Wirtualne róże - Alicja Kuberska

Kup ebooka

2.84 zł
2.36 zł (2,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamek

Klucz zazgrzytał w zamku, ale niestety nie obrócił się. Na domiar złego Joanna poczuła, jak plastikowa torba z zakupami zaczyna się niebezpiecznie rozciągać i pękać.

- Tylko tego brakuje - mruknęła. - Wszystko dzisiaj jest przeciwko mnie! Nawet moje prywatne drzwi! Otwórzcie się, błagam was - zaklinała w myślach.

Ponoć myśl ma wpływ na materię. Niestety w tym przypadku nie zadziałało. Pozostały zamknięte, a na ziemię z rozdartej torby z hukiem wysypały się kartofle. Za nimi potoczyły się pomidory i ogórki. W sąsiednich mieszkaniach niespodziewana kanonada spowodowała lekki niepokój. Poczuła się obserwowana przez sąsiadów, lecz wszystkie drzwi pozostały zamknięte. Po chwili jednak uchyliły się te z naprzeciwka, od kawalerki pana Jana.

- Co się stało, pani Joanno? Pomóc pani? - pan Jan stanął za Joanną i lekko ją odsunął od drzwi. - Siłą nic pani nie zrobi. Trzeba postarać się o nowy zamek, jakiejś lepszej firmy. To, co pani ma, do niczego się nie nadaje. Proponuję wymianę, bo za chwilę trzeba będzie wzywać ślusarza, aby go rozwiercił.

Joanna wyobraziła sobie siebie uwięzioną w mieszkaniu. Byłaby jak księżniczka zamknięta w wieży. Wyjście z trzeciego piętra zapewne nie byłoby możliwe bez pomocy straży pożarnej. Ujrzała siebie na drabinie, w objęciach dzielnego strażaka. Ta myśl ją rozbawiła. Dopiero mieliby sąsiedzi widowisko! A co z jej lękiem wysokości? Nie... chyba lepsza jest opcja niespodziewanego wydatku.

- Panie Janie - zaczęła nieśmiało - ja jestem taka anty-techniczna. Zupełnie nie znam się na zamkach. Czy mogłabym pana prosić o pomoc? Zapłacę panu za usługę. Zacina się coraz częściej i boję się, że pewnego dnia nie wejdę do domu. Będę panu bardzo wdzięczna, jeśli się pan zgodzi.

- Pani Joanno, z przyjemnością pani pomogę - zaoferował się pan Jan. - Muszę tylko otworzyć te drzwi. Trzeba pozbierać zakupy z korytarza i powinna pani trochę odpocząć. Te torby są dla pani zbyt ciężkie. Wygląda pani na zdenerwowaną i zmęczoną. Pójdę po nowy zamek i zamontuję go pani.

Poczuła ulgę i dziwne uczucie. Co to było? Czyżby dawno zapomniane poczucie bezpieczeństwa? Ostatnio musiała się sama o siebie troszczyć. A właściwie to chyba całe życie. Jej eksmąż nie zajmował się przyziemnymi sprawami. Czy Jerzy zauważyłby, że dźwiga tony zakupów do domu? Raczej nie. Miałby co najwyżej pretensje, że czegoś brakuje.

Ocknęła się słysząc głos pana Jana:

- No i otwarte!

Pozbierali razem rozrzucone na korytarzu zakupy i weszli do kawalerki Joanny.

- Ale ma pani piękne mieszkanie! - w głosie pana Jana zabrzmiał niekłamany zachwyt.

- Dziękuję, panie Janie. Małe, ciasne, ale własne. Zapraszam na kawę. Kiedyś lubiłam bibeloty i stare, drewniane meble. Teraz, od kiedy jestem sama, zmieniłam styl. Dążę do minimalizmu. Nie chcę mieć zbyt dużo przedmiotów. Wie pan, zauważyłam, że jestem szczęśliwsza, od kiedy nie muszę ścierać tony kurzów. Tak naprawdę człowiek niewiele potrzebuje do życia. Kiedyś gromadziłam różne rzeczy. Dzisiaj wolę przestrzeń i wygodę.

Aromat kawy wypełnił przestrzeń. Słońce zajrzało przez okno i wnętrze nabrało wesołego charakteru. Joanna, za poradą przyjaciółki - plastyczki, postanowiła wejść w kolorystykę zielono- żółtą, z elementami błękitu. Zostawiła wszystkie swoje skarby Jerzemu. Wyszła z poprzedniego domu z przysłowiową torebką. Nie miała ochoty i siły, by walczyć o każdy przedmiot. Jerzy, jak zwykle, chciał ją oszukać. Niestety, tym razem sąd był bezwzględny, i musiał oddać żonie większość zgromadzonych oszczędności. Zatrzymał mieszkanie, samochód i działkę. Joanna kupiła sobie małą kawalerkę i zaczęła nowe życie od zera. Czuła ulgę - nic jej nie przypominało dawnych czasów. Była jak tabula rasa. Starała się wyrzucić z pamięci wszystkie złe chwile, nie rozpamiętywać i nie użalać się nad sobą. Od kiedy została sama, odkryła, że ma więcej pieniędzy i stać ją na różne drobne przyjemności. Nie musiała się tłumaczyć z każdego wyjścia i mogła robić to, co chciała. Nie było w domu awantur o każde spotkanie z koleżanką i cichych dni z powodu zakupu bluzki. Na początku ta wolność oszołomiła ją. Później przyszła refleksja - jak ona mogła to wszystko wytrzymać tyle lat? Jakim prawem jeden człowiek ogranicza wolność drugiego? Kim była dla swojego męża? Służącą? Kucharką? Kochanką? Niewolnicą? Jak to się stało, że z zakochanej pary zamienili się w obcych sobie ludzi? Kiedy przestała kochać? Dlaczego?

Dźwięk upadającej łyżeczki przywrócił Joannę do rzeczy-wistości. Z uśmiechem wniosła kawę i postawiła białe filiżanki na stoliku. Usiadła naprzeciwko Jana.

- Panie Janie, tak bardzo bym chciała pana ugościć! Przepraszam bardzo, ale nie mam nic słodkiego do kawy. Jestem łakomczuchem, a silna wola nie jest moją najmocniejszą stroną charakteru. Nie kupuję słodyczy. Staram się trochę schudnąć, ale z marnymi wynikami.

Jan poprawił okulary i przyjrzał się Joannie z uwagą.

- Nie rozumiem, pani Joanno, co pani chce od swojej figury. Jest pani piękną, dojrzała kobietą. Nie musi pani wyglądać jak kościotrup. Ja chyba nigdy nie zrozumiem tych biednych, zagłodzonych kobiet. Osobiście uważam, że anorektyczki są po prostu odrażające. Ach, te dzisiejsze czasy... Kto zrozumie kobiety umierające z głodu w świecie dobrobytu?

Trafna uwaga Jana przywróciła dobry nastrój Joannie.

- Jutro kupię sobie gorzką czekoladę. Odrobina magnezu i endorfiny są każdemu potrzebne. W końcu nie jestem gruba, tylko apetyczna, i tej wersji będę się trzymać! - pomyślała i ukradkiem zerknęła do lustra w przedpokoju.

Wieczorem w drzwiach dumnie błyszczał nowy zamek. Pan Jan kupił i zamontował go sam. Wybrał jakiś szwajcarski, o nazwie trudnej do zapamiętania. Nie chciał zapłaty za montaż, pozwolił się za to zaprosić na niedzielny obiad. Joanna potrafiła smacznie gotować i lubiła eksperymentować w kuchni.

- Co ugotować? - to pytanie dręczyło ją cały wieczór. Do niedzieli zostały dwa dni, niby sporo czasu, ale chciała wymyślić jakieś specjalne danie dla sympatycznego sąsiada.

Wertowała książki kucharskie, podśpiewując stare piosenki. Lubiła zwłaszcza tę o sąsiedzie z repertuaru kabaretu starszych panów. Nagle zdała sobie sprawę, że nie zna dalszych słów piosenki. Podeszła do laptopa, wystukała "kabaret starszych panów" i za parę minut miała wydrukowany tekst w ręce. Naszła ją nagle refleksja.

- Co my byśmy zrobili bez tych komputerów? Ja mam w domu chociaż parę książek, ale młode pokolenie prawie wcale nie czyta i nie pisze. Nie potrafi porządnie skleić kilku zdań. Wyrośli ludzie komunikujący się ze sobą za pomocą SMS-ów i czatów. A czy ja jestem lepsza od nich? Nie znam nawet nazwisk sąsiadów w moim bloku, chociaż mieszkam tu już dość długo. Otrząsnęła się z ponurych myśli o samotności w tłumie i zaczęła dalej śpiewać. Nie miała, co prawda, talentu Haliny Kunickiej, ale melodia sama jakoś płynęła...