Wirus - Robin Cook

-
Proszę czekać

Wstęp

Pan­de­mia COVID-19 spra­wiła, że nagle w cen­trum naszej uwagi znów zna­lazł się wirus jako nie­bez­pieczny i prze­ra­ża­jący wróg. Podob­nie było przed wie­kiem pod­czas pan­de­mii hisz­panki. Wywo­łu­jące te cho­roby wirusy - SARS-CoV-2 i wirus grypy A(H1N1) - powo­dują zaka­że­nia dróg odde­cho­wych, które łatwo prze­no­szą się od osoby do osoby, i w rezul­ta­cie szybko ogar­nęły cały świat. W ciągu kilku mie­sięcy obie te plagi objęły miliony ludzi, z któ­rych wielu zmarło.

Choć obec­nie nasza uwaga sku­pia się na tych dwóch jed­nost­kach bio­lo­gicz­nych, ist­nieje prze­cież wiele innych wiru­sów, które powinny wywo­ły­wać taki sam nie­po­kój i zde­cy­do­wa­nie zasłu­gują na zain­te­re­so­wa­nie, zwłasz­cza że cho­roby, które wywo­łują, są jesz­cze bar­dziej zabój­cze oraz wiążą się z poważ­niej­szymi powi­kła­niami. Mimo że nie są prze­no­szone drogą kro­pel­kową, a zatem trud­niej się nimi zara­zić, one rów­nież roz­prze­strze­niają się po świe­cie - wol­niej, a jed­nak to tempo nara­sta dzięki zmia­nom kli­ma­tycz­nym i wkra­cza­niu ludzi na izo­lo­wane dotych­czas tereny. Doty­czy to szcze­gól­nie tych wiru­sów, któ­rych wek­to­rem są komary. Roz­no­szą one mię­dzy innymi żółtą febrę, dengę, gorączkę Zachod­niego Nilu oraz cały wachlarz innych cho­rób, które wywo­łują nie­bez­pieczne zapa­le­nie mózgu, czyli ence­pha­li­tis. Do tej ostat­niej grupy należy także wschod­nie koń­skie zapa­le­nie mózgu, czyli EEE, któ­rego śmier­tel­ność wynosi aż trzy­dzie­ści pro­cent. W wyniku zmian kli­ma­tycz­nych agre­sywne komary, takie jak na przy­kład azja­tyc­kie komary tygry­sie, które roz­no­szą te nie­bez­pieczne wirusy, a które jak dotąd ogra­ni­czały się do kli­ma­tów tro­pi­kal­nych, stop­niowo i nie­ubła­ga­nie obej­mują swoim zasię­giem coraz wię­cej regio­nów strefy kli­ma­tów umiar­ko­wa­nych - na pół­nocy docie­rają aktu­al­nie aż na wyso­kość stanu Maine w Ame­ryce Pół­noc­nej i Holan­dii w Euro­pie.

Te inne, prze­ra­ża­jące wirusy nie mogły wybrać sobie lep­szego nosi­ciela. Jako owady, które potrze­bują krwi, żeby się roz­mna­żać, komary gene­ral­nie znaj­dują się oczy­wi­ście wysoko na listach nie­zwy­kle iry­tu­ją­cych rze­czy. Nie­mal każdy z nas ma w pamięci jakąś let­nią drzemkę, wie­czorny spa­cer, wyprawę do lasu czy grilla na plaży zruj­no­wane cha­rak­te­ry­stycz­nym bzy­cze­niem koma­rzycy. Samice koma­rów to istoty zapro­jek­to­wane dosko­nale przez sto milio­nów lat ewo­lu­cji (męczyły już dino­zaury). Zdo­by­wają swój krwi­sty posi­łek albo giną, wal­cząc o niego. Z jakie­goś - wciąż cze­ka­ją­cego na wyja­śnie­nie - powodu samice komara tygry­siego są szcze­gól­nie łase na krew kobiet o gru­pie krwi 0, choć gdy jej brak, zado­wolą się każ­dym typem krwi, także męskiej.

O sku­tecz­no­ści part­ner­stwa mię­dzy koma­rami a pato­ge­nami świad­czy cho­ciażby to, że co roku od cho­rób roz­no­szo­nych przez komary ginie bli­sko milion osób. Nie­które źró­dła podają nawet, że cho­roby prze­no­szone przez komary zabiły jak dotąd nie­mal połowę ludzi, któ­rzy kie­dy­kol­wiek się uro­dzili.

dr Robin Cook

Pro­log

Choć komary powo­dują ponad dwa tysiące zgo­nów dzien­nie, ich zgubny wpływ nie ogra­ni­cza się jedy­nie do tego. Śmierć, którą sieją, powo­duje prze­cież dal­sze poważne kom­pli­ka­cje spo­łeczne. Taka wła­śnie smutna seria tra­ge­dii roz­po­częła się latem 2020 roku w wyniku lawiny wyda­rzeń, która miała począ­tek w siel­skim mia­steczku Wel­l­fleet w sta­nie Mas­sa­chu­setts, poło­żo­nym na pół­wy­spie Cape Cod od strony zatoki. Wszystko zaczęło się w dość ogra­ni­czo­nej prze­strzeni porzu­co­nej opony opar­tej o ścianę roz­pa­da­ją­cego się garażu. W opo­nie zebrała się odro­bina desz­czówki. Tu jaja zło­żyła samica azja­tyc­kiego komara tygry­siego.

Dwu­dzie­stego lipca z jaj roz­wi­nęły się larwy, roz­po­czy­na­jąc osza­ła­mia­jącą meta­mor­fozę w poczwarkę, a następ­nie w postać doro­słą. W tej postaci komary potra­fią latać, już więc trzy dni póź­niej podą­żyły za nie­od­partą potrzebą repro­duk­cji, która z kolei zmu­sza samice do zdo­by­wa­nia krwi. Zda­jąc się na swoje zmy­sły, dosko­nale roz­wi­nięte w pro­ce­sie ewo­lu­cji, namie­rzyły ofiarę w postaci niczego nie­podej­rze­wa­ją­cej modro­sójki błę­kit­nej. Ani one, ani ptak nie wie­działy oczy­wi­ście, że na początku lipca tego roku został on zaka­żony wiru­sem EEE, czyli wschod­niego koń­skiego zapa­le­nia mózgu. Ani ptak, ani komary nie przej­mo­wały się tym w ogóle, ponie­waż takie ptaki jak modro­sójka błę­kitna są nor­mal­nymi nosi­cie­lami EEE, to zna­czy żyją z nimi w swego rodzaju rela­cji pasyw­nego paso­żyt­nic­twa, nato­miast układ odpor­no­ściowy koma­rów trzyma tego wirusa w ryzach. Wyssaw­szy krew modro­sójki, koma­rzyce odle­ciały, żeby zna­leźć odpo­wied­nie miej­sce do zło­że­nia jaj.

Kilka tygo­dni póź­niej chmara zaka­żo­nych koma­rów prze­nio­sła się na wschód w stronę Atlan­tyku. Ich liczba znacz­nie się już zmniej­szyła, ponie­waż po dro­dze padły ofiarą wielu dra­pież­ni­ków. Jed­no­cze­śnie zdo­były też wię­cej doświad­cze­nia. Nauczyły się pre­fe­ro­wać ludzi, jako że sta­no­wili oni łatwiej­sze ofiary niż opie­rzone ptaki czy poro­śnięte sier­ścią ssaki. Zro­zu­miały też, że plaża to dobre miej­sce na póź­no­po­po­łu­dniowy czy wcze­sno­wie­czorny posi­łek, bo zawsze można tam zna­leźć sto­sun­kowo dużo nie­zbyt mobil­nych osob­ni­ków o dużych obsza­rach odsło­nię­tej skóry.

Pięt­na­stego sierp­nia o pięt­na­stej trzy­dzie­ści rój roz­no­szą­cych wirusa EEE samic azja­tyc­kiego komara tygry­siego obu­dził się po dzien­nej drzemce, na którą koma­rzyce skryły się przed połu­dnio­wym żarem pod werandą wokół budynku nad jezio­rem Gull. Chwilę potem wygłod­niała chmura unio­sła się w powie­trze z cha­rak­te­ry­stycz­nym bzy­cze­niem. Poza kil­koma pecho­wymi osob­ni­kami więk­szość unik­nęła nie­bez­piecz­nych, lep­kich paję­czyn i wyło­niła się na świa­tło sło­neczne. Prze­gru­po­wały się i wyru­szyły niczym dywi­zjon sił powietrz­nych. Instynkt pod­po­wie­dział im, że plaża znaj­duje się sześć­set metrów na wschód za lasem zło­żo­nym głów­nie z dębów bar­wier­skich i sosen smo­ło­wych. Zakła­da­jąc, że po dro­dze nie zostaną zje­dzone i nie będą musiały się zma­gać z wyjąt­kowo sil­nym wia­trem, rój powi­nien dotrzeć do tłumu poten­cjal­nych ofiar mniej wię­cej za czter­dzie­ści pięć minut.

Roz­dział 1

15 sierp­nia

- Dobra, dziew­czyny! Jest wpół do pią­tej, czas na grilla! - zarzą­dził Brian Yves Mur­phy, klasz­cząc w dło­nie, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę rodziny. Jego żona Emma i córka Juliette leżały w salo­nie w ich skrom­nej chatce o dwóch sypial­niach, którą wyna­jęli na dwa tygo­dnie nie­da­leko plaży w Wel­l­fleet w Mas­sa­chu­setts, zaraz za por­tem. Wszy­scy troje byli zupeł­nie wykoń­czeni po aktyw­nym, peł­nym atrak­cji dniu. Zaczy­nał się drugi tydzień ich waka­cji. Z powodu pan­de­mii COVID-19 zde­cy­do­wali się na podróż samo­cho­dem, zamiast jak zwy­kle pole­cieć na Flo­rydę, żeby spę­dzić urlop w pustym miesz­ka­niu rodzi­ców Emmy.

- A nie możemy chwilę odsap­nąć? - bła­gała żar­tem Emma, wie­dząc dobrze, że Brian nawet nie będzie chciał o tym sły­szeć.

Prawda była jed­nak taka, że tak samo jak on chciała wyko­rzy­stać każdą minutę tych waka­cji, póki dopi­sy­wała im pogoda. Poza tym Emma była rów­nie sprawna i wręcz kom­pul­syw­nie aktywna jak jej mąż. Tego ranka obu­dziła się zaraz po świ­cie i bez­sze­lest­nie wymknęła się z domu na prze­jażdżkę rowe­rową. W ten spo­sób jako pierw­sza sta­nęła w kolejce do PB Boulan­ge­rie, by kupić ich nie­po­wta­rzalne, świe­żut­kie, chru­piące mig­da­łowe cro­is­santy. Cóż to była za nie­spo­dzianka, gdy odkryli tę fran­cu­ską pie­kar­nię tak daleko od wszel­kiej cywi­li­za­cji. Całe życie miesz­kali w dziel­nicy Inwood na Man­hat­ta­nie, mieli się więc za nowo­jor­czy­ków do szpiku kości, a wszystko, co znaj­do­wało się poza tym cen­trum wszech­świata, uwa­żali za pro­win­cję.

- Nie ma zmi­łuj, trzeba korzy­stać z waka­cji - odpo­wie­dział Brian. - Chcę dotrzeć do par­kingu przy New­comb Hol­low przed wie­czor­nym tłu­mem, bo ina­czej w ogóle nie znaj­dziemy tam miej­sca.

Już w pierw­szych dniach pobytu zachwy­cili się poło­żoną nad Atlan­ty­kiem plażą New­comb Hol­low. Było tu mniej ludzi, a wyso­kie wydmy słu­żyły za natu­ralne, chro­niące od wia­tru para­wany.

- Po co się tak spie­szyć? - rzu­ciła Emma. - Razem z pozwo­le­niem na ogni­ska dosta­li­śmy prze­cież pozwo­le­nie na par­ko­wa­nie przy plaży.

- Pozwo­le­nie pozwala par­ko­wać, ale nie gwa­ran­tuje miej­sca. Poza tym New­comb Hol­low to popu­larne miej­sce z oczy­wi­stych wzglę­dów.

- No dobra - pod­dała się Emma.

Wstała i roz­cią­gnęła obo­lałe nieco ręce. Rano wybrali się bowiem na Long Pond na kajaki, choć kaja­kar­stwo nie nale­żało do ich pod­sta­wo­wego zestawu ćwi­czeń. Potem wcze­snym popo­łu­dniem zro­bili z Bria­nem swój codzienny mini­tria­th­lon: prze­je­chali na rowe­rze dzie­sięć mil do Truro i z powro­tem, prze­pły­nęli milę w zatoce, a na koniec jesz­cze prze­bie­gli pięć mil do Cape Cod Natio­nal Seashore. W tym cza­sie czte­ro­let­nia Juliette została pod opieką lice­alistki z oko­licy, Becky, którą szczę­śli­wie zna­leźli sobie jako opie­kunkę do dziecka już pierw­szego dnia. Bar­dzo for­tun­nie się zło­żyło, że Becky, choć była zale­d­wie nasto­latką, wyka­zy­wała się zaska­ku­jąco dużym zro­zu­mie­niem dla wymo­gów wyni­ka­ją­cych z pan­de­mii COVID-19 i bez słowa robiła sobie testy, nosiła maseczkę i zacho­wy­wała dystans spo­łeczny.

- Zapa­kuję do samo­chodu ręcz­niki, grilla, bry­kiet, krze­sła pla­żowe i zabawki - nawi­jał Brian, rusza­jąc w stronę kuchni.

Już od kilku dni miał ochotę na tego grilla. Choć po atlan­tyc­kiej stro­nie nie zoba­czą zachodu słońca, który mogli oglą­dać od strony zatoki, to jed­nak nad oce­anem było tak pięk­nie, szcze­gól­nie w porów­na­niu z wąską, usłaną musz­lami plażą przed chatką.

- Tak jest - rzu­ciła Emma.

Obej­rzała się na Juliette. Dziew­czynka wyglą­dała tak, jakby drze­mała, ale Emma dobrze wie­działa, że może tylko uda­wać. Robiła tak czę­sto, gdy chciała mieć święty spo­kój. Z przy­mknię­tymi powie­kami i lekko roz­chy­lo­nymi war­gami ści­skała ulu­bioną przy­tu­lankę, z którą ni­gdy się nie roz­sta­wała - kró­licę imie­niem Bunny. Bunny miała trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów dłu­go­ści, była mię­ciutka, jasno­brą­zowa i bar­dzo sfa­ty­go­wana, a do tego bra­ko­wało jej jed­nego oka. Emma zapa­trzyła się na córkę z roz­czu­le­niem, myśląc, jak to matka, że z tym jej lekko zadar­tym noskiem, ustami niczym łuk Kupida i gęstymi jasnymi wło­sami Juliette jest pew­nie naj­pięk­niej­szym dziec­kiem na świe­cie.

Z początku, gdy zaczęły jej rosnąć włosy, byli w lek­kim szoku. Spo­dzie­wali się, że albo będą rude jak u Emmy, albo kru­czo­czarne jak u Briana. Zamiast tego były jasne niczym złota psze­nica, jakby dla pod­kre­śle­nia faktu, że Juliette jest zupeł­nie nie­za­leżną osobą. Podob­nie było z kolo­rem oczu. Miała zie­lone, choć Emma miała piwne, a Brian nie­bie­skie. Mimo to łączyło ich wyraźne podo­bień­stwo. Wszy­scy troje mieli bladą, nie­mal pół­prze­źro­czy­stą skórę, która wyma­gała sta­łego sma­ro­wa­nia fil­trami, żeby unik­nąć popa­rze­nia sło­necz­nego. Podobne były także ich umię­śnione syl­wetki o dłu­gich, smu­kłych koń­czy­nach. Już w wieku czte­rech lat Juliette zapo­wia­dała się na rów­nie wysoką i wyspor­to­waną co jej ojciec i matka, któ­rzy mieli odpo­wied­nio metr osiem­dzie­siąt pięć i metr sie­dem­dzie­siąt dwa wzro­stu.

- Hej! Co robisz? - spy­tał Brian, kiedy prze­ta­cza­jąc mały, prze­no­śny grill przez salon, przy­ła­pał żonę na sta­niu nad Juliette. - No, raz, dwa! Rusz się!

- A tak się zapa­trzy­łam na naszą cór­cię - wyznała Emma. - Mamy ogromne szczę­ście, że jest taka zdrowa i śliczna. W ogóle uwa­żam, że to naj­pięk­niej­sze dziecko na świe­cie.

Brian ski­nął głową, ale też żar­to­bli­wie prze­wró­cił oczami.

- To mi wygląda na lekki brak obiek­ty­wi­zmu typowy dla wszyst­kich rodzi­ców. Nie twier­dzę, że nie mamy szczę­ścia, ale czy możemy prze­su­nąć te chwile zachwytu na moment, gdy już znaj­dziemy miej­sce par­kin­gowe i będziemy na plaży?

Cisnęła w niego czep­kiem Spe­edo, który trzy­mała w dłoni. Zaśmiał się i zro­bił unik, po czym wytur­lał grilla na podwórko przed domem, nie przy­trzy­mu­jąc drzwi z siatki. Ich cha­rak­te­ry­styczne trza­śnię­cie przy­po­mniało Emmie lata, które spę­dzała jako dziecko na Long Island. Jej ojciec, Ryan O'Brien, doro­bił się na fir­mie hydrau­licz­nej w Inwood. Emma i Brian dora­stali w tej samej, w dużej mie­rze irlandz­kiej dziel­nicy i nawet znali się jesz­cze ze szkoły, choć on był o dwie klasy wyżej.

Jej udział w przy­go­to­wa­niach do grilla ogra­ni­czył się do tego, że weszła do kuchni, wycią­gnęła prze­no­śną lodówkę i wło­żyw­szy do niej wkłady z zamra­żarki, wypeł­niła ją ham­bur­ge­rami, które naszy­ko­wała poprzed­niego dnia. Do tego dorzu­ciła świeże, opłu­kane już małże, które kupili tego ranka w por­cie, butelkę pro­secco i jakiś sok owo­cowy dla Juliette. W osob­nej tor­bie miała kuku­ry­dzę i mil­le­feu­ille z pie­karni.

Pół godziny póź­niej cała rodzina jechała już swoim sub­aru out­bac­kiem na wschód, w kie­runku rezer­watu przy­rody Cape Cod Natio­nal Seashore. Juliette sie­działa w fote­liku obok lodówki, dmu­cha­nej deski i trzech skła­da­nych krze­seł pla­żo­wych. Jak zawsze w samo­cho­dzie przy­tu­lała kró­licę i oglą­dała kre­skówkę na ekra­nie wbu­do­wa­nym w zagłó­wek kie­rowcy. Pod jej nogami leżała reszta zaba­wek, w tym wia­derka, foremki, łopatki i zestaw rakie­tek.

Gdy prze­cięli trasę numer 6, ich oczom uka­zał się komi­sa­riat poli­cji. Był to oso­bliwy budy­nek o dwu­spa­do­wym dachu z lukar­nami i bia­łej ele­wa­cji z desek. Wyglą­dał raczej jak wiej­ska gospoda.

- Cie­kawe, jak to jest być poli­cjan­tem na takim pust­ko­wiu - zaczęła się zasta­na­wiać Emma.

Obej­rzała się jesz­cze na uro­kliwy budy­nek z drew­nia­nym płot­kiem oka­la­ją­cym par­king. Wokół nie widać było żad­nego poli­cyj­nego samo­chodu.

- Trudno to sobie wyobra­zić - przy­znał Brian, kiwa­jąc głową. Pomy­ślał o tym dokład­nie w momen­cie, gdy Emma to powie­działa.

Czę­sto im się to zda­rzało i uwa­żali, że wynika to z tego, jak bli­sko sie­bie bie­gły ścieżki życia. Nie tylko dora­stali zale­d­wie kilka prze­cznic od sie­bie w tej samej czę­ści Man­hat­tanu i cho­dzili do tej samej szkoły, ale oboje wybrali potem stu­dia zwią­zane z wymia­rem spra­wie­dli­wo­ści, przy czym Brian poszedł na Adel­phi Uni­ver­sity na Long Island, a Emma na For­dham w Bronk­sie. Choć stu­dio­wali na innych uczel­niach, ich życie wyglą­dało bar­dzo podob­nie - oboje dobrze sobie radzili z nauką, a do tego byli aktyw­nymi spor­tow­cami. Brian upra­wiał piłkę nożną, zapasy i base­ball, a Emma - hokej na tra­wie, koszy­kówkę i soft­ball.

- W porów­na­niu z naszymi doświad­cze­niami tu musi być okrop­nie nudno - mruk­nęła.

Oboje zaraz po stu­diach dostali się do aka­de­mii poli­cyj­nej. Patro­lo­wali nie­bez­pieczne dziel­nice Nowego Jorku. Po pię­ciu latach wzo­ro­wej służby zostali przy­jęci do pre­sti­żo­wej i eli­tar­nej jed­nostki nowo­jor­skiej poli­cji - NYPD Emer­gency Service Unit. I wła­śnie kiedy Emma była kade­tem w aka­de­mii ESU, ich drogi wresz­cie się spo­tkały. Brian, który był człon­kiem dru­żyny A ESU, zgło­sił się na ochot­nika, by w wolne dni poma­gać instruk­to­rom w aka­de­mii. Zro­bił to tylko po to, by być zawsze na bie­żąco i w dobrej for­mie, a tym­cza­sem udało mu się poznać jedną z nie­wielu kobiet stu­diu­ją­cych w aka­de­mii, zako­chać się i oże­nić.

- Szcze­gól­nie poza sezo­nem - powie­dział. - Szcze­rze mówiąc, nie potra­fił­bym tak. W życiu.

Jechali teraz przez las zło­żony głów­nie z sosen smo­ło­wych i dębów bar­wier­skich. Minęli Gull Pond, jezioro poło­żone na pół­nocy, ale bli­sko Long Pond, po któ­rym tego ranka pły­wali kaja­kami.

Był to ich pierw­szy w życiu wypad na Cape Cod i te jeziora o kry­sta­licz­nie czy­stej wodzie tak bli­sko oce­anu z jed­nej, a zatoki z dru­giej strony abso­lut­nie ich zachwy­ciły. Nawet spy­tali o nie jakie­goś miej­sco­wego i powie­dział im, że są to jeziora polo­dow­cowe utwo­rzone w wyniku top­nie­nia lodu.

Gross Hill Road była ślepą ulicą i koń­czyła się na plaży New­comb Hol­low. Wje­chali na par­king i ucie­szyli się na widok tłumu wymę­czo­nych pla­żo­wi­czów zmie­rza­ją­cych w stronę samo­cho­dów. Ludzie tar­gali nie­sa­mo­wite ilo­ści sprzętu: krze­sła pla­żowe, para­sole i impo­nu­jące lodówki, przy któ­rych ich sty­ro­pia­nowa lodó­weczka pre­zen­to­wała się dość skrom­nie. W tłu­mie widać było paru ogo­rza­łych tubyl­ców, ale w więk­szo­ści byli to wyraź­nie spa­leni słoń­cem tury­ści.

- Auć! - jęk­nęła Emma, spo­glą­da­jąc na nasto­latkę o cerze rów­niej bla­dej jak jej wła­sna. - Ta to będzie dziś w nocy cier­pieć.

- Mamy fuksa - ucie­szył się Brian, par­ku­jąc na pustym miej­scu bar­dzo bli­sko ścieżki, która pro­wa­dziła z par­kingu na plażę przez impo­nu­jącą pięt­na­sto­me­trową, poro­śniętą tra­wami wydmę. Juliette pod­eks­cy­to­wana jak zawsze wizją zabawy na plaży pierw­sza wysko­czyła z samo­chodu i nie­cier­pli­wie cze­kała, aż rodzice się roz­pa­kują. Mimo to chęt­nie zgo­dziła się nieść torbę z kuku­ry­dzą i więk­szość zaba­wek oraz oczy­wi­ście Bunny. Emma wzięła lodówkę i ręcz­niki, a Brian grilla, bry­kiet i alu­mi­niowe krze­sła.

Było już późne popo­łu­dnie i cała sce­ne­ria tonęła w zło­tych pro­mie­niach słońca. Wszy­scy, któ­rych mijali, idąc w stronę plaży, mieli na twa­rzach maski. Gdy zna­leźli się na szczy­cie wydmy, przy­sta­nęli zachwy­ceni wido­kiem sze­ro­kiej, piasz­czy­stej plaży i olbrzy­miej połaci Atlan­tyku. Wiał wiatr od morza, fale roz­bi­ja­jące się o brzeg miały pół metra, a może nawet metr wyso­ko­ści. Był odpływ, więc na plaży zostało mnó­stwo base­nów pły­wo­wych, które Juliette wprost uwiel­biała. Sam ocean wciąż nieco ją prze­ra­żał. Obrazu dopeł­niały wiel­kie cumu­lusy, które wisiały nad oce­anem niczym puszy­sta bita śmie­tana.

- Gdzie idziemy? - zawo­łała Juliette przez ramię.

- Co myślisz? - spy­tał żonę Brian.

- Ja bym poszła na pół­noc - stwier­dziła Emma, rozej­rzaw­szy się w obie strony. - Mniej ludzi. A tam z przodu widzę spory base­nik.

- Idź w lewo! - krzyk­nął Brian do Juliette, która już bie­gła w kie­runku wody.

Roz­ło­żyli się jakieś trzy­dzie­ści metrów na pół­noc od ścieżki, u stóp stro­mego zbo­cza wydmy. Pod­czas gdy Brian zma­gał się z roz­sta­wie­niem grilla, Emma nasma­ro­wała córkę kre­mem z fil­trem, po czym podała go mężowi. Juliette rzu­ciła kró­liczka na jeden z ręcz­ni­ków i natych­miast popę­dziła w stronę base­niku pły­wo­wego.

- Tylko nie wchodź sama do oce­anu! - krzyk­nął za nią Brian, a ona poma­chała na znak, że sły­szy.

- Kiedy jemy? - spy­tała Emma.

Wzru­szył ramio­nami.

- Kiedy tylko chcesz. Ale daj mi z pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia minut, żeby się roz­pa­liło. - Wsy­pał bry­kiet do grilla i zamknął pokrywę. - A póki co chodźmy do Juliette.

Przez następne czter­dzie­ści pięć minut ska­kali przez fale, to goniąc Juliette, to przed nią ucie­ka­jąc. Bria­nowi udało się nawet namó­wić córkę, żeby weszła z nim za rękę nieco głę­biej, ale widział, że nie czuje się pew­nie, więc szybko wró­cili do base­niku. Nie­długo potem Brian zauwa­żył, że w ich skry­tym już teraz w cie­niu graj­dołku Emma zaczęła przy­go­to­wy­wać kuku­ry­dzę. Natych­miast powie­dział Juliette, że czas na grilla, i zapro­po­no­wał wyścig do mamy. Zachwy­cona nadzieją na poko­na­nie taty Juliette popę­dziła z piskiem i głów­nie dzięki temu, że tak szybko wystar­to­wała, rze­czy­wi­ście wyprze­dziła Briana.

- Oba­wiam się, że mamy nie­pro­szo­nych gości - ostrze­gła ich Emma, gdy tylko się poja­wili.

- Co masz na myśli? - spy­tał. Spoj­rzał w niebo.

Gdy byli tu poprzed­nio, mieli kilka starć z natręt­nymi mewami, któ­rych bez­czel­ność zupeł­nie ich zasko­czyła.

- Tym razem nie mewy - powie­działa Emma, jakby czy­ta­jąc mu w myślach. - Komary.

- Naprawdę? - zdzi­wił się. Prze­cież wiał dość silny wiatr od morza.

- Tak - potwier­dziła. - Zobacz!

Unio­sła lewą rękę i wska­zała na przed­ra­mię. Sie­dział na nim czarny komar w biały wzo­rek. Zanim jed­nak zdą­żył ukłuć, Emma pac­nęła go otwartą dło­nią. Gdy odsu­nęła rękę, po owa­dzie zostało tylko krwawe tru­chło, co świad­czyło o tym, że już wcze­śniej kogoś uką­sił, ale widać mu nie wystar­czyło.

- Ni­gdy w życiu nie widzia­łem takiego komara - przy­znał Brian. - Co za dziwny kolor.

- Znam je - odparła Emma. - To komary tygry­sie.

- Jakim cudem potra­fisz roz­po­znać komara tygry­siego?

- Na wykła­dach z medy­cyny w aka­de­mii uczy­li­śmy się o fla­wi­wi­ru­sach i róż­nych innych wiru­sach, cho­ro­bach, które prze­no­szą, i o zmia­nie kli­matu. Wykła­dowca mówił też o koma­rach tygry­sich, które kie­dyś wystę­po­wały tylko w tro­pi­kach, ale teraz roz­pa­no­szyły się już także na pół­nocy i docie­rają aż na wyso­kość Maine. One wła­śnie prze­no­szą te wirusy.

- Ja nie mia­łem takich wykła­dów - poża­lił się.

- Czasy się zmie­niają, sta­ruszku - zażar­to­wała. - Pamię­taj, że ty byłeś tam wcze­śniej.

- A w ogóle co to są fla­wi­wi­rusy?

- Czy­ta­łeś o żół­tej febrze i budo­wie Kanału Panam­skiego, prawda? No to wła­śnie na przy­kład żółtą febrę wywo­łuje fla­wi­wi­rus.

- Oj - mruk­nął Brian. - Ale czy w Sta­nach kie­dy­kol­wiek mie­li­śmy żółtą febrę?

- Ostatni raz w 1905 roku w Nowym Orle­anie, jeżeli dobrze pamię­tam - odpo­wie­działa Emma. Szybko prze­cze­sała włosy ręką i poma­chała nią nad głową. - O nie, sły­szę wię­cej tych paskud. Cie­bie to nie dener­wuje?

- Jesz­cze nie. Juliette, sły­szysz komary?

Juliette nie odpo­wie­działa, ale tak jak jej matka nagle zaczęła machać rękami wokół głowy, co świad­czyło o tym, że jed­nak je sły­szy.

- Wzią­łeś spray na owady? - spy­tała Emma z nie­po­ko­jem.

- Jest w samo­cho­dzie. Zaraz po niego sko­czę.

- To pędź! - popro­siła. - Bo ina­czej będzie z nami kru­cho.

Brian natych­miast chwy­cił maskę i pobiegł przez plażę, a dalej po wydmie. Tak jak przy­pusz­czał, w schowku był OFF. Kiedy nie­całe dzie­sięć minut póź­niej wró­cił, Juliette już znów była w base­niku.

- Nie masz poję­cia... - zaczęła Emma, pry­ska­jąc się repe­len­tem - jakie namolne były te lata­jące paskudy, kiedy cie­bie nie było. Musia­łam wysłać Juliette z powro­tem do wody.

- Pędzi­łem co sił w nogach.

On także się spry­skał, a potem zawo­łał Juliette, żeby i ją psik­nąć.

Gdy już opa­no­wali sytu­ację z koma­rami, mogli zacząć szy­ko­wać jedze­nie. Pierw­sze na grilla tra­fiły kolby kuku­ry­dzy, potem ham­bur­gery, a na końcu małże. Gdy wresz­cie jedze­nie było gotowe i podane, cała plaża kryła się już w cie­niu wydm, choć ocean i chmury wciąż zalane były bla­skiem słońca.

Najadł­szy się i posprzą­taw­szy nieco, Brian i Emma usie­dli na pla­żo­wych krze­słach, żeby dopić pro­secco, zjeść deser i napa­wać się wido­kiem. Zacho­dzące za ich ple­cami słońce oświe­tlało puchate chmury różo­wym bla­skiem. Juliette znów wró­ciła do base­niku, żeby budo­wać zamki z mokrego pia­sku.

Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. W końcu ciszę prze­rwała Emma.

- Nie chcia­ła­bym psuć tej sie­lanki - powie­działa, odwra­ca­jąc się w stronę męża - ale tak sobie myśla­łam... Może powin­ni­śmy wró­cić tro­chę wcze­śniej do Nowego Jorku.

- Serio? Dla­czego? Chatę mamy do dys­po­zy­cji jesz­cze przez nie­mal cały tydzień.

Jej pro­po­zy­cja zupeł­nie go zasko­czyła. Wyjazd na Cape Cod był jej pomy­słem i bar­dzo dobrze się tu czuli. Nawet pogoda im dopi­sała.

- Tylko że gdy­by­śmy byli w domu, może uda­łoby się nam jakoś roz­krę­cić biz­nes.

- A masz jakiś nowy pomysł, jak to zro­bić? - spy­tał. - Te poje­dyn­cze zle­ce­nia, które dosta­li­śmy pod koniec wio­sny, i tak już się skoń­czyły w lipcu.

Przed ośmioma mie­sią­cami Brian i Emma zre­zy­gno­wali z pracy w poli­cji, żeby zało­żyć wła­sną agen­cję ochro­niar­ską, którą nazwali Per­so­nal Pro­tec­tion LLC. Wią­zali z nią wiel­kie nadzieje, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę szko­le­nia, jakimi mogli się pochwa­lić. Do tego docho­dziło prze­cież doświad­cze­nie w NYPD ESU - Brian słu­żył tam przez sześć lat, a Emma przez cztery, a wcze­śniej jesz­cze pra­co­wali jako zwy­kli poli­cjanci. Kiedy odcho­dzili z NYPD, oboje byli już w stop­niu sier­żanta, a Brian miał nawet za sobą egza­min na porucz­nika, który zdał celu­jąco. Firma kon­sul­tin­gowa, którą zatrud­nili pod koniec zeszłego lata, żeby zasię­gnąć rady w spra­wie roko­wań firmy, prze­wi­dy­wała szybki suk­ces i roz­wój. Pra­cow­nicy firmy twier­dzili, że wzięli pod uwagę wszyst­kie moż­liwe czyn­niki. Tylko że nikt nie prze­wi­dział pan­de­mii COVID-19, która zmniej­szyła zapo­trze­bo­wa­nie na tego typu usługi nie­mal do zera. Prawda była taka, że w minio­nym mie­siącu nie otrzy­mali ani jed­nego zle­ce­nia.

- Nie, nie dozna­łam nagle żad­nego olśnie­nia - przy­znała Emma. - Ale zaczy­nam mieć wyrzuty sumie­nia, że tak sobie tu leniu­chu­jemy, nie wie­dząc, co przy­nie­sie jesień. Wiem, że potrze­bo­wa­li­śmy tej prze­rwy po tym, jak całą wio­snę sie­dzie­li­śmy w domu, szcze­gól­nie Juliette była ona potrzebna, ale już wypo­czę­li­śmy. W każ­dym razie ja już mogę wra­cać.

- Jesień nie zapo­wiada się naj­le­piej - odparł Brian. - Kiedy tylko odwo­łano sesję Zgro­ma­dze­nia Ogól­nego ONZ-etu, wie­dzia­łem, że wszyst­kie nasze prze­wi­dy­wa­nia szlag tra­fił. Ten jeden tydzień miał wypro­mo­wać naszą firmę. - Dzięki zawo­do­wym konek­sjom z NYPD otrzy­mali setki zgło­szeń, bo takie tygo­dniowe posie­dze­nie Par­la­mentu Naro­dów zawsze ogrom­nie obcią­żało nowo­jor­ską poli­cję. Jesz­cze w grud­niu oba­wiali się, czy będą mieli dość ludzi, żeby obsta­wić choćby połowę prze­wi­dy­wa­nych zle­ceń.

- Nie mar­twisz się o to, jak damy radę prze­trwać tę pan­de­mię? Już się mówi o jesien­nej fali, a tym­cza­sem zale­gamy nawet ze spła­tami hipo­teki.

Oboje od dziecka byli bar­dzo oszczędni i ostrożni, jeśli cho­dzi o finanse. Kiedy pra­co­wali w poli­cji, odło­żyli wię­cej oszczęd­no­ści niż ich kole­dzy z pracy, a do tego bar­dzo roz­waż­nie je inwe­sto­wali. Kiedy się pobrali po tym, jak Emma ukoń­czyła aka­de­mię ESU, a tuż przed naro­dzi­nami Juliette, stać ich było na jeden z nie­wielu wol­no­sto­ją­cych domów w stylu Tudo­rów w Inwood na 217 Zachod­niej Ulicy. Nie­ru­cho­mość znaj­do­wała się zale­d­wie prze­cznicę od domu rodzin­nego Emmy na Park Ter­race West i poza sub­aru sta­no­wiła wła­ści­wie jedyną ich więk­szą wła­sność.

- Wielu ludzi zalega z hipo­teką - zaopo­no­wał Brian. - I roz­ma­wia­li­śmy prze­cież z naszym doradcą. Mamy jesz­cze kilka innych należ­no­ści. A z hipo­teką nie będzie pro­blemu. Myślę, że dobrze zro­bi­li­śmy, zacho­wu­jąc gotówkę na pokry­cie głów­nych biz­ne­so­wych wydat­ków takich jak pen­sja dla Camili.

Camila Perez była jedy­nym pra­cow­ni­kiem Per­so­nal Pro­tec­tion LLC. Kiedy pan­de­mia objęła Nowy Jork, wpro­wa­dziła się do Mur­phych i na­dal z nimi miesz­kała. Była to jedna z zalet posia­da­nia domu o odpo­wied­niej powierzchni. Gdy minęła wio­sna, Camila była już wła­ści­wie bar­dziej człon­kiem rodziny niż pra­cow­ni­kiem. Emma i Brian nale­gali nawet, żeby zabrała się z nimi na waka­cje, ale odmó­wiła z poczu­cia obo­wiązku i została, żeby zaj­mo­wać się spra­wami, które mogły się poten­cjal­nie poja­wić w związku z firmą. Tydzień przed wyjaz­dem dostali kilka zapy­tań o ewen­tu­alne usługi Per­so­nal Pro­tec­tion na wese­lach, które na jesieni miały się odby­wać w Hamp­tons.

- Jakoś lepiej to zno­sisz niż ja - wyznała Emma. - Impo­nuje mi, że tak świet­nie umiesz radzić sobie ze stre­sem.

- Prawdę powie­dziaw­szy, wcale tak dobrze mi to nie idzie. Też się mar­twię - przy­znał. - Ale nie­po­kój poja­wia się zwy­kle w środku nocy, kiedy mój umysł zupeł­nie nie potrafi się wyłą­czyć. Na plaży, kiedy słońce tak grzeje, to wszystko wydaje się takie odle­głe.

- Chcesz o tym dalej roz­ma­wiać w tym pięk­nym oto­cze­niu? Czy wolisz, żebym się zamknęła?

- Oczy­wi­ście, że nie - zapew­nił ją Brian. - Mów, ile chcesz!

- Wiesz, męczy mnie to, czy nie popeł­ni­li­śmy błędu, odcho­dząc jed­no­cze­śnie z NYPD - zwie­rzyła mu się. - Może jedno z nas powinno było zostać. Przy­naj­mniej mie­li­by­śmy jedną stałą pen­sję.

- Z per­spek­tywy czasu byłoby to być może roz­waż­niej­sze - przy­znał Brian. - Ale nie tego chcie­li­śmy. Oboje mie­li­śmy ochotę zało­żyć firmę, zro­bić coś kre­atyw­nego i nowego. Jak niby mie­li­śmy zde­cy­do­wać, które z nas ma się dobrze bawić i podej­mo­wać nowe wyzwa­nia, a które musi na­dal nudzić się w sta­rej pracy? Mie­li­śmy cią­gnąć słomki albo rzu­cać monetą? Poza tym jestem pewien, że wszystko będzie dobrze, gdy tylko znik­nie ten cho­lerny koro­na­wi­rus. Nie tylko nas to prze­cież dotknęło. Miliony ludzi odczu­wają jego skutki.

- Obyś miał rację. - Emma wes­tchnęła, po czym rap­tow­nie pac­nęła się po gło­wie. - Cho­lera! Znowu te komary. Jak to jest, że cie­bie jakoś w ogóle nie kąsają?

- Poję­cia nie mam. - Się­gnął za krze­sło po OFF, żeby go jej podać. - Pew­nie nie jestem tak słodki jak ty - dodał z łobu­zer­skim uśmie­chem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki