Wirus - Robert Liparulo

Kup ebooka

19.89 zł

-
Proszę czekać

I

 
Leżący na łóżku kształt, ledwie przypominający człowieka, szarpał się i rzucał, niczym nocne zwierzę wywleczone na światło dnia. Jego oczy były zalane krwią i zapadnięte w głąb czaszki, tak że spod spuchniętych, krwawiących powiek połyskiwały tylko szkarłatne kule. Wywinięte wargi, pokryte czarnymi plamami, odsłaniały pokrzywione zęby i owrzodzone dziąsła. Krew lała mu się z nozdrzy, uszu i spod paznokci. Bryzgając z miotanego konwulsjami ciała, zachlapała ściany i zasłony, tworząc ciemne kałuże na wyłożonej kafelkami posadzce.
Despesorio Vero, ubrany w biały fartuch laboratoryjny, pochylił się nad chorym. Jego palce ślizgały się na instrumencie, gdy wpychał do gardła pacjenta rurkę intubacyjną. Gwałtownie odsunął twarz od szkarłatnej mgły, która towarzyszyła każdemu sapnięciu i kaszlnięciu chorego. Jego nozdrza palił kwaśny odór wydzieliny. Dostrzegł we krwi smugi tłustego, czarnego śluzu i zacisnął usta. Wkładał już swoje ręce w różne otwory ciała - u martwych i żywych - i spośród tego, co zdolne było zrobić lub wydzielić ludzkie ciało, mało co mogło wywołać u niego odrazę. Ale to... Musiał powstrzymać przemożną chęć zwymiotowania lunchu i skoncentrować całą swoją uwagę na ratowaniu życia tego człowieka.
 
Pacjenci wokół Vero rzucali się na łóżkach, wyli z przerażenia i szarpali swoje więzy. Było mu ich żal, nawet bardziej niż samego umierającego - jego męka miała się wkrótce skończyć. Pozostali mieli przeżywać tę scenę wciąż od nowa - za każdym razem, gdy któryś organ przeszyje ból, gdy gorączka zacznie pompować pot, a po chwili krew przez pory w ich skórze; i jeszcze później, podczas krótkich przebłysków świadomości.
Nagle ciało pod nim wygięło się w łuk, po czym ciężko opadło i znieruchomiało. Jedną ręką przytrzymując rurkę do intubacji, a drugą ściskając ramię pacjenta, Vero pomyślał, że w końcu nadeszło miłosierdzie, ale wtedy zauważył, że chory drży na całym ciele. Odwrócił powoli głowę i jego puste oczodoły spoczęły na lekarzu. W kilku urywanych ruchach, jak gdyby wewnątrz toczyła się jakaś walka, oczy powróciły na swoje miejsce. Trudno było odróżnić brązowe tęczówki od szkarłatnych białek.
Na jeden koszmarny moment Vero zajrzał w te oczy. Znikło z nich szaleństwo chorego umysłu i obłęd, jaki towarzyszy wielkiemu bólowi. Głęboko w tych bezdennych oczach Vero zobaczył coś znacznie gorszego. Dojrzał tam człowieka, który w pełni zdawał sobie sprawę ze swojej sytuacji, rozumiejącego z przerażającą jasnością, że jego organy rozpływają się i wylewają poza ciało. W tych oczach Vero dostrzegł człowieka, który prosił, błagał...
Skóra na twarzy pacjenta zaczęła pękać. Kiedy bulgoczący wrzask przeszył oddział, Vero odwrócił się, by wydać polecenie, ale pielęgniarki i pomocnicy umknęli. Zobaczył postać w drzwiach, daleko, na drugim końcu sali.
- Pomóż mi! - zawołał - Morfina! Na tamtym wózku.
 
Ale człowiek w drzwiach się nie poruszył.
Karl Litt. To on spowodował ten ból, tę śmierć. To jasne, że nie chciał pomóc. A jednak Vero przeżył szok, widząc wyraz jego twarzy. Słyszał, że żołnierze nie czerpią przyjemności z odbierania życia; ich działanie jest konieczne, lecz tragiczne. Litt nie był żołnierzem. Tylko potwór mógł spoglądać w taki sposób na cierpienie wijącego się z bólu człowieka. Tylko potwór mógł się uśmiechać szeroko na widok tego morza krwi.
 
Trzynaście miesięcy później
 
Nagły oślepiający blask słońca sprawił, że przez moment Goodwin Donneley nie widział, co dzieje się przed nimi na autostradzie I75. Agent specjalny Donnelley nie zdjął nogi z gazu; mógł tylko mieć nadzieję, że nie wpadnie na inne auto. Na końcu podjazdu jego sedan poderwał się w górę. Donnelley wraz z pasażerem walnęli głowami o dach, po czym samochód opadł z łoskotem na drogę w feerii iskier. Zanim Donnelley gwałtownym skrętem kierownicy skierował auto w stronę prawej barierki, jego przedni zderzak zdążył uderzyć w tylny bok hondy.
Zobaczył przed sobą pusty pas pobocza i wyprostował kierownicę, przyspieszając wzdłuż korka, jaki tworzył się zwykle w Atlancie w porze obiadowej. We wstecznym lusterku dostrzegł, jak ścigający ich czarny nissan maxima wpadł na autostradę, zniknął za naczepą, aż wreszcie pojawił się na poboczu. Człowiek siedzący obok Goodwina - Despesorio Vero, jak sam siebie nazywał - obrócił się, by zobaczyć, co się dzieje, zasłaniając tym samym widok Donelleyowi.
 
- Doganiają nas!
 
- Siadaj! - Donnelley popchnął go, wpatrując się w drogę przed sobą. Promień słońca odbił się od karoserii samochodu zaparkowanego na poboczu jakieś półtora kilometra przed nimi. Przy stu trzydziestu kilometrach na godzinę taką odległość pokonuje się w dwadzieścia sekund. Ale tutaj ruch był mniej intensywny i Goodwin mógł w każdej chwili zjechać na pas po lewej.
Jeszcze jeden rzut oka w lusterko: maxima była tuż za nimi. Przez okno pasażera wychyliła się uzbrojona w strzelbę postać.
 
Gdyby Donnelley zaczekał ze zmianą pasa do ostatniej chwili, maxima prawdopodobnie uderzyłaby w stojący samochód. Maska auta była podniesiona, ale Donnelley nie mógł dostrzec nikogo w pobliżu. Gdyby podstęp się udał i maxima uderzyła w auto, byłby to wyrok śmierci dla każdego, kto stałby przed wozem.
Donelley zjechał z powrotem na szosę, dając maximie czas, żeby zrobiła to samo.
Jego prześladowcy zmienili pas na środkowy i, ostro przyśpieszając, zbliżyli się jeszcze bardziej. Zderzak maximy znajdował się teraz na równi z drzwiami Donnelleya, który instynktownie dotknął kieszeni spodni, sprawdzając, czy urządzenie naprowadzające nadal tam jest. Było. Nie zdążył go umieścić na ubraniu Vero, ale urządzenie wciąż było włączone i jego partnerka mogła go namierzyć. Była gdzieś z tyłu, daleko za maximą.
Z kabury pod pachą wyjął pistolet, przygotowując się do strzału. I wtedy jego tylna boczna szyba rozprysła się na tysiące drobniutkich kryształków, które przy wtórze huku wystrzału ze strzelby zasypały gradem wnętrze auta. Vero wrzasnął i obaj mężczyźni skulili się w fotelach.
 
Kolejny pocisk uderzył w drzwi Donnelleya, który wciąż trzymał głowę nisko i nie widział, co się dzieje przed nim na drodze. Ocierając się raz o barierkę po prawej, raz o maximę po lewej, jakoś utrzymywał auto w linii prostej. Następny pocisk wyrwał metalowy słupek pomiędzy bocznymi szybami oraz większą część zagłówka Donnelleya. Broń wypadła mu z ręki na stronę pasażera i zaczęła wirować na wycieraczce.
Bum! Szyba po stronie Vero rozprysła się na drobne kawałki.
- Dosyć tego! - Donnelley krótko, ale gwałtownie nacisnął hamulec. Samochód ostro zahamował i maxima znalazła się przed nim. Don- neley odbił kierownicą w lewo i przód sedana rąbnął w drzwi pasażera maximy, tuż pod zdumioną twarzą strzelca wychylonego przez okno.
Jego torsem gwałtownie szarpnęło w dół, niby w jakimś entuzjastycznym wschodnim powitaniu. Ze swej pozycji, skulony za kierownicą, Donnelley nie widział, jak twarz mężczyzny uderza o maskę sedana, ale tak właśnie musiało się stać, bo jego strzelba pokoziołkowała przez przednią szybę, a potem po dachu. Ułamek sekundy później mężczyzna znów się pojawił, tym razem z zakrwawionym nosem, po czym schował się we wnętrzu maximy.
Donnelley wyprostował się na siedzeniu i ponownie odbił kierownicą. Tym razem sedan przyszpilił maximę tuż przed przednim kołem. Autem prześladowców rzuciło w bok przez trzy pasy i z powrotem. Kiedy Goodwin oceniał przyzwoity dystans, jaki dzielił go teraz od maximy, w jej oknie znów pojawił się strzelec z zakrwawioną twarzą, z nową strzelbą w dłoni. Zdawał się ryczeć z wściekłości - miał teraz powód do osobistej urazy.
Donnelley klepnął Vero w pierś i wskazał na podłogę.
- Podaj mi ten pistolet. Szybko!
Daleko z tyłu, tym samym wjazdem, którym na autostradę dostały się prowadzące pojedynek pojazdy, wypadł kolejny samochód - czekolado- wobrązowy ford taurus. Przy wtórze pisku opon zarzuciło nim przez trzy pasy, zanim wybrał jeden i wystrzelił do przodu.
Siedząca w środku Julia Matheson wyprostowała kierownicę i nacisnęła gaz. Zagryzała wargi, ciemna grzywka przyklejała się jej do twarzy, zlanej potem pomimo włączonej klimatyzacji. Rozglądała się nerwowo, próbując wypatrzyć jakąś lukę między samochodami oraz jadącego gdzieś przed nią Donneleya.
Odgłosy dobiegające z niewielkiego głośniczka były nie do wytrzymania. Przez przerywane połączenie docierały do niej urywki huku wystrzałów, nieznośny hałas przypominający zgrzyt metalu, a potem wrzaski i przekleństwa.
Jej partner Goody Donnelley miał przy sobie bezprzewodowy mikrofon, umożliwiający śledzenie rozmów z odległości nie większej niż półtora kilometra, ale w dalszym ciągu po jego aucie nie było nawet śladu.
Ponownie spróbowała połączyć się z nim przez samochodowy radioodbiornik policyjny:
Goody! Odbierz. Tu Julia. Goody!
Wiedziała, w czym tkwił problem. Radio zakłócało sygnał mikrofonu osobistego, więc Donnelley wyłączył je, zanim wyruszyli do hotelu po faceta, który - co zresztą przewidzieli - wpakował ich w kłopoty.
Przez słuchawkę dobiegło do niej, jak Goody wrzeszczy: "Podaj mi ten pistolet. Szybko!". Potem słyszała już tylko trzaski.
Znowu zaczęła się zastanawiać, czy nie skontaktować się z policją z Atlanty, z patrolem stanowym Georgii lub z własną agencją. z kimkolwiek. Ufała jednak instynktowi Goody'ego, który uprzedził ją, by nie wzywała wsparcia - chociaż mówił to, zanim jeszcze wpadli w bagno po uszy.
Walnęła dłonią w kierownicę.
Wszystko poszło nie tak. Nie tak.
No dobra, jasne. Ale jeszcze godzinę temu zadanie zdawało się więcej niż nudne. Myśleli, że jest wręcz poniżej ich godności.
 
Goody zadzwonił do niej tuż po szóstej.
- Pobudka, wstawaj! - zaczął.
W tle słychać było śmiechy i pokrzykiwania jego synów. Nie mogła zrozumieć, jak o tej porze można mieć tyle energii.
Donnelley mówił dalej:
- Ten szajbus, który do nas wydzwaniał, jest w mieście. Pojawił się rano w Centrum1.
- Vero? - zapytała wciąż półprzytomna Julia - Jest tutaj?
Facet wydzwaniał od dwóch dni, żądając rozmowy z dyrektorem Narodowego Centrum Chorób Zakaźnych wchodzącego w skład CDC. Bredził coś chaotycznie, rozwodząc się nad starym wirusem, będącym w rzeczywistości nowym wirusem, oraz nad zagrożeniem, które mogło być, choć niekoniecznie, związane z bioterroryzmem. Jako agenci pracujący dla nowego Wydziału Egzekwowania Prawa przy CDC, wydziału, który został utworzony na mocy ustawy Kongresu o zwalczaniu bio- terroryzmu, Julia Matheson i Goodwin Donnelley próbowali namierzyć te połączenia i dowiedzieć się czegoś więcej o rozmówcy. Ustalono, że dzwonił z różnych budek telefonicznych w Dystrykcie Kolumbii, a nazwisko "Despesorio Vero" nie figurowało w żadnej z dostępnych im baz danych, co dawało wiele do myślenia.
- Pojawił się przy pierwszej bramie około piątej, histerycznie żądając, żeby go wpuszczono. Strażnik myślał, że facet staranuje autem szlaban. Wartownicy już mieli go zatrzymać, kiedy wycofał się i odjechał. Wóz był z wypożyczalni, wynajął go zeszłej nocy na lotnisku.
- A więc mamy go znaleźć?
- Jesteśmy z nim umówieni o dziewiątej w hotelu Excelsior.
- Jesteśmy umówieni?
- No, właściwie to ja jestem z nim umówiony. On myśli, że ja to Sweeney. Dyrektor Centrum, John Sweeney. Vero zadzwonił tuż po tym, jak dyrektor się zmył. Połączyli go ze mną.
Wyznaczenie miejsca spotkania poza terenem Centrum było standardową procedurą operacyjną. W tutejszych laboratoriach były przechowywane próbki najbardziej śmiercionośnych patogenów na świecie. Rozsądek nakazywał dowiedzieć się, kto chciał się tam dostać i dlaczego. Ta polityka nie zachwycała naukowców pracujących dla CDC, którzy chcieliby zaprosić kolegów po fachu, ani pracowników działu public relations, którzy uważali, że prawo wstępu powinien mieć każdy płacący podatki obywatel wraz z całą rodziną. Ale nikt nie chciał, żeby wariaci plątali się po korytarzach. A Vero wydawał się stuknięty.
- Będziesz miał mikrofon? - Julia odbyła specjalne przeszkolenie w zakresie technik inwigilacji. W dzisiejszych czasach nagrywa się wszystko.
- Jasne - odpowiedział - I weź ze sobą "tropiciela". Molland nie chce go zgubić, w razie gdyby facet się spłoszył, a okazałoby się, że gadał nie całkiem od rzeczy.
Edward Molland był dyrektorem Operacji Wewnętrznych, a zarazem ich szefem.
- Daj mi trzy kwadranse.
- Jak mama? - zapytał łagodnie Donnelley.
- Ostatnio ma dobre dni. Tylko ogląda za dużo telewizji.
- A ty nie?
- Teraz tylko Zagubionych, Goody. Ale byłeś świadkiem, że gorzej już być nie mogło.
Zanim jej matka zachorowała i wprowadziła się do niej, Julia spędziła kilka miesięcy w pokoju gościnnym u Donnelleyów. Właśnie zerwała z facetem i nie miała ochoty nigdzie bywać, więc spędzała wieczory, chłonąc po kolei różne seriale. Przytyła trzy kilo. Teraz po dodatkowych kilogramach nie było nawet śladu.
- Gorzej, lepiej... Od czego są przyjaciele? Do zobaczenia za pół godziny.
- Za czterdzieści pięć minut - powiedziała, ale on już się rozłączył.
Zanim wyszła, przystanęła przed pokojem mamy. Nasłuchiwała
przez chwilę, delikatnie zapukała i uchyliła drzwi. Mae Matheson siedziała na skraju łóżka, czytając etykietkę na fiolce z lekarstwem.
- Wszystko w porządku?
Matka podniosła wzrok zaskoczona.
- Ojej, nie słyszałam cię. Czemu wstałaś tak wcześnie?
- Mamy sprawę, wychodzę. Dasz sobie radę?
Mae uśmiechnęła się i Julia poczuła w piersi znajomy tępy ból. Jej matka była za młoda na to, co ją spotkało. Pięćdziesiąt trzy lata. Przez stwardnienie rozsiane wyglądała raczej na osiemdziesiąt trzy.
Diagnozę usłyszała sześć lat temu. Ojciec Julii nie miał ochoty spędzić reszty życia, pielęgnując inwalidkę, więc się ulotnił. Dwa lata temu matka wprowadziła się do Julii. Zdarzały się takie dni, że nie była w stanie się podnieść z łóżka czy zjeść cokolwiek. Kiedy Julia nie mogła zostać w domu - a zazwyczaj nie mogła - wzywała pielęgniarkę lub kogoś z opieki społecznej. Wyglądało jednak na to, że dzisiaj mama poradzi sobie sama - już od rana była aktywna.
- Nie mogłam spać - odpowiedziała Mae - Nic nowego. Dam sobie radę. Miłego dnia, kochanie.
Julia przytrzymała drzwi jeszcze przez chwilę. Musi znaleźć jakiś sposób, żeby zostać z mamą w domu przez cały dzień, tak po prostu, dla przyjemności. Myślała o tym bez przerwy przez ostatnie dwa lata. Uśmiechnęła się i zamknęła za sobą drzwi.
W swoim biurze na terenie Centrum przygotowała sprzęt i omówiła strategię z Goodym i Mollandem. Za pięć dziewiąta siedziała już w swoim samochodzie zaparkowanym naprzeciwko marmurowozłotego hotelu Excelsior i nasłuchiwała.
- Jeszcze go nie widać - odezwał się Goody z restauracji hotelowej.
Zanim zajął tam miejsce, przeprowadził rekonesans w hotelowym
lobby, w biurach i w kuchni. Julia słyszała, jak kelnerka przyszła przyjąć zamówienie i jak Goody poprosił o duży sok pomarańczowy.
- O nie! - rzucił z paniką w głosie.
Julia zesztywniała:
- Co?
- Te ceny są absurdalne! Becky z księgowości dostanie zawału.
- Bardzo zabawne - Julia zerknęła na laptop leżący na siedzeniu pasażera. Na ekranie widoczna była mapa terenu wokół hotelu. Świecąca czerwona plamka pokazywała, gdzie w budynku znajdował się Goody.
Z laptopa biegł kabel do leżącej na podłodze skrzynki wielkości grubej książki. Inny kabel łączył skrzynkę z urządzeniem o wyglądzie anteny do telefonu komórkowego otoczonej kołnierzem. Urządzenie to było przymocowane na przyssawce po zewnętrznej stronie szyby pasażera. Skrzynka i antena, podobnie jak specjalne oprogramowanie na dysku laptopa, były częściami składowymi SATD2- satelitarnego urządzenia śledzącego, nazywanego przez nich "tropicielem". Został on opracowany dla wojska pod wspólnym nadzorem FBI oraz CIA i pozwalał agentom wyśledzić nadajnik wielkości paznokcia z dokładnością do kilku metrów niemalże z drugiego końca świata.
 
- Zaczyna się - mruknął Goody.
Inny głos, lekko chropawy i napięty:
- Sweeney? Czy pan Sweeney?
Goody:
- Czy dobrze się pan czuje? Nie wygląda pan najlepiej.
Drugi głos:
- Proszę się tym nie przejmować.
- Chwileczkę, nie mogę się nie przejmować. Kelner, czy mogę prosić o szklankę wody? Jeśli pan pozwoli, to zawiozę pana do szpitala. Tam też możemy porozmawiać.
- Niech pan posłucha, chcę pojechać do pańskiego biura. Dlaczego musieliśmy się spotkać...
Z głośnika rozległ się przenikliwy dźwięk tłuczonego szkła.
- Na ziemię! Na ziemię! - to był Goody. Potem nastąpiła seria grzmiących wybuchów, wystrzałów ze strzelby, sądząc po głębokim pogłosie. Raz za razem rozległo się sześć strzałów z pistoletu - Goody odpowiedział ogniem.
Julia w jednej chwili odpięła pas i pchnęła drzwi. Już miała wyskoczyć z auta, kiedy usłyszała, jak Goody woła:
- Julio! Podjedź pod wejście. Mam Vero, wychodzimy.
Zapaliła silnik, wykręciła kierownicę i z całej siły nacisnęła pedał gazu. Drzwi, których nie domknęła, otworzyły się i uderzywszy w bok auta zaparkowanego z przodu, same się zatrzasnęły. Jakiś samochód wyhamował z piskiem tuż za nią - do zderzenia zabrakło dosłownie kilku centymetrów. Jej auto przeskoczyło przez trzy pasy ruchu wprost pod zadaszone wejście hotelu.
- Na ziemię! Na ziemię! Wszyscy na ziemię! - krzyczał Goody przez mikrofon bezprzewodowy.
Dwa wystrzały ze strzelby, jeden po drugim - niemal jednoczesne, więc nie mogły pochodzić z tej samej broni.
Kiedy Julia wjechała na chodnik tuż przed wejściem, rozpędzając boyów hotelowych i pieszych, usłyszała głos Goody'ego.
- Julio, nie damy rady tam dotrzeć! Uciekaj stąd! Spróbujemy się dostać na parking do mojego auta. A ty jedź! Jedź!
Wykręciła kierownicę w lewo i z powrotem wypadła na ulicę. Przejechała dwa kwartały, dwa razy skręciła, po czym zatrzymała się przy krawężniku. Znowu miała hotel po przeciwnej stronie ulicy - tym razem było to jego tylne wyjście i wyjazd z parkingu. Przez mikrofon słyszała teraz głównie szumy. Aż nagle:
- Julio?... Słyszysz mnie?. Jestem na. McGill... zachód, tuż za mną!
McGill! Była przy tej samej ulicy, ale Goody się od niej oddalał. Zawróciła z piskiem opon.
Słuchaj - odezwał się Goody. Odbiór był teraz wyraźniejszy - Rozpoznałem jednego ze strzelających. To James jakiś tam. Satratori, czy coś w tym rodzaju. Prawie go przymknąłem kilka lat temu. Na ile się zorientowałem, był Serpico w wydziale narkotykowym. Wyciągnęli go z aresztu, zanim zdążyłem się do niego odezwać - Goody burknął coś do Vero, żeby mu nie przeszkadzał.
Julia przygryzła wargę. Serpico to agent biorący udział w ściśle tajnej operacji.
- Nie wzywaj posiłków - ciągnął Goody - Przynajmniej do czasu, kiedy się dowiemy, dlaczego federalny bawi się w płatnego zabójcę. Rozumiesz?
Zaległa cisza i słychać było tylko, jak koszula Goody'ego ociera się
1 mikrofon. Pewnie wykonywał jakieś manewry na drodze. Słyszała w tle, że Vero wciąż coś mówi.
- Jak tylko uda mi się zgubić tych gości, spotkamy się i ustalimy jakiś plan - powiedział Goody - Ale na razie nie wciągajmy w to nikogo, dobra? - zapadła cisza, a potem Donnelly dodał: - Wjeżdżam na autostradę I75. Słyszysz mnie? Jadę na północ.
To było dwadzieścia minut temu, najwyżej dwadzieścia. Teraz, kiedy
pruła do przodu autostradą I75, próbując dogonić Goody'ego, w słuchawce słyszała tylko szum. Przy gorączkowych ruchach Donnelleya musiały się rozłączyć przewody od nadajnika albo oddalili się na tyle, że byli już poza zasięgiem. Wyrwała z ucha słuchawkę i rzuciła okiem na laptop. Świecąca czerwona kropka wskazywała, że jej partner był jakieś trzy kilometry przed nią. Napięła mięśnie stopy i jeszcze mocniej nacisnęła pedał gazu.
Nagle z przerażeniem zdała sobie sprawę, że sznur samochodów jadących przed nią zatrzymał się. Gwałtownie wcisnęła hamulec. Powietrze wypełniał swąd palonej gumy, a na szosie leżało pełno szkła
1 kawałków plastiku. Lakier w kolorze auta Goody'ego długimi pasmami znaczył pogięte barierki. Na ekranie "tropiciela" czerwona kropka szybko się oddalała. Julia zaczęła gwałtownie naciskać klakson. Z samochodu przed nią przez okno kierowcy wysunęła się dłoń z podniesionym do góry palcem.
Jak sobie życzysz - powiedziała Julia i docisnęła pedał gazu.
 
Mężczyzna siedzący w fotelu pilota cessny CJ2 miał obsesję na punkcie wysokiej jakości świadczonych przez siebie usług. Wierzył w szybką reakcję i pośpiech, tak że nie zawahał się przed kupnem tego odrzutowca ani dwóch poprzednich. Wierzył w dyskrecję, więc sam pilotował samolot i nikogo nie zatrudniał - używał tylko zestawu elektronicznych przekaźników telefonicznych, które przesyłały informacje na jego skrzynkę głosową w Amsterdamie. Nie uznawał modnego obecnie sloganu: "Obiecuj mniej, dostarczaj więcej". Słuchał potrzeb klientów, oni zatwierdzali plan i termin akcji, a on ten plan realizował. I tyle.
Na przykład jego ostatnie zlecenie. Klient był maklerem uwikłanym w dochodzenie prowadzone przez Komisję Giełd i Papierów Wartościowych. Słabym punktem jego obrony był współpracownik, z którym nierozważnie za bardzo się spoufalił. Pilot odwiedził mieszkanie owego współpracownika, strzelił mu dwa razy w głowę i problem został rozwiązany. Mimo że kwota, którą zażyczył sobie jako zapłatę za tę usługę, była - jak zwykle - absurdalnie wysoka, to i tak stanowiła zaledwie drobny ułamek rocznej premii maklera. A teraz jego klient będzie mógł wykorzystać kolejny rok, pracując na następną premię, zamiast czyścić więzienne toalety. To była mądra inwestycja.
Jeden z klientów powiedział mu, że krąży o nim opinia, iż jest najlepszy w swoim fachu. Nie wiedział, czy jest najlepszy, i nie zależało mu na tym. Wykonywał swoją pracę, to wszystko.
Nie chodzi o to, że był obojętny. Kochał to, co robił, i dlatego nie przejmował się porównaniami. Podziwiał ekonomię śmierci: przyspieszenie czyjegoś przejścia na tamten świat przynosiło dobry dochód nie tylko jemu, ale zapewniało też utrzymanie koronerom, posterunkowym, detektywom, technikom, producentom proszków daktyloskopijnych, luminolu oraz wielu innych środków chemicznych i specjalistycznego sprzętu - nie wspominając już o producentach broni, amunicji, trumien czy chusteczek higienicznych - a także dziennikarzom, autorom nekrologów i powieści kryminalnych. Kiedyś spędził wieczór, wyliczając zawody, które w całości lub częściowo zawdzięczały swoje istnienie morderstwu - było ich siedemdziesiąt osiem, a ich wpływy ekonomiczne wynosiły ponad dwadzieścia trzy miliardy dolarów, czyli więcej niż dochody z przemysłu nagraniowego, filmowego czy gier komputerowych.
Niezmiernie cieszyła go świadomość, że potrafił rozwiązać krytyczny problem życiowy tak szybko i łatwo, jak hydraulik przetyka zapchaną rurę, a mechanik reguluje silnik. Któż jeszcze mógłby do tego aspirować? Przecież nie prawnicy, księgowi lub lekarze; nie budowniczy, psychiatrzy czy księża. Zastanawiał się kiedyś, czy po zabójstwie nie zatrzymać się jeszcze w okolicy. Mógłby wtedy ukradkiem śledzić, jak dalej toczy się życie klienta, i czerpać dodatkową przyjemność z obserwacji korzyści, jakie przyniosła wykonana przez niego usługa. Ale to byłoby nierozsądne i nieprofesjonalne.
Trzymając w ręce szklankę wody sodowej z cytryną, przyglądał się, jak autopilot delikatnie manewruje drążkiem sterowym. Niebo było czyste i jasnobłękitne. Zamknął oczy.
Kolejna rzecz, którą kochał: bycie częścią tajemniczej i strasznej siły natury. Fascynowało go, jak ludzie na różne sposoby personifiko- wali śmierć - stereotypowa zakapturzona postać bez twarzy, która przy błysku kosy zbiera żniwo z ludzkich dusz; tajemnicza bestia Hemingwaya, która w cieniu Kilimandżaro pożarła niefortunnego poszukiwacza przygód; piękna kobieta, której pocałunek niósł ze sobą wiekuiste konsekwencje w filmie Cały ten zgiełk.
 
Czuł, że to wszystko było w nim.
Nawet jego imię - jedyne, jakie kiedykolwiek znał - pasowało do leksykonu śmierci: Atropos. Starożytni Grecy przedstawiali Przeznaczenie jako trzy stare surowe siostryboginie. Kloto Prządka przędła nić życia, Lachesis Mierząca Nić ją odmierzała i wyznaczała każdemu los, a Atropos Nieubłagana trzymała nożyce, którymi we właściwym czasie ową nić przecinała, często wedle własnego kaprysu. Jemu przypadała rola tej trzeciej siostry. Chętnie przyjął jej imię i obowiązki.
Śmierć była wyzwoleniem od problemów tego świata. W oczach swoich ofiar widział spokój, kiedy wpatrywały się w coś niewidocznego dla żyjących. Z jego doświadczenia wynikało, że wszyscy ludzie żyli w stanie ciągłego przerażenia, ale w obliczu śmierci ogarniał ich spokój. Koniec strachu, koniec zmartwień, tylko spokój. To był jego dar dla nich.
"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój". Podobała mu się myśl, że jest błogosławiony.
Kropla wilgoci ześlizgnęła się po szkle i osiadła mu na palcu. Potem następna i jeszcze jedna. Wąska strużka spłynęła mu po wierzchu dłoni.
Otworzył oczy.
Omal nie zasnął. Upił łyk ze szklanki i odstawił ją na miejsce, po czym wysunął się bokiem z fotela pilota i wstał, nie prostując się, żeby wyjść z kokpitu. Nawet w kabinie musiał dalej iść pochylony. Wzrost metr dziewięćdziesiąt nie pasował do jej półtorametrowej wysokości. Po raz tysięczny ujrzał w marzeniach gulfstreama G500. Już za cessnę zapłacił sporo, ale gulfstream był od niej dziesięć razy droższy. W żaden sposób nie mógł usprawiedliwić takiego wydatku. Przynajmniej na razie.
Kabina cessny została przerobiona tak, że mieściła aneks kuchenny, wygodny fotel rozkładany, sprzęt audiowideo, podwieszony u sufitu worek treningowy oraz ławkę kulturystyczną do ćwiczeń. Drzwi w głębi prowadziły do pomieszczenia z prysznicem, umywalką i toaletą. Mieszkało się tu całkiem wygodnie - w sumie był to dom, jakich wiele.
Pochylił się niżej, aby zajrzeć do lustra. Gęste czarne włosy nosił obcięte dość krótko, były jednak na tyle długie, że z jednej strony nieco się jeżyły, a z drugiej odstawały. Przeczesał je palcami, ale ułożyły się znów tak samo. Zielone oczy spoglądały zza szkieł w grubych oprawkach, które - pomimo jego muskularnej budowy - nadawały mu wygląd niezdary lub modnego reżysera. Mocny, prosty nos, kwadratowa szczęka oraz wyraźne dołki w policzkach towarzyszące uśmiechowi składały się na pewien osobisty urok, który robił wrażenie na kobietach. Skwapliwie to wykorzystywał, kiedy podczas obserwacji celu szukał pretekstu, by zatrzymać się na dłużej w jakimś sklepie lub gdy chciał skłonić kelnerkę do wyjawienia mu potrzebnych informacji. Golił się dwa razy dziennie, ale zarost wciąż był widoczny i podkreślał długą bruzdę na lewym policzku, gdzie włosy nie rosły.
Blizna ta nauczyła go nie lekceważyć szybkości, z jaką człowiek może dobyć i użyć ukrytej broni. Przed tym wypadkiem zabijał wyłącznie gołymi rękami. No, właściwie za pomocą specjalnie dla niego wykonanej rękawicy. Pozwalało mu to być blisko obiektu, kiedy wyzwalał go od trosk doczesnego życia - namacalnie czuć to wyzwolenie. Ponieważ jednak sam nie chciał opuszczać jeszcze tego świata - to nie było częścią układu - zaczął używać również pistoletu, kiedy wiedział, że tak będzie rozsądniej. Życie polegało na ulepszaniu i dostosowywaniu stylu zabijania - rękawicą lub pistoletem - a dokonując wyboru idealnej metody, czuł, jakby kierowała nim boska ręka.
Sięgnął po pilota i nacisnął przycisk. Ekrany dwóch dwudziestoczte- rocalowych telewizorów plazmowych ustawionych na przeciwległych końcach kabiny rozświetliły się na niebiesko, ukazując napis: "łączenie z siecią satelitarną". Wkrótce potem pojawił się obraz kobiety policzkującej mężczyznę, zaraz po nim następny, przedstawiający dziecko jedzące płatki zbożowe, i kolejny z czarnobiałym westernem (Jeździec znikąd- pomyślał zabójca) i znowu inny.
Przycisk zmieniający kanały był włączony na stałe, zablokowany wykałaczką. Zabójca lubił oglądać telewizję w ten sposób - aktywny, zmienny, nieprzewidywalny. Pstryk, pstryk, pstryk.
- .nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę coś.
- .zacznij działać, a dorzucimy te. [niski płaczliwy dźwięk skrzypiec]
.było w tym coś zwierzęcego. [ryk silnika, pisk opon] [zakłócenia]
- .ponieważ wiem, że to zrobiłeś. Wiem.
Tak. Czuł, jak impulsy nerwowe mkną przez synapsy, próbując dogonić uciekające informacje. Wiedział, że wkrótce będzie w stanie zaczynać i kończyć zdania, których fragmenty każdy program wypluwał z oszałamiającą prędkością. Szanse, że jego domysły będą się pokrywać z tym, co rzeczywiście zostało powiedziane, były niewielkie, ale jego dopowiedzenia miały sens, a to z kolei oznaczało, że jego umysł pracował na wysokich obrotach.
Z kokpitu rozległ się brzęczący sygnał. Wrócił na miejsce pilota i sprawdził laptop przypięty do sąsiedniego fotela. Nowy klient wprowadził uaktualnione współrzędne do oprogramowania nawigacyjnego, które zostało dostarczone Atroposowi po przyjęciu zlecenia. Obiekt był w ruchu i w związku z tym obecna trasa lotu wymagała zmiany lotniska docelowego. Odnalazł współrzędne nowego lotniska w urządzeniu GPS i wprowadził je do komputera pokładowego. Kokpit wypełnił się światłem, kiedy autopilot przechylił samolot w stronę słońca.
 
- Mamy sygnał z satelity- mówiący to człowiek ani na chwilę nie oderwał oczu od ustawionych przed nim trzech płaskich monitorów. Jeden pokazywał obszar czterdziestu kilometrów kwadratowych na terenie Atlanty, w skos którego biegła gruba linia autostrady opisanej niewielkimi literami jako I75. Wzdłuż drogi przesuwała się miarowo czerwona kropka.
Starszy mężczyzna na wózku inwalidzkim przerwał obserwację idyllicznego krajobrazu rozciągającego się za ścianą z okien. Sterując przyciskami, skierował wózek po drewnianej podłodze na drugą stronę pokoju, gdzie zatrzymał się przy techniku.
- Czy możemy przejąć sygnał całkowicie? - zapytał.
- Chce pan odciąć agentkę CDC, tak żebyśmy tylko my go mieli?
- Właśnie.
- Można to zrobić.
- Czy ktokolwiek - FBI, CIA, CDC, ktokolwiek - będzie w stanie go odbierać, kiedy my go przechwycimy?
- Nie. Nikt go nie odbierze.
- A czy będą mogli nas namierzyć?
- Jesteśmy doskonale kryci.
- Czy ta agentka z CDC będzie mogła się ponownie podłączyć lub przerwać nasze połączenie?
- Jeśli spróbuje, to program sam ją odetnie. Jej komputer będzie wciąż dostawać błędne wiadomości.
- W takim razie zrób to.
Technik wpisał komendę i nacisnął "Enter". Obraz drgnął.
- Gotowe.
Odjeżdżając wózkiem, starszy mężczyzna powiedział:
- Teraz każ naszym ludziom się wycofać.
Potrząsnął głową. Zawsze starał się wynajmować zawodowców do tego typu zadań, ale z wolnymi strzelcami nigdy nic nie było pewne: mógł zdarzyć się ktoś spokojny i kompetentny albo kompletny wariat. Ci dwaj mieli świetne rekomendacje, a teraz proszę - zdawało się, że wszystko im jedno, kogo sprzątną przy okazji, byle osiągnąć cel. Zniszczyli restaurację, a teraz, gnając po autostradzie, toczyli regularną bitwę z agentem federalnym. Nie na taką dyskrecję liczył.
- Niech trzymają się blisko, ale nie za blisko - polecił - Dajmy im chwilę na uspokojenie.
Taurus Julii wbił się w przestrzeń pomiędzy autem z przodu a betonową barierką, torując sobie drogę. Zderzak siłą odsuniętego na bok auta przerysował ze zgrzytem cały bok jej sedana. Kiedy udało się jej przecisnąć, z wyciem silnika ruszyła ostro za partnerem.
Sygnał "tropiciela" wskazywał, że Donnelley znajdował się teraz co najmniej osiem kilometrów przed nią, a napastnicy bez wątpienia wciąż siedzieli mu na karku. "Trzymaj się, Goody, już jadę" - pomyślała.
Patrzyła na ekran, kiedy nagle czerwona kropka mignęła i zgasła. Potem wyłączyła się mapa i na ekranie pozostały widoczne tylko niewyraźne linie siatki. Gwałtownie wcisnęła hamulec i zatrzymała się na środkowym pasie chwilowo pustej autostrady. Wpatrywała się w ekran zdezorientowana.
Jej ręce błyskawicznie znalazły się na klawiaturze. Jedno po drugim zaczęła wstukiwać kolejne polecenia. Żadnego rezultatu. Sprawdziła wtyczki przy antenie, przy skrzynce na podłodze i z tyłu komputera. Ekran pozostał pusty. Złapała mikrofon od radia i wcisnęła przycisk nadawania.
Goody! Co się stało? Goody!
Chwyciła słuchawkę odbiornika przekazującego sygnał z mikrofonu osobistego Goody'ego i wcisnęła ją w ucho. Usłyszała tylko trzaski. Wyrwała ją z powrotem.
Z iskrą nadziei ostatni raz rzuciła okiem na monitor komputera, wcisnęła gaz i ruszyła do przodu na oślep.
Donnelley właśnie składał się do kolejnego strzału, kiedy maxima nagle skręciła w bok, jednocześnie zwalniając, tak że stracił ją z oczu. Wskazując za siebie, Vero krzyknął ze zdziwieniem:
- Patrz!
W tylnym lusterku Donnelley zobaczył, jak maxima wyskakuje z pobocza i zjeżdża w dół po nasypie, wzbijając chmurę kurzu.
- Pozbyłeś się ich! - Vero zaśmiał się niemalże beztrosko. Donnelley nie był tego taki pewny, ale odłożył broń na siedzenie.
Czuł się tak, jakby go ktoś mocno kopnął w bok. Dotknął bolącego miejsca i zobaczył, że rękę ma całą we krwi.
Widząc to, Vero chwycił Donnelleya za ramię:
- Ja poprowadzę. Donnelley przyjrzał mu się:
- Lepiej nie.
 
Vero też wyglądał strasznie: lśniący, tłusty pot pokrywał mu twarz i ręce, przyklejając do czaszki kręcone brązowe włosy. Jego spękane krwawiące wargi nieustannie drżały. Oczy wychodziły mu z orbit i zdawało się, że na miejscu trzyma je już tylko sieć czerwonych naczynek rozchodzących się promieniście z obu kącików. Wokół otworu ucha widać było zaschniętą krew.
Widząc, że Donnelley mu się przygląda, Vero powiedział:
- Nie czuję się tak źle, jak wyglądam. Jeszcze nie. Zatrzymaj się.
Nie. Siadaj - zerkając na przemian to na drogę przed sobą, to w tylne lusterko, Donnelley zacisnął zakrwawioną pięść na kierownicy. Twarz zastygła mu w wyrazie determinacji.
 
Zgubiła ich. Goody i Vero po prostu zniknęli.
 
Julia dawno już minęła miejsce, gdzie byli, kiedy "tropiciel" przestał działać. Ten dziki pojedynek z napastnikami nie mógł przecież trwać aż tak długo. Jedna strona musiała zwyciężyć, pozostawiając pokonanych gdzieś na drodze. Nie natknęła się jednak ani na wrak auta, ani na żadne ofiary w ludziach - jedynie tu i ówdzie widać było odłamki rozbitego szkła i plastiku oraz ślady farby.
Trzy wozy patrolu stanowego z włączonymi kogutami przemknęły jakiś czas temu w przeciwnym kierunku, z czego wywnioskowała, że policjanci nie zauważyli toczących bitwę aut po drugiej stronie barierek. Najwidoczniej myśleli, że odnajdą źródło problemu tam, gdzie dezorganizacja ruchu spowodowała blokadę drogi. Wkrótce jednak odkryją swój błąd i zawrócą w poszukiwaniu winowajców. Musiała odnaleźć Goody'ego przed nimi.
Odgarnęła włosy z czoła i uświadomiła sobie, że wskutek ciągłego napięcia bolą ją wszystkie mięśnie. Czuła mięśnie brzucha, jej przedramiona były zmęczone od mocnego ściskania kierownicy, bolała ją nawet twarz. Głęboko wciągnęła powietrze przez nos, po czym zrobiła powolny wydech ustami.
Znała Goody'ego od sześciu lat, od czasu, kiedy przydzielono ją do terenowego biura FBI w Denver. Miał w biurze wysoką pozycję i krążyła o nim opinia, że rozwiązywał najtrudniejsze sprawy i przymykał najbardziej nieuchwytnych przestępców. Jako dwudziestopięcioletnia świeżo upieczona absolwentka Akademii Julia była obarczana czarną robotą i rzadko miała okazję oglądać wielkiego Goodwina Donnelleya w akcji.
Przez osiem miesięcy dowództwo w Denver przydzielało jej prowadzenie wywiadów środowiskowych w sprawach osób starających się o ważne posady rządowe. Byłoby to delikatne zadanie do wykonania w Waszyngtonie, gdzie w grę mogło wchodzić stanowisko sędziego Sądu Najwyższego lub współpracownika kongresmana. W Denver była to tylko mozolna harówka, szczególnie dla pełnej zapału młodej agentki z dyplomem magistra kryminologii.
Kiedy tylko mogła, Julia przysłuchiwała się po cichu zebraniom prowadzonym przez Goody'ego po to, żeby popatrzeć, jak pracuje, i nabrać doświadczenia w prowadzeniu dochodzeń, nawet jeśli sama nie brała w nich udziału. Z początku była traktowana z pobłażliwą wyższością, jako ładna dziewczyna zapatrzona w detektywów śledczych.
 
Ale jej zauroczenie Donnelleyem nie miało nic wspólnego z jego wyglądem. Musiała przyznać, że smukła sylwetka, wyraziste rysy twarzy i błękitne oczy składały się na atrakcyjną kombinację, ale za jego największą zaletę uważała umiejętność chwytania przestępców.
W końcu cechy fizyczne tylko się dziedziczyło - był to ślepy traf. Zdawała sobie sprawę, że wszyscy uważają ją za ładną. Jednak ona podziwiała u ludzi coś innego: umiejętności, siłę charakteru, zdolność logicznego myślenia - cechy, które trzeba było wypracować. Chciała, żeby oni i ją za to właśnie podziwiali.
Goody był dobrym detektywem, ponieważ chciał nim być, starał się. To robiło na niej wrażenie.
Któregoś dnia wybuchła kłótnia pomiędzy Goodym a agentem specjalnym Lou Prestonem, specjalistą od technik inwigilacji, o to, dlaczego nie działa kilka przekaźników bezprzewodowych. Preston umieścił pluskwy pod stołami sali widzeń w więzieniu stanowym Quincy, aby śledzić rozmowy pomiędzy osadzonym tam gangsterem o nazwisku Jimmy Gee a jego szwagrem Mikiem Simonem. FBI podejrzewało, że Gee namawia Simona do zabicia młodej kobiety, która widziała, jak Gee zamordował swojego konkurenta.
Ale zawsze w czasie wizyt Simona pojawiał się co chwilę - trwający za każdym razem około pięciu minut - biały szum, który przez ciągłe zakłócenia, nagłe głośne trzaski i wysokotonowe gwizdy uniemożliwiał odbiór.
Z dochodzących strzępów rozmów Goody wywnioskował, że to jedyna okazja, żeby nagrać zbrodniczy plan. Biały szum pojawiający się w nieodpowiednim momencie mógł zaprzepaścić szansę na oskarżenie przestępców o usiłowanie zabójstwa, a młoda kobieta mogła przypłacić to życiem.
 
- Mówisz mi, że nic nie możesz zrobić? - wściekał się Goody.
Prowadził zebranie w niewielkiej salce konferencyjnej. Na białej
tablicy widniały przyczepione taśmą klejącą kolorowe zdjęcia podejrzanych. Obok był portret celu ich domniemanego ataku - sympatycznie wyglądającej, dwudziestoletniej piegowatej blondynki o promiennym uśmiechu. Schemat sali widzeń stał oparty obok. Brzęczące świetlówki wypełniały pokój białoniebieskim blaskiem.
Preston ze złością podniósł się z fotela, gniewnie cedząc słowa:
- Wiesz, że przy elektronicznych technikach inwigilacji napotyka się mnóstwo problemów: hałasy w tle, słaby sygnał, a nawet zakłócenia spowodowane interferencją elektromagnetyczną związaną z aktywnością słoneczną! Mamy szczęście, że w ogóle udało się nam coś złapać.
Inni agenci zgromadzeni wokół długiego stołu zdawali się kurczyć w fotelach. Julia przypatrywała się zafascynowana z drugiej strony pokoju.
- Więc ta dziewczyna zginie przez rozbłyski słoneczne? - zapytał Goody, wskazując na portret.
- Nie mówię, że to właśnie one powodują ten biały szum. Ale wszystko wzięliśmy już pod uwagę - Preston zaczął wyliczać na palcach: - Czy jesteśmy zbyt blisko kuchni? Nie. Pralni? Stolarni? Warsztatu? Nie, nie, nie. Czy któryś ze strażników może mieć urządzenie, którym celowo zakłócałby odbiór? Zmieniliśmy strażników. Czy Gee lub Simon mogą mieć coś przy sobie? Niczego nie znaleźliśmy. Wymieniliśmy urządzenia podsłuchowe i odbiorniki. Czego jeszcze chcesz?
- Chcę raz nagrać całą rozmowę.
Preston rozłożył ramiona i odwrócił się tyłem do Goody'ego.
Julia wpatrywała się w oparty o tablicę schemat. Zanim się zorientowała, co robi, uniosła w górę dłoń.
Goody spojrzał ze zdziwieniem na jej nieśmiało podniesioną rękę. Był to widok tak niespotykany na tych zebraniach, jak marsjański nietoperz albinos.
- O co chodzi, Julio?
Odchrząknęła.
- Przepraszam, ale co jest tam w rogu? - wskazała na schemat - Tam, gdzie kończy się rząd stołów? Jest tam miejsce na jeszcze jeden stół, ale nie ma go na schemacie.
- Może nie mieli więcej stołów! - wybuchnął Preston wyraźnie poirytowany.
- Nie - powiedział Goody - Jest tam automat z colą.
Julia wstała, mając nadzieję, że jej zdecydowana postawa ukryje brak pewności siebie. Skupiła wzrok na przyjaznej twarzy Goody'ego, starając się nie patrzeć na innych agentów w sali, tak jak początkujący wspinacz boi się spojrzeć w dół w rozciągającą się pod nim przepaść.
- Automaty do napojów nie stanowią problemu - odezwał się ostro Preston - Umieszczaliśmy już podsłuchy nawet w ich wnętrzu.
Goody dał mu ręką znak, żeby zamilkł.
- Julio, co chcesz powiedzieć?
- Jeśli w automacie z colą zużyły się elektryczne styki, szczotki w silniku kompresora, to iskrzą mocniej niż zazwyczaj. Iskry elektryczne wytwarzają szerokopasmowy sygnał radiowy, biały szum. Takie zakłócenia szerokopasmowe pokrywają się z używanym spektrum częstotliwości radiowych, dlatego wymiana urządzeń podsłuchowych i odbiorników nie pomogła.
Uśmiech Goody'ego stał się szerszy. Spojrzał na Prestona, który był wyraźnie wściekły.
- Jak w domowej lodówce - ciągnęła Julia, podchodząc do tablicy - Silnik włącza się tylko wtedy, kiedy temperatura wewnątrz urządzenia podnosi się powyżej pewnego poziomu. Dlatego zakłócenia nie pojawiają się regularnie. Proszę popatrzeć - dotknęła miejsca na schemacie - Pomieszczenie, z którego prowadzimy monitoring, znajduje się tuż za ścianą, przy której stoi automat z colą. Niektóre silniki iskrzą mocniej od innych, nawet kiedy wszystko jest z nimi w porządku. Być może to jest silnik właśnie tego typu. Założę się, że nawet wymiana silnika nie usunie całkowicie problemu, biorąc pod uwagę, jak blisko odbiornika się znajduje.
Przerwała, zdając sobie sprawę, że posunęła się za daleko. Powiedziała "prowadzimy", chociaż sama nie brała udziału w tym dochodzeniu. Co gorsza, popisała się swoją podręcznikową wiedzą o elektronice przed Prestonem, który z pewnością szybko nie zapomni tego upokorzenia.
Pochyliła głowę i cicho powiedziała:
 
- Przepraszam.
- Nie wygłupiaj się - odrzekł Donnelley. Chwycił ją za ramię i potrząsnął - Nie masz za co przepraszać. Najwyższy czas, żebyśmy skorzystali z twojej obecności - mrugnął.
Julia była pewna, że nikt inny tego nie zauważył.
- Preston! Co sądzisz o teorii agentki Matheson?
- Może zadziałać. Odłączymy maszynę i zobaczymy.
Donnelley ponownie zwrócił się do niej:
- Dziękuję, Julio. Zawsze mów śmiało, jeśli coś przyjdzie ci do głowy.
Uśmiechnęła się i skinęła głową. Wyszła z pokoju i wróciła za biurko. Zaschło jej w ustach. Zakończenie było pozytywne, ale narzuciła swoje pomysły hermetycznej grupce mężczyzn i obawiała się, że uznają to za nadgorliwość oraz brak profesjonalizmu, i tak już ją zaszufladkują.
Po półgodzinie Goody zajrzał do jej boksu.
- Dobra robota, mała! - powiedział - Naprawdę tak myślę.
- Dziękuję. Przepraszam, że nadepnęłam agentowi Prestonowi na odcisk.
- Prestonowi się należało, nie przejmuj się tym. On wie, że masz rację, wszyscy wiemy.
- Nie wyłączałabym automatu z colą.
- Jak to?
- Mogą się domyślić, że coś jest nie tak. Jeśli automat nie będzie wydawać napojów albo nie będzie działać wyświetlacz, Gee i Simon mogą mówić o wszystkim, tylko nie o tym, co chciałby pan usłyszeć.
- Co proponujesz?
- Julia wyprostowała się na krześle.
- Odetnijcie tylko kabel od kompresora. Zróbcie to wcześniej, a jeśli nie jesteście pewni, kiedy Simon przyjdzie, puśćcie kabel przez ścianę i odłączcie go dopiero, gdy się pojawi. Wtedy napoje będą nadal schłodzone.
Goody zamyślił się na chwilę:
- Kolejny dobry pomysł.
Kiedy odchodził, zawołał jeszcze do niej:
- Trzymaj tak dalej, a pomyślę, że czyhasz na moją posadę.
"Bo tak jest" - pomyślała.
Okazało się, że miała rację - FBI nagrało nikczemny plan gangsterów, co pomogło skazać Gee na dożywocie, a Simona na pięć lat. Ten incydent wywołał falę biurowych plotek, Julia otrzymała wiele gratulacji, a Goody wystąpił o wpisanie pochwały do jej akt. Wkrótce zaczęła pracować u jego boku, robiąc plany skomplikowanych strategii inwi- gilacyjnych i zastanawiając się wspólnie z najlepszymi agentami, jak dopaść przestępców.
Był to początek prawdziwej przyjaźni. Goody traktował ją jak córkę, chociaż był od niej tylko czternaście lat starszy. Doradzał jej w sprawach zawodowych i kilka razy próbował ją wyswatać, kiedy uważał, że ktoś jest godny jej uwagi. Jeszcze zanim spędziła pierwsze Boże Narodzenie w towarzystwie Goody'ego, jego żony i dwóch synów, ich stosunki były familiarne i bardzo ciepłe. A kiedy Goody został przeniesiony do Wydziału Egzekwowania Prawa przy CDC, użył swoich wpływów, żeby do niego dołączyła.
 
Teraz Goody był gdzieś tam sam, bez pomocy, i pewnie odpierał właśnie kolejny atak ścigających go zabójców.
Im dalej Julia oddalała się od ostatniego miejsca, gdzie "tropiciel" go namierzył, tym większa ogarniała ją panika. Tamten punkt był już co najmniej trzydzieści kilometrów za nią. W miejsce dwóch wewnętrznych pasów sześciopasmowej obwodnicy pojawił się teraz odcinek zieleni, a ograniczenie prędkości zwiększyło się do stu dziesięciu kilometrów na godzinę.
Atlanta zniknęła, tak jak jej partner.
Nie przerywała ćwiczeń oddechowych, ale napięcie nie chciało jej opuścić. "Wykorzystaj to" - pomyślała. Stres wyostrza percepcję. Co się stało? Co poszło nie tak?
Robiła sobie wymówki, że go zgubiła. Pomimo poleceń Goody'ego nie powinna była oddalać się od hotelu. Goody był wtedy zbyt skoncentrowany na strzelaninie i ochronie Vero i nie myślał jasno. A skoro już się oddaliła, powinna była trzymać się bliżej - dwa kwartały to było za daleko.
Czy mogła się winić za awarię "tropiciela"? Kiedy program był uruchomiony, wystarczyło tylko uważnie obserwować ekran. Istniało niewielkie prawdopodobieństwo, że pojawił się problem z głównym satelitą; satelity geosynchroniczne były znane ze swej zawodności i dlatego musiało ich być tak wiele.
Jedną z ostatnich innowacji "tropiciela" było przekierowanie sygnału lokalizacyjnego do satelity komercyjnego. Satelity komercyjne były trwalsze, a przez to bardziej odporne na niesprzyjające warunki pogodowe. Co ważniejsze, jeśli sygnał "tropiciela" był ukryty w przypadkowym satelicie nienależącym do rządu, nawet co sprytniejsi przestępcy nie byli w stanie go zablokować ani zakodować. Nawet operatorzy głównego satelity nie wiedzieli, że "tropiciel" dołączał się na gapę.
Pomyślała, że może jednak operatorzy wykryli intruza, ale przecież program był tak zaprojektowany, że wtedy w dalszym ciągu kontynuowałby namierzanie, jednocześnie wysyłając błędne dane do operatorów, którzy się na niego natknęli. Program urządzenia śledzącego wyglądałby dla nich jak niewielki błąd systemu. Kiedy oni próbowaliby zlikwidować usterkę, użytkownik "tropiciela" miałby wystarczająco dużo czasu, żeby przenieść się na innego satelitę. Wtedy "usterka" zniknęłaby bez śladu.
Teraz jednak sygnał zanikł bez ostrzeżenia. Próbowała zmienić satelitę, ale równie dobrze mogłaby walić w zepsutą klawiaturę - efekt byłby taki sam.
Nagle dotarło do niej, że dziwny był nawet sposób, w jaki pojawiła się ta awaria. Większość usterek powodowała, że wszystko się zawieszało. Migające kursory przestawały migać, komendy z klawiatury nie wywoływały żadnej reakcji komputera, ale znieruchomiały obraz zawsze pozostawał na ekranie. Przy tej awarii sygnał Goody'ego najpierw zamigał, a potem mapa po prostu zniknęła.
Zupełnie jakby ktoś przechwycił sygnał, a potem go zablokował.
Julia gwałtownie skręciła w prawo i zahamowała. Zaciągnęła hamulec ręczny, odpięła pas i rzuciła się do klawiatury laptopa. Żeby uruchomić komputer, wprowadziła specjalny kod, który pomagał usunąć awarię systemu, po czym musiała zaczekać, aż system operacyjny się załaduje.
Wystukiwała rytmiczne staccato na obudowie laptopa i czuła, jak oblewa ją zimny pot. Przeczucie, które nagle ją ogarnęło, że natknęli się na coś wielkiego i przerażającego, przeszkadzało jej racjonalnie myśleć.
"Jakby ktoś przechwycił sygnał. Obym się myliła. Obym się myliła".
Po paru sekundach program połączył się z siecią. Julia wprowadziła polecenie, żeby podłączył się do tego samego satelity. Na ekranie wyświetliły się słowa: trwa uruchamianie połączenia.
 
Potem: Łączenie z Satcomó 455hr21911.89 v.62. *2.
Po krótkiej przerwie, przy szumie wirującego twardego dysku, słowa na ekranie zmieniły się na:
Błąd katalogu bdrzewo.
Resource fork, block 672 (node 792, record 4).
 
> ?
 
Julia jęknęła. Satelita przerywał jej próbę połączenia jako nieautoryzowaną i wysyłał jej fałszywą wiadomość o błędzie, by uznała, że stary program był tylko awarią systemu. Pewnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent światowych operatorów satelitarnych złapałoby się na ten haczyk, ale nie Julia.
Przygryzła wargę. Ten ściśle tajny program mógł utrzymywać połączenie z satelitą głównym tylko wtedy, gdy co sześć sekund otrzymywał sekwencje haseł z komputera bazowego. Dzięki temu nie pozostałby w satelicie, gdyby padł komputer bazowy, a użytkownik nie zdążył wydać programowi polecenia, żeby się rozłączył. A jej laptop - komputer bazowy programu - przecież padł. Musiała uruchomić go ponownie - w związku z tym, nawet gdyby system był sprawny, nie wysyłałby haseł do programu przez ponad minutę.
Stary program powinien przestać działać, ale działał. To mogło oznaczać tylko jedno: ktoś inny wysyłał właściwe hasła.
Chwyciła mikrofon od radia i wcisnęła przycisk nadawania.
- Goody! Goody! Jeśli tylko mnie słyszysz, uważaj - ostrożnie artykułowała słowa - Wyłącz. nadajnik. "tropiciela". Ktoś inny przechwycił sygnał. Ktoś inny cię namierza. Wyłącz nadajnik.
Odrzuciła mikrofon. Cóż jeszcze mogła zrobić? Nie mogła zawiesić programu - nie z tak marnym oprogramowaniem, jakie zawierał jej twardy dysk. Niewiele więcej by wskórała, nawet gdyby miała najlepszy komputer na świecie. Twórcy programu przewidzieli, że przestępcy będą mieli coraz większe możliwości techniczne, i zaprojektowali go tak, żeby zablokowanie go było praktycznie niemożliwe.
Jedyne, co mogła teraz zrobić dla Goody'ego, to odnaleźć go - i to szybko.
 
Krew lała się z rany jak żywica ze złamanej sosny, a gardło miał wyschnięte na wiór wskutek odwodnienia. Ręce lepiły mu się do kierownicy. Donnelley skoncentrował się na drodze i próbował nie myśleć
0 tym, co działo się z jego ciałem.
przechylał się teraz do przodu i na bok, tak żeby raną nie dotykać oparcia fotela. Dziura, z której promieniowały na zmianę zimne
1 gorące fale bólu, znajdowała się tuż pod klatką piersiową, na styku boku i pleców. Spojrzał na Vero - ciemna cera, czarne włosy, grube rysy. "Meksykanin lub Brazylijczyk" - pomyślał. Jednego był zupełnie pewien - ten człowiek był ciężko chory.
- Co ci jest? - zapytał.
W kąciku ust Vero pojawił się cień uśmiechu. Na jego dolnej wardze pojawiło się kolejne pęknięcie.
- Pracodawca mnie zwolnił.
- Zwolnił?
- Zamiast wymówienia dostałem wirusa. Nic w tym dziwnego. Gangsterzy strzelają do siebie, a biolodzy się zarażają, czy to nie logiczne?
- Jesteś biologiem?
- Właściwie to wirusologiem.
Donnelley zamyślił się, zdając sobie jednocześnie sprawę, że opiera się o kierownicę znacznie mocniej niż trzeba.
- Czyli zajmujesz się na przykład grypą?
Vero zaśmiał się lub zakaszlał, trudno powiedzieć.
- Gdyby to było takie niewinne.
Donnelley zerknął na niego.
- Czy ty umierasz?
- Ach tak, tak - Zobaczył wyraz twarzy Goodwina - To nie jest zaraźliwe.
- Jesteś pewien? Trochę boli mnie gardło. Może to tylko odwodnienie.
- Nie, to właśnie to. Przeziębiłeś się, kolego.
- Ale chyba mówiłeś.
- u mnie to nie jest przeziębienie.
- Ale zaraziłem się od ciebie katarem? To nie ma sensu.
Czekał na jakąś reakcję, ale Vero odwrócił głowę, wpatrując się w pozbawione szyby okno. Po minucie zaczął coś szarpać przy swojej wiatrówce. Donnelley pomyślał, że zaciął mu się suwak, ale wtedy usłyszał, jak tamten rozdziera materiał. Kiedy spojrzał, zobaczył że Vero wyjmuje coś, co było zaszyte pod podszewką, i podnosi to do góry - czarny kawałek plastiku wielkości znaczka pocztowego.
- To wszystko wyjaśni - powiedział - Zrobiłem to dla CDC.
Donnelley popatrzył i wyciągnął rękę. Kiedy Vero się zawahał, powiedział:
- Jeśli właśnie przez to mamy obaj zginąć, musisz mi to pokazać.
Vero położył przedmiot na dłoni Donnelleya.
- Czy to chip pamięci z kamery?
- Coś w tym rodzaju, ale o zwiększonej gęstości zapisu.
Donnelley zacisnął dłoń.
- Jeśli chcesz, żeby to dostało się we właściwe ręce, musisz mi to dać - Ich spojrzenia się skrzyżowały - Zadbam o to.
Vero skinął głową.
Donnelley wsunął chip do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Ale jeśli się okaże, że są tu tylko zdjęcia z rodzinnego spotkania, to nie chciałbym być na twoim miejscu.
Vero uśmiechnął się słabo i odwrócił głowę.
Donnelley rzucił okiem na policyjne radio. Zwisało wyrwane ze swego miejsca pod deską rozdzielczą, rozprute i wybebeszone. "Wygląda tak, jak ja się czuję" - pomyślał.
Mieli już za sobą szmat drogi, kiedy w końcu ich oczom ukazała się tablica oznaczająca granicę Georgii z Teksasem. Poznał już upór napastników, więc nie zdziwiłby się, gdyby czekało ich kolejne starcie: ogień z zasadzki lub nawet nagła śmierć w regularnej bitwie - atak powietrzny z helikoptera lub z użyciem rakiety przeciwpancernej. Nic by go już nie zdziwiło po wcześniejszych doświadczeniach.
Nadszedł czas, żeby się zatrzymać i zaczekać na Julię. Jeśli szybko nie dotrze do szpitala, życie po prostu z niego wycieknie. Ale świadomość, że na stole operacyjnym będzie całkowicie bezradny, była dla niego jeszcze gorsza, dlatego potrzebował zaufanej osoby, żeby przy nim była. Poza tym, jeśli miał zginąć w imię czegoś, chciał przynajmniej, by dostało się to we właściwe ręce - chociaż nie wiedział w czyje.
Kiedy autostrada I75 zaczęła odbijać na wschód, on pojechał na zachód wzdłuż I24, do samego centrum Chattanooga. Wokół nich pojawiły się zielone wzgórza, a wnętrze auta wypełniła wilgotna, piżmowa woń wiciokrzewu. Po raz pierwszy od ponad godziny poczuł coś innego niż zapach swojej własnej krwi. Płynnie skierował się na zjazd z autostrady i znalazł się na Belvoir Avenue. Skręcił na wschód w ruchliwą ulicę o nazwie Brainerd Road, gdzie zauważył dobre miejsce na postój. Wjechał na prawie pusty parking, wprowadził zdezelowanego po pojedynku sedana w zaułek za ceglanym budynkiem i zgasił silnik.
Wyprostował się powoli, ostrożnie sprawdzając, gdzie go boli, i odkrywając, które ruchy powodują, że przeszywają go fale bólu promieniującego z rany. Poczuł niewielki przypływ sił dzięki świadomości, że ma coś do zrobienia. Wypchnął ramieniem drzwi przy wtórze zgrzytu giętego metalu. Kiedy stanął chwiejnie na nogach, przyjrzał się tyłowi budynku - tak jak się spodziewał, było tam wiele drzwi. Miał nadzieję, że te, o których myślał, są otwarte, i że będą mogli się wślizgnąć do środka bez pokazywania się na głównej ulicy.
- Chodźmy.
- Dokąd?
- Do pubu, człowieku. Ciemnego, nierzucającego się w oczy, takiego, gdzie każdy pilnuje własnego nosa. Kto ostatni, ten stawia.
 
 
 
Auto stało zbyt blisko budynku, żeby Despesorio mógł otworzyć drzwi po swojej stronie, strącił więc na podłogę odłamki szkła i przedostał się na stronę kierowcy, starając się nie dotykać przesiąkniętego krwią fotela. Krwi było dużo i cuchnęła jak surowe mięso.
Kiedy wysiadł z wozu, za Donnelleyem zamykały się już drzwi do budynku. Vero podążył za nim i wszedł do pomieszczenia, które okazało się jednocześnie biurem i magazynem. prowizoryczne ścianki pomiędzy stalowymi półkami, szafkami i biurkiem, które było ledwie widoczne spod sterty papierów i czasopism, zrobione zostały z pudełek oznaczonych jako precle, syrop margarita mix i serwetki. Donnelley właśnie przepraszał mężczyznę w brudnym fartuchu i otwierał kolejne drzwi z okrągłym okienkiem.
Vero zdążył je przytrzymać, zanim się zamknęły, i zobaczył, jak Donnelley znika po prawej stronie za kolejnymi drzwiami, na których widniał wyblakły rysunek przedstawiający sylwetkę małego chłopca siusiającego do nocnika. Pozostała część baru była równie bezbarwna i pozbawiona gustu. Klosze z czerwonymi frędzlami osłaniały słabe żarówki oświetlające tuzin winylowych boksów ciągnących się wzdłuż ściany w stronę przyciemnianych frontowych okien. W boksach znajdowały się stoły z odrapanymi blatami z laminatu. Naprzeciwko boksów stał długi, porysowany, drewniany kontuar, a przy nim rząd niewygodnych stołków. Na szklanej półce za barem, na tle zmatowiałego lustra ustawione były niekończące się rzędy butelek, wyglądających nie mniej żałośnie niż klienci, którzy sączyli ich zawartość.
Vero wyczuł silny zapach alkoholu i dymu tytoniowego oraz słabszą woń środków czyszczących i wymiocin. Z jednego z boksów wychyliły się dwie głowy i dwie dłonie trzymające kufle. Wychudły barman o opadających powiekach dłubał w zębach pałeczką do mieszania koktajli i prowadził przyciszoną pogawędkę z kobietą siedzącą przy barze. Poza tym lokal był pusty.
Vero wszedł do łazienki. Donnelley odklejał właśnie koszulę od rany. Musiał wygiąć się w bok, żeby ocenić obrażenia w upstrzonym brudem lustrze. Vero uznał, że agent wygląda jak obraz ekspresjoni- styczny, na którym wszystkie szczegóły mają odcień zbyt jaskrawego szkarłatu: koszula, trzymające ją ręce, pasek przełożony przez szlufki spodni. Pośrodku zaś znajdowało się źródło, z którego sączyła się ta czerwień - rana. Rozcięcie miało kształt półksiężyca i gładkie brzegi. Pośrodku był otwór wielkości palca, a miejsce wokół rany opuchnięte. Nagle krew buchnęła z otworu, spłynęła na brzeg spodni, gromadząc się tam przez chwilę, po czym przesiąkła przez materiał i zaczęła kapać na podłogę.
- Aaa - jęknął Donnelley - Nie jest dobrze.
Wetknął palec wskazujący w ranę aż po pierwszy knykieć i zacharczał przez zaciśnięte zęby. Kiedy wyciągał palec, rozległ się mokry odgłos, jakby coś pękło. Ukląkł na jedno kolano, odrzucił głowę do tyłu i wciągnął powietrze. Vero słyszał, jak Donnelley zgrzyta zębami. Biała jak prześcieradło twarz agenta kontrastowała ze szkarłatem poniżej.
Ranny chwycił za brzeg umywalki, żeby się podnieść do góry. Vero mu pomógł. Donnelley włączył wodę, opłukał rękę i przyjrzał się dłoni. Kciukiem dotknął czegoś na czubku palca, którym sondował ranę. Było tam długie, głębokie nacięcie. Krew wypełniła jego brzegi, a potem zaczęła wypływać na zewnątrz.
- Przed chwilą tam tego nie było - powiedział Donnelley.
Vero pochylił się bliżej.
- Coś tkwi wewnątrz rany? Coś ostrego jak brzytwa?
- Najwyraźniej. Daj mi trochę ligniny.
Vero nie zrozumiał, ale podążył wzrokiem tam, gdzie wskazywał Donnelley, i przy niezamkniętej toalecie zobaczył rolkę ręczników papierowych. odwinął kawałek. pochylił się, by przyłożyć go do rany.
- Nie - powstrzymał go Donnelley - Daj mi to.
Włożył wałek ręcznika do ust i mocno zagryzł. Sięgnął do tyłu lewą ręką i wepchnął koniuszki palca wskazującego i kciuka do otworu, wkręcając je, tak żeby zrobić więcej miejsca. Jęknął, zakaszlał i upadł na kolana. Palce wkręcały się coraz głębiej w ranę.
Vero przytrzymał Donnelleya za ramiona i przypatrywał mu się z niedowierzaniem.
Donnelley wyszarpnął rękę, trzymając w palcach coś twardego. Wypluł papierowy knebel. Dyszał, a jego sapanie odbijało się echem od ścian niewielkiego pomieszczenia. Pot zrosił mu twarz, spływając grubymi kroplami. Vero delikatnie przytknął do rany kolejny kawałek papieru - po paru sekundach tampon przesiąkł krwią. Wyrzucił go do śmieci i znowu odwinął spory kawałek z rolki.
Jęcząc z wysiłku, Donnelley podniósł się z kolan. Stał z pochyloną głową i zamkniętymi oczami, opierając się o umywalkę. Pot kapał mu z czubka nosa i sklejonych w strąki włosów. Pierś stopniowo zaczęła falować w spokojniejszym rytmie. Uniósł głowę i spojrzał w lustro, a potem na to, co trzymał w dłoni.
Przedmiot był tak oblepiony krwią, że Vero nie był w stanie określić jego kształtu.
- Fragment drzwi do samochodu? - zastanawiał się.
Donnelley potrząsnął głową. odkręcił wodę i spłukał krew. Różowe bańki zawirowały w umywalce i zniknęły. Zakręcił kran, zakrył odpływ kawałkiem jednorazowego ręcznika i wrzucił przedmiot do umywalki. Ten odbił się od jej dna z metalicznym brzękiem, ześlizgnął się z powrotem na dół, dźwięcząc cicho, aż wreszcie zatrzymał się na papierze.
Był to kawałek czarnej stali wielkości dziesięciocentówki. Z zewnętrznego brzegu wystawały trzy ostre zakręcone ząbki. W środku znajdował się niewielki otwór.
- Co to jest? - zapytał Vero.
- Nabój strzałkowy - zachrypniętym głosem odpowiedział rzeczowo Donnelley. Mówił przez zaciśnięte zęby - Czytałem o nich. Żołnierze używali ich w wojnie okopowej.
- Ci zabójcy używali tego jako amunicji? - w głosie Vero słychać było raczej gniew niż zdziwienie.
- Na to wygląda - Donnelley syknął, a twarz wykrzywił mu bolesny grymas.
Ta zdolność do zachowywania się prawie normalnie pomimo ziejącej w boku rany była naprawdę niezwykła.
- Mieli pewnie po tuzin lub więcej takich, upchniętych w każdym naboju. Tną człowieka na strzępy. W tym przypadku drzwi auta wyhamowały impet uderzenia pocisku, zanim we mnie trafił - pokręcił głową i wziął głęboki oddech - Pierwsza rzecz, jakiej uczą w Akademii o ranie kłutej lub postrzałowej - zaczął - to żeby jej nie ruszać. Niezależnie od tego, czy to strzała, nóż czy pocisk, sam nie próbuj niczego wyjmować. Zostaw to lekarzom, którzy potrafią zacisnąć arterię, jeśli ta ulegnie przerwaniu po usunięciu przedmiotu, i poradzą sobie z potencjalnymi komplikacjami - Potrząsnął głową - Ale nie mogłem czekać. To cięło mnie w środku jak żyletka.
Obaj wpatrywali się w czarny krążek leżący w umywalce, jakby to był jakiś nowy gatunek jadowitego owada.
- Fatalnie cię poszarpał.
- Nie jest tak źle. Chyba mogło być gorzej. Daj mi swoją marynarkę.
Donnelley zarzucił na siebie marynarkę Vero i wsunął czarny krążek
do jej zewnętrznej kieszeni. Większość plam krwi na spodniach była teraz zakryta. Własną marynarkę, całą przesiąkniętą krwią, wyrzucił do kosza na śmieci i przykrył kilkoma garściami papierowych ręczników. Widać było, że ten wysiłek wiele go kosztował, ale nadal nieźle się trzymał. Potem sięgnął pod koszulę i coś stamtąd wyjął. Przyjrzał się małemu pudełku ze zwisającym urwanym kablem. Znów wsunął rękę pod materiał i wydobył stalowy krążek z krótkim przewodem.
- Mikrofon się zepsuł - wydawało się, że Donnelley mówi do siebie - Zdawało mi się, że czułem, jak się urwał. Ale szajs - Wepchnął go do kieszeni marynarki, a do Vero powiedział: - Usiądźmy i zaczekajmy na moją partnerkę. Koniecznie muszę się napić.
Serce Julii Matheson biło tak mocno, jakby chciało jej wyskoczyć z piersi. Od czasu do czasu sprawdzała, czy mikrofon Goody'ego nie zaczął działać, i wzywała go przez radio. Bezużyteczny telefon komórkowy leżał jej na kolanach. Zadźwięczał kilka razy, a na wyświetlaczu pojawiał się napis "Numer prywatny". Nie odbierała tych połączeń, bo wiedziała, że to nie Goody - on zadzwoniłby w umówiony sposób. Poza tym wolała unikać Mollanda, dopóki partner nie podzieli się z nią swoimi podejrzeniami. Myśl, że jakikolwiek organ ochrony porządku publicznego mógłby być zamieszany w mokrą robotę była absurdalna, ale Goody jasno dał jej do zrozumienia, żeby na razie nikogo nie zawiadamiała. Nie miała zamiaru zawieść teraz jego zaufania.
Dojechała aż do Chattanooga, nie widząc po drodze żadnego śladu po swoim partnerze. Chciała wierzyć, że to dobry znak, ale nie mogła. Tuż za skrzyżowaniem autostrad I75 i I24 zawróciła. Jechała teraz z powrotem w stronę Atlanty, wciąż rozglądając się wokół i modląc się po cichu.
W samochodzie zaparkowanym przy spokojnej uliczce w pobliżu Brainerd Road dwóch mężczyzn dokonywało przeglądu trzymanej w rękach broni: kierowca miał strzelbę bojową NeoStead, a pasażer pistolet maszynowy Mini Uzi.
Pan Uzi położył broń na kolanach i nasunął czapkę na oczy. W lusterku obejrzał swój nos, spuchnięty tak, że był dwa razy większy niż normalnie i zabarwiony na czerwono, niebiesko, a nawet zielono - tak: zielono! I do tego spore rozcięcie skóry wyglądające jak małe usta na grzbiecie nosa. Dotknął delikatnie rany i wzdrygnął się:
- Nie mogę się doczekać, żeby rozwalić tego palanta!
Kierowca nic nie odpowiedział, tylko przetarł silikonową ściereczką podwójny magazynek rurowy umieszczony na lufie.
Mężczyzna siedzący na miejscu pasażera patrzył na niego przez chwilę, po czym się odezwał:
- Nie mogę uwierzyć, że zgubiłem strzelbę. Kochałem tę broń - zamilkł na parę sekund - Musimy tam wrócić i.
- Nawet o tym nie myśl, Launy - powiedział kierowca, nie podnosząc wzroku.
Przecież to w końcu jest.
Kierowca zwrócił się w jego stronę.
- Słyszałeś, co powiedziałem? Przepadła. Nie wrócimy po nią - odłożył ściereczkę na siedzenie i przeładował swoją strzelbę - Zresztą pewnie ma ją już miejscowa policja. Znajdziesz sobie nową.
- Mówiłem tylko, że - Launy znowu dotknął nosa i syknął - Skąd w ogóle tamten facet miał broń? Myślałem, że jest z CDC.
- On nie jest z CDC. Jest z FBi.
- Szkoda, że wcześniej tego nie wiedzieliśmy. A ty skąd to wiesz?
- Już go spotkałem.
- No, to już naprawdę wspaniale! - Launy wyjął ze swego uzi 32nabojowy magazynek, nachylił go tak, by zobaczyć dwa pociski na górze, a następnie wsunął z powrotem na miejsce. Przez chwilę milczał, po czym podniósł pistolet do góry i orzekł: - No, to jest niezła broń.
- Nie. Ja używam strzelby. A teraz się zamknij - kierowca zaczął ładować ciężkie naboje do rur magazynka, aż załadował do strzelby dwanaście pocisków.
Siedzieli w nowiutkim zielonym chryslerze, który ukradli z parkingu dla pracowników przy centrum handlowym. Zanim ktoś odkryje kradzież, oni już będą daleko. Tak samo było z czarną maximą, którą podprowadzili w Atlancie, a potem ukryli w jakiejś kępie krzaków.
Leżący na fotelu telefon satelitarny zadźwięczał. Do telefonu było podłączone urządzenie kryptograficzne Triple DES firmy CopyTele.
- Najwyższy czas - odezwał się Launy.
- Zamknij się. Nikt nie chce słuchać twoich jęków - kierowca wystukał pięć liczb na klawiaturze urządzenia, a potem odebrał telefon. Wysłuchał wiadomości i powiedział: - Dobra, przyjąłem - po czym się rozłączył.
Pokręcił kawałkiem metalu wetkniętym do stacyjki i auto ożyło z wyciem silnika. Spojrzał na partnera.
- Teraz posłuchaj. Dostajemy za to niezłą kasę i lepiej, żebyśmy nie nawalili, biorąc pod uwagę, dla kogo pracujemy. To jest miła robótka, więc ciesz się, że ją podłapałeś, OK? - przerwał - Jesteś gotów?
Launy uśmiechnął się jak szczerzący kły pies:
- Jasne.
Chrysler zjechał z krawężnika i skręcił w Brainerd Road.
 
Donnelley spojrzał na zegarek.
- Już dawno powinna tu być.
- Przecież z nikim nie rozmawiałeś - powiedział Vero - Jak twoja partnerka nas znajdzie?
Donnelley jednym haustem wychylił kieliszek jacka danielsa i postawił go obok dwóch innych, już pustych. Jednym zalał dziurę w boku. Z początku piekło, ale teraz czuł się nieco lepiej. Nie martwił się, jak po alkoholu będzie sobie radzić z przeciwnikami - ból otępiał go bardziej niż whisky, a dzięki znieczuleniu myślało mu się teraz lepiej niż przedtem. Poza tym trzeba było czegoś więcej niż dwie kolejki, żeby przytłumić efekt działania adrenaliny, która buzowała mu w żyłach.
Skinął głową i nachylił się w prawo, wciskając rękę do kieszeni spodni.
- Moja kolej na zwierzenia.
Wyciągnął coś, co wyglądało jak gruba, czarna dziesięciocentówka. Rowek wyżłobiony z boku urządzenia wskazywał na cyfrę "1" na czarnej plastikowej obudowie. Gdyby go przekręcić o dziewięćdziesiąt stopni, wskazywałby "0".
- Miałem ci to przyczepić do ubrania podczas naszego spotkania. Dzięki temu moglibyśmy cię znaleźć, gdybyś jednak stchórzył i dał nogę.
- Przecież to ja przyszedłem do was.
- No i widzisz, co się stało. Mogliśmy zostać rozdzieleni. Mogli cię przechwycić. Nie zaszkodzi mieć to przy sobie - Wyciągnął rękę w stronę Vero - Weź.
Vero pomyślał przez chwilę, po czym potrząsnął głową.
- Nie, ja się nie liczę. Już nie. Teraz ty masz chip. Zatrzymaj też i to.
Donnelley odwrócił nadajnik i zdarł z niego kawałek papieru. Wyjął
chip, przycisnął do nadajnika i wszystko razem z powrotem włożył do kieszeni. Na stole został okrągły papierek, który usunął z nadajnika. Agent stuknął w niego paznokciem:
- Najnowsza i najlepsza technologia pomagająca śledzić głowy państw i handlarzy narkotyków, a wszystko zależy od kawałka taśmy klejącej za dwa centy.
Vero podniósł kieliszek. Zdziwił się, że jest pusty, i odstawił go na stół do góry dnem.
- Zawsze mnie fascynowało - odezwał się - że tyle wysiłku i uwagi poświęca się bombom, a prawie nikt nie zwraca uwagi na to, co najważniejsze: na sposób dostarczenia jej na miejsce. Jeśli bomby nie można umieścić w celu, to jaki z niej pożytek? - Przyjrzał się twarzy Donnelleya - Ten aspekt opóźnił realizację planu mojego pracodawcy o wiele miesięcy.
- Planu zrobienia bomby?
- Wirusa.
- Jakiego planu, Vero? Co on chce zrobić z tym wirusem?
- Zabijać ludzi - Pochylił głowę, tak że wyglądał teraz jak zawstydzony dzieciak - Wielu ludzi, kobiety i dzieci.
- Czy on wciąż. tylko planuje?
Vero potrząsnął głową:
- Nie.
- Co to jest? O co chodzi? - Nagle Donnelley zrozumiał - Ludzie - powiedział - Ludzie stanowią dla wirusa świetny środek transportu, prawda? Dostarczą go na miejsce. To ty, prawda? - zakrył nos i usta. Pomyślał, ile czasu spędził z tym człowiekiem, w samochodzie i tutaj, oraz jakie to absurdalne używać ręki jako maski filtrującej. Czy niczego się nie nauczył w CDC? Opuścił rękę na kolano.
- Mówiłem ci, że nie zarażam - powiedział Vero. Przełożył odwrócony kieliszek z jednej ręki do drugiej i z powrotem. Cicho dodał: - Ale miałem z tym wiele wspólnego. Pracowałem nad tym projektem. Testowałem go w warunkach polowych, głównie w Afryce.
- W Afryce? To tam pracowałeś?
- Laboratorium jest zupełnie gdzie indziej, i o to chodzi. Lepiej nie bawić się zapałkami na własnym podwórku - Uśmiechnął się słabo - Poza tym prawie nikt się nie przejmuje tym, co się dzieje w Afryce. Ludzie z Zachodu lubią temu zaprzeczać, ale taka jest prawda. Łatwiej jest oszukać kogoś, komu nie zależy.
- Dlaczego więc nie poszedłeś do któregoś z biur CDC w Afryce albo do Europejskiego Centrum Zapobiegania Chorobom w Szwecji? To dużo bliżej, a jeśli czas odgrywa tu jakąś rolę.
- W Afryce przeprowadzaliśmy tylko testy. Przyjechałem tutaj. żeby go wypuścić. tego wirusa.
Głowa opadła mu jeszcze niżej, tak że prawie dotykała kieliszka. Ramiona mu zadrżały i Donnelley zorientował się, że Vero próbuje powstrzymać łzy.
- Quo Deus me perdoe- powiedział Vero. Wziął mokrą serwetkę i wytarł nią twarz. Podniósł wzrok na Donnelleya, jakby szukał u niego rozgrzeszenia.
- Zaczekaj - Donnelley sięgnął przez stół i chwycił go za ramię - Mówisz, że teraz, tutaj? To dlatego tu jesteś?
Vero skinął głową i ponownie spuścił wzrok.
- Gdzie? Co to dokładnie jest?
- Jechałem wzdłuż wybrzeża - odpowiedział - Było nas czterech, po jednym w każdej strefie czasowej. Mnie przypadł Boston, Nowy Jork i Waszyngton. W każdym z miast odbierałem na poczcie paczkę, kanister. Szedłem do centrum handlowego, siadałem na ławce, przykrywałem kanister płaszczem i odkręcałem zawór.
- Naraziłeś tysiące ludzi na działanie śmiercionośnego wirusa!
Wydawało się, że Vero bardzo uważnie ogląda coś na spodzie kieliszka.
- Dla większości z nich to był tylko rinowirus. Powoduje najzwyklejsze przeziębienie, ale szybko się rozprzestrzenia.
- Nie mówisz jednak o zwykłym przeziębieniu.
- Pamiętaj, co powiedziałem o dotarciu do celu - rozejrzał się dookoła, sprawdzając, czy ktoś nie podsłuchuje. Podrapał się wewnątrz ucha i spojrzał na krew na czubku palca. Część była czerwona i świeża, a reszta brązowa i zaschnięta - Kiedy się rozchorowałem, pomyślałem, że coś poszło nie tak. Miałem być bezpieczny. Zadzwoniłem do Karla. on.
- Do Karla?
- Karl Litt to mój szef. Potwór - powiedział z przekonaniem - Karl wydawał się przejęty, mówił: "Och nie, Despesorio. Pośpiesz się, skończ zadanie i wracaj do domu". Ale za dobrze go znam. Usłyszałem to w jego głosie. To nie była pomyłka. Jednak powinienem był przynajmniej trzymać gębę na kłódkę.
Uderzył się w policzek, mocno. Donnelley wzdrygnął się, ale nic nie nie powiedział.
- Myślałem, że mogę kupić sobie drogę powrotu, otworzyć ją sobie szantażem. Powiedziałem mu o mojej polisie ubezpieczeniowej.
- Chip pamięci...
- Zamiast się ze mną targować, zaczął się śmiać. Powiedział, że lista celów jest już jawna.
- Jawna?
- Podał ją do wiadomości publicznej. W ten sposób ludzie będą wiedzieć, że to było wcześniej zaplanowane, że nie jest to jakaś kara boska lub biologiczny wypadek. Powiedziałem mu, że mam coś więcej niż tylko listę: szczegółowe dane na temat naszych testów w terenie dotyczących możliwości naszego laboratorium. Rozłączył się. To wtedy zadzwoniłem do CDC. Myślałem. Myślałem.
Potrząsnął głową powolnym, bolesnym ruchem.
- Słuchaj, musisz - Donnelley nie dokończył myśli.
To, co ujawnił Vero, to była większa sprawa. Nie chciał teraz wszystkiego zepsuć, mówiąc nie to, co trzeba. Musiał to rozegrać ostrożnie. Trzeba było przesłuchać Vero w jakimś bezpiecznym miejscu, w obecności śledczych z FBI - głównie psychologów - i przynajmniej paru naukowców z CDC, którzy rozumieliby żargon wirusologa oraz konsekwencje wynikające z przekazanych przez niego informacji.
Był roztrzęsiony, czuł się, jak gdyby dostał szansę zajrzenia w przyszłość i nie zobaczył tam niczego dobrego. Wiercił się na siedzeniu i dostrzegł, że barman go obserwuje. Kiedy zajmowali miejsca przy stole, podszedł do nich, żeby przyjąć zamówienie. Przyjrzał się im i zapytał:
- Podać wam coś? Piwo, drinka, a może zamówić karetkę?
Donnelley odpowiedział, że właśnie zwiali z detoksu.
 
- Czujemy się nietęgo, kapujesz?
To go chyba zadowoliło, ale wciąż miał ich na oku.
Vero coś mamrotał, więc Donnelley nachylił się w jego stronę. Słuchał, jak tamten urywanym szeptem składał swoje pełne udręki wyznanie. Donnelley bał się zadawać pytania, bał się przerwać ten wywód, choć mogło to być tylko majaczenie chorego człowieka, który sam nie wie, co mówi. Po dłuższej chwili - Donnelly nie mógłby określić, czy upłynęły minuty, czy godziny, tak zasłuchał się w słowa tamtego - Vero zamilkł. Jego ciało drgnęło, jakby nagle obudził się z transu lub ze snu. Wyglądało na to, że ma to coś wspólnego z jego chorobą. Wyprostował się i otarł ręką łzy z oczu, różową ślinę z ust oraz smarki i krew z nosa. Oddychał ciężko i głęboko, a pierś wyraźnie podnosiła się w rytm jego oddechu. Mocno nabiegłe krwią oczy zatrzymały się na Donnelleyu. Odezwał się:
- Przepraszam. Ja.
Donnelley go powstrzymał.
- Musimy cię zabrać w jakieś bezpieczne miejsce. Potrzebujesz lekarza i musisz opowiedzieć swoją historię - Dotknął zwitka serwetek przyłożonego do rany. Papier ponownie zmienił się w rozmiękłą masę. Całe szczęście, że rana była umiejscowiona w tej części ciała, która nie krwawiła obficie. Gdyby to był postrzał w głowę lub w klatkę piersiową, zemdlałby już z upływu krwi. Zerknął na zegarek i pomyślał, że może zanadto polegał na "tropicielu", wierząc, że doprowadzi do nich Julię.
Rozejrzał się po sali i wysunął z boksu, w którym siedzieli:
- Zaraz wrócę.
Vero chwycił go za ramię.
- Nie chcę używać komórki na wypadek, gdyby ktoś próbował ją namierzyć - powiedział Donnelley - Julia też nie powinna używać swojej, ale nie ma innego sposobu, żeby się z nią skontaktować. Zadzwonię do niej z telefonu przy barze.
Vero odwrócił głowę, żeby zobaczyć budkę telefoniczną i sprawdzić, czy jest blisko drzwi.
Donnelley pochylił się nad nim i, zniżając głos, rzekł:
- Słuchaj, wiem, że przeszedłeś piekło. Mówisz, że umierasz i że umrzeć może wielu niewinnych ludzi, bo facet, przed którym uciekasz, to diabeł wcielony. Wygląda na to, że masz rację. Chcesz zrobić to, co należy, i powiedzieć o tym komuś. Doceniam to, oK? Zamierzam dowieźć cię tam, gdzie trzeba. To moje zadanie - Dotknął ramienia Vero - Ja nie znikam, kiedy się robi gorąco. Wierzysz mi?
Vero zajrzał mu głęboko w oczy. Wolno skinął głową.
- Możesz iść ze mną, jeśli chcesz.
Vero uśmiechnął się słabo:
- Ufam ci.
Donnelley ze wszystkich sił starał się iść pewnie i normalnie, próbując nie zwracać uwagi na falę mdłości i napady bólu. Przynajmniej nie były już tak przeszywające jak wcześniej. Telefon znajdował się w staromodnej budce schowanej w ciemnym kącie przy drzwiach wejściowych. Wszedł do środka i zamknął za sobą składane drzwi. Świetlówka pod sufitem na wpół ożyła i zaczęła migać - wyglądało na to, że nie zamierza przestać. Od jasnego drgającego światła rozbolały go oczy. Z powrotem uchylił nieco drzwi, tak że światło samoistnie zgasło.
Ogarnął wzrokiem prawie pusty bar i tył głowy Vero. Wolałby być teraz gdzie indziej i w innym towarzystwie. Lewa ręka zupełnie mu zdrętwiała, więc pozwolił słuchawce po prostu zawisnąć na plecionym metalowym sznurze, kiedy wybierał numer kierunkowy, a potem swój numer domowy.
Po pięciu sygnałach w słuchawce rozległ się głos żony.
- Halo!
Serce podskoczyło mu w piersi, kiedy ją usłyszał, ale po chwili zorientował się, że to tylko wstęp nagrany na ich automatycznej sekretarce.
- Dodzwoniłeś się do Jodi.
Potem usłyszał swój głos:
- Goody'ego.
A następnie głos Brice'a starającego się wypaść poważniej niż dziesięciolatek, którym był w rzeczywistości:
- Brice'a!
Na końcu rozległ się słodki głosik jego sześcioletniego synka:
- Barretta!
Potem wszyscy razem:
- Zostaw wiadomość, a oddzwonimy do ciebie - Po czym następował niekontrolowany atak wesołości i biiiiip.
- Cześć wszystkim. Chciałem się tylko przywitać, ale jak widać, nie ma was w domu. Mam nadzieję, że dobrze się bawicie. Do zobaczenia wkrótce - Już miał odłożyć słuchawkę na widełki, ale jeszcze raz przyłożył ją do ucha - Barrett, kocham cię. Kocham cię, Brice. Bądźcie grzeczni, dobrze? Kochanie. dziękuję, że byłaś dla mnie taka dobra. Kocham cię. Pa.
Opuścił słuchawkę i przerwał połączenie, przyciskając widełki przez parę sekund, a następnie wybrał numer telefonu komórkowego Julii. Po dwóch sygnałach rozłączył się, po czym zadzwonił znowu.
Odebrała natychmiast.
 
- Goody!
- Tak, mówmy szybko, linia nie jest bezpieczna. Myślałem, że już tu będziesz. Dostałem, mała. Nie jest dobrze.
- Goody, posłuchaj - nigdy wcześniej nie słyszał takiej paniki w jej głosie - Straciłam sygnał. Ktoś go przejął. Słyszysz? Wyłącz nadajnik, Goody! Natychmiast!
- Straciłaś. poczekaj - sięgnął do kieszeni po chip pamięci połączony z nadajnikiem. Paznokciem ustawił nacięcie na boku nadajnika w pozycji "0".
Zamknął oczy, żeby zebrać galopujące myśli. Jeśli ktoś inny ich namierzał, to ta sprawa była znacznie poważniejsza, niż do tej pory myślał. Nie mieściło mu się w głowie, skąd tamci mieli sprzęt i tajne informacje konieczne do przechwycenia sygnału "tropiciela". To potwierdzało jego podejrzenia, że we wszystko był zamieszany ktoś związany z departamentem ochrony porządku publicznego i z CDC - FBI albo inna agencja federalna. A tacy ludzie nie odpuszczali łatwo, kiedy już raz za coś się zabrali; wkrótce zjawią się tutaj, żeby dostać jego i Vero - być może właśnie obserwowali bar. Wciąż trzymając w dłoni chip, Donnelley rozejrzał się po wnętrzu ciemnej budki. Położył słuchawkę przy telefonie i podważył białą obudowę świetlówki nad głową. Uniosła się lekko. W powstały otwór wcisnął chip z nadajnikiem, ale nie mógł domknąć obudowy. Słyszał, jak Julia nerwowo wykrzykuje jego imię.
- Zaczekaj chwilę - powiedział na tyle głośno, żeby słowa dotarły do słuchawki. Obmacał dookoła aparat telefoniczny. Nic. Pochylił się i ręką dotknął spodu siedzenia, które było przymocowane w jednym z rogów budki. Przesunął ręką po kilku kawałkach starej gumy do żucia, aż napotkał to, czego szukał - wąską przestrzeń pomiędzy siedziskiem a podpórką. Przełożył chip do drugiej ręki, po czym wklinował go w otwór, idealnie go tam wpasowując.
Julia ciskała gromy, kiedy z powrotem podniósł słuchawkę do ucha. Przerwał jej.
- Hej! Hej! Teraz ty posłuchaj uważnie, mała. Jestem tu w budce telefonicznej. W budce telefonicznej.
- Rozumiem, że linia nie jest bezpieczna.
Słyszał, że kompletnie spanikowała, bo sądziła, że wcześniej jej nie zrozumiał.
Tym razem wypowiadała każde słowo niezwykle powoli z wymuszonym spokojem:
- Czy. wyłączyłeś. nadajnik?
- Wyłączyłem, wyłączyłem - odpowiedział - Jak.
- Nie wiem jak, ale musisz stamtąd uciekać. Uciekaj, Goody, natychmiast. To miejsce nie jest bezpieczne. Zadzwoń do mnie skądinąd.
- Julio, muszę się skontaktować z Caseyem. Jest u Earla w Chattanooga. Rozumiesz?
- Nie, ja.
"No, mała - pomyślał Donnelley - musisz sobie przypomnieć".
- Tak! Rozumiem. Ale w Chattanooga? - zaklęła - Właśnie tam byłam. Jestem teraz jakieś trzydzieści kilometrów na południe. Masz Vero?
- Mam go. Mówi o jakimś ataku bioterrorystycznym, który być może już się zaczął. Wygląda na to, że gdzieś jest lista miast będących celem ataku, a to wszystko jest związane z wirusem.
- opowiesz mi później, Goody. Teraz musisz stamtąd uciekać.
- Słuchaj, gdyby coś mi się stało i.
- Nic ci się nie stanie, jeśli zaraz stamtąd znikniesz. Idź już!
- Kiedy możesz tu być?
- Daj mi kwadrans.
- Masz dziesięć minut - odrzekł i rozłączył się.
Właśnie odwracał się od telefonu, kiedy ich zobaczył: dwóch mężczyzn w sięgających do kolan czarnych płaszczach. Nie znalazłoby się wiele powodów, by ubrać się w coś takiego przy upalnej pogodzie, ale Donnelley znał jeden z nich - ukrycie broni. Już minęli budkę telefoniczną. Nie widział ich twarzy, ale założyłby się o całą wypłatę, że jeden z nich ma złamany nos i podbite oko. Zmierzali prosto w kierunku przedostatniego boksu, gdzie siedział Vero.
Donnelley wyjął broń. To, co zdarzyło się w ciągu następnych siedmiu sekund, przeżył jakby w koszmarnie zwolnionym tempie.
Otworzył ramieniem składane drzwi i rzucił się do przodu, wydając z siebie głośny okrzyk.
Mężczyźni obrócili się na pięcie. Jeden uniósł do góry strzelbę. "Egzotyczna broń" - zdążył pomyśleć Donnelley. Drugi, ten po prawej, trzymał tuż przy ciele coś mniejszego: pistolet maszynowy. Donnelley strzelił do niego. Pośrodku piersi mężczyzny wykwitła czerwona róża, cofnął się i zachwiał, ale nie upadł. Donnelley ponownie nacisnął spust, momentalnie uświadamiając sobie swój błąd. Powinien był najpierw unieszkodliwić drugiego zabójcę, zanim zaczął pakować kolejne kulki w pierwszego. Strzelec po lewej był tym, którego wcześniej rozpoznał - tajniakiem z wydziału narkotykowego. Napastnik podniósł strzelbę i Donnelley zrozumiał, że podjęta w ułamku sekundy decyzja o oddaniu drugiego strzału do pierwszego zabójcy będzie go kosztować życie.
Rzucił się na podłogę z jedną nogą tkwiącą wciąż w budce telefonicznej. Lecąc, zdążył skierować broń o trzy czwarte obrotu w kierunku drugiego strzelca, ale wtedy strzelba zagrzmiała, plując prosto w niego płomieniem i dziesiątkami ostrych jak żyletki krążków. Zdążył dostrzec grymas na twarzy zabójcy, który zmieniał go w zwyrodniałą hybrydę człowieka i demona.
Jako dziecko wyobrażał sobie, że pierwszym znakiem, iż niebo otwiera dla kogoś swe podwoje, jest słodki zapach. Ale teraz, kiedy nozdrza paliła mu kwaśna woń kordytu w prochu strzelniczym, pomyślał, że ten zapach wcale nie jest słodki - cuchnie jak śmierć.
Zobaczył błysk gwiazd - pociski odbijające światło - na tle czarnego wylotu lufy strzelby, z którego unosił się dym. W tym momencie kule przeszyły jego ciało.
Wcale nie jest słodki... Ciemność...