu­płych, szcza­po­wa­tych nóg. Nie umiała po pro­stu cho­dzić w butach na obca­sach.